czasem
Magnus Mange Valtersson,
czasem
Malmo Mia!
Trzydziestoletni Szwed, za dnia kurier Amazona na pół etatu, wieczorami drag queen. Przyjechał do Ameryki, żeby wygrać Drag Race, ale że odpadł w pierwszym odcinku, rozsądek podpowiada poczekać aż zaproszą go do All Stars. Rodzinie się nie przyznał, bo jednak trochę mu wstyd, że wydał wszystkie pieniądze na gorsety i szyte na miarę kostiumy, żeby teraz wynajmować czyjąś piwnicę i udawać, że to nie jest więzienie. Niby akcent ciosany ma tępym toporkiem, ale jak milczy to wcale nie słychać. Szczerze wierzy, że z tym całym Drag Racem to nie wyszło tylko dlatego, że był akurat przeziębiony - bo przecież nie mogło chodzić o talent. Może faktycznie nie uszyje sobie kiecki ani nie zaśpiewa, ale za to może jednocześnie sypać żartami i robić death dropy, a jak zajdzie taka potrzeba to nawet pomaluje się z zamkniętymi oczami. I jak tu takiego nie kochać?
Mange jest skrzywiony: krzywy nos, krzywe pięty. A do tego oderwany od rzeczywistości. Ktoś mógłby stwierdzić, że brakuje mu piątej klepki, ale akurat ta jest na miejscu, sam sprawdzał. Ameryka przywitała go paskudną kawą i szumem na zupę z truskawek. Potem nie było lepiej. Dostał kataru i niby łykał Vicksy, ale równie dobrze mogły to być landrynki. Poszedł coś zjeść i chcieli go utuczyć porcją dla czteroosobowej rodziny. A już tak naprawdę najgorzej, tren okręcił mu się wokół obcasa przy występie i upadł na ten głupi ryj przed jury. Niby coś tam jeszcze potańczył, niby pożartował, ale twarzy nie uchronił. No i wyleciał.
Trochę płakał, bo mu ojciec zawsze powtarzał, że ma się nie mazać jak baba.
I od dziecka z zasadą tą Mange się kłócił, a więc się mazał, trochę na złość, trochę dla hecy. A mazał się tym, co akurat miał pod ręką, a to szminką znalezioną w torebce matki, a to darmową próbką cieni do powiek dołączoną do gazety. No i łzami. Łzami też się mazał. Jedno było pewne: miał do tego talent. Nagrywał więc filmiki na youtube’a, najpierw tutoriale o rysowaniu kresek, potem jak się nie wywalić na trzynastocentymetrowym obcasie. Poprawka, pięciocalowym. Ten konkretny skasował, tak dla zasady.
Tak naprawdę to nie do końca wie, co ze sobą teraz zrobić. Wracanie do Szwecji z podkulonym ogonem wydaje się opcją strasznie przykrą, a Mange przykrych rzeczy się nie tyka. To znaczy, te tykają się jego, ale on ucieka, nawet i w szpilach jak trzeba. Na przykład, jak mu chłopaki w szkole przypędzlowali z prawicy to pobił nawet swój osobisty rekord, tak szybko leciał. A skoro nie Szwecja to ta nieszczęsna Ameryka, bo co innego począć?
Przypadkiem się załapał na tę robotę w Amazonie, ale nie narzeka, bo ma wolne wieczory i może występować w klubach. Ostatnio ktoś nawet go rozpoznał i powiedział, że zaskakująco dobry występ. Za to żenujące podsumowanie Malmo obdarował się dwoma Cosmopolitanami i ze sceny krzyknął, że zaskakującą to zrobił robotę jego chirurg plastyczny. Żart nie siadł, ale za to trzecie Cosmo już tak.

[Cześć i czołem! Nim zabiorę się za administracyjne ogarnianie i dodawanie Magnusa tam, gdzie trzeba, to najpierw pozwolę sobie kartę skomentować, a jak! A pozwolę sobie na to dlatego, że tę kartę czyta się tak gładko, jak wchodzi nóż w wyciągnięte odpowiednio wcześniej z lodówki masełko - lubię takie masełko i lubię takie karty, więc chwalę :)
OdpowiedzUsuńNatomiast za samego Magnusa trzymam kciuki, bo szkoda by było, gdyby musiał wracać do Szwecji z podkulonym ogonem. Mam nadzieję, że Nowy Jork jeszcze go wciągnie, nawet mimo tego trudnego startu!]
MAXINE RILEY & IAN HUNT
[Chciałoby się aż powiedzieć shantay, you stay - to jest niektórzy mogliby chcieć, inni nie, np. RuPaul jest zdecydowanie z tej drugiej grupy, najwyraźniej.
OdpowiedzUsuńCzyli nie zna się, co nie! Bo Magnus jest bardzo fajny, choć zdecydowanie myli się odnośnie do tego, co w Ameryce modne. Bo żadna tam zupa z owoców, to jest woda owocowa!!! No i tutorial z mazania się rozumianego jako płakania też by się przydał, instrukcja jak estetycznie ronić łzy, by nawet twoim wrogom zrobiło się przykro.
Hejka i dzień dobry!]
Leif Zweig
[Jedno wiem na pewno, nudzić się z tym Panem nie będziesz, bo niewinność może być w pierwszym zawodzie, ale za to ile frajdy przynosi mu rola drag queen, cudnie, chociaż jako kurier Amazona musi użerać się z ludźmi, a doskonale wiemy, że kto z ludźmi pracuje, ten w cyrku się nie śmieje :D Hahahah w jakim zabawnym stylu napisałaś tę kartę, uśmiechałam się non stop, świetny styl pisania i zarazem przedstawienia Mange. Trzymamy kciuki, żeby został w Nowym Jorku jak najdłużej! Żeby nie musiał wracać z tym podkulonym ogonem, a chodził wieczorami po NYC w cholernie wysokich szpilkach!
OdpowiedzUsuńSukcesów na blogu ^^]
Vanessa Kerr
[Z miłą chęcią skuszę się na wątek! Vania mogła się wybrać na jego występ lub coś zamówić, poznajmy ich jakoś ^^ Co prawda przede mną trochę zmian w pracy, więc mam dużo obowiązków przez liczne szkolenia i wybywam też wkrótce na urlop, ale tak uważam, że jestem dość regularna w odpisywaniu ;)
OdpowiedzUsuńTatulkowi na pewno nie jest przyjemnie w więzieniu, więc ma swoje za to duszenie Nessy i zabicie własnej żony…]
Vanessa Kerr
[Jasne, że darmowy drink za świetny występ będzie dostarczony ^^ Może barman pomyli zamówienia, podstawi pod nos Van właśnie Cosmo, a ta pokręci nosem, bo zamawiała coś innego? Nie chcąc denerwować Mange, powiedziałabym, że mógł jej zadzwonić telefon podczas jego występu… Albo też ona lub Mange zgubi kolczyk lub inny element biżuterii (w przypadku Vanessy na pewno nie może być to naszyjnik) i któreś z nich to zauważy, więc pobiegnie i odda? Będę wdzięczna za początek i odpowiem w miarę możliwości, jak najszybciej ^^
OdpowiedzUsuńVanessa Kerr
[Generalnie szukałam zdjęcia z brodą, wpadło mi jeszcze w oko takie z pieskiem, ale nie chciałam wkopać Magnusa w posiadanie pieska xD A co do wąteczku, to na spokojnie. Ja aktualnie przeżywam małe wątkowe wyeksploatowanie i także nie sypię pomysłami z rękawa, ani tym bardziej z głowy, więc jak nam coś kiedyś przyjdzie na myśli, to super, a jak nie przyjdzie, to też super xD Ian też jest trochę trudny w obyciu, mógłby się od takiego Magnusa po prostu odbić, na zasadzie, masz tutaj swoje dragi i nara xD Ale, jak już mi to wątkowe wyeksploatowanie przejdzie i wena zacznie z powrotem dopisywać, to kto wie, co może emi przyjęć do głowy :>]
OdpowiedzUsuńIAN HUNT
[Na-ah, woda truskawkowa i miękkie owoce dla zmęczonych zębów. Ale jeśli Mange stawia, to może i być szejk bez laktozy! Zgłoszę się po odbiór na mejlu.]
OdpowiedzUsuńLeif Zweig
[ Magnus jest bardzo wyjątkowo, tak wyjątkowy, że nie wyobrażam sobie nie połączyć naszych oderwańców. Paweł mu pomoże, jak może. Sam sobie już 8 rok pomaga, końca nie widać :D
OdpowiedzUsuńJak masz jakiś pomysł to zapraszamy :) ]
Pablo
[Cytując Shakespeare'a spod karty Valentiny uprzedzam, że "za ten piasek z wakacji można słony mandat dostać, więc chowajcie się dobrze przed celnikami na lotnisku!" Tak tylko daję znać, coby pretensji później nie było, że winna biedna dziewczyna.
OdpowiedzUsuńValentina na pięciocalowych obcasach chodzić nie potrafi, a tym bardziej biegać (co brzmi jak autentycznie potrzebna umiejętność), więc może do Magnusa na lekcje przyjdzie? W pakiecie z makijażem, co Wy na to? W zamian poczęstuje go truskawkami, idealnymi na zupę, i nawet personalizowaną miseczkę wypali, coby miał z czego tą zupę zjeść.]
Valentina V.
Ostatnio w życiu Vanessy był nadmiar wszelkiego zamieszania i chaosu. Tak, jakby nigdy wcześniej go nie było. Był. Oczywiście jej życiem zawsze kierowało zamieszanie połączone z chaosem, bo wcześniej nie miała etapu w życiu pełnego kolorów, uśmiechu i samych pozytywnych odczuć. W dzieciństwie cierpiała. Przez siedem lat musiała chować się w patologicznym domu, gdzie dla rodziców na pewno liczył się alkohol, ale i też biały proszek, który nie miał nic wspólnego czy to z tym przeznaczonym do prania lub pieczenia.
OdpowiedzUsuńKiedy ją adoptowano, wciąż pamiętała, jak biologiczny ojciec chwycił jej szyję przeraźliwie suchą dłonią i docisnął do ściany, sprawiając od razu, że świat zaczął wirować, jakby siedziała na rozpędzonej karuzeli.
I mimo dość stabilnego, pięknie bezpiecznego życia u boku Marybeth oraz Sergiusa, których nazwisko przyjęła, z większą lub mniejszą świadomością pakowała się w kolejne problemy.
Była inna. Wiedziała o tym doskonale. Na swój sposób normalna, ale i również nie do końca stabilna, nie tyle, co emocjonalnie, lecz głównie brała pod uwagę fakt, że większość kobiet w jej wieku nie szukałoby takich nieciekawych atrakcji w życiu. Dlatego Vanessa Kerr nie dopasowywała się do społeczeństwa. Lubiła być inną od innych. I bywało, że akurat ta kwestia w jej życiu nie ulegała ani trochę zmianie.
Tak też nie pakowała się w to, co wszyscy uważali za normalne. Chodziła do pracy. Sprawdzała się niemal doskonale jako doradca klienta w salonie jubilerskim, ale nieidealnie, bo jak wiemy, ideały na świecie nie istnieją. Ani jako ludzie w życiu prywatnym, ani jako pracownicy już w świecie zawodowym. Pozostałą część życia dzieliła inaczej niż większość społeczeństwa. Wchodziła w liczne romanse. Stawała się spełnieniem marzeń cudzych partnerów, bo do tej pory sypiała z żonatymi mężczyznami, z takim chłopakiem, co za chwilę miał się stać czyimś mężem, a na końcu trafiła niestety na wdowca, ale z tym też bawiła się wspaniale.
Aż nadszedł moment, iż trafiła źle. Na przebiegłego prawnika. To, że zdradzał żonę to mało. Ćpał prawie wszystko, co się nawinęło w ręce jego dilera. Niestety zdarzyło się tak, że smród jego problemów wylał się także na Vanessę. Nie tylko żona Jamesa Freemana jej groziła, ale także ci, którzy rządzili częścią nowojorskiego półświatka.
Poszła do klubu z przypadku. Przechodziła obok, przyciągnęła ją reklama związana z tym, że mogła kupić dwa drinki w cenie jednego i chociaż było ją stać kupić dwa drinki bez promocji, tak weszła, bo chciała się napić. Musiała. Wszelkie perypetie życiowe ją do tego zmusiły. Akurat miała na sobie czarną, długą, dopasowaną do ciała sukienkę i zarzuconą białą koszulę, której końce związała w kokardkę. Wracała z pracy. Jutro miała wolne. Zatem czy coś wspaniałego nie należy jej się od razu?
Nie powinna pić na niemal pusty żołądek. Zjadła jakieś pięć godzin temu ostatni posiłek, więc to nie do końca pusty żołądek był, ale już dość długo nie jadła. Najwyżej po wyjściu stąd zamówi pizzę, kebaba, sushi czy inne jedzenie na wynos.
Zamówiła aperola, nie zwracając uwagi na to, co postawił przed nią kelner, bo właśnie wciągnęła się w odpisywanie wiadomości z jednym ze swoich kochanków. Chciał się umówić na dzisiejszy wieczór. Co to, to nie. Była zmęczona. Nie było nawet cienia szansy. Do momentu, aż usłyszała głos zwracający się do niej. Zerknęła na drag queen, na której występ patrzyła z większym zainteresowaniem, mimo tego, że gdy już tu weszła, to całe wydarzenie trwało i byłoby też inaczej, gdyby brunetka skupiła się na całym występie od początku.
— Nieruszony, a więc z powrotem może być twój, bo ja nie czekałam na cosmo, lecz na aperola. Tylko i wyłącznie. — odłożyła telefon, ignorując kolejne powiadomienie. — Jeśli występ od samego początku był tak wciągający, to aż żałuję, że nie mogłam zobaczyć całości.
Vanessa Kerr
[Prawo mówi jasno - Twoje grzechy zostaną wybaczone, jeśli masz odstające uszy! Więc Lenny jest kryty, ale choć umiałby zdzielić wiosłem, Magnusa na pewno by nie chciał uszkodzić. Myślę, że zazdrości mu jego szortów. Poza tym mógłby się od niego wiele nauczyć w sztuce makeupu (jak i Leif!).
OdpowiedzUsuńHej, taki kubek z napisem uszy idą pierwsze to bdb pomysł, tylko sam musiałby mieć dwa ucha. Jak taki niekapek dla dzieci.]
Len Weston
Z queen tyle miał wspólnego, że czasami – zwłaszcza u poranka – bywał strasznym książątkiem i kaprysił na byle co, na szczęście potem się dobudzał i wracał do bycia Leifem. Z drag z kolei to chyba tylko tyle, że gdyby dorobić ogonek u a, to wyszedłby drąg i wiele by się zmieniło, bo drągalem też nie był.
OdpowiedzUsuńTrzeba by ogromnych okularów, by dostrzec to powiązanie, a jednak – wystarczyło, by Leif wpuścił Malmo Mia! do swojej łazienki. Ani celowo, ani tak całkiem przypadkowo, ale stało się. Pewnego dnia, gdy oglądał TikToka w toalecie, wyświetliło mu się video, będące shotem z programu RuPaul’s Drag Race.
Choć nie przyjęto go do grona najzagorzalszych fanów, znał to tv show całkiem nieźle; przecież nie żył w beczce! Nawet udało się zobaczyć ileś tam odcinków, chociaż lata już minęły od ostatniego. Informacje o nowych sezonach go omijały, więc nie istniało wiele powodów, by taki urywek miał wpaść w jego FY page.
Istniał za to jeden – a imię jego viral. Z jego przyczyny Leif obejrzał klip, jak Malmo Mia! się wywala. Wywraca. Całuje podłogę. Zalicza glebę. Natychmiast dodał sobie fragment do ulubionych naklejek, a potem zaświtał mu pomysł w głowie. Miał przynajmniej tyle przyzwoitości, by wyjść z łazienki, zanim skontaktował się z agencją. Przyzwoitość polegała na tym, że nie miał Teamsa na prywatnym telefonie – był normalnym człowiekiem! – więc musiał przesiąść się na laptop.
Spod byka patrzył na marki, które wciskały nochale w sprawy charytatywne i próbowały udowodnić, jakie są dobre. Węszył w tym za dużo cynizmu. Dla Leifa dobra reklama miała sprzedawać, najlepiej na śmiesznie. Reszta to dodatek, opakowywanie śmiecia w papierek i spryskiwania perfumami, żeby lepiej pachniał.
Współuczestniczył w tym – i nawet zaczął sobie tłumaczyć, że cynizm cynizmem, ale przecież zawsze stoi za tym przynajmniej paru ludzi, którzy chcą zrobić coś dobrego. A nawet jeśli nie i to dobre będzie skutkiem ubocznym walki o lepszy wizerunek, to… Cóż, świat znał dużo gorsze skutki uboczne.
Szczęśliwie rozterki o etyce i jej braku nie zajmowały Leifa przy akurat tej kampanii – głównie dlatego że nie robili jej dla marki komercyjnej a fundacji zajmującej się profilaktyką raka. Cel poboczny to miał akurat Ogilvy. Nie w samej osobie, bo od dawna nie żył, ale jako agencja, a nawet szerzej, jako część międzynarodowego holdingu.
Czyli ostrzyli sobie ząbki na nagrody. Czyli i tak – stosunkowo niewinne podejście. Leif nie narzekał.
Temat raka piersi nie był mu specjalnie bliski, więc musiał się trochę podowiadywać, jak w ogóle wygląda samobadanie. Potem przyszedł pomysł. Prosty.
Zmienić pozy do samobadania w choreografię – i jednocześnie pozy na wybiegu. A skoro wybieg, to wiadomo, że top modelka, bo kto jak kto, ale taka to przecież umie się zaprezentować i zapozować. Strike a pose, jak Madonna przykazuje, a jeśli tak, to już w ogóle – czas na vogue.
Dalej to poszło! Pozy przerysowane, przejaskrawione, momentami wręcz campowe, nie żeby obśmiewać, ale zamienić je na coś charakterystycznego. Łatwiejszego do zapamiętania. Poza główną ambasadorką ze świata high fashion, dobrano paru influencerów, tak żeby wykorzystać ich popularność, oraz tancerzy voguingu, żeby było bardziej profesjonalnie. Po drodze zaliczyli trochę zmian, bo przecież – projekt nie był komercyjny, co oznaczało mniejsze budżety. Parę początkowych wyborów się wykruszyło.
Ostatecznie udało się zebrać całą ekipę. I jeszcze dodać Malmo Mia! niemalże na finiszu kompletowania składu. Takiej okazji nie dało się przepuścić! Drag queen – przecież idealnie się złożyło. Magnus, poza dragiem, zresztą też pasował, bo chociaż rzadko, to panowie również mogli zachorować na raka piersi.
Leif traktował to oczywiście jako dodatek; nie zamierzał skupiać się na tym w spocie. Do mężczyzn i tak niewiele dotrze. Do niego nie docierało.
To był trzeci dzień zdjęciowy, a każdy z nich – bardzo intensywny. Leif leciał na oparach, co oznacza, że i tak miał w sobie więcej entuzjazmu niż wielu ludzi na co dzień. Mimo wszystko cieszył się, że to już piątek i będzie weekend na odsapnięcie, weekend bez shootu. Dwa dni na oddech przed siadaniem do postprodukcji.
UsuńOczywiście nie przestrzegano planu pracy co do minutki – opóźnienia się nadarzyły, ale byli w tyle tylko o jedną przestawkę, więc nie tak źle. Jak zawsze jednak: choćby paliło się i paliło, godzina przerwy obiadowej musiała być dotrzymana.
Catering najpierw dostali klient z agencją, potem zaś techniczni, więc kiedy barobus wciąż wydawał obiad, Leif był już po swoim – i czmychnął z campu, aby na moment zmienić otoczenie. Bębnił właśnie palcami po stoliku, gdy usłyszał pytanie.
– Właśnie nie, życie pozbawiło mnie takiej okazji – przyznał z żartobliwym oburzeniem w głosie. – I dzięki, nareszcie ktoś to docenił! Tamte chujki… – Leif wskazał na przechodzących obok dźwiękowców. – …od rana nie dali mi ani jednego komplementu! Mam nadzieję, że tobie tak.
Westchnął i pokręcił z dezaprobatą głową. W przeciwieństwie do niego – chociaż Leif nie miałby problemu z przyjęciem nawet niezasłużonego komplementu – Magnus naprawdę zasługiwał na pochwały. Spisywał się świetne przed kamerą; i nawet się nie wywracał, nieproszony.
– Skąd takie szałowe kopyta? – zagadał.
Leif Zweig
[Hah, uderzyło we mnie, że Malmo nagrywa filmiki o mazaniu się łzami i nie powiem, jaki politycznie nacechowany filmik miałam teraz przed oczami. XD Cudowna postać! Osobiście mam słabość do Szwecji, głównie przez szwedzkie kryminały, nawet teraz pochłaniam jedną serię. :D
OdpowiedzUsuńCU-DO-WNY. Bardzo chętnie porwałabym Magnusa do wątku. Debbie była niegdyś imprezowiczką, mogła więc korzystać z tutoriali makijażowych, a i na występ drag się wybrać. Natomiast Andy... Andrea może w nim widzieć kogoś, kogo chętnie będzie uwieczniać na filmach albo swoich teledyskach. Daj znać, co myślisz.
Bawcie się dobrze! ♥]
Andrea Wilson, Debbie Grayson & Evan Roth
[Hej
OdpowiedzUsuńSerdeczne dzięki za przywitanie Adory. Oj tak, zabawia się i to jak! W końcu po co jej nowi mężczyźni... Zapewniam że nie do wymieniania opon (choć czasem i tak łapała już facetów na tzw. wędkę).
Przy okazji muszę pochwalić za rzadką umiejętność stworzenia kary z poczuciem humoru rodem z dawnych kabaretów. Sama na obcasach nie chodzę, bo.i bez tego mam wzrost żyrafy, ale ten rajd na szpilkach... Och, coś wspaniałego w swej niedoskonałości!
Ps. Pewnie jeszcze tu wstąpię, gdy życie trochę odpuści.]
[Przychodzę, bo w zasadzie zwolniło mi się miejsce na jeden wątek, więc gdyby tak Magnus był nadal zainteresowany tymi narkotykami... 😈 I nie ukrywam, że kusi mnie zderzenie tych dwóch światów, bo świat Magnusa i świat Iana są od siebie tak bardzo różne, że bardziej chyba się nie da - to mogłaby być spektakularna eksplozja.
OdpowiedzUsuńNie wiem, jak drag queen bawią się po swoich występach, ale może zechcą się zabawić tak, że jednak będą potrzebować dilera? Ktoś będzie znał kogoś, kto zna kogoś, kto ma numer do Iana, a że tego wieczora Ian nie będzie miał nic lepszego do roboty, to podrzuci co trzeba i gdzie trzeba, żeby już na miejscu trochę się zdziwić? Niby chłopak chce przestać handlować, ale coś kiepsko mu to idzie, więc trzeba pokorzystać, póki jeszcze handluje.
Jestem otwarta na burzę mózgów!]
IAN HUNT
[W sumie! Andrea skończyła teraz studia i łapie się różnych zleceń, żeby coś dorobić. Myślę więc sobie, że trafiłaby na ogłoszenie, że jakiś tam niszowy artysta szuka kogoś, kto pomoże mu w teledysku. Kasa również niszowa i ogólnie, jak Andrea by tam przyszła to masakra, nic nie ma, z kim tu kręcić, co tu kręcić. I poszłaby sobie wieczorem na drinka do klubu, gdzie występuje Magnus? I myślę, że tam - raz, że mogłaby go kojarzyć, a dwa - zaprosić do tego teledysku, odstępując mu nawet część swojego wynagrodzenia, byleby nie kręcić jakiegoś gó... no wiesz, niskich lotów klipu. Może od tego zaczniemy? :D]
OdpowiedzUsuńAndrea Wilson
[Daję znać, że pozwoliłam sobie posłać Ci maila :)]
OdpowiedzUsuńIAN HUNT
[A w sumie chętnie zaczęłabym ich znajomość od pierwszego spotkania w klubie. Bierzesz na siebie rozpoczęcie czy zdajesz się na mnie? :)]
OdpowiedzUsuńAndrea Wilson
[W zasadzie, jeśli zaczniesz od końca występu i zrobisz z niego kogoś dostępnego dla fanów, to ja już Andreę pchnę w jego stronę. :D]
OdpowiedzUsuńAndrea Wilson
Numer telefonu Iana, znanego w środowisku jako dilera, krążył swobodnie po Nowym Jorku. Zmieniał go więcej, niż parokrotnie w czasie trwania swojej kariery, robiąc to ze względów bezpieczeństwa. Prędzej niż później, ten numer miał wpaść w nieodpowiednie ręce, które wykorzystałyby niezbędne środki do tego, aby go namierzyć, a Ian nie mógł zostać namierzony. Nigdy. Tak zakładał plan, który realizował od około ośmiu lat i który jeszcze ani razu go nie zawiódł, choć jednocześnie nie był to plan niezawodny. Hunt był w pełni świadomym tego, że prędzej czy później to pierdolnie, niezależnie od tego, jak dużą ostrożność zachowywał on sam. Ktoś w końcu miał sypnąć. Ktoś w końcu miał nieostrożnie chlapnąć jęzorem. Ktoś miał podać jego numer telefonu komuś, kto tylko na to czekał i to bynajmniej nie dlatego, że był głodny narkotyków. W zawodzie Iana prym wiódł czynnik ludzki, a czynnik ten pozostawał niebywale nieprzewidywalny. Stąd, z całym prawdopodobieństwem, to miało w końcu pierdolnąć.
OdpowiedzUsuńTymczasem na numer telefonu Iana przyszedł sms. Krótki i rzeczowy, na temat tego, co, w jakiej ilości, gdzie i kiedy miało zostać dostarczone. Nie znał tego numeru, a że akurat krążył po mieście w roli kierowcy Ubera i spokojnie mógłby podskoczyć na melinę po to, czego akurat potrzebował klient, oddzwonił po to, żeby upewnić się, że miał do czynienia właśnie z klientem. Nigdy nie miał mieć stuprocentowej pewności, to ryzyko było wkalkulowane w jego działania, ale porozmawiawszy krótko z zainteresowanym prochami delikwentem, zawsze jakąś pewność zyskiwał.
Umówili się przed klubem, tym samym, który został wskazany w smsie, za około godzinę. Mniej więcej tyle miało Ianowi zając obrócenie tam i z powrotem, bo to, że był dilerem, bynajmniej nie oznaczało, że bagażnik Cadillaca był wypchany wszystkim, czego tylko dusza zapragnie. Ian ustawiał sobie klientów, wypracował sobie ten przywilej na przestrzeni lat, celując w nowojorską klasę średnią i wyżej. Lekarze, prawnicy, politycy i biznesmeni lubili mieć kontrolę nad tym, kiedy dostaną towar i Ian pozwalał im tę kontrolę mieć, dając im ją w ten złudny sposób, że wyznaczał dzień i godzinę, podczas gdy oni się na nią godzili, dostosowując się do jego planów, nie na odwrót. Ich kontrola ograniczała się do tego, że znali termin.
Nie miał już wielu zleceń takich jak te, zupełnie przypadkowych, ale kiedy się pojawiały, najczęściej z nich nie rezygnował. Marcus dbał o to, by nie brakło im towaru, a zawsze było to tych kilka stówek do przodu. Dlatego zaparkował trzy przecznice od klubu, wybierając miejsce przy krawężniku, pomiędzy dwoma innymi samochodami, w które wprowadził Cadillaca z godną pozazdroszczenia wprawą. Resztę drogi pokonał piechotą, niespiesznie, na swój sposób ciesząc się jednym z ostatnich, ciepłych sierpniowych wieczorów, nie na tyle ciepłym jednak, by nie zgarnął z tylnego siedzenia bluzy, którą wciągnął na siebie po kilku krokach.
Wejście do klubu było jasno oświetlone i nie tyle stylizowane w staromodny sposób, co po prostu staromodne. Nad drzwiami znajdowała się markiza, półokrągła i zabudowana, z migającym nierówno neonem z nazwą klubu na przodzie. Pod markizą, przy drzwiach, stał bramkarz. Za nim ustawione były dwa złote słupki, między nimi rozwieszona czerwona lina, którą bramkarz odpiął po zweryfikowaniu może dowodów, może biletów dwójki młodych osób i wpuścił je do środka. Ian, zbliżający się do celu, ale wciąż znajdujący się po drugiej stronie ulicy, na ten widok uśmiechnął się pod nosem.
Jestem, napisał na numer, z którego się z nim skontaktowano, rozejrzał się i przeciął ulicę, po czym przystanął nieopodal wejścia, przy grupce palaczy okupujących stojąca na wysokiej, także złotej nóżce, popielniczkę.
IAN HUNT
[Posłałam gmaila z propozycjami ♡]
OdpowiedzUsuńdoktor Ed & Luca
Kopyta naprawdę są szałowe! Leifowi spodobały się już od pierwszego wejrzenia, więc postanowił rzucić też drugie i zdania wciąż nie zmienił. Co prawda, nie był to zachwyt prowadzący do prostego wniosku, że sam chciałby je mieć; no bo jednak nie. Czy prędzej by się zabił niż je włożył? Raczej na odwrót – zabiłby się, gdyby je włożył.
OdpowiedzUsuńJego upadek, obawiał się, nie poszedłby jednak w viral. Na razie więc nie ma co ryzykować, co nie znaczy, że propozycję trzeba od razu odrzucić.
– Kiedyś trzeba będzie – zawołał. – Choć nie wiem, czy się kiedykolwiek nauczę. Byłem koszmarnym uczniem.
Nauka w szkole była… czymś, za czym na pewno nie tęsknił i czego za często nie wspominał. Nie był głupi, przynajmniej nie aż tak głupi, ale na samo wspomnienie testów zalewał go pot. Problemów istniało kilka, a wśród nich to, że zwykle interesowało go albo za wiele, albo za mało – żegnajcie, półśrodki! – a i trudności w skupieniu uwagi niezbyt pomagały. Takie to buty.
Na szczęście dziś pozbawione większego znaczenia, za to te na nogach Malmo go nabrały. Leifa zaciekawiła technika, którą zostały ozdobione. Jeśli już, to sam częściej przerabiał ubrania – teraz już rzadziej, kiedyś dość regularnie; szukał perełek w lumpach, odnawiał albo trochę przetentegowywał, a potem odsprzedawał po wyższej cenie. W bardziej zaawansowanych zmianach wspierali go znajomi, którzy lepiej szyli. Sam Leif potrafił wziąć igłę do rąk, ale z szycia to najlepiej szył jak z nut, zwykle na bieżąco i z potrzeby chwili.
Ale buty? Inna para kaloszy. Trudniejsza. Poza tym… oprócz samych ozdób podziw wzbudzało w nim to, że Malmo znalazł obcasy na taki rozmiar stopy! Zazdrościł, że dzięki temu mógł tak dramatycznie akcentować każdą swoją wypowiedź.
– Tak, Leif – potwierdził. – Mam na imię Leif, yeah, to moje imię, yeah, mówią na mnie Leif, yeah, bo tak mam na imię – dośpiewał jeszcze, parafrazując The Office. – A ty Malmo Mia! Albo Magnus. Jak na ciebie mówić?
Kto pyta, nie błądzi, tak przynajmniej mówią, a chociaż Leif lubił czasem pobłądzić – traktował to jak okazję na przygodę – to nigdy też nie miał większego problemu z zadawaniem pytań. Żaden wstyd, uważał. Że to przyznanie się, że czegoś się nie wie? Ojej, ojej, straszne.
Tak naprawdę nie wiedział, jak powinien zwracać się do drag queen – ten świat był mu bardziej obcym niż znajomym. Czy jeśli jest w dragu, to Malmo Mia, a jeśli nie jest, to imieniem urzędowym? Ciekawe!
– No, kurwa, się pytasz – odpowiedział, uśmiechając się szeroko. – Pewnie, że tak.
Odruchowo zerknął w dół, tak na wspomnienie o klapkach, jakby spodziewał się ujrzeć na swoich stopach białe skarpety i czarne laczki, czyli coś, w czym połowa jego rówieśników popylała. Łącznie z Leifem. Chociaż akurat nie teraz, bo włożył vansy knu skool, oczywiście odpowiednio przybrudzone. Idealnie czyste vansy były obrzydliwością w oczach wszechświata.
Lubił je, chociaż teraz chętnie zamieniłby na klapki.
– Słuchaj, masz na myśli konkretny klub? Bo nie wiem, na ile znasz Nowy Jork. W Basemencie jest spoko, no ale to rejwy – wzruszył ramionami. – Sceny drag nie znam, to nie pomogę. Aaa… jaki dress code?
Ciekawe, czy Malmo Mia przyjdzie jako Malmo Mia. Byłoby zabawnie.
Leif Zweig
[No hej! Dziękujemy za powitanie i od razu powiemy, że tak, w drugą stronę, to ani nie byłoby wyjątkowo, ani fajnie. Co więcej, na miejscu Magnusa, raczej byśmy wracały na Stary Kontynent, choć nie koniecznie w rodzinne strony. Polecamy się do wspólnego szukania alternatywnego szczęścia w szwajcarskich bunkrach :D
OdpowiedzUsuńA tak na serio, to mało widziałyśmy draq i chętnie jakieś z Tilly pooglądamy. Jeśli Malmo występuje cyklicznie, Mattie może bywać na jego występach nawet często, o ile jej praca na to pozwoli. A już na pewno, jakby było to gdzieś w jej okolicy, żeby nie była to wyprawa miejska na sto fajerek.
Może na tej podstawie da się coś stworzyć?
Jeśli nie, zawsze możemy wspólnie popsioczyć na życie i świat.]
Mathilde Stevenson
[Mhhh... Szczerze mówiąc, chciałam trochę zbastować z wątkami szpitalnymi, choć te są zazwyczaj ciekawe, ale tak sobie myślę, że można by połączyć oba twoje pomysły i Mattie mogłaby Magnusa poznać poturbowanego na ER, wywiązałaby się między nimi jaka nic sympatii czy porozumienia, arua by się zgadzała i te sprawy, i może na odejście zaprosiłby ją na jeden ze swoich występów i tak by to się jakoś dalej pociągnęło.]
OdpowiedzUsuńMathilde
[Być może na sorze wielkich rozmów nie ma jak przeprowadzać, chociaż dla chcącego migać się od pracy nic trudnego ;) Jak się umie w system, to wiele rzeczy można naciągnąć.
OdpowiedzUsuńNiemniej opcja poznania tak barwnej osobistości już poza godzinami słodkiego zapierdolu bardzo mi się podoba :)
Daj tylko znać, kto wolisz żeby zaczął, ja mam dwa odpisy do narobienia, a potem mogę tworzyć.]
Mathilde
Nie czekał na swoich klientów w nieskończoność. Dawał im od pięciu minut do kwadransa, ponieważ jego czas był cenny. Posiadając pewną pulę stałych klientów, pośród których ci przypadkowi i okazjonalni stanowili tylko ułamek procenta, Ian zwykł ustawiać sobie wieczór pod siebie, rozbijając go na kilka kursów. Ci, którzy ćpali w elegancki sposób, równie elegancko umawiali się z nim na konkretny dzień i godzinę, kiedy natomiast zaczynało im tej elegancji brakować, musieli zmienić dilera. Ian nie lubił użerać się z szurającymi po dnie ćpunami, a prędzej czy później każdy z nich szurał, za kolejną działkę często płacąc już nie gotówką, a czymkolwiek, także własnym ciałem. Iana interesowała wyłącznie gotówka, a także święty spokój, o który po przeszło siedmiu latach w zawodzie wcale nie było mu tak trudno. Miał przecież wystarczająco wiele czasu, żeby się ustawić, a że był całkiem bystrym chłopakiem, to tego czasu nie zmarnował.
OdpowiedzUsuńRytmiczny stukot obcasów, wybijający się ponad uliczny szum, początkowo nie przyciągnął jego uwagi. Hunt stał oparty plecami o ścianę, z dłońmi wetkniętymi luźno w kieszenie spodni i patrzył akurat w drugą stronę, gdzie nieopodal przystanęła jakaś parka. Dziewczyna gorączkowo przeszukiwała swoją torebkę, podczas gdy chłopak stał przy niej i niecierpliwie potupywał nogą, wyraźnie powstrzymując się od złośliwego komentarza. Tymczasem obcasy stukały coraz bliżej i Ian spodziewał się, że ich właścicielka zaraz go minie, zamiast tego jednak stukot ustał, i to tuż przy nim. Nie tyle przekręcił, co przetoczył głowę nisko zwieszoną na szyi, przez co jego wzrok najpierw padł na buty z tymi hałasującymi obcasami, które okazały się cholernie wysokie. Popatrzył wyżej, na całkiem zgrabne, a na pewno długie nogi, przez stosunkowo kwadratowe biodra, aż jego wzrok prześledził ruch dłoni nurkującej w dekolcie.
Coś ewidentnie mu się tutaj nie zgadzało, bo o ile widział palce zanurzające się pomiędzy piersiami, o tyle głos, który wybrzmiał gdzieś obok, musiał należeć do mężczyzny. Stąd podniósł wzrok do twarzy osobnika, który się do niego zbliżył i właśnie wtedy, kiedy już całokształt obrazu ułożył się w jego głowie, pojął, z kim ma do czynienia.
Wydawało się, że zignorował tak przywitanie, jak i zapytanie o kasę. Odepchnąwszy się od ściany, wyjął ręce z kieszeni i rozejrzał się wokół, wychylając się przy tym także za rosłą sylwetkę z utapirowaną fryzurą, która w imponujący sposób przesłaniała mu widok. Spodziewał się zupełnie zwyczajnego faceta i tegoż faceta teraz wypatrywał, nie dostrzegł jednak żadnego, który byłby zainteresowany nim w różnym stopniu, co stojąca tuż przy nim drag queen, wyłuskująca pomięte banknoty spomiędzy cycków.
Ian westchnął, ciężko. Różne rzeczy przytrafiały mu się w karierze, ale coś takiego? To był pierwszy raz. I teraz Hunt nie wiedział, czy ktoś robił sobie z niego jaja, czy facet, któremu miał podrzucić kilka tabletek, faktycznie miał takie hobby, czy może był to nowy sposób nowojorskiej policji na wyłapywanie tutejszych dilerów, poprzez branie ich z zaskoczenia.
— Z całym szacunkiem, stary, ale to na pewno ty pisałeś jakąś godzinę temu? — spytał więc głupio, nawet nie bardzo wiedząc, o co innego mógłby spytać. Może powinien istnieć jakiś portal dla dilerów, działający na zasadzie portalu randkowego, gdzie należałoby udostępnić swoje zdjęcie? Nie, żeby w to miało w czymkolwiek pomóc.
Ian sięgnął po telefon, który wyjął z tylnej kieszeni i wszedł w smsy.
— Mange, tak? — podpytał, bo ten, z którym się umówił, był na tyle uprzejmy, żeby się przedstawić. — I błagam, skończ machać tymi papierkami — jęknął, zerkając najpierw na banknoty, a później na ludzi, którzy im się przyglądali, bo skupiła się na nich zarówno uwaga grupki palaczy, jak i tamtej parki. Dziewczyna zamarła z ręką w torebce po łokieć, jej chłopak już nie tuptał niecierpliwie nogą, za to wgapiał się w ich dwójkę.
Jakby tego było mało, przecznicę dalej sunął patrol policji, a pomiędzy funkcjonariuszami wywiązała się dyskusja o tym, że powinni skręcić w prawo, a potem zawinąć pod klub, przywitać się ze starym Morganem, bo lata młodości bramkarz miał już za sobą i sprawdzić, czy przypadkiem w okolicy nie ma żadnej burdy, bo czasem podchmieleni imprezowicze lubili tłuc się ze sobą.
Usuńnot so friendly IAN HUNT
[Miało być mało szpitala, ale jakoś fantazja ułańska tak mnie poniosła x) Mi scusi!]
OdpowiedzUsuńMathilde naprawdę mało rzeczy potrafiło już zdziwić w życiu, choć każdego dnia czekała na nowe oświecenie. Pracując w szpitalu człowiek miał niebywałą okazję opatrzyć się z ludzką głupotą i patologią, w innych wypadkach z kolei z cudami medycyny, które też nie zawsze wyglądały tak pięknie jak można by zakładać. Na pewno jednak nie robił na niej wrażenia mężczyzna w makijażu i stroju kobiety leżący od 3 minut w boxie nr 4, którego wejście na oddział można by nazwać jedynie prawdziwym i spektakularnym entrée, bo i czemu miałby? Jest 2026 rok na litość boską! Kogoś naprawdę powinno to jeszcze szokować?
A jednak zadziwiało. Przynajmniej połowę zmiany. Nie było ciekawskiego wzroku, który by nie podążał w tamtą stronę. Dla Tilly najbardziej zaskakującą rzeczą w tym wszystkim były jedynie krzykliwe kolory stroju i niebotyczne obcasy. No i oczywiście zachowanie kolegów.
— Ja pierdolę, co wyście się z choinki urwali? — westchnęła ostentacyjnie rzucając swoją podkładką na biurko, gdzie część zespołu pielęgniarskiego dyskutowała nad nowo przywiezionym pacjentem. — Naprawdę to wymaga aż tylu komentarzy?
— Myślisz, że to ktoś sławny? — objął ją ramieniem kolega, przeżuwając ekspresyjnie gumę nikotynową i obserwując ich nowego pacjenta.
— Dam 10$, że znam skądś tą twarz…— mruknął ktoś inny.
— Bosze Darren, gdzie Ty włóczysz po pracy? — zaśmiała się młodsza pielęgniarka, która akurat przyszła po zestaw opatrunkowy.
— Nie był u RuPaul? — zauważył pierwszy głos.
— Oooo, tak,tak,tak, możesz mieć racje… — podchwycił ktoś inny.
— Nie sądzę. Nie wygląda mi na gwiazdę. — usłyszała nad swoim uchem Mattie wraz z kolejnym cmoknięciem w trakcie przeżuwania gumy.
— Od kiedy to jesteś znawcą drag queen? — zdziwiła się Stevenson.
— Co nieco wiem o ludziach…
— Bitch, please… — wywróciła oczami inna koleżanka, która najwidoczniej również nie rozumiała niezdrowego podniecenia tą sytuacją. Zwłaszcza po męskiej części zespołu.
— Shantay, you stay; Sashay away! — wybuchnął podekscytowany tłum głosów, które natychmiast się opanowały pod srogim spojrzeniem lekarza głównego.
Być może było to miejsce od ratowania życia. Ale przecież nie kosztem odrobiny humoru i pozytywności. A pewne powiedzenia po prostu były ikoniczne.
— Na stówę był w Drag Race.
— To co obstawiamy? — mężczyzna stojący obok Mattie już zacierał ręce. — Tilly dorzucasz się?
— Co? Zwariowałeś? — obruszyła się Mathilde, po czym zerknęła na pacjenta, następnie na swoich kolegów po fachu, szybko analizując kwoty jakie przed chwilą rzucali na forum publicznym. Uzbierało się trochę tego, a ona nie gardziła łatwo zarobioną mamoną. — Dobra daje 20$, że był w jakimś odcinku.
— Kończymy! Jessica jesteś odpowiedzialna teraz za reaserch. — zajęcia zostały rozdysponowane przez idiotę z gumą nikotynową. — A Ty Mattie idź zobaczyć co u naszej potencjalnej gwiazdy.
— Dlaczego ja? — obruszyła się. Miała przecież co robić, nawet jeśli dzisiejsza zmiana, tfu, była naprawdę spokojna.
— Twoja kamienna twarz najlepiej sobie radzi w obliczu sław. — usłyszała w odpowiedzi i została poklepana dla zachęty po plecach.
Usuń— To tylko ludzie.— mruknęła, naprawdę nie rozumiejąc, jak jeszcze w dzisiejszych czasach można było tracić rozum i godność człowieka tylko dlatego, że spotkało się kogoś bardziej rozpoznawalnego. Fizjologicznie nie różnił się przecież niczym.
— I o to właśnie mi chodziło.
Wywróciła oczami i westchnęła, mimo to nie protestowała. Choć przypadek społecznie wydawał się ekscytujący, medycznie Mattie wątpiła w to by był specjalnie skomplikowany. To będzie po prostu łatwa i szybka robota.
— Dzień dobry, nazywam się Mathilde Stevenson i będę się dzisiaj Tobą zajmować. Za chwilę pojawi się lekarz. Czy coś Cię boli i co właściwie się stało? — zapytała neutralnym, służbistycznym sloganem, recytując wyuczoną formułkę, jednocześnie spoglądając na mężczyznę. — I gdzie do cholery kupuje się takie buty?
Miała problem z noszeniem kilku centymetrowych obcasów, a co dopiero takich! Poza tym w żadnym sklepie nie widziała podobnych szpilek. Tym faktem była żywo zainteresowana, nawet jeśli podobny zakup nie przeszedł jej nigdy przez myśl.
ciekawska Mathilde Stevenson i pół oddziału ER
Skoro to słowo harcerza, to cóż było robić – trzeba chyba uwierzyć na słowo, tak mi dopomóż sowo. Leif wolałby się hucznie nie pomylić, więc spróbował zapamiętać: Mange, więc Man-ge, więc MAN-ge, więc mężczyzna. Czyli używamy, gdy osoba przed tobą występuje w wersji bez dragu. Malmo Mia! to wiadomo kiedy, prościzna, tak w kontraście do tych wszystkich fantazyjnych i zaiste zakręconych strojów.
OdpowiedzUsuńZ Leifem było jeszcze łatwiej, bo o każdej porze dnia i w każdym stanie skupienia oraz ubioru – jak również bez ubioru – funkcjonował jako Leif. Chyba że chciało się go zawołać po nazwisku, to też spoko. Potrafił zareagować na Zweiga, ale to nie kasowało Leifa. Jedynym wyjątkiem była matka mówiąca na niego Zooey, co było jej nietypowym i bardzo niepoprawnym zdrobnieniem od Zachary’ego, nadanym Leifowi na drugie imię. Miało być pierwsze, ale ojciec zmienił zdanie.
Chociaż to mu wyszło. Leif wolałby nie być Zooeyem na pełen etat. A gdyby miał nosić jeszcze Zachary’ego? Zabiłby się chyba – i nie potrzebowałby do tego wysokich szpilek na nogach! Takie imię odebrałoby sporo z należytej mu niepowagi.
– No i świetnie! – powtórzył po Malmo. – Umówieni. Trampki są spoko, tylko conversiarzy się gnoi – powiedział, ale nie była to prawda. – Basement ma nosa do dobrego techno i w ogóle ma nosa do rzeczy, ale skoro cię nogi bolą… Nie wiem, czy to jednak dobry pomysł.
Sam szczerze przepadał za Basementem, chociaż ostatnio słyszał trochę narzekań. Lineupy wciąż potrafili zgotować świetnie i nieźle można było się napocić, dając się ponieść muzyce w tym dusznym, ciemnym i stroboskopowym klimacie. Wierzył też, że udałoby się przeskoczyć kolejki na wejściu – zresztą, poczekanie nikomu by nie zaszkodziło, znaleźliby jakiś temat do rozmowy; a potem na pewno uznano by ich za wartych wpuszczenia. Brak wcześniej kupionych biletów mógł być przeszkodą, ale z gatunku tych możliwych do przeskoczenia.
Gorzej, jeśli Mange po całym dniu wygibasów na planie, i to jeszcze w takich kopytach – jako się rzekło – będzie chciał odpocząć, a w Basemencie tak średnio było gdzie spocząć. To intensywne miejsce do intensywnej zabawy, mniej w atmosferze trochę drinki, trochę gadka, trochę może pójdziemy pokręcić tyłkiem na parkiecie, się zobaczy.
Wobec tego może lepiej wybrać co innego? Hm, hm, hm. Myśl skakała obok myśli, przeszukując znane Leifowi kluby. To była jego przewaga – nie był Szwedem, co jeszcze samo w sobie nie było zaletą, był Amerykaninem, co było wręcz wadą, znał Nowy Jork jak własną kieszeń, a właściwie lepiej niż własną kieszeń, bo w niej się nie urodził, a w Nowym Jorku tak… I w tym jednym konkretnym kontekście mógł poczytać sobie to na plus.
Bo dzięki temu potrafił pokazać miasto przyjezdnym! No i wybrać odpowiedni klub. Strzelił palcami.
– Może Public Records? – zaproponował. – Tam można przysiąść i opierdolić jakiegoś drinka, jeśli się chce, albo pójść potańczyć, jeśli się chce. Trochę spokojniej niż w Basemencie. Ale nie że od razu stypiarsko!
Co prawda dawno tam nie był i słyszał, że miejsce mogło się trochę skurwić, ale – praktycznie o każdym klubie to słyszał, każdym, który stawał się odrobinę bardziej popularny i znany przez więcej niż dwadzieścia trzy osoby. Będzie fajnie, wierzył, tak czy siak. W dragu czy bez dragu. Leif na pewno zamierzał przyjść bez, ale z wdzięcznością przyjął poradę, co do zaczynania.
– Pewnie, pewnie – potwierdził. – Chociaż umiem chodzić na szczudłach! – pochwalił się, choć chodził tylko raz. – I chciałbym czasem zapuścić brodę.
Leif Zweig
[A dziękuję, dziękuję! W.I.T.C.H. musiało się pojawić, nie mogłam przepuścić takiej okazji. Teraz zdecydowanie musisz obejrzeć. Którą czarodziejkę najbardziej lubiłaś?
OdpowiedzUsuńJa z kolei szeroko się uśmiechałam, gdy czytałam kartę Magnusa. Cudowny chłopak! Chciałabym zobaczyć Paula Mescala w dragu.
Zapraszamy do skorzystania z usług wróżki Lei, pierwsza karta darmowa. Może też być za drinka kolejna. Jeśli nie masz jeszcze wątku klubowego/występowego, to możemy zaklepać. Ale nie musimy. Może Mange kojarzyłby ją z rolek czy z live’ów? Może ona mogłaby kojarzyć go z YouTube’a? Sub za sub (ale taki szczery)? Kombinujemy?]
Helen Lynch
Włożył na nogi szczudła i poradził sobie bez pudła. Nie należały może do najwyższych – ale i tak łatwo nie było, choć prosta postawa pomagała w utrzymaniu równowagi. Środek ciężkości się przesuwał, tak głosiła fizyka, o której Leif rzadko myślał, a wtedy to już na pewno nie. Był trochę nietrzeźwy i bardzo dobrze się bawił.
OdpowiedzUsuńMoże wyminął się powołaniem i najlepiej odnalazłby się w cyrku? To byłoby takie… rodzinne. Jeśli stałby się klaunem, dałoby się rzec – talent odziedziczony po ojcu. W końcu straszny z niego pajac.
Nawet wybrałby się do klubu na szczudłach, skoro reakcja Malmo Mia była pozytywna, i od razu problem z dobraniem obuwia by się rozwiązał; zaistniał jednak inny – szczudeł nie miał. Dobrze przynajmniej, że zabrał ze sobą telefon, który ochoczo podał nowemu znajomemu, by ten zostawił swój numer.
– Śmiało – powiedział. – To wejdź od razu na IG i kliknij, co? – poprosił.
Pewnie gdyby sam chciał go wyszukać, to kogo jak kogo – ale konto Magnusa na pewno odnalazłby szybko. Lepiej jednak w ten sposób, bo jeśli nie stałoby się to od razu, Leif pewnie zapomniałby potem, że miał zostawić follow. Sam w aplikacji występował pod aliasem @leifontree, co nie było aż taką złą nazwą, zważywszy na to, że wybierał ją jako dwunastolatek. Zgodnie z nią na profilowym widniał do góry nogami, bo zwisał z gałęzi drzewa, ale w bio wrzucił już normalne dane.
– Pewnie, może być – potwierdził ochoczo. – To do zobaczenia!
Leif zobaczył Malmo Mia! już po kilku minutach, z drugiej strony kamery – przerwa się skończyła, więc Zweig wrócił na camp, a ekipa do nagrywania. Jak to zawsze bywało, na rozstawionym ekranie mieli podgląd skręcanych scen, by móc je zatwierdzać bądź odrzucać, przede wszystkim jednak modyfikować, zmieniać i poprawiać.
I tak to leciało, choć dla większości – się dłużyło. Na planie się działo, na campie siedziało, ale Leifa nosiło, więc krążył po małym pokoiku, dogadywał i szukał okazji do jakiejkolwiek hecy. Ostatecznie – co nikogo nie dziwiło – shoot się przedłużył, choć akurat wielu aktorów (w tym i Malmo) skończyła na czas. Inni mieli mniej szczęścia.
Leif trochę się do tego dołożył. Stał przed ekranem w mocnym rozkroku, z rękami założonymi do tyłu, jakby tylko w ten sposób monitor mógł znaleźć się na linii jego wzroku. Potem się odwracał, przejmował krótkofalówkę i zgłaszał wszystkie uwagi, które mu się nasuwały. Ujęcia wyglądały dobrze – mogły jeszcze lepiej. Albo porządnie, albo wcale, co nie?
Porządnie to był zmęczony, kiedy busik odwoził go do mieszkania, ale szybki prysznic przywrócił go do życia.
Wskoczył w ciemne, szerokie bermudy, w których obok cienkich prążków prężyły się zakładki. Na kark wciągnął jasny tank top z kontrastowymi przeszyciami, które i tak skryły się pod beżową koszulą w pudełkowym kroju. Całkiem ją lubił, bo niewiele miała z elegancji – asymetryczny przód i sznurkowe zapięcia odejmowały sporo zadęcia. Do tego długie białe skarpetki i żółte Prada Collapse na stopy, ciemne okulary na nos i srebrne sygnety na dłonie – i cały look gotowy.
Kiedy zaczynał się ogarniać, miał jeszcze dużo czasu – przeciekł mu gdzieś między palcami. Więc kiedy spieszył się już na miejsce, odpalił DM-y i wystukał spóźnie sie torche, sory. Trochę, szczęśliwie, zamknęło się w kwadransie.
– Sorry raz jeszcze – zawołał na przywitanie, choć wcale nie był pewien, czy Magnus odczytał wiadomość, a więc czy raz jeszcze jest zasadne. – Nie uwierzysz, co się stało, serio. Okazało się, że jednak nie znam się na zegarku, szkoda, zawsze chciałem być na czasie. Chodź!
Kolejka nie była zatrważająca, ale jednak – była. Wystarczało jednak trochę zachachmęcić, a przecisnęli się bliżej wejścia i już wkrótce wpuszczono ich do środka. Leif poprowadził na górę, do lounge’u, gdzie zamiast barowego ścisku czekały kremowe kanapy i chromowane stoliki, a także ściana, która właściwie była jednym wielkim głośnikiem. Muzyka się z niej sączyła – wystarczająca spokojna, by dało się gadać, wystarczająco niespokojna, by nie zapomnieć, że są w klubie.
– No, to co – powiedział Leif. – Bez napiny czy pora się sponiewierać?
Chociaż Leif buty Prada Collapse miał całkiem od niedawna, to zdążył się poczuć z nimi związany – choć akurat ich nie wiązał; czarne grubiutkie sznurowadła zapętelkował sobie raz, a potem to już wiadomo. Wsuwał je na stopę bez większego problemu, a potem posuwał się po drodze, czując każdą jej nierówność. Uroki płaskiej podeszwy.
OdpowiedzUsuń– No nie? – zapytał zadowolony. – Cicho się w nich biega. Następnym razem mogę przyjść w samych skarpetkach.
Kłamał. Wolał nie łazić ulicami – chodnikami zresztą też nie – Nowego Jorku bez butów. Bez przesady, nie był przecież szewcem, choć akurat zakląć potrafił, kiedy mu się chciało. Miasto jednak było na tyle zanieczyszczone, że czasami od samego patrzenia zaczynał tęsknić za prysznicem. Takie fanaberie ludzi z problemami pierwszego świata. Poza tym większość skarpetek, które spoczywały w szufladzie, była biała; wolał tego nie zmieniać.
– Dzięki! – Nie krył zadowolenia. – Jestem zaszczycony. Zachwycony też, no bo w końcu. Błyszczysz!
Leifa prędzej można było posądzić o performatywną męskość – performensy zresztą odwalał nierzadko, choć zazwyczaj innego rodzaju – niż typowe samczenie. Najbardziej stereotypowo męski to bywał wtedy, gdy się rozsiadał w metrze i jedną nogę miał na Bahamach, drugą w reklamach. Całkiem przepadał za modą i bez wstydu założyłby coś mniej standardowego; błyskotki też do niego przemawiały, szeptały wręcz i przede wszystkim, jak to moc biżuterii, hipnotyzowały, kręcąc się w różne strony, aż pod wpływem sił nieczystych musiał je kupować i nakładać.
Na makijaż się nie odważył. Choć podziwiał kunszt! Nowy Jork pełen gwiazd i gwiazdeczek, a mimo to złote kreski i brokat zdołały wśród nich zajaśnieć, i nie umknąć uwadze Leifa. Dobrze się to zgrywało z Public Records, w którym złoto też lało się niemal tak gęsto jak alkohol.
– Coś ty! Już wystarczająco się hańbię robotą w tygodniu. – Leif pokręcił głową. – No, dobra, czasem w weekendy trzeba, ale akurat nie w ten. Raz w niedzielę robiłem na shoocie jako jedyny z agencji, no i od tamtej pory nie chcą zostawiać mnie sam na sam z klientem. Nie rozumiem czemu.
Od kiedy usiadł, zdążył ze trzy razy zmienić pozycję, szukając najwygodniejszej dla siebie. W zasadzie każda była bardzo w porządku, ale jak to zazwyczaj w jego życiu bywało – za najlepszą uważał każdą następną.
– Pasuje mi do butów, choć to nie szałowe kopyta? – uśmiechnął się Leif. – Wchodzi koń do baru, na zewnątrz zaparkował Subaru, a barman pyta o kopyta. Może być i Jungle Bird. A dla ciebie może Last Daisy? Trochę ziołowo, trochę musująco, ale bez przymusu, no i słodko. Feeria smaków.
Drink był z menu Public Records; rosaluna mezcal, wytrawne sherry fino, wiosenny cytrusowy cheong, sok z cytryny, prosecco, tonik rozmarynowo-miętowy. Oopsy Daisy, czy takim zawołaniem skończy się noc? Leif miał nadzieję; w sumie miał nadzieję, że podejmie dziś jakąś złą decyzję, bo od tych najgłupszych zwykle zaczynały się najciekawsze historie, za które potem dziękowało się stokrotnie.
Przy stoliczku zjawiła się w końcu kelnerka; na start poprosił o drinka wskazanego przez Mange.
– Nooo, dobra! – zabębnił o blat, gdy odeszła. – Co najdurniejszego zobaczyłeś już w Nowym Jorku? Liczę, że nas trochę poobrażasz!
Leif Zweig
Parsknął cicho, kiedy okazało się, że może być bez szacunku. Ni to w rozbawieniu, ni to w zadziwieniu, ale parsknął i raz jeszcze obrzucił wyrosłą przed nim sylwetkę wzrokiem, tym razem poczynając od utapirowanej fryzury, a na ciężkich buciorach na wysokim obcasie kończąc. To, czego właśnie doświadczał, trochę nie mieściło mu się w głowie, a na przestrzeni lat zdołał zmieścić w niej już dużo. Widział wiele, były to jednak rzeczy znacznie mniej kolorowe, niż jego aktualny klient, a przez to nieprzyjemne, choć nie mógł też powiedzieć, że Mange był przyjemny. W tym stroju, w którym zdecydował się powitać swojego nowego dilera, przyciągał uwagę, a dilerzy mieli to do siebie, że uwaga była ostatnią rzeczą, której pożądali. Na pewno nie pod klubem, przy ruchliwej ulicy, z patrolem wjeżdżającym w tę ulicę.
OdpowiedzUsuńIan obejrzał się przez ramię, kiedy jego uwagę zwróciły szum opon i cichy warkot silnika. Zaklął siarczyście, kiedy jego wzrok padł na policyjny wóz i zaklął raz jeszcze, kiedy poczuł zaciskające się na ubraniu palce. Odruchowo szarpnął się, nim zdał sobie sprawę z tego, że Mange ciągnie go ku wejściu, bo kiedy już to sobie uzmysłowił, tylko przyspieszył kroku. Zazwyczaj Ian myślał szybko, nawet jeśli to szybkie myślenie nie wyszło mu na widok drag queen, kiedy jednak pojawiło się ryzyko, że jego kwitnący interes przestanie kwitnąc, odzyskał rozum, a nawet posłał mijanemu w pośpiechu bramkarzowi szeroki uśmiech.
— Dzięki — rzucił, kiedy wciągnęło ich wnętrze klubu, bo miał za co dziękować. Co prawda poradziłby sobie i bez tego, że Mange złapał go za fraki i poprowadził za sobą do lokalu, ale był mu wdzięczny za tę szybką reakcję i przytomność umysłu, podczas gdy umysł Iana przytomny nie był, co przecież było sprawką ciągnącego go klienta. Malmo wywarła na nim wrażenie, jakiekolwiek by to wrażenie nie było.
Skinąwszy głową, odruchowo przygładził dłońmi zmiętą bluzę. Coś nie chciało mu się wierzyć, że na backstage’u będzie spokojniej, ale nie protestował. Szedł za mężczyzną, musząc stawiać długie kroki, żeby nie zostać z tyłu.
— Ja też nie — zauważył z nutą rozbawienia pobrzmiewającą w głosie. Chyba nie musiał tłumaczyć, dlaczego zazwyczaj nie był roztrzepany, prawda? Skorzystał z zaproszenia w postaci otwartych drzwi i ufnie wszedł do środka, choć Mange w każdej chwili mógł wyciągnąć spomiędzy cycków nie banknoty, a odznakę i to nią zamachać przed nosem Iana, bo po tym wieczorze Hunt spodziewał się już wszystkiego.
Mogliby załatwić wszystko na stojąco, w dziesięć, a nawet pięć sekund, przy czym każdy z nich byłby usatysfakcjonowany, ale Ian miał potrzebę, żeby usiąść. Ostatnio trochę pobolewało go uszkodzone w zeszłym roku kolano, w które oberwał kijem baseballowym, dlatego opadł na wyczyszczony z ciuchów mebel i powoli, z nieprzypadkową ostrożnością wyciągnął przed siebie prawą nogą.
— Machaj — zgodził się, unosząc kącik ust w półuśmiechu. — Trzy stówki — dodał, samemu prostując się na krześle. Wyciągnął tułów i nieco wypchnął biodra, by swobodnie sięgnąć do kieszeni jeansów, z której następnie wydobył malutki, strunowy woreczek z dokładnie sześcioma pigułkami, po pięćdziesiąt dolarów za sztukę. Cena była promocyjna, skoro Mange był nowym klientem, bo może w przyszłości miał skusić się na więcej?
Krzesło stało przy toaletce, całkiem ładnej, z lustrem, w szerokiej ramie z żarówkami. Dokładnie takiej, jaką można byłoby zobaczyć w firmie, bo także Ian oglądał filmy. Położył woreczek na blacie toaletki, przesunął go w stronę swojego klienta, po czym wyciągnął dłoń po gotówkę.
— Jesteś już po występie? — zagaił, ciekaw, czy dostarczone przez niego cukiereczki miały umilić afterparty, czy może pomóc w uporaniu się z tremą, choć Ian nie sądził, by Mange był osobnikiem, który miewał tremę. Na pewno miał jaja, żeby występować jako drag queen, prawda?
nieco ciekawski IAN HUNT
– Wybacz reklamiarzom, bo nie wiedzą, co czynią – poprosił Leif z uśmiechem. – To debile! Może tak: Caplyta, bo inaczej spotka cię kaplica. Ładniej bez używania tego śmiecia śmierci?
OdpowiedzUsuńPomysły zaczęły rozpychać się w głowie, tłoczyć się między innymi myślami, aż sensowne refleksje poleciały w kąt. Jak strzelisz samobója w kaplicy, to przynajmniej do krypty jest blisko – była już parka, która na to wpadła. Przy trumience spoczęła sobie Julia, obok pokłada się Romeo, sączy się krew, leje trucizna, taka to zabawa. Capulet is dead, ‘cause Caplyta wasn’t there yet. Szekspir się chowa – akurat też w grobie.
Kto jak kto, ale Leif znał się na szekspirowskich dramatach – może i nie czytał, ale za to w dzieciństwie obejrzał Romeo & Juliet: Sealed with a Kiss, gdzie główni bohaterowie byli fokami. Kapulet i Monteki, pulpet z twojej teki. Uważaj, bo zje cię rekin.
Pogubił się w swoich myślach i aż zapomniał słuchać dalej Magnusa. Na szczęście wyratowała ich kelnerka, stawiając na stoliku zamówione drinki. Leif postukał w swój palcami i już gotów byłby przesunąć go w stronę Mange’a – który zapytał, czy może – gdy się zorientował, że nie o napój mu chodziło.
– A pewnie – odparł, podając rękę.
Nadgarstki miał, przynajmniej jak na swój gust, trochę zbyt wąskie; palce zresztą też, ale to akurat nie szkodzi. Długie i szczupłe, tyle że z krewetkami w stawie. Czyli – stawy miał zaznaczone, szersze niż reszta palca, więc jeśli sygnet przechodził przez nie bez problemu, strasznym był luzakiem u nasady. Jeśli dobrze tam pasował, wcześniej przedzierał się z trudem.
Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – zawsze to jakaś motywacja do regularnego kupowania mydła.
Na palcu wskazującym błyskały dwa pierścienie. Pierwszy, ten niżej, blisko nadgarstka, to szeroka srebrna obrączka, przecięta na środku – tak, że jej dwa końce już się nie spotkały, za to ktoś zasznurował je złotym drutem. Wyżej z kolei, niedaleko paznokcia, gwóźdź programu! Dosłownie, bo matowa, lekko porysowana błyskotka z jednej strony miała okrągły łebek, z drugiej zwężała się w zaostrzony koniec. Gwóźdź owinięty wokół palca.
Na kciuku rządził surowy sygnet o nieregularnej, niemal wykutej powierzchni, trochę jak mały głaz pęknięty na dwoje i teraz dwie ciężkie części łączyła metalowa klamerka. I jeszcze tylko serdeczne pozdrowienia dla falowanej srebrnej obrączki, która wsunęła się na palec serdeczny.
Wszystkie powynajdywał kiedyś na pchlich targach.
– No, bez przesady – powiedział z uśmiechem. – Majonez to podstawa naszej kultury! Kraina octem i żółtkiem jaj płynąca. Moja mama akurat upierała się, żeby samodzielnie to robić…
Wzruszył ramionami i napił się drinka.
– Taaa, z Nowego Jorku – odparł. – Najlepsze miasto, w którym mieszkałem. Najgorsze też. Nigdzie indziej nie żyłem, przynajmniej w tym życiu, więc tu żyje mi się dobrze, ale ja w ogóle lubię żyć. A ty? Gdzieś tak bywał, że śmiesz śmiać się z Nowego Jorku?
Leif Zweig
Świat był, jaki był i należało go zaakceptować. To była gorzka lekcja, z którą przychodziło mierzyć się Mathilde każdego dnia. Wiele emocji się w niej burzyło, wiele chciała zrobić i zmienić, bo zwyczajnie wielu sytuacji nie rozumiała, bądź nie chciała zaakceptować. Zawsze walczyła o zmianę na lepsze. Tylko z wiekiem zrozumiała, że ta niekoniecznie w każdym wypadku jest możliwa. Nie tak funkcjonowała rzeczywistość.
OdpowiedzUsuńChoć było to okrutne, to pogodziła się z tym, ale czasami naprawde doprowadzało ją to do szału, wściekłości wręcz gotującej się żywym ogniem. Zwłaszcza pobicia, gwałty, wszechstronnie pojęta przemoc wobec słabszych doprowadzała ją na kres wytrzymałości nerwowej. Nie akceptowała faktu stawiania siebie wyżej ponad drugą osobę, by móc bezkarnie ją krzywdzić.
Tak samo wszelako pojęte bójki, które też często nie miały sensownego punktu wyjścia. To zawsze były trywialne powody. A z resztą, kto dawał tym ludziom prawo do takich zachowań? Sytuacja komplikowała się tym bardziej, gdy pięści zamieniały się na noże, te zaś na broń palną, niestety dopuszczoną do posiadania w tym kraju.
A winowajcy? Cóż, to prawie zawsze byli mężczyźni. Tacy, którym wiecznie coś nie pasowało. Ale to coś choć powodowane wewnętrznym problemem, zawsze musiało znaleźć sobie manifestacje źródła konfliktu w obiekcie z zewnątrz. Bo powiedzmy sobie szczerze, co tak strasznego dragqueen mogła zrobić potencjalnemu przechodniowi? Oślepić blaskiem cekinów? Rozpętać tornado trzepotem sztucznych rzęs? Zahipnotyzować krokiem na niebotycznym obcasie? Litości! To żaden powód do agresji. Co najwyżej podziwu dla kunsztu artystycznego!
— Mhm. Czyli pobicie. — skwitowała krótko, zupełnie ignorując próbę żartu ze strony jej nowego pacjenta. — Nie powiedziałeś mi do tej pory czy coś Cię boli? — zauważyła, podnosząc wzrok znad karty, lustrując uważnie postać na leżance. Z samego sposobu zachowania próbowała wychwycić co może mu dolegać i na co zwrócić uwagę. Musiała być czujna, na każdy grymas, gest, potencjalne westchnięcie: szybka ocena sytuacji pozwoliła jej też stwierdzić że zakładanie pulsyksometru na te paznokcie nie ma większego sensu. — Uwierz mi, wiem, że jest środek nocy i tak, ja też nie chcę tutaj już być, ale jeśli mamy cokolwiek przyspieszyć potrzebuję od Ciebie współpracy.
Złagodniała, posłała mu bardzo subtelny uśmiech i podeszła bliżej, żeby aparaturą zmierzyć jego wartości życiowe.
— Uh, na więcej prywatności nie bardzo masz co liczyć. Mogę Ci co najwyżej przynieść szpitalną koszulę na przebranie, jeśli chcesz zmienić ciuchy na coś bardziej wygodnego. Ale uczulam, ani to szykowne, ani modne. Mocno improwizowane, co najwyżej. — zauważyła, przykazując mu tym samym na moment być cicho, gdy ciśnieniomierz został włączony. — A teraz z mniej czułych rzeczy - zakasaj kiecę do góry. Muszę zobaczyć czemu się tak krzywisz. — dodała już bez czułości, bo jeśli to miało pójść sprawnie, należało szybko działać.
Za chwilę w drzwiach stanął młody, dwudziestokilkuletni chłopak, tutejszy rezydent, gotowy przejąć od Tilly pacjenta.
— Co tu mamy? — uśmiechnął się lekarz, spoglądając to na leżącą na łóżku dragqueen z lekkim zaskoczeniem, to na Tilly oczekując streszczenia sytuacji. — Jestem dr Kerr, będę się dzisiaj tobą opiekować. — oznajmił, a będąc lekko zmieszanym, wybrał najbezpieczniejszą formę odniesienia się do barwnej postaci przed nim.
Usuń— Wygląda na pobicie. Bez widocznej duszności, prawdopodobnie obite żebra, siniaki dopiero wychodzą. — zawyrokowała Mathilde, odchodząc od pacjenta i zostawiając przestrzeń lekarzowi na badanie. — Reszta wydaje się w normie.
— Dobrze… RTG, podstawowa morfologia, mierz saturację i ciśnienie i daj mi znać, jak tylko będzie wynik. Proszę się o nic nie martwić, jest Pan… znaczy jesteś pod dobrą opieką. — zawyrokował młody specjalista i opuścił ich box.
Mathilde oznajmiła, że wróci za chwilę i po 5 minutach była już z wózkiem oraz skierowaniem na badanie. Miała też szpitalną piżamę oraz czepki na głowę, które mogły posłużyć jako prowizoryczne buty.
— Wskakuj w nowe ciuchy. Zabieram Cię na rentgen. — oznajmiła zadowolona z siebie, że wszystko idzie tak sprawnie. Jeszcze tylko 3 h i skończy zmianę.
piguła Mathilde Stevenson z obsesją na przebieranki :3
Ian także przeliczył wciśnięte mu w dłoń banknoty. Były zmięte, więc każdy jeden układał na blacie toaletki i przeciągał po nim dłonią, chcąc w ten sposób rozprostować papier. Wiedział, że to nic nie da, ale i tak musiał to zrobić. Był porządnicki, nawet bardzo, co mogło nie pasować do stereotypowego dilera, ale Hunt nie był stereotypowym dilerem. Oprócz tego, że był porządnicki, miał łeb na karku. Nie w ten chytry, uliczny sposób, choć po części wychowała go ulica. Gdyby nie chujowe dzieciństwo, Ian Hunt mógłby wyjść na ludzi, a nawet zajść daleko. Poszedłby do college’u i na studia, zdobył wykształcenie i wpinałby się po szczebelkach drabiny w jakimś korpo, bo w dzisiejszych czasach to było definicją sukcesu. Jeśli by się nad tym zastanowić, jakimś wielkim sukcesem by to nie było, ale Ian się nad tym nie zastanawiał. Nie gdybał, nie żałował. Mając łeb na karku, poukładał sobie życie tak, jak potrafił i na ile było to możliwe w jego przypadku.
OdpowiedzUsuńSłowem nie skomentował tego, że pieniędzy brakowało, bo widział, że Mange już grzebie w plecaku. Miał nadzieję, że w poszukiwaniu portfela, a nie sprężynowego noża, którym dźgnąłby Iana w brzuch i uciekł z miejsca zdarzenia, bo i takie rzeczy się zdarzały w półświatku, w którym obracał się Hunt. Spiął się lekko, ale zaraz rozluźnił się na widok nie noża, a portfela i przyjął brakujące banknoty. Skoro wszystko się zgadzało, zwinął je w zgrabny rulonik i schował do tej samej kieszeni, z której wyciągnął dragi.
— To z napiwków? — podchwycił, zerkając na niego. — A jakiś… — Wykonał bliżej nieokreślony ruch dłonią, przywodzący na myśl machnięcie. — Angaż za występ?
Pytał, bo się nie znał, a był ciekaw. Nie miał pojęcia, jak działała branża drag queen. Czy goście pokroju jego klienta musieli ubiegać się o każdy występ i swoje wychodzić, czy zaciągali się jednym klubie, który oferował tego typu rozrywkę, czy może byli rozchwytywani i właściciele klubów takich jak ten się o nich bili. To, Magnus miał powiedzieć nieco później, miało nieco rozjaśnić mu sytuację.
— Czy będzie mi przeszkadzało, że zaczniesz rozbierać się przy mnie z tych fatałaszków? Nie, chyba nie — rzucił, nieprzejęty tym, że swoim komentarzem i sprowadzeniem dragu do fatałaszków może urazić mężczyznę. Powinien się już zbierać, ale nadal siedział na krześle, z nogą wyciągniętą przed siebie, a w dodatku patrzył, wcale nie ukradkiem, jak Mange z wprawą ściąga buty. Musiał przecież zaczekać, aż patrol policji zawinie się sprzed klubu, prawda? Choć teraz, gdyby obaj wyszli na zewnątrz, to Mange mógłby mieć kłopoty, nie on.
— Jakimś cudem, tak — powtórzył, ale to końcowe tak miało oznaczać, że da mu znać, bo czemu miałby nie dać? Nic go to nie kosztowało, a Magnus mógł zarobić kilka stówek, za które następnie mógłby zaopatrzyć się u Iana. Wszystko się zgadzało. Co prawda Hunt uważał, że żaden cud nie nastąpi, ale gdyby jednak już nastąpił… Westchnął, ostrożnie zgiął i wyprostował nogę. Działała, kolano nie przyblokowało się, mimo że po tym krótkim pędzie do lokalu trochę bolało.
Zaczął się podnosić, kiedy Mangne poprosił go o pomoc ze wsuwką. Tak go ta prośba zaskoczyła, że oklapł pośladkami z powrotem na siedzisko. Zaraz. To nawet nie była prośba, to było polecenie, które dosłownie zbiło Iana z nóg, bo cóż. Nie spodziewał się tego. Musiał jednak chyba pogodzić się z tym, że ten wieczór nie będzie obfitował w rzeczy spodziewane.
— Nie pozwalam mieć moim klientów długów — oznajmił spokojnie, podniósł się i przysunął do mężczyzny. Musiał przykucnąć przy zajmowanym przez niego krześle, żeby wygodniej manewrowało mu się przy wskazanych wsuwkach. W kolanie coś przeskoczyło, głośno, ale nie tak boleśnie, by Ian się zaniepokoił.
— Gdyby zabrakło ci chociaż dolara. — Uporał się z pierwszą wsuwką. — Nie dostałbyś prochów. — Wyjął drugą. — Chcesz ćpać, musisz być wypłacalny. — Wyjął trzecią wsuwkę. — Przynajmniej dla mnie — dodał, a wyciągając rękę, aby odłożyć wsuwki na blat, na sekundę zamknął Mangusa pomiędzy oparciem krzesła, a swoją ręką i posłał mu spojrzenie. Konkretne, ale złagodzone błąkającym się na ustach półuśmieszkiem.
UsuńCofnąwszy rękę, Hunt chciał podnieść się z kucek, ale coś mu nie wyszło i złapał się dłonią oparcia krzesła, wciąż tego samego, na którym siedział Mange.
— Kurwa — sapnął, palce dłoni wbijając w problematyczne kolano. Tego, że akurat teraz staw postanowi odmówić współpracy, też się nie spodziewał.
IAN HUNT, co jeszcze nie jest podrywany, a już niemal padł z wrażenia
Nie mogła postawić się w jego sytuacji, bo nigdy nie miała styczności z jawnym przejawem agresji względem swojej osoby. Oczywiście, zdarzali się roszczeniowi pacjenci i wariaci na oddziale ratunkowym, ale były to sporadyczne ekscesy i zazwyczaj nie z jej udziałem. Mogła jedynie przyznać, że to mężczyźni, ci nieznani, szwendający się po ulicach, dawali niepokojące wrażenie. Drażniło ją to bardzo, że fakt osoby drugiej płci może wprawiać kobietę w taki dyskomfort, nawet jeśli sama bała się trochę mniej niż przeciętna przedstawicielka kobiet. Umiała się obronić i była wrażliwa na większość sygnałów, jakie odbierała z otoczenia. Ale mimo to, zdawała sobie sprawę, że nie z każdym wygra i nie zawsze, pomimo całej swojej wiedzy i umiejętności.
OdpowiedzUsuńTym smutniej było jej patrzeć na Magnusa, który doznał urazu i to na pewno nie tylko tego fizycznego, ze strony przypadkowych mężczyzn na ulicy. Bo nie podobała się im sukienka czy cały image, który nie pasował do ich wizji świata. Żenujące i skrajnie obrzydliwe to było, ale jakkolwiek by nie była podirytowana, nie znajdzie przecież sprawców zdarzenia i sama nie wymierzy im kary. Nie jest przecież Barmanem, ani innym superbohaterem. Jedyną podłość na jaką mogłaby się w tym wypadku zdobyć, to świadomość komu nie pomagać, gdyby jednak tej pomocy potrzebował. Wtedy jednak zarówno ona jak i Magnus musieliby znać sprawców z nazwiska. A tak przecież nie było.
— Jasne. — rzuciła się bez zastanowienia do poszukiwań agrafki przy sukience, aby pomóc mu się rozebrać. Zajęło jej chwilę zanim ją chwyciła, ale finalnie wyciągnęła sprawnie i wręczyła mu z lekkim uśmiechem.
— Szybka zmiana osobowości widzę. — zauważyła, gdy odwrócił się w jej stronę, tym razem już bez makijażu i sztucznych poprawek swojej urody. Była to faktycznie mocna metamorfoza i Mattie jeśli miałaby być szczera, naprawdę mogłaby go nie poznać, gdyby nie wiedziała do którego pomieszczenia się udać.
— Dam Ci chwilę na przebranie i wrócę za moment żeby zabrać Cię na badanie. Najpierw jednak muszę pobrać Ci krew. — poinformowała go, przygotowując się od razu do wspomnianej procedury. Wzięła rękawiczki z pobliskiego wózka, tak jak i probówkę, stazę, gaziki i spray do dezynfekcji miejsca wkłucia. Igła była już naszykowana.
Krew pobrała szybko i sprawnie, choć nie ręczyła za to, że całkiem bezboleśnie. Pomimo wprawy, loteria w odczuciach pacjentów była dość znacząca.
— Jakbyś czegoś potrzebował, to mi powiedz. — dodała i ulotniła się na kolejne kilka minut, podczas których wypadło jej przyjąć na oddział pięćdziesięciolatkę z udarem.
— Gotowy? — zagaiła wpadając lekko zdyszana do jego pomieszczenia i podziwiając postępy w zakładaniu przez Magnusa szpitalnego wdzianka.
Kiedy już wystrojony w spraną i mocno za dużą piżamę usiadł jej na wózku, zabrała go w kierunku pracowni rentgenowskiej.
— Gdzie występujesz? — zagaiła w trakcie przemierzania szpitalnych korytarzy, tak żeby rozluźnić atmosferę, a trochę też ze zwykłej ciekawości. Nie zapominajmy przy tym, że była na misji, wysłana niejako w ubezwłasnowolnieniu przez resztę personelu, by potwierdzić jego występ w znanym programie telewizyjnym. Nie lubiła jednak być nachalna i zbyt wścibska, a szczerze ten szczegół akurat ją interesował najmniej. I choć generalnie nie przeszkadzała jej cisza, w tym wypadku, zwyczajnie chciała się czegoś o nim dowiedzieć. Wydawał się ciekawą osobistością, a jej było naprawdę przykro za to co go spotkało.
subtelnie wścibska Mattie
Czy była łaskawa w całym swoim pielęgniarskim obyciu? To zależy od sytuacji i na kogo trafiła. Potrafiła być pigułą bez serca, taką o których krążą opowieści w rodzinie i sieci, ale w innych momentach mogła swoim podopiecznym nieba przychylić, choć oczywiście w takowe nie wierzyła.
OdpowiedzUsuńZ resztą, choć cały oddział żył obstawianiem faktu czy Magnus jest osobowością ze znanego programu telewizyjnego, na tej zmianie nie miał się czego obawiać. Poza wścibskimi pytaniami może. Tutaj szanowano ludzi i nikt raczej nie zamierzał robić sobie uciechy z faktu, że wpadł im na dyżur chłop przebrany za babę. Nie takich rzeczy się już tutaj naoglądali. Najważniejsze, że nie był tym delikwentem, który przypadkiem nadział się na piankę poliuretanową, która magicznie znalazła się w jego odbycie. To zawsze była najbardziej nużąca kwestia, czyli fakt czego to sobie ludzie nie potrafili wsadzić w tak wrażliwe miejsce w ciele. Im głupszy pomysł, tym zazwyczaj trudniejsze leczenie.
— Nie jesteś tu długo? To gdzie byłeś wcześniej? — żywo się zainteresowała, zastanawiają się czy chodzi o samo miasto, stan czy też kraj. Nie dało się zbytnio wyczuć obcego akcentu, ani sposobu bycia, który wskazywałby, że pochodzi z innej części świata. Choć może Mattie po prostu się na tym nie znała, nie przywiązując do pochodzenia żadnej większej wagi, tak jak i jej ojciec. To był po prostu ślepy traf losu.
— Ja? Ja raczej nie występuję na scenie, zbyt mało mam ku temu predyspozycji. Poza tym, jak już ustaliliśmy, nie chodzę na tak niebotycznych obcasach. To jest raczej mój popisowy strój. — tu zaprezentowała mu z wdzięcznym uśmiechem swój bordowy scrubs i beżowe crocsy (choć w szatni miała też takie brokatowe, srebrne, kupione kiedyś pod wpływem chwili w okresowym odkorowaniu). Oczywiście, Mattie potrafiła w cywilu wyglądać jak żyleta, pod warunkiem że miała ku temu okazję i chęci, a takowych zazwyczaj jej brakowało.
— Nie biegam po innych szpitalach, po prostu na co dzień jestem na intensywnej terapii, a nie w tym domu wiariatów. Na oddziale ratunkowym pojawiam się tylko czasem. — poinformowała mężczyznę zgodnie z prawdą.
Taki stan rzeczy w zupełności jej odpowiadał. Lubiła spokojniejsze tempo ICU, to że nie miała tam tylu pacjentów, choć jak wiadomo, gdy działo się źle, trzeba było wytężać siły do ratowania ludzi. ER działał inaczej, tu nie było tylko ciężkich przypadków, nawet jeśli głównie takie powinny się na nim pojawiać i nigdy nie dało się przewidzieć, czy zmiana będzie spokojna, czy też nie będzie chwili na przysłowiowe siku lub jedzenie. Z drugiej strony lubiła te wystrzały adrenaliny, gdy było trzeba kogoś ratować i działać jak w zegarku, tak samo jak ekscytowały ją niecodzienne i skomplikowane przypadki medyczne, ze zwykłej ciekawości. Lubiła oglądać brutalnie zmasakrowane ciało, zgadywać co się wydarzyło oraz to jak lekarze postanowią ratować daną osobę. Być może odbierało to jednostce człowieczeństwo, robiąc z niej/niego tylko przypadek medyczny, ale nie potrafiła nic na to poradzić, chciała wiedzieć jak najwięcej. Słowem powiedziawszy, szczerze interesowała ją praca, którą wykonywała, poza pewnymi, drobnymi szczegółami. Jak to w życiu.
— Botoms up? Nigdy o nim nie słyszałam. — pokręciła przecząco głowa, nie mając najmniejszego pojęcia, gdzie lokal może się znajdować. — Ale, jeśli pozwolisz chętnie kiedyś go odwiedzę.
To nie była zwykła uprzejmość. Raczej szczere zainteresowanie. Nie kojarzyła, by miała przyjemność oglądać występy drag. Jeden, może dwa, gdzieś tam na przestrzeni życia się zdarzyły, ale nie więcej.
— Poczekam na Ciebie. — zapewniła, gdy znaleźli się pod pracownią RTG. Wskazała mu drzwi, a sama zasiadła na krzesełkach przed gabinetem.
Mattie, królowa crossów
[Ciii, ja też głównie zabijam roślinki, ale niech chociaż Milo je ratuje, jeden porządny. I również lubię jeść rośliny, taki los weganki. Ale! Pięknie dziękuję za powitanie i za świetny pomysł z tym zamieszczeniem zdjęcia (pssst, zdjęcie się zmienia po najechaniu kursorem, ale to pierwsze ze zblazowaną miną wygrywa).
OdpowiedzUsuńA my lubimy Magnusa, wspaniały z niego chłopak, do popłakania i do pośmiania. Chętnie coś razem ulepimy. Trzeba! Wolisz Magnusa w dragu czy bez tych wszystkich pięknych cudeniek? Jakiego wątku Ci brakuje?]
Milo Hathaway
— Czyli u ciebie bywa różnie — podsumował zwięźle na podstawie tego, co opowiedział mu Magnus, ale na wszelki wypadek posłał mu jeszcze kontrolne spojrzenie, dając mu przestrzeń na nie zgodzenie się z jego stwierdzeniem, bo przecież Ian się nie znał i miał prawo zinterpretować błędnie to, co przed chwilą usłyszał. Temat dragu, konkretnie tego, w którym zaprezentował mu się Mange, nie interesował go tak bardzo, by zadawać więcej pytań, bo przecież inne dragi go interesowały i to bardzo. O to jednak także nie zamierzał wypytywać swojego klienta, ponieważ to, ile, czego i kiedy brał było wyłącznie jego sprawą, a gdyby miało mu braknąć tabletek, miał już numer do Iana.
OdpowiedzUsuńNazwany fatałaszkiem, zaśmiał się krótko i cicho. Hunt nie był z tych, którzy śmiali się głośno i do rozpuku, czego Mange być może już się domyślił, ponieważ nie był także z tych, którzy uśmiechali się szeroko i promienny, a co już zdążyło wyjść w czasie ich spotkania. Był oszczędny w rozdawaniu uśmiechów, które wyrażałyby coś więcej, niż rozbawienie, czy to słowami swojego rozmówcy, czy to sytuacją.
— Nie dostałbyś w mordę — uściślił, przerywając na chwilę wyłuskiwanie wsuwek z siateczki peruki i uniósł wzrok na jego odbicie w lustrze. Dilerzy mieli różne sposoby działania, niektórzy lubowali się w przemocy, ale Ian stosował ją tylko w ostateczności, czyli wcale lub bardzo rzadko. — Ale też nie dostałbyś pigułek. Lub dostałbyś mniej — zauważył, bo w przypadku zamówienia Magnusa brak dolara nie był tak bardzo problematyczny. Mógł dostać pięć sztuk zamiast sześciu i nadal wszyscy byliby zadowoleni. Problem pojawiał się wtedy, kiedy Ian rozdawał woreczki z odmierzoną co do dziesiątych części grama zawartością. W tym przypadku o dzieleniu na części i sypaniu białym proszkiem wkoło adekwatnie do posiadanej przez klienta-delikwenta kwoty nie mogło być mowy.
Nie mogło być mowy także o tym, by Ian opuścił backstage, a następnie lokal, skoro jego kolano postanowiło się zgiąć, ale już nie wyprostować. Mange przytomnie odstąpił mu krzesło, na którym siedział, a przy którym Hunt kucał, dzięki czemu chwycił się oparcia obiema rękoma i wciągnął się na siedzisko, korzystając z siły rąk i sprawnej nogi, a tej mu nie brakowało – siły, bo nogi bez wątpienia miał dwie – bo był stałym klientem jednej z nowojorskich siłowni.
— Potrzebuję… chwili — sapnął, opierając czoło na przedramieniu ręki, którą wsparł się o oparcie. Drugą ściskał kolano. Przesiedział tak wspomnianą chwilę, podczas gdy fala bólu, która rozlała się po jego prawej nodze, cofała się powoli do kolana. Podniósł głowę, kiedy ból opuścił pospinane mięśnie i odzywał się jedynie w stawie w postaci nieznośnego kłucia.
— Nie często zostaję tak unieruchomiony — przyznał, nawiązując bezpośrednio do tego, co Mange mówił o swoim roztrzepaniu. Nawet uśmiechnął się do niego nieco szerzej, niż uśmiechał się te poprzednie razy, ale uśmiech ten był wyjątkowo krzywy i blady. Wyglądał teraz na całkiem zwyczajnego chłopaka, któremu doskwierał ból kolana, a nie na dilera trzęsącego okolicą, choć Ian nigdy nie trząsł okolicą. Działał spokojnie i metodycznie, ponieważ spokój był jego dominującą cechą charakteru i także teraz Ian był spokojny, bo oprócz tej jednej kurwy, nie rzucił żadnym innym przekleństwem, a przecież mógłby zacząć wyklinać wszystko, na czym świat stoi.
Prawdopodobnie dlatego, że spokój zachował także Mange. Ten pozorny brak reakcji był najlepszą możliwą reakcją z jego strony, bo Ian nie potrzebował ani ojojkiwania, ani pomocy. Musiał po prostu trochę odczekać, zebrać się w sobie i spróbować wyprostować kolano, a że nie zawsze udawało się to za pierwszym razem, to przy drugim jednak miał zacząć wyklinać wszystko, na czym świat stoi, bo to prostowanie wcale nie było przyjemne.
trochę unieruchomiony, ale nawet (krzywo) uśmiechnięty IAN HUNT
— Serio? Chciało Ci się tu przyjeżdżać ze Szwecji? — Mathilde nie kryła swojego niedowierzania, marszcząc czoło, mrużąc oczy i podciągając śmiesznie nos. Nie umiała na ten moment zrozumieć, jak mógł chcieć opuszczać stary kontynent i zamieniać go na… to. Stany w jej opinii dawno już odbiegały od wizji światowego snu i kraju marzeniami zbudowanego. Prawda była o wiele bardziej gorzka i brutalna, o czym bez wątpienia przekonał się dzisiaj również Magnus. Choć może miał wątpliwości już wcześniej, tego nie wiedziała.
OdpowiedzUsuńNiewątpliwie jednak podjął decyzję świadomie i coś musiało go skusić do przyjazdu do Nowego Jorku.
Czy w takim wypadku jej pytanie było głupie? Bez dwóch zdań, ale nie umiała ukryć swojego zaskoczenia.
— Chętnie bym zobaczyła Szwecję. Podziwiam, że odważyłeś się na tak drastyczną zmianę. Ale hej, jakbyś usłyszał o pracy dla pielęgniarki u siebie w kraju, daj mi znać. Chętnie to rozważę.
Tilly by stąd uciekała. Od poniedziałku do piątku zwłaszcza. Mentalnie wtedy kalkulowała ceny zakupu biletów, przychodów w obcej walucie z nowej, potencjalnej pracy i cen życia na miejscu. Do tej pory jednak jeszcze nigdzie nie wyruszyła w poszukiwaniu swojego zakątka na ziemi.
— Bo jest. Na oddziale ratunkowym o wiele więcej się dzieje niż na OIOMie. OIOM to wbrew pozorom całkiem spokojny oddział, jak pacjenci są już ustabilizowani. Tylko trzeba się pogodzić z widokiem umierania. Ale to tak jak w szpitalu. Interny pod tym względem są o wiele gorsze, nie chciałabym tam nigdy trafić. — skrzywiła się na samą myśl o pracy na jednym z oddziałów wewnętrznych. Nie lubiła ich już na praktykach, a teraz nie wyobrażała sobie zmiany stanowiska pracy. Za dużo tam nieszczęść i oparów absurdu.
— Zgadza się, jestem Mathilde. Możesz mi mówić Mattie lub Tilly, ewentualnie jak tam sobie wymyślisz. Dużo rzeczy już słyszałam pod swoim adresem. Łącznie z fantazyjnymi przekleństwami. — uśmiechnęła się. Było parę takich, które po dziś dzień obowiązywały w slangu pielęgniarskim między współpracownikami. Okazy pomysłowości należało uwieczniać, nie zaś tępić, w przeciwieństwie do ludzkiego zachowania.
— Serio? Metamorfoza mamy to musiało być coś! O siebie trochę bym się bała, nie wiem czy coś by z tego było… albo inaczej, jaką metamorfozę w moim wydaniu byś widział? — zaciekawiła się żywo, chcąc usłyszeć coś na ten temat. Stanęła przed nim wdzięcząc się niczym modelka z pokazu Victorias Secret z nadzieją, że usłyszy niespodziewaną interpretację tego, jak mogłaby wyglądać jej alternatywna wersja.
— No dobra, to czekając na Ciebie sprawdzę sobie Instagrama i postaram się kiedyś dotrzeć na Malmo Mię, skoro polecasz. Mam tylko nadzieję, że to nie prawdziwy musical, bo nie jestem szczególną fanką.
Delikatnie się skrzywiła. Zaraz za Taylor Swift, musicale były taką częścią artystycznego świata, która jej zdaniem powinna zostać surowo zabroniona.
— Obawiam się, że kolejne w agendzie jest czekanie na wyniki i dalszy plan. Smakiem też musisz się obejść. Tutaj galaretki nie dostaniesz — musiała ze smutkiem rozwiać jego ambitne plany na skosztowanie szpitalnej kuchni, gdy już Magnus wrócił do niej po badaniu i zabierała go z powrotem na miejsce w którym się poznali.
czekająca na metamorfozę, Mathilde Stevenson
– A gdzie tam! – Leif machnął ręką. – Reklamy to srogie gówno, niech padną.
OdpowiedzUsuńGadał, jakby ktoś go do czegoś zmuszał, a przecież – srali muchy, będzie wiosna, będzie lepiej trawa rosła, jak to mógłby zawołać dziadek Zweig. Leif kalał własne gniazdo bez skrupułów, ale koniec końców – nawet jeśli srogie gówno, to dzięki temu łatwiej było zapłacić rachunki. Dlatego w świecie reklamy zabawił lat temu parę, i czasem nawet całkiem nieźle się przy tym bawił. Się lub kogoś.
Obrażać też mógł się lub kogoś, ale częściej wybierał, żeby jednak nie. O reklamy się jednak nie gniewał, na już czasem tak. Mange mógł więc powiedzieć, co tylko chciał; Leif urazy nie chował. Przecież jakby ją odczuł, całym sobą dałby o tym znać.
A gdyby obelga przykleiła się do pierścieni i sygnetów na palcach, bardziej by ją odczuł. W końcu były bliżej skóry. Na ręce je nosił i na rękę mu było, że błyskotki z krytyką się nie spotkały – ale po chwili i tak cofnął dłoń, bo ileż można trzymać ją wyciągniętą.
Na drugiej nic się nie świeciła, tak dla przedłużenia asymetrii wyznaczonej przez koszulę. No i częściowo z przyzwyczajenia – dominująca lewica rzadziej była przyozdabiana, bo bywało, że przeszkadzało to w machaniu rysikiem. Leif niejeden pierścionek już tak zgubił, porzucony w smutnym biurze albo innym miejscu, bo się zapomniało, że został wcześniej, tylko tak na chwilę, zdjęty.
– Jak smakuje, to czemu nie wiadrami? – zapytał. – Albo wszystko, albo nic, po co się ograniczać. Ale to jak w końcu, nie cierpisz wiader czy majonezu? Jakby był w małym słoiczku, to zjadłbyś go łyżką?
To by było imponujące – obrzydliwe przy okazji też, ale kawa nie wyklucza herbaty, a majonez keczupu; na szczęście dla wszystkich fanów podrabianego sosu tysiąca wysp. Którego Leif specjalnym wielbicielem nie był. Z przedstawionych opcji wolał wiadro.
– Myślałem – przyznał szczerze. – Ale nic nie wymyśliłem. Lubię Nowy Jork. Albo po prostu mi tu wygodnie. Bo jest metro. Ale metro chyba jest wszędzie.
Obejrzał się przez ramię na wchodzące osoby – nawet tematycznie odnalazł wzrokiem kogoś z metra ciętego, ale short king prędko mu sprzed oczu uciekł. Leif poprawił się na siedzeniu i założył nogę na nogę, a spojrzeniem wrócił do Mange.
– I jakie jest Malmö? Zamierzasz wracać? – zainteresował się, ale zanim zdążył rozwinąć temat, do głosu doszła ekscytacja związana z Hiszpanią. – Ale zajebiście! Do Hiszpanii bym chciał, zrobię więcej dla ekscesu niż sukcesu, a tam ekscesu dużo, chyba. Oka nie mogłem oderwać, jak cięli oko w Psie andaluzyjskim. Widziały gały, co brały, dopóki wzroku nie zabrały.
Napił się drinka jak znawca, jak sommelier. Po dwóch kursach. Obu online.
– Dobre – zapadł werdykt. – Słodkie. Szczerze to nie piję dużo.
Leif Zweig
Bottoms up prawdopodobnie nie było dobrym miejscem do tego, aby dumać w nim nad sensem swojej egzystencji. Przygnębiona Andrea jednak dała zaciągnąć się do lokalu swojej znajomej, bo przyjaciółką dziewczyny – z całą sympatią – nazwać nie mogła. Więc była tutaj, w Bottoms up z dziewczyną, której imię było banalnie proste i chyba tylko dlatego je zapamiętała – Ana. Była tu z Aną, a Ana bawiła się przednio, przeżywała, klaskała, śmiała się, nawet jeśli żarty, które padały ze sceny – w ocenie Andrei – śmieszne nie były. Podziwiała jednak stroje, niebotycznie wysokie obcasy i zgrabne ruchy. W pewnym momencie porzuciła markotną minkę na rzecz delikatnego uśmieszku i zadowolenia. Siedziały we dwie przy stoliku, każda z kolorowym drinkiem. Ana piła klasyczne mojito, Andrea pornstar martini.
OdpowiedzUsuńCzas płynął miło, a Wilson w pewnym momencie sięgnęła do swojego plecaczka po notes i ołówek. Mimo ściemnionego, klimatycznego światła, który teraz wpadał w purpurę i czerwienie, notowała i rysowała. Nie była zadowolona ze swojej pracy – nie tej na kartce na papieru, a tej, której się podjęła. Nakręcenie klipu dla Echo Vixen do jej najnowszego singla wymagało sporo… zastanowienia. Echo, mimo tego, że teksty piosenek pisała sama, muzykę również sama komponowała, to nie miała za grosz widzenia, dzięki któremu mogłaby zmontować ciekawy teledysk. Wszystkie propozycje, które padały z jej strony były kiczowate, pozbawione artyzmu, nastawione na mocne i jednoznaczne symbole. Cała Echo całą sobą krzyczała seks, seks, seks. Nie o to jednak chodziło, Andrea, która z natury była raczej nieśmiałą dziewczyną, krzywiła się przy każdym pomyśle Vixen, próbując ją udobruchać i załagodzić. Dostała szansę. Zrób coś, co mnie zachwyci.
Jedna z drag queen zeszła ze sceny i po chwili zastąpiła ją druga, oprawa świetlna i muzyczna uległy zmianie. Światła stały się bardziej intymne, ciepłe, a muzyka zmysłowa. Był to jedynie wstęp, który Andrea wykorzystała, by podnieść się od stolika i ruszyć do baru, gdzie mogłaby poprosić o kolejnego drinka.
Zatrzymała się za plecami mężczyzny rozmawiającego z rozbawioną parką. I sama parsknęła śmiechem w reakcji na ich wymianę zdań. Na blacie barowej lady położyła swój notes.
— Przepraszam — rzuciła tylko, pokazała barmanowi prawo jazdy wydane w stanie Kalifornia, ten tylko uniósł brew, niezbyt skory, by uwierzyć, że Andy miała te wymagane prawem dwadzieścia jeden lat. Miała. Nie była nawet pomalowana, poza wytuszowaniem rzęs, nie robiła nic więcej, więc z pewnością wyglądała młodziej, ale nie podrobiła dokumentu i już miała otwierać usta, kiedy przed nią pojawił się kolejny kieliszek na wysokiej nóżce. Już miała minąć siedzącą drag i ruszyć do stolika, kiedy zatrzymała się w miejscu, w którym zrównała się ze znajomo nieznajomym (?).
— Oni nie żartowali z tym wywróceniem się — powiedziała nagle, kiedy połączyła fakty, kropki i wyciągnęła odpowiednie wnioski. Chyba. Prawdopodobnie. Całkiem możliwe. — Uparty świat nie chce o tym zapomnieć?
Może nie powinna pytać, bo wychodziło na to, że i ona pamiętała, ale Wilson zamiast szydery czy kpiącego rozbawienia, posłała Magnusowi ciepły, promienny uśmiech i uniosła kieliszek ze swoim drinkiem, jakby w ramach toastu, robiąc niewielki łyk. Słodycz przełamana kwaśną nutką i bąbelkami wlanego wina przyjemnie rozlała się po gardle młodej kobiety.
— Byłeś świetny — dodała nagle, chociaż nie do końca potrafiła zlokalizować występ tej konkretnej drag queen. Była wyjątkowo zamyślona przez większość czasu, nawet teraz, kiedy przyciskała wolną dłonią notes do piersi, mogła sprawiać wrażenie, jakby ktoś wyrwał ją z zupełnie innego świata.
Andrea Wilson