czasem
Magnus Mange Valtersson,
czasem
Malmo Mia!
Trzydziestoletni Szwed, za dnia kurier Amazona na pół etatu, wieczorami drag queen. Przyjechał do Ameryki, żeby wygrać Drag Race, ale że odpadł w pierwszym odcinku, rozsądek podpowiada poczekać aż zaproszą go do All Stars. Rodzinie się nie przyznał, bo jednak trochę mu wstyd, że wydał wszystkie pieniądze na gorsety i szyte na miarę kostiumy, żeby teraz wynajmować czyjąś piwnicę i udawać, że to nie jest więzienie. Niby akcent ciosany ma tępym toporkiem, ale jak milczy to wcale nie słychać. Szczerze wierzy, że z tym całym Drag Racem to nie wyszło tylko dlatego, że był akurat przeziębiony - bo przecież nie mogło chodzić o talent. Może faktycznie nie uszyje sobie kiecki ani nie zaśpiewa, ale za to może jednocześnie sypać żartami i robić death dropy, a jak zajdzie taka potrzeba to nawet pomaluje się z zamkniętymi oczami. I jak tu takiego nie kochać?
Mange jest skrzywiony: krzywy nos, krzywe pięty. A do tego oderwany od rzeczywistości. Ktoś mógłby stwierdzić, że brakuje mu piątej klepki, ale akurat ta jest na miejscu, sam sprawdzał. Ameryka przywitała go paskudną kawą i szumem na zupę z truskawek. Potem nie było lepiej. Dostał kataru i niby łykał Vicksy, ale równie dobrze mogły to być landrynki. Poszedł coś zjeść i chcieli go utuczyć porcją dla czteroosobowej rodziny. A już tak naprawdę najgorzej, tren okręcił mu się wokół obcasa przy występie i upadł na ten głupi ryj przed jury. Niby coś tam jeszcze potańczył, niby pożartował, ale twarzy nie uchronił. No i wyleciał.
Trochę płakał, bo mu ojciec zawsze powtarzał, że ma się nie mazać jak baba.
I od dziecka z zasadą tą Mange się kłócił, a więc się mazał, trochę na złość, trochę dla hecy. A mazał się tym, co akurat miał pod ręką, a to szminką znalezioną w torebce matki, a to darmową próbką cieni do powiek dołączoną do gazety. No i łzami. Łzami też się mazał. Jedno było pewne: miał do tego talent. Nagrywał więc filmiki na youtube’a, najpierw tutoriale o rysowaniu kresek, potem jak się nie wywalić na trzynastocentymetrowym obcasie. Poprawka, pięciocalowym. Ten konkretny skasował, tak dla zasady.
Tak naprawdę to nie do końca wie, co ze sobą teraz zrobić. Wracanie do Szwecji z podkulonym ogonem wydaje się opcją strasznie przykrą, a Mange przykrych rzeczy się nie tyka. To znaczy, te tykają się jego, ale on ucieka, nawet i w szpilach jak trzeba. Na przykład, jak mu chłopaki w szkole przypędzlowali z prawicy to pobił nawet swój osobisty rekord, tak szybko leciał. A skoro nie Szwecja to ta nieszczęsna Ameryka, bo co innego począć?
Przypadkiem się załapał na tę robotę w Amazonie, ale nie narzeka, bo ma wolne wieczory i może występować w klubach. Ostatnio ktoś nawet go rozpoznał i powiedział, że zaskakująco dobry występ. Za to żenujące podsumowanie Malmo obdarował się dwoma Cosmopolitanami i ze sceny krzyknął, że zaskakującą to zrobił robotę jego chirurg plastyczny. Żart nie siadł, ale za to trzecie Cosmo już tak.

[Cześć i czołem! Nim zabiorę się za administracyjne ogarnianie i dodawanie Magnusa tam, gdzie trzeba, to najpierw pozwolę sobie kartę skomentować, a jak! A pozwolę sobie na to dlatego, że tę kartę czyta się tak gładko, jak wchodzi nóż w wyciągnięte odpowiednio wcześniej z lodówki masełko - lubię takie masełko i lubię takie karty, więc chwalę :)
OdpowiedzUsuńNatomiast za samego Magnusa trzymam kciuki, bo szkoda by było, gdyby musiał wracać do Szwecji z podkulonym ogonem. Mam nadzieję, że Nowy Jork jeszcze go wciągnie, nawet mimo tego trudnego startu!]
MAXINE RILEY & IAN HUNT
[Chciałoby się aż powiedzieć shantay, you stay - to jest niektórzy mogliby chcieć, inni nie, np. RuPaul jest zdecydowanie z tej drugiej grupy, najwyraźniej.
OdpowiedzUsuńCzyli nie zna się, co nie! Bo Magnus jest bardzo fajny, choć zdecydowanie myli się odnośnie do tego, co w Ameryce modne. Bo żadna tam zupa z owoców, to jest woda owocowa!!! No i tutorial z mazania się rozumianego jako płakania też by się przydał, instrukcja jak estetycznie ronić łzy, by nawet twoim wrogom zrobiło się przykro.
Hejka i dzień dobry!]
Leif Zweig
[Jedno wiem na pewno, nudzić się z tym Panem nie będziesz, bo niewinność może być w pierwszym zawodzie, ale za to ile frajdy przynosi mu rola drag queen, cudnie, chociaż jako kurier Amazona musi użerać się z ludźmi, a doskonale wiemy, że kto z ludźmi pracuje, ten w cyrku się nie śmieje :D Hahahah w jakim zabawnym stylu napisałaś tę kartę, uśmiechałam się non stop, świetny styl pisania i zarazem przedstawienia Mange. Trzymamy kciuki, żeby został w Nowym Jorku jak najdłużej! Żeby nie musiał wracać z tym podkulonym ogonem, a chodził wieczorami po NYC w cholernie wysokich szpilkach!
OdpowiedzUsuńSukcesów na blogu ^^]
Vanessa Kerr
[Z miłą chęcią skuszę się na wątek! Vania mogła się wybrać na jego występ lub coś zamówić, poznajmy ich jakoś ^^ Co prawda przede mną trochę zmian w pracy, więc mam dużo obowiązków przez liczne szkolenia i wybywam też wkrótce na urlop, ale tak uważam, że jestem dość regularna w odpisywaniu ;)
OdpowiedzUsuńTatulkowi na pewno nie jest przyjemnie w więzieniu, więc ma swoje za to duszenie Nessy i zabicie własnej żony…]
Vanessa Kerr
[Jasne, że darmowy drink za świetny występ będzie dostarczony ^^ Może barman pomyli zamówienia, podstawi pod nos Van właśnie Cosmo, a ta pokręci nosem, bo zamawiała coś innego? Nie chcąc denerwować Mange, powiedziałabym, że mógł jej zadzwonić telefon podczas jego występu… Albo też ona lub Mange zgubi kolczyk lub inny element biżuterii (w przypadku Vanessy na pewno nie może być to naszyjnik) i któreś z nich to zauważy, więc pobiegnie i odda? Będę wdzięczna za początek i odpowiem w miarę możliwości, jak najszybciej ^^
OdpowiedzUsuńVanessa Kerr
[Generalnie szukałam zdjęcia z brodą, wpadło mi jeszcze w oko takie z pieskiem, ale nie chciałam wkopać Magnusa w posiadanie pieska xD A co do wąteczku, to na spokojnie. Ja aktualnie przeżywam małe wątkowe wyeksploatowanie i także nie sypię pomysłami z rękawa, ani tym bardziej z głowy, więc jak nam coś kiedyś przyjdzie na myśli, to super, a jak nie przyjdzie, to też super xD Ian też jest trochę trudny w obyciu, mógłby się od takiego Magnusa po prostu odbić, na zasadzie, masz tutaj swoje dragi i nara xD Ale, jak już mi to wątkowe wyeksploatowanie przejdzie i wena zacznie z powrotem dopisywać, to kto wie, co może emi przyjęć do głowy :>]
OdpowiedzUsuńIAN HUNT
[Na-ah, woda truskawkowa i miękkie owoce dla zmęczonych zębów. Ale jeśli Mange stawia, to może i być szejk bez laktozy! Zgłoszę się po odbiór na mejlu.]
OdpowiedzUsuńLeif Zweig
[ Magnus jest bardzo wyjątkowo, tak wyjątkowy, że nie wyobrażam sobie nie połączyć naszych oderwańców. Paweł mu pomoże, jak może. Sam sobie już 8 rok pomaga, końca nie widać :D
OdpowiedzUsuńJak masz jakiś pomysł to zapraszamy :) ]
Pablo
[Cytując Shakespeare'a spod karty Valentiny uprzedzam, że "za ten piasek z wakacji można słony mandat dostać, więc chowajcie się dobrze przed celnikami na lotnisku!" Tak tylko daję znać, coby pretensji później nie było, że winna biedna dziewczyna.
OdpowiedzUsuńValentina na pięciocalowych obcasach chodzić nie potrafi, a tym bardziej biegać (co brzmi jak autentycznie potrzebna umiejętność), więc może do Magnusa na lekcje przyjdzie? W pakiecie z makijażem, co Wy na to? W zamian poczęstuje go truskawkami, idealnymi na zupę, i nawet personalizowaną miseczkę wypali, coby miał z czego tą zupę zjeść.]
Valentina V.
Ostatnio w życiu Vanessy był nadmiar wszelkiego zamieszania i chaosu. Tak, jakby nigdy wcześniej go nie było. Był. Oczywiście jej życiem zawsze kierowało zamieszanie połączone z chaosem, bo wcześniej nie miała etapu w życiu pełnego kolorów, uśmiechu i samych pozytywnych odczuć. W dzieciństwie cierpiała. Przez siedem lat musiała chować się w patologicznym domu, gdzie dla rodziców na pewno liczył się alkohol, ale i też biały proszek, który nie miał nic wspólnego czy to z tym przeznaczonym do prania lub pieczenia.
OdpowiedzUsuńKiedy ją adoptowano, wciąż pamiętała, jak biologiczny ojciec chwycił jej szyję przeraźliwie suchą dłonią i docisnął do ściany, sprawiając od razu, że świat zaczął wirować, jakby siedziała na rozpędzonej karuzeli.
I mimo dość stabilnego, pięknie bezpiecznego życia u boku Marybeth oraz Sergiusa, których nazwisko przyjęła, z większą lub mniejszą świadomością pakowała się w kolejne problemy.
Była inna. Wiedziała o tym doskonale. Na swój sposób normalna, ale i również nie do końca stabilna, nie tyle, co emocjonalnie, lecz głównie brała pod uwagę fakt, że większość kobiet w jej wieku nie szukałoby takich nieciekawych atrakcji w życiu. Dlatego Vanessa Kerr nie dopasowywała się do społeczeństwa. Lubiła być inną od innych. I bywało, że akurat ta kwestia w jej życiu nie ulegała ani trochę zmianie.
Tak też nie pakowała się w to, co wszyscy uważali za normalne. Chodziła do pracy. Sprawdzała się niemal doskonale jako doradca klienta w salonie jubilerskim, ale nieidealnie, bo jak wiemy, ideały na świecie nie istnieją. Ani jako ludzie w życiu prywatnym, ani jako pracownicy już w świecie zawodowym. Pozostałą część życia dzieliła inaczej niż większość społeczeństwa. Wchodziła w liczne romanse. Stawała się spełnieniem marzeń cudzych partnerów, bo do tej pory sypiała z żonatymi mężczyznami, z takim chłopakiem, co za chwilę miał się stać czyimś mężem, a na końcu trafiła niestety na wdowca, ale z tym też bawiła się wspaniale.
Aż nadszedł moment, iż trafiła źle. Na przebiegłego prawnika. To, że zdradzał żonę to mało. Ćpał prawie wszystko, co się nawinęło w ręce jego dilera. Niestety zdarzyło się tak, że smród jego problemów wylał się także na Vanessę. Nie tylko żona Jamesa Freemana jej groziła, ale także ci, którzy rządzili częścią nowojorskiego półświatka.
Poszła do klubu z przypadku. Przechodziła obok, przyciągnęła ją reklama związana z tym, że mogła kupić dwa drinki w cenie jednego i chociaż było ją stać kupić dwa drinki bez promocji, tak weszła, bo chciała się napić. Musiała. Wszelkie perypetie życiowe ją do tego zmusiły. Akurat miała na sobie czarną, długą, dopasowaną do ciała sukienkę i zarzuconą białą koszulę, której końce związała w kokardkę. Wracała z pracy. Jutro miała wolne. Zatem czy coś wspaniałego nie należy jej się od razu?
Nie powinna pić na niemal pusty żołądek. Zjadła jakieś pięć godzin temu ostatni posiłek, więc to nie do końca pusty żołądek był, ale już dość długo nie jadła. Najwyżej po wyjściu stąd zamówi pizzę, kebaba, sushi czy inne jedzenie na wynos.
Zamówiła aperola, nie zwracając uwagi na to, co postawił przed nią kelner, bo właśnie wciągnęła się w odpisywanie wiadomości z jednym ze swoich kochanków. Chciał się umówić na dzisiejszy wieczór. Co to, to nie. Była zmęczona. Nie było nawet cienia szansy. Do momentu, aż usłyszała głos zwracający się do niej. Zerknęła na drag queen, na której występ patrzyła z większym zainteresowaniem, mimo tego, że gdy już tu weszła, to całe wydarzenie trwało i byłoby też inaczej, gdyby brunetka skupiła się na całym występie od początku.
— Nieruszony, a więc z powrotem może być twój, bo ja nie czekałam na cosmo, lecz na aperola. Tylko i wyłącznie. — odłożyła telefon, ignorując kolejne powiadomienie. — Jeśli występ od samego początku był tak wciągający, to aż żałuję, że nie mogłam zobaczyć całości.
Vanessa Kerr
[Prawo mówi jasno - Twoje grzechy zostaną wybaczone, jeśli masz odstające uszy! Więc Lenny jest kryty, ale choć umiałby zdzielić wiosłem, Magnusa na pewno by nie chciał uszkodzić. Myślę, że zazdrości mu jego szortów. Poza tym mógłby się od niego wiele nauczyć w sztuce makeupu (jak i Leif!).
OdpowiedzUsuńHej, taki kubek z napisem uszy idą pierwsze to bdb pomysł, tylko sam musiałby mieć dwa ucha. Jak taki niekapek dla dzieci.]
Len Weston
Z queen tyle miał wspólnego, że czasami – zwłaszcza u poranka – bywał strasznym książątkiem i kaprysił na byle co, na szczęście potem się dobudzał i wracał do bycia Leifem. Z drag z kolei to chyba tylko tyle, że gdyby dorobić ogonek u a, to wyszedłby drąg i wiele by się zmieniło, bo drągalem też nie był.
OdpowiedzUsuńTrzeba by ogromnych okularów, by dostrzec to powiązanie, a jednak – wystarczyło, by Leif wpuścił Malmo Mia! do swojej łazienki. Ani celowo, ani tak całkiem przypadkowo, ale stało się. Pewnego dnia, gdy oglądał TikToka w toalecie, wyświetliło mu się video, będące shotem z programu RuPaul’s Drag Race.
Choć nie przyjęto go do grona najzagorzalszych fanów, znał to tv show całkiem nieźle; przecież nie żył w beczce! Nawet udało się zobaczyć ileś tam odcinków, chociaż lata już minęły od ostatniego. Informacje o nowych sezonach go omijały, więc nie istniało wiele powodów, by taki urywek miał wpaść w jego FY page.
Istniał za to jeden – a imię jego viral. Z jego przyczyny Leif obejrzał klip, jak Malmo Mia! się wywala. Wywraca. Całuje podłogę. Zalicza glebę. Natychmiast dodał sobie fragment do ulubionych naklejek, a potem zaświtał mu pomysł w głowie. Miał przynajmniej tyle przyzwoitości, by wyjść z łazienki, zanim skontaktował się z agencją. Przyzwoitość polegała na tym, że nie miał Teamsa na prywatnym telefonie – był normalnym człowiekiem! – więc musiał przesiąść się na laptop.
Spod byka patrzył na marki, które wciskały nochale w sprawy charytatywne i próbowały udowodnić, jakie są dobre. Węszył w tym za dużo cynizmu. Dla Leifa dobra reklama miała sprzedawać, najlepiej na śmiesznie. Reszta to dodatek, opakowywanie śmiecia w papierek i spryskiwania perfumami, żeby lepiej pachniał.
Współuczestniczył w tym – i nawet zaczął sobie tłumaczyć, że cynizm cynizmem, ale przecież zawsze stoi za tym przynajmniej paru ludzi, którzy chcą zrobić coś dobrego. A nawet jeśli nie i to dobre będzie skutkiem ubocznym walki o lepszy wizerunek, to… Cóż, świat znał dużo gorsze skutki uboczne.
Szczęśliwie rozterki o etyce i jej braku nie zajmowały Leifa przy akurat tej kampanii – głównie dlatego że nie robili jej dla marki komercyjnej a fundacji zajmującej się profilaktyką raka. Cel poboczny to miał akurat Ogilvy. Nie w samej osobie, bo od dawna nie żył, ale jako agencja, a nawet szerzej, jako część międzynarodowego holdingu.
Czyli ostrzyli sobie ząbki na nagrody. Czyli i tak – stosunkowo niewinne podejście. Leif nie narzekał.
Temat raka piersi nie był mu specjalnie bliski, więc musiał się trochę podowiadywać, jak w ogóle wygląda samobadanie. Potem przyszedł pomysł. Prosty.
Zmienić pozy do samobadania w choreografię – i jednocześnie pozy na wybiegu. A skoro wybieg, to wiadomo, że top modelka, bo kto jak kto, ale taka to przecież umie się zaprezentować i zapozować. Strike a pose, jak Madonna przykazuje, a jeśli tak, to już w ogóle – czas na vogue.
Dalej to poszło! Pozy przerysowane, przejaskrawione, momentami wręcz campowe, nie żeby obśmiewać, ale zamienić je na coś charakterystycznego. Łatwiejszego do zapamiętania. Poza główną ambasadorką ze świata high fashion, dobrano paru influencerów, tak żeby wykorzystać ich popularność, oraz tancerzy voguingu, żeby było bardziej profesjonalnie. Po drodze zaliczyli trochę zmian, bo przecież – projekt nie był komercyjny, co oznaczało mniejsze budżety. Parę początkowych wyborów się wykruszyło.
Ostatecznie udało się zebrać całą ekipę. I jeszcze dodać Malmo Mia! niemalże na finiszu kompletowania składu. Takiej okazji nie dało się przepuścić! Drag queen – przecież idealnie się złożyło. Magnus, poza dragiem, zresztą też pasował, bo chociaż rzadko, to panowie również mogli zachorować na raka piersi.
Leif traktował to oczywiście jako dodatek; nie zamierzał skupiać się na tym w spocie. Do mężczyzn i tak niewiele dotrze. Do niego nie docierało.
To był trzeci dzień zdjęciowy, a każdy z nich – bardzo intensywny. Leif leciał na oparach, co oznacza, że i tak miał w sobie więcej entuzjazmu niż wielu ludzi na co dzień. Mimo wszystko cieszył się, że to już piątek i będzie weekend na odsapnięcie, weekend bez shootu. Dwa dni na oddech przed siadaniem do postprodukcji.
UsuńOczywiście nie przestrzegano planu pracy co do minutki – opóźnienia się nadarzyły, ale byli w tyle tylko o jedną przestawkę, więc nie tak źle. Jak zawsze jednak: choćby paliło się i paliło, godzina przerwy obiadowej musiała być dotrzymana.
Catering najpierw dostali klient z agencją, potem zaś techniczni, więc kiedy barobus wciąż wydawał obiad, Leif był już po swoim – i czmychnął z campu, aby na moment zmienić otoczenie. Bębnił właśnie palcami po stoliku, gdy usłyszał pytanie.
– Właśnie nie, życie pozbawiło mnie takiej okazji – przyznał z żartobliwym oburzeniem w głosie. – I dzięki, nareszcie ktoś to docenił! Tamte chujki… – Leif wskazał na przechodzących obok dźwiękowców. – …od rana nie dali mi ani jednego komplementu! Mam nadzieję, że tobie tak.
Westchnął i pokręcił z dezaprobatą głową. W przeciwieństwie do niego – chociaż Leif nie miałby problemu z przyjęciem nawet niezasłużonego komplementu – Magnus naprawdę zasługiwał na pochwały. Spisywał się świetne przed kamerą; i nawet się nie wywracał, nieproszony.
– Skąd takie szałowe kopyta? – zagadał.
Leif Zweig
[Hah, uderzyło we mnie, że Malmo nagrywa filmiki o mazaniu się łzami i nie powiem, jaki politycznie nacechowany filmik miałam teraz przed oczami. XD Cudowna postać! Osobiście mam słabość do Szwecji, głównie przez szwedzkie kryminały, nawet teraz pochłaniam jedną serię. :D
OdpowiedzUsuńCU-DO-WNY. Bardzo chętnie porwałabym Magnusa do wątku. Debbie była niegdyś imprezowiczką, mogła więc korzystać z tutoriali makijażowych, a i na występ drag się wybrać. Natomiast Andy... Andrea może w nim widzieć kogoś, kogo chętnie będzie uwieczniać na filmach albo swoich teledyskach. Daj znać, co myślisz.
Bawcie się dobrze! ♥]
Andrea Wilson, Debbie Grayson & Evan Roth
[Hej
OdpowiedzUsuńSerdeczne dzięki za przywitanie Adory. Oj tak, zabawia się i to jak! W końcu po co jej nowi mężczyźni... Zapewniam że nie do wymieniania opon (choć czasem i tak łapała już facetów na tzw. wędkę).
Przy okazji muszę pochwalić za rzadką umiejętność stworzenia kary z poczuciem humoru rodem z dawnych kabaretów. Sama na obcasach nie chodzę, bo.i bez tego mam wzrost żyrafy, ale ten rajd na szpilkach... Och, coś wspaniałego w swej niedoskonałości!
Ps. Pewnie jeszcze tu wstąpię, gdy życie trochę odpuści.]
[Przychodzę, bo w zasadzie zwolniło mi się miejsce na jeden wątek, więc gdyby tak Magnus był nadal zainteresowany tymi narkotykami... 😈 I nie ukrywam, że kusi mnie zderzenie tych dwóch światów, bo świat Magnusa i świat Iana są od siebie tak bardzo różne, że bardziej chyba się nie da - to mogłaby być spektakularna eksplozja.
OdpowiedzUsuńNie wiem, jak drag queen bawią się po swoich występach, ale może zechcą się zabawić tak, że jednak będą potrzebować dilera? Ktoś będzie znał kogoś, kto zna kogoś, kto ma numer do Iana, a że tego wieczora Ian nie będzie miał nic lepszego do roboty, to podrzuci co trzeba i gdzie trzeba, żeby już na miejscu trochę się zdziwić? Niby chłopak chce przestać handlować, ale coś kiepsko mu to idzie, więc trzeba pokorzystać, póki jeszcze handluje.
Jestem otwarta na burzę mózgów!]
IAN HUNT
[W sumie! Andrea skończyła teraz studia i łapie się różnych zleceń, żeby coś dorobić. Myślę więc sobie, że trafiłaby na ogłoszenie, że jakiś tam niszowy artysta szuka kogoś, kto pomoże mu w teledysku. Kasa również niszowa i ogólnie, jak Andrea by tam przyszła to masakra, nic nie ma, z kim tu kręcić, co tu kręcić. I poszłaby sobie wieczorem na drinka do klubu, gdzie występuje Magnus? I myślę, że tam - raz, że mogłaby go kojarzyć, a dwa - zaprosić do tego teledysku, odstępując mu nawet część swojego wynagrodzenia, byleby nie kręcić jakiegoś gó... no wiesz, niskich lotów klipu. Może od tego zaczniemy? :D]
OdpowiedzUsuńAndrea Wilson
[Daję znać, że pozwoliłam sobie posłać Ci maila :)]
OdpowiedzUsuńIAN HUNT
[A w sumie chętnie zaczęłabym ich znajomość od pierwszego spotkania w klubie. Bierzesz na siebie rozpoczęcie czy zdajesz się na mnie? :)]
OdpowiedzUsuńAndrea Wilson
[W zasadzie, jeśli zaczniesz od końca występu i zrobisz z niego kogoś dostępnego dla fanów, to ja już Andreę pchnę w jego stronę. :D]
OdpowiedzUsuńAndrea Wilson
Numer telefonu Iana, znanego w środowisku jako dilera, krążył swobodnie po Nowym Jorku. Zmieniał go więcej, niż parokrotnie w czasie trwania swojej kariery, robiąc to ze względów bezpieczeństwa. Prędzej niż później, ten numer miał wpaść w nieodpowiednie ręce, które wykorzystałyby niezbędne środki do tego, aby go namierzyć, a Ian nie mógł zostać namierzony. Nigdy. Tak zakładał plan, który realizował od około ośmiu lat i który jeszcze ani razu go nie zawiódł, choć jednocześnie nie był to plan niezawodny. Hunt był w pełni świadomym tego, że prędzej czy później to pierdolnie, niezależnie od tego, jak dużą ostrożność zachowywał on sam. Ktoś w końcu miał sypnąć. Ktoś w końcu miał nieostrożnie chlapnąć jęzorem. Ktoś miał podać jego numer telefonu komuś, kto tylko na to czekał i to bynajmniej nie dlatego, że był głodny narkotyków. W zawodzie Iana prym wiódł czynnik ludzki, a czynnik ten pozostawał niebywale nieprzewidywalny. Stąd, z całym prawdopodobieństwem, to miało w końcu pierdolnąć.
OdpowiedzUsuńTymczasem na numer telefonu Iana przyszedł sms. Krótki i rzeczowy, na temat tego, co, w jakiej ilości, gdzie i kiedy miało zostać dostarczone. Nie znał tego numeru, a że akurat krążył po mieście w roli kierowcy Ubera i spokojnie mógłby podskoczyć na melinę po to, czego akurat potrzebował klient, oddzwonił po to, żeby upewnić się, że miał do czynienia właśnie z klientem. Nigdy nie miał mieć stuprocentowej pewności, to ryzyko było wkalkulowane w jego działania, ale porozmawiawszy krótko z zainteresowanym prochami delikwentem, zawsze jakąś pewność zyskiwał.
Umówili się przed klubem, tym samym, który został wskazany w smsie, za około godzinę. Mniej więcej tyle miało Ianowi zając obrócenie tam i z powrotem, bo to, że był dilerem, bynajmniej nie oznaczało, że bagażnik Cadillaca był wypchany wszystkim, czego tylko dusza zapragnie. Ian ustawiał sobie klientów, wypracował sobie ten przywilej na przestrzeni lat, celując w nowojorską klasę średnią i wyżej. Lekarze, prawnicy, politycy i biznesmeni lubili mieć kontrolę nad tym, kiedy dostaną towar i Ian pozwalał im tę kontrolę mieć, dając im ją w ten złudny sposób, że wyznaczał dzień i godzinę, podczas gdy oni się na nią godzili, dostosowując się do jego planów, nie na odwrót. Ich kontrola ograniczała się do tego, że znali termin.
Nie miał już wielu zleceń takich jak te, zupełnie przypadkowych, ale kiedy się pojawiały, najczęściej z nich nie rezygnował. Marcus dbał o to, by nie brakło im towaru, a zawsze było to tych kilka stówek do przodu. Dlatego zaparkował trzy przecznice od klubu, wybierając miejsce przy krawężniku, pomiędzy dwoma innymi samochodami, w które wprowadził Cadillaca z godną pozazdroszczenia wprawą. Resztę drogi pokonał piechotą, niespiesznie, na swój sposób ciesząc się jednym z ostatnich, ciepłych sierpniowych wieczorów, nie na tyle ciepłym jednak, by nie zgarnął z tylnego siedzenia bluzy, którą wciągnął na siebie po kilku krokach.
Wejście do klubu było jasno oświetlone i nie tyle stylizowane w staromodny sposób, co po prostu staromodne. Nad drzwiami znajdowała się markiza, półokrągła i zabudowana, z migającym nierówno neonem z nazwą klubu na przodzie. Pod markizą, przy drzwiach, stał bramkarz. Za nim ustawione były dwa złote słupki, między nimi rozwieszona czerwona lina, którą bramkarz odpiął po zweryfikowaniu może dowodów, może biletów dwójki młodych osób i wpuścił je do środka. Ian, zbliżający się do celu, ale wciąż znajdujący się po drugiej stronie ulicy, na ten widok uśmiechnął się pod nosem.
Jestem, napisał na numer, z którego się z nim skontaktowano, rozejrzał się i przeciął ulicę, po czym przystanął nieopodal wejścia, przy grupce palaczy okupujących stojąca na wysokiej, także złotej nóżce, popielniczkę.
IAN HUNT
[Posłałam gmaila z propozycjami ♡]
OdpowiedzUsuńdoktor Ed & Luca
Kopyta naprawdę są szałowe! Leifowi spodobały się już od pierwszego wejrzenia, więc postanowił rzucić też drugie i zdania wciąż nie zmienił. Co prawda, nie był to zachwyt prowadzący do prostego wniosku, że sam chciałby je mieć; no bo jednak nie. Czy prędzej by się zabił niż je włożył? Raczej na odwrót – zabiłby się, gdyby je włożył.
OdpowiedzUsuńJego upadek, obawiał się, nie poszedłby jednak w viral. Na razie więc nie ma co ryzykować, co nie znaczy, że propozycję trzeba od razu odrzucić.
– Kiedyś trzeba będzie – zawołał. – Choć nie wiem, czy się kiedykolwiek nauczę. Byłem koszmarnym uczniem.
Nauka w szkole była… czymś, za czym na pewno nie tęsknił i czego za często nie wspominał. Nie był głupi, przynajmniej nie aż tak głupi, ale na samo wspomnienie testów zalewał go pot. Problemów istniało kilka, a wśród nich to, że zwykle interesowało go albo za wiele, albo za mało – żegnajcie, półśrodki! – a i trudności w skupieniu uwagi niezbyt pomagały. Takie to buty.
Na szczęście dziś pozbawione większego znaczenia, za to te na nogach Malmo go nabrały. Leifa zaciekawiła technika, którą zostały ozdobione. Jeśli już, to sam częściej przerabiał ubrania – teraz już rzadziej, kiedyś dość regularnie; szukał perełek w lumpach, odnawiał albo trochę przetentegowywał, a potem odsprzedawał po wyższej cenie. W bardziej zaawansowanych zmianach wspierali go znajomi, którzy lepiej szyli. Sam Leif potrafił wziąć igłę do rąk, ale z szycia to najlepiej szył jak z nut, zwykle na bieżąco i z potrzeby chwili.
Ale buty? Inna para kaloszy. Trudniejsza. Poza tym… oprócz samych ozdób podziw wzbudzało w nim to, że Malmo znalazł obcasy na taki rozmiar stopy! Zazdrościł, że dzięki temu mógł tak dramatycznie akcentować każdą swoją wypowiedź.
– Tak, Leif – potwierdził. – Mam na imię Leif, yeah, to moje imię, yeah, mówią na mnie Leif, yeah, bo tak mam na imię – dośpiewał jeszcze, parafrazując The Office. – A ty Malmo Mia! Albo Magnus. Jak na ciebie mówić?
Kto pyta, nie błądzi, tak przynajmniej mówią, a chociaż Leif lubił czasem pobłądzić – traktował to jak okazję na przygodę – to nigdy też nie miał większego problemu z zadawaniem pytań. Żaden wstyd, uważał. Że to przyznanie się, że czegoś się nie wie? Ojej, ojej, straszne.
Tak naprawdę nie wiedział, jak powinien zwracać się do drag queen – ten świat był mu bardziej obcym niż znajomym. Czy jeśli jest w dragu, to Malmo Mia, a jeśli nie jest, to imieniem urzędowym? Ciekawe!
– No, kurwa, się pytasz – odpowiedział, uśmiechając się szeroko. – Pewnie, że tak.
Odruchowo zerknął w dół, tak na wspomnienie o klapkach, jakby spodziewał się ujrzeć na swoich stopach białe skarpety i czarne laczki, czyli coś, w czym połowa jego rówieśników popylała. Łącznie z Leifem. Chociaż akurat nie teraz, bo włożył vansy knu skool, oczywiście odpowiednio przybrudzone. Idealnie czyste vansy były obrzydliwością w oczach wszechświata.
Lubił je, chociaż teraz chętnie zamieniłby na klapki.
– Słuchaj, masz na myśli konkretny klub? Bo nie wiem, na ile znasz Nowy Jork. W Basemencie jest spoko, no ale to rejwy – wzruszył ramionami. – Sceny drag nie znam, to nie pomogę. Aaa… jaki dress code?
Ciekawe, czy Malmo Mia przyjdzie jako Malmo Mia. Byłoby zabawnie.
Leif Zweig
[No hej! Dziękujemy za powitanie i od razu powiemy, że tak, w drugą stronę, to ani nie byłoby wyjątkowo, ani fajnie. Co więcej, na miejscu Magnusa, raczej byśmy wracały na Stary Kontynent, choć nie koniecznie w rodzinne strony. Polecamy się do wspólnego szukania alternatywnego szczęścia w szwajcarskich bunkrach :D
OdpowiedzUsuńA tak na serio, to mało widziałyśmy draq i chętnie jakieś z Tilly pooglądamy. Jeśli Malmo występuje cyklicznie, Mattie może bywać na jego występach nawet często, o ile jej praca na to pozwoli. A już na pewno, jakby było to gdzieś w jej okolicy, żeby nie była to wyprawa miejska na sto fajerek.
Może na tej podstawie da się coś stworzyć?
Jeśli nie, zawsze możemy wspólnie popsioczyć na życie i świat.]
Mathilde Stevenson
[Mhhh... Szczerze mówiąc, chciałam trochę zbastować z wątkami szpitalnymi, choć te są zazwyczaj ciekawe, ale tak sobie myślę, że można by połączyć oba twoje pomysły i Mattie mogłaby Magnusa poznać poturbowanego na ER, wywiązałaby się między nimi jaka nic sympatii czy porozumienia, arua by się zgadzała i te sprawy, i może na odejście zaprosiłby ją na jeden ze swoich występów i tak by to się jakoś dalej pociągnęło.]
OdpowiedzUsuńMathilde
[Być może na sorze wielkich rozmów nie ma jak przeprowadzać, chociaż dla chcącego migać się od pracy nic trudnego ;) Jak się umie w system, to wiele rzeczy można naciągnąć.
OdpowiedzUsuńNiemniej opcja poznania tak barwnej osobistości już poza godzinami słodkiego zapierdolu bardzo mi się podoba :)
Daj tylko znać, kto wolisz żeby zaczął, ja mam dwa odpisy do narobienia, a potem mogę tworzyć.]
Mathilde
Nie czekał na swoich klientów w nieskończoność. Dawał im od pięciu minut do kwadransa, ponieważ jego czas był cenny. Posiadając pewną pulę stałych klientów, pośród których ci przypadkowi i okazjonalni stanowili tylko ułamek procenta, Ian zwykł ustawiać sobie wieczór pod siebie, rozbijając go na kilka kursów. Ci, którzy ćpali w elegancki sposób, równie elegancko umawiali się z nim na konkretny dzień i godzinę, kiedy natomiast zaczynało im tej elegancji brakować, musieli zmienić dilera. Ian nie lubił użerać się z szurającymi po dnie ćpunami, a prędzej czy później każdy z nich szurał, za kolejną działkę często płacąc już nie gotówką, a czymkolwiek, także własnym ciałem. Iana interesowała wyłącznie gotówka, a także święty spokój, o który po przeszło siedmiu latach w zawodzie wcale nie było mu tak trudno. Miał przecież wystarczająco wiele czasu, żeby się ustawić, a że był całkiem bystrym chłopakiem, to tego czasu nie zmarnował.
OdpowiedzUsuńRytmiczny stukot obcasów, wybijający się ponad uliczny szum, początkowo nie przyciągnął jego uwagi. Hunt stał oparty plecami o ścianę, z dłońmi wetkniętymi luźno w kieszenie spodni i patrzył akurat w drugą stronę, gdzie nieopodal przystanęła jakaś parka. Dziewczyna gorączkowo przeszukiwała swoją torebkę, podczas gdy chłopak stał przy niej i niecierpliwie potupywał nogą, wyraźnie powstrzymując się od złośliwego komentarza. Tymczasem obcasy stukały coraz bliżej i Ian spodziewał się, że ich właścicielka zaraz go minie, zamiast tego jednak stukot ustał, i to tuż przy nim. Nie tyle przekręcił, co przetoczył głowę nisko zwieszoną na szyi, przez co jego wzrok najpierw padł na buty z tymi hałasującymi obcasami, które okazały się cholernie wysokie. Popatrzył wyżej, na całkiem zgrabne, a na pewno długie nogi, przez stosunkowo kwadratowe biodra, aż jego wzrok prześledził ruch dłoni nurkującej w dekolcie.
Coś ewidentnie mu się tutaj nie zgadzało, bo o ile widział palce zanurzające się pomiędzy piersiami, o tyle głos, który wybrzmiał gdzieś obok, musiał należeć do mężczyzny. Stąd podniósł wzrok do twarzy osobnika, który się do niego zbliżył i właśnie wtedy, kiedy już całokształt obrazu ułożył się w jego głowie, pojął, z kim ma do czynienia.
Wydawało się, że zignorował tak przywitanie, jak i zapytanie o kasę. Odepchnąwszy się od ściany, wyjął ręce z kieszeni i rozejrzał się wokół, wychylając się przy tym także za rosłą sylwetkę z utapirowaną fryzurą, która w imponujący sposób przesłaniała mu widok. Spodziewał się zupełnie zwyczajnego faceta i tegoż faceta teraz wypatrywał, nie dostrzegł jednak żadnego, który byłby zainteresowany nim w różnym stopniu, co stojąca tuż przy nim drag queen, wyłuskująca pomięte banknoty spomiędzy cycków.
Ian westchnął, ciężko. Różne rzeczy przytrafiały mu się w karierze, ale coś takiego? To był pierwszy raz. I teraz Hunt nie wiedział, czy ktoś robił sobie z niego jaja, czy facet, któremu miał podrzucić kilka tabletek, faktycznie miał takie hobby, czy może był to nowy sposób nowojorskiej policji na wyłapywanie tutejszych dilerów, poprzez branie ich z zaskoczenia.
— Z całym szacunkiem, stary, ale to na pewno ty pisałeś jakąś godzinę temu? — spytał więc głupio, nawet nie bardzo wiedząc, o co innego mógłby spytać. Może powinien istnieć jakiś portal dla dilerów, działający na zasadzie portalu randkowego, gdzie należałoby udostępnić swoje zdjęcie? Nie, żeby w to miało w czymkolwiek pomóc.
Ian sięgnął po telefon, który wyjął z tylnej kieszeni i wszedł w smsy.
— Mange, tak? — podpytał, bo ten, z którym się umówił, był na tyle uprzejmy, żeby się przedstawić. — I błagam, skończ machać tymi papierkami — jęknął, zerkając najpierw na banknoty, a później na ludzi, którzy im się przyglądali, bo skupiła się na nich zarówno uwaga grupki palaczy, jak i tamtej parki. Dziewczyna zamarła z ręką w torebce po łokieć, jej chłopak już nie tuptał niecierpliwie nogą, za to wgapiał się w ich dwójkę.
Jakby tego było mało, przecznicę dalej sunął patrol policji, a pomiędzy funkcjonariuszami wywiązała się dyskusja o tym, że powinni skręcić w prawo, a potem zawinąć pod klub, przywitać się ze starym Morganem, bo lata młodości bramkarz miał już za sobą i sprawdzić, czy przypadkiem w okolicy nie ma żadnej burdy, bo czasem podchmieleni imprezowicze lubili tłuc się ze sobą.
Usuńnot so friendly IAN HUNT
[Miało być mało szpitala, ale jakoś fantazja ułańska tak mnie poniosła x) Mi scusi!]
OdpowiedzUsuńMathilde naprawdę mało rzeczy potrafiło już zdziwić w życiu, choć każdego dnia czekała na nowe oświecenie. Pracując w szpitalu człowiek miał niebywałą okazję opatrzyć się z ludzką głupotą i patologią, w innych wypadkach z kolei z cudami medycyny, które też nie zawsze wyglądały tak pięknie jak można by zakładać. Na pewno jednak nie robił na niej wrażenia mężczyzna w makijażu i stroju kobiety leżący od 3 minut w boxie nr 4, którego wejście na oddział można by nazwać jedynie prawdziwym i spektakularnym entrée, bo i czemu miałby? Jest 2026 rok na litość boską! Kogoś naprawdę powinno to jeszcze szokować?
A jednak zadziwiało. Przynajmniej połowę zmiany. Nie było ciekawskiego wzroku, który by nie podążał w tamtą stronę. Dla Tilly najbardziej zaskakującą rzeczą w tym wszystkim były jedynie krzykliwe kolory stroju i niebotyczne obcasy. No i oczywiście zachowanie kolegów.
— Ja pierdolę, co wyście się z choinki urwali? — westchnęła ostentacyjnie rzucając swoją podkładką na biurko, gdzie część zespołu pielęgniarskiego dyskutowała nad nowo przywiezionym pacjentem. — Naprawdę to wymaga aż tylu komentarzy?
— Myślisz, że to ktoś sławny? — objął ją ramieniem kolega, przeżuwając ekspresyjnie gumę nikotynową i obserwując ich nowego pacjenta.
— Dam 10$, że znam skądś tą twarz…— mruknął ktoś inny.
— Bosze Darren, gdzie Ty włóczysz po pracy? — zaśmiała się młodsza pielęgniarka, która akurat przyszła po zestaw opatrunkowy.
— Nie był u RuPaul? — zauważył pierwszy głos.
— Oooo, tak,tak,tak, możesz mieć racje… — podchwycił ktoś inny.
— Nie sądzę. Nie wygląda mi na gwiazdę. — usłyszała nad swoim uchem Mattie wraz z kolejnym cmoknięciem w trakcie przeżuwania gumy.
— Od kiedy to jesteś znawcą drag queen? — zdziwiła się Stevenson.
— Co nieco wiem o ludziach…
— Bitch, please… — wywróciła oczami inna koleżanka, która najwidoczniej również nie rozumiała niezdrowego podniecenia tą sytuacją. Zwłaszcza po męskiej części zespołu.
— Shantay, you stay; Sashay away! — wybuchnął podekscytowany tłum głosów, które natychmiast się opanowały pod srogim spojrzeniem lekarza głównego.
Być może było to miejsce od ratowania życia. Ale przecież nie kosztem odrobiny humoru i pozytywności. A pewne powiedzenia po prostu były ikoniczne.
— Na stówę był w Drag Race.
— To co obstawiamy? — mężczyzna stojący obok Mattie już zacierał ręce. — Tilly dorzucasz się?
— Co? Zwariowałeś? — obruszyła się Mathilde, po czym zerknęła na pacjenta, następnie na swoich kolegów po fachu, szybko analizując kwoty jakie przed chwilą rzucali na forum publicznym. Uzbierało się trochę tego, a ona nie gardziła łatwo zarobioną mamoną. — Dobra daje 20$, że był w jakimś odcinku.
— Kończymy! Jessica jesteś odpowiedzialna teraz za reaserch. — zajęcia zostały rozdysponowane przez idiotę z gumą nikotynową. — A Ty Mattie idź zobaczyć co u naszej potencjalnej gwiazdy.
— Dlaczego ja? — obruszyła się. Miała przecież co robić, nawet jeśli dzisiejsza zmiana, tfu, była naprawdę spokojna.
— Twoja kamienna twarz najlepiej sobie radzi w obliczu sław. — usłyszała w odpowiedzi i została poklepana dla zachęty po plecach.
Usuń— To tylko ludzie.— mruknęła, naprawdę nie rozumiejąc, jak jeszcze w dzisiejszych czasach można było tracić rozum i godność człowieka tylko dlatego, że spotkało się kogoś bardziej rozpoznawalnego. Fizjologicznie nie różnił się przecież niczym.
— I o to właśnie mi chodziło.
Wywróciła oczami i westchnęła, mimo to nie protestowała. Choć przypadek społecznie wydawał się ekscytujący, medycznie Mattie wątpiła w to by był specjalnie skomplikowany. To będzie po prostu łatwa i szybka robota.
— Dzień dobry, nazywam się Mathilde Stevenson i będę się dzisiaj Tobą zajmować. Za chwilę pojawi się lekarz. Czy coś Cię boli i co właściwie się stało? — zapytała neutralnym, służbistycznym sloganem, recytując wyuczoną formułkę, jednocześnie spoglądając na mężczyznę. — I gdzie do cholery kupuje się takie buty?
Miała problem z noszeniem kilku centymetrowych obcasów, a co dopiero takich! Poza tym w żadnym sklepie nie widziała podobnych szpilek. Tym faktem była żywo zainteresowana, nawet jeśli podobny zakup nie przeszedł jej nigdy przez myśl.
ciekawska Mathilde Stevenson i pół oddziału ER
Skoro to słowo harcerza, to cóż było robić – trzeba chyba uwierzyć na słowo, tak mi dopomóż sowo. Leif wolałby się hucznie nie pomylić, więc spróbował zapamiętać: Mange, więc Man-ge, więc MAN-ge, więc mężczyzna. Czyli używamy, gdy osoba przed tobą występuje w wersji bez dragu. Malmo Mia! to wiadomo kiedy, prościzna, tak w kontraście do tych wszystkich fantazyjnych i zaiste zakręconych strojów.
OdpowiedzUsuńZ Leifem było jeszcze łatwiej, bo o każdej porze dnia i w każdym stanie skupienia oraz ubioru – jak również bez ubioru – funkcjonował jako Leif. Chyba że chciało się go zawołać po nazwisku, to też spoko. Potrafił zareagować na Zweiga, ale to nie kasowało Leifa. Jedynym wyjątkiem była matka mówiąca na niego Zooey, co było jej nietypowym i bardzo niepoprawnym zdrobnieniem od Zachary’ego, nadanym Leifowi na drugie imię. Miało być pierwsze, ale ojciec zmienił zdanie.
Chociaż to mu wyszło. Leif wolałby nie być Zooeyem na pełen etat. A gdyby miał nosić jeszcze Zachary’ego? Zabiłby się chyba – i nie potrzebowałby do tego wysokich szpilek na nogach! Takie imię odebrałoby sporo z należytej mu niepowagi.
– No i świetnie! – powtórzył po Malmo. – Umówieni. Trampki są spoko, tylko conversiarzy się gnoi – powiedział, ale nie była to prawda. – Basement ma nosa do dobrego techno i w ogóle ma nosa do rzeczy, ale skoro cię nogi bolą… Nie wiem, czy to jednak dobry pomysł.
Sam szczerze przepadał za Basementem, chociaż ostatnio słyszał trochę narzekań. Lineupy wciąż potrafili zgotować świetnie i nieźle można było się napocić, dając się ponieść muzyce w tym dusznym, ciemnym i stroboskopowym klimacie. Wierzył też, że udałoby się przeskoczyć kolejki na wejściu – zresztą, poczekanie nikomu by nie zaszkodziło, znaleźliby jakiś temat do rozmowy; a potem na pewno uznano by ich za wartych wpuszczenia. Brak wcześniej kupionych biletów mógł być przeszkodą, ale z gatunku tych możliwych do przeskoczenia.
Gorzej, jeśli Mange po całym dniu wygibasów na planie, i to jeszcze w takich kopytach – jako się rzekło – będzie chciał odpocząć, a w Basemencie tak średnio było gdzie spocząć. To intensywne miejsce do intensywnej zabawy, mniej w atmosferze trochę drinki, trochę gadka, trochę może pójdziemy pokręcić tyłkiem na parkiecie, się zobaczy.
Wobec tego może lepiej wybrać co innego? Hm, hm, hm. Myśl skakała obok myśli, przeszukując znane Leifowi kluby. To była jego przewaga – nie był Szwedem, co jeszcze samo w sobie nie było zaletą, był Amerykaninem, co było wręcz wadą, znał Nowy Jork jak własną kieszeń, a właściwie lepiej niż własną kieszeń, bo w niej się nie urodził, a w Nowym Jorku tak… I w tym jednym konkretnym kontekście mógł poczytać sobie to na plus.
Bo dzięki temu potrafił pokazać miasto przyjezdnym! No i wybrać odpowiedni klub. Strzelił palcami.
– Może Public Records? – zaproponował. – Tam można przysiąść i opierdolić jakiegoś drinka, jeśli się chce, albo pójść potańczyć, jeśli się chce. Trochę spokojniej niż w Basemencie. Ale nie że od razu stypiarsko!
Co prawda dawno tam nie był i słyszał, że miejsce mogło się trochę skurwić, ale – praktycznie o każdym klubie to słyszał, każdym, który stawał się odrobinę bardziej popularny i znany przez więcej niż dwadzieścia trzy osoby. Będzie fajnie, wierzył, tak czy siak. W dragu czy bez dragu. Leif na pewno zamierzał przyjść bez, ale z wdzięcznością przyjął poradę, co do zaczynania.
– Pewnie, pewnie – potwierdził. – Chociaż umiem chodzić na szczudłach! – pochwalił się, choć chodził tylko raz. – I chciałbym czasem zapuścić brodę.
Leif Zweig
[A dziękuję, dziękuję! W.I.T.C.H. musiało się pojawić, nie mogłam przepuścić takiej okazji. Teraz zdecydowanie musisz obejrzeć. Którą czarodziejkę najbardziej lubiłaś?
OdpowiedzUsuńJa z kolei szeroko się uśmiechałam, gdy czytałam kartę Magnusa. Cudowny chłopak! Chciałabym zobaczyć Paula Mescala w dragu.
Zapraszamy do skorzystania z usług wróżki Lei, pierwsza karta darmowa. Może też być za drinka kolejna. Jeśli nie masz jeszcze wątku klubowego/występowego, to możemy zaklepać. Ale nie musimy. Może Mange kojarzyłby ją z rolek czy z live’ów? Może ona mogłaby kojarzyć go z YouTube’a? Sub za sub (ale taki szczery)? Kombinujemy?]
Helen Lynch
Włożył na nogi szczudła i poradził sobie bez pudła. Nie należały może do najwyższych – ale i tak łatwo nie było, choć prosta postawa pomagała w utrzymaniu równowagi. Środek ciężkości się przesuwał, tak głosiła fizyka, o której Leif rzadko myślał, a wtedy to już na pewno nie. Był trochę nietrzeźwy i bardzo dobrze się bawił.
OdpowiedzUsuńMoże wyminął się powołaniem i najlepiej odnalazłby się w cyrku? To byłoby takie… rodzinne. Jeśli stałby się klaunem, dałoby się rzec – talent odziedziczony po ojcu. W końcu straszny z niego pajac.
Nawet wybrałby się do klubu na szczudłach, skoro reakcja Malmo Mia była pozytywna, i od razu problem z dobraniem obuwia by się rozwiązał; zaistniał jednak inny – szczudeł nie miał. Dobrze przynajmniej, że zabrał ze sobą telefon, który ochoczo podał nowemu znajomemu, by ten zostawił swój numer.
– Śmiało – powiedział. – To wejdź od razu na IG i kliknij, co? – poprosił.
Pewnie gdyby sam chciał go wyszukać, to kogo jak kogo – ale konto Magnusa na pewno odnalazłby szybko. Lepiej jednak w ten sposób, bo jeśli nie stałoby się to od razu, Leif pewnie zapomniałby potem, że miał zostawić follow. Sam w aplikacji występował pod aliasem @leifontree, co nie było aż taką złą nazwą, zważywszy na to, że wybierał ją jako dwunastolatek. Zgodnie z nią na profilowym widniał do góry nogami, bo zwisał z gałęzi drzewa, ale w bio wrzucił już normalne dane.
– Pewnie, może być – potwierdził ochoczo. – To do zobaczenia!
Leif zobaczył Malmo Mia! już po kilku minutach, z drugiej strony kamery – przerwa się skończyła, więc Zweig wrócił na camp, a ekipa do nagrywania. Jak to zawsze bywało, na rozstawionym ekranie mieli podgląd skręcanych scen, by móc je zatwierdzać bądź odrzucać, przede wszystkim jednak modyfikować, zmieniać i poprawiać.
I tak to leciało, choć dla większości – się dłużyło. Na planie się działo, na campie siedziało, ale Leifa nosiło, więc krążył po małym pokoiku, dogadywał i szukał okazji do jakiejkolwiek hecy. Ostatecznie – co nikogo nie dziwiło – shoot się przedłużył, choć akurat wielu aktorów (w tym i Malmo) skończyła na czas. Inni mieli mniej szczęścia.
Leif trochę się do tego dołożył. Stał przed ekranem w mocnym rozkroku, z rękami założonymi do tyłu, jakby tylko w ten sposób monitor mógł znaleźć się na linii jego wzroku. Potem się odwracał, przejmował krótkofalówkę i zgłaszał wszystkie uwagi, które mu się nasuwały. Ujęcia wyglądały dobrze – mogły jeszcze lepiej. Albo porządnie, albo wcale, co nie?
Porządnie to był zmęczony, kiedy busik odwoził go do mieszkania, ale szybki prysznic przywrócił go do życia.
Wskoczył w ciemne, szerokie bermudy, w których obok cienkich prążków prężyły się zakładki. Na kark wciągnął jasny tank top z kontrastowymi przeszyciami, które i tak skryły się pod beżową koszulą w pudełkowym kroju. Całkiem ją lubił, bo niewiele miała z elegancji – asymetryczny przód i sznurkowe zapięcia odejmowały sporo zadęcia. Do tego długie białe skarpetki i żółte Prada Collapse na stopy, ciemne okulary na nos i srebrne sygnety na dłonie – i cały look gotowy.
Kiedy zaczynał się ogarniać, miał jeszcze dużo czasu – przeciekł mu gdzieś między palcami. Więc kiedy spieszył się już na miejsce, odpalił DM-y i wystukał spóźnie sie torche, sory. Trochę, szczęśliwie, zamknęło się w kwadransie.
– Sorry raz jeszcze – zawołał na przywitanie, choć wcale nie był pewien, czy Magnus odczytał wiadomość, a więc czy raz jeszcze jest zasadne. – Nie uwierzysz, co się stało, serio. Okazało się, że jednak nie znam się na zegarku, szkoda, zawsze chciałem być na czasie. Chodź!
Kolejka nie była zatrważająca, ale jednak – była. Wystarczało jednak trochę zachachmęcić, a przecisnęli się bliżej wejścia i już wkrótce wpuszczono ich do środka. Leif poprowadził na górę, do lounge’u, gdzie zamiast barowego ścisku czekały kremowe kanapy i chromowane stoliki, a także ściana, która właściwie była jednym wielkim głośnikiem. Muzyka się z niej sączyła – wystarczająca spokojna, by dało się gadać, wystarczająco niespokojna, by nie zapomnieć, że są w klubie.
– No, to co – powiedział Leif. – Bez napiny czy pora się sponiewierać?
Chociaż Leif buty Prada Collapse miał całkiem od niedawna, to zdążył się poczuć z nimi związany – choć akurat ich nie wiązał; czarne grubiutkie sznurowadła zapętelkował sobie raz, a potem to już wiadomo. Wsuwał je na stopę bez większego problemu, a potem posuwał się po drodze, czując każdą jej nierówność. Uroki płaskiej podeszwy.
OdpowiedzUsuń– No nie? – zapytał zadowolony. – Cicho się w nich biega. Następnym razem mogę przyjść w samych skarpetkach.
Kłamał. Wolał nie łazić ulicami – chodnikami zresztą też nie – Nowego Jorku bez butów. Bez przesady, nie był przecież szewcem, choć akurat zakląć potrafił, kiedy mu się chciało. Miasto jednak było na tyle zanieczyszczone, że czasami od samego patrzenia zaczynał tęsknić za prysznicem. Takie fanaberie ludzi z problemami pierwszego świata. Poza tym większość skarpetek, które spoczywały w szufladzie, była biała; wolał tego nie zmieniać.
– Dzięki! – Nie krył zadowolenia. – Jestem zaszczycony. Zachwycony też, no bo w końcu. Błyszczysz!
Leifa prędzej można było posądzić o performatywną męskość – performensy zresztą odwalał nierzadko, choć zazwyczaj innego rodzaju – niż typowe samczenie. Najbardziej stereotypowo męski to bywał wtedy, gdy się rozsiadał w metrze i jedną nogę miał na Bahamach, drugą w reklamach. Całkiem przepadał za modą i bez wstydu założyłby coś mniej standardowego; błyskotki też do niego przemawiały, szeptały wręcz i przede wszystkim, jak to moc biżuterii, hipnotyzowały, kręcąc się w różne strony, aż pod wpływem sił nieczystych musiał je kupować i nakładać.
Na makijaż się nie odważył. Choć podziwiał kunszt! Nowy Jork pełen gwiazd i gwiazdeczek, a mimo to złote kreski i brokat zdołały wśród nich zajaśnieć, i nie umknąć uwadze Leifa. Dobrze się to zgrywało z Public Records, w którym złoto też lało się niemal tak gęsto jak alkohol.
– Coś ty! Już wystarczająco się hańbię robotą w tygodniu. – Leif pokręcił głową. – No, dobra, czasem w weekendy trzeba, ale akurat nie w ten. Raz w niedzielę robiłem na shoocie jako jedyny z agencji, no i od tamtej pory nie chcą zostawiać mnie sam na sam z klientem. Nie rozumiem czemu.
Od kiedy usiadł, zdążył ze trzy razy zmienić pozycję, szukając najwygodniejszej dla siebie. W zasadzie każda była bardzo w porządku, ale jak to zazwyczaj w jego życiu bywało – za najlepszą uważał każdą następną.
– Pasuje mi do butów, choć to nie szałowe kopyta? – uśmiechnął się Leif. – Wchodzi koń do baru, na zewnątrz zaparkował Subaru, a barman pyta o kopyta. Może być i Jungle Bird. A dla ciebie może Last Daisy? Trochę ziołowo, trochę musująco, ale bez przymusu, no i słodko. Feeria smaków.
Drink był z menu Public Records; rosaluna mezcal, wytrawne sherry fino, wiosenny cytrusowy cheong, sok z cytryny, prosecco, tonik rozmarynowo-miętowy. Oopsy Daisy, czy takim zawołaniem skończy się noc? Leif miał nadzieję; w sumie miał nadzieję, że podejmie dziś jakąś złą decyzję, bo od tych najgłupszych zwykle zaczynały się najciekawsze historie, za które potem dziękowało się stokrotnie.
Przy stoliczku zjawiła się w końcu kelnerka; na start poprosił o drinka wskazanego przez Mange.
– Nooo, dobra! – zabębnił o blat, gdy odeszła. – Co najdurniejszego zobaczyłeś już w Nowym Jorku? Liczę, że nas trochę poobrażasz!
Leif Zweig