Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

21/08/2026

[KP] Plan B

JONATAN BARLETT 

➽ urodzony 16.07.1998 w Miami

➽ pracuje jako barber, aktor niezawodowy   

➽ amerykańsko-włoskie korzenie

Kiedy miał szesnaście lat, był święcie przekonany, że najpiękniejszą kobietą na świecie jest Megan Fox. Znał na pamięć każdą scenę z Transformersów. Wtedy wydawało mu się, że obiekt westchnień można zamknąć w jednym plakacie wyszarpanym z gazety dla nastolatek, który powiesił niczym trofeum nad łóżkiem.

Dorósł. Plakat zniknął razem z nastoletnim przekonaniem, że ideały mieszkają w Hollywood. Okazało się, że piękno nie zerka z plakatu, lecz z drugiego końca kanapy. Najpiękniejsza kobieta, z jaką przyszło mu żyć, nie grała w żadnym filmie. Za to śmiała się głośno w kinie. Bezczelnie kradła frytki z jego talerza, choć zawsze zamawiała własną porcję. I udawała, że boi się wejść do zimnej wody, tylko po to, żeby chwilę później ochlapać go od stóp do głów. Tamtego wieczoru morze było spokojne. Słońce powoli chowało się za horyzontem, odważnie malując niebo odcieniami pomarańczu. Stała przed nim po kolana w wodzie, mając na sobie pareo, a pod tym dwuczęściowy strój. Mokre włosy przykleiły jej się do zaróżowionych policzków, a uśmiech był tak szczery, że naprawdę uwierzył, iż życie potrafi być równie piękne, jak filmy, które oglądał jako dzieciak.

Jeszcze niedawno byli zachłyśnięci szczęściem. Dziś nie wiedział nawet, czy wypada ją przytulić, gdy stali naprzeciwko siebie podczas ich sprawy rozwodowej. Nie pamiętał przebiegu tej katastrofy. Jakby wszystko wydarzyło się pod wodą. Głosy prawników i sędziego dochodziły z daleka. Długopis prowadził jego dłoń, zanim zdążył pomyśleć, co podpisuje. Najwyraźniej jednak kojarzy moment po wyjściu z sądu. Strome schody, burgundowy garnitur i brak poczucia ulgi po ściągnięciu obrączki. Pozostał ślad po obietnicy, która miała być na zawsze i przetrwać wszystko. Schował ją do kieszeni spodni, jak chowa się rzeczy, których nie ma się odwagi wyrzucić.

To był dzień jej trzydziestych piątych urodzin. Spojrzał na nią. Stała na tej samej wysokości. Do serca podszedł mu lód, bo jakie życzenia składa się kobiecie, która przestaje być żoną? Wszystkiego najlepszego brzmi zbyt banalnie. Podszedł do niej. Jej ciało przestało być dla niego dostępne. Ona nie była już jego. Szepnął sto lat, całując policzek, choć kusiły go jej słodkie usta. I odszedł dalej, bo człowiek potrafi zapomnieć daty i słowa, ale nie zapomina dotyku osoby, którą kochał bardziej, niż umiał to kiedykolwiek powiedzieć.

A kiedy myślał, że już nic go nie zaskoczy, wyczuł wibrację telefonu w kieszeni. Kojarzył końcówkę tego numeru. Okazało się, że produkcja powraca z kolejnym sezonem. Po dziesięciu latach. Z tym serialem, który był dla niego i dla jego najlepszego przyjaciela głupim żartem, bo kiedy poszli na casting z nudów, to bardziej wierzyli, że spóźnią się na kolejny trening, niż dostaną główne role hokeistów. Tak teraz okazało się, że świat czekał na wielki powrót głównego bohatera. Za kilka tygodni znowu miał założyć hokejowy strój. Ponownie uśmiechać się do kamer. Kolejny raz udawać mężczyznę, któremu wszystko wychodzi. Bo kamery potrafią uchwycić każde spojrzenie, ale nigdy tego, co człowiek zostawił poza kadrem.


Emme's Codes

Hej! Wraz z moim pierwszym podejściem publikowałam się nie z damską postacią, lecz z męską, ale odkąd na stałe od '24 roku tu jestem, przyszło mi w końcu przyjść z mężczyzną. Jest to dla mnie samej niespodzianka i mam nadzieję, że jednak nie jakieś duże wyzwanie. To wszystko wina serialu Off Campus, bo chociaż jestem od dawna dorosła, tak na chwilę podczas oglądania stałam się nastolatką.

23 komentarze:

  1. [Hej! Ale przystojny pan na zdjęciu! I jaka fajna kreacja! Mam nadzieję, że odnajdzie taką miłość, która potrwa długo, długo!
    Powodzenia w prowadzeniu męskiej postaci! Dużo weny, ciekawych wątków i dużo czasu na ich realizacje!
    W razie chęci, zapraszam do siebie! ]

    Nathaniel & Caleb

    OdpowiedzUsuń
  2. [Ciekawe, co się wydarzyło, że jednak się rozwiedli. Czasem życie pisze takie scenariusze, których człowiek nigdy by się nie spodziewał, ale stara miłość podobno nie rdzewieje, więc... kto wie, co przyniesie przyszłość 🙂 Baw się dobrze z panem, niech nigdy nie braknie Wam czasu na wątkowanie! 🧡]

    Tanner Morgan
    & Gert Brennan

    OdpowiedzUsuń
  3. [Cześć!
    Czytając KP, miałam jedno wielkie: GDZIE JEST MÓJ HAPPY END? 👀 Jon wydaje się dobrym facetem, więc ja bym dla niego też chciała dobrze... Może faktycznie stara miłość nie rdzewieje i coś jeszcze z tego będzie? Albo niech po prostu będzie szczęśliwy, o!
    Życzę powodzenia z męską postacią, niech chłop się rozwija! Dużo, dużo weny i samych wciągających wątków, a w razie chęci zapraszam do siebie! (Głupio sobie pomyślałam, że skoro jest barberem, to moja Rei przez pomyłkę się do niego zapisała, nie patrząc, co to za usługa, tylko że dużo gwiazdek 🤣]

    Reilynn Bothwell & Lavender Wong & Vasilisa Dragunova

    OdpowiedzUsuń
  4. [ oh no nie, wiesz, że Belmont był moim pierwszym wyborem na twarzyczkę Pawełka? Ale zobaczyłam, że jest zajęty i poszło w Theo :D

    jest cudowny! Życzę mu kariery aktorskiej lepszej niż Megan Fox! I miłości! <3 ]

    Paweł

    OdpowiedzUsuń
  5. ( Ale on CUDOWNY *.* Aż mam chęć stworzyć babeczkę! Nie szukasz powiązania?? :>)

    Alexander

    OdpowiedzUsuń
  6. [Dzień dobry, cześć i czołem :) Bardzo sympatyczny ten Twój nowy pan, szkoda tylko, że szczęście w miłości mu nie dopisało! To jednak, że raz nie dopisało, nie oznacza, że nie dopisze już nigdy, prawda? Mimo wszystko mam nadzieję, że serial będzie dla niego udaną odskocznią i pozwoli odciągnąć myśli od tego, co na ten moment mniej przyjemne.
    Mam nadzieję, że będziesz się z nim bawić równie dobrze, a nawet jeszcze lepiej niż bawiłaś się z dziewczynami 🧡 I równie wytrwale! 🧡]

    MAXINE RILEY & IAN HUNT

    OdpowiedzUsuń
  7. [Cześć!
    Jak pierwszy raz przelotem zernęłam na kartę Jonatana, to sobie pomyślałam, że nie tylko ja oglądam Off Campus, ale przecież wybór wizerunku nie musi o niczym świadczyć. Nieważne. Bo chyba jednak serial zrobił tu swoją robotę. :D Mordka fajna, szkoda tylko, że nie uśmiechnięta, bo Belmont ma przepiękny uśmiech. Nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć Twojemu panu uśmiechu, a Tobie powodzenia - wiem, jakim wyzwaniem jest pisanie męską postacią, kiedy do tej pory ograniczało się tylko żeńskich, ale z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że chyba jednak panowie są prostszy w obsłudze.
    W razie chęci, wiesz, gdzie mnie i moją zgraję szukać. Baw się dobrze. ♥]

    Andrea Wilson, Debbie Grayson & Evan Roth

    OdpowiedzUsuń
  8. Rei zatrzymała się tuż za progiem, unosząc wzrok najpierw do mężczyzny przy fotelu, potem zezując w stronę młodego strażaka siedzącego pod peleryną, a ostatecznie zerknęła w swoje własne odbicie w dużym lustrze. Przez jedną krótką sekundę miała ochotę wycofać się tyłem, rzucić granat dymny, zamknąć drzwi i udawać, że nigdy jej tu nie było. Co sobie myślała, idąc tutaj? Zapewne to, że będzie musiała znieść kobiecą ciekawość i że jakoś to przetrwa, bo chciała krótsze włosy. Nie spodziewała się jednak, że rezerwacja terminu u fryzjera okaże się dla niej aż takim wyzwaniem, najwidoczniej klikanie w telefon o trzeciej nad ranem nie było zbyt dobrym pomysłem. Bo przecież to miało być proste. Wpisujesz: „fryzjer”, wybierasz: „najbliższy wolny termin”, a potem klikasz: „rezerwuj”. Następnie przychodzisz, siadasz w fotelu i mówisz, co chcesz. Ot, tyle, koniec, żadna filozofia. Rei jednak nie była tak oczywista, więc jej życie nie uznawało neutralnych pomyłek. Jeśli już miała coś źle kliknąć, to nie mogła pomylić godziny o piętnaście minut albo wybrać salonu dwie przecznice dalej. Musiała zapisać się do miejsca, w którym przyjmowano facetów z brodami, ale przynajmniej ładnie pachniało tutaj kosmetykami, wodą kolońską, talkiem i świeżo ściętymi włosami.
    — Dzień dobry — odezwała się, trochę za cicho, a potem odchrząknęła. — Ja nie po voucher. To znaczy… chyba nie…
    Uśmiechnęła się lekko, odruchowo wsuwając palce we włosy przy karku. Były dłuższe, niż lubiła. Wolała, gdy miała mniej do czesania i zbierania z poduszki, odpływu prysznica czy własnych rąk po myciu – wtedy łatwiej było jej udawać, że włosy przecież wypadają każdemu i że to nic takiego. Stanęła jednak z boku, blisko siedzeń dla klientów i zsunęła z ramienia torbę, a potem ostrożnie odłożyła laskę. Mimowolnie rozejrzała się wokół, uznając przestrzeń za całkiem przyjemną – nic tutaj nie było krzykliwe czy w złym guście, przynajmniej zdaniem Reilynn Bothwell. Ostatecznie zawiesiła wzrok przy barberze, który zajmował się włosami klienta.
    Mimowolnie pomyślała o tym, że mężczyzna przypomina jej jakiegoś maga, ale nie elfa – nie wydawał się wyniosły ani nie miał w sobie irytująco eterycznej elegancji. Cechowy mag od ostrzy? Nie ktoś, kto rzucałby kulami ognia w swoich przeciwników, a używałby w walce nożyczek, którymi przecinałby nicie zaklęć. Przechyliła lekko głowę. Może powinna stworzyć w swoim świecie fantasy właśnie kogoś takiego? Tylko że lustra i siedziska nie mogłyby być zwykłe… może mag potrafiłby rozpoznać kłamstwo po tym, jak ktoś siadał w fotelu, a lustra w salonie pokazywałby prawdziwą naturę klienta? No świetnie. Przyszła ściąć włosy, a jej mózg już budował mężczyźnie, którego nie znała, poboczny wątek, trzy tajemnice i prawdopodobnie tragiczną przeszłość.
    Gdy barber ogarnął ostatniego klienta i do niej podszedł, uśmiechnęła się miło i odezwała się pierwsza:
    — Reilynn Bothwell. Zapisałam się… i wiem, że to może wyglądać jak pomyłka, bo… — Rozejrzała się szybko po salonie i fotelach. — Nie mam brody… ani nie jestem facetem. Przynajmniej tak jeszcze było, gdy wychodziłam z domu.
    Spróbowała zażartować, ale tak naprawdę nie wiedziała, czy w ogóle wypadało jej żartować w tej sytuacji i czy nie zrobiła z siebie większego głupka. Trudno.
    — Chciałabym po prostu skrócić włosy — powiedziała w końcu. — Dość mocno. Nie chcę tylko podciąć końcówek, bo akurat to zdążyłam już przemyśleć. Mają być tak krótkie, żebym nie musiała codziennie walczyć z włosami, które i tak… — urwała, zaciskając usta na sekundę.
    Nie chciała mówić o chorobie w pierwszych dwóch minutach rozmowy z obcym człowiekiem. Nie też chciała też zagrać kartą chorej dziewczyny, ale co niby miała powiedzieć? Że przeżywa rozstanie i potrzebuje coś zmienić? Nie, Rei Bothwell nie była jeszcze w sytuacji, w której po facecie ścinało się włosy lub je farbowano, i to nie tak, że była tak silna czy niezależna. Po prostu do tej pory nie była w żadnym związku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Wypadają — dokończyła. Spojrzała w stronę własnego odbicia w lustrze i przechyliła lekko głowę, próbując wyobrazić sobie siebie inaczej. Z krótszą linią włosów przy żuchwie. Może mocniej odsłoniętym karkiem? — Poza tym wolę krótkie — mruknęła, jakby barbera to naprawdę interesowało, choć w to wątpiła. — Naprawdę. To nie jest wyłącznie dramatyczna decyzja kobiety o trzeciej nad ranem z nadmiarem kawy w krwiobiegu.
      Dopiero wtedy zorientowała się, że powiedziała zdecydowanie za dużo. Jak zawsze. Przyszła poprosić o fryzurę, a prawie wygłosiła manifest przeciwko własnym włosom. Świetnie. Idealne pierwsze wrażenie.
      — Przepraszam. — Zaśmiała się nieco nerwowo. — Po prostu… chcę skrócić włosy. — Ostatecznie spojrzała mężczyźnie w twarz, wzięła oddech i zapytała: — Da się coś z tym zrobić? Czy powinnam jednak wyciągnąć długopis z torby i spróbować tricku z Facetów w czerni?

      Rei Bothwell 🖊️🫠

      Usuń
  9. [Taaaak, takie seriale pozwalają się trochę mentalnie odmłodzić. Dobrze robią człowiekowi, chociaż dla mnie i tak faworytami pozostają Tego lata stałam się piękna i Maxton Hall.
    A że burze mózgów bywają burzliwe, to zapraszam na lisfarbowany@gmail.com. Albo mail, albo hangouts, mi to bez różnicy. ^^]

    Andrea Wilson

    OdpowiedzUsuń
  10. Rei wcale by się jakoś nie obraziła, gdyby barber zaczął pytać ją o mecz lub o strojenie się. Co prawda, nie oglądała żadnych sportowych potyczek, może widziała kilka razy jakieś starcie, oceniając raczej to, jak poszczególny zawodnik biega. A jeśli chodziło o strojenie się, to słysząc coś takiego, pewnie by się roześmiała, bo nie wyobrażała sobie, żeby nowa fryzura poprawiła jej wygląd. Jasne, mogła wyglądać lepiej, ale fryzjer zajmował się włosami, a nie operacjami plastycznymi.
    Nie przeszkadzało jej też to, że barber zmierzył jej laskę krótkim spojrzeniem. Miał do tego prawo i nie czuła się z tym źle. Od amputacji kończyny minęło już sporo lat, więc Rei zdążyła się przyzwyczaić do mniej lub bardziej widocznych zerknięć, które albo mało ją obchodziły, albo drażniły – to zależało od wielu czynników, przede wszystkim od jej humoru i tego, czy akurat proteza nie uciskała jej za bardzo.
    Zacisnęła usta w wąską linię, bo mężczyzna nie skomentował jej żartów. Musiał więc albo mieć dość śmieszków, albo ewidentnie nie wpisywała się w jego humor, co też było prawdopodobne, ale żarty Rei najczęściej bawiły tylko ją. Były jednak idealną zasłoną dymną, aby rozwiać zażenowanie, którego Bothwell dość często doświadczała.
    Zajęła fotel, który jej wskazał, ostrożnie sadzając tyłek, a potem mimowolnie się wyprostowała, obserwując ruchy mężczyzny, który doskonale wiedział, co robił. Kiwnęła głową, gdy powiedział, że zaraz przyjdzie, a wtedy skorzystała z okazji, żeby się nieco podciągnąć i poprawić protezę. Próbowała nie zerkać przy tym w stronę lustra, bo wiedząc, jak wyglądała, raczej nie spodziewała się zobaczyć w odbiciu kogoś, kto nie przypominał ducha. I to nie tak, że Rei nie próbowała nadawać sobie barw; po prostu solarium odpadało, malować się nie umiała, a kolorowe ubrania nie były dla niej. I wychodząc dzisiaj z domu, była w jeansach i czarnym topie.
    Uśmiechnęła się lekko, gdy mężczyzna do niej wrócił, i pokiwała głową. To, że przyjmował do tej pory tylko mężczyzn, wcale jej nie zdziwiło. Właściwie potwierdzało tylko, że jej nocna wersja siebie miała wyjątkowy talent do komplikowania prostych rzeczy.
    — No tak — mruknęła. — Chociaż gdybym miała brodę, moglibyśmy uznać, że zapisanie się do barbera nie było głupią pomyłką. Jeśli mogę się jakoś usprawiedliwić, to wybierałam miejsce z najlepszą średnią ocen.
    Poczuła, jak szczotka przesuwa się przez jej włosy, i zesztywniała mimowolnie. Nie dlatego, że barber robił coś źle, wręcz przeciwnie, robił to ostrożnie, spokojnie i bez szarpania. Wiedziała, że nie ukryje wypadających kosmyków, ba!, powiedziała o tym głośno, a mimo to czuła się nieco nieswojo, bo wystarczyło krótkie pociągnięcie, a część kosmyków ustępowała, jakby zdradzieckie pasma jedynie czekały, aż nadejdzie dobry moment, żeby odejść. Rei przełknęła ślinę, walcząc z chęcią dotknięcia swoich włosów.
    — Maska brzmi dobrze — powiedziała po chwili, odrobinę za szybko. — To znaczy… jeśli uważa pan, że ma to sens. Nie oczekuję cudów. — Uśmiechnęła się słabo do odbicia barbera w lustrze. — Ale jeśli może być trochę lepiej, to ja bardzo chętnie przyjmę to „trochę”.
    Dopiero pytanie o długość sprawiło, że lekko się zmarszczyła. Podniosła więc spojrzenie do twarzy mężczyzny, oceniając jego włosy; kształt, linię pasm przy uchu, odsłoniętą szyję. Jego fryzura była krótka i miała w sobie coś swobodnego, jakby włosy nie musiały codziennie rano udowadniać, że zasługują na swoje miejsce na jego głowie. Rei uniosła rękę i dotknęła własnych kosmyków kręcących przy policzku.
    — Chyba… — powiedziała powoli — mniej więcej jak u pana. Może nie identycznie, bo nie wiem, czy mam twarz do tego, żeby wyglądać tak ładnie, ale długość… hmm, może za ucho? I żeby było widać kark. I gdyby się dało, błagam, żebym nie wyglądała jak ten dzieciak ze Shreka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedy poprosił, żeby wstała i podeszła z nim do myjki, Rei odruchowo sięgnęła po laskę. Zawsze robiła to w tej samej kolejności: najpierw ręka, potem podniesienie się i krok, ale zostawiła ją przy kanapach, więc oparła dłoń o blat i wstała, przez jedną sekundę stojąc na zdrowej nodze. Odległość między fotelem a myjką nie była duża, ale w nowym miejscu nawet kilka kroków potrafiło stać się małą trasą z przeszkodami. Rei próbowała nie myśleć o tym, czy mężczyzna patrzy w jej stronę lub ją ocenia. Bardziej przejmowała się tym, czy nie obije sobie twarzy o podłogę.
      Usiadła przy myjce ostrożnie, poprawiając się tak, żeby było jej wygodnie i żeby się nie zsunęła.
      — Wie pan — odezwała się po chwili, kiedy odchyliła głowę i spojrzała w sufit — pewnie bym tutaj nie przyszła, gdyby nie to, że mój tata jest w Berlinie, a przyjaciółka ćwiczy do koncertu. Do tej pory obcinałam włosy nożyczkami w łazience, ale… chciałabym wyglądać w końcu jak człowiek.
      Podczas mycia nie mówiła dużo. Może dlatego, że pozycja była trochę zbyt bezbronna, a może dlatego, że dotyk obcych rąk przy skórze głowy wymagał od niej wyjątkowego skupienia. Nie było w tym nic nieprzyjemnego ani dziwnego. Barber nie komentował ilości włosów, które zostawały mu między palcami, nie westchnął, nie zrobił miny i nie powiedział: ojej. I Rei była mu za to cholernie wdzięczna.
      Powrót do fotela okazał się oczywiście jedną wielką katastrofą. Teoretycznie wystarczyło przejść kilka kroków, obrócić się i usiąść. Bardzo prosta czynność. Rei szła ostrożnie, ale bez laski czuła się trochę tak, jakby ktoś odebrał jej przecinek z długiego zdania. Niby nadal dało się czytać, ale wszystko było trochę dziwne. Jedna jej dłoń zawisła blisko blatu, druga odruchowo napięła się przy biodrze, jakby to miało pomóc utrzymać jej ciało w pionie. I prawie się udało. Prawie. Stopa przesunęła się minimalnie za daleko, mokre końcówki włosów musnęły jej kark, a jej sylwetka zrobiła nagły ruch w bok…
      Nie złapała się blatu ani fotela. Złapała się barbera. Jego ramię znalazło się nagle pod jej dłonią, tors za blisko, podłoga za nisko, a Rei przez jedną koszmarnie długą sekundę poczuła, jak jej ciało zamiast wrócić do pionu, zsuwa się niżej. Przypominała teraz mokrego, przerażonego kota, który wbił pazury w zasłonę, próbując zostać jak najwyżej. Jej palce zacisnęły się odruchowo na materiale jego koszulki. Za mocno. Zdecydowanie za mocno. Tkanina napięła się pod jej dłonią, a Rei, zamiast natychmiast puścić, zrobiła coś znacznie gorszego, przytrzymała się jej jeszcze, bo była jedyną rzeczą między nią a kompromitującym spotkaniem z podłogą.
      — O Boże — wyrwało jej się cicho. Kolano zdrowej nogi ugięło się pod niewłaściwym kątem, proteza nie nadążyła za resztą ruchu, mokre włosy przykleiły jej się do policzka, a ona zsunęła się jeszcze odrobinę, zahaczając ramieniem o jego bok. Przez sekundę była za blisko. Stanowczo za blisko jak na kobietę, która przyszła tu wyłącznie po strzyżenie. — Przepraszam — powiedziała natychmiast, a jej głos był o oktawę wyższy niż zwykle. — Przepraszam, ja… to nie było…
      Puściła materiał tak gwałtownie, jakby dopiero teraz zorientowała się, że nie chwyciła się jakieś wyimaginowanej poręczy bezpieczeństwa, tylko obcego mężczyzny, a jej tyłek ostatecznie zetknął się z podłogą.

      Rei Bothwell ✂️🫣

      Usuń
  11. [Hej, cześć i dzień dobry! Mam nadzieję, że poza kadrem dasz w niedalekiej przyszłości trochę więcej powodów Jonatanowi do uśmiechu, ma w końcu tak przystojną, piękną wręcz twarz! I te lekkie, ciemne loczki! No przestańcie! Jeszcze tak młody i już ma na karku rozwód? Aż chce się wiedzieć więcej, wręcz przyszpilić może do wyjaśnień w indywidualnych (przydałoby się, nieprawdaż?)

    Wy również bawcie się wspaniale oraz dużo, dużo weny, przed tym panem jeszcze sporo dobrego (mam taką szczerą nadzieję) ♡ Nie udało mi się przybyć jako pierwszej pod Twoją KP, nie mniej zrobiło mi się bardzo miło od powitania w progach NYC!]

    doktor Ed & Luca

    OdpowiedzUsuń
  12. [Ale historia, wielka szkoda, że bez happy endu! Choć to nie powiedziane, że nie będzie go z kimś innym. :) Myślę, że Jonatan to dobry facet, więc szczęście na pewno do niego przyjdzie i że nie będzie ono ograniczać się tylko do odgrywania aktorskich ról. Dziękuję bardzo za powitanie! :)]

    Gina Roberts

    OdpowiedzUsuń
  13. Rei zajmowała podłogę z miną człowieka, który rozważa zmianę nazwiska, kontynentu i ewentualnie gatunku. To nie był upadek dramatyczny, ale z całą pewnością żenujący. Bo co niby myśleć o tym, że klapnęła tyłkiem o podłogę i złapała się męskiego ubrania, jakby to jej miało w czymś pomóc?
    — Żyję — powiedziała od razu, trochę za szybko. — To znaczy… tak mi się wydaje. Proszę nie dzwonić po pogotowie.
    Przyjęła jego dłoń, bo chyba nie chciało jej się próbować wstać samodzielnie. Zresztą ta jej samodzielność to czasem wychodziła lepiej, a czasem gorzej. Teraz jednak Rei mierzyła się z mokrymi włosami, czerwonymi policzkami i świadomością, że zapewne zapisała się w dziejach tego salonu jako klienta, która ewidentnie próbowała zgarnąć fuchę dywanu. Cudownie. Naprawdę świetny debiut.
    Kiedy usadowił ją w fotelu, złapała się podłokietników, jakby i teraz mogła się przewrócić. Oddychała trochę szybciej, nie z bólu, raczej z szoku i zawstydzenia. Tyłek ją bolał, duma również.
    — Nic mi nie jest — mruknęła, kiedy pomknął po wodę. — Naprawdę, tylko… To była moja wina. Możemy uznać, że mam taką nieoficjalną umowę z grawitacją. Ona mnie nienawidzi, ja jej nie szanuję, współpraca jest trudna — rzuciła nieco żartobliwie, bo co jej niby zostało?
    Gdy podał jej kubek, podziękowała i wzięła go obiema dłońmi. Upiła mały łyk i odetchnęła cicho.
    — Dziękuję… naprawdę dziękuję — powiedziała ciszej, po czym zerknęła na niego znad kubka. — I przepraszam za… to wszystko. Pańska koszulka znalazła się w złym miejscu o złym czasie… albo raczej w dobrym miejscu, bo dzięki niej nie przywitałam się twarzą z podłogą.
    Oczywiście mówiła za dużo. Zawsze tak było, kiedy czuła, że ktoś po jakiejś jej osobistej katastrofie za bardzo się jej przyglądał, a barber obserwował ją dość uważnie. Nie w sposób nieprzyjemny czy natrętny. To wydawało się nawet miłe, chociaż wolałaby, aby nie spodziewał się, że zaraz znów upadnie. Upiła jeszcze łyk wody i ostrożnie poruszyła ramionami, potem biodrem, sprawdzając, czy wszystko było na swoim miejscu. Bolał ją tylko tyłek, ale nie działo się nic, co wymagałoby telefonu do lekarza albo ojca, który usłyszawszy, że poszła sama do barbera i zaliczyła glebę, mógłby teleportować się pod salon.
    — Jest okej — powiedziała, uśmiechając się lekko. — Największą ofiarą okazał się mój tyłek, ale tak poza tym żyję, mam się świetnie.
    Zerknęła w stronę lustra, widząc swoje odbicie. Mokre włosy, zaróżowiona twarz, kubek w dłoniach, barber stojący przed nią jak człowiek, który rozważa, czy powinien trzymać defibrylator obok nożyczek. Rei niemal parsknęła, uznając, że to była jedna z tych sytuacji, które z pewnością wykorzysta w swojej książce.
    — Proszę tylko nie wpisywać mnie na żadną czarną listę klientów wysokiego ryzyka — mruknęła. — Obiecuję, że podczas samego cięcia będę po prostu siedzieć. Siedzenie wychodzi mi znacznie lepiej niż chodzenie.
    Posłała mężczyźnie uśmiech, a potem odłożyła kubek i pozwoliła, aby barber się nią zajął, nie ruszając się w żaden sposób, żeby niczego nie popsuć. Kiedy Jonatan skończył, wysuszył i ułożył włosy, Rei przez kilka sekund tylko patrzyła w lustro. Uniosła wolno dłoń i dotknęła krótszych kosmyków przy uchu, jakby musiała je sprawdzić. Przesunęła palcami po odsłoniętym karku, a potem po linii włosów przy policzku.
    — To jest… — zaczęła. Uśmiechnęła się do swojego odbicia, uznając, że nowa fryzura nie sprawiła, że wyglądała teraz jakoś gorzej, a to naprawdę wiele znaczyło. — Podoba mi się.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dopiero kiedy peleryna została zdjęta, a włosy otrzepane, wstała ostrożnie. Podeszła do miejsca, gdzie zostawiła torbę, i zajrzała do niej, aby złapać telefon i zapłacić za usługę.
      Ekran rozświetlił się, zanim zdążyła wejść w jakąkolwiek aplikację. Jedna nowa wiadomość. Kliknęła w nią i przeczytała całość. W ten wieczór miał odbyć się mały koncert w klubie, nic wielkiego, raczej kameralny występ, rockowo-alternatywne brzmienie i klimat piwnicy. Jej znajomy, Jack, to wszystko organizował i najwyraźniej o niej pamiętał, bo wysłał jej dwa zaproszenia, tylko że Rei nie miała z kim iść. Maeve miała swoje sprawy, ojciec był daleko, a ona… cóż. Zerknęła w stronę barbera, a w jej głowie pojawił się absurdalny plan.
      — Właśnie dostałam coś dziwnego — powiedziała, unosząc telefon trochę wyżej. — To znaczy nie dziwnego jak groźba albo jakieś dziwne zdjęcia. — Odchrząknęła, nie wiedząc, czemu gada o takich rzeczach. — Znajomy napisał, że ma dla mnie dwie wejściówki na koncert dziś wieczorem. Nic wielkiego, raczej mały występ.
      Przez sekundę obracała telefon w rękach, jakby rozważała wszystkie za i przeciw tego, co zamierzała zaproponować.
      — I pewnie nie pójdę. Albo pójdę sama, co brzmi średnio atrakcyjnie, ale pomyślałam… — urwała i wzruszyła lekko ramieniem. — Pomyślałam, że może pan by chciał… nie ze mną. To znaczy może ze mną, jeśli pan… Nie. Chwileczkę. Źle zaczęłam.
      Wzięła głębszy oddech, zacisnęła usta w wąską linię i podeszła bliżej, aby zapłacić za usługę
      — Mam dwie wejściówki — powiedziała od nowa, znacznie wolniej. — Nie mam nikogo konkretnego, komu mogłabym je oddać. A pan dziś uratował nie tylko moje włosy, ale i tyłek, więc… jeśli chciałby pan pójść, sam albo z kimś, mogę je panu przekazać. W ramach rekompensaty. Albo napiwku.
      Oczywiście była też opcja, żeby poszedł z nią, ale Rei nie powiedziała tego głośno. Prawie w ogóle jej nie znał, a po jej dzisiejszym występie mógł uznać, że jest chodzącą katastrofą. Poza tym w grę wchodziło też to, że miał w swoim życiu kogoś, kogo chętnie by wziął na ten koncert, bo szczerze wątpiła, aby Jonatan Barlett był samotnym gościem, szczególnie że wyglądał jak główny bohater jakiejś książki, Rei tylko jeszcze nie wiedziała, co to za gatunek.

      Rei Bothwell 📱😳

      Usuń
  14. Rei poczuła, jak coś w niej natychmiast się cofa i to nie dlatego, że powiedział „żona” w sposób, który ją zawstydził jakoś głęboko. Nie zdążyła przecież zbudować wokół niego żadnej historii. Jonatan był po prostu barberem. Ale słowo żona miało swoją wagę, zwłaszcza tak wypowiedziane, z tym niechętnym wzruszeniem ramion i czymś, czego Rei nie umiała nazwać, ale zobaczyła to. Nie cały ból czy jego przyczynę, tylko pęknięcie, a ponieważ była mistrzynią wkładania palców we własne pęknięcia, rozpoznała cudze wystarczająco szybko, żeby nie zrobić tego samego.
    — Och — powiedziała cicho. — Nie. Nie, oczywiście, przepraszam, to zabrzmiało inaczej, niż miało zabrzmieć.
    Uniosła lekko obie dłonie, jakby mogła w ten sposób cofnąć propozycję, a najlepiej czas i powstrzymać się przed wypowiedzeniem tych kilku słów.
    — Ja nie próbowałam… — urwała, bo zdanie nie próbowałam pana poderwać wydało jej się zbyt bezpośrednie, zbyt nastoletnie i zbyt okrutnie niezgrabne, choć taka była prawda. — To znaczy, nie miałam na myśli niczego, co mogłoby być niewłaściwe. Po prostu dostałam wejściówki i… chyba mam odruch płacenia za niezręczność rzeczami, których sama nie umiem wykorzystać.
    Zerknęła w stronę telefonu, a potem wbiła wzrok w twarz mężczyzny i uśmiechnęła się lekko.
    — Jeśli żona wróci z Buffalo i miałaby ochotę… mogę spróbować załatwić dla państwa inny termin. Nie dziś. Po prostu… znam kogoś, kto czasem ma takie wejściówki. Mogę zapytać — powiedziała to bez narzucania się. Bez tego nerwowego tempa, którym wcześniej próbowała zagadać własne zawstydzenie. Tym razem naprawdę chciała zostawić mu możliwość odmowy bez żadnego ciężaru. — Zostawię panu mój numer — dodała po chwili. — Jeśli kiedyś chciałby pan skorzystać.
    Sięgnęła do torby, znalazła paragon, odwróciła go na drugą stronę i przez moment zawahała się z długopisem w dłoni. To był absurdalny, bardzo staroświecki gest. Ludzie dawali sobie numery w inny sposób, bardziej nowoczesny, ale papier wydawał się mniej nachalny i był zdecydowanie bardziej jak coś, co Jonatan mógł wyrzucić od razu po jej wyjściu, jeśli uzna, że tak będzie łatwiej.
    Zapisała numer starannie, obok dopisując tylko: Rei Bothwell, a potem podała mu paragon.
    — Proszę. Bez presji, naprawdę. Może pan to zgubić, wyrzucić, wyprać w kieszeni, cokolwiek — odezwała się ze śmiechem. Poprawiła pasek torby na ramieniu i odruchowo przesunęła palcami po krótszych włosach. Nadal wydawały jej się obce pod dłonią, ale w dobry sposób. — A fryzura jest świetna — rzuciła jeszcze. — Naprawdę. Dziękuję.
    Przez sekundę wyglądała, jakby chciała powiedzieć coś jeszcze. Może coś o tym, że czasem człowiek potrzebuje, żeby ktoś obciął mu włosy bez robienia z tego symbolicznego pogrzebu. I że naprawdę tego potrzebowała, żeby nie myśleć o fryzurze podczas zbliżającej się operacji. Ale nie odezwała się już, tylko skinęła lekko głową.
    — Do widzenia — powiedziała, cofając się ostrożnie w stronę wyjścia. Uśmiechnęła się jeszcze, tym swoim krzywym, trochę zawstydzonym uśmiechem, po czym nacisnęła klamkę i wyszła z salonu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dotarła do mieszkania dość zmęczona, ale zadowolona. W środku przywitał ją Pumpkin, czarny kocur, którego niedawno uratowała, a który głośno zamiauczał i poruszył ogonkiem, a raczej połową swojego ogonka. Zrzuciła buty przy drzwiach, odwiesiła torbę na krzesło i zatrzymała się przed lustrem w przedpokoju. Nowa Rei patrzyła na nią z drugiej strony. Nie całkiem nowa. To byłoby zbyt łatwe. Włosy nie zmieniały człowieka tak po prostu. Krótsza fryzura nie usuwała strachu przed operacją i nie rozwiązywała problemu z wynikami, płucami, kośćmi, bólem fantomowym, nudnościami, bezsennością… ale i tak coś było inaczej.
      Potem zaparzyła sobie dzbanek kawy i zjadła kilka krakersów prosto z opakowania, bardziej po to, żeby uciszyć żołądek niż z prawdziwego apetytu, i usiadła przy biurku. Laptop czekał tam, gdzie go zostawiła. Rei zaczęła pisać: Isolde usłyszała, jak deszcz uderza o pokład nad ich głowami, ale w kajucie było cicho. Zbyt cicho jak na statek, który przed chwilą walczył z morzem i wygrał tylko dlatego, że morze pozwoliło mu jeszcze oddychać.
      — Zbyt dramatyczne — mruknęła z krakersem w ustach. — Morze pozwoliło mu oddychać, jasne. A potem morze wystawiło fakturę.
      Skasowała ostatnią część, poprawiła zdanie i pisała dalej.

      Rei Bothwell 🖋️🐈‍⬛

      Usuń
  15. Hokej i lód. Początkowo Andrea nawet nie była zainteresowana tym serialem, a to dlatego, że jako nastolatka mieszkała w ciepłym Los Angeles i mało kto zajmował się tutaj hokejem. I lodem, który niewątpliwie był zimny. Wilson nie lubiła zimna, nigdy nie zdecydowałaby się na uprawianie jakiegokolwiek sportu zimowego. Łyżwy były dla niej obce, ledwo się na nich utrzymywała, a pierwsza zima spędzona w Nowym Jorku okazała się dla niej druzgocącym przeżyciem. Musiała kupić ciepłą kurtkę, zaopatrzyć się w czapki i szaliki. Przeżyła tę zimę, a teraz mogła cieszyć się latem. Już nie jako studentka, a ktoś, kto obronił dyplom i mógł szukać pracy w zawodzie. Łapała się wszelkich robót, każdego małego zlecenia, które mogłaby wpisać w swoje CV. Logiczniejszym wydawałby się powrót do Los Angeles, do stajni Hollywood, gdzie nie brakowało ani planów filmowych, ani zleceń, ale w Wielkim Jabłku trzymało ją coś zupełnie innego.
    Siostra. To w towarzystwie Maxine, Angeli i Cody’ego robiła rewatch serialu, który choć jej nie interesował, to wchłonął ją w całości, gdy w swoich nastoletnich latach obejrzała pilot w telewizji, a potem razem z przyjaciółkami co tydzień spotykała się po to, żeby obejrzeć kolejny odcinek. Dawkowały sobie emocje i piękne obrazy, a choć aktorzy grający w serialu grali studentów i pewnie byli w ich wieku, to smarkula Andy i jej przyjaciółki smarkule wzdychały do nagich torsów i rumieniły się na widok scen, które powinny mieć oznaczenie +18. Chichotały, jak głupie, kiedy główny bohater dobierał się do głównej bohaterki i teraz, mimo upływu lat, było podobnie. Każde z nich, zarówno męska część widowni, jak żeńska, znalazło sobie idola, do którego wzdychała i z którym przeżywało emocje.
    — A słyszeliście, że mają wrócić z kontynuacją? — rzucił któregoś wieczoru Cody. Andrea złapała wtedy zajawkę, w swoim pokoju, gdy już się rozeszli, przeszperała cały internet, zwłaszcza ten poświęcony ogłoszeniom o pracę w branży. Hokej i lód. Kącik ust zadrżał, gdy wysłała na podanego w ogłoszeniu maila swoje CV. Nie liczyła się na to, że jej się uda, bo set production assistant było obleganym stanowiskiem. Wysłała. Kliknęła. Nie było już odwrotu. I poszła spać.

    Miesiąc później była już na planie. Kręciła się wokół własnej osi, bo choć nie był to jej pierwszy raz, to czuła się zagubiona. Przyciskała do piersi swój notes, do którego okładki przytroczyła długopis. Nie była jedynym świeżakiem, widziała kilka osób w podobnym stanie.
    — Andrea Wilson!
    Kobiecy, mocny głos i szybkie kroki zwiastowały w jej głowie nieszczęście.
    — To ja.
    Odezwała się i niepewnie uniosła dłoń. Wysoka blondynka w koszuli w kratę, krótkich spodenkach i stylowych, poprzecieranych martensach, zmierzyła Andy od stóp do głów. Wilson była ubrana schludnie i jak zdała sobie sprawę, zbyt elegancko, ale z racji tego, że rozmowa była online, to chciała na żywo zrobić pierwsze dobre wrażenie. Przesadziła. Biała, wyprasowana koszula pasowała do typowego korpo, a ołówkowa spódniczka, w którą wsunęła jasny materiał był zbyt grzeczna i niepraktyczna na bieganie na planie. Bordowy kolor spódniczki pasował do bordowych trampek, które były jedynym, swobodnym elementem jej stroju. Wysoki kucyk na czubku głowy dyndał dziewczęco.
    — Ja pierdolę… Nie nadajesz się do scenografii… — mruknęła blondynka i spojrzała na listę, którą trzymała w dłoni. — Dobra, lecisz na czytanie tekstu z ekipą. Zbierzesz zamówienia na kawę i lunch, a potem go dostarczysz. Jasne?
    — Ale… — Andrea ledwo zaczęła. Blondynka uniosła tylko brew ku górze. — Nie mam samochodu.
    Nie kłamała. Miała prawo jazdy wydane w Los Angeles. Stan Kalifornia potwierdzał jej uprawnienia do prowadzenia pojazdów mechanicznych, ale nie było jej stać nawet na najgorszego grata.
    — Steve! — wydarła się blondi. — Daj tej małej klucze do któregoś z vanów. Zapisz to potem tylko w papierach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Steve, który wywołany nie wiadomo skąd zjawił się niespodziewanie i pociągnął Andreę za sobą. Weszli do małego biura. Mamrotał coś pod nosem, a potem wścisnął jej do dłoni pilota.
      — Otarciami się nie przejmuj. Najważniejsze to nie wylać kawy — powiedział, posłał jej uśmiech i poszedł. Została sama ze sobą.

      Dobre dwadzieścia minut zajęło jej dotarcie na pierwsze piętro budynku, w którym na parterze był plan filmowy, a na górze kilka salek konferencyjnych. Wszystko z dala od ścisłego centrum Nowego Jorku. Otworzyła swój notes na wolnej strony i weszła do jednej z nich, gdzie było mnóstwo ludzi. Wszyscy aktorzy mający brać udział w trzech pierwszych odcinkach, reżyserzy i scenarzyści oraz ich asystenci. Musieli skończyć pierwszą próbę, bo większość wstała już z krzeseł, które ustawiono przy kilku stołach – te zaś ułożone były w kształt litery U. Przy szczycie siedziała ekipa odpowiedzialna za produkcję, a po ich prawej i lewej stronie część aktorska. Teraz pomieszali się miejscami. Wilson poprawiła swoją smycz, do której miała przyczepioną plakietkę, co by łatwiej przychodziła jej identyfikacja.
      — Goniec! — zawoła ktoś, spoglądając na Andreę.
      — Co? Nie… Ja…
      — Na pewno dwie latte na mleku migdałowym z syropem cynamonowym, duże, do tego dwie bagietki ze stripsami i sałatka cezar… — zaczęła jedna z aktorek, a Andy stała, rozkładając bezradnie ręce. Przez chwilę, bo zaraz potem wzięła swój długopis i w powietrzu zaczęła notować.
      — Na telefonie będzie szybciej — zasugerował jakiś blondyn i Andy dopiero zdała sobie sprawę, że to był ten blondyn, a jej policzki pokryły się rumieńcami.
      O kurwa, pomyślała, gdy serce poderwało się do galopu, kiedy jej spojrzenie uciekło w kierunku Jonatana. Drżącymi rękoma odłożyła swój notes na rant stołu i sięgnęła do niewielkiej nerki, z której wyciągnęła telefon. Stary, zdezelowany iPhone 12.
      — Rozładował się… — powiedziała tylko bezradnie. Musiała sobie kupić nowy telefon. Tylko za co?

      Andrea Wilson

      Usuń
  16. [Ale mi miło czytać tyle ciepłych słów! Ogromnie dziękuję! <3 Czyli przypadek z życia wzięty, u wróżki Lei tylko takie :D
    Jonatan jest wspaniały i smutny, pięknie napisana historia. Ale! Przepowiadamy mu świetlistą przyszłość – zarówno zawodową, jak i sercową.
    Chcemy coś razem stworzyć?]

    Helen Lynch

    OdpowiedzUsuń
  17. Rei odebrała telefon głównie dlatego, że była druga czterdzieści w nocy, a o tej godzinie człowiek odbierał z dwóch powodów: albo ktoś umierał, albo ktoś dramatycznie przecenił swoją stabilność emocjonalną. Przystawiła telefon do ucha z zaspaną miną i zanim cokolwiek powiedziała, usłyszała: Mona, kochanie moje…. Rei zamarła. Najpierw pomyślała, że nadal śpi. Potem, że umarła i trafiła do bardzo specyficznego kręgu zaświatów, w którym mężczyźni dzwonili do niej po alkoholu, żeby wyznać miłość kobiecie o imieniu Mona. Dopiero po kilku sekundach jej mózg, niechętnie i z dużą obrazą majestatu, zaczął łączyć fakty. To nie było do niej. Absolutnie nie było do niej.
    Leżała więc nieruchomo, z telefonem przy uchu, słuchając, jak mężczyzna, który powinien najwyraźniej mówić to wszystko do swojej Mony, wylewał z siebie zdania zbyt mokre od alkoholu, samotności i żalu, żeby Rei mogła przerwać połączenie od razu bez poczucia, że kopie kogoś w najczulsze miejsce. Nie miała pojęcia, kim była Mona ani dlaczego nie było jej przy nim. Nie wiedziała, ile było w tym prawdy, ile wypitego piwa, a ile nocnego załamania człowieka, który obudził się na kanapie i pomylił numer z tęsknotą. Ale wiedziała jedno: nie powinna tego słyszeć.
    — Halo! Czemu nic nie mówisz? Nie ignoruj mnie, kochanie. — Usłyszała po drugiej stronie.
    Rei zamknęła oczy. O nie. Nie, nie, nie. To była sytuacja, w której normalna osoba powiedziałaby spokojnie: pomyłka, proszę pana. Rei, niestety, nie była normalną osobą, a człowiekiem, który potrafił współczuć obcemu mężczyźnie przez telefon, jednocześnie czując absolutną panikę, że za chwilę zostanie przypadkowo mianowana Moną zastępczą.
    — To nie Mona — powiedziała w końcu cicho. Usiadła powoli na łóżku, owijając się kołdrą, jakby była w kokonie. Pociągnęła nosem. — Myślę, że wybrał pan zły numer — dodała łagodniej. — Albo raczej… właściwy numer, ale w bardzo złym celu. To ja. Rei. Od włosów.
    Zrobiło się cicho, niemal upiornie cicho. Rei potarła palcami jedną powiekę i zerknęła w stronę odsłoniętego okna.
    — Eeemmm… Proszę nie panikować — powiedziała szybko. — To znaczy… może pan trochę panikować, bo sytuacja jest obiektywnie koszmarna, ale nie musi pan robić tego głośno. Ja… nic nie słyszałam. — Zawahała się. — Dobra, to kłamstwo. Słyszałam sporo. Ale możemy wspólnie udawać, że nie. Jest… pewnie po drugiej, a rzeczy powiedziane o tej godzinie się nie liczą, zwłaszcza jeśli pachną alkoholem, nawet przez telefon.
    Przygryzła wargę, bo może zabrzmiało to zbyt ostro. Westchnęła cicho. Nigdy nie była w takiej sytuacji, nie wiedziała, jak się zachować, ale zdecydowanie nie umiała ot tak się rozłączyć, jakby ten telefon był jakąś niedogodnością. Poza tym co takiego mogło się stać?
    — Przepraszam. Nie powinnam. Po prostu… brzmi pan, jakby było panu naprawdę źle —mruknęła. — Nie jestem Moną. I nie wiem, czy powinien pan teraz do niej dzwonić. Właściwie jestem prawie pewna, że nie. Jeśli pan naprawdę chce z nią porozmawiać, to może… jutro?
    Zamilkła na moment, słuchając jego oddechu po drugiej stronie. Nie miała pojęcia, czy nie rozmawia teraz z facetem, który dzwonił do ukochanej kobiety tylko po to, żeby po rozłączeniu wyskoczyć przez okno. Takie historie nie były wcale rzadkie, a Rei nie chciała się później obwiniać o jego śmierć. Zsunęła się z łóżka, a potem wstała, prawie potykając się o poduszkę. Wyprostowała się i rozejrzała się po pokoju.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Jest pan w domu? — zapytała, przyciskając telefon do ucha. — Jeśli tak, niech mi pan wyśle swoją pinezkę.
      To był bardzo zły pomysł! Ale Rei miała to gdzieś. Była druga czterdzieści w nocy, a ona właśnie próbowała ubrać protezę w półmroku, bo jakiś pijany, nieszczęśliwy mężczyzna zadzwonił przez pomyłkę do niewłaściwej kobiety i brzmiał, jakby był o trzy zdania od czegoś naprawdę głupiego. Więc tak, rozsądek mógł sobie w tej chwili złożyć oficjalną skargę. Rei nie planowała jej rozpatrywać.

      Rei Bothwell 📱🌙

      Usuń