Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

13/09/2026

[KP] Are you such a dreamer to put the world to rights?

Declan "Didi" Doyle
13 listopada 1994 rok Nowojorczyk z urodzenia, nie wiadomo kto z pochodzenia, Irlandczyk z wychowania starszy brat, a kiedyś syn kiedyś prawny opiekun siostry, dzisiaj przyjaciel żołnierz w okresie przejściowym - zakaz wyjazdu na misje US Army Corps of Engineers wieczorowy student NYU na kierunku cyberbezpieczeństwa Queens

Uważnie patrzy, zanim zrobi cokolwiek więcej, jakby przez lata nauczył się, że najpierw należy sprawdzić, co dzieje się dookoła, dopiero później zdecydować, czy można sobie pozwolić na reakcję. Spokojny nie z natury, lecz z przyzwyczajenia, czujny nie dlatego, że wszędzie spodziewa się niebezpieczeństwa, ale dlatego, że armia skutecznie nauczyła go nie lekceważyć nawet tego, co na pierwszy rzut oka wydaje się zwyczajne. Z chłopca, który szerokim uśmiechem odpowiadał na każdy przejaw zainteresowania, zostało niewiele; może tylko to, że wciąż potrafi śmiać się z cudzych żartów, choć własne zachowuje dla siebie, jakby nie miał już potrzeby być tym, który rozładowuje napięcie i przyciąga uwagę. Nie stracił poczucia humoru, stracił raczej beztroskę potrzebną, by bez zastanowienia się nim dzielić.

Nie jest człowiekiem milczącym dla samego bycia cicho. Zwyczajnie waży słowa, zanim pozwoli im opuścić usta, a myśli poprzedzają dźwięk o chwilę dłużej. Nie mówi po to, by zapełnić ciszę i nie czuje potrzeby udowadniania własnej racji głośniejszym głosem, ostrzejszym tonem. Twardo stąpa po ziemi, może nawet zbyt mocno, jakby każdą grudę najpierw sprawdzał pod kątem tego, czy ma szansę wytrzymać zderzenie z rzeczywistością. Nie oznacza to jednak chłodu. Potrafi być uprzejmy, pomocny i zwyczajnie dobry, tylko jego dobroć nie jest szczególnie widowiskowa – częściej objawia się tym, że pamięta, co ktoś powiedział kilka tygodni wcześniej, niż tym, że znajdzie dla tego kogoś odpowiednio wzniosłe słowa.

Zbyt dobrze zna ludzi, by patrzeć wyłącznie na to, co mówią. Zwraca uwagę na drobiazgi: zmianę tonu głosu, dłuższą pauzę, sposób, w jaki ktoś odkłada szklankę, nagłe wycofanie się z rozmowy albo przeciwnie – nadmierną energię, która pojawia się bez wyraźnego powodu. Choroba siostry nauczyła go tego jeszcze zanim wojsko zrobiło z obserwowania nawyk. Przy Carze nauczył się wychwytywać najmniejsze zmiany nastroju i samopoczucia, ponieważ czasami różnica pomiędzy zwyczajnym zmęczeniem a czymś, co wymaga natychmiastowej reakcji, mieściła się w kilkunastu oddechach. Później wojsko tylko wyostrzyło tę umiejętność, odbierając jej niewinność i nadając zupełnie nowy cel. Dzisiaj rejestruje ludzi niemal odruchowo, nie zawsze nawet zdając sobie z tego sprawę.

Nie szuka konfliktów, ale też przed nimi nie ucieka. Ma w sobie cierpliwość człowieka, który nauczył się znosić znacznie więcej, niż powinien, i upór kogoś, kto zbyt wcześnie zrozumiał, że nie wszystko można naprawić, ale niemal zawsze można próbować. Nie romantyzuje własnych doświadczeń, nie opowiada o wojsku jak o przygodzie i nie potrzebuje, by ktoś podziwiał to, co przeżył. Jeżeli już mówi, robi to konkretnie, bez ozdobników, pozostawiając innym miejsce na własne wyobrażenia. Nie lubi, gdy robi się z niego bohatera, bo sam pamięta przede wszystkim te momenty, w których bohaterem nie czuł się ani trochę.

Najłatwiej dostrzec w nim człowieka odpowiedzialnego, czasami aż przesadnie. Tego, który przyjdzie pierwszy i wyjdzie ostatni, upewni się, że każdy dotarł bezpiecznie do domu, zapamięta numer telefonu i sprawdzi dwa razy, czy drzwi zostały zamknięte. Nie dlatego, że uważa innych za nieporadnych, ale dlatego, że zbyt wcześnie przyzwyczaił się do świadomości, iż wystarczy jeden telefon, jedna noc i jedno zdarzenie, żeby całe dotychczasowe życie rozsypało się bez pytania o zgodę. Odpowiedzialność stała się więc jego drugą skórą, a czujność czymś więcej niż wojskowym nawykiem. Mimo wszystko, jakaś dawna część tego co utracił w wyniku dorastania w rytm marszu w Es-dur, wystaje spod kartki skóry narzuconej przez wojsko. Nie gryzie, bo woli pożreć w całości.

Declan "Didi" Doyle

Przyszedł na świat w chłodną, listopadową noc, swoim krzykiem konkurując z ratującymi życie matki, lekarzami. W dniu narodzin nie miał jednak zostać sierotą, a dzieckiem dziecka, bo przecież tym właśnie była ta, która wydała go na świat, ale nigdy nie przytuliła do piersi. Adoptowany w pierwszych miesiącach życia, krzykiem zaczął rozdzierać idylliczne przedmieścia Nowego Jorku, gdzie płoty do kolona wyznaczały granice działek, chroniąc jedynie długość trawnika w ich obrębie.

Para która go adoptowała dała mu na imię Declan, bo gdy nie zajmował się krzykiem, to posyłał wszystkim szerokie, bezzębne uśmiechy i pewnie robiłby to nadal, gdyby nie to, że z miękkich dziąseł wyszły zęby, które częściej zaciska niż pokazuje.

Był psotnym, ciekawym świata dzieckiem z apetytem na naukę i ruch, aż do utraty tchu. Uczył się dobrze, słuchał mamy i taty stając się po czasie tym, przez którego w ich domu pojawiła się druga istota, której zdawało się, że nikt nie chciał. Cara, bo miała być jego przyjaciółką i tak się stało, gdy pierwszy raz dostał ją w ramiona jako podrostek i za główny cel ustanowił sobie chronić ją od wszelkiego cierpienia i zła. Przez kilka lat szło mu to dobrze, aż do ciepłej, sierpniowej nocy, kiedy na imprezie u kolegi dostał telefon, który zmienił jego życie.

Państwo Doyle zginęli w wypadku. Dom, który zbudowali z dwójką małych nieszczęść, zmieniając je w chodzące radości, zachwiał się w posadach, a Declan musiał dorosnąć w jedną noc.

Z młodego dorosłego, który miał przed sobą całe życie, został ojcem bez matki u boku – prawnym opiekunem dla siostry, którą, aby móc utrzymać i zagwarantować ubezpieczenie medyczne, zmuszony był i tak zostawić pod opieką babci. Stał się mistrzem papierowej gimnastyki, gdy wizja nieleczonej cukrzycy pojawiła się na horyzoncie, a wojskowy kontrakt zmusił do wyjazdu. Najpierw do Missouri na szkolenie, później na chwilę do Kosowa, gdzie przyjemny spokój pozwolił myśleć, że cała służba może mu tak minąć. W Somali przestał się łudzić, ale nie zrezygnował – tylko słabi rezygnują, a Cara wciąż nie miała dwudziestu jeden lat. Gdzieś między Kosowem a jedną z baz wojskowych w Afryce zaczął zapominać, jak to jest żyć normalnie. Młody umysł szybko wchłonął wojskową rutynę, odnajdując w niej sens, cel i bezpieczeństwo w niebezpieczeństwie. Uzależnienie od adrenaliny. W Syrii zaczął zapominać o normalności.

Fort Leonard Wood w Missouri, Kosowo, Somalia. Później Syria. I wypadek, który w swoim tragizmie stał się przepustką do wolności, której wcale nie chciał, bo ucieczka od rzeczywistości była łatwiejsza.

Declan "Didi" Doyle
Odautorsko
Witam serdecznie, w tytule ukochane Radiohead. Pozdrawiam ciepło i zapraszam do siebie.

Poniższe wpisy mogą zawierać treści przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.

11 komentarzy:

  1. [Ciężary, ciężary, jak my lubimy wciskać naszym postaciom takie problemy na promocji, dwa cierpienia w cenie jednego, czy coś 😅 Ciekawie bardzo się tu u was zapowiada! Doświadczenia z frontu to duży bagaż do dźwigania, więc mam nadzieję, że nie planujesz dorzucać mu tam dodatkowych kamieni. Niech teraz chłopak troszkę nacieszy się życiem, dobrze? 😂 Baw się świetnie z kolejną postacią, niech wena nigdy Cię nie opuszcza! 🧡]

    Brant Dawson
    & Tanner Morgan

    OdpowiedzUsuń
  2. [Same przystojne mordki na tym blogu ostatnio… 🤤 ale, ale! Wygląd to nie wszystko, a Declan wydaje się kimś, kto przeżył wystarczająco dużo, że aż ma się ochotę powiedzieć, żeby po prostu usiadł i odetchnął.
    Cudownie czytało mi się treść całej karty, choć sama historia wcale tak cudowna nie jest…
    Nie gryzie, bo woli pożreć w całości – jeśli rzucić w niego czekoladą, to czy istnieje szansa na negocjacje, czy pożarcie to jedyna opcja? 🤔😂 Trzeba to sprawdzić!
    Baw się wspaniale na bloszku z kolejną postacią, bo każda kolejna zachwyca jeszcze bardziej! ❤️]

    Rei Bothwell 🧚‍♀️✨

    OdpowiedzUsuń
  3. [Jesus! Chwilę człowieka nie ma, a tu tyle zmian i nowych postaci, nie idzie nadrobić! Niemniej gorąco witamy z nowym panem, który jest wręcz uroczy i taki w sam raz do ukochania (przynajmniej przeze mnie ;>) i życzymy z nim wielu fascynujących wątków, bo jest w czym rzeźbić. Obie z Tilly zazdrościmy mu tylu miejsc w których przyszło mu być, choć w skrajnie niesprzyjającym czasie.
    Najpierw muszę wyjść z zaległości i posłać nasze panie w melanż, ale w razie chęci zawsze też coś jeszcze spróbujemy udźwignąć, gdybyś miała ochotę :)
    Weny, pomysłów i fajnych wątków z Declanem Ci życzymy <3]

    Mathilde Stevenson

    OdpowiedzUsuń
  4. [Cześć! Jaki on przystojny! :D
    Więcej mundurowych, więcej! Panny będą ustawiać się sznurem w kolejce do nich.
    Miło widzieć, że wena wam wszystkim dopisuje, a Ciebie to bym chętnie porwała na wątek w każdej konfiguracji, więc jak tylko żyćko się uspokoi, to możemy coś rozpisac, a teraz już zaczać myśleć. A jak. ♥ Wiesz, gdzie mnie szukasz.
    Baw się dobrze z nową postacią. ♥]

    Andrea Wilson, Debbie Grayson & Evan Roth

    OdpowiedzUsuń
  5. [Dzień dobry, witam Cię serdecznie z kolejną postacią ☺️ My to nie potrafimy dać spokojnego, bezproblemowego życia tym naszym postaciom, prawda? Declan pod pewnymi względami wydaje mi się być podobny do mojego Iana, więc wiem, o czym piszę 😉 Charakterki z ta ich powściągliwością, to oni mają raczej trudne, ale skoro w przypadku Iana znalazł się ktoś, komu to nie przeszkadza, a wręcz odpowiada, to mam nadzieję, że w przypadku Declana będzie dokładnie tak samo ☺️
    Udanej zabawy z nową postacią i mnóstwa czasu na pisanie 🧡]

    IAN HUNT & MAXINE RILEY

    OdpowiedzUsuń
  6. Kolejka do stolika nie kończyła się od prawie godziny. Rei była o tym przekonana, bo co jakiś czas podnosiła wzrok, uśmiechała się do kolejnej osoby, słuchała drżących słów, pytań i pochwał. Ludzie podchodzili do niej z egzemplarzami Soli w koronie, z tomami Królestwa rzeczy utraconych, z zakładkami, notesami, czasem z telefonem trzymanym przy piersi. Nad stolikiem wisiał niewielki baner: Lynn R. Well / Reilynn Bothwell – spotkanie autorskie i podpisywanie książek. To było nieco… dziwne. Przez lata Lynn R. Well była tarczą. Kimś bez choroby, bez protezy, bez blizn, bez tych wszystkich rzeczy, które czasem paraliżowały Rei. Bothwell była bardziej skomplikowana. Miała gorsze noce, tendencję do mówienia rzeczy, których potem żałowała o drugiej nad ranem, i zamiłowanie to katastrof, a teraz siedziała tu jako obie w jednej osobie. Rei była ubrana w czarną sukienkę z miękkiego materiału, która miała długie rękawy i sięgała kostek – do kreacji założyła wygodne półbuty, które pasowały do wszystkiego. Tak naprawdę jednak Bothwell nie wyróżniała się dzisiaj niczym szczególnym, bo wybrała wygodę.
    — Dla kogo podpis? — zapytała, unosząc długopis.
    — Dla Agnes — odpowiedziała dziewczyna, może dziewiętnastoletnia, z oczami mokrymi od emocji.
    Rei kiwnęła głową, otworzyła książkę na stronie tytułowej i napisała: Dla Agnes – obyś zawsze znajdowała drogę, nawet jeśli mapa nie wskazuje konkretnego miejsca. Lynn R. Well / Reilynn Bothwell. Kiedy podała tom dziewczynie, ta przycisnęła lekturę do siebie tak mocno, jakby Rei wręczyła jej coś bezcennego.
    — Dziękuję — powiedziała.
    Całe wydarzenie wydawało się nieco monotonne: kolejna osoba, kolejny egzemplarz, kolejne imię i kolejne serce podane jej na chwilę razem z książką, ale Rei cieszyła się, że mogła tutaj być. Po publicznym wywiadzie wszystko zmieniło się szybciej, niż przewidywała. Internet przez trzy dni zachowywał się jak stado smoków po cukrze. Komentarze, artykuły, fragmenty live’a pocięte na krótkie filmiki, ludzie piszący: czekałam na to, wiedziałam, to ona. Były też gorsze rzeczy, oczywiście, bo Internet bez okrucieństwa nie mógłby istnieć.
    — Dla kogo? — zapytała następnego czytelnika.
    — Dla Olivii.
    Podpisała się i oddała książkę, uśmiechając się lekko. Po dwóch godzinach czuła już zmęczenie i ból w plecach, a palce nieco już drętwiały. To był pierwszy raz, kiedy zorganizowała spotkanie autorskie – do tej pory odmawiała pokazywania się i sprzedawała podpisane egzemplarze książek przez stronę internetową. Teraz jednak chciała zrobić to inaczej. I w całym tym amoku była jednocześnie przerażona i… szczęśliwa. Ludzie przyszli tutaj dla niej, podchodzili, nawiązywali rozmowę, opowiadali o książkach i bohaterach, których stworzyła. Chyba nie zdawała sobie sprawy z tego, że jej historie żyły gdzieś poza tym, co wykreowała, że stawały się częścią czegoś większego.
    Tłum przesuwał się wolno, większość rozmawiała półgłosem, trzymając swoje egzemplarze książek – Rei poczuła nagłe, ostre wzruszenie. To naprawdę się działo, naprawdę była tutaj jako pisarka, po tym, jak ujawniła, że jest Lynn R. Well, po tym, jak pokazała twarz i pozwoliła, żeby pseudonim przestał ją zasłaniać. Bała się, że od tej chwili wszystko będzie czytane przez pryzmat jej choroby. Że każda rana w jej książkach stanie się medyczną metaforą, każda bohaterka jej autoportretem, każdy happy end prośbą, której nie umiała wypowiedzieć na głos. Bała się, że ludzie przestaną widzieć opowieść, a zaczną dostrzegać tylko biedną dziewczynę… ale tak się nie stało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na stoliku stała butelka wody, kubek herbaty, której nie zdążyła wypić, i mały talerzyk z ciastkami, które ktoś z wydawnictwa położył obok niej. Rei zjadła jedno ciastko w przerwie między podpisami, choć pewnie gdyby nie praca, słodycze zniknęłyby bardzo szybko.
      — Jeszcze kilka osób i robimy krótką przerwę — szepnęła Marianne, jej wydawczyni, pochylając się do niej.
      Rei skinęła głową, a potem podniosła wzrok do następnej osoby. Mężczyzna stojący naprzeciwko był olbrzymem. To była pierwsza rzecz, którą zarejestrowała, bo musiała unieść głowę trochę bardziej niż wcześniej. Nie minęła jednak chwila, gdy coś w jej głowie kliknęło. Zamarła z długopisem w ręku. O nie. Nie, nie, nie. To był on, to musiał być on! Powinna coś powiedzieć. Była przecież profesjonalistką, autorką na spotkaniu autorskim. Osobą publiczną, do pewnego stopnia, choć nadal brzmiało to dla niej dość abstrakcyjnie. Miała podpisywać książki, uśmiechać się i zadawać pytania o dedykację, a nie czuć, że właśnie traciła grunt pod stopami.
      — O nie — powiedziała. Świetnie, bardzo profesjonalnie. Poczuła, że jej policzki robią się cieplejsze. Nie tak bardzo jak dawniej, kiedy każde zawstydzenie było natychmiastową katastrofą, ale wystarczająco, żeby wywołać w niej irytację. Naprawdę? Teraz? Po dwóch godzinach rozmów z czytelnikami, po ujawnieniu się światu jako Lynn R. Well, po przeżyciu setek komentarzy w Internecie, jej organizm uznał, że największym zagrożeniem jest żołnierz, którego spotkała w szpitalu i z którym wymieniała się listami przez jakiś czas?
      — To znaczy… — zaczęła od razu, bo oczywiście musiała zacząć sprzątać bałagan, który uciekł z jej ust. — To nie było nic osobistego. Po prostu… nie spodziewałam się pana tutaj. W sensie… oczywiście, że teoretycznie mógł pan przyjść, bo to otwarte wydarzanie, każdy mógł się tutaj zjawić, ale… wrócił pan.
      Wrócił z miejsca, o którym nie mógł jej nic powiedzieć, a o które Rei nigdy nie zapytała. Listy, które wymienili między sobą, były krótkie; Bothwell pisała o tym, co działo się w Nowym Jorku, jak idzie jej tworzenie historii, rzucała żartami, choć była pewna, że nie były one tak śmieszne, gdy się je czytało samemu. Rei postrzegała tę przyjaźń jako coś dziwnego, trochę przypadkowego i zaskakująco bezpiecznego. Nie było w niej wielkich deklaracji. I całe szczęście. Rei nie ufała wielkim deklaracjom, bo zwykle brzmiały dobrze tylko w książkach, a w życiu miały tendencję do psucia się w rękach. Dlatego kiedy zobaczyła go teraz przed swoim stolikiem, nie poczuła, że świat się zatrzymał – był za to spokój, zaskoczenie, ulga oraz ta szczególna, ludzka radość, gdy spotykało się kogoś, kogo dawno się nie widziało.

      Rei Bothwell ✍️📚

      Usuń
  7. Nie miała pojęcia, czy jest zadowolona, była raczej zaskoczona i w ogóle nie spodziewała się, że żołnierz poznany w szpitalu stanie naprzeciwko niej i to podczas podpisywania książek. Nie czuła się tym przytłoczona, tak właściwie dobrze było wiedzieć, że wrócił, że był cały i że cisza z jego strony nie była spowodowana tym, że coś się stało. Nie był jej oczywiście winny kolejnych listów, choć gdy te przestały przychodzić, Rei poczuła się z tym dziwnie i długo zastanawiała się, czy powinna może napisać coś innego, zapytać, czy wszystko w porządku, ale zdała sobie sprawę z tego, że to może być różnie odebrane, a ona nie chciała, żeby Declan pomyślał, że się narzuca.
    — Przepraszam. — Zaśmiała się nieco nerwowo. — Po prostu… nie spodziewałam się ciebie tutaj… znaczy się, to nie tak, że się nie cieszę, jestem po prostu zaskoczona.
    Przyjęła od niego książkę, pogłaskała palcami stronę, gdzie miała się podpisać, i potrząsnęła głową.
    — Nie, nie zastarzałeś się, wglądasz dobrze — rzuciła luźno, może trochę zbyt luźno, bo raczej nie wypadało jej komplementować faceta tak otwarcie, ale trudno, już tego nie cofnie, a jej twarz chyba nie zacznie płonąć. — Nie mówię tego w żaden dziwny sposób — zaczęła natychmiast, bo oczywiście musiała pogorszyć sprawę. — Po prostu stwierdzam fakt…
    Zamilkła, zacisnęła usta w wąską linię i wydusiła z siebie:
    — Boże, przepraszam, to… — Pochyliła głowę nad książką, żeby ukryć własne rozbawienie i zakłopotanie jednocześnie. Palcami jeszcze raz przesunęła po stronie, a potem parsknęła cicho. — „Panią”? — powtórzyła, unosząc brew. — Czyli najpierw protestujesz przeciwko mojemu „panu”, a potem sam wyciągasz „panią” jak broń? Hipokryzja w czarnym T-shircie!
    Posłała mężczyźnie wesoły uśmiech, który sprawił, że jej nos lekko się zmarszczył.
    — Dla Declana, tak? — zapytała, chociaż przecież wiedziała, że tak. Jednak dopiero, gdy kiwnął głową, zaczęła pisać: Dla Declana – czasem wszystko zaczyna się od jednego spotkania i pierwszego listu. Obyś zawsze znalazł coś, co będzie w stanie zająć Twoją głowę. Napisała to szczerze i miękko, doskonale pamiętając, co mu powiedziała wtedy w szpitalu. Declan nie mógł wyznać, gdzie wyjeżdża, a ona poradziła mu, aby wziął ze sobą książkę – którą, jak się przyznał w liście, zabrał. Ostatecznie podpisała się: Reilynn Bothwell / Lynn R. Well. Przez sekundę patrzyła na oba nazwiska obok siebie. Nadal wyglądały dziwnie, niemal jak dwie wersje tej samej osoby, które dopiero uczyły się koegzystować. Ale dziś ten podpis miał sens. Szpitalna Rei, Lynn R. Well, Reilynn Bothwell – wszystkie mieściły się na jednej stronie. Oddała mu książkę z uśmiechem.
    — Hmmm, w przyszłym tygodniu moja dostępność jest bytem niepewnym — powiedziała, posyłając mężczyźnie krótkie spojrzenie. — Zarządzają nią aktualnie wydawnictwo, lekarze, kot i badania.
    Zerknęła w bok. Kolejka była już wyraźnie krótsza, zostało tylko kilka osób, a Marianne krążyła obok, informując o końcu spotkania autorskiego.
    — Ale właściwie — powiedziała, zanim jej zdrowy rozsądek zdążył wnieść sprzeciw — zaraz kończę podpisywanie. To znaczy nie zaraz-zaraz, bo jeszcze kilka osób czeka i nie mogę ich porzucić jak bohaterów drugiego tomu w połowie oblężenia. Ale kawa może być dzisiaj. I ciastko też. Właściwie ciastko powinno być obowiązkowe.
    Uśmiechnęła się lekko, tym razem mniej nerwowo. Oczywiście mógł odmówić, mieć inne ważne rzeczy lub wymyślić cokolwiek innego, jeśli nie chciał spędzić z nią popołudnia.
    — O ile oczywiście nie masz planów — dodała szybko. — Tylko uprzedzam, że jeśli wybierzesz ciastko z rodzynkami, nasza znajomość skończy się bardzo szybko.
    Trochę sobie żartowała, a trochę nie, po prostu nie lubiła rodzynek w słodkościach. Zerknęła jeszcze raz w stronę czekających czytelników, a potem pochyliła się nieco.
    — Poczekasz? — zapytała ciszej. — No wiesz, jeśli już przeszedłeś przez całą operację zaskoczenia mnie, głupio byłoby odpaść przed etapem kawy i ciastka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A potem wróciła do podpisów, co okazało się trudniejsze, niż powinno. Nie dlatego, że nie lubiła czytelników. Lubiła. Naprawdę. Każda kolejna osoba, która podchodziła z książką i z wypiekami przy twarzy, robiła z jej sercem coś, co powinno być karalne. Ale teraz, kiedy Declan stał gdzieś z boku, poza kolejką, oparty pewnie o ścianę albo regał, Rei nie patrzyła, absolutnie nie patrzyła, poza tymi trzema razy, które się nie liczyły, rozpraszała się jego obecnością.
      Kilkadziesiąt minut później Marianne pojawiła się obok z tym swoim profesjonalnym uśmiechem, który oznaczał koniec kolejki i spotkania autorskiego. Porozmawiały chwilę, zrobiły ostatnie zdjęcia, a kiedy Rei podniosła się z krzesła, poczuła, jak bardzo jest zmęczona. Chwyciła jednak laskę, poprawiła sukienkę i przez moment stała przy stoliku, zbierając się do ruchu. Złapała za swoją torbę, wzięła głębszy oddech i ruszyła wolno w stronę Declana, który na nią czekał.
      — No dobrze — rzuciła. — Przetrwałeś etap czekania. — Uśmiechnęła się z rozbawieniem. — Idziemy? Niedaleko jest kawiarnia, w której serwują urocze desery, na przykład galaretkę w kształcie zwierzątek, ale kawę też podobno mają niezłą. Nie, żebym wybrała akurat to miejsce, bo chcę zobaczyć, jak jesz cute rzeczy.

      Reilynn Bothwell 🍰☕

      Usuń
  8. Owszem, nie miała problemu z opisywaniem kochanków, scen erotycznych, czasem dość wyuzdanych, ale swoją inspirację brała z filmów porno lub innych, a nie przeżywała to osobiście. Nie miała nawet okazji, żeby móc się zakochać, przeżyć swój pierwszy raz i wzdychać do faceta, który też byłby nią tak naprawdę zainteresowany. I to nie tak, że nie wiedziała, jak to jest pożądać kogoś albo lubić bardziej niż koleżeńsko, po prostu Rei miała dość trudny charakter i szybko się wycofywała, zasłaniała żartami i próbowała dbać zawsze o kogoś innego, a nie o siebie. To dlatego często rezygnowała z jakiejś relacji, bo nie chciała być ciężarem ani sprawiać nikomu kłopotów. Zresztą kto by chciał spotykać się z chorą dziewczyną, która nawet nie wie, czy dożyje swoich trzydziestych urodzin?
    Przez moment chciała powiedzieć, żeby się nie wygłupiał i że da sobie radę, więc nie musiał podawać jej ramienia. To był odruch, dokładnie ten odruch, który kazał jej odpowiadać „wszystko dobrze”, kiedy nie było dobrze, i udawać, że krzesło jest wystarczająco wygodne, nawet jeśli jej plecy zaczynały pisać testament. Ale ból w kręgosłupie i lekkie zmęczenie po dwóch godzinach podpisywania książek natychmiast zgłosiły sprzeciw. Poza tym to chyba nie było nic wielkiego, prawda? Nie oświadczyny pod ostrzałem, nie dramatyczna scena ratunkowa, po prostu praktyczność. Declan ustawił się tak, żeby mogła skorzystać z jego pomocy, ale nie tak, żeby musiała być za to wdzięczna przez resztę swojego życia. Dlatego skinęła delikatnie głową.
    — Dziękuję — powiedziała, wsuwając dłoń pod jego ramię ostrożniej, niż planowała, jakby obawiała się, że jej palce będą za ciężkie, choć przecież Rei była chudzielcem, którego Declan pewnie podniósłby jedną ręką. — Mhm, mogę coś wybrać, chociaż nie wiem, co lubisz właściwie jeść. — Zerknęła krótko w jego stronę. — Wolisz czekoladę czy coś owocowego? Albo kwaśnego?
    To były bardzo proste, niemal początkowe pytania, które zadawało się, żeby poznać lepiej drugą osobę. I choć Rei znała Declana w jakiś sposób, to w listach nigdy nie przyszło jej do głowy spytać, co właściwie lubił jeść. Zawsze były inne tematy do rozwinięcia, bo listy Rei zawsze miały co najmniej kilka stron i bywały ozdobione małymi rysunkami; jeden z nich przedstawiał Rei siedzącą przed biurkiem, a inny Declana, który był w mundurze. Robiła to, bo swoje listy pisała zazwyczaj partiami, aby napisać to, co chciała i niczego nie zapomnieć.
    Spojrzała w jego stronę, gdy wyznał, że wrócił do Nowego Jorku na dłuższy czas. To było… zaskakujące. Spodziewała się raczej, że przyszedł po to, aby się przywitać i że za tydzień będzie już gdzieś indziej. I znów nie będzie mógł powiedzieć, gdzie jedzie, a ona nie zapyta, bo wiedziała, że nie może nic zdradzić.
    — To… dobrze — odparła nieco niepewnie, próbując wybadać, czy faktycznie to dla niego w porządku. — Nowy Jork ma sporo fajnych miejscówek, no i, jak będziesz mieć czas, to możemy pójść do tych restauracji, o których pisałam w liście…
    Zawahała się, bo to zabrzmiało prawie zbyt swobodnie. Jakby zakładała, że będą się widywać, a przecież nie mogła być tego pewna. Może Declan miał dość napięty grafik i to spotkanie dzisiaj było jakąś lukę w jego harmonogramie.
    — W ten weekend będzie też event książkowo-artystyczny w Bryant Park — dodała. — Stoiska z niezależnymi wydawnictwami, ilustratorzy, jakieś miniwykłady, kawa i mnóstwo dobrego jedzenia. — Zerknęła w jego stronę z ukosa. — Nie mówię, że musisz iść, ale jeśli byś chciał się wybrać, to... no wiesz... możemy iść razem.
    Gdy zapytał o szpital i badania, Rei lekko zacisnęła usta w wąską linię. Nie dlatego, że pytanie było złe. Nie było. Właściwie było bardzo konkretne, ale trochę niewygodne.
    — Tisch Hospital — odpowiedziała po chwili, patrząc przed siebie. — Czemu pytasz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakiś czas później Rei zatrzymała się przed kawiarnią, o której wspominała. Miejscówka miała szyld w kształcie kota śpiącego w filiżance, a pod nim ręcznie wypisane menu na tablicy: Animal Jelly Garden – coffee, cakes & tiny edible creatures. W witrynie stały małe lampki w kształcie grzybów, ceramiczne lisy między doniczkami i rzędy deserów wyglądających tak, jakby ktoś postanowił połączyć cukiernię i bajkowy las. W przezroczystej chłodziarce połyskiwały galaretki w kształcie zwierzątek: przezroczyste króliczki z owocami w środku, małe żabki z kiwi, koty z mlecznej galaretki, niedźwiadki herbaciane i coś, co Rei uznała za pingwina, choć pingwin wyglądał, jakby dostał wylewu.
      Gdy pierwsza przekroczyła próg, nad drzwiami zadzwonił mały dzwoneczek, a zapach kawy, wanilii i czegoś owocowego natychmiast uderzył ją w twarz. Wnętrze było jeszcze bardziej absurdalne niż witryna. Na ścianach wisiały ilustracje leśnych zwierząt w ubrankach, przy barze stał wielki pluszowy królik z tabliczką please wait to be seated, a nad stolikami zwisały papierowe lampiony w kształcie księżyców i liści. Część krzeseł miała oparcia stylizowane na uszy królików. Na półkach siedziały ceramiczne wiewiórki, lisy i małe smoki.
      Zanim cokolwiek powiedziała, podeszła do nich dziewczyna z obsługi w jasnym fartuszku, z opaską z kocimi uszami na głowie i uśmiechem człowieka, który widział już wszystko: pierwsze randki, rodzinne kryzysy przy serniku i turystów robiących zdjęcia galaretkom.
      — Dzień dobry! Dla dwóch osób? — zapytała, a potem, bez cienia zawahania, wyciągnęła z koszyczka dwie opaski. Jedną z lisimi uszami, drugą z białymi króliczymi. — Dzisiaj do każdego stolika dokładamy uszka. Nie są obowiązkowe, ale pozwalają wczuć się w nastrój.
      Rei zerknęła w stronę żołnierza, który jej towarzyszył, chcąc zobaczyć jego reakcję, ale nawet nie pozwoliła Declanowi nic powiedzieć, bo złapała za lisie uszka i wyciągnęła się, żeby mu je założyć – musiał jej w tym trochę pomóc, bo nie sięgała, a potem ubrała te królicze.
      — To co, panie lisie, idziemy coś zjeść? — zagadnęła, uśmiechając się szeroko.
      Dziewczyna z obsługi zachichotała i poprowadziła ich do stolika przy ścianie, trochę z boku, gdzie można było usiąść bez wrażenia, że cały lokal uczestniczy w ich rozmowie. Rei opadła na krzesło z ulgą, której nie udało się całkiem ukryć. Zaraz potem zawinęła kosmyk włosów za ucho i sięgnęła po menu. Na jednej stronie były kawy, herbaty i czekolady. Na drugiej desery: sernik bez rodzynek, ciasto czekoladowe z malinami, matcha roll, tartaletki owocowe i cała sekcja zatytułowana Tiny Jelly Friends. Rei pochyliła się nad kartą z pełnym skupieniem.
      — Okeeej — odezwała się. — Mają królika z liczi, żabę z kiwi, kota z mlecznej galaretki, niedźwiedzia z herbaty brzoskwiniowej i pingwina kokosowego. — Zerknęła w stronę Declana. — Czeka nas poważna decyzja jedzeniowa — mruknęła, podsuwając menu tak, aby mężczyzna też zobaczył wszystkie pozycje. — Co byś chciał spróbować?

      Rei Bothwell 🐰

      Usuń