aktualności

11.01.2026
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
06.01.2026
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 stycznia karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.01.2026
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 5.01.2026.
24.12.2025
Wesołych Świąt!
Kochani, życzymy Wam Wesołych Świąt! Zdrowia, szczęścia oraz pomyślności! Najedzcie się pysznego jedzonka, nacieszcie bliskimi i odpocznijcie, a do nas wróćcie pełni sił i zapału do pisania wąteczków 💙
15.12.2025
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
14.12.2025
Azyl to też niewola...
Wszystkich zainteresowanych grą na blogu fantasy zapraszamy na The Last Salvation, które pozostaje otwarte dla wszystkich istot paranormalnych poszukujących azylu...
06.12.2025
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10grudnia karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.12.2025
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 5.12.2025.
11.11.2025
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
06.11.2025
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 listopada karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.11.2025
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 5.11.2025.
31.10.2025
Aktualizacja regulaminu bloga
W Regulaminie dodano punkt dotyczący rozwiązywania sporów między autorami. Prosimy o zapoznanie się z nim.
26.10.2025
Wgranie poprawki
W kodzie wgrano poprawkę dotyczącą wyświetlania szablonu na urządzeniach mobilnych. Wszystkim pomocnym duszyczkom - dziękujemy ♥
24.10.2025
Aktualizacja szablonu
Po trzech latach nasz kochany NYC doczekał się nowej szaty graficznej ♥ Jeśli dostrzeżecie jakieś nieprawidłowości, prosimy o ich zgłaszanie w zakładce Administracja.

10/08/2004

[KP] Zaire VII

They said I’d be nothin’.
So I became everything


ZAIRE
Carter Zaire Crawford
Jeszcze kilka lat temu Carter Crawford, znany dziś jako ZAIRE, pracował jako barman, a nocami nagrywał kawałki w prowizorycznym studio zbudowanym z kartonów i materacy. Dziś ma 28 lat, na jego koncerty przychodzą dziesiątki tysięcy fanów, a jego wizerunek widnieje na billboardach w Los Angeles i Tokio. Popularność wywróciła jego życie do góry nogami. Wraz z sukcesem przyszły pieniądze, sława i nowi znajomi. ZAIRE zaczął pojawiać się na imprezach z celebrytami, otoczony ludźmi z branży, których intencje często budziły wątpliwości. Wizerunek charyzmatycznego buntownika budował świadomie – ekstrawaganckie stroje, drogie samochody, nocne życie i burzliwe związki, które kończyły się równie spektakularnie, jak się zaczynały, tylko podsycały zainteresowanie mediów. Choć jego kariera muzyczna rozwija się dynamicznie, życie osobiste ZAIRE’a pozostaje niespokojne. Liczne skandale, zmieniające się twarze w jego otoczeniu i rosnące ego sprawiają, że coraz częściej mówi się o nim nie jako o artyście, lecz o postaci ze świata plotek. Za fasadą blichtru wciąż jednak kryje się chłopak z Bronxu – utalentowany, ale niedojrzały emocjonalnie, zagubiony w świecie, w którym wszystko przychodzi zbyt szybko. Bo choć jego utwory biją rekordy, a fanbase rośnie z dnia na dzień, to jedno pozostaje niepewne: czy ZAIRE będzie potrafił przetrwać nie tylko na scenie, ale i poza nią. Jego historia to klasyczny przykład amerykańskiego snu, ale też przestroga przed tym, co może się wydarzyć, gdy ten sen staje się rzeczywistością. Zachłysnął się sławą jak dziecko dymem – nie wiedząc, że zaczyna się dusić.

181 komentarzy:

  1. Próbowała się skupić na tym, wydawałoby się, że prostym zadaniu, a jednak obecność Cartera w mieszkaniu była odrobinę przytłaczająca. Wyobrażała sobie to tak wiele razy, a kiedy go tu miała to nie wiedziała, jak się ma zachować. Sądziła, że znajdą się tu w nieco innych warunkach, ale nie zamierzała narzekać. Wystarczył jej sam fakt, że Carter tu był i nie uciekał, że z nią żartował, chociaż wiedziała, że w jego głowie jeszcze panował chaos i nie wiedział, jak sobie z tym poradzić. Długa rozmowa teraz nie była tym czego potrzebował. Namiastka normalności była teraz bardziej potrzebna niż prowadzenie rozmów i próby wyciągnięcia z nich czegoś sensownego.
    Po tym wszystkim co przeszło i co Sloane mu zrobiła nie powinien chcieć spędzać czasu teraz w jej towarzystwie, a mimo to był tutaj i nie uciekał.
    — Wiesz, że to mnie martwi bardziej niż gdybyś wyciągnął teraz kolejną działkę i mi ją podsunął pod nos? — Zaśmiała się. Pozmieniało się najwyraźniej więcej niż się spodziewała. W normalnych warunkach po takich wieczorach czymś się uspokajali, ale na pewno nie zielonymi warzywami. — Zamówić ci trochę zielonego? Żeby organizm nie dostał szoku. — Śmiała się dalej. — Zmielę ci to wszystko, wleje wódki dla zachowania balansu i wszyscy będą zadowoleni.
    Takie smoothie to mogłaby nawet Sloane wypić. Może to był znak, aby Sloane zaczęła trzymać w mieszkaniu więcej warzyw i w kryzysowych sytuacjach mogła zrobić smoothie? Musiała się nad tym poważnie zastanowić. Treningi po takiej dawce mogłyby być całkiem interesujące.
    — „Usługi terapeutyczne u Sloane Fletcher”. — Roześmiała się. To było po prostu śmieszne. — Trzecia sesja gratis. — Dodała i puściła mu oczko. Jedną już mieli, a druga zdawało się, że wisi w powietrzu. Trzecia mogła pojawić się tuż za moment.
    — Za to najlepszy. Znajdziesz drugiego takiego z tak pokręconym życiem?
    Było to bardzo wątpliwe. Chociaż może, gdyby tak dobrze poszukać to gdzieś w Hollywood czy na Broadwayu znalazłby się jeszcze taki, który miał równie pokręconą sytuacje w życiu. Sloane nie wątpiła, że gdyby tak oboje zabrali wszystkie rzeczy, które działy się w ich życiach, czy to wspólnych, czy osobnych to stworzyliby z tego całkiem niezły komediodramat z elementami kryminału, grozy i musicalu.
    — Ręczniki znajdziesz w szafce przy łazience. Częstuj się tam czym tymi chcesz. Nie będę wyliczała co do milimetrów, ile ubyło. — Posłała mu lekki uśmiech. Sama powinna również z tego skorzystać i zmyć z siebie cały ten wieczór, który był naprawdę ciężki i trochę przytłaczający. Pozbyć się z włosów zapachu papierosów. — Spa ci się marzy? Boże, Carter nie poznaję cię.
    Naprawdę wiele się pozmieniało, a Sloane ominęła więcej niż sądziła. Nie spodziewała się tylko, że te zmiany będą aż tak ogromne. I wcale nie miała na myśli tego, że Carterowi marzyła się maseczka na twarz i płatki pod oczy. Należało się pozbyć tych rzeczy i przestać trzymać przeszłości, ale nie potrafiła. Sam fakt, że wciąż je miała znaczył wiele i mówił więcej niż Sloane mogłaby sama wypowiedzieć. Takie ciche „ja wciąż o tobie myślę i dalej jesteś dla mnie ważny”. Może ubrania nie mówiły tego aż tak głośno, ale czy oni potrzebowali samego krzyku, żeby coś zrozumieć?
    — Jak widać mnie też ciągnie do złego. — Uśmiechnęła się lekko. Ciągnęło nie tyle do złego, a do niego i Carter o tym wiedział. — Hm, jedno z nas kradnie, a drugie prowadzi nielegalny biznes. — Przewróciła oczami i zaśmiała się pod nosem. Wydawać by się mogło, że tworzyliby idealną parę.
    — Nie zaprzeczę. Świetnie w nich wyglądam. — Przyznała z tą rozbrajającą szczerością, w której nie było słychać pychy. Sloane po prostu wiedziała, że dobrze na niej leżały te ciuchy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Musiała się sama zmobilizować do tego, aby zmyć tę długą noc z siebie. Zamierzała dać najpierw Carterowi chwilę, której naprawdę potrzebował.
      Przewróciła oczami, kiedy Carter zmniejszył temperaturę w piekarniku. Nie znała się na gotowaniu i wydawało się jej, że będzie to odpowiednie.
      — Dobra, szefie kuchni. Od kiedy jesteś takim znawcą, co? — Mruknęła i pokręciła głową. Kiedy próbowała coś robić w kuchni kończyło się katastrofą. Nawet nie byłaby zaskoczona, gdyby spaliła ją na wiór. — Idź, bo jeszcze zmienię zdanie i wepchnę się przed Ciebie, a dobrze wiesz, że mi się schodzi pół wieku w łazience.
      Odprowadziła go wzrokiem. Pozwalając sobie zaiwaniać na nim oko na dłuższą chwilę. Uniosła wzrok, kiedy Carter odwrócił się przez ramię.
      — Żaden problem. — Odpowiedziała. Nie mówiła tego, bo tak wypadało, a to naprawdę nie był dla niej żaden problem. Właściwie to cieszyła się, że go tutaj ma. Mogła go przypilnować i upewnić się, że coś zje, nikt nie będzie w niego wciskał kolejnych prochów i zyska trochę spokoju. Przynajmniej przez parę godzin, bo rano mogło być różnie, kiedy się obudzi i naprawdę zorientuje, gdzie jest.
      Sloane dopiła swoją colę, jakby jej zawartość miała w sobie alkohol, a ona potrzebowała się napić na odwagę. Miała wrażenie, że to wszystko się jej śni. Carter był w jej domu. Stał teraz pod jej prysznicem. Słyszała szum wody. Raz mu coś spadło i towarzyszyło temu przekleństwo. To było aż nazbyt znajome. Sloane w tej samej chwili przypomniała sobie, że nie dała mu ubrań. Poszła do garderoby. Miała tam mała półkę, która w myślach nazywała „półką Cartera”. Zabrała z niej bluzę, bluzkę i nawet trafiła na spodnie dresowe. Nie myślała wtedy za dużo, kiedy wyprowadzała się z ich penthouse. Brała jak leci i nie miała za bardzo serca, aby się pozbyć tych rzeczy.
      — Carter? — Stanęła przy drzwiach, a plecami opierała się o ścianę za sobą. — Zapomniałam ci dać ubrania.
      Dziwnie. Bardzo dziwnie. Przedtem po prostu by weszła bez zawracania sobie głowy co tam akurat robił. W pierwszej chwili nawet miała ochotę na to, aby wejść do środka, Ale powstrzymała się w ostatniej chwili. Teraz już nie miała do tego prawa.

      sloane🎄

      Usuń
  2. Niemal przewróciła oczami na jego odpowiedź. Mogła się spodziewać skąd te magiczne zmiany w nim się wzięły. Obiecała sobie, że nie będzie bezpośrednio poruszała tematu i najwyraźniej krążenie wokół tego mu pomagało, więc Sloane również trzymała się bezpiecznych odpowiedzi.
    — Rzadko wierzę na słowo. Rano widzę cię w fartuszku z babeczkami. — Zażyczyła sobie. Nie uwierzy, dopóki nie zobaczy i Carter był tego świadom. Problem był w tym, że prawdopodobnie Sloane nie miała tutaj nic co mogłoby się nadawać do pieczenia. Jeśli miała na coś ochotę to zwyczajnie zamawiała słodkości, a nie bawiła się w cukiernika czy piekarkę. Nawe nie była w stu procentach pewna kto tak naprawdę odpowiada za te wszystkie słodkie wytwory. Nie musiała wiedzieć. Miała ten przywilej, że niemal nic nie musiała i korzystała z niego od samego początku.
    — Czy ja wiem… Food truck z przykrywką. Za dnia słodkie babeczki, a wieczorem opychasz gorzki cukier puder.
    Wybrzmiało to tak luźno i jak plan na życie. Przyjemniej w każdym razie to brzmiało. Jak miał odmiana od tego, co obecnie oboje znali. Sloane na moment się zamyśliła, a potem na niego zerknęła. Blisko niej, ale w bezpiecznej odległości. Mogła przysiąc, że naprawdę krążą wokół siebie i oboje nie potrafią zachować się w swoim towarzystwie. Czy to możliwe, że minęło aż tak wiele czasu i nie potrafili już się w pełni rozluźnić?
    — Wiesz, to mógłby być dobry PR… Zaire, skandaliczny raper otworzył food trucka z babeczkami. Laski by na to poleciały. I faceci też. — Kolejki jak nic ustawiałby się aż po samo Times Square. Sloane stałaby na początku tej kolejki, oczywiście w kolejce VIP, którą sama by sobie stworzyła. — Przemyśl to, ale chcę 30% od dochodów. Za podsunięcie pomysłu.
    Nie byłby z tym pierwszy ani ostatni, a na pewno mogłoby to ocieplić mu wizerunek. Co prawda teraz chyba tego nie potrzebował, a większe dramy się go nie trzymały. Przynajmniej nic w życiu zawodowym, a te w prywatnym były dobrze chowane i skoro media milczały to najwyraźniej nikt nie podłapał, że w tym tęczowym świecie Cartera i Sophii nagle pojawiły się burzowe chmury. I bardzo dobrze. Carter nie potrzebował teraz takich rzeczy. Widziała po nim, jak bardzo musi odpocząć i jak potrzebuje chociaż tych paru godzin, kiedy nie musi nikogo ani niczego udawać. Takiego miejsca, w którym może być sobą. Sloane mu je dawała. Nie naciskała na rozmowę. Żartowała o gorzkim cukrze pudrze, jego zdolnościach kulinarnych i było tak trochę dziwne, ale zwyczajnie. Prawie jakby cofnęli się w czasie o kilka miesięcy.
    — Everything shower? — Uniosła brew w wyraźnym zaskoczeniu, że takie słowa padają z jego ust. Roześmiała się zaraz po nim, bo ten śmiech, tak kojący i znajomy był dokładnie tym czego brakowało jej przez te wszystkie miesiące. Nie awantur, nie rzucania kieliszkami o ścianę, ale tej prostoty, którą potrafili z siebie wyciągnąć. — Niech ci będzie. Eveything shower… Cholera, rozpieszczony się zrobiłeś.
    Pokręciła lekko głową, zaskoczona. Była w niej jednak również ulga, bo jednak mimo wszystko, ale Carter wciąż potrafił mieć w sobie ten zwykły, beztroski ton. Nawet, jeśli nie pojawiał się on od razu to wychodził po chwili i tego właśnie najbardziej od niego teraz chciała.
    Jego obecność w tym mieszkaniu była subtelna. Sloane nie potrafiła wyrzucić wszystkiego. Mimo, że gdzieś tam w środku wiedziała, że powinna. Miała jego ubrania, jakąś butelkę perfum, którą zostawił tu jeszcze na samym początku. Nie przyznawała się do tego, ale zbierała takie rzeczy. Jak bolesne pamiątki do których czasem się wracało. Prawda była taka, że gdyby Carter kiedyś zdecydował, że chce wrócić to miałby tutaj wszystko na rozpoczęcie nowego początku z nią. Może to była obsesja z jej strony, może miłość. Nie wnikała. Chciała tylko mieć coś co będzie tutaj dla niego zawsze. Drzwi otworzyłaby mu bez względu na to, czy pojawi się w środku nocy czy w południe. Był jedną z tych osób, którym Sloane odmówić by nie potrafiła. I często miała nadzieję, że prędzej czy później, ale Carter do niej wróci i będą mogli spróbować na nowo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze nie była pewna, czy może ten wieczór tak traktować. Dawała sobie już zbyt wiele nadziei. Myślała o tych Karaibach. O nim w jej łazience. O tych wszystkich słowach, które między nimi padły. O każdym małym geście, którym się obdarzyli. To wszystko było przypadkowe czy celowe? Wiedzieli co robią czy wręcz przeciwnie?
      Stojąc przy drzwiach niewiele myślała. Ubrania przerzucone miała przez przedramię i czekała, aż otworzy. Weźmie je i zniknie z powrotem, czy… I w tym momencie otworzył drzwi. Ciepła para uderzyła w nią niemal od razu, ale pierwsze co zarejestrowała to i tak był on. Z cieknącą po torsie wodą, mokrymi włosami i niedbale zawiniętym ręcznikiem wokół ciała. Nawet, gdyby chciała to nie potrafiłaby nie spojrzeć.
      — Nie ma problemu.
      Podała mu je bez dodatkowych słów, a jednak nie cofnęła ręki, kiedy ich dłonie się ze sobą zetknęły. Przeszył ją przyjemny i znajomy dreszcz, którego nie wiedziała, czy jeszcze ma prawo czuć. Na moment chyba nawet wstrzymała oddech, czując się, jak nastolatka, która pierwszy raz znajduje się w towarzystwie chłopaka, który się jej podoba. Nieświadomie, a może celowo zrobiła krok w jego stronę. Od ciała Cartera biło ciepło po wodzie i intensywny zapach wiśni, który tak dobrze znała.
      Podniosła na Cartera wzrok. Uważny i cichy, jakby sprawdzała, czy zaraz nie zamknie jej drzwi z hukiem przed nosem.
      — Mam iść? — Pytanie padło między nimi cicho i nie potrzebowało odpowiedzi słownej. Wystarczyłby jeden ruch, jedno spojrzenie. Jej palce sięgnęły mocniej po jego dłoń. Jeszcze nie w zaborczym geście, ale jakby sprawdzała, czy dobrze myśli, czy w ogóle może sobie na to pozwolić. Trochę niepewna, badająca grunt pod nogami, który mimo, że znajomy to miał w sobie coś nowego, czego jeszcze nie znała.

      sloane

      Usuń
  3. Patrzyła na niego uważnie. Tymi dużymi, piwnymi oczami, w których nie było hałasu, który zwykle jej towarzyszył, kiedy się czegoś nabrała. Te wszystkie wewnętrzne demony milczały teraz z jednego powodu. Carter był tuż na wyciągnięcie ręki. Nie tysiące mil dalej, nie tylko w jej wyobrażeniach – fizycznie stał przed nią. Tak blisko, że od jego obecności mogła się niemal dławić. Spychała pragnienie o nim na bok. Próbując wmówić sobie, że on już nic nie znaczy, że nie musi za nim tak ciągle biegać, że każde z nich udało się już dawno temu w swoją stronę, a jednocześnie nie potrafiła przestać. Nie, kiedy widziała chociaż małą szansę, a ten wieczór dał jej ich aż nazbyt wiele. Może tylko złudnych, nieprawdziwych, ale dał jej nadzieję, że naprawdę mogliby spróbować jeszcze raz. Nawet, jeśli miała tę świadomość, że w jego obecnym życiu Sloane jest tą drugą. Słyszała przecież w jaki sposób mówił o Sophii. Wiedziała również, że ta dziewczyna nie opuściła jego głowy. Nie tak w pełni, że on wciąż za nią tęsknił i że gdyby mógł, to zmieniłby i oddał wszystko za to, aby jeszcze z nim była. Sloane wślizgnęła się prawie niepostrzeżenie. Wykorzystując w nim te elementy, które były połamane i potrzebowały opieki. To nie było fair ani tym bardziej poprawne, ale ona rzadko kiedy grała według zasad. Układała sobie własne, a to, co działo się między nimi nigdy nie wpisywało się w znane innym schematy.
    Wyobrażała sobie zbyt wiele razy ten moment.
    Żadna z tych myśli nie zakrywała o to, że będą w jej mieszkaniu. Oboje naćpani, czekając na pizzę, która Bóg jeden wie, czy się nie spali. Stojący w drzwiach do łazienki, z której wciąż unosiła się ciężka, ciepła para. W jej myślach Carter kojarzył się z chaosem i tego oczekiwała. Nie spokoju i ciszy. Zawieszonego między nimi pytania, którego z jednej strony zadawać nie musiała. Wystarczyło sięgnąć, a Carter wcale nie musiał nic więcej robić. Mógł przytaknąć w milczeniu. Mógł też zatrzasnąć jej drzwi przed nosem, ale nie zrobił żadnej z tych rzeczy. Carter odwzajemniał jej spojrzenie w milczeniu, które nie był ciężkie ani bolesne.
    Usta Sloane uniosły się w lekkim uśmiechu.
    — Mhm. — Przytaknęła i skinęła głową. Chciała zostać i być blisko. Może potrzebowała sobie uświadomić, że Carter nie był żadną fatamorganą, która rozwieje się, kiedy na moment straci go z oczu. Mogła słyszeć szum z łazienki i mieć świadomość, że on wciąż w jej mieszkaniu jest, ale… Ale nie tylko chciała, ale potrzebowała go widzieć na własne oczy.
    — Też się chcę wykąpać. Nie tylko ty masz do zrobienia everything shower. — Rzuciła tym swoim luźnym, ale miękkim i trochę zaczepnym tonem. Mogła poprowadzić tę rozmowę inaczej lub nie mówić już niczego więcej. Pospiech nie był jej teraz potrzebny. Ani Carterowi. Teraz… Teraz może nawet lepiej było się nie spieszyć. Tylko wejść w ten stary rytm na nowo. Stary, a jednocześnie… Dziwnie znajomy, bo choć to nie było tak, że wrócili do miejsca, które znali jak własną kieszeń, to odnajdowali się w nim bez błądzenia po omacku. Może trochę niepewnie, ale nie robili nic na ślepo.
    — Strasznie długo tu siedziałeś. — Mogło, ale nie zabrzmiało to z wyrzutem. Zresztą, miała drugą łazienkę, gdyby naprawdę potrzebowała wskoczyć pod prysznic tu i teraz. — A skoro już mi nagrzałeś łazienkę… To chyba mogę skorzystać?
    Nie, aby tego potrzebowała. Podłogi były ocieplane. W całym mieszkaniu utrzymywała się nieco wyższa temperatura, która przyjemnie grzała, kiedy za oknem sypał śnieg, a temperatury zbliżały się do zera lub schodziły poniżej.
    — Nie krępuj się. Nie będę podglądać. — Dodała z lekko łobuzerskim uśmiechem i błyskiem w oku, który mógł sugerować, że raz czy dwa może zerknie w lustro i że absolutnie niczego nie będzie żałowała.
    Prześlizgnęła się obok niego. Nie pytała już dalej czy może, działała. Tak, jak tysiące razy w przeszłości. Jeszcze nim podeszła do umywalki i lustra wiązała włosy, które spięła leżącą na blacie brązową spinką z jakimiś diamencikami. Póki jeszcze miała siłę chciała się ogarnąć, bo wiedziała, że jak tylko usiądzie na łóżku lub sofie – to już się nie podniesie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To była jak scenka z przeszłości. Sloane ogarniająca się przy lustrze. Zmywająca makijaż olejkami, wacikami i wodą, domywająca jakąś pianką lub żelem. Carter gdzieś w zasięgu wzroku, który teraz miała trochę rozmyty przez olejek i piankę. Wystarczyło jej, że go słyszała, że wcale nie uciekł i nie zaczął wyrzucać z siebie przekleństw z szybkością karabinu maszynowego. Jakby to było zwykłe zakończenie trudnej nocy, przez którą przebrnęli razem mimo tego, że nic nie wskazywało na to, aby miało się to w ten sposób zakończyć.

      sloane

      Usuń
  4. To był bardzo zły pomysł i Sloane doskonale o tym wiedziała. Problem polegał na tym, choć ona tego w ten sposób nie widziała, że była mistrzynią w podejmowaniu złych decyzji. Takich, których często się żałowało i które ciągnęły się za człowiekiem przez tygodnie, jak nie miesiące. Mogła mu podać ubrania, odwrócić się i z powrotem znaleźć w kuchni, gdzie pilnowałaby tej pizzy, ale nie chciała udawać, że to jest dla niej ważniejsze. Ten grzejący się w piekarniku placek był teraz nieistotny.
    — Dzięki. — Rzuciła. Była u siebie, więc technicznie mogła wchodzić wszędzie i nie pytać się o pozwolenie, a z drugiej strony był tutaj Carter i chwilami Sloane nie była pewna, jak ma się zachować. Czy może przekroczyć jakąś granicę między nimi czy lepiej jednak będzie stać na baczność i w zniecierpliwieniu oczekiwać na zmianę sytuacji?
    Ruchy miała mechaniczne, ale nie bezmyślne. Wykonywała tę czynność niemal codziennie i miała każdy ruch zapisany w mięśniach. Bez patrzenia wiedziała po co ma sięgnąć, kiedy odkręcić kran. Włosy spięte miała byle jak, a jednak odsłaniały kark. Ten, na którym wciąż widniał tatuaż, który Carter zakrył. Mogłaby się uczepić tylko motylka na ramieniu, który wiedziała, że Sophia również ma. Było coś ironicznego w tym, że Carter pozbył się Sloane ze swojej skóry, a mimo to po miesiącach nadal stał z nią w łazience owinięty jedynie ręcznikiem w biodrach. Mimo, że nic się nie wydarzyło. Przynajmniej tutaj, ale tych pocałunków i dotyku w klubie nie można było liczyć. Nie, gdy on wtedy sam nie miał tak na dobrą sprawę pojęcia kto siedzi mu na kolanach. Dzielnie z nim łazienki było intymniejsze od jakichkolwiek pocałunków. Wspólne mycie zębów nie było tej nocy na liście rzeczy do zrobienia. To był niemal powrót do przeszłości, kiedy jeszcze nic nie było tak skomplikowane. Pamiętała te wszystkie wieczory, które podobnie wyglądały. Zbyt zmęczeni, aby myśleć o czymkolwiek, ale wciąż niepotrafiący zostawić się w spokoju nawet na pięć minut. Ona pod prysznicem, Carter przy umywalce lub na odwrót. Częściej do kabiny wchodzili razem. Tym razem było jednak inaczej. To nie był niekomfortowy dystans, a raczej świadomy. Wystarczyła jedna decyzja, a wszystko się zmieni i Sloane może chciała tej zmiany, ale jeszcze nie teraz. Jeszcze zdawało się, że jest za wcześnie.
    — Widziałam już wszystko, Carter. — Puściła mu oczko lekko odwracając głowę w jego stronę. — I naprawdę, nie masz się czego wstydzić.
    Mówiąc to przesunęła wzrokiem po jego torsie, ale zrobiła to w odbiciu lustra. Przez moment naprawdę wyglądali jak zwykli ludzie. Wracający po zbyt długiej nocy i starający się ogarnąć na tyle, na ile pozwalały im zmęczone ciała i otępione umysły.
    Sloane dobrze wiedziała, że wystarczy jeden ruch i będzie po wszystkim. Wystarczyłoby, żeby odwróciła się do niego bokiem i rzuciła do umywalki trzymane w ręku przedmioty. Objęła go i przyciągnęła do siebie, ale nie zrobiła tego. Wcale nie dlatego, że była lepszym człowiekiem. Nie, ona wciąż w środku była dokładnie tak samo zepsuta, jak dawniej. Tylko teraz rozumiała więcej, a pospiech nie zawsze był odpowiedzią na wszystko. I chciała w tym momencie zaczepić się na trochę dłużej. Na jego obecności obok. Cieple, które biło od jego ciała i w spokojnym głosie, który potrafił koić i jednocześnie wzniecać pożary.
    Czuła to napięcie między nimi. Sama je budowała robiąc wszystko, aby jej kolejny ruch nie był przewidziany. Pocałuje go? Dotknie? Czy będzie udawać, że nic jej to nie obchodzi?
    — Prawie jak stare, dobre małżeństwo, co? — Zaśmiała się pod nosem. Jeszcze trochę i mieliby za sobą rocznicę, gdyby tak wytrzymali jeszcze kilka tygodni… Ale nie wytrzymają. Gdzieś w środku o tym wiedziała, ale nie pozwoliła, aby te myśli teraz przejęły nad nią jakąś kontrolę, aby zaczęła się martwić tym, że ich wspólny czas był ograniczony.
    Cisza, która zapadła przerwana była jedynie przez bzyczenie szczoteczki Sloane. Zwykły wieczór, zwykła para, zwykłe czynności w zwykłej łazience. Ale nic w tym zwykłego tak naprawdę nie było.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zsunęła z siebie sukienkę w ciszy. Zostawiając ją na podłodze razem z innymi rzeczami. Mały bałagan, który niemal ją symbolizował. Weszła do kabiny prysznicowej w ciszy i bez odwracania się w stronę Cartera. Może zerknęła tylko raz, ale przez parę, która się unosiła i zakroploną szybę nie była pewna, czy spojrzał. Chciała, aby to zrobił. Jednak zamiast skupiać się na nim, skupiła się na cieplej, prawie gorącej wodzie. Umyła włosy, palcami wczesała w nie jakąś odżywkę. Bez pospiechu, ale nie ociągała się też jakoś wybitnie. Zakręciła w końcu kran, odcisnęła nadmiar wody z włosów i wyszła z kabiny. Stała na macie przed kabiną, bez cienia skrępowania. Owinęła ciało różowym ręcznikiem, a potem to samo zrobiła z włosami.
      — Dalej masz ochotę na maseczkę? — Spytała podłapując jego wzrok. Kąciki jej ust lekko się uniosły, ale nie w triumfie, a raczej… Raczej jak u kogoś kto wie, że właśnie ma w tej chwili coś dobrego i zrobi wszystko, aby tego nie popsuć.
      Sloane otworzyła szufladę i wyjęła z niej pierwsze dwie maseczki, które znalazła, a także pudełeczko z płatkami pod oczy. W innej sytuacji w ogóle nie uwierzyłaby w to, co się działo. To było zbyt… zwykłe. Zbyt niepasujące do nich. Do tej Sloane i Cartera, którzy zrywali z siebie ubrania w szale i całowali tak, jakby jutra miało nie być, a tymczasem, mimo że nie dzieliły ich żadne warstwy, byli tak blisko to żadne nie robiło tego ostatecznego kroku. Przynajmniej jeszcze nie.
      — Chodź tutaj. — Poprosiła odkręcając pudełeczko. Wzięła do ręki małą plastikową szpatułkę, którą wyjęła pierwszy płatek. — Przydadzą się nam po tej nocy.

      sloane

      Usuń
  5. Siedział na jej wannie, okręcony jej ręcznikiem i za chwilę miał na sobie mieć jej płatki pod oczy i jej maseczkę. To nie była normalna sytuacja i oboje musieli się z tym zgodzić. Takie noce kończyły się dawniej w zupełnie inny sposób. Namiętny, pełen pasji i urwanych oddechów zmieszanych z szeptaniem nawzajem swoich imion. Wciąż mogło się tak skończyć. Sloane tego nie wykluczała, ale też niczego nie przyspieszała. Pozwoliła, aby sprawy potoczyły się własnym rytmem. Bez zbędnego naciskania. Nie musieli się bardziej starać. Atmosfera stworzyła się w zasadzie sama, a oni w niej próbowali się jeszcze odnaleźć. To nie była chwila w klubie. Coś, co działo się pod wpływem emocji, alkoholu i tęsknoty, którą ciężko było im ukryć. Tutaj wychodziło na wierzch zaufanie. Świadomość, że znają się lepiej niż oboje byli gotowi przyznać. Że czasami to Sloane lepiej wiedziała co będzie dla Cartera lepsze. Nawet, jeśli on sam się przed tym bronił. I może maseczka wcale nie odmieni jego życia o sto osiemdziesiąt stopni, ale była zdecydowanie lepszym rozwiązaniem niż faszerowanie się kolejną dawką koki czy wypaleniem całej paczki papierosów na tarasie.
    — Zapalić mogę ci dać później. — Obiecała. To nie byłby pierwszy raz, jak po całej nocy skończą z kolejnym jointem w dłoniach. Mogli, a może nawet powinni po niego później sięgnąć. W końcu po niczym tak dobrze im się nie będzie spało, nie?
    Podeszła do niego bliżej. Niemal stojąc między jego nogami, uważnie przykładając pierwszy płatek pod oko. Poprawiła go, gdy trochę zsunął się po jego skórze. Sloane uśmiechała się delikatnie. Niemal czule. Było w tym coś zabawnego, ale i rozbrajającego. Patrzyła na to, jak mężczyzna, którego kochała z całego serca siedzi bezbronnie i nie walczy z różowymi płatkami pod oczy.
    — Pasują ci. — Powiedziała, kiedy i drugi znalazł się na swoim miejscu. Sięgnęła po maseczkę, rozerwała opakowanie i wyjęła materiałową maseczkę, która miała w sobie trochę zbyt wiele esencji, ale nie był to problem. — Będzie chłodna. — Ostrzegła. W międzyczasie rozłożyła ją w dłoniach i dopiero, gdy była gotowa przyłożyła ją do twarzy Cartera. Pasowała idealnie. Wygładziła ją na policzkach i czole, a każdy jej ruch był delikatny, jakby nie chciała o spłoszyć. Ale jeszcze nie skończyła. Z opakowania udało się jej wycisnąć nadmiar produktu, który rozprowadziła w dłoniach, a następnie po jego szyi. Bez pytania czy może. Skórę miał ciepłą, ale już nie wiedziała, czy to od wody czy taki po prostu był. Nie, Carter zawsze, a na pewno często, był ciepły. Nieraz się śmiała, że nie może przy nim spać, bo się czuje, jakby spała z grzejnikiem, a on wtedy tylko mocniej ją do siebie przyciągał i nie wypuszczał z objęć. Może tej nocy też tak będzie, bo przecież nie wygoni go do salonu, a ten dodatkowy pokój, który miała był zagracony i nie było szans, że Carter spędzi tam noc.
    Prawdę mówiąc nie sądziła, że po tym wszystkim co razem przeszli jeszcze kiedyś będą mogli spędzić w ten sposób czas. Parę tygodni temu Sloane była pewna, że ich jedyne interakcje to będą kłótnie, wrzaski i rzucanie szklankami o ścianę, chaotyczna namiętność, której nie potrafili z siebie strząsnąć, a tymczasem… Tymczasem było między nimi intymnie i cicho. Żadnych złośliwych tekstów. Żadnego podjudzania się nawzajem. Tylko gram zaufania i potrzeba bliskości, której oboju brakowało. Sloane tęskniła za bliskością z nim, a Carter… Carter pewnie tęsknił za kimś innym. Za kimś kogo imienia wypowiadać między nimi tej nocy nie chciała. I powinno jej to przeszkadzać, ale tak wcale nie było. Chciała być obecna. Chciała dać mu to, czego nie mogła dać przez tak wiele miesięcy, kiedy byli razem.
    — Nikomu nie powiem, że dałeś sobie włożyć różowe płatki pod oczy i maseczkę, która pachnie jak wata cukrowa. — Obiecała z lekkim śmiechem. — Chociaż… mała seria na TikToku „Skincare with Zaire” miałaby miliony wyświetleń.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdyby nie to, że ich fani znali aż nazbyt dobrze łazienkę Sloane mogliby nagrać to tu i teraz, ale wywołałoby to zbyt wiele zamieszania. I Sloane nie chciała się też dzielić Carterem z nikim innym. To był jej moment.
      Ich moment.
      Może jeszcze nie wiedzieli, dokąd ich to zaprowadzi i czy to początek czegoś nowego czy tylko… Krótka chwila przed prawdziwym końcem, ale było to też bez większego znaczenia. Cieszyła się tym, że po prostu przy niej jest.
      Zauważyła, że jej dłonie są na jego szyi i ramionach zbyt długo. Już dawno cały produkt, który z opakowania maseczki wycisnęła wsiąknął w jego ciało, a jeszcze nie zmusiła się do tego, aby je zabrać. Przez moment tylko patrzyła mu w oczy. Te znajome czekoladowe tęczówki, które chyba pierwszy raz od dawna się wyciszyły i nie było w nich tego przykrego hałasu, który nie pozwalał mu na odprężenie się.
      — Czujesz się trochę lepiej? — Zapytała cicho, jakby nie chciała psuć tej chwili między nimi, ale też musiała wiedzieć, czy to cokolwiek dało, czy oboje jednak udawali.

      sloane

      Usuń
  6. Słowa teraz w zasadzie między nimi były zbędne. Wszystko co potrzebowali sobie powiedzieć mogli zrobić za pomocą jednego spojrzenie, które niosło za sobą więcej niż jakiekolwiek słowa mogłyby pomieścić. Uwielbiała to w nich, że milczeniem potrafili się porozumieć. Sloane nawet nie musiała się pytać, czy na pewno jest mu lepiej. Widziała to po jego oczach, które były spokojniejsze i znosiły lżej to, co się wokół działo.
    — Pamiętam też, jak podkradałeś mi krem nawilżający. — Mruknęła w odpowiedzi, a kąciki jej ust zadrżały jakby unosiły się do uśmiechu. — Jakoś wybitnie szybko mi się kończył. — Zaśmiała się. Próbowała. Naprawdę próbowała go przekonać, że od odrobiny kremu nic mu nie będzie, a poczuje się lepiej i przestanie mieć taką szorstką skórę. Nie zliczy, ile razy mu groziła, że przestanie go całować, jak dalej będzie się ocierała twarzą o jego szorstką skórę. Wziął sobie chyba do serca jej ostrzeżenie, bo po tym częściej znikał jej krem. Dla Sloane to było zwycięstwo. Nawet, jeśli Carter nie zamierzał się przyznać, że to był on i wolał zwalić winę na nią, że używa w chorej ilości i nie pamięta, ile sobie sama kładzie tego na twarz.
    Nie zareagowała, kiedy jego opuszek muskał zewnętrzną stronę jej uda. Mimo tego, jak delikatny był to dotyk to Sloane go wyraźnie czuła. Subtelne muskanie, które nie było prowokujące, chociaż w tej chwili to miała wrażenie, że wszystko mogłoby ją sprowokować do zrobienia czegoś głupiego. Miała go tuż pod sobą. Wystarczyło się nachylić, ale zamiast tego cieszyła się tym delikatnym dotykiem i faktem, że ich ciała nieznacznie się ze sobą stykały. Tak delikatnie, że było to niemal niewyczuwalne. Pozwoliła sobie na moment przymknąć oczy. Nie chciała pozwolić sobie na to, aby zbyt mocno zadziałała jej wyobraźnia. Nie chciała dawać sobie tym żadnej nadziei, bo to nie miało sensu, kiedy doskonale wiedziała, że to się niedługo najpewniej skończy. Jedna noc. Jedna znacząca dla niej zbyt wiele noc, ale wciąż to było tylko parę godzin. Może jakimś cudem będzie chciał zostać dłużej, jeśli Sloane nie zrobi niczego, co go odstraszy, a mogła. Miała do tego wybitny talent, aby rozpieprzać to, co dobre i niewinne, a wszystko co między nimi teraz się działo takie właśnie było. Niewinne. Żadnej agresji, którą oboje znali i w której się czasem topili. Tylko ich dwójka. Skupiona na tych płatkach i własnej bliskości, której łaknęli, ale tym razem nie brali jej w garściach, a na spokojnie. Jakby jeszcze sprawdzali, jak wiele mogą od siebie wziąć i jak wiele chcą dać.
    — Jeszcze jakieś życzenia, księżniczko? Malinowy balsam do ust? Wiśniowy do ciała? Maseczkę na dłonie i stopy? — Zaśmiała się. I to wszystko by mu dała. Carter o tym musiał doskonale wiedzieć. Teraz… Teraz Sloane gotowa była spełnić każde jego marzenie. Nawet te najbardziej odklejone.
    Nie ściągnęła dłoni z jego szyi. Przeciągnęła je za to na ramiona. Delikatnie naciskając, a kiedy wyczuła w nich opór nawet nie była zaskoczona. Mięśnie zawsze miał spięte, a tym razem sama jej obecność nie wystarczy, aby się rozluźnił. Ponowiła nacisk, ale nie na tyle, aby sprawić mu ból. Chciała go tym chociaż minimalnie odprężyć. Mimo, że wiedziała, że to pewnie nie da zbyt wiele, ale może chociaż na moment na ulgę, której po prostu potrzebował.
    — Spięty jesteś. — Westchnęła bez oskarżania. Zrobiła krok bliżej, bo tak było jej wygodnie i tym samym otarła się swoimi udami o jego. Dłonią sięgnęła głębiej na jego ramionach. Zaczepiając palcami o łopatki. Zupełnie nie tak wyobrażała sobie ten wieczór. Oni w jednej łazience. Jedynie w ręcznikach, które najpewniej trzymały się już tylko na słowo honoru, a przynajmniej jej. Carter był w znacznie lepszej pozycji, bo nawet, gdyby mu się rozsunął to mógłby go sprawnie poprawić. Jej natomiast w sekundy spadłby na podłogę, a nawet, gdyby się tak stało to Sloane raczej nieszczególnie by się przejęła.
    — Cieszę się. — Powiedziała cicho. Tego właśnie dla niego chciała, kiedy zabierała go z klubu. Aby się wyciszył i nie szukał adrenaliny, która tylko na bardzo krótki moment da mu ulgę, której tak bardzo potrzebował.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sloane nie zawsze to rozumiała, ale ulga nie zawsze przychodziła z tego co głośne. Czasami… Czasami należało posiedzieć ze swoimi demonami, aby je oswoić. Albo przynajmniej spróbować zrozumieć, jak działają, aby nie dać się im pożreć w całości. Nie wiedziała, czy Carter to właśnie robił czy tylko pozwalał sobie na oderwanie od rzeczywistości, a kiedy do niej wróci to wrócą wszystkie męczące go myśli. Pewnie tak właśnie będzie, ale teraz i w tej chwili, liczyło się, że pozwolił sobie na odpoczynek.
      — Dobrze, niedawno wymieniałam drzwi. Nigdzie ich już nie można dostać, jakbyś je rozjebał to nie wiem, czym musiałbyś mnie urobić. — Rzuciła to ze śmiechem i w formie żartu, ale w środku naprawdę cieszyła się, że Carter nie miał potrzeby, aby zrywać się i szukać ulgi w przemocy.
      Jej palce nie przestawały działać. Wciąż tak samo próbowały dać mu ulgę, jak jeszcze przed chwilą. Robiła to, bo nie czuła z jego strony oporu. Nie zdejmował jej dłoni, nie wzdrygał się i nie odsuwał.
      — Byłoby wygodniej, gdybyś leżał. — Pamiętała, jak te momenty wyglądały dawniej. On na brzuchu, ona siedząca na nim z olejkiem na dłoniach, który rozprowadzała mu po ciele próbując rozmasować spięte i twarde mięśnie, które nie ustępowały. Ale jeszcze nie zaproponowała zmiany miejsca. Póki co, ale tutaj było dobrze. Cicho, ciepło i intymnie. Z jej dłońmi na jego ramionach, jego palcami, które wciąż nie przestawały muskać skóry jej nóg. Po prostu z nimi. Obecnymi i słuchającymi.

      sloane

      Usuń
  7. Czasami trzeba było odpuścić. Pozwolić, aby to ta druga osoba przejęła kontrolę. Tak. Jak robiła to Sloane w tej chwili. Nie pytała się, czy może, bo wtedy mógł jej odmówić. Cartera czasem lepiej było postawić przed faktem dokonanym niż prosić o pozwolenie. Łatwiej było przeprosić niż potem żałować, że czegoś się nie zrobiło. Sloane nie chciała żałować tego, że nie wykorzystała w pełni czasu z Carterem. Nie chodziło o fizyczność, a o samą obecność. Nie miała pojęcia, kiedy znów będzie miała go obok i czy w ogóle taki moment nadejdzie, a tracenie z nim teraz nawet paru minut zdawało się być czystą głupotą.
    — I bardzo ładnie się wtedy posłuchałeś. — Uśmiechnęła się. Mogła się na nim teraz nachylić i pocałować tuż pod uchem, gdzie kończyła się maseczka, a skóra była odsłonięta. Ale tego nie zrobiła. Nie chciała przekraczać tej granicy zbyt wcześnie. Nie chciała być tylko ucieczką dla niego, choć gdzieś w środku wiedziała, że najpewniej właśnie tylko tym jest i poniekąd była z tą myślą pogodzona. — A z tego co ja pamiętam… To bardzo ładnie ci to wtedy wynagrodziłam. — Dodała z pełną świadomością, jak to może zabrzmieć. Nie chciała w nim rozbudzić wspomnień, a po prostu… Dać wszystko. Nie tylko samą obecność, ale poczucie, że to wcale nie musi kończyć się tutaj. Składanie sobie nawzajem teraz obietnic nie miało sensu. Sloane nie chciała tego robić, bo żadne z nich nie było dobre w dotrzymywaniu ich, ale mogła dać mu teraz całą siebie.
    — I miałam rację, prawda? Że będzie ci lepiej? — Czekała na jego odpowiedź, której nawet nie musiał jej dawać. Niewielkie opakowanie kremu, a potrafiło człowiekowi poprawić humor i sprawić, że wszystko zdawało się być lepsze. Nawet, jeśli to było ulotne.
    Sloane uśmiechnęła się pod nosem na jego pytanie.
    — Nie wiem, Carter. To ty mnie najlepiej znasz. Wymyśliłbyś coś.
    Spoglądała na niego z góry i czuła, naprawdę cholernie mocno czuła, jak ciągnie ją do niego jeszcze bardziej. Wystarczyłby jeden ruch, aby zerwać mu maseczkę z twarzy i sięgnąć do pełnych ust, których kształt znała na pamięć. Jedno szarpnięcie z jego strony, aby ręcznik znalazł się na podłodze. Wystarczyło, żeby jedno z nich zrobiło ten dodatkowy krok, aby przestali się cofać przed sobą nawzajem.
    Westchnęła niemal bezgłośnie w odpowiedzi na jego dotyk, który tak przyjemnie koił i jednocześnie rozpalał w niej to wszystko, co było znajome i czego już od dawna nie powinna była chcieć. Blondynka na moment przymknęła oczy, a jej palce mocniej wbiły się w ramię. Jakby tym próbowała utrzymać samą siebie w pionie przed tym, co może wydarzyć się później. Nigdy nie była rozsądna, a już na pewno nie wtedy, kiedy chodziło o Cartera. Przy nim wyłączała się kompletnie. Przy nim wszystko inne przestawało mieć znacznie. Trwała w tym zawieszeniu może przez parę chwil, dopóki się nie ocknęła. Nie cofnęła się, nie kazała mu przestać. Nie chciała, żeby się to kończyło i Carter to również wiedział. Sloane była tego dotyku głodna. Tej bliskości, której nie znalazła już po nim. Próbowała, ale za każdym razem trafiała na ślepy zaułek. Zdawała sobie sprawę, że to ulotna chwila. Że niedługo się pewnie skończy, ale póki trwała, to zamierzała się nią cieszyć w pełni.
    Znała go na tyle, aby wiedzieć, kiedy udaje, a kiedy na trochę odpływa. Teraz nie udawał obojętności. Wyczułaby to w jego ruchach, a jego dłonie wciąż jej dotykały. Niemal z uwagą, jakby próbował zapamiętać każdy skrawek jej skóry, choć swego czasu znał ją na pamięć. Może tylko przypominał sobie, a może… Może Sloane wcale nie uciekła z jego głowy, jak myślała wiele razy.
    — I myślisz, że na to nie zasługujesz? — Westchnęła. Uścisk jej dłoni zelżał. Teraz tylko nimi delikatnie sunęła po jego ramionach, wchodząc bardziej na łopatki. Zrobiła tak kilka razy. W górę i w dół, po ramionach i z powrotem do szyi, a potem wracała tą samą wyznaczoną przez siebie ścieżką. — Ale masz, leżenie w moim łóżku z czystą pościelą, kwiatowym zapachem i waniliową świecą to jest luksus. — Zaśmiała się krótko, aby odwrócić jego uwagę od myśli, które zaczynały go znów łapać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mogła włożyć swoją grzeczną piżamę i udawać, że wcale nie chciałaby, aby Carter był nad nią lub pod nią, że nie chce znów splątać się z jego ciałem jak dawniej. Zapomnieć o całym świecie, bo trzyma ją w swoich objęciach. Zaprowadziłaby go do sypialni, wpakowała do łóżka i nakarmiła. Zgasiła światło i dla świętego spokoju przyniosła drugą kołdrę, aby nie szukali siebie nawzajem pod jedną. Ale póki co, jeszcze mogli tutaj przez jakiś czas zostać.
      — W końcu położyć się będziesz musiał. — Zauważyła. — Nie spędzimy tu całej nocy, a ja cię stąd nie wypuszczę, dopóki nie prześpisz przynajmniej kilku godzin. Albo chociaż nie poleżysz przez chwilę.
      Musiał odpocząć. Nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim to jego głowa musiała odpocząć. Wyłączyć się i przynajmniej spróbować poskładać się na nowo. Sloane objęła jego szyję palcami, a kciuki ułożyła pod jego brodą i jednym ruchem wymusiła, aby podniósł głowę.
      — Pozwól sobie zostać, Carter… Jeszcze przez chwilę, dobrze?
      Nie dodała „dla mnie”, bo to nie o nią chodziło. Mimo, że sama była w równie wielkiej rozsypce. To dla niego się starała. Dla niego się teraz uśmiechała i przywoływała wspomnienia, choć fakt, że Carter nie był już jej i tylko tyle miała – wspomnienia – ściskał ją za gardło. Chciała mu dać coś więcej poza byciem kolejnym ciałem, przy którym może zapomnieć. Chciała mu dać obecność, a to więcej niż ktokolwiek z jego towarzystwa mógł zrobić.

      sloane

      Usuń
  8. Błaganie teraz niewiele by dało. Nigdy nie dawało, a Carter… Carter nie był tym, który rozdaje litość. Gdyby tak było zostałby z nią już dawno temu. Ten jeden raz Sloane nie chciała o niego błagać. Nie musiała tego robić tej nocy. Nawet, jeśli zostawał, bo nie miał co innego ze sobą zrobić. To było bez znaczenia, a Sloane nie chciała się zastanawiać, co jest prawdziwym powodem tego, że Carter jeszcze tutaj siedzi i pozwala się jej dotykać, że on ją dotyka. Nawet, kiedy ich dłonie nie miały w sobie tego żaru pożądania to nie dało się go w pełni ukryć. W tej chwili nie był on po prostu na pierwszym miejscu, a Sloane wiedziała jedno, że gdyby sobie pozwolili to nic by ich nie powstrzymało. Jej na pewno nic by nie powstrzymało. Żaden telefon, żadne dobijanie się do drzwi. Nie, gdyby miałaby go w pełni dla siebie. I naprawdę, nie chodziło o seks sam w sobie, ale o niego. O to, że byłby blisko i to tak, jak od dawna nie był. Pozwalała, aby sytuacja między nimi rozwijała się w wolnym, luźnym tempie. Takim, które im pasowało. Bez nacisków, które teraz zwyczajnie były zbędne.
    — Dobrze, że potrafisz to chociaż przyznać. — Mruknęła, a kąciki jej ust lekko drgnęły. Poprawiła palcem delikatnie maseczkę na jego twarzy, kiedy ta trochę się ześlizgnęła. — Może nie zawsze i nie we wszystkim…, ale w tym jednym miałam. — Dodała. Ona też się myliła. W dodatku częściej niż była skłonna to przyznać.
    Jego palce ją rozpraszały. Płynące z ich ciepło przenikało przez skórę i wchodziło głęboko. Zaczepiało się dokładnie o to miejsca, które były od dawna przez nikogo nieruszane. Tylko Carter potrafił tam dotrzeć. Może tylko jemu pozwalała tam dotrzeć. Stojąc tak przed nim, okryta tylko ręcznikiem nie potrafiła udawać, że za nim nie tęskni. Każdego dnia tęskniła. Raz mocniej, innym razem nie. Teraz te uczucia były tylko spotęgowane. Mógł to dostrzec w jej oczach, w których była nie tylko troska, ale przede wszystkim on i przede wszystkim to, jak dobrze jej teraz przy nim było. Miała świadomość, że to tylko chwilowe. A może? Co, jeśli to nie tylko na chwilę? Co, jeśli to był tak naprawdę dopiero początek? Nowa szansa na zaczęcie lepszego, wspólnego życia? Bez awantur, bez imion innych mężczyzn i kobiet? Bez przeszłości, która ich rozbijała na kawałeczki? Tylko Sloane i Carter. Dający sobie szansę od nowa? Małymi krokami i bez pospiechu, ale próbujący odnaleźć się na nowo w rzeczywistości?
    — Mhm, pewnie zabrałbyś mnie na Bora Bora czy do Polinezji Francuskiej, abym przestała jęczeć. — Mruknęła rozbawiona. Zawahała się na moment, a potem się roześmiała do własnych myśli. — Chociaż nie wiem, czy tam bym tego nie robiła. — Dodała nie mogąc się powstrzymać, a raczej oboje dobrze wiedzieli, jak taki wyjazd by się skończył.
    I wcale nie miałaby nic przeciwko temu, aby uciec do miejsca, w którym byłoby ciepło i przyjemnie. Sloane lubiła każdą porę roku, a zima w Nowym Jorku była zawsze miła, ale nic nie mogło przebić grzania się na ciepłym piasku. Gdyby tak ich naszło, aby jednak uciec z miasta to naprawdę nie miałaby nic przeciwko, a jednocześnie dobrze wiedziała, że to byłby głupi pomysł.
    — W dodatku w łóżku topowa piosenkarka, to dodatkowo podbija efekt. — Dodała z rozbawieniem i wyjątkowo tym razem nie miała na myśli nic niegrzecznego. — Nie każdy może się pochwalić takim combo. Doceniaj, Crawford. — Puściła mu oczko rozbawiona tym, jak ta rozmowa się toczyła. Cóż, jej też można było zazdrościć, że miała w swojej łazience Zaire’a, który pozwalał jej na robienie ze sobą wszystkiego, a ona to wykorzystywała w najlepszy z możliwych sposobów i kładła mu na twarz maseczkę z kokosem i różowe płatki pod oczy.
    Delikatnie przygryzła dolną wargę, kiedy sięgnął dłońmi dalej. Zamknęła znów oczy i westchnęła bezgłośnie. Każde miejsce, które dotykał delikatnie mrowiło od środka. W tej przyjemny sposób. Chciałaby umieć się od niego oderwać i przestać być tak przywiązaną, ale nie potrafiła. Wciąż… Wciąż był dla niej tak samo ważny, a może nawet bardziej, kiedy już wiedziała, jak smakuje jego strata.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Chcesz już to zdjąć? — Spytała, a jej opuszki lekko musnęły odstający materiał przy żuchwie. Uśmiechnęła się lekko kącikiem ust. Mogła mówić o maseczce i płatkach, a może o ręcznikach, które na sobie mieli. Nie było tak naprawdę żadnej pewności.
      Został. Bez obietnicy na jutro i na przyszłość, ale na ten moment to było wystarczające i Sloane więcej nie potrzebowała niż tego, że po prostu Carter teraz tutaj jeszcze przez jakiś czas będzie przy niej. Może zniknie rano, a może zostanie jeszcze do południa czy na parę dni, dopóki już faktycznie nie uzna, że dostał już wystarczająco dużo uwagi i może teraz sobie radzić sam bez pomocy Sloane.
      Skinęła lekko głową, kiedy to powiedział, bo odetchnęła z ulgą. Nie w widoczny sposób, ale dość, że było widać, że jest jej po prostu lżej, że nie ucieka i nie próbuje znaleźć wymówki dla siebie, aby uciekać z jej mieszkania.
      — Carter… — Zaczęła, ale nie dokończyła myśli. Sama nie była pewna, co właściwie chciała mu powiedzieć. — Cieszę się, że jesteś.

      sloane

      Usuń
  9. Sloane nie była chyba do końca pewna, co tak naprawdę robią. Czy tylko… Czy tylko pomogła mu się ogarnąć po ciężkiej nocy czy może między nimi właśnie zachodziło coś większego? Nie chciała karmić się złudzeniami, bo to nigdy do niczego nie prowadziło. Wolała też najbrutalniejszą prawdę od przyjemnych wizji. Nawet, kiedy sobie z nią nie radziła i robiła głupoty, które równie dobrze mogły kosztować ją życie. Teraz z kolei nie była pewna do czego to wszystko tak naprawdę zmierza. Gdzie się znajdą po tym wieczorze i czy to jeszcze coś znaczy.
    — Och, tak. Klejący się piasek. Jak można to lubić. — Mruknęła przewracając oczami. Pozwoliła, aby ten temat między nimi cichł. Nie chodziło o piasek, a ona nie musiała wskazywać dokładnie o co chodziło. Oboje wiedzieli, tyle wystarczyło. I gdyby Carter chciał to za chwilę mogliby się zbierać na lotnisko. Ucieczka z Nowego Jorku, a może i ze Stanów dobrze by im zrobiła. Albo pogmatwałaby sprawy między nimi jeszcze bardziej. Ciężko było tak naprawdę stwierdzić. W jednej chwili się kochali, a w drugiej nienawidzili. Nie można było przewidzieć, jak będzie za chwilę, choć na ten moment nic nie wskazywało na to, że mogliby chcieć czegoś innego niż odrobiny spokoju, który płynął z tej chwili.
    Sloane nie do końca przemyślała swoje słowa. Z tym, że w tej chwili naprawdę nie myślała o tym, że nie był jedynym, który ją w ten sposób miał. Że Sloane… Że dzieliła się sobą z innym, kiedy była z Carterem. W tej chwili, kiedy jego dłonie sunęły po jej udach i zaciskał palce z tą znajomą pewnością, był jedynym mężczyzną, który pojawiał się w jej głowie. Żadnego byłego ochroniarza, żadnego byłego chłopaka nie było. Był tylko i wyłącznie Carter. Ten siedzący na brzegu jej wanny z maseczką i płatkami pod oczami. Z ciężkim spojrzeniem po nocy i mocnym uściskiem. Ze wszystkim co Sloane dobrze pamiętała z przeszłości, a do czego nie miała już prawa, a po co i tak sięgała wbrew wszystkiemu.
    Zajęło jej wiele czasu, zbyt wiele, aby zrozumieć, że to co Carter w sobie uważał za złamane wcale takie nie było. Że można go kochać mimo tej ciemności, którą za sobą niósł. A może, że można go kochać właśnie z nią. Nie oddzielać tego, jaki był za zamkniętymi drzwiami i brać go w całości. Tak, jak był namalowany. Bez rozdzielania i kochania tylko tego, co dobre i przyjemne. Gdzieś w środku wiedziała, że już na to jest za późno, że zbyt późno się tego nauczyła.
    — Pytałam o maseczkę… Ale wszystko inne też można zdjąć. — Odpowiedziała cicho. Bez nacisku, bez jakiejś próby płaszczenia się przed nim i proszenia, aby wziął więcej niż robił to teraz. Wciąż siedział z dłońmi na jej udach, przesuwając je co jakiś czas w górę, a jednak w tym dotyku było coś innego. Jakby nie tylko wypełniony był pożądaniem, ale przede wszystkim… Potrzebą bycia blisko.
    Zdawało się jej, że na moment wstrzymała oddech, kiedy dostrzegła jego spojrzenie. Mówiło jej więcej niż mógłby słowami, Zsunęła materiałową maseczkę z jego twarzy, którą bez odrywania wzroku od jego oczu rzuciła do umywalki niedaleko. Skóra lśniła mu od nałożonego kosmetyku. Opuszkami lekko musnęła jego policzki, chcąc w ten sposób rozprowadzić resztki produktu po jego twarzy, a potem zdjęła płatki, które były już trochę wyschnięte. One również trafiły do zlewu.
    Napięła się delikatnie, kiedy palcami zatoczył na jej skórze kółka. Bardziej z oczekiwania na to, co dalej niż z nerwów. Znała ich, wiedziała czego się spodziewać, ale tej nocy wszystko było inne od tego co znane. Może z większym znaczeniem. Nie wiedziała. Nie chciała zagłębiać się w szczegóły. Palce blondynki z twarzy zsunęły się niżej. Najpierw po jego szyi i ramionach, a potem na tors, ale ostrożnie, jakby badała, czy na pewno może sobie na to pozwolić.
    Odchyliła głowę do tyłu i poruszyła nią kilka razy, aby ręcznik z jej głowy spadł na podłogę. Włosy miała poplątane, ale teraz to było bez znaczenia, a kiedy jej głowa opadła z powrotem na dół od razu trafiła na spojrzenie Cartera.
    Nie potrzebowała kolejnego zapewnienia. Następne pytanie nie musiało już paść.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oderwała jedną dłoń od skóry mężczyzny. Wystarczyło jedno, niewielkie pociągnięcie za ręcznik, aby różowy materiał osunął się po jej ciele. Bez żadnej pewności, czy za chwile Carter się nie ocknie, ale teraz to zdawało się już być dla niej bez znaczenia. Miała przez moment wrażenie, że cisza, która zapadła dłuży się i staje się zbyt ciężka w utrzymaniu. Czuła, jak serce rozbija się jej w klatce piersiowej uderzając zbyt mocno i zbyt szybko o żebra. Nie chodziło o wstyd, a raczej o fakt, że widział ją tak pierwszy raz od miesięcy. Mogła coś powiedzieć, mogła zaczekać na jego ruch lub jakieś słowo, ale zamiast tego ujęła jego twarz w swoje dłonie. Nie po to, aby na nią nie patrzył, tego chciała i tęskniła za sposobem w jaki się na nią patrzył. Nachyliła się nad mężczyzną i najpierw niepewnie, niemal jakby robiła to pierwszy raz w życiu musnęła jego usta. Bez tej żarliwej namiętności, która zwykle kończyła się rozbitymi na kafelkach produktami. Kiedy nie wyczuła z jego strony oporu, a palce na udach zacisnęły się mocniej pogłębiła pocałunek. Tym razem pewniej i śmielej, jakby już nic nie stało jej na przeszkodzie.

      sloane

      Usuń
  10. Nie miała pojęcia, czy właśnie nie popełniają kolejnego błędu, ale jakie to miało teraz znaczenie? Był tutaj i nie uciekał, a Sloane tylko o to w duszy prosiła. Sama obecność by jej wystarczyła. To, że z nią zostanie na noc i nie ucieknie do znajomych schematów, które bardziej go tylko wyniszczały. Wystarczyłoby, żeby zasnął na jej łóżku i po prostu był bezpieczny. Z dala od ludzi, którzy oferowali mu kolejne narkotyki. Z dala od kobiet, które widziały w nim portfel i przepustkę do lepszego życia. Z dala od wszystkiego co było dla niego nieodpowiednie. Dostała więcej niż prosiła i chciała to dobrze wykorzystać.
    — Czasem robię…, ale nie, kiedy cię składam z powrotem w całość. — Odparła. Wtedy przykładała się, jak nigdy do niczego. Bo nie wystarczyło być tylko obecną, gdyby milczała to Carter pogrążyłby się w swoich myślach i nie dotarliby do miejsca, w którym są teraz. Wcale nie miała na myśli tego, że stałaby przed nim nago i go całowała. Ale o to, że nie znalazłby spokoju, który może nie potrwa długo, ale był obecny teraz i to było najważniejsze.
    Kiedy zrozumiała, że go kocha – tak naprawdę, a nie tylko przez prochy, bo wtedy kochała cały świat – poczuła, ten nagły, ogromny przypływ uczuć, z którymi człowiek sobie nie radzi, kiedy pojawiają się na raz. To było w jakiś przypadkowy dzień, kiedy siedzieli w penthousie. Uczucia były już wcześniej, ale dopiero się rozwijały. Pamiętała, że siedziała z nogami przerzuconymi przez jego uda, Carter coś przeglądał w telefonie i czasem się uśmiechał do siebie. Cichy dźwięk grał z jego telefonu, jakieś śmieszne filmiki, a kiedy na niego wtedy spojrzała uderzyło ją znienacka. I od tamtej pory to uczucie nie zniknęło. Nigdy w pełni. Czasem się wyciszało, kiedy się kłócili, kiedy uciekła w objęcia innych, ale… Ale nigdy na dobre nie zniknęło. Teraz to wszystko do niej wracało, ale ze zdwojoną siłą. Miesiące ciszy i przerwy swoje zrobiły. Ostatnie spotkanie, które zakończyło się kłótnią. To wszystko do niej wracało i popychało w jego objęcia tylko mocniej, a Sloane z tym nawet nie walczyła.
    Nie miała żadnej pewności, że jej nie wyśmieje. Nie rzuci, że znów próbuje go przekonać i wkupić się w jego łaski. Tymczasem on… On patrzył na nią tak, jak dawniej. Jakby tamte miesiące wcale się nie wydarzyły. Sloane zadrżała, już nie tylko od jego ciepła i dotyku, ale i spojrzenia oraz uczuć, które się pojawiły. Nie tylko między nimi, ale również w niej samej. Sloane pragnęła, aby Carter był z nią od miesięcy. Na początku sądziła, że dobrze robią. Zamiast tego, może należało iść na pieprzoną terapię małżeńską i spróbować od nowa. Teraz to było już bez znaczenia, bo tutaj był. Może na chwilę, a może jednak na zawsze. Przekonają się.
    Znów zadrżała, kiedy wypowiedział jej imię. W ten sposób, który nie pozostawiał już żadnych wątpliwości. Blondynka nie potrzebowała dodatkowego zapewnienia, bo gdy odwzajemnił pocałunek i przyciągnął ją bliżej – ona wiedziała już wszystko. Wszelkie wątpliwości odeszły na bok, a ona nie myślała już o tym, co może się wydarzyć tylko o tym, co właśnie się działo, a to było ważniejsze niż wszystkie, „a co, jeśli”.
    Przylgnęła do jego ciała w prosty sposób. Znajomy. Tak, jak wiele razy przedtem, a jednak było w nich teraz coś innego. Może byli bardziej świadomi. Bardziej doświadczeni przez życie. Ten pocałunek różnił się od tego w klubie. Nie był tak władczy, nie próbowali nad sobą górować. Tutaj oboje byli na tym samym poziomie. Dwójka ludzi, którzy za sobą tęsknili. Ludzie, którzy zbyt długo wokół siebie krążyli. Zbyt dumni, aby przyznać się do prawdy. Zbyt zajęci innymi ludźmi, żeby móc spojrzeć prawdzie prosto w oczy.
    Sloane niemal opadła na jego kolana. Obejmowała go jedną dłonią za kark, a drugą trzymała na jego ramieniu. Wzdłuż kręgosłupa przebiegł jej przyjemny dreszcz, który wstrząsnął niemal całym ciałem. Dokładnie w tych samym miejscu, które przed chwilą dotykał Carter. To było niemal nierealne. Jak coś, co być może, ale nie powinno było się wydarzyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ich oddechy zdążyły się ze sobą już wymieszać. Usta przypomnieć sobie swój smak, a ciała dopasować na wąskiej ramie wanny. Było jej gorąco, nie tylko od pożądania i jego spojrzenia, ale przede wszystkim od tego, co z nią robił w środku. W głowie przyjemnie pulsowało, a ciało… Ono już należało w pełni do Cartera. Do tego co mógłby chcieć z nią zrobić. Poddałaby mu się bez zastanowienia.
      Odsunęła się. Minimalnie, ale wystarczająco, aby móc spojrzeć mu w oczy.
      — Tęskniłam, Carter. — Powtórzyła po nim cicho. Nie jako ślepe zapewnienie. Każdego dnia. Każdej nocy. Za każdym razem, kiedy budziła się w środku nocy i go szukała, a łóżko było puste rozbijało ją to mocniej niż skłonna była przyznać.
      Nie tęskniła za seksem. Za pocałunkami. Nie w pierwszej kolejności. Tęskniła przede wszystkim za nim. Za swoim mężem, choć teraz już byłym. Za przyjacielem, bo był tak naprawdę jedynym, jakiego miała. Tęskniła za nim. Nie za tym, jak ją kochał i jaka przy nim była. Za tym jakim był człowiekiem. Bez znaczenia, czy rzucał wtedy przekleństwami, a za paskiem spodni nosił broń czy gdy uśmiechał się miękko rano nad kubkiem kawy i całował ją w czubek głowy, kiedy była jeszcze nieprzytomna. Tęskniła za wszystkim co mieli.
      Objęła go mocniej za kark, jakby chciała się upewnić, że jej nie ucieknie, że przynajmniej tej nocy nie będzie musiała już tęsknić.
      — Mocno tęskniłam. — Przyznała, nim musnęła jego usta. Najpierw lekko, jak na ciche potwierdzenie swoich słów, a dopiero po chwili pozwoliła sobie na mocniejszy pocałunek. Pewny i przepełniony tą całą tęsknotą, którą nosiła w sobie od miesięcy. Dłoń zsunęła z karku na plecy, a tę z ramienia na jego bok. Rozchyliła jego usta językiem. Wchodziła, jak na znajomy grunt, a jednocześnie poznawała go od nowa.

      sloane

      Usuń
  11. To nie działo się naprawdę.
    Umysł blondynki nie chciał w pełni zarejestrować tego, że to była rzeczywistość, a nie kolejny wytwór jej wyobraźni. Była zbyt wiele razy na haju wyobrażając sobie, że Carter jest obok niej. Zbyt wiele razy budziła się w środku nocy z jego imieniem zastygającym na jej ustach, a gdy wołała w ciemność odpowiadała jej cisza. Czuła go wyraźnie pod sobą i na swoich ustach, plecach – na całym ciele. Carter naprawdę tutaj był, a tym razem Sloane nie musiała sobie go wyobrażać. Nie był kolejnym snem, z którego nie chciała się budzić. Nawet, jeśli to wszystko wyglądało, jak sen, a rano mogło nie być po nich już śladu, to teraz było bez znaczenia.
    Było w nich coś innego. Może to było spowodowane przerwą, a może tym, że teraz byli bardziej świadomi tego, czego od siebie chcą. Nie pustego zaspokojenia potrzeb. Chodziło o bliskość, której oboje byli spragnieni i której brakowało im z różnych powodów. Sloane nie kwestionowała tego, co ich popychało dalej. To było już nieistotne. Jedyne i najważniejsze miała tuż pod sobą. Czuła na swoich ustach i pod dłońmi, które wciąż z tą samą uwagą śledziły skórę na jego ciele. Nie bezmyślnie dla samego dotyku, a jakby chciała sobie go przypomnieć. Bo owszem, znała każdy najmniejszy skrawek jego ciała. Jego blizny i ich historię. Wyczuwała jednak w nim coś innego. Coś, czego nie potrafiła teraz nazwać, ale wiedziała, że przedtem nie dostała tego od niego w pełni. Cokolwiek to było, cieszyła się, że ma to teraz dla siebie.
    Nie sądziła, że jeszcze kiedyś będą mieli dla siebie czas.
    Taki niezakłócony niczym innym. Bez pochopnych decyzji i bez udawania, że nie potrzebują siebie nawzajem. Była pewna, że już kolejnej szansy nie będzie, a nawet teraz nie miała stuprocentowej pewności, czy to wypali, czy to nie jest tylko jedna noc, którą spędzą w swoich objęciach.
    Westchnęła bezgłośnie, kiedy przyciągnął ją bliżej. Zderzyła się swoim nagim ciałem z jego torsem, przylegała do niego tak, jakby od tego teraz zależała cała jej przyszłość. Jednocześnie nie próbowała się pospieszać ani jego. Nie było sensu, a Sloane chciała zwyczajnie nacieszyć się tym, że był obok. Jego spokojnym, ale pewnym dotykiem. Tym, że mimo, iż mógł ją odepchnąć to tego nie zrobił.
    Wsiąkała w ich pocałunki coraz bardziej, a może w to, że nie było w nich pospiechu. Nic i nikt nie wisiało im nad głowami mówiąc, że muszą się pospieszyć. Nikt nagle nie zapuka do drzwi, a nawet jeśli – z przyjemnością to zignoruje. Od jego dotyku drżała i już nawet nie próbowała ukrywać tego, jak te delikatne muśnięcia na nią wpływają.
    — Carter… — Szepnęła miękko między jednym, a drugim pocałunkiem. Musiała upewnić się, że jest prawdziwy. Że nie jest tylko jej kolejnym wymysłem podsuwanym przez zmęczony umysł, który do niego wracał za każdym razem. — Boże, naprawdę tu jesteś.
    Wydała z siebie cichy dźwięk, który przypominał śmiech zmieszany z ulgą i niedowierzaniem, że po tym wszystkim co mu zrobiła, jak nawzajem się traktowali on wciąż tutaj był. Nie wrócił dla niej i nie do niej, ale tu był i teraz to było tak naprawdę najważniejsze.
    Głos jej drżał od nadmiaru emocji, a z tym nigdy sobie nie radziła. Teraz nawet nie próbowała udawać, że ma nad nimi jakąkolwiek kontrolę. Wystarczyło, że na moment zsunął usta z jej na szyję, a jej już brakowało tchu. Odchyliła ją delikatnie na bok, jakby chciała dać mu więcej przestrzeni i lepszy dostęp do tych bardziej ukrytych fragmentów skóry. Palcami zaczepiła się mocniej o jego bok, musząc upewnić się, że on naprawdę istnieje. Wydawało się to być zbyt… Zbyt wymarzone, aby było prawdziwe. Sloane mogła spełnić wszystkie swoje zachcianki w przeciągu dnia, ale to, czego naprawdę pragnęła nie można było kupić żadnymi pieniędzmi na świecie. I właśnie to otrzymywała. Nie pocałunki, ale bliskość Cartera i jego na wyłączność. Jakby to było jedyne, czego mogłaby potrzebować, aby zacząć oddychać pełniej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z jej ust nie padały żadne deklaracje ani obietnice. Przyjmowała je niemalże z podziękowaniem, że jeszcze jej nie zrzucił i nie kazał się opamiętać. Że on tu wciąż był, a to znaczyło dla niej więcej niż jakiekolwiek słowa kiedykolwiek by mogły.
      Sięgnęła dłońmi po jego twarz, choć odrywanie jego ust od swojego ciała wydawało się teraz być niepoprawnie złym pomysłem, ale musiała. Spojrzeć mu chociaż przez moment w twarz i upewnić się, po raz kolejny, że to nie jest jej wyobraźnia ani żaden sen, który zaraz wyrwie ją z tego momentu. Przybliżyła się ostrożnie, jakby nie chciała go spłoszyć. Ten pocałunek był równie powolny i delikatny, ale nie brakowało w nim uczucia i siły, pewności, że przynajmniej na teraz Carter jest tylko jej.
      — Znam lepsze miejsce niż wanna. — Wymruczała między ich ustami. Zupełnie niegotowa, aby się stąd przenieść, a jednocześnie pewna, że gdy stąd wyjdą i przejdą do sypialni nic więcej nie stanie między nimi.

      sloane

      Usuń
  12. Do Sloane jeszcze nie docierało w pełni co właściwie między nimi właśnie ma miejsce. Carter naprawdę tutaj był i to nie był żaden jej wymysł ani sen. Mimo, że to właśnie takie sprawiało wrażenie, jakby to wszystko to był tylko sen, z którego blondynka lada moment się wybudzi, a gdy to się wydarzy to okaże się, że jest kompletnie sama w mieszkaniu. Pragnęła tego tak wiele razy – samej obecności mężczyzny w tym samym pomieszczeniu. Tego, aby chociaż przez moment nie patrzył na nią, jak na byłą żonę i na kobietę, która go skrzywdziła, ale jak na Sloane. Jak na dziewczynę, którą Carter znał najlepiej na świecie. Jak na dziewczynę, która swego czasu była jego przyjaciółką i której nie bał się powiedzieć niczego, a ona zawsze by wysłuchała.
    Od jego wyznania przez ciało blondynki przebiegł krótki dreszcz, którego nie dało się nie zauważyć. Nie było żadnej obietnicy jutra ani przyszłości, mimo, że poniekąd naprawdę pragnęła od niego wyciągnąć chociaż jedną obietnicę. Przynajmniej jedno „nie zniknę, Sloane”, ale tego nie zrobiła. W ich przypadku składanie takich obietnic nigdy nie kończyło się dobrze. Było tu i teraz. I to musiało, póki co, wystarczyć.
    — Za późno już na odwrót, Crawford. — Mruknęła, niemal w ostrzeżeniu, bo skoro już go tutaj miała to nie zamierzała wypuścić ze swojego mieszkania zbyt szybko.
    Mogła przysiąc, że od jego pocałunków całe jej ciało wręcz płonie. Zostawiał na skórze mokre ślady, a miejsce, które przed chwilą całował wręcz krzyczało, aby do niego wrócił i walczyło z kolejnym, któremu teraz poświęcał uwagę. Nie sądziła, że jeszcze kiedyś na to zasłuży. Na niego. Na te znajome pocałunki, które zostawiał na jej skórze. Na ciepłe, pewne i mocne uściski jego dłoni, które doskonale wiedziały, gdzie jej dotknąć, a przede wszystkim w jaki sposób. Nie cofali się w czasie do tych wszystkich chwil między nimi, nie. Odkrywali coś zupełnie nowego, a jednocześnie jakby podążali dobrze znaną sobie ścieżką.
    Jej dłonie wciąż z tą samą uwagą, choć teraz może nieco chaotyczną, szukały jego skóry. Palce muskały jego ciało, jak dobrze znaną sobie mapę. Znała tu każdą bliznę, którą wyczuwała pod opuszkami, każdy tusz pod skórą miała wykuty w pamięci. Wszystko o nim stało się teraz żywe i prawdziwe, a nie jedynie wspomnieniem, które czasami próbowała upchnąć w głębi swojej głowy, aby przestało boleć to, jak bardzo za nim tęskniła. Teraz nie musiała. Teraz miała go przy sobie. Przynajmniej tej nocy.
    Sloane przymknęła oczy słysząc jego oddech tuż przy swoim uchu. Ciepły, miętowy otulał jej twarz. Jej własny był teraz krótki i urywany, serce rozbijało się w piersi, jakby jeszcze nie nadążało za tym, co się działo. Blondynka uśmiechnęła się rozmarzona po jego słowach, a śmiech Cartera wywołał w niej kolejne dreszcze. Tak bardzo znajomy. Tak bardzo jego. Ich.
    — Wiem. — Mruknęła w odpowiedzi. Beztrosko pewna siebie i świadoma, że wcale nie musieli stąd wychodzić. — Ale nie będę klęczała na płytkach. To cholernie niewygodne. — Wymruczała przekręcając głowę tak, aby móc dosięgnąć jego ucha. Jej oczy na samą myśl się rozpaliły tym błyskiem, który tylko Carter był w stanie z niej wyciągnąć, który istniał tylko dla niego.
    Niechętnie, ale zsunęła się z jego kolan. Włosy miała poplątane, a policzki ciepłe i rumiane, jednak nie ze wstydu, bo stoi przed nim bez niczego. Nie, Sloane uparcie patrzyła mu w oczy, choć jego wzrok ślizgał się po jej ciele. Tyle wystarczyło, aby drgnęła w niespokojnym oczekiwaniu. Zrobiła krok do tyłu, może jakby chciała mu tym samym dać na siebie lepszy obraz. Bo uwielbiała, gdy patrzył. Nie ważne, czy było to z podziwem czy pożądaniem, chciała jego wzroku. Wszystkiego, co tej nocy mógł jej podarować. Sięgnęła po jego dłoń, chcąc go zmusić do wstania.
    Sloane roześmiała się po jego słowach. Prosty, niewymuszonym śmiechem.
    — I fotel… przy ścianie też było miło. — Dokończyła za niego, a lista nie ograniczała się do tych paru mebli. Byli kreatywni, a ze sobą… Rzadko się wstrzymywali.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Drogi do sypialni nie zarejestrowała. Jeszcze w łazience przylgnęła swoim ciałem do Cartera i odszukała jego usta. Może ją tam przeniósł, może przeszli tam na oślep, a drogę znali przecież na pamięć. Nie miała pojęcia i jej to teraz nie obchodziło. W sypialni panował półmrok, który tylko podkręcał atmosferę. Oddychała ciężko, jeszcze chyba nie do końca ogarniając, że faktycznie są tutaj. Przeciągnęła opuszkami palców wzdłuż jego torsu, jakby sprawdzała, czy jest prawdziwy. Patrzyła na niego z lekko rozchylonymi ustami, ale już nie zastanawiała się, jakim cudem się tu znaleźli. Szarpnęła za ręcznik, który ledwo, ale jeszcze trzymał się na jego biodrach. Materiał miękko i w ciszy opadł na puchaty dywan pod ich stopami. Sloane westchnęła bezgłośnie, kiedy znów przyciągnął ją do siebie.
      — Mhm, dobry wieczór. — Wymruczała w skórę jego ramienia, kiedy dłoń wsunęła między ich ciała. Docierając nią tam, gdzie najbardziej chciała. Pospiech był tu zbędny, a tym razem Sloane chciała się nim nacieszyć w pełni. Bo mimo wszystko, ale nie wiedziała, czy to nie była ostatnia noc, czy nad ranem nie wrócą do rzeczywistości, którą znali. Złożyła kilka pocałunków na jego ramieniu, przesuwała się z nimi na jego tors. W składanych przez nią pocałunkach była odrobina chaosu, którego nigdy nie mogła się pozbyć, ale również tęsknota. Zdawało się, że były one uważniejsze niż ostatnim razem, bo ostatnim razem… Ostatnim razem Sloane była przekonana, że będą kolejne. Teraz nawet nie pamiętała, kiedy był ten ostatni raz. Nie potrafiła sobie przypomnieć. Osuwała się przed nim bez pospiechu, a po sobie zostawiała ścieżkę pocałunków. W niektórych miejscach przygryzała skórę, zostawiając na niej drobne ślady po zębach, których za godzinę już najpewniej nie będzie. Dłonie ułożone miała na jego bokach, nie mogąc przestać go nie dotykać. Chciała czuć go nie tylko pod ustami, ale i pod dłońmi, wszędzie, gdzie to tylko było możliwe. Zadarła głowę do góry, kiedy znalazła się dokładnie w miejscu, w którym chciała być. I jeszcze bardziej chciała zobaczyć, jak Carter na nią będzie patrzył. Obłęd zmieszany z pożądaniem w oczach, rozpalone spojrzenie i pełna świadomość, że tej nocy należą tylko i wyłącznie do siebie.

      sloane

      Usuń
  13. Poza nimi nic więcej się już nie liczyło. Świat w pełni skurczył się do tej sypialni, która z każdą kolejną chwilą wypełniała się urywanymi oddechami i kolejnymi westchnięciami. Sloane, mimo, że już go miała, a jej usta i język dokładnie przypominały sobie smak skóry mężczyzny, wciąż pragnęła więcej niż dawała od siebie w obecnej chwili. Każdy ruch był znajomy, nie wyćwiczony na pamięć, a świadomy. Pamiętała które miejsce pocałować, aby wprawić jego ciało w drżenie, gdzie przesunąć paznokciami mocniej, a gdzie na skórze je wbić. Sposób w jaki na nią reagował, to jak głos mu się łamał od jej pieszczot czy wplątujące się mocniej we włosy palce– to się nie zmieniło, wciąż robił to dokładnie tak, jak zapamiętała. Bez zbędnej słodkiej czułości, którą oboje okazywali sobie na zupełnie inne sposoby, bez delikatności, jakby zaraz miała się rozpaść, jeśli mocniej szarpnie za włosy, czy gdy mocniej ją do siebie przyciśnie. Jedną dłoń opierała o jego udo, palce drugiej zaczepiła o biodro dla dodatkowej stabilizacji, bo miała wrażenie, że od tego, jak właśnie szumiało jej w głowie i sercu może utracić równowagę. Nie miała w sobie tej desperackiej potrzeby, aby zrobić wszystko co możliwe, żeby Carter jeszcze na moment został. Teraz była tylko ta niemal bezczelna pewność siebie, która niejednego potrafiła doprowadzić do szaleństwa, ale nie jego. Miała tę świadomość, że Carter to właśnie w niej lubił, kiedy brała bez pytania i robiła bez bycia prowadzoną, kiedy na moment to ona przejmowała kontrolę nad tempem i sytuacją. Nie, gdy chowała się za włosami czy uciekała wzrokiem, jakby zrobiła coś niepoprawnego.
    Wystarczyło jej jedno spojrzenie na mężczyznę, aby wiedziała, że w tym momencie poza nimi nie liczy się już absolutnie nic więcej, że w jego głowie jest tylko jedna myśl – Sloane. Nie było już żadnych cieni przeszłości ani teraźniejszości. Wszystko co dręczyło go tej nocy i przez ostatnie tygodnie, miesiące, a nawet lata zostało daleko za drzwiami i do ich małego świata, który sobie właśnie tworzyli nie miały wstępu.
    Odsunęła się na moment w krótkiej potrzebie zaczerpnięcia powietrza, zaledwie na dwie sekundy. Językiem przesunęła po całej długości, nim ponownie wsunęła go w usta. Powoli, drażniąc się, jakby sprawdzała, ile minie zanim Carter zacznie mieć dość i chwyci ją tak, aby samemu nadać tempo. Sloane nie pozostawała obojętna, a choć to na nim się skupiała przede wszystkim, to nie dało się zignorować nacisku w podbrzuszu, ciepła rozlewającego się w jej ciele. Wierciła się w miejscu przed nim w napięciu.
    Uwaga blondynki poświęcona była tylko jemu. Nie przypominała sobie dawnych chwil, tworzyła nową. Nie potrzebowała tym razem wracać do wspomnień, kiedy miała go w pełni dla siebie. Tym razem miała go naprawdę przy sobie. W tym całym szaleństwie, które ich ogarnęło i któremu ciężko było się oprzeć. Jak mogła, gdy patrzył na nią w ten sposób? Jakby była jedyną kobietą na świecie, która ma dla niego znaczenie? Jedyną, która potrafi wyciągnąć go z tak ciemnego miejsca w jakim się znalazł. Od tej świadomości z jej ust wyrwał się kolejny pomruk, a oczy przymknęła kompletnie zatracając się w momencie między nimi. W tym, jak blisko go miała i że bez konsekwencji mogła zrobić teraz wszystko na co miała ochotę, a Carter po prostu by się temu poddał. Bez kwestionowania jej decyzji i ruchów.
    Drgnęła od tego w jaki sposób wypowiedział jej imię, a w następnej sekundzie wydusiła z siebie zduszony jęk, kiedy jego palce wplątały się między jej włosy, a on mocniej ją przetrzymał. Nawet nie próbowała się od niego odsunąć, wciąż w ten sam sposób co przed chwilą pieszcząc go ustami i językiem, jedynie dłoń mocniej zacisnęła gdzieś na jego ciele, ale sama w tej chwili nie była już pewna, gdzie właściwie. Jej dłonie były już wszędzie; przy biodrach i udach, na brzuchu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie była delikatna, ale nie szarpała się też z nim w pospiechu. Nic w niej nawet nie wskazywałoby przez chociaż ułamek sekundy, że chce skończyć szybko i mieć z głowy. Nie, Sloane była uważna, reagowała na jego westchnięcia i jęki, kiedy przyspieszyć, a kiedy zwolnić. W której chwili mocniej objąć go ustami, wsunąć głębiej. Znała jego ciało lepiej niż własne, potrzeby Cartera stawiała często ponad swoimi, choć bywała samolubna, ale tylko wtedy, kiedy chwila była odpowiednia.
      Pod dłońmi czuła jak ciało Cartera się napina. Nie próbowała wstrzymać tego uśmiechu, który próbował wkraść się na jej twarz. Wiedziała, że jest blisko, ale nie pozwoliła mu na to, aby ją od siebie odsunął. Jeszcze nie teraz. Pogłębiła tylko ruch ust i dłoni, która objęła go u nasady dla pogłębienia doznań. Ona sama drżała z napięcia i oczekiwania. W głowie miała istny mętlik, którego nie potrafiła uporządkować. Wydarzyło się więcej niż tej nocy oczekiwała. Miała na nich inny plan. Spokojniejszy, bo zdawało się jej, że tego właśnie potrzebował, że go stamtąd zabierze – może z awanturą i wrzaskami, a gdy już to zrobi to była pewna, że położy go do łóżka i da odpocząć, ale na pewno nie brała pod uwagę tego, że zakończy tę noc klęcząc przed mężczyzną, którego od miesięcy nie potrafiła wybić sobie z głowy.

      sloane

      Usuń
  14. Wszystko przestało mieć znaczenie. Nawet przez moment nie przemknęła jej myśl o ich przeszłości. Żadne krzywdy się nie wydarzyły, żadne inne imiona nie padały. Była teraz tylko Sloane i Carter, w tej samej formie, którą oboje najlepiej znali i w której odnajdowali się z łatwością. Bez zastanawiania się nad tym, czy kogoś teraz nie skrzywdzą, bo cała reszta przestała istnieć. Żadnych byłych dziewczyn i facetów, żadnych ludzi, którym byli coś winni. Sloane niemalże z uwielbieniem wpatrywała się w Cartera, jak rozpada się pod jej palcami i ustami, jak w tym stanie jest tylko dla niej i dzięki niej. W tej chwili nie potrzebowała już niczego więcej.
    Odsunęła się z rozleniwionym uśmiechem na ustach, które przetarła wierzchem dłoni. Opadła na pięty, a plecy oparła o brzeg łóżka. Wpatrywała się w Cartera z lekkim uśmiechem, Patrzyła, jak łapie oddech i powoli wraca do siebie.
    — Zawsze co? — Mruknęła, bo wyłapała to dopiero po chwili, że coś powiedział, ale była na nim zbyt skupiona, żeby tym się przejąć wcześniej. Mogłaby dokończyć sama. Może chciał powiedzieć, że zawsze jej chce, że zawsze to tak powinno wyglądać. Tylko ona i on, bez żadnego nadchodzącego lipca.
    Zmarszczyła lekko czoło, kiedy się odezwał znowu. Sama tego wcześniej nie wyczuła, ale kiedy powiedział o dymie – poczuła to. Tak wyraźnie, że aż przeszyło ją na wskroś.
    — Kurwa. — Jęknęła i dźwignęła się z podłogi. Rozejrzała się szybko po pomieszczeniu w poszukiwaniu szlafroka, który leżał metr dalej na łóżku. Sięgnęła po niego i na siebie szybko narzuciła.
    Skrzywiła się, kiedy alarm zaczął wyć. Poza alarmem zaczął wyć również pies, który, jak tylko Sloane otworzyła drzwi do sypialni to wpadła do środka. W korytarzu unosił się szarawy dym.
    — Ja pierdolę. — Mruknęła pod nosem. — Nie udaj, że ci było źle. — Rzuciła odwracając się przez ramię do Cartera i posłała mu lekki uśmiech. Raczej żadne z nich nie narzekało, a spalona pizza była niewielką ceną, którą Sloane była gotowa zapłacić. Ba, gdyby Carter tego nie wyczuł to pewnie dopiero ten alarm by ją ocucił.
    Wyszła z sypialni machając ręką w dymie. Nie było go jakoś szczególnie wiele, ale wystarczająco, żeby szczypało w oczy i było nieprzyjemne. Sloane pierwsze co zrobiła to wyłączyła piekarnik, a potem otworzyła okno w kuchni. Nawet nie chciała zaglądać do piekarnika i widzieć, jak ta pizza wygląda. Musiała być spalona już na wiór. Alarm wciąż wył, jak głupi. Nawet nie wiedziała, jak się go wyłącza i czy da się go wyłączyć, czy będą musieli poczekać, aż się wywietrzy i dym zniknie z mieszkania. Przeszła jeszcze do salonu, żeby otworzyć drzwi balkonowe. Może w ten sposób szybciej się tego pozbędzie.
    Mruczała pod nosem dalej przekleństwa. W takim momencie, naprawdę? Akurat, kiedy byli, poza tym całym światem zewnętrznym musiał się włączyć ten przeklęty alarm? Jakby ta pizza nie mogła wytrzymać jeszcze z pół godziny, a może trochę dłużej… Albo najlepiej jakby ten piekarnik wyłączył się sam w odpowiednim momencie. Dlaczego nie było takiej opcji wbudowanej? A może była, ale skoro Sloane z niego nie korzystała to nie wiedziała?
    — Kolacja zniszczyła się sama. — Rzuciła, kiedy usłyszała, że wszedł do kuchni zaraz za nią. Odwróciła się w stronę Cartera, a jej twarz rozświetlił uśmiech. Lekko kpiący, trochę prowokujący, bo nawet z zepsutą kolacją nie umiała się powstrzymać. — A ciebie… z tobą jeszcze nie skończyłam. — Mruknęła wskazując na Cartera palcem. Jeśli myślał, że jakaś głupia pizza im przerwie noc, to był w błędzie.
    Oparła się o blat. Alarm jeszcze wył, a Sloane… Sloane się po prostu roześmiała. Bo ze wszystkich rzeczy, które się między nimi działy tej jednej nie spodziewała się wcale. Choć właśnie powinna, bo już w chwili, gdy stała przy łazience po prostu wiedziała, że jak tam wejdzie to zapomni o całym świecie i miała rację. Zapomniała nie tylko o tej pizzy, ale o wszystkim wokół, a w głowie miała już tylko Cartera i wciąż się go z niej nie pozbyła.

    sloane

    OdpowiedzUsuń
  15. Była wściekła, ale nie w ten typowy sposób, który sprawiał, że roznosiła świat wokół siebie. Kierowała nią raczej irytacja niż faktyczna złość na przedmioty martwe. Jeszcze w sypialni sądziła, że z niej nie wyjdą aż do rana. Naprawdę zapomniała o tej pizzy, którą mieli zjeść. Upierała się tak bardzo, że Carter musi coś zjeść, a sama go od tego odciągnęła. I absolutnie niczego nie żałowała. Sloane bawiła się świetnie, a gdyby mogła to powtórzyłaby to wszystko po raz kolejny i jeszcze raz, a potem dla pewności jeszcze dwa razy, aby na pewno dobrze sobie ją zapamiętał.
    Stała przy tym blacie, śmiejąc się, jak wariatka ze spalonej pizzy. W powietrzu zapach spalenizny był nieznośny, ale powoli ustępował przez otwarte okna i balkon. W mieszkaniu zrobiło się znacząco chłodniej. Kiedy otwierała okna zorientowała się, że znów sypie śnieg. I pewnie nasypie się do środka, ale to teraz było nieistotne. Chciała pozbyć się tego smrodu z mieszkania, który może nie był już tak uporczywy, ale do najprzyjemniejszych wcale nie należał.
    Uspokoiła się dopiero po chwili. Jej wzrok z powrotem spoczął na Carterze, który miał na sobie ten przeklęty ręcznik, który bezwstydnie zwisał mu na biodrach. Zbyt nisko, aby mogła skupić się na czymś innym. Kiedy mówiła, że z nim nie skończyła – mówiła poważnie. Nie pozwolą sobie przecież, aby taki mały incydent im cokolwiek przerwał, prawda? Wystarczyło jedno spojrzenie na Cartera, aby Sloane zwyczajnie wiedziała, że coś już wymyślił w swojej głowie i tego planu będzie się trzymał. Znała to spojrzenie. Sposób w jaki na nią patrzył rozgrzewał mocniej niż cokolwiek czy ktokolwiek mógłby. Od samego patrzenia na niego brakowało jej tchu, a kiedy język przesunął po dolnej wardze – już wtedy wiedziała, że nawet, gdyby przyszło jej do głowy, aby przed nim uciekać to była na przegranej pozycji. I nie miała, dokąd uciec. Za sobą miała kuchenny blat, którego częściej używała do przyjemniejszych aktywności już faktycznego gotowania, a przed sobą Cartera, który swoją postawą blokował wyjście z kuchni.
    — Och… — Rzuciła krótko w odpowiedzi, a reszta słów gdzieś zniknęła. Palce zacisnęła na brzegach blatu. Zlustrowała mężczyznę wzrokiem, a kąciki jej ust lekko się uniosły. — W zasadzie… to zaczęłam ja. Ty jeszcze nic nie zrobiłeś.
    Powiedziała to specjalnie z prowokacją. Delikatnie przygryzła dolną wargę, wiedząc, że to na niego działa i czasem doprowadza do szału, a innym razem wkurwia, choć nigdy nie rozumiała, dlaczego.
    Sloane nie wstrzymała uśmiechu, kiedy Carter do niej podchodził. Zbliżał się z aurą drapieżnika, który właśnie trafił na godnego sobie przeciwnika, a ona zamiast uciekać to ochoczo czekała na to, co wydarzy się za chwilę. Westchnęła krótko, kiedy objął ją za talię i sprawnie uniósł sadzając na blacie. Zadrżała krótko od chłodu, nie tylko tego płynącego z blatu, ale i z zewnątrz, ale wystarczyło spojrzeć mu w oczy, aby przestać o tych wszystkich prozaicznych rzeczach myśleć. Szlafrok miała przywiązany byle jak i zdążył się już zsunąć z jej ramienia, a blondynka dodatkowo jeszcze pociągnęła za sznurek, żeby materiał rozsunął się na boki jej ciała. Przed Carterem teraz nie chciała się chować, wręcz przeciwnie. Miała ochotę mu się pokazać cała. Pragnęła wręcz jego spojrzenia, od którego robiło się jej gorąco od środka. Tęskniła za tym, jak samym spojrzeniem był w stanie zrobić z nią co tylko chciał. Posłusznie dała mu rozsunąć nogi, nawet grama sprzeciwu nie było z jej strony.
    Mogli od siebie uciekać wiele razy, popełniać błędy z innymi ludźmi, ale znajdowali drogę do siebie z powrotem. Zawsze im się to udawało. To, ile razy kazała mu się wynosić, a potem prosiła, żeby wrócił – tego nawet nie zliczy. Westchnęła krótko w odpowiedzi na to, jak złapał jej wargę w swoje usta. Dłońmi przesunęła po umięśnionych ramionach, które tak dobrze przecież znała. Dłonie nieznacznie jej drżały. Od wszystkiego. Zniecierpliwienia, nadmiaru emocji i ekscytacji.
    — Smakuję lepiej niż ta pizza. — Mruknęła w odpowiedzi i krótko się zaśmiała. — I ty również…

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pisnęła krótko, kiedy przyciągnął ją na sam brzeg blatu. Złapała go mocniej za ramiona, nawet przez chwilę nie pomyślała, że spadnie. Dała mu ze sobą robić, co chciał. Dłonie ułożyła po chwili płasko na blacie, wcześniej zsuwając materiał szlafroka z drugiego ramienia, chcąc przed nim odsłonić jeszcze więcej. Mogła przysiąc, że więcej niż tego wzroku wypełnionego pożądaniem od niego nie potrzebowała. Zapiekło ją od tego w klatce, a mięśnie spięły się w nerwowym oczekiwaniu.
      — Brzmi groźnie. — Rzuciła zaczepnie. Dobrze znała ten ton głosu, w którym nie było miejsca już na żarty. Oczy miał ciemne i błyszczące, takie, jakie Sloane uwielbiała najbardziej. Nie zdążyła dodać już nic więcej. Odpowiedziała na pocałunek bez chwili zawahania, ręką obejmując go za biceps. Sloane nie wstrzymała tego lekkiego drgnięcia, kiedy jego dłoń wsunęła się między uda. Jęknęła między kolejnymi pocałunkami, palce wbijając mocniej w jego skórę.
      Boże, jak ona za nim tęskniła. Niemal każdego dnia miała nadzieję, że wróci. Starała się o nim myśleć tak rzadko, jak to możliwe. Bo z jednej strony wiedziała, że skończyli się już dawno, a potem wydarzyło się to i teraz już nie miała pojęcia, czy kiedykolwiek będzie potrafiła się od niego uwolnić.
      Głowa blondynki opadła do tyłu, oparła ją o szafkę za sobą, a w odpowiedzi na każdy pocałunek, który Carter zostawiał wzdłuż jej ciała, cicho mruczała. Chciała to wszystko dobrze zapamiętać. Każde jedno muśnięcie, które po sobie zostawiał. Dłoń zsunęła się z jego ramienia z powrotem na blat, którego musiała się mocniej przetrzymać.
      — Carter… — Jego imię spadło z jej ust cichym jękiem, którego nawet nie próbowała powstrzymać. Był tu i cały dla niej. Dłuższe westchnięcie wyrwało się z jej piersi, kiedy przylgnął do niej ustami. Odnalazła dłońmi jego głowę niemal od razu, jednak nie w kontroli, a dla potrzeby, aby go dotknąć. Przeciągnęła jedną, gdzieś na jego przedramię. Nie patrzyła na niego. Głowę wciąż miała odchyloną w tył, a oczy przymknięte z rozkoszy. Znał jej ciało i potrzeby lepiej niż ktokolwiek inny. I wykorzystywał to w najlepszy z możliwych sposobów. Bardziej oddać już mu się nie mogła.
      Oddech blondynki był urywany, szybki. Policzki miała rozgrzane i czerwone, a kiedy się odsunął niemal desperacko zaczęła go szukać z powrotem. Ciało delikatnie drżało od rozkoszy, którą jej podarował, a i tak było jej mało. Jej myśli były teraz porozrzucane dookoła. Jedyne co miało sens to Carter.
      Obraz przed sobą miała zamglony, ale jego sylwetkę widziała wyraźnie. Kiedy przyległ do niej ponownie bez słowa objęła go nogami w pasie, zamykając go w tym pewnym uścisku. Ten pierwszy ruch wystarczył, aby z jej płuc wyrwać krótki krzyk; bo tęskniła, bo zbyt wiele razy sobie to wyobrażała, bo Carter tutaj był i w końcu go miała. Po tych wszystkich miesiącach znów był jej. Trzymał ją pewnie, uniemożliwiając większość ruchów.
      — Carter — zajęczała wprost w usta mężczyzny. Paznokcie wbijała mu w ramiona, a biodra same wyrywały się mocniej w jego stronę. Złożyła niedbały pocałunek na jego ramieniu. Kolejne dźwięki, które padały były mieszanką jego imienia z westchnięciami i urwanymi jękami. — Tęskniłam za tobą… — Głos jej drżał, kiedy to powiedziała. Była już na skraju nie tylko fizycznego, ale i emocjonalnego wyczerpania. Ten wieczór, wszystko – potoczyło się inaczej niż się spodziewała.
      — Boże, jak ja tęskniłam. — Załkała cicho, ale nim mógł jej odpowiedzieć podniosła głowę bez słów prosząc o kolejny pocałunek.

      sloane

      Usuń
  16. Zacisnęła palce mocniej na jego ramieniu, kiedy powiedział do niej „kochanie”. Nie słyszała tego od miesięcy, a w tej sytuacji, kiedy był w niej, a jej nogi owinięte były wokół jego bioder, to miało większe znaczenie niż w klubie po kresce. Carter nie musiał jej niczego przypominać, bo Sloane doskonale wiedziała za czym tęskniła. Myślała o tym intensywnie prawie każdego dnia i nie spodziewała się, że kiedykolwiek znów miałaby z nim szansę. Nawet tę minimalną, a teraz wszystko wskazywało na to, że nadszedł jej czas. Bo Carter tutaj był. Poświęcając jej całą swoją uwagę i obecność, skupiając się na niej i nie na jej potrzebach, ale na ich. Na tym, co między nimi było i jak bardzo nawzajem się potrzebowali po tych wszystkich miesiącach przerwy. Zbędnych i nijakich, bo tak właśnie jej życie wyglądało w ostatnim czasie. Było nijakie. Straciła zainteresowanie niemal wszystkim. Nawet własnej pracy nie potrafiła wziąć na poważnie i przejąć się tym, że przez swoje zachowanie może stracić dosłownie wszystko. To było bez znaczenia, bo miała Cartera, bo był tu z nią i trzymał ją przy sobie mocno nie pozwalając odsunąć się nawet na chwilę.
    Nie potrzebowała delikatności i jej nie chciała. Nie tej nocy.
    Sloane odpowiadała mu z tą samą intensywnością, na ile tylko mogła się na tym cholernym blacie ruszyć. Trzymał ją pewnie za biodra w miejscu. Całował z siłą, której nie znalazła u nikogo innego. Mimo, że próbowała i chociaż ci wszyscy mężczyźni, z którymi była – zawrotna liczba dwóch – byli wspaniali, wiedzieli, jak się nią zająć i Sloane nie miała na co narzekać to… Nie byli Carterem. To jego zawsze i we wszystkich szukała, kiedy wszczynała kłótnie, a zamiast warknięcia w odpowiedzi otrzymywała spokój miała ochotę roztrzaskać coś o ścianę. Carter potrafił jej dać wszystko. I jeszcze więcej zabrać, a ona i tak nie umiała odejść i o nim zapomnieć. Po tym wszystkim co razem przeszli ona również do niego cały czas wracała.
    — Zawsze. — Powtórzyła po nim, ale nie w ślepy sposób, wręcz przeciwnie. Sloane również tego była świadoma, że niezależnie od tego co się działo ona zawsze wracała do niego. Do mężczyzny, którego kochała od tak długiego czasu, a który wymykał się jej z rąk raz po raz. Przez błędy, które to Sloane robiła i powtarzała je co jakiś czas, jakby nie nauczyła się za pierwszym razem.
    Jęknęła cicho, kiedy jego palce na jej karku i w pasie zacisnęły się mocniej. Swoje własne wbiła w jego ramię, a nogami mocniej ścisnęła, jakby to miało ją zapewnić, że Carter jej się nie wymknie. Nie tym razem.
    — Przeznaczanie… czy przekleństwo? — Mruknęła cicho. Sama nie była pewna, on zapewne też nie. Przeznaczone przekleństwo. Ciągle wracać do siebie, choć po drodze pojawiły się osoby, które ten ciężar z nich mogły zdjąć. Pokazać lepsze życie, bo nie było co ukrywać, że Sloane i Carter częściej ciągnęli się w dół niż w górę. Były takie momenty, jak dziś, kiedy wyciągała go z dna, ale nie było żadnej pewności, jak długo to potrwa. I oboje byli tego świadomi. — Przeprosiłabym, ale… kłamałabym, a nie chcę tego już więcej robić.
    Nie było jej przykro, że to właśnie z nią kończył. Bez względu na to, jak wiele razy się kłócili to znajdowali drogę do siebie z powrotem. Bez patrzenia na to, jak toksyczne i niepoprawne to było. Jak okrutnie się przy tym nawzajem krzywdzili. Z pewnych ludzi nie można było tak po prostu zrezygnować.
    Zamruczała krótko, jak jeszcze na moment jego dłonie przesuwały się po jej ciele. Niemal jak w próbie wyciszenia jej po tym, co z nią zrobił. Serce wciąż waliło jej w środku, jak oszalałe, a oddech się nie wyrównał. Ciało i serce wciąż o niego prosiło.
    Westchnęła ciężko, kiedy się od niej odsunął. Głowę odchyliła do tyłu, opierając ją o szafkę za sobą. Nogi luźno zwisały jej z blatu, a ciało jeszcze nie doszło do siebie. Wciąż czuła jego dotyk, mimo, że Carter zdążył się od niej odsunąć. Przymknęła na moment oczy. Bez sił, aby przyciągnąć go do siebie z powrotem na jeszcze chociaż parę sekund, aby przez jeszcze moment poczuć, że on naprawdę jest obok.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wzrok Sloane przesuwał się po sylwetce mężczyzny.
      — Mogłabym się do tego na nowo przyzwyczaić. — Westchnęła. Nie prosiła, aby wrócił. Dała mu szansę, aby przemyślał, czy chce i czy zamierza, czy to tylko jednorazowa sytuacja, która się więcej nie powtórzy. Musiała rozważyć też i tę opcję, chociaż wcale nie chciała.
      Zmarszczyła czoło, kiedy wyrwał jej niemal szlafrok. Sloane roześmiała się, kiedy go wkładał. Żadnego przekomarzania się, że jej go rozciągnie. Carter w różowym, pluszowym szlafroku to dopiero był widok wart wszystkiego.
      Przewróciła oczami na jego komentarz.
      — Dostaniesz tę pizzę. Bez spalonego spodu i góry. — Obiecała z krótkim śmiechem. — I wiesz… patrząc na nas wcześniej to owszem, można żyć samym seksem. — Zaśmiała się ponownie i pokręciła lekko głową.
      Siedziała jeszcze chwilę na blacie. Potrzebowała dwóch minut, zanim się z niego ześlizgnęła. Wróciła do sypialni, aby coś na siebie włożyć i odnaleźć swój telefon. Zamówiła to, co zawsze i duże pudełko skrzydełek z ostrym sosem. I colę zero, bo inaczej nie potrafiła. Włosy rozczesała i spięła spinką. Skorzystała z drugiej łazienki, aby szybko się ogarnąć i kiedy wróciła w mieszkaniu było lodowato. Zamknęła więc okna i podkręciła ogrzewanie, aby szybciej się zagrzało. Słyszała go jeszcze w łazience i to było… Przedziwne. Świadomość, że Carter wciąż był w jej mieszkaniu, a na dodatek w jej szlafroku.
      — Będzie za piętnaście minut! — Zawołała, ale bez pospieszania go.
      Ze szklanką coli poszła do salonu, gdzie usiadła na sofie i wciągnęła Rue na kolana. Jeszcze nie wierzyła, że to się naprawdę wydarzyło. Wsunęła słomkę między usta i pociągnęła spory łyk.
      — Co, piesku? — Spytała cicho. Rue liznęła jej policzek i zaszczekała. — Tak… ja też się cieszę, że wrócił. Może już zostanie, co? — Rozmawiała z nią jeszcze przez chwilę, jednocześnie nasłuchując czy nie wyszedł z łazienki, bo tej rozmowy akurat, jeszcze, słyszeć nie musiał.

      sloane

      Usuń
  17. Kiedy była w łazience próbowała doprowadzić się do porządku, ale nie była w stanie. Mogła zmyć z siebie tę cienką, lepką warstwę potu, ale nie zmyła uczuć. A te były teraz wszędzie i Sloane sama już nie wiedziała, jak ma się zachowywać ani co myśleć. Po raz kolejny nie chciała być tą dziewczyną, która go o cokolwiek błaga, a wiedziała, że mogłaby znów się nią stać. Prosić Cartera o to, aby został przy niej i więcej nie odchodził, aby dał jej jeszcze jedną szansę na bycie lepszą dziewczyną, narzeczoną i żoną – kimkolwiek by chciał, aby dla niego była. I wiedziała, że to żałosne. Tak za nim biegać i domagać się bliskości, ale inaczej nie potrafiła. Carter… Carter miał specjalne miejsce w jej życiu. Takie, którego nigdy nikomu nie odda. Nawet, gdyby na dobre wypisał się z niego i zostawił ją daleko za sobą. To miejsce zawsze będzie na niego czekało. Niezależnie czy wróciłby za pięć lat czy pięć dekad. Ona i tak będzie czekała. Przynajmniej tak myślała w tej chwili, bo nie chciała już więcej zasmakować życia bez niego. Wystarczyły jej te miesiące, aby wiedzieć, że po raz kolejny nie chce być bez niego.
    Siedziała z Rue, wciąż mówiąc o Carterze. Ciesząc się, że wrócił i Rue również się cieszyła. Nie widziała go od miesięcy, a swego czasu był przecież dla niej całym światem. Psy z jakiegoś powodu do niego lgnęły. Nawet te, które nigdy do niego nie należały, a przynajmniej nie prawnie. Rue się zakochała w Carterze szybciej niż Sloane i też chyba nie umiała sobie go odpuścić.
    Nie zachowywała się, jakby nic się nie wydarzyło, ale też nie zamierzała tego roztrząsać. Żadnych pytań „to co teraz z nami będzie?”. Żadne z nich nie potrafiłoby dać teraz sensownej odpowiedzi. Było zbyt wcześnie, emocje jeszcze nie opadły w pełni.
    Podniosła głowę, kiedy Carter wszedł do salonu i delikatnie się uśmiechnęła. Zmęczenie już powoli ją łapało, głowa sama już opadała na oparcie kanapy, ale trzymała się. Dla tej pizzy, którą miała do odebrania i dla niego, bo przede wszystkim, ale Cartera nie mogła zostawić samego z myślami.
    — Zawsze cię obgaduje z Rue. — Odpowiedziała z bezczelną szczerością. Z kim miała to robić, jak nie z nią? Jedyna nie puści pary z pyszczka i nie będzie jej oceniać, chociaż czasem miała wrażenie, że ją ocenia. I to gorzej niż niejeden człowiek.
    Zlustrowała go wzrokiem, kiedy skierował się do nich na kanapę.
    Odblokowała telefon, aby sprawdzić, gdzie jest pizza i ku jej zaskoczeniu kurier był niecałe siedem minut od apartamentu. Idealnie. Sloane westchnęła, kiedy Rue przeniosła się na kolana Cartera. Oczywiście. Nawet nie była tym zaskoczona. Ani trochę.
    — Za parę minut będzie. — Powiedziała i odłożyła telefon z powrotem. Ignorując wszystkie powiadomienia, które mogły zaburzyć jej ten wewnętrzny spokój, który właśnie w sobie miała. — Mhm, dobrze wiedzieć. Będziesz miał ochotę na dokładkę? — Siadła do niego bokiem, a pytanie było na tyle bezczelne, że rozbawiło ją samą.
    Oparła się łokciem o zagłówek, a głowę opierała do dłoń. Była szczęśliwa. Pierwszy raz od dawna ogarnęło ją zwykłe szczęście, które było dla blondynki luksusem nie do osiągnięcia. Nie wiedziała, na ile ono się utrzyma, ale… To bez znaczenia w sumie. Cieszyła się tym, póki było. Tym, że jeszcze żadne ciemne i ciężkie myśli jej nie nachodziły. Że Carter był obok i siedział wyluzowany, bez napięcia w ramionach. Tak, jak wiele razy przed tym, gdy wszystko się między nimi popsuło. Zerknęła na jego dłoń, która wylądowała na jej udzie i znów się lekko uśmiechnęła. Zwykły gest, a tęskniła i za tym. Jak tak niedbale jej dotykał, niby przypadkiem, niby z przyzwyczajenia, ale cholera, naprawdę za tym wszystkim tęskniła i to o wiele bardziej niż się spodziewała. Myślała, że ma to pod kontrolą, ale najwyraźniej nic nie miała. Carter zburzył jej ten względny spokój, a Sloane wcale nie była o to zła.
    — Nie widziałam go, kiedy do ciebie przyszłam. — Odparła. Inaczej zabrałaby go ze sobą, ale nie leżał na stoliku, nie miał go w kieszeni. — Może został w aucie? Albo nie zabierałeś o wcale. Czasem ci się zapominało zabrać go ze sobą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zwłaszcza, kiedy wychodził w pospiechu lub coś go drażniło i potrzebował resetu. Mogła napisać do jego ochroniarza, bo wciąż miała numer, aby sprawdzał i go poszukał albo do kogoś innego kto pilnował porządku przy loży Cartera w klubie i odpędzał nieproszonych gości. Gdzieś na pewno ten telefon był. Ale to chyba nie było jego główne zmartwienie teraz.
      Sloane spokojnie na niego patrzyła. Jak powoli zaczyna i jego odcinać od rzeczywistości, a jak trzyma go przy świadomości jeszcze wizja o pizzy. Sloane zmarszczyła lekko nos, kiedy się odezwał.
      — Wesołych… O Boże, są święta? — Zaśmiała się krótko. Wręcz zaskoczona, bo nie pilnowała tego w kalendarzu. — Wow… Wesołych świąt, kochanie. — Powtórzyła po nim i przybliżyła się lekko, aby musnąć jego policzek ustami. Ignorowała świąteczne ozdoby, nie miała choinki ani żadnej nawet świątecznej świeczki. Nie przepadała za tym okresem. Zeszły rok spędziła z Carterem. Gdzieś na Karaibach, a może byli w Meksyku. Bez znaczenia. Daleko stąd. Ona z tequilą, a on z whisky.
      — Można uznać, że prezentami się wymieniliśmy. — Mruknęła. Opuściła głowę, aby czołem oprzeć się o ramię mężczyzny. Wyciągnęła rękę i pogłaskała Rue. Było to tak… Zwykłe i miłe, że aż ciężko było w to uwierzyć.
      Minutę później rozległ się dzwonek do drzwi.
      — Świąteczne potrawy przyjechały.
      Dźwignęła się z sofy, aby odebrać jedzenie. Szybko i bez zbędnego dogadywania. Wcisnęła napiwek typowi, aby jak najszybciej się zmył i wróciła do salonu. Zapach pizzy i skrzydełek rozniósł się od razu.
      — A w ramach świątecznego cudu… Zapomnisz o tamtej wpadce z piekarnikiem.

      sloane

      Usuń
  18. To bez wątpienia były najdziwniejsze święta w ciągu ostatnich kilku lat. Oni z powrotem w jej salonie, który nieraz był świadkiem wyznań miłości, jak i nienawiści. Teraz znów mógł obserwować, jak tworzy się między nimi coś, czego jeszcze nie byli w stanie nazwać. Może to wcale nie potrzebowało nazwy. Może jeszcze było za wcześnie, aby decydować o tym, co będzie dalej.
    — Gdyby nie ten dym, to bylibyśmy dalej w sypialni i tam działyby się podobne rzeczy. — Mruknęła w odpowiedzi, ale w pełni przekonana, że tak właśnie będzie. Sloane naprawdę myślała wtedy przez chwilę, że Carter ją rzuci na łóżko, a zamiast tego… Zamiast tego paliła się pizza w piekarniku. Musiała ją wyrzucić, zanim o niej zapomni na dobre i zgnije w tym piekarniku, ale to było zadanie na później. Teraz cieszyła się tym, że mogła spędzić czas z Carterem. Według jego życzenia włączyła również kiczowaty, świąteczny film. Pierwszy, który wyskoczył jej na Netflixie, kiedy odpaliła apkę. To było takie przyziemne spędzanie czasu. Coś, czego się kompletnie nie spodziewała, a czym była bez granic teraz zauroczona. — Ale masz rację, po tym zdecydowanie pizza smakuje lepiej.
    Zaśmiała się i sięgnęła po kolejny kawałek. Nawet nie zauważyła, kiedy pizza zniknęła i skrzydełka, a połowa filmu była już za nimi. Była już prawie czwarta nad ranem, kiedy pudełka były puste, a po coli nie zostało już zbyt wiele. Sloane niewiele mówiła. Tylko działała. Zabrała go z salon, gasząc wszystko po drodze. W ciszy i bez kuszenia, bez dwuznacznych tekstów. Wrócili do łóżka, aby odespać tę noc. Przespać się z myślami, których oboje teraz mieli w sobie aż nazbyt wiele. Chciała dać mu przestrzeń i nie wciskać się od razu pod jego ramię. Ułożyła się na boku tak, jak zwykle, kiedy była sama. Z nim pierwsze co robiła to wtulenie się w mężczyznę, ale być może to byłoby już zbyt wiele, jak na fakt, że przespali się ze sobą i zrobili to dość niespodziewanie. Sloane tego nie planowała. Nie myślała, że to się wydarzy w tym życiu. A jednak… Jednak mimo upływu czasu czuła jeszcze jego skórę na swojej, gorący oddech nie był tylko wspomnieniem, bo właśnie poczuła go na karku, kiedy się do niej przytulił. Nie powiedziała niczego, poza cichym „dobranoc”. Odnalazła dłoń Cartera i jak wiele razy przedtem wsunęła swoje palce między jego. Zasypiała tak setki razy w przeszłości i tym razem. Tym razem to nie była noc, którą znała z przeszłości. Mimo, że magiczna i miała w sobie to za czym Sloane tęskniła, była równie trudna. Nie dało się jej łatwo udźwignąć. Ciężko było jej zasnąć. Nie odwracała się do Cartera. Nie pytała, czy wszystko w porządku. Znała jego oddech na pamięć i wiedziała, że nie śpi. Myśli. Zbyt intensywnie, ale nie odważyła się odwrócić. Ona również myślała. Nad wszystkim, co się między nimi wydarzyło. Nad ich przeszłością i ewentualną przyszłością. Nad rzeczami, które jeszcze mogły się wydarzyć.
    Sloane nie była naiwna, choć bardzo teraz tego chciała. Tydzień temu był z Sophią, a teraz w łóżku z nią. Tydzień temu świętował zaręczyny, a teraz kochał się z nią w jej mieszkaniu. Miał dzieciaka w drodze, na litość… Miał życie, którego Sloane nigdy by mu nie dała. Nie, bo nie wierzyła, że by sobie poradził, ale bo sama takiego nie chciała. Nie nadawała się do tego, co dawała mu Sophia. Nawet, jeśli teraz to blondynkę chciał i po nią sięgał. To wciąż nie byłaby w stanie dać mu tego, co dawała mu tamta.
    Mogła się przekonywać, że ta noc zmieni wszystko. Mogła zmienić, owszem. Tylko niekoniecznie na lepsze dla niej. Carter mógł się zorientować, że to nie ze Sloane chce dzielić życie, a to, co między nimi się wydarzyło to domknięcie jakiegoś starego rozdziału, który nie dawał o sobie zapomnieć. Sama nie wiedziała. Miała zbyt gęsto w głowie, aby móc wyciągnąć teraz jakieś sensowne myśli i poukładać je logicznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sen nadszedł później niż się spodziewała. Było koło piątej, kiedy w końcu zasnęła. Przez sen odwróciła się w stronę Cartera, nogę przerzucając mu przez biodra. Rozpychała się dokładnie tak, jak przedtem. Nawet we śnie zaskoczona, że łóżko stało się nagle zbyt małe, a kołdrę ktoś jej podkrada. Śniły się jej wspólne wspomnienia. Nie tylko te dobre, ale i gorsze również. To było jak oglądanie filmu, który ktoś puszczał na przyspieszeniu, a potem nie było przez długi czas już nic. Musiało wybić południe, kiedy zaczęła się wiercić na łóżku i powoli przebudzać. Koszulkę podciągniętą miała pod same piersi, włosy były wszędzie – na podusze, na jej twarzy i twarzy Cartera.
      Carter…
      Zamrugała gwałtownie. To nie był sen.
      Nie wyobraziła sobie tego. Kiedy przekręciła się na bok natrafiła na jego plecy. Znajoma ciemna skóra. Powoli unosząca się klatka piersiowa w rytmicznym tempie. Był tutaj… Nie wyobraziła sobie tego. Wspomnienia z nocy wróciły. Oni w łazience. Ona klęcząca tutaj. Kuchnia. Spalona pizza. Blat. Carter. Ona. W głowie jej zaszumiało. Usiadła na łóżku zbyt gwałtownie. Niemal zrywając kołdrę z siebie i mężczyzny. Niczego nie żałowała, oczywiście, że nie, ale… Ale pierwszy raz nie wiedziała, jak ma się zachować. Opadła z krótkim westchnięciem z powrotem na poduszki. Jeszcze się nie poruszył. Może wciąż spał, a może ignorował ją. Może nie zdążył uciec, a może odwróci się w jej stronę, pocałuje na dzień dobry i wszystko będzie tak, jak powinno.

      sloane

      Usuń
    2. Wsłuchiwała się w jego spokojny oddech. Był to dźwięk, którego brakowało jej od miesięcy. Dźwięk, do którego nie sądziła, że jeszcze ma prawo. Cartera tutaj nie powinno było być, a to, co zrobili nie powinno było się wydarzyć. Sloane absolutnie niczego nie żałowała i powtórzyłaby wszystko jeszcze raz bez żadnego zawahania. Miała w sobie tę bolesną świadomość, że ta noc najpewniej nie wydarzyłaby się, gdyby oboje byli trzeźwi. Gdyby myśleli o czymś więcej niż o samych sobie. Zamknęła oczy, chcąc jeszcze się nacieszyć tym, że Carter po prostu jest obok. Nawet jeśli jeszcze tylko przez chwile. Leżała na plecach patrząc się w sufit i zastanawiając nad tym wszystkim. Sumienie powinna mieć czyste, więc dlaczego, do cholery, coś ją gryzło? Jakby nagle pojawił się jakiś powód, który nie pozwalał się jej tym momentem z Carterem w pełni nacieszyć. Powód nie miał żadnego imienia, a przynajmniej nie nosił takiego, które dla Sloane coś by znaczyło.
      Przekręciła się na bok w stronę Cartera. Od jego ciska biło przyjemne ciepło, za którym tęskniła. Carter był jak przenośny grzejnik. Teraz najchętniej wsunęłaby swoje stopy między jego łydki i ogrzała się dodatkowo. Nic nie stało jej w zasadzie na przeszkodzie, aby to zrobić. Ułożyła ręce pod głową i wpatrywała się w tył głowy Carters. Czekając sama nie wiedziała na co. Poruszył się dopiero po chwili. Zrobił to leniwie i bez pośpiechu, aż przewrócił się na plecy.
      — Nie uciekłeś, bo nie zdążyłeś czy nie chciałeś? — Rzuciła cicho i posłała mu lekki uśmiech. Nie wymagała tak naprawdę odpowiedzi. Wiedziała, że gdyby Carter chciał to zniknąłby stąd niezauważalny.
      Sloane wpatrywała się w niego w ciszy. Bez jakiegokolwiek nacisku na rozmowę, której nie potrzebowali tak na dobrą sprawę. Niektórych rzeczy sobie mówić po prostu nie musieli. Uśmiechnęła się nieco szerzej, bez tej dwuznaczności z nocy, a raczej z czymś co przypominać mogło wdzięczność za to, że został. Carter nie zdawał sobie sprawy z tego, ile dla niej znaczyło, że tu był. Nawet jeśli tylko tymczasowo.
      — Nasze kryzysy zawsze dobrze wyglądają. — Mruknęła w odpowiedzi i zaśmiała się krótko pod nosem. — Ale chyba warto było spalić tę pizzę, co? Ta zamówiona była o nieeeebo lepsza. — Puściła mu oczko, a było jasne, że nie o smak pizzy jej tak naprawdę chodziło.
      Przymknęła oczy, kiedy Carter dotknął jej ramienia i automatycznie przysunęła się bliżej. Wciskając jednak stoły między jego łydki, aby się trochę ogrzać. Dłonie i stopy zawsze miała zimne, ale nie martwiła się tym wystarczająco, żeby się przebadać. To w końcu nic takiego.
      — Zapomniałam, jaki ciepły bywasz. — Westchnęła, kiedy lekko się wzdrygnął od chłodu, który za sobą niosła. Wyjęła rękę spod głowy, aby położyć ja na ramieniu mężczyzny. Jakby sprawdzała, czy tutaj również jest ciepły. I był. — Boże to nie fair, że jesteś taki ciepły prawie cały czas. — Mruknęła pod nosem. Przysunęłaby się bliżej, Ale czuła, że już przekracza jakieś granice, które może starał się wyznaczyć.
      — Możemy spróbować. Mi też by się przydała.
      Nie była w aż tak kiepskim stanie, aby jej potrzebować, ale dla towarzystwa nie zaszkodzi i postawi ja szybciej na nogi niż kawa. Sloane podniosła się i oparła dłońmi o poduszki, nachylając nad Carterem, bo z jego strony na szafce leżał telefon. Włosy musnęły jego klatkę i twarz, a kiedy chwyciła telefon opadła z powrotem na poduszki. Wpisała szybką wiadomości, bo nie zamierzała dzwonić. Zwykle to wystarczyło, Ale skoro były święta… Najwyraźniej nawet święta nie powstrzymywały prywatnych lekarzy od ratowania upadających gwiazd muzyki.
      — Będzie za pół godziny. — Oznajmiła i mogła przysiąc, że oboje poczuli ulgę. Może to nie był wymarzony świąteczny poranek, ale lepszy taki niż gdyby jednak umierali faktycznie. W zasadzie to brzmiało dość podobnie. Ciężki poranek, kroplówka i oni starający się nie umrzeć, a jakoś ogarnąć do życia. — Więc masz czas na prysznic, a potem poskładamy Cię znów w całość. — Dodała.

      Usuń
    3. Sloane uśmiechnęła się słabo, a potem westchnęła opuszczając ramiona. Miała nadzieję, że te pół godziny zleci szybko. Mogli tam zawsze iść razem, Ale Sloane wolała nie przesadzać. Jeszcze faktycznie jej stąd ucieknie.
      Była padnięta. Nie tak, ja on, ale wychodziło z niej całe zmęczenie. Wszystkie te ostatnie imprezy, mała ilość dni i cały koktajl narkotyków, które w siebie wciskała. Miała już tego dosyć, Ale tak łatwo przestać tez nie potrafiła. Nie, gdy Carter zaglądał jej do głowy.
      — Naprawdę masz życzenia, jak księżniczka. — Westchnęła przewracając oczami. Zaśmiała się i przekręciła na bok z powrotem. — Zobaczymy. Ciekawe czy w ogóle coś dziś jest otwarte. — Mruknęła pod nosem. Może jakimś cudem jakikolwiek sklep, w którym można było dorwać iPhone będzie działał.
      — Za dużo się ruszam, jak na tak wczesną porę. — Mruknęła pod nosem. Nawet klikanie w telefon było teraz trudne. Przynajmniej nie musiała lecieć do drzwi, gdzie miała intercom, aby z nim porozmawiać. Rozmowa była krótka i konkretna, a mężczyzna obiecał, że postara się zrobić wszystko, aby dostarczyć nowego iPhone jak najszybciej.
      Kochała być bogatą. Wystarczył jeden telefon i wszystko miała załatwione. Mogła zadzwonić co prawda do Meave, Ale obiecała jej w święta wolne i nie chciała truć jej tyłka. Zresztą, już truła przeprowadzka do LA. Clary i Julie mogła się pozbyć, Ale nie Meave, która znała każdy wstydliwy sekret i ratowała ziołem, kiedy Sloane nic przy sobie nie miała.
      Sloane również leżała bokiem do Cartera. Wzrokiem śledziła jego twarz. Zmęczone oczy, pełne usta. I znowu oczy. Westchnęła bezgłośnie, a po chwili opuszkami przesunęła po jego policzku, który nie był tak suchy jak zeszłej nocy. Maseczka zrobiła swoje.
      — O czym myślisz? — spytała cicho. Zawsze chciała znać jego myśli, a szczególnie teraz, kiedy mogła i pewnie była ich powodem.

      sloane

      Usuń
  19. Sloane nie była pewna, na jak wiele obecnie może sobie pozwolić. Nie zamierzała jednak się niepotrzebnie stresować i tworzyć między nimi jakiegoś dystansu. Po wszystkim co nawzajem sobie robili zeszłej nocy to było akurat zbędne. Jasne, nie była w stu procentach pewna, jak to dalej będzie wyglądało, ale udawać przed nim też nie zamierzała, że nie chce jego bliskości. Carter nie potrzebował z jej strony słów, aby wiedzieć, że jej zależy i w przeciągu sekundy mogłaby wskoczyć na nowo w rolę dziewczyny. Z całą tą świadomością, że parę dni temu jeszcze miał narzeczoną. Może nadal ją miał. Pojęcia nie miała jak to teraz między nimi wyglądało.
    — Upieczona czy zjedzona? — Mruknęła z cichym prychnięciem pod nosem. W obu przypadkach byłaby zadowolona, bez wątpienia. Nie było potrzeby, aby rozkładać ich wczorajszą noc na czynniki pierwsze i zastanawiać się teraz nad przyszłością, która z obu stron była niepewna. Sloane miała swoje zobowiązania, a Carter swoje i to po prostu mogło nie wyjść. Póki co lepszym rozwiązaniem chyba będzie po prostu nacieszenie się tym, że nigdzie nie muszą się spieszyć.
    — Mam nadzieję, że nie liczysz na własnoręcznie przygotowane śniadanie. Jeszcze się okaże, że nie obejdzie się bez wizyty straży. — Przewróciła oczami. Straszne był wymagający. Najgorsze było to, że Sloane nie miała nic przygotowane. Nawet małej głupiej rzeczy nie mogła mu dać. Oddawanie skradzionych ubrań niezbyt wliczało się w świąteczny nastrój, nie? Miała dziś ograniczone pole manewru, ale mogła zorganizować śniadanie, a potem nawet obiad i kolację. Tego jednego jej odebrać nie mogli.
    Po jej udzie rozlało się ciepło, gdy go dotknął. Niby od niechcenia, a jednak zrobił to tak, jak wiele razy przedtem. Starała się nie odbierać każdego gestu zbyt osobiście, a jednocześnie nie potrafiła nie myśleć o tym, że to może znaczyć coś więcej i nie jest to tylko przyzwyczajenie z jego strony. Przebywanie z Carterem od rozstania było zawsze bolesne. Teraz również czuła w klatce ten znajomy ścisk, który towarzyszył jej tamtego dnia, kiedy zdecydował, że ją zostawia. Miał wrócić. W swoich słowach nie żegnał się z nią na zawsze, a tylko na krótki czas. Mieli sobie poukładać wszystko w głowach, a potem do siebie wrócić. Tylko zamiast tego dostała papiery rozwodowe, a on już nigdy do niej nie wrócił. Poza tą nocą. Tej nocy miała go tak, jak dawniej.
    Sloane zaśmiała się cicho w odpowiedzi na jego słowa.
    — Nie wiem, czy jakieś serce mi jeszcze zostało. — Westchnęła bezgłośnie. Może tylko coś pusto dudniło jej w piersi i jedynie imitowało serce. Po tych wszystkich sytuacjach, w które się Sloane wpakowała była zaskoczona, że cokolwiek tam jeszcze bije i jest w niej. — Ale może zdarzy się świąteczny cud i mi wróci.
    Słyszała zmęczenie płynące z jego głosu. Znała je z tych wszystkich dni, które spędzali razem po zbyt mocnych kłótniach, kiedy nie wiedzieli, czy jeszcze mają czego u siebie szukać. Zagubieni w życiu i w samych sobie. Porozumiewali się w zasadzie bez słów. To, co chcieli sobie przekazać słowami zastępowali spojrzeniem, które mówiło znacznie więcej.
    Czy obudzić się obok byłej żony, mogła za niego dokończyć, choć równie dobrze mógł powiedzieć dziesięć tysięcy innych rzeczy. Sloane specjalnie się nie odzywała, aby nie otworzyć jakiejś puszki Pandory między nimi.
    — Są gorsze sposoby na spędzanie świąt, Carter. Nie wszyscy mogą paradować w różowym szlafroku. — Zaśmiała się. Pasował mu. Ledwo mieścił mu się w barkach co prawda, ale pasował mu ten szlafrok. — Życie huh…
    Mogłaby się od razu zapytać czym leczyć złamane serce, ale wątpiła, że miałby cokolwiek w swojej podręcznej apteczce co mogłoby im nawzajem pomóc. Z jednej strony naprawdę chciałaby się z niego wyleczyć, ale nie chciała. Nie, gdy widziała chociaż zalążek nadziei, a w ich przypadku ta nadzieja chyba zawsze będzie. Mogły pojawić się różne osoby, ale między sobą mieli tę nic porozumienia, którą ciężko byłoby znaleźć z kimś innym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Nie musisz mi dziękować. — Zapewniła. Nie chciała jego podziękować. Lubiła myśleć, że gdyby potrzebowała to Carter również by ją ogarnął. Gdyby oczywiście wiedział, że coś się dzieje. Sloane sama już nie wiedziała, ile informacji o niej do niego docierało, a ile ignorował, bo nie chciał mieć z nią już nic wspólnego. — Pewnie w mieszkaniu jakiejś tlenionej blondyny, która narobiłaby tysiące selfie, o których nawet byś nie wiedział i dopiero wtedy miałbyś przejebane. — Mruknęła półżartem, półserio. Jakoś wątpiła, że kumple by go powstrzymali, gdyby wychodził z jakąś laską.

      sloane

      Usuń
  20. Sloane chciała ten moment dobrze zapamiętać. Samo to, że on po prostu był w jej mieszkaniu i sięgał po jej różowy szlafrok bez zawahania. Jeszcze chwilę nacieszyć się tym, że miała go dla siebie na kilka dodatkowych chwil, dopóki nie będzie zmuszony przez samego siebie wrócić do życia, które prowadził bez Sloane. Wiedziała przecież, że prędzej czy później wróci do swojej codzienności, a ona będzie musiała wrócić do swojej. Miała nadzieję, że będą mieli dla siebie jeszcze ten dzień. Były w końcu święta, a było też jasne, że żadne z nich nie ma z kim spędzić tego dnia. Wychodziło na to, że nawet, jeśli nie mieli nikogo to zawsze mogli liczyć na siebie.
    — Będziemy mogli udawać, że spędziłam cały ranek gotując, a nie śliniąc ci się na ramię przez sen. — Zaśmiała się pod nosem. Sloane do kuchni się nie nadawała, ale potrafiła zamówić najlepsze żarcie w całym Nowy Jorku, a to umiejętność, której jej absolutnie nikt nie odbierze. Nawet w święta, kiedy tak na dobrą sprawę wszystko co dobre będzie zamknięte, ale to było nieistotne w tej chwili.
    Każdy ruch i gest między nimi nie tylko zdawał się być, ale był naturalny. Może to przyzwyczajenie przez nich przemawiało, ale Sloane nie chciała o nich myśleć w ten sposób, że byli do siebie przyzwyczajeni, więc im wychodziło. Spędzili miesiące osobno. Długie, długie miesiące, które ich od siebie odsuwały, a nie zbliżały. Byli zupełnie innymi ludźmi niż pół roku temu, a jednak i tak zachowywali się momentami, jakby nic się między nimi nie zmieniło.
    — Czyli nic nowego. — Mruknęła. Carter dobrze ją podsumował. Wtedy, kiedy należało je odsłonić to robiła wszystko, aby je zakryć, a gdy najodpowiedniejsze co mogła zrobić to je schować – Sloane podawała je ludziom jak na dłoni.
    — Obiecuję, że nikomu o tym szlafroku nie powiem. — Nie powie, bo to był widok dla niej. To było między nimi. Coś czym Sloane ze światem nie mogła i nie chciała się dzielić. — Twój wizerunek jest bezpieczny. Dalej będziesz tym groźnym i bezwzględnym. — Dodała i puściła mu oczko. Bywał taki, ale to nie była główna cecha jego osobowości. Wychodził na wierzch tylko wtedy, kiedy musiał.
    Potrafiła sobie wyobrazić, co by się działo, gdyby z taką jednak wylądował. Nie chodziło o koszmar w mediach, a raczej o to, jak Carter później czułby się sam ze sobą. Znów bez kogoś komu może zaufać i Sloane może nie była najlepszą osobą do obdarzenia zaufaniem, ale nigdy nie pozwoliłaby na to, aby pod wpływem i w takim stanie się pogrążył. Właśnie, dlatego go stamtąd zabrała, bo potrzebował odpoczynku, a nie kolejnego spektaklu. Sloane mogła mu to zaoferować, a to, że między nimi wydarzyło się, co się wydarzyło to była już inna kwestia. Pewnych rzeczy nie można było zatrzymać, choćby się chciało. Atmosfera zbudowała się sama, a między nimi napięcie było zawsze. Nie opuszczało ich. Tym razem najwyraźniej nie było też niczego, co kazałby się Carterowi zatrzymać, a Sloane to wykorzystała. Mogłaby mieć wyrzuty sumienia, ale gdyby Carter nie chciał to mógłby ją odrzucić. Kazać się ogarnąć i zniknąłby zanim blondynka zdążyłaby powiedzieć chociaż jedno słowo, a on został. I wcale nie spieszyło mu się do powrotu.
    Kiedy Carter zniknął w łazience, Sloane jeszcze przez chwilę leżała zagrzebana w pościeli. Nie sama, bo przyszła do niej Rue, która ułożyła się na miejscu Cartera i zawinęła w kulkę. Blondynka podniosła się dopiero po kilku minutach. Wzięła parę świeżych ubrań z garderoby i skorzystała z drugiej łazienki, aby się doprowadzić w miarę do porządku. Nic szczególnego, ale przynajmniej umyła twarz i zęby, trochę się wyciszyła też. Po wyjściu zamówiła dla nich jedzenie. Wzięła już jak leciało. Coś na śniadanie i później na obiad, choć nie miała pojęcia, czy Carter zostanie na resztę dnia, czy nie zmyje się po chwili, ale póki co jeszcze o tym nie myślała. Wolała się pobawić w szczęśliwy dom, dopóki jeszcze miała na to okazję. Z nimi wszystko zmieniało się jak w kalejdoskopie, a równie dobrze za pół godziny mogło go tutaj już nie być.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żadne pytania nie padły, kiedy w końcu zjawił się lekarz. Znał Sloane i znał również Cartera. Nie pytał. Zrobił co trzeba, a potem w milczeniu wyszedł. Kroplówka pomogła i postawiła na nogi szybciej niż kawa, której chyba oboje musieliby wypić litry, aby zadziałała. Tego właśnie był im trzeba. Szybkiej akcji ratunkowej, a nie dnia spędzonego na moralnym i fizycznym kacu. Było lepiej. Zdecydowanie. Oboje też wyglądali lepiej, choć tego zmęczenia nie dało się niczym zakryć.
      Dała mu chwilę, kiedy portier zapukał z nowym iPhonem do drzwi. Sloane była zaskoczona, jak szybko udało mu się go zorganizować, ale nie zadawała żadnych pytań. Jakaś premia świąteczna mu się za to zdecydowanie należała. Potem się tym zajmie. Sloane w tym czasie grzebała w swoim. Ignorując, wciąż, wszystkie powiadomienia, które nie były teraz dla niej istotne. Wiedziała jedno – ma przejebane, ale teraz miała święta, których nawet nie obchodziła i to na nich zamierzała się skupić. Przechodząc obok Cartera nie spodziewała się, że akurat trafi na jego zdjęcie z Sophią na tapecie. Poczuła, jak ściska ją coś w środku. Powinna była się spodziewać. Wtedy wróciła też myśl – oni mieli mieć dziecko. Carter… Jej Carter z jakąś obcą dziewczyną. Cóż, nie taką obcą. Zacisnęła lekko zęby, a palce mocniej wokół własnego telefonu. Dawniej to ją miał na tapecie, a teraz jej miejsce zajmowała Sophia. Ale nie tego dnia. Dzisiaj to Sloane go miała, a co będzie potem to jeszcze się okaże.
      Miała już odchodzić, ale ją powstrzymał. Sloane uśmiechnęła się pod nosem, gdy opadła obok niego. Podwinęła nogi pod siebie, na których miała miękkie, ciepłe skarpetki naciągnięte na legginsy.
      — W drodze. — Odparła. — Wzięłam jakiś świąteczny zestaw śniadaniowy. Tosty francuskie z jakimś kremem, bekon, cynamonki i takie tam. Same dobre rzeczy. — Zapewniła. Wybór będą mieli to na pewno. — A na obiad, jeśli zostaniesz, będą żeberka w miodzie, puree ziemniaczane i coś jeszcze. Już nie pamiętam, ale wszystko brzmi miło.
      Podniosła głowę, aby na niego spojrzeć, a kiedy zapytał, czy wyjdą zapalić tylko skinęła głową.
      — Jasne. — Nigdy nie odmawiała. I ona również nie chciała być sama. Jeszcze na samotność było za wcześnie. —Weź szlafrok, żebyś mi nie zamarzł. — Dodała, a na usta wślizgnął się jej lekki, zadziorny uśmiech. Nikt go w nim nie zobaczy, zbyt wysoko mieszkała, aby z dołu ktokolwiek mógł Cartera rozpoznać.

      sloane

      Usuń
  21. Niby żartowała, ale pod tymi słowami kryła się też troska. Znała go i nie dziwiło jej, kiedy wychodził na zewnątrz tylko w samym krótkim rękawku czy cienkiej bluzie. Ona wcale teraz lepsza nie była, ale sobą się nie przejmowała tak bardzo, jak nim. Poza tym, ten szlafrok naprawdę mu pasował. Jeszcze się okaże, że jej go zabierze, ale chyba nawet nie będzie o to zła.
    Sloane nie wiedziała co z nich będzie. Wolała nie myśleć, bo gdy zaczynała to złe rzeczy działy się jej w głowie, a ostatnio nie należała do najstabilniej emocjonalnie osób. Ostatnie czego potrzebowali to zaryczana Sloane, a łatwo było jej do tego stanu ostatnio przejść. Z tym, że to wcale nie było urocze płakanie i jedna łezka, która spływa po policzku, więc takiego cyrku zdecydowanie Carterowi zamierzała oszczędzić, a przynajmniej się postara. Z jednej strony byłoby łatwiej, gdyby miała wszystkie odpowiedzi podane na tacy. Kim teraz dla siebie są? Co to znaczyło? I czy zostanie już na zawsze. Tylko wiedziała, że na żadne z tych pytań Carter nie będzie mógł jej odpowiedzieć, bo on sam nie wiedział. Lub nie chciał odpowiadać, a Sloane była tylko ucieczką. Poniekąd była, bo gdyby nie ona to jakaś inna, która nie zabrałaby go, bo chciała się nim zaopiekować, a pochwalić tym, że wyrwała Zaire’a.
    Odebrała od niego w milczeniu papierosa. Już odpalony z tlącym się dymem. Zaciągnęła się nim. Trucizna, którą karmiła swoje płuca każdego dnia, choć co chwilę obiecywała sobie, że rzuci. A potem działo się coś, co sprawiało, że rzucić nie mogła. Takie błędne koło, które donikąd nie prowadziło.
    Nie wiedziała, ile jest stopni na zewnątrz, ale wiedziała, że piździ i wcale się jej to nie podobało. Mogła wrócić do LA w każdej chwili, musiała tam wrócić. W Los Angeles nie było tak zimno, ale tam czekały kłopoty. Duże kłopoty. Jednak jeszcze nie chciała o tym myśleć. Śnieg delikatne prószył osiadając jej na włosach i na ich ubraniach. Dłonie zdążyły już zmarznąć, a policzki zrobiły się jej czerwone od chłodu. Wpatrywała się w miasto przed sobą, które zdawało się być teraz spokojniejsze. Zawsze miała wrażenie, że w tym okresie Nowy Jork cichł. Ludzie siedzieli w domach z bliskimi, jedli wspólne posiłki i otwierali prezenty, a wśród tych wszystkich ludzi byli również oni. Niemający pojęcia, gdzie ich to wszystko zaprowadzi.
    — Hm? — Mruknęła tylko cicho, ale bez protestu przylgnęła do Cartera. Westchnęła cicho, niemalże z ulgą, kiedy wtuliła się w jego ciepłe ciało. Tak, tutaj było o wiele lepiej. Wsunęła dłoń na jego bok, który był teraz tak przyjemnie ciepły i kontrastujący z tym co działo się na zewnątrz. Jej palce delikatnie sunęły po jego boku, sama chyba do końca nie wierzyła, że Carter naprawdę tutaj jest obok niej. Raz po raz faktycznie sprawdzała, czy jest obecny czy tylko sobie to wymyśliła, ale nie, on naprawdę tutaj był.
    — Bo jesteś. — Odparła i uśmiechnęła się delikatnie. — Nawet nie wiesz, jak bardzo grzejesz. — Zaśmiała się cicho. Był najlepszy, jeśli chodziło o dodatkowe grzanie. Sloane nie dokończyła papierosa do końca. Dopaliła go do połowy, a potem odłożyła do popielniczki i schowała się bardziej w Carterze. Objęła go delikatnie, już bez sprawdzania czy może. Po prostu brała, bo gdyby jej nie chciał – nawet na chwilę – to nie pozwoliłby jej na tę bliskość.
    W odróżnieniu od niego, Sloane wiedziała, że tego właśnie chciała. Powrotu do ich codzienności, którą oboje tak dobrze znali. Tak się jej przynajmniej wydawało, bo Sloane nie miała żadnej pewności, jak to będzie wyglądało, gdyby wrócili do siebie. Może znów popełnialiby te same błędy, choć w to nie chciało się jej wierzyć. Wydawało się jej, że tym razem nie byłaby dla niego tak okrutna. Nie chciała taka dla niego być. Teraz traktowałaby go lepiej. Tak, jak zasługiwał i jak powinna była robić od samego początku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spokoju nie dawały jej jednak myśli o Sophii. O tym, że miała coś z czym Sloane nie mogła walczyć. Przewagę, której się blondynka nie spodziewała. Carter nie był okrutny, jeśli nie musiał, a jej… Jej się nie chciało wierzyć, że mógłby tę dziewczynę zostawić samą. Szczególnie, że była w ciąży i to… To było po prostu absurdalne. Carter miał zostać ojcem, a przynajmniej taki, chyba, mieli plan. Nie zamierzała zaczynać tego tematu, chociaż była ciekawa o co im poszło, bo było jasne, że zerwali. Westchnęła, jakby tym odrzuciła od siebie te wszystkie uporczywe myśli i mocniej się w niego wtuliła,
      Odwróciła się od tych wszystkich myśli. Skupiła za to na Carterze i jego ciepłym ciele. Na zapachu jego skóry, który mieszał się teraz z jej wiśniową pianką do kąpieli. Naprawdę mogłaby się do tego przyzwyczaić. Jego obecność na nowo tutaj albo w nowym miejscu, które sobie wybiorą. Dzielenie się przestrzenią. Wspólne poranki i wieczory. Po prostu wspólne życie, za którym tęskniła.
      — Skończyłeś? — Spytała cicho. Mimo, że była otulona jego ramionami i szlafrokiem to wciąż było jej zimno. — Bo nie wiem, czy zaraz nie przymarznę do płytek. — Zaśmiała się. Zeszłej nocy była naćpana i było jej obojętne, a teraz, gdy organizm był mimo wszystko osłabiony czuła ten chłód wyraźniej. — Śniadanie niedługo też powinno być.

      sloane

      Usuń
  22. Byłoby łatwiej, gdyby już go nie kochała. Gdyby nie było w niej żadnych uczuć, które Carter mógłby rozbudzić tym, że po prostu jest obok. Powtarzała mu stanowczo zbyt wiele razy, że się go boi, a teraz, jak na ironię, to przy nim czuła się bezpiecznie. Było coś kojącego w tym, jak ją obejmował i nie pozwalał, aby chłód zbyt mocno jej przeszkadzał. Jak całował ją w czubek głowy, choć ten gest dawno powinien między nimi być zakazany. Nie doceniła go wcześniej. Wzięła za kogoś kto zawsze będzie obok, bo mimo całego syfu, który się dział oni do siebie wracali. Z tym, że teraz mogło być za późno. Wydarzyło się po prostu zbyt wiele.
    — Mhm, jeszcze ci brakuje w kartotece. — Mruknęła pod nosem, a tę miał dość… Barwnie wypełnioną. Nie spodziewała się, że ją podniesie. Sloane się zaśmiała, tak beztrosko i bez chociaż grama martwienia w głosie. Od razu go objęła, a twarz schowała w zagłębieniu jego szyi. — Wiesz, wolałabym cię oskarżać o przegrzanie. Mógłbyś się tym zająć. — Rzuciła zaczepnie, bo nie widziała sensu w tym, aby stwarzać między nimi mur, choć ten i tak był. Nawet, jeśli Sloane próbowała udawać, że go nie ma – to był. Bo oboje nosili w sobie zbyt wiele ciężaru, aby tak po prostu móc się go pozbyć.
    Myślała, że zostanie z nią w salonie. Ale kiedy już siedziała wygodnie na sofie, okryta kocem i grzejąc się od nowa, przeczuwała wręcz, że za moment wyjdzie. Niechętnie wysunęła się też z jego objęć, o wiele bardziej wolała myśl, że Carter zostanie z nią, ale też to rozumiała. Jej również było ciężko poradzić sobie z tym wszystkim. Zrozumieć na czym stoją i czy w ogóle na czymś stali, czy może… Czy może za chwilę grunt pod ich nogami się zapadnie, a oni wrócą w znajome stare miejsca.
    — O wiele lepiej. — Przyznała i uśmiechnęła się lekko do mężczyzny. — Ale byłoby lepiej, jakbyś mi nie uciekał. — Dodała unosząc lekko brew. Nie próbowała go na siłę przy sobie zatrzymać. To by nic akurat teraz nie dało, ale subtelnie również zamierzała dać mu znać, że wcale ta ucieczka się jej nie podoba. — Ledwo dwanaście godzin minęło, a już masz mnie dosyć? — Niby rzuciła to w formie żartu, ale chyba też sprawdzała jego nastawienie do niej. Czy faktycznie ma jej już dość, czy myśli o Sophii są zbyt uporczywe, aby mógł dalej siedzieć obok niej, gładzić jej uda i zachowywać się tak, jakby te miesiące wcale się nie wydarzyły.
    Sloane zakopała się bardziej w kocu, kiedy wyszedł. Sięgnęła po swój telefon, choć wcale nie była ciekawa co tam znajdzie. Potrzebowała zajęcia, aby nie podreptać za nim do kuchni. Naprawdę chciała, ale to byłby błąd, którego popełniać nie zamierzała. Wolała, aby uporał się z myślami tam, a potem wrócił do niej. Jeszcze przez jakiś czas mogła udawać, że Carter jest tu w pełni dla niej. Że wcale nie ma tej drugiej, choć, czy to nie Sloane była teraz tą drugą dziewczyną? Scrollowała Instagrama, ale nie interesowały jej fotki ze świąt znajomych ani innych ludzi. Śmieszne reelsy nie były teraz zabawne, a niektóre uderzały zbyt mocno w punkt. Telefon wiedział, że znów przechodziła kryzys i że ten kryzys łaził teraz w jej różowym szlafroku. Zablokowała telefon i położyła na stoliku przed sobą. Setki nieprzeczytanych wiadomości, dziesiątki nieodebranych połączeń. Wszystko pewnie poszło się jebać, a ona może nie miała do czego w tym Los Angeles wracać. Teraz nie była pewna, czy chce, czy dobrze zrobiła. Trudno, przekona się po nowym roku. Chyba. Jeszcze nie wiedziała, kiedy tam wróci, ale w końcu musiała. Tylko jeszcze nie teraz. Dopiero za jakiś czas.
    — Myślisz, że jedząc z tobą śniadanie nie wzięłabym extra, extra, extra bekonu? — Uniosła brew, gdy do niej wrócił i uśmiechnęła się kącikiem ust. — Nie będziesz mi tym razem kradł z talerza. — Przewróciła oczami. Dobrze znała zapędy Cartera wobec bekonu. Swojej porcji będzie pilnowała. — Nie, nie. Zostań w nim. Dobrze ci w nim. Róż podkreśla ci kolor oczu.
    Odwinęła koc robiąc mu miejsce.
    — I wracaj. Jeszcze mi jednak zimno.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uśmiechnęła się. Trochę zbyt bezczelnie, jak na sytuację, ale inaczej nie potrafiła. Mogłaby się wycofać, rzucić jakimś głupim komentarzem, ale tak naprawdę to pragnęła tylko Cartera. Jeszcze przez chwilę, krótki moment. Dopóki nie wróci rzeczywistość. Teraz miała swój mały świąteczny cud, a to, że nie potrwa on długo… To inna kwestia.

      sloane

      Usuń
  23. To był taki zwykły widok. Carter z puszkami coli, lekko uśmiechnięty, ale bez przesady i z tym zmęczeniem w oczach, które w zasadzie wcale go nie opuszczało. Sloane naprawdę mogłaby i chciałaby się znów do tego przyzwyczaić. Mieć go na co dzień to było coś czego wtedy nie doceniała. I żałowała, że tak późno to zrozumiała, że musiało się wydarzyć tak wiele, aby zobaczyła, jak wiele ten mężczyzna dla niej znaczy.
    — Dokładnie. Mam swoje sposoby, aby zatrzymać faceta w mieszkaniu. — Rzuciła w odpowiedzi wciąż utrzymując ten luźny ton, który miał wskazywać na swobodę, ale tak naprawdę było jej do tego daleko. Carter o tym wiedział, ale podobnie, jak Sloane o pewnych rzeczach po prostu nie mówił.
    Nie była pewna, czy się wahał, ale w końcu usiadł obok. Sloane przysunęła się bliżej. Nie potrafiła zrezygnować z jego bliskości. W porównaniu do jej, jego dłonie były przyjemnie ciepłe. Kojące wręcz. Położyła głowę na jego ramieniu, a jedną z dłoni na torsie. Nie musiała mówić zbyt wiele, aby zdał sobie sprawę z tego, jak istotna dla niej była ta chwila.
    — Już nie tak bardzo. — Powiedziała cicho. To była w zasadzie wymówka. Mogła zagrzać się pod kocem bez jego pomocy, ale nie chciała. Z nim było przyjemniej i bezpieczniej. Z Carterem obok wszystko nabierało sensu. Nawet najgłupsze rzeczy.
    Delikatnie uderzyła go w pierś, kiedy to powiedział i mruknęła cicho w proteście.
    — Okropny jesteś. — Mruknęła lekko kręcąc głową. Niech zostanie do czternastej, szesnastej, a najlepiej na zawsze. Ta opcja zadowoliłaby ją najbardziej, ale nie ośmieliła się prosić. Kolejnego błagania nie było, ono i tak niewiele by teraz wniosło. Była za to cisza, która potrafiła być głośniejsza niż jakiekolwiek słowa, które Sloane kiedykolwiek wyrzuciła w jego kierunku. — Dobrze wiedzieć, że ten bekon cię tak przekonał, a nie moja cudowna osobowość.
    To co ich tak do siebie ciągnęło było niewytłumaczalne. Oni to rozumieli, choć nie potrafili tego nazwać. Inni ludzie nie potrafili zrozumieć. Niejeden zarzuciłby im toksyczność i na pewno coś w tym było, bo niejeden raz doszli do wniosku, że tacy właśnie dla siebie są. Z tym, że Sloane teraz ciągle próbowała przekonać się, że gdyby dali sobie szansę od nowa to wyglądałoby to zupełnie inaczej. Wiedzieli już lepiej. Rozmawiali ze sobą też w inny sposób. Aż tyle szklanek w ostatnich miesiącach nie pobili co przez całość trwania ich związku. Po prostu chciałaby, żeby im wyszło. Jednocześnie cały czas myślała o tym, co powiedział jej w klubie. Gdyby wciągnęła jeszcze jedną kreskę, wzięła molly czy cokolwiek innego pewnie by o tym zapomniała. Ale nie potrafiła. Lipiec do niej wracał raz po raz. Zdjęcie Sophii i Cartera na tapecie również do niej wracało. Mógł je zmienić na szarą tapetę, ale to jeszcze nic nie oznaczało. To było nieistotne, kiedy miało się świadomość, że te zdjęcia wciąż w galerii istnieją, a przede wszystkim, że istnieją one w głowie. Że nie pozbył się jej z serca. I nie oczekiwała, że zrobi to tego popołudnia. Czy nawet za miesiąc. Ba, może i jej wcale nie będzie potrafił się pozbyć. Jak mógłby? Nie pytała, choć chciała. Wiele pytań teraz między nimi wisiało, na które nie byli gotowi. To nie był ten czas. Dzisiaj Sloane chciała być tą dziewczyną, która spędza czas ze swoim… Cóż, byłym mężem. Wciąż w nim zakochana, wciąż go potrzebująca.
    Palce blondynki kreśliły małe kółka na jego torsie. Patrzyła na swoją dłoń. Cieplejszą niż przed chwilą. Ozdobioną długimi paznokciami w odcieniu krwistej czerwieni. Jak zawsze, bo inne kolory do niej nie przemawiały.
    — Wiem, że to nie są idealne święta, ale… cieszę się, że spędzam je z tobą. — Odezwała się cicho. Byłaby wtedy sama, gdyby nie on. I Carter to wiedział. — Może bez choinki i całej reszty, ale… wciąż jest dobrze. — Wtuliła policzek mocniej w jego ramię, jakby chciała uciec przed światem, a tylko on mógł jej to schronienie dać.

    sloane

    OdpowiedzUsuń
  24. To nie było prawdziwe.
    Sloane dobrze o tym wiedziała, ale tak desperacko próbowała trzymać się tej wizji, że to co tworzą może im dać szansę na przyszłość. To było błędne koło, bo Sloane się nakręcała na to, co było w jej głowie, a co nie miało odzwierciedlenia w rzeczywistości. Słowa Cartera sprzed miesięcy wcale nie zgasły. Wciąż pamiętała, jak mówił, że nie potrafi jej już kochać tak, jak dawniej. Kiedy patrzyła mu w oczy widziała, że to prawda. Natomiast teraz, kiedy zaglądała mu czasem w oczy nie potrafiła dostrzec już tego, co dawniej. Ten błysk, który był zarezerwowany tylko dla niej już dawno zgasł. Mogła wciąż coś dla niego znaczyć, ale już nigdy, a na pewno nie w obecnym czasie, nie będzie znaczyła tyle, co Sophia. Sloane przestała być jego pierwszym wyborem. I była tego boleśnie świadoma, ale wciąż nie potrafiła z niego zrezygnować. Nawet, jeśli wiedziała, że to właśnie należało zrobić.
    W jego głosie nie słyszała przekonania. Nie musiało go być, a Carter nie musiał starać się jej zapewniać, że właśnie tak chciałby, aby wyglądały jego święta. Będąc na jego miejscu też, raczej, wolałaby być z tym kogo kochała i z kim planowała przyszłość, a nie z osobą, z którą nie łączyło ją nic poza wspólną przeszłością.
    To wszystko było zbyt skomplikowane. Zbyt poplątane i popieprzone, aby można było to łatwo ogarnąć. Nie wiedziała, jak ma to znosić. Ile uda się jej znieść, ale wiedziała jedno – że ten dzień wykorzysta w pełni. Nawet nie dla samej siebie, ale dla Cartera, bo jeśli zostanie sam na moment to znów się rozpadnie. Sloane, co prawda, nie mogła z nim zostać na dłużej. Nie, bo nie chciała, ale on w końcu sam uzna, że musi wrócić do siebie. Do życia, które prowadził. I na nią również czekała nowa codzienność, z którą będzie musiała sobie poradzić.
    Przesiedzieli tak może jeszcze kilka minut, zanim nie rozległ się dźwięk dzwonka.
    — Żarcie. — Oznajmiła krótko i podniosła się, aby odebrać je od kuriera. Potrzebowali tych sekund też w osobności, a Sloane zamierzała dać mu jeszcze więcej, bo po prostu wiedziała, że minuta dłużej i rozwyje się na jego piersi, a to dopiero wszystko zjebie.
    Przyniosła pachnące pudełka do salonu. Były eleganckie, ale nieprzesadnie. Żadna podrzędna knajpa, w której jakość jedzenia była wątpliwa. Pachniało intensywnie. Słodko, ale nieprzesadnie. Druga tura miała pojawić się później, a Sloane wolała nie ryzykować ogrzewaniem jedzenia. Wczoraj mieli dowód, jak to się kończy. I nie kończyło się dobrze.
    — Lepiej, żebyś był głodny i ten extra, extra, extra bekon się nie zmarnował. — Wskazała na niego palcem i uśmiechnęła się w ten swój sposób, który zawsze maskował to, jak naprawdę się czuła. Nie było potrzeby, aby teraz rozgrzebywali jej uczucia i rozkładali je na czynniki pierwsze. — Nie czekaj na mnie, zaraz wrócę.
    Już nie patrzyła mu w oczy, kiedy to powiedziała. Odwróciła się na pięcie i zniknęła na korytarzu. Na moment zamknęła się w łazience. Odkręciła wodę w umywalce i oparła się o nią dłońmi, pochylając nad umywalką. Potrzebowała… Sama nie wiedziała, czego. Nie chciała, aby to wszystko było kłamstwem, ale nim było. Carter to wiedział i Sloane to wiedziała. Oboje udawali. Nie było żadnej przyszłości. Żadnego jutra. Było tylko dziś. I to cholernie bolało. Bo ona już wszystko straciła. Nie dzisiaj, ale miesiące temu, kiedy podjęła decyzję, która rozpieprzyła wszystko czego teraz tak bardzo pragnęła, a nie mogła mieć. Kiedy uniosła głowę napotkała swoje odbicie. Z czerwonymi, błyszczącymi oczami i drżącymi ustami. Carter tutaj był, ale nie był jej. Mogła sobie wmawiać, że jest, ale w środku wiedziała, jaka jest prawda i to nie była ta wymarzona prawda, którą Sloane sobie wciskała od miesięcy do gardła. Którą powtarzała każdemu kto chciał jej posłuchać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ochlapała twarz zimną wodą. Zrobiła to kilka razy, jakby to miało pomóc jej pozbyć się z twarzy i oczy emocji. Odrobinę pomogło. Nie tak, jakby tego chciała, więc wzięła korektor, którym chociaż trochę miała nadzieję, że zakryje to, jak przed momentem się w ciszy rozpadła, choć dobrze wiedziała, że Carter się domyśli. Nawet, jeśli nie zapyta i będzie grał w jej grę – będzie wiedział. Wyglądała już odrobinę lepiej niż przed kilkudziesięcioma minutami. Poprawiła włosy, które spryskała perfumami do włosów i ciało również, bo dlaczego nie? Dobry zapach zawsze poprawiał jej nastrój. I dopiero wtedy wyszła. Wróciła z uśmiechem, bo nie planowała się przy nim nad sobą użalać.
      — Extra, extra, extra bekon jeszcze został, czy zjedliście wszystko na spółkę, a mi został jakiś marny kawałek? — Rzuciła z tą udawaną wesołością w głosie. Rue opierała się łapkami o udo Cartera prosząc ślepiami o kawałek bekonu, pancacke czy czegokolwiek co nie było dla psów przeznaczone.
      — Dałeś jej już coś czy dzielnie walczysz z tymi brązowymi ślepiami? — Zapytała. Rue nie ustępowała, jeśli chodziło o proszenie. Gdy na salony wjeżdżał bekon to cała tresura tego psa znikała.

      sloane

      Usuń
  25. Mogła udawać, ile chciała, ale w rzeczywistości nie da się pozbyć tak naprawdę wszystkich uczuć, które w sobie miała. Tej przykrej świadomości, że cokolwiek się między nimi działo – było tylko na parę godzin. Sloane pewnie teraz by usłyszała, że daje mu od siebie więcej niż zasłużył. Że po tym wszystkim co jej zrobił – w co ją wciągnął – Carter nie zasługiwał na to, żeby blondynka robiła dla niego cokolwiek. Ona chciała to robić i wcale nie chodziło o odkupienie win za to, jak ona go potraktowała. Nie trzymała go w swoim mieszkaniu tak uparcie, bo chciała go w ten sposób przeprosić za te wszystkie miesiące, kiedy myślała o Jamesie, za tamten tydzień, kiedy z nim zniknęła, a gdy wróciła to nosiła na ciele i w duszy ślady innego mężczyzny. To była przeszłość, owszem. Może nie taka, którą w pełni rozwiązali, ale należała już do przeszłości. Nie była częścią ich życia teraz. Nic z tego co działo się w przeszłości nie było już częścią życia Sloane. Teraz miała nowe problemy, choć zdawało się, że one wciąż są takie same, jak dawniej. Mimo tego, jak jego obecność bolała to chciała, aby tutaj był. Mogła powtarzać sobie, że jest jej tego dnia, ale w głębi wiedziała, że Carter dawno temu przestał być jej, a te wszystkie momenty, kiedy myślała, że jest były tylko zlepkiem urwanych chwil i niczego więcej. Żadną przepustką do przyszłości. Żadnym… „ich” już nie było. Wiedziała to wszystko, a i tak nie potrafiła sobie go odpuścić. Chyba nawet przestała widzieć już szansę na przyszłość, a wciąż trwała.
    Wróciła do salonu z uśmiechem, który do niej po prostu nie pasował. Sloane nie była tym rodzajem człowieka, który uśmiecha się często i bez powodu. Przy odpowiedniej osobie owszem, ale nawet wtedy przebijało się przez nią to wszystko co trzymała w środku, a o czym nie mówiła na głos. To nie były tylko rozterki sercowe. To było wszystko z czym sobie nie radziła w życiu. Każda osoba, która ją zawiodła, a która bezwarunkowo powinna być przy niej i ją kochać, nawet kiedy, a może szczególnie, kiedy popełniała błędy. Były to też wszystkie osoby, które ona zawiodła. Kreowała się na tę silną, która nikogo nie potrzebuje, ale tak naprawdę, kiedy gasły wszystkie światła, a Sloane zostawała sama tylko ona wiedziała, że to wszystko to akt, który zapijała tequilą albo brała kolejną kreskę, aby wyciszyć własną głowę i odciąć się od bałaganu, który narobiła sobie sama.
    Sloane prychnęła widząc, jak daje jej kawałek bekonu. Próbowała być tą odpowiednią psią mamą i nie karmić jej ludzkim jedzeniem, ale nie wychodziło. Rue miała dar przekonywania.
    — Całe szczęście, że nie potrafi mówić, bo oboje poszlibyśmy z torbami. — Rzuciła w odpowiedzi. Jak nic była tak samo rozpuszczona, jak Sloane. Serio, który pies pije tylko filtrowaną wodę i ma dla siebie zgrzewkę wody Fiji? I absolutnie niczego nie żałowała. — Kreski zostawmy nam, a dla niej będą te kaloryczne smaczki o wątpliwym pochodzeniu. — Zaśmiała się pod nosem. Skoro oni mieli fast foody, to Rue czasem też się należały chamskie smaczki, które uwielbiała, prawda? Idealny balans między zdrową żywnością, a małym cheat day.
    Wolała, aby nie pytał. Niech się domyśla, niech czyta z jej twarzy co chce, ale niech nie pyta. Nie była gotowa na wyznanie mu prawdy. Na rozklejenie się, znowu, przy nim. Wolała to zrobić, gdy Carter zdecyduje, że dość się nasiedział i pora wrócić do siebie. Nawet, jeśli Sloane wcale nie była pewna, kiedy to będzie miało miejsce. Najchętniej – jak najpóźniej. Teraz po prostu chciała się jego obecnością jeszcze nacieszyć. Mimo, że to właśnie przez niego była w takim, a nie innym stanie. A raczej przez siebie, bo nie potrafiła z niego zrezygnować.
    Delikatnie drgnęła, kiedy dłonie Cartera wsunęły się na jej talię. Bezgłośnie westchnęła w odpowiedzi na pocałunek. Tyle wystarczyło, aby Sloane zrobiła się miękka i odrobinę rozluźniona. Prawie tak, jakby nic między nimi się nie zmieniło, a mimo to w pocałunku wszystko krzyczało, że nie jest on taki, jak dawniej. Jakby czegoś w nim brakowało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Hm? — Mruknęła cicho pozwalając na to, aby odwrócił ją w swoją stronę. Nie uciekała przed nim wzrokiem, choć dobrze wiedziała, że teraz nie będzie miała już jak ani gdzie uciec, kiedy Carter zobaczy… Cóż, wszystko tak naprawdę. Objęła go delikatnie, bo nie potrafiłaby być obojętna i chciała tej bliskości, a w zasadzie to jej wręcz potrzebowała. Przez chwilę zastanawiała się, jak ma mu odpowiedzieć. Jego ciepłe dłonie dotykały jej twarzy, a Sloane za każdym razem miała wrażenie, że samym dotykiem jest w stanie czytać z niej emocje. Przez chwilę nic po prostu nie mówiła, tylko patrzyła mu w oczy bez uciekania na bok. Kiedy dłonie Cartera zsunęły się po jej ciele, Sloane sama automatycznie do niego przylgnęła, jakby już wiedziała, że to długo nie potrwa.
      — Zależy o co pytasz, Carter.
      Bo nie, nic nie było w porządku. Wszystko się posypało, a ona już nie wiedziała, jak ma to ratować i czy da radę cokolwiek uratować. Czy nie okłamywała samej siebie od miesięcy i przy okazji wszystkich dookoła. Mogła go okłamać, ale on by wiedział. I bez pytania o to znał prawdę.
      Zamknęła oczy pozwalając sobie na to, aby wtulić się do niego bez żadnej już granicy między nimi. Jeszcze przez moment udawać, że wszystko może być między nimi w porządku, że to jedne z wielu świąt, które mają przed sobą, a nie jeden z być może ostatnich momentów.
      Zaśmiała się, kiedy to powiedział, ale było w tym śmiechu coś przykrego czego nie mogła ukryć. Nawet, gdyby chciała to nie potrafiła tego ukryć.
      — Wolę to niż kreskę. — Przyznała szczerze. Przynajmniej po tym nie będzie aż tak rozjebana, chociaż teraz sama nie wiedziała. Po tych świętach będzie potrzebowała dużo czasu, aby dojść do siebie.
      Ona również się nie odsunęła. Nawet nie próbowała, bo wiedziała, że gdyby to zrobiła to przerwałaby między nimi tę nić porozumienia i te teraz naprawdę potrzebowała, aby mieć go przy sobie jeszcze przez chwilę.

      sloane

      Usuń
  26. Carter objął ją mocniej, jakby te dwadzieścia sekund naprawdę miało być jakimś magicznym minimum, którego trzeba się trzymać, żeby nie rozsypać się całkiem. Stał tak z brodą opartą o jej włosy, wciągając w płuca zapach perfum i dymu papierosa, ten dziwnie znajomy miks, który zawsze oznaczał Sloane. Czuł, jak jej ciało delikatnie drży, nie z zimna, tylko z napięcia, którego nawet nie próbowała już przed nim ukrywać. Nie odpowiedział od razu. Bo gdyby się odezwał, musiałby powiedzieć coś prawdziwego, a prawda była taka, że on sam nie był „w porządku” w żadnym sensie tego słowa. Trzymał ją więc w ramionach trochę dłużej, niż wypadało, trochę dłużej, niż było bezpieczne. Jakby chciał zapamiętać dokładnie ten moment: jej ciężar, sposób, w jaki wtulała się w niego bez pytania o pozwolenie, jakby to nadal było oczywiste. Carter czuł, jak jej ciało dopasowuje się do jego z tą dawną, bolesną naturalnością. Znał to napięcie w jej ramionach, to ledwie zauważalne drżenie, które zawsze oznaczało, że trzyma się resztkami sił. Wiedział też, że jej śmiech sprzed chwili był tylko kolejną warstwą ochronną. Jedną z wielu. Tak samo jak jego żarty. Mogła się śmiać, żartować, rzucać tekstami o bekonie i serotoninach, ale oboje wiedzieli, że to tylko cienka warstwa ochronna. Pod spodem było to samo stare bagno, z którego żadne z nich nigdy do końca nie wyszło. Nie obiecywał niczego. Nie kłamał słowami. Trwał tylko w tym uścisku, pozwalając sobie na tę jedną, krótką iluzję bezpieczeństwa, wiedząc, że to chwila, że to dziś, że jutro znów będzie musiał zmierzyć się z tym, co stracił. Czuł ulgę i rozpacz jednocześnie, mieszankę, od której robiło mu się niedobrze. A jednak… to właśnie Sloane trzymała go teraz przy życiu. Dosłownie. Gdyby nie ona, gdyby nie to mieszkanie, ten zapach, ten śmieszny różowy szlafrok i jej dłonie na jego plecach, prawdopodobnie zrobiłby coś głupiego. Coś nieodwracalnego. Wiedział, że ona czuje, że coś jest nie tak. Zawsze czuła. Przesunął dłonią po jej plecach, wolno, uspokajająco, jakby głaskał dzikie zwierzę, które może się spłoszyć przy zbyt gwałtownym ruchu. Bo Sloane była jedyną osobą, przy której jeszcze oddychał bez bólu w płucach. Jedyną, która nie patrzyła na niego jak na projekt do naprawy albo problem do rozwiązania. Nie pytała co dalej. Była tu. Teraz. W końcu westchnął ciężko, niemal niewidocznie.
    — Dwadzieścia sekund jeszcze nie minęło — rzucił w końcu cicho, próbując wrócić do żartu, choć głos miał niższy, cięższy. — Dajmy serotoninie szansę. — Przyciągnął ją jeszcze bliżej, tak że niemal całkiem zniknęła w jego ramionach. — Jak już idziemy w tę całą naturalną terapię… — dodał po chwili, próbując wrócić do lżejszego tonu, choć głos miał chropowaty. — …to chyba trzeba to zrobić porządnie.
    Przymknął oczy. Trzymał ją dalej, świadomy, że to krucha chwila. Tymczasowa. Że prędzej czy później rzeczywistość ich dogoni. Ale nie teraz. Teraz pozwolił sobie na luksus bycia człowiekiem, który nie myśli, nie decyduje, nie wybiera. Człowiekiem, który po prostu stoi i oddycha z kobietą, która, niezależnie od wszystkiego, wciąż potrafiła go utrzymać na powierzchni. Nie puszczał jej. Jeszcze nie. Bo w tej jednej chwili, w tym przytuleniu, była jedyną rzeczą, która trzymała go w pionie. Nawet jeśli oboje wiedzieli, że to nie jest rozwiązanie. Nawet jeśli to było tylko na teraz.
    — Na przykład… — mruknął w końcu, cicho, bez ironii. — Dlaczego wydzwania do ciebie Creighton?

    OdpowiedzUsuń
  27. Zacisną usta w wąską linię. Skierował temat na inne tory ztego głupiego, egoistycznego instynktu. Bo bał się, że jeśli zacznie mówić o nim, o nich, to wszystko się rozsypie. Że jeśli pozwoli jej powiedzieć prawdę, będzie musiał odpowiedzieć swoją. A jego prawda była brudna, poszarpana i pełna imion, których nie chciał dziś wypowiadać.
    – Wspominałaś mi wczoraj coś o LA, czy to mój naćpany mózg coś sobie wyobraził? – zapytał cicho, niemal od niechcenia, jakby chciał tylko zmienić temat, zanim ona zdąży się rozpaść, a on razem z nią. Zabrzmiało to lekko, prawie żartobliwie. Zrobił to dokładnie w tym momencie, kiedy znów przyciągnął ją mocniej do siebie i oparł brodę na czubku jej głowy. Nie chciał, żeby odsunęła się od niego ani ciałem, ani słowem, ale wiedział, że potrzebują tej rozmowy. Choćby tylko jako chwilowego zajęcia, które ukryje wszystko to, czego żadne z nich nie potrafiło powiedzieć wprost.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  28. Dwadzieścia sekund równie dobrze mogło trwać dwadzieścia minut, a i tak nic by to nie zmieniło. Nie, kiedy oboje doskonale wiedzieli, że to między nimi jest tymczasowe i trzymają się tak blisko, aby nie rozpaść się całkiem na małe kawałeczki. I to pomagało. Było bolesne, ale pomagało utrzymać się w pionie. Nawet, jeśli jutro miała rozpaść się na dobre to jeszcze dzisiaj będzie się trzymała tego co Carter jej dawał, bo nic innego już tak naprawdę nie miała. Odstraszyła od siebie każdą osobę, która kiedykolwiek coś do niej czuła. Nawet Cartera, ale różnica polegała na tym, że między nimi była ta nić porozumienia, której nie dało się wytłumaczyć sensownie. Byli od siebie uzależnieni, potrzebowali siebie nawzajem, aby jakoś przetrwać najczarniejszy okres. Carter się teraz w takim znajdował. Udawała, że tego nie widzi, ale było jasne, że gdy tylko ekran jego nowego telefonu się rozświetlał to miał nadzieję, że to jest Sophia. Zmiana tapety była tylko rozwiązaniem tymczasowym. Niczym co pomoże mu naprawdę zapomnieć, a poza tym… Poza tym był ten cholerny lipiec, który go gonił.
    Sloane trwała dalej w tym uścisku. Mocnym i pewnym. Trzymał ją tak wiele razy w przeszłości, kiedy rozpadała się przez coś na co nie miała wpływu. Znajdował zawsze rozwiązanie, aby pomóc jej się poskładać. Miało być na odwrót. To ona jego miała składać, a nie Carter ją. Szukała jego, bo wiedziała, że sam zrobi coś głupiego i miała rację. Z tamtymi dziewczynami w klubie… To nie był Carter, którego należało zostawić w samotności. To był facet, który potrzebował pomocy, ale nie od byle kogo. I Sloane wiedziała też, że nie jest dziewczyną, której naprawdę potrzebował i chciał, ale jedyną jaką mógł na ten moment dostać.
    — Od kiedy wierzysz w naturalne leczenie, hm? — Mruknęła z leniwym, wymuszonym uśmiechem. Po tej ilości prochów, którą w siebie oboje wrzucali nie było szans, aby coś naturalnego pomogło. — Ale nie przestawaj. Jeszcze nie.
    Dla Sloane to była tak naprawdę jedyna szansa, aby mieć Cartera blisko. Jeszcze przez dzień nacieszyć się jego obecnością. Lepiej zapamiętać zapach, choć teraz pachniał tak, jak ona. Wiśnią i tytoniem. Przymknęła oczy, niemal rozkoszując się tym, jak blisko siebie go miała. To naprawdę było wszystko, czego Sloane mogłaby chcieć od życia w tym momencie. Tylko, że coraz trudniej było jej udawać, że ten spokój między nimi nie jest niczym zakłócony. W powietrzu wisiały imiona, których się nie wypowiadało, sytuacje, o których woleli zapomnieć. Wszystko to, czego nie chcieli się teraz dotykać, bo to byłoby zbyt intensywne, gdyby zaczęli opowiadać o tych rzeczach, które ich bolały, które spieprzyli i na które wciąż mieli nadzieję.
    — Zmieniasz się w terapeutę? — Uniosła lekko brew, choć to nie było możliwe, aby to zobaczył. Ale być może poczuł. Nie domyśliła się, w którym kierunku temat pójdzie, a kiedy padło nazwisko Ezry, Sloane wcale się nie spięła. Była tylko zaskoczona, że to wiedział. — Skąd to wiesz?
    Zostawiła telefon, więc może w międzyczasie Ezra się dobijał? Nawet nie sprawdziła. Nie była zainteresowana dziś biznesowymi sprawami. W zasadzie to od kilku dni się nimi nie interesowała. W poniedziałek było to spotkanie, ale nie dotarła, bo była już w Nowym Jorku. Potem olała wszystko całkowicie.
    — Wspominałam. — Przytaknęła. — Podobno teraz tam mieszkam.
    Sloane westchnęła, ale nie odsunęła się od Cartera. Nie myślała nad tym, jak zareaguje i czy się wkurzy. To było w zasadzie bez znaczenia, bo… Bo to nie była jego sprawa co i z kim robiła. Jej kariera nie była jego sprawą. To nie było coś, co z nim będzie omawiać z kim może, a z kim nie nawiązywać współprac.
    — Pozmieniało się trochę, Carter. — Wzruszyła lekko ramionami. Nie tylko u niej, ale i u niego również. — Przeszłam do jego wytwórni jakiś czas temu, ale to raczej już przeszłość. Nie pojawiłam się na spotkaniu z zespołem i… I chyba zabiłam swoją karierę na amen.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W poniedziałek masz spotkanie z zespołem. Jeśli do niego nie dojdzie, nie będzie żadnych tras. Żadnych klipów. Żadnych umów. Nikogo więcej do grania w twoją legendę.
      Słyszała niemalże jego głos w głowie, kiedy o nim wspomniała Carterowi. Wszystko się skończyło, bo wróciła do Nowego Jorku. I mogła żałować. Mogła się wkurwiać, ale sama podjęła taką decyzję. Sama chciała wrócić do Nowego Jorku i do Cartera, więc… Do kogo miała mieć pretensje? Carter jej o nic nie prosił. Ba, pewnie nawet nie chciał, żeby Sloane go znalazła, ale za późno, a oni byli tutaj.
      — Więc, chyba ci wystawię fakturę za terapię wczoraj. — Zażartowała, jakby faktycznie zaraz miała zacząć się martwić tym, że jej konto się wykruszy, a ona zostanie bez niczego.

      sloane

      Usuń
  29. Mogła na taką brzmieć, ale wcale nie była pogodzona z wizją, że wszystko na co pracowała przez ostatnie dni padło. Nie była bez wyjścia. Miała powiązania. Mogła zrobić maślane oczy do ojca i załatwiłby jej nową wytwórnię. Sloane nie była całkiem zdana na siebie, ale to było też ostatnie co chciała zrobić. Ostateczność, po którą sięgnie, jeśli nie będzie miała już innego wyjścia. Sloane chciała zrobić coś po swojemu, a Ezra dawał jej fałszywe poczucie, że to ona ma najwięcej do powiedzenia w tej relacji. Mimo, że wiedziała, że to tak naprawdę on pociąga za sznurki. A raczej udawała, że nie widzi, bo robił to tak umiejętnie, że Sloane naprawdę przymykała na różne rzeczy oko. Obiecywał jej miłe rzeczy, a jednocześnie nic co nie byłoby osiągalne.
    — Nie wiem, czy to duma, Carter. — Czymkolwiek to było ciężko było blondynce to nazwać. Raczej nie duma. Ostatnio nie miała z czego być dumna. Nawet jeśli bardzo chciała to nie potrafiła się z żadnych, małych czy dużych, osiągnięć cieszyć. — Potrzebowałam zmiany, Carter. Nowych ludzi, kogoś… kto nie będzie mnie trzymał w miejscu ani próbował stworzyć ze mnie kogoś kim nie umiem i nie chce być.
    Sloane nie była pewna, czy Carter śledził jej karierę i to co działo się w ciągu ostatnich miesięcy. Ale mimo albumu, teledysków i trasy nie była w pełni sobą. Bardziej jakby nosiła maskę, która należała do innej osoby. Grzeczna piosenkarka, która stała się przykładem dla młodych dziewczyn, a nie kimś kogo należy unikać za wszelką cenę. Sama już nie wiedziała co robi ze swoim życiem. Prywatnym i zawodowym. Nie chciała nic robić, bo nic i tak na koniec nie miało sensu.
    Przez moment po prostu milczała, a kiedy powiedział to „wiedziałem” wzruszyła ramionami. Nie uważała, aby zrobiła coś złego ani nie czuła się zmuszona. Carter jej o to nie prosił i siebie akurat obwiniać nie mógł.
    — Przyleciałam od razu, jak się dowiedziałam o aresztowaniu. — Powiedziała bez mówienia o rozmowie z Sophią. Wspominanie jej teraz nie przyniesie żadnego sensu. I nie o niej rozmawiali. — W niedzielę doleczyłam kaca i szukałam Ciebie. Dopiero wczoraj mi się to udało. Ciężko cie namierzyć czasami, wiesz? Pierwsze co to zajrzałam tutaj, nawet u Ciebie byłam, Ale portier nie chciał mi powiedzieć, czy jesteś w domu. — Zaśmiała się pod nosem. Próbowała, czego mogła. Może to była desperacja, a może po prostu troska. Ciężko było w ich przypadku stwierdzić.
    Sloane zrobiła to, co uważała za słuszne. A słusznym było znalezienie Cartera. Siebie postawiła na ostatnim miejscu i nie żałowała absolutnie niczego.
    — Musiałam Carter… — Jakby próbowała wytłumaczyć, dlaczego tutaj w ogóle jest. Wiedziała, że zrozumie. Nie musiała mówić więcej ani rzucać wyznaniami, że wciąż go kocha i jej zależy.
    Dłoń blondynki powoli sunęła po plecach mężczyzny, kiedy tak stali w tym uścisku, z którego żadne nie chciało zrezygnować.
    — To wyszło przypadkiem. — Nie chciała, aby pomyślał, że robiła coś za jego plecami i w ten sposób próbowała… sama nie wiedziała co mógłby sobie pomyśleć. — Byliśmy po prostu na tej samej imprezie w LA. A ja byłam w beznadziejnym miejscu i potrzebowałam zmiany, a on się zaoferował. Warunki były spoko, umowa też, a ja nic do stracenia.
    Może tak się jej tylko wydawało. Może w rzeczywistości miała wiele do stracenia, ale Sloane już o tym nie myślała. Pasował jej powrót do Los Angeles i zmiana zespołu. Całego swojego życia tak naprawdę. Nie mówiła, że chciała odciąć się od Nowego Jorku, bo Carter tu był i to mogło jej pomóc zapomnieć. Mogła podjąć decyzje zbyt szybko. Pozbyła się starego zespołu momentalnie i teraz tak dobrą sprawę była skazana na Ezrę, ale nawet, gdyby miała naprawdę zostac bez niczego to sobie przecież poradzi. Prędzej czy później znów stanie na nogi, a tak przynajmniej sobie wmawiała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Nie chciałam ci robić na złość, Carter. — Westchnęła cicho, bo musiała się wytłumaczyć z tego. Nie pytał się o to, a ona i tak mówiła. — Nie chodziło o Ciebie czy o nas. Potrzebowałam tej zmiany. Może jej pożałuje, może się to wszystko rozjebie. Zobaczymy.
      Musiała przekonać się o tym sama. Bez bycia prowadzona za rękę, choć czasem naprawdę tego potrzebowała i kiedy nikt nie próbował tego robić żałosne traciła grunt pod nogami.
      — Uważam. Staram się przynajmniej.
      Nie była głupia, aby ślepo ufać we wszystko. Starała się być ostrożną w tej relacji. Pewnie popełni błędy, ale może nie będą one tak straszne. Wszystko przed nią.
      — Zresztą, to raczej nieaktualne już i tak.
      Ostrzegał, co sie stanie, jeśli Sloane się nie zjawi, a od czterech dni ignorowała każdy telefon, sms i e-maila. Udawała, że nie istnieje, więc równie dobrze mogła wrócić do niczego w tym Los Angeles.

      sloane

      Usuń
  30. Nie za bardzo wiedziała, jak ma z nim o tym porozmawiać. Zwłaszcza, że to był dla niej nowy temat, którego jeszcze sama nie do końca potrafiła ogarnąć. Sloane była też dziwnie pewna, że jej powrót do Los Angeles będzie się równał z końcem tej współpracy z Ezrą. Mogła się tym stresować, ale dopóki była tutaj to nie chciała się tym jeszcze przejmować. To był problem na nowy rok albo na poniedziałek. Sama nie wiedziała, kiedy się tym zajmie. Kiedyś w końcu się zabierze za te rzeczy, Ale póki co jeszcze musiała poczekać.
    — Wiem, ale chciałam, żebyś wiedział. — Odpowiedziała. Palcami przesunęła po jego plecach, jakby chciała się uczepić go mocniej. — To tak mogło wyglądać. Wiem, że macie wspólną przeszłość, a teraz to wyszło… — Wzruszyła ramionami. Wiedziała, że Carter nie jest z tych, którzy by właśnie w ten sposób myśleli. Zależało jej, aby było między wszystko jasne. — Zrobiłam to z myślą o sobie, Carter. Dopiero się przekonam, czy warto.
    Jeszcze żadne oficjalne informacje o przeniesieniu się do wytwórni Ezry nie wyciekły do mediów. To była co prawda kwestia czasu, ale na ten moment panowała cisza. Pojawiły się jakieś plotki, bo była jednak widywana w towarzystwie Ezry w tym miesiącu, ale raczej nikt nie podejrzewał, że chodzić może o przeniesienie się do jego wytwórni. Kilka spotkań przecież nie musiało jeszcze nic oznaczać, prawda? O przeniesieniu wiedziała zaledwie garstka osób. Jedynie ci, którzy w sprawę byli zaangażowani. Sloane nie miała bliskich znajomych, którym mogłaby o tej sprawie powiedzieć. Carter w zasadzie był pierwszą osobą, której cokolwiek powiedziała na ten temat
    — Carter, ja sama nie wiem czego szukam. — Westchnęła ciężko. Nie chciała się zagłębiać w ten temat zbyt mocno. Sloane była pogubiona na każdej płaszczyźnie swojego życia. Pogubiona była zawodowo i prywatnie. Nie wiedziała, jak dalej będzie wyglądała jej przyszłość. Nie musiała Carterowi zbyt wiele mówić, bo on to wiedział i bez jej udziału, że Sloane znów znalazła się w jakimś ciemnym miejscu, z którego nie było łatwego wyjścia. — Wiem za to, że gdybym została to, gdzie byłam… To bardzo szybko bym się skończyła.
    I Sloane nie miała na myśli tylko swojej kariery, która w ostatnim czasie wisiała już na włosku. Skończyłoby się wszystko co do tej pory znała, a na to nie mogła sobie pozwolić. Nie chciała sobie na to pozwolić. Może Ezra tylko ją do czegoś wykorzystywał i nie widział w niej tego wszystkiego, co Sloane wmawiała sobie, że widzi. To było właściwie bez znaczenia w tej chwili.
    — Przypadkiem. Nie miało mnie tam nawet być, Clara mnie wysłała. — Wzruszyła ramionami. Dla Sloane to był przypadek, chociaż dobrze wiedziała, że w tym świecie nic nie dzieje się przypadkiem. — Albo to przeznaczenie lub zaplanowana z góry akcja, kto wie. — Westchnęła, ale nie brzmiała na taką, która przejęła się tym, że zamiary Ezry mogą nie być w stu procentach szczere. Niczyje zamiary nie były szczere. Zawsze ktoś miał jakieś zamiary. Jeśli Ezra zamierzał wykorzystać Sloane to nie był pierwszy ani ostatni. Zresztą, Sloane charytatywnie nic nie robiła i sama miała swój cel w tym, aby coś od Ezry wyciągnąć.
    Podniosła głowę, żeby na Cartera spojrzeć, kiedy powiedział, że ma wiele do stracenia. Była tego świadoma.
    — To co było najważniejsze już straciłam.
    Ciebie.
    Nie musiała tego dodawać, aby wiedział. Jednocześnie to było wręcz żałosne, że całe swoje życie uzależniła od jednego mężczyzny, który już jej nie chciał. Musiała się ogarnąć i najlepiej, jak najszybciej, ale chwilowo to było niemożliwe. Carter nie był już mężczyzną, do którego Sloane mogła rościć sobie jakiekolwiek prawo. Od wielu miesięcy nie należał już do niej i nadszedł czas, aby pogodziła się z tym, że to inna teraz go ma. Lub miała. Ciężko było stwierdzić, skoro nic jej nie mówił, bo ona nie zadawała pytań. Nie zachowywała się jak ona i wiedziała, że to wina tego jak się właśnie czuła, a czuła się beznadziejnie ze świadomością, że Carter należał już do innej i w dodatku miał zostać ojcem. Boże, to naprawdę się działo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poruszyła ramionami, kiedy Carter się odsunął. Jego brak obecności był jak kubeł zimnej wody wylany prosto na głowę. Potrzebowała tego i jednocześnie chciała odsunąć od siebie ten temat. Najlepiej najdalej, jak to tylko możliwe.
      — Skąd pomysł, że mnie kontroluje? — Uniosła brew i opadła tyłkiem na stół. Carter dobrze wiedział, że Sloane tego nienawidzi. Być kontrolowaną. — Albo że chce to robić? Moja współpraca z nim, a twoja to dwie różne rzeczy.
      Nie wiedziała co między nimi poszło i jak ta współpraca wyglądała konkretnie, ale raczej między nią, a Ezrą było trochę inaczej. Działali na pewno na innych zasadach niż z Carterem. Sięgnęła do pudełka po bekon, ten potrójnie extra, i ugryzła kawałek. Nie czuła głodu, a raczej irytację na wszystko dookoła.
      — I jak mnie źle potraktuje to będziesz moim księciem z bajki? — Zapytała nachylając się nad Carterem. — Twój Kopciuszek nie będzie miał nic przeciwko temu?
      To było jak pogrywanie z drzemiącym niedźwiedziem. Sloane o tym doskonale wiedziała.
      — Doceniam to, Carter. I to że się martwisz, ale… Ale chyba wiem, co robię. I nie rezygnuje przez Ciebie z czegokolwiek. — Zapewniła. Chciała, aby Carter był tego świadom. — Nie byłoby mnie tutaj, gdybym tego nie chciała. Wybrałam, żeby tutaj być.
      Uśmiechnęła się pod nosem, bo owszem była dobrana powrotach. Z tym, że teraz nie wyglądało na to, aby taki powrót był możliwy. Prawdopodobnie nie, a może… Może był tylko jeszcze nie widziała tego światełka w tunelu.
      — Opowiedz mi coś o nim. — Wsunęła się głębiej na stół. — Zdradź jakieś sekrety, coś czego nie znajdę w Googlach. Spędziłeś z nim pare lat, musisz coś wiedzieć. Pomóż… koleżance po fachu. — Uśmiechnęła się jedną stroną ust. Jeśli ktoś miał coś wiedzieć to Carter. — Możesz zacząć od tego, dlaczego włączył ci się tryb ochronny i nie chcesz, a widzę, że nie chcesz, abym z nim pracowała.

      sloane

      Usuń
  31. Mogła udawać, że najważniejsza dla niej jest kariera. Poniekąd tak właśnie było, a muzyka stanowiła ogromną część życia blondynki i wcale nie chciała z tego rezygnować, choć zdawało się, że właśnie robi wszystko, żeby pozbyć się tej części swojej życia, na którą pracowała od naprawdę wielu lat. Mimo, że wiele osób by uznało, że miała podaną karierę na tacy i Sloane nie mogła temu zaprzeczyć. Jej start był ułatwiony w przeciwieństwie do wielu innych ludzi, którzy nawet nie będą mieli takiej szansy, jak ona. Ale taka była prawda - Carter był najważniejszym co miała i to straciła, a to wszystko na własne życzenie, bo nie potrafiła być mu wierna. Pretensje mogła naprawdę mieć tylko i wyłącznie do samej siebie.
    — Tak myślisz? — Spytała. Wbiła w niego uważne spojrzenie, jakby nie chciała ominąć nawet jednej miny, która mogłaby jej powiedzieć, że w Carterze jest jeszcze coś, czego będzie mogła się uczepić i go sprowadzić z powrotem do siebie. Dobrze wiedziała, co Carter miał na myśli i że miał rację w tym, co powiedział. Nie musiał jej pocieszać i próbować sprawić, aby poczuła się lepiej, bo zdarzyło się jej popłakać w łazience i nieudolnie zatuszować to tuszem i korektorem.
    — Masz na myśli mój romans. — Wtrąciła. Równie dobrze mogli nazwać rzeczy po imieniu. Nie chodziło o to, że rzuciła w niego szklanką, bo się kłócili. Tylko o to, że za jego plecami pieprzyła się z innym. I to z facetem, który trzymał go w zasadzie na muszce od bardzo długiego czasu.
    — Ale to było wtedy. Jesteśmy innymi ludźmi, Carter. Od popełniamy już tych samych błędów. — Powiedziała. Nie patrzyła na Cartera wyzywająco, bo nie chodziło jej o to, aby go sobą zirytować czy wejść na pole minowe. — I mózg tym razem to poprowadzić inaczej. A raczej moglibyśmy… Ale masz trochę inne zobowiązania, nie? — Uniosła lekko brew. Pojawiły się teraz nowe wyzwania na ich drodze. Carter z dzieckiem, Sloane i umowa z Ezrą. Było zbyt wiele nowych rzeczy, aby mogli przez nie tak po prostu przeskoczyć. — Też żałuję wielu rzeczy, Carter. I żałuję, że nie mogę cofnąć rzeczy, które powiedziałam czy zrobiłam.
    Tylko, że to teraz było bez znaczenia tak na dobrą sprawę. Mogła żałować i prosić, ale to już naprawdę było bez znaczenia. Żałowała i niewiele to zmieniało. Carter zdążył poukładać sobie życie z kimś innym, a Sloane nie potrafiła tego zaakceptować.
    — Podobno ludzie się zmieniają. — Powiedziała i wzruszyła ramionami. Jeśli Carter próbował ją odstraszyć to mu się to nie uda. Sloane nie zamierzała uciec, bo Carter miał straszne historyjki o Ezrze. — Poza tym, wiesz to co mi Ezra zaoferował było lepsze niż to, co miałam do tej pory. Może mnie wykorzystuje i może manipuluje… Nie ważne, bez znaczenia. Też coś z tego mam, Carter, a przynajmniej miałam mieć.
    Teraz nie była pewna, jak będzie to wyglądało w przyszłości. Musiała tam najpierw wrócić i przekonać się, czy jeszcze miała pracę czy może jednak będzie zbierała swoje graty sprzed tej luksusowej willi, w której przyszło jej przez parę dni mieszkać.
    Skinęła głową, kiedy powiedział, że to było niepotrzebne. Owszem, mogła sobie to darować i ugryźć w język zanim powiedziała pewne rzeczy. Ale też nie żałowała tego co powiedziała. Jego reakcja mówiła jej więcej niż mógł podejrzewać.
    — Wiem, strasznie głupie. Olewać nowe życie dla faceta, który Cię nie chce i tęsknym wzrokiem gapi się w ekran licząc, że jego ciężarna ex narzeczona się w końcu odezwie.
    Uniosła brew wiedząc, że go tym wkurwi. Bardziej nawet niż wkurwi. To była taka informacja, którą Carter bez dwóch zdań chciał zachować dla siebie, a ona rzuciła mu prosto w twarz, że wie o ciąży i nie zawahała się przed użyciem tego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — I wiesz co jest w tym najgorsze? Że przejrzałabym każdą pierdoloną spelunę w tym mieście, aby cię znaleźć. — Wymawiała każde słowo uważnie i spokojnie, patrząc mu przy tym w oczy. Bez choćby chwili zawahania. — Zawaliła każde spotkanie, pominęła pogrzeb babci i wszystko inne. Tylko po to, aby się upewnić, że jesteś bezpieczny. I wygląda na to, że obecnie jestem jedyną osobą, której jeszcze zależy na tym, czy wrócisz żywy do domu.
      Nie spuszczała wzroku z Cartera, kiedy do niej podchodził. Wstrzymała oddech na moment, jakby za moment coś miało się wydarzyć między nimi, choć dobrze wiedziała, że tym razem nie wydarzy się absolutnie nic.
      — Zawsze mówiłeś, że lubisz tę bardziej przypieczone. Takie właśnie ci zostawiam. — Odparła z rozbrajającym uśmiechem. — Jest jeszcze drugie pudełko, skarbie. Właśnie z tego powodu brałam extra, extra, extraaa bekon.
      Sięgnęła po ciemne pudełko, w którym powinien być dodatkowy bekon. I bingo - trafiła. Podsunęła je w stronę Cartera.
      — Proszę, dowodów, że o Ciebie dbam. Przynajmniej teraz.
      Westchnęła krótko, kiedy Carter na moment zamilkł. Chciała wiedzieć więcej o mężczyźnie, z którym przyszło jej pracować. Sloane znów westchnęła, niemal w irytacji, bo nie takich rzeczy chciała się dowiadywać. Oczywiście to co Carter mówił było istotne.
      — Brzmi jak 99% ludzi w tej branży, Carter. Przestajesz być użyteczny = znikasz albo zastępują cię kimś innym. Młodszym, lepszym, pewniejszym siebie i tak dalej i dalej… i dalej.
      Sloane tego chciała uniknąć. Bała się tego, że będzie zastąpiona. Że ktoś inny wejdzie na jej miejsce i przerażało ją to aż do kości.
      — Myślisz, że popełniłam błąd? Podpisując z nim tę umowę? — Zapytała. Często pytała się Cartera co dalej ma robić i czy to, co jej proponowano było w porządku. Tym razem opierał się tylko na prawnikach, dla których umowa była w porządku, a jeśli ktoś naprawdę mógł jej doradzić to tylko on.

      sloane

      Usuń
  32. Wciąż siedziała na stoliku i czasem machała nogami, jak dziecko siedzące na ławce, ale nie sięga nogami do ziemi, więc z nudów nimi machało. z tym, że Sloane wcale się teraz nie nudziła, a potrzebowała zajęcia, żeby nie zwariować w pełni. Carter robił jej sieczkę z mózgu, choć nic takiego jeszcze nie powiedział. Wystarczyło samo to, że po prostu był obok. Więcej Sloane nie potrzebowała, żeby zacząć tracić rozum przy tym mężczyźnie. Zagryzła dolną wargę kiedy Carter mówił. Pamiętała, jak wyglądał, kiedy znalazła go na parkingu. To był pierwszy raz, kiedy widziała go w takim stanie i tak rozbitego. Wtedy szczerze po raz pierwszy zobaczyła co z nim zrobiła i do czego doprowadziła swoim zachowaniem i wyborami.
    — Powinieneś powiedzieć, że to ja coś w tobie wtedy złamałam. — Poprawiła go. Nie potrafiła tego w pełni żałować, ale teraz, gdyby mogła to naprawdę cofnęłaby wszystko i wróciła do tego, jak było między nimi, kiedy nic jeszcze nie stanęło im na przeszkodzie. — Nigdy tego dla Ciebie nie chciałam. Ja… Nie myślałam wtedy o konsekwencjach. Tych dla mnie i dla Ciebie.
    Zdawała sobie sprawę z tego, że to nie jest żadna wymówka. Nie mogła się w ten sposób tłumaczyć, bo to niczego nie zmieniało. W tamtym czasie przez moment chciała znaleźć się daleko od chaosu, który niósł za sobą Carter. Był on wtedy zbyt obciążający.
    — Chcesz wiedzieć czemu? — Uniosła brew, jeszcze zastanawiając się, czy na pewno chce mu to wszystko powiedzieć. Czy w ogóle jest jakiś sens w tym, aby to mówiła. — Nie byłam wtedy gotowa, Carter i bałam się własnych myśli i wyobrażeń, Ale nigdy Ciebie. — Kącik jej ust lekko drgnął. — I myśli, że mógłbyś nie wrócić do domu. Za każdym razem, kiedy mi opowiadałeś historię, która kryje się za Twoimi bliznami, wszystkie te postrzały, cięcia nożem… zastanawiałam się, kiedy do domu wrócisz z kolejną. Czasem czy w ogóle do niego wrócisz.
    Zsunęła się ze stołu, aby stanąć przed nim. Nie zrównać się z nim wzrostem, bo to było niemożliwe. Wciąż musiała lekko zadzierać głowę do góry, choć sięgała mu do ramienia, a w odpowiednio wysokich szpilkach dorównywała mu wzrostem. Tym razem stopy miała otulone tylko miękkimi skarpetkami i nie było szans, aby stali na równo.
    — Wiem, że już jest za późno. — Westchnęła i pokręciła lekko głowa. — Ale wiem, że teraz byłabym lepsza.
    Mogła przekonywać go, ile chciała, Ale znała go. Carter już podjął decyzje i nie zamierzał jej zmienić. Carter i Sloane to była historia, która się skończyła, a dziś mieli jeszcze przez chwile czas, aby udawać, że mogą stworzyć normalny związek.
    — Dzięki. Chyba. — Uśmiechnęła się jedną stroną. Pojęcia nie miała, jak to będzie dalej wyglądało, Ale zawsze to był już jakiś początek. Tylko napięte musiała ogarnąć syf, który stworzyła. To później. Dzisiaj jeszcze był dzień dla Cartera i dla niej. Resztki godzin karmienia swoich urojeń i wizji, które już nigdy się nie spełnia.
    Wzruszyła ramionami, kiedy Carter przyznał, że za dużo gada. Owszem, rozwiązywał mu się język momentalnie, kiedy poczuł się komfortowo, a przy niej czuł się tak dość często. Zwłaszcza po prochach.
    — Nie pomyślałam sobie tego. — Przyznała szczerze i zgodnie z prawdą. Właściwie w ogóle o tym nie pomyślała. — Wystarczyło na Ciebie spojrzeć w klubie, żeby wiedzieć, że coś jest nie tak. — Znała go lepiej niż mógł sobie wyobrazić. — Wtedy, kiedy Cię pocałowałam… Odepchnąłeś mnie. Może nie od razu, ale to zrobiłeś i wróciłeś do niej, przynajmniej tak myślę. A w nocy…Cóż, szczęśliwy narzeczony nie pozwala, aby jego była żona przed nim klęczała, prawda?
    Widziała na odległość, że między Carterem, a Sophią coś się wydarzyło. Wtedy jeszcze nie wiedziała co takiego i w zasadzie dalej nie była pewna co Carter zrobił, że go zostawiła. Dawał wyraźne znaki, że to on zjebał, ale nie mówił na głos co takiego się wydarzyło.
    — To tak nie działa, Carter. — Pokręciła głową, ale nie było w tym dezaprobaty. Raczej coś na kształt ostrzeżenia. — Razem czy nie, jeśli się dowie, że ze mną spałeś będzie zraniona.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie musiała mu tłumaczyć, jak uczucia działają. Był tego świadom i dobrze wiedział, że bywają one przewrotne. Sloane nie umiała sobie wyobrazić, jak to jest, kiedy w grę wchodzą jeszcze hormony, nad którymi nie ma jak zapanować. To wciąż mogło być odebrane, jako zdrada. Nawet jeśli nią nie było. Mózgi ciężarnych w końcu działały inaczej, prawda?
      — Więc to prawda…? Tak na poważnie? — Spytała. Do samego końca liczyła, że Carter pieprzył głupoty i coś sobie wymyślił. Naprawdę tego pragnęła, ale najwyraźniej te pragnienie musiała sobie odpuścić. — Będziesz tatusiem? — Prawie się roześmiała, kiedy wypowiedziała te dwa słowa. Brzmiały absurdalnie. Naprawdę. W życiu by o nim w ten sposób nie pomyślała.
      Zacisnęła usta i na moment spuściła wzrok. Myślała o wszystkim. Jego teraźniejszości i przyszłości, o jego dzieciństwie. Beznadziejnej sytuacji, w jakiej dorastał i problemach potem. Jak szybko trafił w te chujowe towarzystwo.
      — Mogę zapytać… jak się z tym czujesz? — Podniosła wzrok na mężczyznę. Nie była pewna, czy ktoś już go o to zapytał. Jakie w ogóle pytania powinny były paść w tej sytuacji?
      Sloane wzruszyła ramionami. Owszem to wszystko było pojebane, a ona naprawdę gotowa do tego, aby zajrzeć do każdej dziury w tym mieście. Wyciągnęłaby go z każdej meliny, gdyby musiała.
      — Nigdy nie kreowałam się na normalną. — Uśmiechnęła się blado, a potem krótko westchnęła. — To chyba się nazywa uzależnienie, Carter. Albo miłość. Czasami trudno odróżnić jedno od drugiego.
      Zwłaszcza w ich przypadku, ale nie dodała już tego. Wolała zachować to dla siebie. Przynajmniej teraz.
      — Nie mogłam tego zignorować. Udawać, że nic nie wiem i dalej się świetnie bawić. — Powiedziała. Zapewne rozumiał co Sloane miała na myśli. — Chciałam się upewnić, że jeszcze oddychasz. No i się okazuje, że płuca masz jeszcze sprawne. — Zaśmiała się krótko, choć wcale nie było jej do śmiechu w tej sytuacji. Potrzebowała się czymś zająć, a mały żart mógł być całkiem dobrym przerywnikiem.
      Pokiwała lekko głową. Teraz było za późno, żeby się wycofać z tej umowy. Może i straciła wszystko, a może jeszcze wiele zyska. Carter jej z tego uratować już nie mógł i może gdyby rozmawiali ze sobą jak ludzie to przyszłaby do niego po radę, ale zbyt późno zaczęli, a właściwie to wcale nie zaczęli się przyjaźnić. Wciąż balansowali na tej dziwnej granicy między dawnym przywiązaniem, a nowymi obowiązkami.
      — Hm, dominująca Sloane, co? — Mruknęła i uśmiechnęła się kącikiem ust. — Dzięki, zapamiętam to sobie. Wiesz, ja wciąż nie wiem czy dobrze zrobiłam. Może jeszcze będę płakać za Clarą i wiecznie wkurwionym spojrzeniem Julie, ale… Naprawdę odetchnęłam, kiedy się tam znalazłam. Może nie będzie tak źle, co?
      Wzruszyła lekko ramionami, a potem słonia musnęła jego palce. Delikatnie i bez dwuznaczności, a raczej jak ktoś kto chce jeszcze zobaczyć, czy może.
      — A dasz mi jakieś soczyste plotki? Wiesz, że takie lubię najbardziej. — Zaśmiała się i lekko pociągnęła go za dłoń, jakby to miało go zmusić do odpowiedzi.

      sloane

      Usuń
  33. Sloane doskonale wiedziała, że w tym wszystkim nie chodziło o sam seks. Gdyby szukała tylko i wyłącznie fizycznych uniesień Carter może byłby w stanie jej to wybaczyć, ale ona postanowiła się zakochać. Kocham was obu. Nie kłamała, kiedy mu to powiedziała, a jednocześnie to nie była stuprocentowa prawda. Sloane kochała to, jak się przy Jamesie czuła i co był w stanie dla niej zrobić, ale czy na pewno kochała jego? To była osobna kwestia. Teraz już nie brakowało jej tak tchu, kiedy myślała o nim. Była pogodzona z tym, że nie ma go w jej życiu i że już nawet nie odzywa się, aby porozmawiać o tych komplikacjach. Teraz Sloane była bardziej zafiksowana na Carterze i to jego nie mogła sobie wybić z głowy. Mimo, że naprawdę wiedziała, że powinna była już dawno zrezygnować z myśli o tym, że dla niej i dla Cartera jest jeszcze jakaś szansa.
    — Wiem, Carter. Niełatwo jest odzyskać twoje zaufanie. — Carter był właśnie tym człowiekiem, który nie obdarzał zaufaniem ot tak, a raz złamane… Wcale nie było tak łatwo go odzyskać. Sloane miała przed sobą naprawdę długą drogę, jeśli sądziła, że łatwo odzyska jego zaufanie, czy że wpuści ją z powrotem do swojego życia.
    Zmarszczyła lekko brwi, kiedy Carter mówił. Sloane nie była pewna, czy chce to wszystko słyszeć, bo Carter miał rację, a ona nienawidziła, kiedy Carter miał rację. Wolałaby, aby nie mówił jej tego wszystkiego i żeby dalej żyła w swoim urojonym świecie, który pomagał jej przetrwać w tej brzydkiej rzeczywistości.
    — Boże, od kiedy ty musisz mieć ciągle rację? — Westchnęła i przewróciła oczami. Ale owszem, należało się najpierw rozpaść, a Sloane nie pozwalała sobie na to. Kleiła swoje połamane kawałki czym się tylko dało, aby na koniec okazało się, że to wcale nie jest wystarczające. Z jakiegoś powodu bała się tego kompletnego upadku. Przede wszystkim, bo nie wiedziała co będzie dalej, kiedy już się rozbije. Jak miała sobie radzić wtedy z życiem? Jak nim pokierować? I w którą stronę? Czy naprawdę to było konieczne, aby Sloane najpierw upadła zanim się podniesie i przestanie żyć w przeszłości lub wymyślać przyszłość, która nie ma potencjału? Może dawniej, ale teraz… Teraz na to było już zwyczajnie za późno.
    Sloane uśmiechnęła się, a coś ciepłego rozlało się po jej klatce piersiowej, kiedy to powiedział. Nie spodziewała się z jego strony takich słów, a gdyby mogła to dałaby się im ponieść w zupełnie innym kierunku niż ten, do którego Carter zmierzał. Rozumiała, że między nimi naprawdę nic już więcej się nie wydarzy, a mimo wszystko nie potrafiła się w stu procentach od niego odpędzić.
    — Robiłam to samo. Nawet wtedy, kiedy wiedziałam, że ciebie tam nie będzie. Unikałam twojego klubu… Zresztą, raczej nie chciałbyś mnie tam widzieć. — Wzruszyła lekko ramionami, a potem westchnęła. — Ale wciąż, za każdym razem miałam nadzieję, że będziesz w tym samym klubie i przypadkiem na siebie trafimy. — Westchnęła i uśmiechnęła się pod nosem. Nie udało im się spotkać w ten sposób. Nie licząc jednego razu, ale Sloane była pewna, że Carter się wtedy pojawił, bo wiedział o tym, gdzie Sloane jest.
    — To już nie jest kwestia tego, co powinieneś, a co nie. — Wzruszyła ramionami i westchnęła bezgłośnie. — Chciałeś i to zrobiłeś. Ty tego potrzebowałeś, ja potrzebowałam. Nikt nie musi wiedzieć, Carter. — Dodała. Mogli to zachować dla siebie i przede wszystkim, ale musieli. Szczególnie, że jedno z nich miało tu naprawdę wiele do stracenia.
    Sloane spojrzał na Cartera nieco uważniej, a potem przymknęła na chwilę oczy.
    — Jeśli będziesz potrafił z tym żyć… To jej nie mów, Carter. — Powiedziała łagodnie, ale bez próbowania przekonania go, aby właśnie za tą radą szedł. Była ona beznadzieja i oboje o tym wiedzieli. — Ale trochę cię znam i wiem, co robisz, kiedy za bardzo dręczą cię wyrzuty sumienia. I nie, nie będę zła, jeśli tego żałujesz.
    Wolałaby, aby nie żałował, ale nie miała na to absolutnie żadnego wpływu i jeśli jednak jakaś, choćby mała część żałowała, że z nią został zeszłej nocy i pozwolił na to wszystko – Sloane nie mogła mieć pretensji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Nie da się ciebie nienawidzić. — Odezwała się. — Próbowałam to już robić w przeszłości i nie wyszło. Ona wróci. Może faktycznie daj jej trochę czasu, ale myślę, że w końcu wróci. Jeśli nie… To dużo straci.
      Nie mówiła, że to Carter coś straci, bo nie znała przecież jego dziewczyny. Tyle co z tego co słyszała od innych, ale to teraz było bez większego znaczenia. Zwłaszcza, że rozmawianie o byłych nie wychodziło im najlepiej. Carter jęczał teraz za swoją dziewczyną, a Sloane za nim. Dobrali się, naprawdę.
      — Nie jesteś, Carter. Robisz czasem głupie rzeczy, ale kto ich nie robi? — Przechyliła lekko głowę na bok, bo chciała go naprawdę jakoś pocieszyć, ale wątpiła, że w tej sytuacji się da. Musieli po prostu sobie jakoś poradzić z tym co się między nimi wydarzyło. — Bywasz dupkiem, ale… Ale sam wiesz, jak to wyglądało zeszłej nocy. Więc może… Nie wiem, przemyśl sobie to wszystko i co chcesz jej powiedzieć. Nie wiem, czy będzie ci lżej, jeśli jej powiesz, ale przynajmniej nie będziesz kłamał.
      Sloane westchnęła lekko, kiedy mówił dalej i zastanawiała się, co jeszcze mogłaby mu powiedzieć, ale naprawdę nie wiedziała.
      — Znajdź ją, Carter. — Kiedy to powiedziała czuła nieprzyjemny ścisk w piersi. — I wyjaśnij to wszystko.
      Nie musiała dodawać, że powinien, skoro mają mieć dzieciaka. Sloane się nie znała na dzieciach ani na rodzinie. Nie miała najlepszego przykładu w swoim życiu i właśnie z tego powodu nigdy nie myślała o założeniu własnej rodziny. W pewnym momencie wystarczył jej Carter i Rue – po co miałaby chcieć więcej?
      — Ja pierdolę. — Prychnęła pod nosem, kiedy to potwierdził. To chyba był najlepszy komentarz, jaki mogła mu zaserwować. — Kurwa, Carter… To… Wow. Gratulacje? Ja pierdolę. — Zaśmiała się pod nosem i pokręciła lekko głową, którą opuściła lekko.
      Jeszcze się wahała, jak ma na to wszystko zareagować.
      — Może to faktycznie jakiś… Lepszy początek? Nie wiem. — Westchnęła ciężko, kiedy Carter mówił dalej o tym wszystkim. — Boże, ale się wjebałeś. — Pokręciła głową na boki, bo prawdę mówiąc Sloane nie miała pojęcia, — Jak nie trafisz na żadne dobre imię to pamiętaj, że Sloane pasuje w każdą stronę. — Zaśmiała się. Chyba byłaby w szoku, gdyby Carter postanowił właśnie tak nazwać swojego dzieciaka.
      — Brzmi to… Dorośle, Carter. — Powiedziała. — Wiesz, gdybyś się tym wszystkim nie martwił to wtedy bym uznała, że nie podchodzisz do tego na poważnie.
      Nie chciała z tego robić czegoś… Wielkiego. Zrobiła co mogła i temat równie dobrze mogli uznać za zamknięty.
      — Zawsze. — Bez względu na to, co się wydarzyło – ona zawsze chciała być dla niego dostępną. — Byłoby łatwiej, gdyby mi nie zależało. — Westchnęła i wzruszyła ramionami. — Ale jesteśmy tutaj i rozmawiamy o twojej przyszłości i dziecku. — Znów pokręciła głową, a to wszystko brzmiało wręcz idiotycznie. Nie spodziewała się, że zabierając go do siebie zrobią sobie kolejną sesję terapeutyczną.
      — Nie potrzebuję twojego błogosławieństwa, Carter. Tylko może… sama nie wiem. Po tym co mi powiedziałeś, zaczynam mieć wrażenie, że popełniłam błąd.
      Poruszyła lekko ramionami, jakby nie zamierzała więcej tego tematu już poruszać, bo i tak nie cofnie czasu. Nawet, gdyby bardzo chciała to nie mogłaby już się wycofać, a póki co zamierzała wyciągnąć z Cartera jakieś dodatkowe informacje.
      — Nudny skurwysyn? — Zaśmiała się. Odniosła inne wrażenie, ale nie znała go tak dobrze, jak Carter. — Dobra, przyznaję. Bywa… Nudny. Strasznie ciężko go wkurwić. Próbowałam wszystkiego, a ten spokój, który od niego bije jest wkurwiający.
      Naprawdę nie wiedziała, jak mu się to udawało. Sloane nacisnęła mu na odcisk wiele razy, a ten wraz nie dał się złamać. Najwyraźniej jeszcze nie uderzyła w te punkty, które będą bolały najbardziej.
      — Wiesz, że to samo pomyślałam? — Prawie się zaśmiała. — Kiedy podpisaliśmy dokumenty zapytałam, czy właśnie podpisałam umowę z diabłem i proszę… Chyba się wcale nie myliłam. — Uśmiechnęła się pod nosem, choć wcale nie była pewna, czy to dobrze czy źle.

      Usuń
    2. Sloane zmarszczyła lekko brwi.
      — O mnie? — Powtórzyła po nim. — Czego niby Ezra mógłby chcieć ode mnie, Carter? — Zapytała, bo nie potrafiła sobie wyobrazić, dlaczego Creighton mógłby chcieć jej. Nie jako piosenkarki, ale po prostu… Jej. Sloane. To nie miało żadnego sensu.
      Nie uciekała wzrokiem, kiedy Carter przesuwał wzrokiem po jej twarzy. Czuła przyjemny dreszcz, który biegł wzdłuż kręgosłupa. Już nie powinno go tam być, a jednak się pojawił. Przymknęła oczy na moment, bo musiała się oderwać od Cartera na sekundę, aby nie zrobić czegoś głupiego.
      — Zależy ci. — Odparła, a co, jeśli się myliła? — I nie chcesz, żebym wpakowała się w jakieś bagno, ale na to chyba jest już za późno, więc… jeśli zacznę tonąć. Mogę zadzwonić?

      sloane

      Usuń
  34. Sloane zamilkła na moment, kiedy Carter to wszystko mówił. Myślała o tym co powiedział i próbowała przetworzyć jego słowa w swojej głowie. Było w tym, niechętnie przyznając, naprawę wiele razy, a Sloane coraz mniej podobało się to, że Carter ciągle ją ma.
    — Mówisz o mnie i o tobie czy… o sobie i Sophii? — Zapytała, choć wcale nie musiał jej odpowiadać. Pasowało to do obu wersji. Sloane musiała puścić w końcu Cartera, a Carter być może, ale musiał puścić Sophię. Nie zamierzała grzebać mu w życiu i rozkładać na czynniki pierwsze wszystkiego. To nie był bałagan, w którym Sloane powinna była grzebać. Nie chodziło o to, że nie miała nic do powiedzenia, a po prostu lepiej było zachować pewne rzeczy dla siebie.
    Jak inaczej miała zareagować? Carter, jej Carter, miał mieć dzieciaka. To zdanie brzmiało irracjonalnie i jak wyrwane z innej rzeczywistości. Takiej, w której nigdy żadne z nich nie powinno było się znaleźć. Nie byli przecież ludźmi, do których pasowały dzieci. Carter z całym swoim bagażem nie był najlepszą partią, a jednocześnie Sloane wiedziała, że zrobi wszystko, aby ten dzieciak miał udane życie. Widać po nim było, że wcale nie chce, aby temu maluchowi czegokolwiek brakowało, a jeszcze nawet się nie urodził.
    — No, wierzę, że raczej nie miałeś w swoim bingo na 2025, aby zostać tatusiem. — Prychnęła i przewróciła oczami. Wypowiadanie tego słowa było również śmieszne i nijak nie pasowało do Cartera, a jednak… Jednak się pojawiło, a on nim faktycznie miał zostać.
    — Boże, wiesz, jak łatwo mogłabym się teraz poryczeć i rozjebać? — Była z siebie niemal dumna, że nie sięgnęła po żadne prochy, choć miała je na wyciągnięcie ręki. To by na pięć minut pomogło się uspokoić, a potem kolejne godziny dochodziłaby do siebie. — Serio, nie wiem, czy to fakt, że jesteś obok mnie uspokaja czy… Sama nie wiem, ale bez ciebie obok nic by ze mnie już nie było. — Westchnęła i przewróciła oczami. I pewnie to jeszcze się wydarzy, ale bez Cartera u boku. Jak już wyjdzie i będzie mogła sobie pozwolić na to, aby przetrawić te wszystkie informacje. On i Sophia. Dziecko. Fakt, że to co działo się między nią, a Carterem przez ostatnie godziny było tak naprawdę zakończeniem, a nie żadnym pieprzonym początkiem nowej relacji.
    Pokiwała lekko głową, kiedy Carter się odezwał. Jakby rozumiała nagle więcej niż do tej pory. On nigdy nie zmieniłby się dla Sloane ani nawet dla Sophii. Potrzebował czegoś mocniejszego. Kogoś kto bez niego sobie nie poradzi, a dzieciak… Dzieciak od wzięcia pierwszego oddechu będzie wymagał jego bliskości. Sloane nawet sobie nie potrafiła tego wyobrazić. Takiej odpowiedzialności. To za dużo.
    — Zmieniłeś się, Carter. — Powiedziała delikatnie, jakby nie chciała do końca go przestraszyć tym małym wyznaniem. — Jestem z ciebie dumna.
    Uśmiechnęła się subtelnie, ale za każdym tym słowem kryło się ściśnięte ze stresu gardło i pulsujący ból w klatce piersiowej, którego Sloane nie dałaby rady ukryć przed światem, a już na pewno nie przed Carterem. Kończyli się. Cokolwiek razem mieli – kończyli się. Tutaj w jej mieszkaniu, które zaledwie parę godzin temu było świadkiem czegoś zupełnie innego.
    — Mam nadzieję, że ci się uda, Carter. — Mówiła to szczerze i bez udawania, jeśli zamierzał w to wejść to życzyła mu jak najlepiej. — Ale proszę, nie dzwoń do mnie, abym c niańczyła dzieciaka. Zgodzę się na wszystko, ale zachowajmy granice. — Zaśmiała się, a jednocześnie dobrze wiedziała, że do tego nigdy nie dojdzie. Sophia chyba prędzej przegryzła jej tętnicę, a Sloane wbiła sobie śrubokręt między oczy.
    Sloane uniosła lekko brew, kiedy Carter się odezwał. Przymrużyła po chwili oczy, a wzrok wbiła w Cartera. Uważny, poważny, a jednocześnie uniosła kącik ust.
    — Czyli co, według ciebie nie mam zajebistego głosu? — Zapytała ostrożnie dobierając słowa. — Wiesz, nie wyglądałeś na chętnego, aby to zrobić, kiedy moje tancerki robiły na zmianę w twojej garderobie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Boże, jak to ją wtedy wkurwiało. Wiedziała, że umawiał się z jedną przez krótki czas, a potem Sloane, cóż nie ona, ale ktoś od niej, musiał ją zwolnić, bo nie mogła wytrzymać godziny bez krzywego patrzenia się na Cartera.
      — Ale wiem. — Przytaknęła z rozbrajającym uśmiechem. — Ja na ciebie też miałam od samego początku ochotę. — Puściła oczko w jego stronę. Zbyt często zawieszała na nim oko, a potem… Potem wydarzyła się cała reszta.
      Sloane przewróciła oczami, ale siadła w końcu przy stole. Naleśniki, bekon i grzanki jeszcze nie były zimne i nadawały się do jedzenia. Tyle dobrego.
      — Dobrze, będę ostrożna, a jeśli wpadnę w kłopoty to się odezwę. Chyba mnie poratujesz, co? — Niby żartowała, ale gdzieś w środku miała nadzieję, że jeśli naprawdę się zjebie to będzie mogła poprosić go o pomoc.

      sloane

      Usuń
  35. To był dziwny czas.
    Carter spędzający czas w mieszkaniu Sloane był absurdalnym zakończeniem roku. Rośnie absurdalny był fakt, że spotkała się razem z nim i Jamesem. Oni we trójkę. Uparła się, że pójdzie razem z Carterem, bo nie zamierzała pozwolić, aby szedł tam sam i chciała mieć też oko na to, co się wydarzy między tą dwójką. Miała inne wyobrażenia, jeśli chodziło o tego rodzaju spotkanie. Ich dwójka grała zupełnie inne role niż świadek vs detektywi. To mogłoby być całkiem ciekawe role play, ale nic z tego nie wyszło. Pełen profesjonalizm z każdej stront. Żadnego tęsknego spojrzenia i żadnego napięcia, które sugerowałoby, że między tą trójką jest wiele napsutej krwi. Carter miał teraz prawdziwy powód, aby pomóc w tej sprawie od której tak od dawna uciekał i w którą był zaangażowany aż po sam czubek nosa.
    Sloane wiedziała, że między nimi nic się już nie wydarzy. Zarówno między nią i Carterem, jak i Jamesem. Dwa zamknięte rozdziały, do których nie miała już żadnego prawa. Nie rzucała w trakcie żadnych głupich żartów i nie zaczepiała w ten swój sposób Cartera ani Jamesa. Mimo wszystko, pozwoliła sobie na to, aby trochę o nich myśleć. O tych czasach, kiedy było między nimi lepiej. Zdawało się, że to całe lata świetlne temu miało miejsce. A potem prędko wróciła do rzeczywistości. Ciężko było nazwać to rzeczywistością, skoro Carter ciągle był obok, a Sloane nie miała zamiaru go wyrzucić ze swojego mieszkania. Pasowało jej to, że nie jest sama i może na nim polegać, że nie musi pić sama kawy rano i łóżko wcale nie jest puste ani zimne. Doskonale wiedziała, że to tylko przeciąga rozstanie, Ale najwyraźniej jeszcze żadne z nich nie było gotowe na to, aby odejść i zostawić się w spokoju. Sloane miała chęć na jego towarzystwo, a Carter nie chciał być sam. Nie poruszali już tematu jego dziecka i Sophii, jej wyprowadzki do Los Angeles i Ezry. Chwilę rozmawiali o sytuacji, z której Carter próbował się wyrwać, a potem… bloga nicość. Ona w jego koszuli z kubkiem kawy, wspólnie grali na PS5 w ulubione gry, a Sloane dwa razy pobiła swój rekord. I o tym nie dała mu zapomnieć przez następne półtorej godziny. Podobało się jej to, jak spędzali razem czas. Bez wymagań i przyszłości. Dwójka ludzi, którzy potrzebowali swojego towarzystwa, bo nikt inny nie potrafiłby ich tak zrozumieć.
    Wyjątkowo nie zadawała trudnych pytań. Po prostu cieszyła się chwilą. Nawet jeśli ta chwila nie będzie trwała długo. Był już wieczór. Cichy wieczór, a ona niecałe pół godziny temu wróciła ze spaceru z Rue, która właśnie grzała się na kolanach Cartera. Taki zwykły wieczór, gdyby ktoś na nich spojrzał to można byłoby pomyśleć, że na nowo są parą i odnajdują się we wspólnym życiu.
    — Mamy jakieś plany na sylwestra? — Zapytała siadając obok. Zrobiła to z lekkością, której jej ostatnio nie brakowało. Czuła się świetnie, o dziwo. Sądziła, że będzie na odwrót, skoro jakby nie patrzeć, Ale wyraźnie dali sobie nawzajem znać, że między nimi nic więcej już nie będzie. — Bo nie będziemy siedzieć w mieszkaniu.
    Oparła luźno głowę o jego ramię i westchnęła bezgłośnie. W tv coś leciało, ale Sloane nie zwracała na to najmniejszej uwagi. Była zbyt skupiona na Carterze, który z kolei skupiony był na Rue, a Rue podobnie jak Sloane skupiona była na Carterze. Chyba jaka właścicielka taki pies. Obie beznadziejnie w nim zakochane. Z tym, że tylko jedna z nich mogła się w niego wpatrywać tym rozmarzonym wzrokiem. Sloane mimo, że próbowała to nie mogła zawsze ukryć tego, jak bardzo jej na Carterowi zależy.
    — A po nowym roku wracamy do swoich spraw. Deal? — Brzmiało to jakby mieli datę ważności. I poniekąd mieli. Jeszcze parę dni, a potem każdy z nich ucieknie w swoją stronę.
    W tej chwili telefon Sloane zaczął wrzeć. Dosłownie. Powiadomienie za powiadomieniem. Była przyzwyczajona do tysięcy powiadomień, ale tym razem to wyglądało inaczej. Zmarszczyła czoło, kiedy ekran rozświetlał się dosłownie co sekundę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Co jest? — Mruknęła pod nosem. Ostatnio niewdana się w żadne skandale. Nie było o niej głośno. Była grzeczna. Cholernie grzeczna, więc co? Ktoś widział ją z Carterem? Nawet jeśli, to nie wzbudzało aż takiej sensacji.
      Sięgnęła w końcu po telefon. Kiedy odblokowała ekran spodziewała się wszystkiego, ale nie tego co faktycznie zobaczyła. Scrollowała w milczeniu, a każda kolejna wiadomość tylko mocniej w nią uderzała.
      — Skurwysyn. — Wycedziła. Nie zauważyła, że drżą jej dłonie, a w oczach pojawił się ten znajomy błysk w oku, który nigdy nie sugerował nic dobrego. — Kurwa!
      Zerwała się z sofy, jakby to cokolwiek miało zmienić. Serce jej waliło, a oczy zaszły łzami, ale z wściekłości. Nie płakała, była wściekła, a to w zasadzie szło ze sobą w parze.
      Telefon nie tyle wypadł jej z ręki, co po prostu nim rzuciła. Nawet nie o ścianę, ale o podłogę. Mocniej niż zamierzała. Oparła się dłońmi o blat i pochyliła do przodu. Wzrokiem wodziła po pomieszczeniu. Musiała zapalić. Cokolwiek i to jak najszybciej.
      — Popierdoliło go. — Mruczała do siebie ignorując i zapominając, że Carter tutaj w ogóle jest. Sloane nie wiedziała co robić. Musiała się uspokoić, ale to wcale tak szybko się nie wydarzy.
      Namierzyła w końcu paczkę papierosów. Nie myślała nawet o wyjściu na zewnątrz. Odpaliła go w środku czego nigdy nie robiła, nie u siebie w mieszkaniu i nie z tymi cholernie drogimi meblami i dywanami, które nie mogły przejść smrodem papierosów. Najwyraźniej to się już nie liczyło.
      Była czerwona na twarzy i oddychała zbyt szybko. Krążyła po pomieszczeniu. Ignorując wszystko wokół, aż schyliła się po telefon. Może to jakoś błąd. Może… Ale kiedy spojrzała to wszelkie obawy się tylko u niej potwierdziły. To naprawdę się wydarzyło. Wiedziała, że straci wiele, ale nie wiedziała, że straci aż tak wiele. Osunęła się po podłodze z papierosem między ustami i telefonem w dłoni. Czytała o odwołanej trasie przez zaszklone oczy. I jedyne co widziała przed oczami to ten pieprzony uśmieszek Ezry.

      sloane

      Usuń
  36. Zaciągnęła się mocno papierosem. Frustracja i gniew wylewały się z niej litrami. Odwołał trasę. Każdy jeden koncert. Wszystko czego chciała na ten moment i co się dla niej liczyło teraz już przestało istnieć. Ezra doskonale wiedział, co to dla niej znaczy i jak istotna dla niej jest ta trasa. Przygotowywała się do niej od miesięcy tak naprawdę. Wszystko było już gotowe. Set lista przygotowana, choreografię miała wyćwiczoną na pamięć i każdy ruch miała wykuty w pamięci. Tak naprawdę gotowe było wszystko. Ostatnie próby miała mieć w styczniu, a potem miała ruszyć w trasę. Zaczynając od Nowego Jorku, a zakończyć miała w Los Angeles, a tymczasem… Tymczasem nic nie zapowiadało tego, że Sloane wkrótce wróci na scenę. Miała to zrobić za parę tygodni, a tymczasem wszystko na co pracowała poszło się jebać.
    Przez moment nie patrzyła na Cartera. Widziała, że zszedł i kucał tuż przy niej, ale go nie słyszała. Była za bardzo skupiona na tym co właśnie przeczytała. Na tych wiadomościach o odwołanej trasie. Na komentarzach, które na jej profilu się mnożyły. Ludzie byli wściekli. Lada moment, a tiktok i cała reszta zaleją się filmikami z hejtem na jej temat. Odwołanie trasy na nie zły miesiąc przed jej rozpoczęciem? To strzał w kolano. PR’owy kryzys, na który Sloane nie była gotowa. Z którym teraz musiała sobie radzić sama, bo nie miała swojego starego teamu i kobiety, która ratowała ją z najgorszych sytuacji. Była sama. I to na własne życzeniem, a tego przecież chciała prawda? Nowości. Wzięcia głębokiego oddechu i rozpoczęcia na nowo.
    Przetrzymała dym w płucach, a potem wypuściła go powoli. Gryzł ją w gardło i płuca, zostawiał po sobie nieprzyjemny zapach i był jedynym, co ją trzymało teraz w całości.
    Spojrzała w końcu na Cartera. Nie musiała mu mówić, że to Ezra. On to wiedział. Kto inny niby miał teraz moc, aby ją tak wkurwić? Chociaż to nie było nawet to. Sloane czuła się teraz roztrzaskana na małe kawałeczki i nie miała pojęcia, jak się ma pozbierać.
    — Zabiję go.
    Roześmiała się. Robiła to w taki sposób, który nie miał nic wspólnego z byciem radosną. Zabrał jej wszystko na czym jej ostatnio zależało. Jedyne do czego chciała wrócić, a teraz… Teraz została z niczym. Patrzyła na Cartera, jakby nie musiała używać słów, aby zrozumiał co właściwie się wydarzyło. Nie wiedziała czy milczała pół minuty czy całe wieki. To było teraz bez większego znaczenia.
    — Zabrał mi wszystko.
    Dramatyzowała, ale tylko odrobinę. Odwołana trasa jeszcze nie była końcem i Sloane o tym wiedziała, ale na ten moment to była najważniejsza rzecz, jakiej potrzebowała do tego, aby przetrwać kolejny rok. Miała cel na najbliższe miesiące, a bez tego nie wiedziała, jak sobie poradzi. Ani co ma robić. Czy w ogóle istniał jakiś sens w robieniu tego dalej, skoro teraz nie miała już nic?
    — Odwołał mi całą trasę. — Misiala zamrugać parę razy, bo choć już i tak nie było sensu w udawaniu to Sloane nie zamierzała płakać. — Wszystkie koncerty… Przed chwilą wyszło oświadczenie.
    Prychnęła i przewróciła oczami, a potem podniosła się z podłogi. Jej ruchy były chaotyczne i niespójne ze sobą. Przeklinała pod nosem i chodziła bez celu. Co niby mogła zrobić? Wykręciła numer do niego raz, a potem drugi i jeszcze raz i znowu. Nie liczyła już, ile razy wykręcała numer do Ezry, ale za każdym razem odbijała się od poczty głosowej. Zdążyła wypalić już dwa papierosy od tamtej chwili, a mieszkanie, które na co dzień pachniało wanilią zmieniało skąd w popielniczkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Nigdy, niiiiigdy, nie odwołałam ani jednego koncertu. — Wycedziła przez zęby i spojrzała na Cartera. Mogło się zdawać, że jest wściekła na Cartera, ale to nie on był powodem jej złości i to wiedział. Był najbliżej, aby zaczęła się wyzywać, choć tego wcale nie chciała. — Byłam naćpana i występowałam. Rzygałam jak kot przez wirusa i wszyscy krzyczeli, że to był najlepszy koncert. I teraz nagle mam odwołanych trzydzieści sześć? — Prychnęła głośno i gdyby miała czym rzucić to już dawno by to zrobiła. — Trzydzieści sześć, Carter! — Krzyknęła w końcu, czując jak puszczają jej wszystkie nerwy. — Takie rzeczy mi się nie zdarzają!
      Opadła z powrotem na podłogę. Gdzieś na środku salonu. Bez słuchania gry w tle i bez patrzenia na Cartera, bo czuła, że albo da jej rozwiązanie albo wręczy jej broń do ręki i żadna opcja jej nie satysfakcjonowała.
      — Odwołał mi wszystkie… Boże! — Jęknęła z frustracji, a twarz schowała w dłoniach. Nabrała powietrza do płuc, bo czuła, że zaczyna jej go brakować. Płuca się kurczą. Nie lubiła tych Stanów. Znała je i wiedziała, jak szybko przechodzą w panikę. — Co…. co ja mam zrobić?
      Położyła dłonie na karku, a głowę pochyliła do przodu. Nie miała pojęcia, co dalej. Ezra nie odpowiadał. Carter… Carter nie mógł zrobić nic, a Sloane miała wrażenie, że właśnie na usta mu się ciśnie „a nie mówiłem”. Była w kropce.

      sloane

      Usuń
  37. Sloane nie była po prostu wściekła. Sloane czuła, że traci cały grunt pod nogami, który miała do tej pory. Wszystko co brała za pewnik teraz zniknęło i już nie należało dla niej. Ominęła jedno spotkanie i takie miała mieć konsekwencje? Zabrać jej wszystko i pokazać, że nie ma nic do powiedzenia w tej sytuacji? Ezra wiedział, jak na siebie zwrócić uwagę i może, gdyby odebrała jeden telefon i wyjaśniła sytuację to nie doszłoby do tego wszystkiego. Może by się nad nią zlitował, choć Sloane w środku doskonale wiedziała, że tego by nie zrobił. Nie miał dla niej litości, kiedy mówiła o Carterze, a na pewno jej nie będzie miał, gdyby wyznała mu, że przyleciała specjalnie do Nowego Jorku, aby sprawdzić czy Crawford jeszcze żyje i czy wypuścili go z aresztu, a już na pewno nie będzie miał ochoty słuchać o tym, że Sloane ostatnie kilka dni spędziła bez ubrań przyklejona wręcz do ciała Cartera. I tego mu nie zamierzała opowiedzieć. Bez przesady, nie?
    Blondynka siedziała na podłodze, nogi podciągnęła niemal pod samą brodę. Nie wiedziała, co ma zrobić. Od czego zacząć i jak poprowadzić teraz swoje życie. Wszystko wydawało się być w tym momencie bez sensu. Oddychała zbyt szybko, a jej klatka piersiowa wręcz falowała od tego jak szybko się unosiła. Carter znał każdy jej stan. Widział ją w euforii i na granicy szaleństwa, kiedy była po prostu szczęśliwa, a kiedy rozrywała zębami wszystko z wściekłości. Teraz była w niej ta bolesna świadomość, że nie może tak naprawdę zrobić nic.
    Sloane drgnęła, kiedy Carter się do niej zbliżył. Nie, bo się bała, a bo w końcu zdała sobie sprawę z tego, że jej rzucanie się nie zmieni teraz niczego. Podłapała wzrok Cartera i zacisnęła mocniej usta. Nie rzucił żadnym tekstem w stylu „a nie mówiłem”, czego się spodziewała. Nie dojebał jej na swój sposób. Był obecny, a to było wystarczające.
    — Ludzie są wściekli, Carter. I nie mogę ich winić, nie winię ich. — Odezwała się i wzięła głębszy wdech, a potem jeszcze jeden. Zawiodła wszystkich swoich fanów, którzy liczyli na te koncerty. — Trzydzieści sześć koncertów, Carter. Trzydzieści sześć wyprzedanych koncertów. Jednej nocy miało mnie oglądać dwadzieścia tysięcy ludzi, a czasem trochę więcej. To prawie osiemdziesiąt tysięcy ludzi, którzy właśnie się dowiedzieli, że mnie nie zobaczą. Odkładali na to kasę. Dla niektórych to była jedyna okazja…
    Pokręciła głową i opuściła ją między kolanami. Sloane żyła w swoje bańce szczęścia, ale zdawała sobie sprawę z tego, jak wiele ludzi na nią liczy. Oglądała TikToka, czytała komentarze i była zaangażowana w życie swoich fanów. Może nie rozmawiała z nimi prywatnie, Ale wiedziała co się dzieje w jej społeczności i czego chcą. I wiedziała co będzie się działo teraz, kiedy odwołał jej wszystkie koncerty. Już się działo. Ludzie pisali setki, jak nie tysiące komentarzy i oskarżona była Sloane. To odbijało się na niej. Nie na Ezrze, ale przede wszystkim odbijało się na Sloane.
    — Nie zamierzam go o nic błagać. — Wycedziła przez zęby, jeśli Ezra liczył, że Sloane zacznie się płaszczyć to był w wielkim błędzie. — Ja pierdolę.
    Wzięła głęboki wdech, aby się uspokoić. Nie była pewna, jak to dalej pójdzie. I co na robić. Naprawdę musiała się uspokoić, a przede wszystkim wymyślić co zrobi. I była jedna rzecz, która mogła na odległość zrobić.
    — Nie chcesz się przelecieć ze mną do LA? — Mruknęła i zaśmiała się pod nosem. Byłoby jej na pewno łatwiej, gdyby miała towarzystwo, a Carter był najlepszym towarzystwem. — Z LA bliska droga do Vegas… — Prawie się zaśmiała, bo to zdecydowanie byłby zły pomysł. Chociaż może gdyby tym razem się tak nie naćpali to Vegas byłoby całkiem miłym wyjazdem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sloane westchnęła cicho, kiedy ściągnął jej ramię. Carter potrafił ją naprawić jednym słowem, a obecnie potrzebowała właśnie tego.
      — Skoro ma ochotę na zabawę… To proszę bardzo. — Sięgnęła po telefon. Roztrzaskany już z lekka ekran przypominał dawne czasy, kiedy rzucała telefonami o ściany co piec minut.
      Weszła na Instagrama, który pękał od powiadomień.
      Sloane zrobiła zdjęcie. Czarny ekran, a potem tylko wpisała:
      Podziękowania i zażalenia proszę kierować do @vxil_creighton 💁🏼‍♀️
      Nie planowała się tłumaczyć, ale mogła napsuć jeszcze trochę więcej krwi. Ezra musiał się przygotować na to, że Sloane nie zamierza tak łatwo odpuścić. Wywalczy jeszcze te trasę, a jeśli nie - Ezra sobie zapamięta coś więcej już tylko jej jasne kosmyki i niepoprawne teksty rzucane w stronę szefa.
      — Wiedziałam, że zjebałam olewając go w poniedziałek. — Westchnęła, ale nie zamierzała przepraszać za to, że jej priorytety się zmieniły. — Ale to trochę przesada. To nie uderza najbardziej we mnie, tylko w tych wszystkich ludzi, którzy chcieli mnie zobaczyć, Carter. To kara dla nich, nie dla mnie.
      Sloane konsekwencje poniesie, ale nie zamierzała się jeszcze poddać. Było jeszcze za wcześnie, aby rzuciła się pod pociąg i udawała, że nic jej nie obchodzi. Najpierw musiała dać popis przed Ezrą, a potem… Potem się zobaczy.
      — Pojedź ze mną… — Spojrzała na niego z lekkim uśmiechem. Nie jako wsparcie moralne, ale… Sama nie wiedziała. Nie chciała robić tego w samotności. — Zrobię takie show, że aż będziesz chciał to zobaczyć na żywo. Gwarantuje miejsca w pierwszym rzędzie.

      sloane

      Usuń
  38. Życie Sophii przypominało teraz jeden wielki dramat.
    Tamtego dnia, kiedy opuściła mieszkanie Cartera, a raczej ich mieszkanie, nic nie było takie samo. Pierwszy raz nie wiedziała, gdzie ma się udać i co robić dalej. Była w ciąży i bez dachu nad głową. Zbyt zawstydzona, aby prosić ojca o pomoc, a jednocześnie pod taką kreską, że nie mogła zrobić inaczej. Pojawiła się najpierw jednak u cioci, bo potrzebowała uciec z Manhattanu, a Constance mieszkała na obrzeżach Nowego Jorku i pomogła jej już dawno temu, kiedy nie wiedziała co ma ze sobą zrobić po tej aferze z filmikiem na siłowni. I jej pierwszej powiedziała o ciąży. Widziała rozczarowanie na twarzy ciotki, może nawet coś n kształt współczucia, ale nie pozwoliła Sophii na to, aby zbyt mocno się nad sobą użalała. Owszem, sytuacja była przykra, a Sophia została sama, ale to jeszcze przecież nie był koniec świata. Sophia nie byłaby pierwszą w kolejce do wychowania samotnie dziecka, a przecież wciąż liczyła na to, że Carter do niej wróci i że podejmie właściwe decyzje. Sophia potrzebowała tego, aby uporządkował sprawy, o których Moreira nie chciała słyszeć; cokolwiek działo się w klubie, a o czym nigdy nie chciał jej powiedzieć i aby przestał brać ten syf, który go wyniszcza od środka. Prosiła może o zbyt wiele, ale nie zamierzała wychowywać dziecka i go lub jej narażać na to wszystko przez co przechodzić musiała Sophia z Carterem. Nie planowała go odcinać od dziecka i jeśli będzie tego chciał to pozwoli mu brać udział w jego życiu, ale jeszcze było za wcześnie. Nie chciała z nim rozmawiać, a kiedy już nazbierała w sobie odwagę, żeby odezwać się do Cartera wydarzyły się święta, a ona otrzymała zdjęcia z nim i Sloane. Nie były one drastyczne i właściwie nie można było się do niczego przyczepić, ale wystarczyła jej sama świadomość, że byli razem, aby cała odwaga, którą w sobie budowała, żeby zadzwonić do Cartera zniknęła.
    Próbowała udawać w święta, że wszystko jest w porządku. Mimo, że wcale nie było. Jej wzrok uciekał cały czas w stronę telefonu, a choć ten milczał to liczyła, że się odezwie. Nie wiedziała, czy telefon milczy, bo wyciszyła powiadomienia od Cartera czy faktycznie do niej już nie dzwonił i nie pisał. Odezwał się za to do Maddie. Sophia siedziała wtedy obok blondynki i błagała, aby nie pozwoliła ku zadzwonić. Nie była gotowa, aby z nim rozmawiać i na pewno nie chciała tego teraz. I mimo tego, jak uparta była, aby do niego nie dzwonić to każdej nocy odczuwała brak Cartera. Mnie było nikogo kto mógłby ją przytulić. Żadnej dłoni, która sunęła po brzuchu, nikogo kto szeptał do jej skóry sekrety, które tylko ten mały żelek w niej miał słyszeć. Wszystko się popsuło i gdyby była silniejsza to może by została razem z Carterem, ale nie była i znalazła się teraz w takiej, a nie innej sytuacji. Chciała czy nie, ale musiała sobie teraz z tym poradzić. Sama. Mimo, że nie minęło tak wiele czasu to Sophia miała wrażenie, że dzieliły ich teraz całe tygodnie, a było to zaledwie tak niewiele czasu. Znosiła rozstanie ciężko, a co będzie za parę miesięcy? Co, jeśli nie poradzi sobie jednak z tym sama? Miała zbyt wiele pytań, na które nie wiedziała, jak ma odpowiedzieć. Nie chodziło nawet o pytania, ale o to, jak będzie wyglądało jej życie, kiedy ten mały żelek się urodzi, a ona… Ona będzie sama. Tak sądziła, że właśnie będzie. Musiała się przygotować na taką możliwość. Mimo, że naprawdę nie chciała, ale co, jeśli Carter się więcej nie odezwie? Co, jeśli to był ostatni raz, kiedy się widzieli?
    Mogła się nakręcać na najgorsze, ale zamierzała też myśleć o tych dobrych stronach. Musiała ogarnąć swoje życie. Skończyć studia, zacząć pracować na siebie i to wszystko z małym dzieckiem, Ale miała przecież jeszcze czas. Niewiele, ale wystarczająco, żeby trochę ogarnąć to, co trzeba. I dostanie to, czego zawsze chciała, choć dostała to zbyt wcześnie. Będzie mamą i będzie w tym świetna. Tyle wiedziała, że bez względu na to, co się wydarzy to wciąż będzie świetną mamą, a ten żelek dostanie najlepsze życie, jakie tylko można mu będzie podarować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kolejna wizyta u lekarza była zaraz po świętach. Trochę się denerwowała, Ale miała nadzieję, że wszystko będzie w porządku. Ostatni czas nie był dla niej łatwy. Skończył się, chyba, ten najgorszy czas, kiedy nie mogła odejść od łazienki na dziesięć minut, a wszystko co zjadała wracało tą samą drogą. Sophia zapakowała się do samochodu, aby znaleźć się na miejscu prawie dziesięć minut przed czasem.
      Szła przed siebie bez rozglądania się na boki. Nawet przez moment nie przeszło jej przez myśl, że Carter może się tutaj pojawić. Nie była gotowa na to, aby się z nim spotkać i miała nadzieję, że Carter o tej wizycie nie pamiętał, ale gdy była już w połowie drogi wtedy go zobaczyła. Zatrzymała się wpół kroku, a palce mocniej zacisnęła na pasku torebki. Carter naprawdę tutaj był, a Sophia nie wiedziała co ma zrobić.
      Przez moment tylko na niego patrzyła
      — Cześć. — Wydusiła z siebie po chwili. Cicho, zbyt cicho. Tak naprawdę chciała, aby ją przytulił i nie pozwolił już odejść. — Nie, nie umawialiśmy się. — Przytaknęła i spojrzała na bok. Nie była pewna, czy jest gotowa na to, aby z nim spędzać czas. Nawet, jeśli chodziło o ich wspólne dziecko.
      — Wiedziałbyś, gdyby coś było nie tak. — Powiedziała. Nie mogłaby tego przed nim ukrywać. Mogło i pewnie zabrzmiało to tak, jakby Sophia nie chciała, żeby Carter z nią wchodził. — Zaraz się spóźnię.
      Miała osiem minut. Wystarczająco długo, a jednocześnie zbyt mało czasu, aby prowadzić z nim rozmowę przed kliniką i udawać, że potrafią jeszcze ze sobą rozmawiać.
      Wyglądał jak jej Carter. Brzmiał jak jej Carter. Ale ile tak naprawdę w nim było z jej Cartera?
      Sophia spuściła wzrok na bok. Na małą kupkę śniegu przy schodach, jakby to była najciekawsza część tego dnia.

      soph

      Usuń
  39. Ostatnie czego się Sophia spodziewała to, że Carter pojawi się w klinice. Z jakiegoś powodu przekonywała się, że nie będzie o tym wiedział. Umawiała się na to spotkanie jeszcze, kiedy z nim była i miał o tym pojęcie, a jednak po tym wszystkim co się wydarzyło nie sądziła, że mężczyzna się zjawi. Jednocześnie miała małą nadzieję, że tutaj będzie. Wiedziała, że mu zależy na tym dziecku i na niej, Ale potrzebowała tego dodatkowego zapewnienia, że naprawdę tego chce. Same słowa nie wystarczą w tej sytuacji. Nie po tym aresztowaniu i po tym co znalazła w biurze. Ile takich imprezowych zestawów naprawdę miał?
    Zajęło jej chwile zanim spojrzała z powrotem na mężczyznę. Marzła i wiedziała, że jego dłonie były ciepłe. Gdyby poprosiła to ująłby jej w swoje bez wahania.
    Chciała, żeby z nią został. Tylko te słowa jeszcze nie mogły wyjść z jej ust. Nie chodziło o to, że nie chciała go tutaj, a widzieli się pierwszy raz od dłuższego czasu. Jeśli dobrze myślała to była ich najdłuższa przerwa. Tylko jakie to miało znaczenie, skoro Carter znalazł pocieszenie u Sloane? Nie wiedziała, co się wydarzyło i nie zakładała najgorszego, a jednocześnie… Zamknęła oczy na moment, jakby chciała w ten sposób odciągnąć od siebie wszystkie nieprzyjemne myśli.
    — Wiem, Carter. Nie pomyślałam, że po to przyszedłeś. — Może jakiś czas temu by to pomyślała, ale nie tym razem. Widziała, że mu zależy i chce tu być dla niej i dla dziecka, nic poza tym.
    Kiedy przesunął wzrokiem po jej ciele przeszył ją dreszcz. Nie zmieniła się bardzo. Delikatnie tylko się zaokrągliła, ale wciąż mogła ukryć to pod ubraniami. Dopiero, kiedy je zdejmowała lub miała na sobie coś bardzo obcisłego było wyraźniej widać.
    — Próbuje sobie to jakoś poukładać, Carter. — Powiedziała cicho i wzięła głębszy wdech. Bycie samą w tej sytuacji, choć przecież to ona wybrała, prawda? Carter tego nie chciał, ale to Sophia naciskała na bycie osobno. — Nie wiem, jak mam z tobą rozmawiać teraz.
    Wiedziała, że łatwo by mu uległa. Umiał dobierać słowa tak, aby Sophia wierzyła, że wszystko jest teraz dokładnie takie, jakie chciała, żeby było, ale ile tak naprawdę się zmieniło? Nie chciała uwierzyć w coś, co nie będzie w pełni prawdą. Miała nadzieję, że cokolwiek się zmieniło, ale ile było tak na dobrą sprawę możliwe w kilkanaście dni? Nie aż tak wiele, jak mogłoby się wydawać
    — Nie chcę cię odcinać od tego, Carter. — Zacisnęła lekko usta. — I nie chodzi o to, że nie chce cię widzieć. Tylko… Możemy porozmawiać później? — Westchnęła. Czas już się jej pieli kończył, a ostatnie co chciała zrobić to się spóźnić na wizytę. Mogli tu debatować bez końca, ale jakby nie patrzeć, ale przed wejściem do kliniki średnio mogli rozmawiać i Sophia wolała bardziej ustronne miejsce.
    Chciała mu o wszystkim opowiedzieć. Jak aktualnie się czuje, na jakie rzeczy ostatnio miała ochotę i co chciałaby z nimi zrobić dalej, ale nie tutaj i nie teraz. To naprawdę było kiepskie miejsce na takie rozmowy, a Sophia też wiedziała, że jeśli będzie go odcinać od tego wszystkiego to w końcu naprawdę skończy się między nimi tragicznie. Nie chciała tego dla nich, a ta myśl, że mogliby nie wrócić do siebie była przytłaczająca.
    Sophia nie chciała go odcinać od tego kompletnie. Zwyczajnie teraz nie wiedziała, jak ma sobie z tym wszystkim radzić. Spojrzała na niego tylko ostatni raz zanim weszła do środka. Niepewna, czy robi dobrze. Poinformowała o swoim przybyciu na recepcji, a młoda kobieta za biurkiem wskazała jej drogę. Skierowała się już do windy, kiedy coś jednak ją tchnęło. Przecież nie chciała tego robić sama. Nie tak naprawdę. Planowali to razem, ale skoro nie mogli w pełni zrobić tego razem to chociaż Łowin i zacząć się uczyć jak sobie radzić z tym samodzielnie. Sophia cofnęła się do głównego wyjścia. Miała jeszcze może trzy minuty, ale chwilowe spóźnienie już będzie nieistotne. Wyszła z powrotem na zewnątrz. Carter stał kawałek dalej z Iqosem w ręku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Chodź. — Odezwała się cicho. Niemal ze wstydem, że w pierwszej chwili odmówiła mu przyjścia na tę wizytę. — Chciałabym, żebyś poszedł ze mną, Carter. — Dodała. Wiele ją to kosztowało, ale naprawdę go tam chciała.
      Spojrzenie brunetki spoczęło na mężczyźnie. Na człowieku, którego kochała i z którym miała mieć dziecko. Wcale nie była gotowa, aby tak wszystko zostawić za sobą i udawać, że nic ich nie łączyło. Nie taki też przecież był jej cel. Chciała dać mu czas, aby zadecydował co jest tak naprawdę dla niego ważne.
      — Urósł od ostatniego razu. — Mówiła wciąż cicho i z przejęciem, którego nie potrafiła już w swoim głosie ukryć. Tym razem to w jej głosie była prośba, aby jej nie zostawiał i poszedł tam razem z nią, żeby wszedł do tego gabinetu i najlepiej, aby trzymał ją przez cały czas za rękę, bo nie miała zielonego pojęcia czy poradzi sobie z tym sama.

      soph

      Usuń
  40. Sophia była ostrożna.
    Wiedziała, że jeśli pozwoli sobie, ponownie, ma zbyt wielkie zaufanie to będzie bardzo prawdopodobne, że znajdą się dokładnie w tym samym miejscu, z którego próbowała wyjść. Jej problem polegał na tym, że nie chciała spędzić już nawet dnia bez Cartera, ale nie potrafiła się przekonać do dania mu kolejnej szansy na ślepo. Robiła to już w przeszłości, nie z nim, ale z innymi ludźmi. Potrzebowała dowodów, że Carter się zmieni i zmieni to, co wokół niego się działo. Jakby nie patrzeć, ale jeden dowód nosiła właśnie w sobie. Sophia mogła udawać, ile chce, ale przecież to dziecko połączyło ich bardziej niż cokolwiek innego. Nigdy nie zamierzała udawać, że nie jest ono Cartera czy odcinać mężczyzny od tego dziecka. Potrzebowała jedynie czasu, żeby poukładać sobie w głowie sprawy między nimi, jednocześnie wiedziała, że cisza z niej strony nie zmieni tak naprawdę niczego. Musieli porozmawiać, a Sophia go unikała i robiła to sprawnie. Dopiero dziś po raz pierwszy od tamtego wieczoru spojrzała mu w oczy i znalazła się w tej samej przestrzeni co Carter. I nie przyznała tego na głos, ale potrzebowała go równie mocno co te dziecko, które w sobie nosiła. Oboje go potrzebowali, a Sophia lubiła myśleć, że Carter potrzebuje jej.
    Patrzyła na Cartera w ciszy. Widziała, jak oczy mu zabłyszczały, kiedy poprosiła, żeby wszedł tam razem z nią. Kosztowało ją to więcej niż była gotowa przyznać, ale nie miała ochoty dłużej udawać czy trzymać się tej granicy, która wyrządzała więcej krzywdy niż pożytku. Tworzyła niepotrzebny dystans, którego nie potrzebowali i który oddalał ich od siebie, a nie taki był w końcu cel brunetki. Z drugiej strony, czego się spodziewała? Że Carter będzie na nią cierpliwie czekał? Chciałaby w to wierzyć, ale to nie było wcale takie oczywiste.
    — Naprawdę. — Odpowiedziała. Byłaby okrutna, gdyby nie pozwoliła Carterowi wejść ze sobą. To przecież było jego dziecko i miał prawo, aby dowiadywać się o przebiegu ciąży. Zobaczyć, jak to wszystko wygląda, choć to wciąż był dopiero początek i jeszcze zbyt wiele na ekranie nie zobaczą, ale to był już ten czas, żeby przestrzeń w gabinecie wypełniło bicie małego serduszka. Sophia nie mogła tego zachować dla siebie. Musiała, a przede wszystkim chciała, żeby Carter z nią tam wszedł.
    Sophia uśmiechnęła się delikatnie. Zrobiła to ostrożnie, jakby nie chciała dawać Carterowi zbyt wielkiej nadziei. To niczego, jeszcze, nie zmieniało. Było może pierwszym krokiem do lepszej przyszłości.
    — Nie chcę tego robić sama, Carter. — Wyznała. Bała się, że zostanie sama i jednocześnie przygotowywała się na taką opcję. — Naprawdę nie chce robić tego sama.
    Jeszcze nie była w stanie tego powiedzieć, ale mówiła tym samym, że nie chce go trzymać dłużej na dystans. Sophia chciała kupować te wszystkie dziecięce rzeczy, dekorować pokój i przygotować się na to z Carterem. Nie osobno, nie każde w innym miejscu. Tylko wspólnie i dokładnie tak, jak planowali zrobić od samego początku.
    Weszli do środka razem. Z ciężkimi myślami, których nie dało się tak łatwo poukładać. Pierwszym razem, kiedy tu byli jeszcze nie wiedzieli z czym wyjdą. I na tym samym parkingu podjęli decyzję, która odmieniła ich całe życie. Palce lekko jej drżały, kiedy dłoń Cartera sięgnęła po jej. Pierwszym odruchem było zabranie jej, ale nie zrobiła tego. Ścisnęła za to mocniej jego dłoń i niepewnie podniosła głowę, aby spojrzeć na Cartera. Cisza między nimi była trudna, Ale może potrzebna, żeby podjęli odpowiednią decyzję. Sama już nie wiedziała. Było zbyt dużo decyzji do podjęcia. Zbyt wiele informacji, które musieli sobie przetworzyć. Zbyt wiele wszystkiego, a zbyt mało… Całej reszty.
    Gabinet wyglądał dokładnie tak samo, jak ostatnim razem. Z uśmiechnięta lekarką, przyjaznym wnętrzem, które nie przypominało szpitalnej bieli i bez jasnego rażącego światła, od którego bolały oczy. Puściła jego dłoń tylko, kiedy musiała zdjąć płaszcz, ale zaraz sięgnęła po nią z powrotem. Tym razem sama to zrobiła i nie czekała na ruch z jego strony.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Denerwowała się, bo co jeśli coś będzie nie tak? Co, jeśli ten ostatni stres coś zmienił? Źle wpłynął na dziecko? Nie byli już razem. Na jej dłoni nie było już tego pierścionka, który przez krótko czas błyszczał na jej palcu i ściągał uwagę. Nie umieli ze sobą teraz rozmawiać. Przez nią, bo nie dała im szansy, aby ze sobą porozmawiali, jak ludzie. Unikała rozmów z Carterem. Prosiła Maddie, aby mi odpisywała i za nią prosiła o przestrzeń. A teraz znalazła się z nim w jednym miejscu i nie potrafiła wypuścić go z rąk.
      Po krótkiej konsultacji, która rozwiała początkowe wątpliwości Sophia mogła przejść na fotel. Szybkie badanie, które miało utwierdzić przyszłych rodziców, że wszystko jest w porządku. Szukała wzrokiem Cartera mimo wszystko. Czy jest za nią czy obok. Nie odnajdowała się w tej roli i potrzebowała, aby Carter był z nią w tym wszystkim. I był, ale to Sophia odpychała go od siebie i nie pozwoliła, aby był blisko przez te ostatnie kilka dni. Teraz nie chciała popełnić tego błędu i odepchnąć go jeszcze bardziej. Zadarła głowę do góry, wiedząc, że właśnie za sobą znajdzie Cartera. Z niemal tą samą miną, która miał za pierwszym razem, ale teraz nie wydawał się być aż tak zdenerwowany. Wtedy, chyba, jeszcze liczyli, że lekarz wyprowadzi ich z błędu, że im powie, że testy były fałszywe. Teraz czekali na potwierdzenie, że wszystko jest w porządku, na kolejne informacje o wielkości tego żelka, który wytracił ich życie do góry nogami. Dowiedzą się co zmieniło się przez te kilka krótkich tygodni od ostatniej wizyty.
      Lekarka mówiła coś o pomiarach, o wieku ciąży, o tym, że wszystko wygląda prawidłowo. Sophia nie była pewna, gdzie ma patrzeć i na czym lub na kim się skupiać. Wszystko było… Dziwne. Sophia raz po raz mocniej ściskała dłoń Cartera, której nie wypuściła nawet na krótki moment.
      — Zaraz spróbujemy posłuchać serduszka.
      Serduszka.
      Te słowo uderzyło w nią mocniej niż się spodziewała. Wiedziała, że to może się dziś wydarzyć, ale nie spodziewała się, że poruszy ją to tak bardzo.
      Lekarka przesunęła sondę minimalnie, zmieniając jej kąt. Na ekranie coś się poruszyło. Niewyraźny kształt na ekranie, który miał nie więcej niż dwa centymetry. Taki malutki, prawie niewidoczny. Przez moment myślała, że jest za wcześnie, aby cokolwiek usłyszeć.
      I wtedy to się stało.
      Najpierw trzask. Potem rytm szybki, zdecydowany i uparcie obecny. Jakby ktoś pukał od środka mówiąc hej, jestem tutaj.
      Powietrze ugrzęzło Sophii w płucach, a oczy zaszkliły się łzami, których się spodziewać mogli wszyscy. To nie był dźwięk, który można było porównać do czegokolwiek innego lub sobie wyobrazić. Nie brzmiał jak bicie serca dorosłego człowieka, był za szybki i za drobny, a jednocześnie tak absurdalnie silny.
      Carter również to słyszał. Sophia spojrzała na bok. Widziała to po jego twarzy. Po sposobie jak zacisnął szczękę, jak uparcie wpatrywał się w ekran, a potem na nią. Te małe serduszko wciąż biło i nie zważało na ich błędy. Nie patrzyło na to, czy są razem czy nie, ono było i było obecne.
      Lekarka cicho coś szepnęła, ale Sophia nie zwracała uwagi. Słuchała tego rytmicznego bicia serca, jak oczarowana. Tego małego, upartego dowodu, że cokolwiek się między nimi wydarzyło to serce wybrało, żeby bić. I biło dzięki nim. Oni je stworzyli. Razem.

      soph

      Usuń
  41. To był najpiękniejszy dźwięk jaki Sophia kiedykolwiek słyszała. Słuchała go jak zahipnotyzowana. Ciężko było jej oderwać wzrok od Oleksemu i Cartera, raz spogląda na ekran, a potem na Cartera. Nie patrzyła na mężczyznę w obawie, że nagle zmieni zdanie. Patrzyła, bo chciała dobrze zapamiętać, jak Carter w tej chwili wygląda. Serduszko biło szybko i w rytmie, którego nie dało się podrobić. Biło mocno i silnie, jakby ten sam dźwięk próbował przekonać ich, że wszystko się teraz poukłada i będzie dokładnie tak, jak być powinno. To był dźwięk przyszłości. Tej dorosłej, w którą zdecydowali się wejść, kiedy kilka tygodni temu zgodzili się, że ten mały człowiek wywróci im życie do góry nogami. Dali mu szansę. Ta szansa miała mocne nice serce, a każde jedno uderzenie było jak przypomnienie, że wszystko między nimi się jeszcze poukłada. Może nie będzie to szybkie ani proste, ale nie poddawali się przecież jeszcze, prawda? Ta przerwa jeszcze nie oznaczała, że nigdy więcej się nie zobaczą. Była tylko… na moment. Sophia naprawdę w to wierzyła, bo nie umiała wyobrazić sobie spędzania reszty życia bez Cartera.
    Wpatrywał się w ekran, gdzie było ich dziecko. Jeszcze malutkie, prawie niewidoczne. Wielkości małego owocu, Ale było i było żywe. Prawdziwe i z głośno kojącym serduszkiem. Każdy szmer, który wydawała ta maszyna był dla Sophii najpiękniejszym dźwiękiem w życiu i najważniejszym. Nigdy przedtem nie słyszała nic co tak rozrywałoby jej serce i wcale nie w zły sposób. Ten dźwięk oraz obraz rozrywały serce i sklejały je jednocześnie. Był to dźwięk tak czysty i niewinny, przypominający, że poza nimi i ich kłopotami w związku był ktoś jeszcze i że to właśnie dla tej małej osóbki musieli zacząć się dogadywać. Sophia nawet nie próbowała ukryć wzruszenia, a kiedy dostrzegła minę Cartera, jak ten mężczyzna, który nie wzrusza się łatwo, łamie się pod tym dźwiękiem, to uczucie w niej tylko się pogłębiło. Jej klatka piersiowa się zatrzęsła od płaczu, który próbowała w sobie zdusić. Już sama nos była pewna, czy bardziej ją wzruszał dźwięk i obraz ich dziecka czy Carter. Nie wyrywała dłoni, kiedy przyciągnął ją do swoich ust. Bo do wszystko co się między nimi działo było dla niej znakiem, że jeszcze może im się udać. Jeśli nie dziś ani jutro, to w najbliższej przyszłości. Bo nie wszystko było przecież stracone i jeszcze mogli wszystko naprawić.
    Sophia słyszała lekarkę i jej rady, na które miała ochotę się roześmiać. Bo gdyby wiedziała pod jakim stresem teraz żyła to na pewno nie mówiłaby Carterowi, że ma zająć się Sophią. Zarówno Sophia jak i Carter byli źródłem stresu, którego brunetka miała unikać. Obiecała cicho, że będzie starała się, aby dziecku nic nie było i że będzie próbowała unikać stresu, a potem powoli zaczęła się ogarniać. Starła zimny żel z brzucha i poprawiła sweterek, a potem spódniczkę i włosy, choć to, jak wyglądała było najmniej istotne. Wsunęła sweterek za spódniczkę. Ciężko było się jej pozbierać po tym co usłyszała i widziała. Mały żelek w niej, który miał tak mocne bicie serca, że nie można było przejść obojętnie obok tego malucha. Sophia nie potrafiła jeszcze tego w pełni zaakceptować. Jeszcze nie dowierzała, że to wszystko dzieje się między nimi naprawdę. Że to dziecko jest w niej i nie jest już tylko „a co, jeśli”, a stało się przyszłością.
    Sophia nie wyrwała się, kiedy Carter ją do siebie przyciągnął. Objęła go instynktownie, a twarz wtuliła w jego pierś. Nie rozpłakała się w ten teatralny sposób. To było wzruszenie, którego nie potrafiła ukryć, Ale była również tęsknota i niepewność. Bo wiedziała, że jeśli sos nie zejdą to Sophia będzie robiła to sama.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Carter mógł być obecny, ale nie będzie przecież dostępny dwadzieścia cztery godziny na dobre. Miał swoje życie i plany, a Sophia nie zamierzała od niego wymagać, aby zrzucił wszystko i siedział z nią i dzieckiem w domu. Nie wiedziała, ile stało tak w tym uścisku, Ale potrzebowała tego. Znajomych ramion, w których mogła znaleźć trochę spokoju i bezpieczeństwa, choć teraz po tym wszystkim co się działo to wcale nie była taka pewna, czy Carter jest bezpieczną opcją, ale to teraz było już bez znaczenia.
      Odsunęła się dopiero po chwili. Nie dramatycznie, a bardziej jak ktoś kto wie, że pora wyjść dalej. Przetarła szybko oczy. Makijaż miała delikatnie rozmazany pod oczami. Podniosła wzrok i spojrzała na Cartera. Jeszcze nie wiedziała, co chce mu powiedzieć i czy w ogóle cokolwiek powinna była mu mówić. Zsunęła wzrok na wydrukowane zdjęcia, które trzymał.
      — Mogę je zobaczyć? — Carter trzymał się ich kurczowo, a Sophia wcale nie była zaskoczona, że tak bardzo chce mieć ja blisko.
      Obiecała mu rozmowę po wszystkim, Ale wciąż nie wiedziała, jak ma z nim rozmawiać. Ani czy da się porozmawiać z nim tak, jak tego chciała. Problem leżał w tym, że nie miała nic mu nowego do powiedzenia. To od niego musiało wyjść tym razem. Cokolwiek, aby uwierzyła, że życie, które Carter prowadzi za kulisami zbliża się końcowi.
      Odetchnęła głębiej, kiedy podał jej zdjęcia. Przesunęła opuszkami palca po miejscu, gdzie - najpewniej, bo już nie miała pewności - było ich dziecko. Mały człowiek, którego stworzyli sobie razem i który będzie tu za kilka miesięcy. Robiło się coraz poważniej. Podniosła wzrok, aby spojrzeć na Cartera i uśmiechnęła się nieznacznie. Chciałaby mu powiedzieć tak wiele - o tym, jak tęskni za nim i że nic nie smakuje tak dobre, jak z nim. Że przez te ostatnie dni walczyła sama ze sobą, aby do niego nie zadzwonić. Chciała mu powiedzieć o wszystkim o czym mężczyźnie przez te kilka dni nie powiedziała.
      — Dziękuję. — Szepnęła cicho. Za to, że z nią Turaj wszedł i że jej nie puszczał. Bo dopiero teraz zauważyła, że jest na wyciągnięcie ręki Cartera, a nawet bliżej. Że stoi wciąż tak blisko, że gdyby chciała to mogłaby oprzeć się o mężczyznę bez najmniejszego problemu.
      Nie wiedziała co dalej. Czy zaprosić go na obiad czy podziękować jeszcze raz i uciec do domu? Musiała zamówić taksówkę, aby jakoś wrócić do domu. Chociaż nie, Carter będzie się upierał, aby ją zabrać do domu. Nawet nie musiał tego mówić, a Sophia już słyszała jego protesty.
      — Dziękuję, że tu przyjechałeś.
      Była za to naprawdę wdzięczna. Bardziej niż mogło się początkowo wydawać, kiedy tak chłodno próbowała się mężczyzny pozbyć.

      soph

      Usuń
  42. Patrzyła na wydrukowane zdjęcie USG. Prawdziwy dowód na to, że to się działo i nie było tylko wytworem jej wyobraźni. Sophia i Carter naprawdę mieli razem dziecko. Małego człowieka, którego będą musieli wychować razem i zrobić wszystko, aby wyszło im to dobrze. Była tą wizją przerażona i nie miała pojęcia, jak mają to zrobić, ale tym chyba będą się mogli zacząć martwić, kiedy już tego człowieka trzeba będzie wychowywać.
    Opuszkiem palca przesunęła po zdjęciu, gdzie było ich dziecko. Małe i niewyraźne, ale bez dwóch zdań należące do nich i do nikogo więcej. Chciała siedzieć już, jak ten maluch wygląda i do kogo będzie bardziej podobny. Kim przede wszystkim będzie. Czy mogła myśleć już o imionach? Wybierać ubranka? Czy może na to wszystko było jeszcze za wcześnie?
    — To też Twoje dziecko, Carter. — Powiedziała cicho, jakby się bała, że wypowiedzenie tego zdania głośniej ściągnie na nich jakieś kłopoty. — Masz prawo tutaj być i… I może byłam trochę zbyt dumna przez ostatnie kilka dni, ale… Ale chciałam, żebyś również tam był. Nie dla mnie, a przynajmniej nie przede wszystkim dla mnie, Ale dla siebie i dla naszego dziecka.
    Mówienie o tym nadal było dziwne. Dziecko… To naprawdę się działo. Oni naprawdę będą mieli wspólnie dziecko. Nie było już co do tego żadnych wątpliwości. Mogli próbować udawać, że temat nie istnieje, ale to nie było w ich stylu. Mimo, że to właśnie Sophia przez ostatnie dni ignorowała wszystko i wszystkich, a przede wszystkim ignorowała Cartera i może nadszedł czas, aby przestać ignorować wszystko wokół.
    Spojrzała na niego, kiedy zaczął mówić. Nie musiał kończyć, a Sophia i tak wiedziała co powie. Miał już ten ton głosu, który mówił, że nie zamierza przyjmować odmowy, a każda groźba zostanie spełniona, jeśli ona nie pójdzie za jego planem.
    Piłeczka była teraz po jej stronie. Mogłaby wymyślić kłamstwo, że z kimś się umówiła czy czeka na nią ojciec, ale to nie była prawda i Carter by o tym wiedział. Westchnęła cicho i pokręciła lekko głowa na boki.
    — Obejdzie się bez zanoszenia do auta. — Mruknęła cicho pod nosem. Naprawdę nie musiał, aż tak się poświęcać. — I nie zamierzałam odmawiać. Jestem może… trochę głodna.
    Nie chciała, aby Carter błagał o rozmowę z nią. Nie o to przecież w tym wszystkim chodziło, prawda? Musieli spróbować zachować się chociaż jak dorośli, a póki co żadne z nich się tak nie zachowywało. Sophia uciekła. Od niego i od wspólnego życia, które planowali. Nie chciała dłużej uciekać, a bez rozmowy nie zacznie się nic. Musiała zrozumieć wiele rzeczy i on musiał jej wiele wyjaśnić.
    — Wiem, Carter. — Przytaknęła z krótkim westchnieniem. Rozmowy w przypadkowych miejscach między drzwiami, a schodami odpadały. Musieli naprawdę porozmawiać i zrobić to porządnie. — Możemy… Możemy od tego zacząć.
    Obiad wydawał się dobrym pomysłem, a przede wszystkim sensownym. Nie musieli wchodzić w wielkie szczegóły. Małe kroczki do przodu, prawda? I potem zobaczą co dalej.
    Machnęła lekko dłonią, niby to niechcący dotykając jego. Była niepewna w tym co robiła. Nie wiedziała co ma myśleć, bo z jednej strony wiedziała, że Carter był niedawno ze Sloane. Co robili - nie wiedziała. Wystarczyło jej, że pojawiły się plotki o tym, że spędzali razem czas.
    — Tak… zgaduje, że jestem na Ciebie skazana. — Westchnęła, Ale nie z ciężarem, a raczej jakby mówiła coś pół żartem, a pół serio.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sophia prawie przewróciła oczami, kiedy zobaczyła tę miękkość w oczach Cartera. Patrzył na nią dokładnie tak, jak zawsze, kiedy próbował w niej coś zmiękczyć i zwykle mu to wychodziło. Był blisko tego, aby teraz znów mu się w pełni poddała i może by to zrobiła, gdyby nie te drobne myśli, które jej nie pozwalały, aby zaangażować się w pełni na nowo.
      — Frytki z syropem klonowym. — Mruknęła cicho w odpowiedzi na pytanie Cartera. Na to głównie miała ochotę z rana, a czasem w środku nocy i nikogo kto skakałby nad nią i spełniał te zachcianki.
      Spuściła na moment wzrok, kiedy to wszystko mówił. Zacisnęła lekko usta i uciekła wzrokiem na bok.
      — Carter… — Westchnęła cicho i zawiesiła na nim wzrok. Mówił te wszystkie rzeczy, a nie mogła odpowiedzieć mu tym samym. Kochała go, bardziej niż należało, Ale gdyby to powiedziała to dałaby sobie i jemu nadzieję na coś co może się nigdy nie wydarzyć. — … wcale się tak nie zachowuje. — Mruknęła na swoją obronę. Zachowywała się. Oczywiście, że tak się właśnie zachowywała i sądziła, że robi dobrze. Tylko, że krzywdziła tym siebie oraz Cartera.
      — Jesteś pewien? — Spytała odnosząc się do obiadu. A może do tego czy na pewno ją kocha. — Jest Sylwester. Nie masz… planów? Możemy się umówić na piątek czy coś… — Wzruszyła ramionami. Może był z kimś umówiony. Może planował wyjść wieczorem. Nie chciała mu tych planów krzyżować nagłym obiadem, który mógł zaczekać.

      soph

      Usuń
  43. Niczego nie była już pewna w tej relacji. Ani tego czy jakaś jeszcze istnieje ani czy oni mają w ogóle szansę na to, żeby spróbować poukładać swój związek na nowo. Jeszcze niedawno byli zaręczeni i planowali wspólną przyszłość, a teraz Sophia nie wiedziała, gdzie będzie mieszkała, kiedy to dziecko przyjdzie na świat. Nie miała tak na dobrą sprawę nic własnego i zwyczajnie w świecie się bała, ale z tym musiała poradzić sobie sama. I poradzi sobie. Tylko jeszcze nie teraz.
    Opuściła wzrok. Trochę zawstydzona tym, jak go właśnie potraktowała. I jak potraktowała siebie. Carter może nie zawsze stawiał ją na pierwszym miejscu, Ale odkąd zaszła w ciążę nigdy nie dał jej odczuć, że jej czy dziecku czegokolwiek będzie brakowało. Nie, on od samego początku nastawił się na to, że da im absolutnie wszystko i jeszcze więcej.
    — Nie zbywam cię… Nie dzisiaj. — Przyznała, bo nie chciała się go pozbyć. Sama w zasadzie nie wiedziała, czego chce. — Po prostu jeśli masz jakieś plany czy jesteś umówiony, to nie ma sensu, żeby przekładał to przeze mnie. — Dodała ciszej i prawie tego pożałowała, bo doskonale wiedziała, jak to wszystko zabrzmiało. Jakby się wykręcała od tego obiadu i wmawiała jemu, a nie sobie, że zdążył się z kimś umówić, a Sophia tylko stoi mu na przeszkodzie przed robieniem tego co naprawdę chciał.
    Sophia nie cofnęła się, kiedy Carter zrobił krok w jej stronę. Nie uciekła ciałem ani wzrokiem, choć zwyczajnie w świecie było jej głupio po tych słowach, które powiedziała mu o tym wieczorze. Mówił jej prawdę i o tym wiedziała. Nie musiał przekonywać brunetki na siłę, że dziś to nie tyle co ona, Ale ich dziecko było priorytetem.
    — Carter… — Przełknęła ślinę i westchnęła cicho. — Wiesz, że chcę… z tobą być. Wiesz, dlaczego to zrobiłam.
    To nie było miejsce ani czas na takie rozmowy. Nie teraz, kiedy wszystko między nimi było tak kruche. I naprawdę na tak poważna rozmowę jeszcze nie była gotowa.
    Sophia po prostu zamilkła. Siedziała cicho, jak zaklęta, kiedy Carter mówił te wszystkie rzeczy. Dokładnie to, co chciała usłyszeć i jeszcze więcej. Nie przerywała mu, kiedy mówił. Pozwoliła, aby wszystkie te słowa między nimi opadły w ciszy. Przetwarzała każde jedno. Może zbyt intensywnie i zbyt mocno, Ale musiała to zrobić, jeśli chciała zrozumieć dokładnie to, co właśnie oferował jej Carter, a Carter dawał jej przestrzeń o która tak bardzo prosiła. Miał wiele racji w tym wszystkim co mówił. Sophia tym razem zawaliła, kiedy zniknęła bez słowa i przestała się do niego odzywać. Uciekła z jego dzieckiem, a on od dłuższego czasu nie wiedział co właściwie dzieje się z nią i z ich dzieckiem. Maddie nie dawała mu żadnych szczegółów. Tylko ogólniki, na które Sophia zezwoliła. Krótkie i niewiele znaczące tak na dłuższa metę.
    Zacisnęła lekko usta, jeszcze nie wiedząc, jak ma mu na to wszystko odpowiedzieć. Z jednej strony chciała się rozpłakać i uciec, ale to niczego by nie zmieniło. Z drugiej… Z drugiej potrzebowała tego czasu z Carterem. Potrzebowała z nim porozmawiać. Spojrzała na jego dłoń, a potem na jego twarz. I znów na jego dłoń.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Wiem Carter, że tu nie chodzi już tylko o nas. Ja to naprawdę wszystko wiem. — Westchnęła bezgłośnie. Nie zachowywała się, jakby to rozumiała i o tym wiedziała. Uciekła i taka była prawda. — Ale spróbuj i mnie zrozumieć, Carter. Po tym wszystkim co się wydarzyło… Ja nie wiedziałam co zrobić. I dalej nie wiem, co mam robić. Przepraszam, że zniknęłam. Nie zrobię tego znowu.
      Nie odetnie go znów od dziecka. Od siebie? To inna kwestia, Ale od tego dziecka? Nie mogła mu tego zrobić. Nie mogła im tego zrobić. Nie, kiedy on chciał być zaangażowany i pokazywał jej to dziś wyraźnie. Może to ona nie była gotowa ja to, aby wrócić do tego co mieli przedtem.
      — Wiesz, że cię kocham. — Szepnęła cicho, jakby właśnie wyznawała wstydliwa prawdę. Wydawało się proste, prawda? Ona kocha jego, Carter kocha ją. Co więc im stało na przeszkodzie, aby do siebie wrócili? — To się nie zmieniło, Carter. Zmieniło się wszystko wokół i nic nie jest już proste.
      Sophia mogłaby im to wszystko ułatwić, Ale wtedy niewiele by się zmieniło. Jeszcze nie miała pojęcia, jak uda im się to naprawić, ale dziś mogli spróbować zacząć to naprawiać. Nie związek, ale sposób w jaki ze sobą rozmawiali. Nie dla nich, ale dla tego dziecka, bo tego właśnie potrzebowało.
      Ujęła jego dłoń w swoją bez zastanowienia.
      — I muszą być posypane cynamonem… — Dodała cicho i oczekując, aż zacznie przewracać oczami.
      Chciała dać szansę im wszystkim. Im jako rodzicom, jako parze. Tylko jeszcze nie wiedziała, jak to ma zrobić i może uda im się to zrobić krok po kroku, bez rzucania się w przepaść bez żadnego planu.
      — Nie zniknę. — Obiecała cicho. Nie będzie mu już odbierała tego i bycia blisko dziecka. Miał do niego prawo, a Sophia nie zamierzała być tą, która nie pozwoli mu na bycie blisko z własnym dzieckiem. — Jak mogłabym cię nienawidzić, Carter? — Przechyliła lekko głowę na bok i pozwoliła sobie na nieśmiały uśmiech. — Masz to miejsce, Carter. Miałeś je od początku. Tylko… Tylko chyba potrzebowałam czasu. Ale je masz i nikt, nawet ja, ci go nie zabierze.

      soph

      Usuń
  44. Sophia nie próbowała dobierać ostrożnie słów. Carter znał ją na tyle dobrze, aby wiedzieć, że ona taka po prostu już była. Rozważała to co powie, a już zwłaszcza wtedy, kiedy na czymś jej zależało. Dziecko oraz Carter byli dla niej najważniejsi. Ostatnie dni mogły pokazać, że tak nie było, a przynajmniej, że Carter nie jest dla niej ważny. Musiała sobie poukładać w głowie pewne sprawy, a była jeszcze daleko do tego, żeby chociaż w połowie sprawy były rozwiązane. Chciała jednak najpierw, aby zobaczyli na czym stoją i czy uda im się jeszcze uratować ten związek. Naprawdę sądziła, że to jest to i nawet z tymi wszystkimi sprawami, które wyszły Sophia dalej potrafiła wyobrazić sobie życie z Carterem. Widziała ich wspólną przyszłość i miała nadzieję, że te wszystkie plany jeszcze się spełnią.
    — Kocham. — Przytaknęła. Mogła to powiedzieć z większymi emocjami, ale nic podobnego nie zrobiła. Bo teraz to bolało. Kochanie go bolało. Bycie zakochaną w Carterze bolało. Mogło być łatwiej, gdyby już go nie kochała. Tylko, że Sophia nie chciała nie kochać Cartera. Ona chciała być w nim dalej zakochana. Chciała z nim robić wszystko, co do tej pory i więcej. Chciała tego ślubu z nim i życia, które wspólnie planowali.
    — Żadnej farby. Będzie tapeta. — Uśmiechnęła się pod nosem, jakby była już pewna, że tak właśnie będzie. — Ale jeśli musi być farba to jasnozielona. Jak zwierza trawa na wiosnę. — Dodała. Rozważała różne opcje. Mimo, że było jeszcze zbyt wcześnie, aby zajmować się takimi rzeczami. Zwłaszcza, że wszystko mogło się wydarzyć, ale Sophia nie szła tą drogą.
    Uśmiechnęła się słabo i pokiwała lekko głową.
    — Nie chcę już znikać, Carter. — Powiedziała cicho. Była zmęczona tym, że nie mogła do niego dzwonić ani pisać. Mogła, powstrzymywała samą siebie przed tym. Trudno było jej wieczorami. I podejrzewała, że jemu również było trudno. Przecież w tym wszystkim to nie tylko ona była poszkodowana.
    Pokiwała głową, kiedy powiedział, aby poszli w końcu na te frytki. Na samą myśl o nich czuła powiększający się głód, który gotowa była zignorować i zjeść dopiero, kiedy wróci do domu. Co miałoby miejsce dopiero za dobre półtorej godziny, ale to teraz było bez większego znaczenia.
    — Nie próbuj. — Ostrzegła, kiedy rzucił o podkradaniu frytek. — On nie lubi się dzielić. Przynajmniej ostatnio. — Mruknęła z cichym westchnięciem. Naprawdę była ostatnio nieznośna, ale z tym musiała radzić sobie już sama. — Ty chcesz zobaczyć moją? Carter, ja tak jem od tygodnia. Powinieneś chcieć zobaczyć swoją.
    Zaśmiała się cicho pod nosem. Zaskoczona, że jeszcze nie krzywił się na jej wymyślanie, ale to chyba było jeszcze dość delikatne. Z tego co wiedziała niektóre kobiety miały o wiele gorsze zachcianki.
    — Wiem, wiem. — Szepnęła i pokiwała głową. Może nie jutro i nie za tydzień, ale w końcu to wszystko będzie miało sens. Oni znowu będą mieli sens.
    Nie prosił jej i nie błagał, aby wróciła. Sophia tego teraz wcale nie potrzebowała. Gdyby od tego zaczął to nie potrafiłaby tak spokojnie z nim pójść do auta. Nie trzymałaby swoje dłoni w jego. Wyszło im to tak naturalnie, bo to… Przecież to było naturalne. Oni i to, jak się zachowywali. Splecione dłonie, czule uśmiechy i obecność. Niczego więcej nie potrzebowali, prawda? Sophia chciała to traktować jako początek ich nowej drogi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Siedziała przy stoliku trochę nerwowo. Obejmowała dłońmi kubek z zimową herbatą. W sroki pływały różne owoce, a kubek grzał jej dłonie. Sophia czuła się dziwnie, kiedy siedzieli tak naprzeciwko siebie. Ona uważnie patrzyła na Cartera, a Carter uważnie patrzył na nią.
      Kiedy zaczął mówić nie była pewna, na czym ma się skupić. Jej wzrok nie odchodził od oczu Cartera. Nigdy nie mówił dużo o samej przeszłości. Sophia musiała mu wyrywać z gardła jakiekolwiek informacje o jego przeszłości. Zawsze mówił ogólnikami, a reszty Sophia mogła się domyślić z tego co wyczytała między wierszami. Nie wtrącała się, kiedy Carter mówił. Słuchała go bez wtrącania niczego od siebie, bo to teraz nie było potrzebne. Doceniała każdy moment, kiedy Carter się przed nią otwierał. Nawet, jeśli miało to miejsce w takiej, a nie innej sytuacji.
      Opuściła na moment wzrok, kiedy skończył. Zbierała się w sobie i zastanawiała, jak należało się do tego odnieść. To nie był czas ani miejsce na „przykro mi”.
      — Myślę, że będziesz dobrym tatą. — Powiedziała po chwili ciszy. Niepewnie przesunęła ręka po stole, a palcami musnęła jego. — Starasz się, a to dużo znaczy.
      Opuściła na moment wzrok, kiedy przeszła jej pewna myśl przez głowę. Taka, której nie mogła wypowiedzieć w tym miejscu na głos. Mogłaby zostać ona źle odebrana.
      — Wiem, że nie dałam ci na to szansy ostatnio i przepraszam za to. Tylko… Po tym wszystkim co przeszedłeś wiesz, czego nasze dziecko nie powinno nigdy doświadczyć, a wciąż… jest coś co może je skrzywdzić, prawda? — Podniosła głowę, aby spojrzeć na Cartera. Dobrze wiedział o czym mówi. On może nie zasypiał z butelką pod poduszką, ale mały woreczek strunowy z niewinnie wyglądającą zawartością był rośnie szkodliwy.
      Opuściła wzrok na ich dłonie. Nie były ze sobą splecione, ale nie były też od siebie oddalone. Trwały w zawieszeniu. Dokładnie tak, jak oni. Dla Sophii to nie był koniec relacji. Nigdy nie chciała, aby to było definitywne zakończenie. Tylko raczej krótka przerwa, dopóki nie zadecydują co naprawdę chcą robić dalej.
      — Nie mogę ci zabronić próbowania, Carter. Prawda jest taka, że… Wszystko co ci powiedziałam wcześniej o przyszłości i niedawno, kiedy się o nim dowiedzieliśmy… ja tego wciąż chce, Carter. I chce tego z tobą. — Podniosła wzrok, aby złapać jego spojrzenie. Nie mówiła tego, bo chciała go skrzywdzić. Mówiła to, bo bez prawdy nigdzie nie dojdą. — To będziesz Ty… albo nikt.
      Sophia odetchnęła nie o głębiej i na moment spojrzała w bok, jakby nie chciała, aby dostrzegł zbyt dużo na jej twarzy.
      — Wiem, że ostatnio ci nie dawałam szans… I może nie wygląda, jakbym chciała, żeby nam się udało, ale… Jestem gotowa o nas zawalczyć, Carter. Tylko… potrzebuje tej jednej rzeczy od Ciebie.
      Nie musiała mówić na głos o co jej chodzi. Doskonale wiedział jaki ma warunek i czego od niego oczekuje. To od niego zależało, jak poprowadzi dalej ich wspólne życie. Sophia nie chciała, aby ich dziecko wychowywało się w dwóch osobnych domach. Albo oglądało ojca w więzieniu.
      Przetarła policzki, choć te były raczej suche. Przyzwyczajenie, którego nie umiała zignorować. Wzruszyła lekko ramionami, kiedy ją przeprosił. Potrzebowali tej rozmowy. Nawet jeśli była ona trudna do przełknięcia.
      — W Scarsdale. — Za Nowym Jorkiem. Jeszcze gorzej. Choć nie aż tak, bo zajmowało zaledwie pięćdziesiąt minut, aby dojechać do Nowego Jorku. — Zatrzymałam się u cioci.
      Nie było szans, aby wróciła do ojca. Miała taką opcje, ale teraz to było po prostu niemożliwe. Nie miałaby tam nawet jednej spokojnej nocy.
      — Cóż. Nie jesteś jego ulubionym człowiekiem na ziemi ostatnio. — Mruknęła pod nosem. Unikała tak naprawdę wszystkich . Nie chciała słyszeć „a nie mówiłam/em”, bo wszyscy mieliby racje, a Sophia swoich decyzji nie żałowała. — Nie wiem, nie widziałam się z nią i to się raczej nie zmieni. Pewnie jest szczęśliwa, że skończyłam dokładnie tak, jak przewidziała. W ciąży, bez domu i pracy.
      Wzruszyła ramionami, jakby nie mówiła o niczym ważnym. Przeszkadzało jej, oczywiście. Miała wsparcie, ale to wciąż nie zmieniało faktu, że na ten moment Sophia nie miała nic swojego.

      soph

      Usuń
  45. Tęskniła za nim.
    Od tamtego dnia, kiedy wyszła z penthouse z tą irytująco małą walizką i przekonaniem, że robi dobrze. Odbierała zarówno sobie jak i Carterowi szansę na to, aby mieli wspólne życie, na które pewnie nie było gotowi, ale z którym zamierzali sobie dać radę. Kiedy zaczęli być razem to dla Sophii była jedna wielka abstrakcja. Pochodzili z dwóch różnych światów, które nigdy nie powinny były się przeciąć. Trafili na siebie istnym przypadkiem, a gdy już poczuli się ze sobą komfortowo i było jasne, że nie zamierzają z siebie zrezygnować pojawiła się ciąża i Sophia myślała, że już nic ich nie rozdzieli, a potem stała się cała reszta. Teraz nie wiedziała, jak ma sobie z tymi zmianami poradzić. Naprawdę sądziła, że spędzą resztę życia razem. Że będą wychowywać tego malucha razem. Byli zaręczeni… Może zbyt szybko i zbyt wiele zmian zaszło na raz, ale teraz to było już bez znaczenia. Zaręczeni nie byli i żadnej przyszłości też już razem nie mieli. Przynajmniej tak to wyglądało w tym monecie, bo Sophia naprawdę nie miała pojęcia, jak ani czy uda im się przejść przez to wszystko. Nie ułatwiała mu powrotu. Ciągle czekała na to, aż coś się wydarzy co udowodni jej, że Carter się zmienia. Widziała niektóre zmiany. Nie wszystkie, ale wystarczająco wiele, żeby wiedzieć, że on się naprawdę stara. Sophia również musiała się zmienić, ale jeszcze nie rozumiała jak ma się za to zabrać. Nie była idealna i miała w sobie wiele rzeczy, które musiała zmienić. Dla całej ich trójki; dla siebie, Cartera i dla ich dziecka.
    Miłość nie była prosta, a Carter dla Sophii był drugim poważnym związkiem, a właściwie drugim mężczyzną, którego Sophia brała aż tak na poważnie. To był dla niej pierwszy tak poważny związek, a ona wcale się w tym nie odnajdywała tak łatwo, jak sądziła. Miała inne wyobrażenie o miłości i związkach. Obserwowała rodziców i myślała, że ona również będzie miała tak łatwy i przyjemny związek, a wychodziło na to, że bardzo cierpiała. Część miała na własne życzenie, a reszta… Nie wiedziała, jak ma to nazwać. I absolutnie nie chodziło o to, że Carter musi zasłużyć na jej miłość. Nie można było mówić, że ktoś zasługuje lub nie zasługuje na miłość. Ją się otrzymywało bezwarunkowo. Sophia nie umiała poradzić sobie z tym z czym Carter się mierzył. Domyślała się, jak te rzeczy mogą się skończyć i naprawdę tego nie chciała. To było jedyne co nie pozwalało jej na to, aby wrócić z nim teraz do domu. Mimo, że naprawdę tego chciała. Zostawić to wszystko za sobą i wrócić z nim do domu, gdzie mogliby zacząć wszystko od nowa. Miała dosyć tego, że była wszędzie, ale nie z Carterem. Brakowało jej tych wieczorów, które razem spędzali. Brakowało jej wszystkiego co mieli wcześniej.
    Chciałaby, żeby to wszystko było proste. Oni znów razem, bez zastanawiania się nad tym jak ich przyszłość będzie wyglądała. Sprzeczki o kolor ścian w pokoju dla dziecka, bezsensowne kupowanie tysiąca ubranek, z czego połowy nie założy, bo urośnie szybciej niż oni zdążą sobie przypomnieć, że mają jakieś dodatkowe ubranka dla dziecka. Widziała ich zmęczonych i ledwo żywych, Ale szczęśliwych. Z tym małym człowiekiem, który będzie się do nich uśmiechał i cieszył, że po prostu są.
    Upierała się, że Carter musi najpierw poukładać swoje sprawy. Miała wymyślone, że najpierw Carter zadecyduje, że kończy z tym, porozmawia z tymi agentami FBI i poda im wszystko, czego chcieli, a potem zostawi ten syf za sobą. I wróci do niej. Opowie o wszystkim, bez ukrywania brudnej prawdy, a potem będzie między nimi tak, jak dawniej. Tylko, że to były wyobrażenia, a prawda wyglądać będzie zupełnie inaczej. Pewnie boleśniej.
    — Nie możesz przewidzieć przyszłości, Carter. — Ona również nie mogła. Tylko, że Sophia ani Carter nie byli w pozycji, aby zakładać najlepsze. Musieli być przygotowani na najgorsze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Osunęła się na krześle. Nie wiedząc już co ma robić dalej ani jak się zachować. Nie chciała być niemiłą czy wykorzystywać to przeciwko niemu. Sophia chciała, aby spróbował zrozumieć jej punkt widzenia. Nie umiała tak po prostu udawać, że nie dzieje się nic złego czy że tamte rzeczy się nie wydarzyły, że on nie miał powiązań z ludźmi, którzy mogli skrzywdzić nie tylko jego, ale ją czy ich dziecko. Może się nakręcała i to wszystko nie było takie złe, ale jeśli nie… to dlaczego czuła, że jest?
      Obracała pierścionek na palcu, kiedy oboje na moment spoglądali w inne strony. Tego wszystkiego zdawało się, że jest po prostu za dużo. Nie wiedziała, jeszcze, jak ma sobie z tym poradzić. Osunęła wzrok na swój kubek z herbatą.
      — A co się zmieniło, Carter? — Zapytała. Wiedział, że to była jedyna rzecz, której od niego chciała. Aby zmieniło się to, co ich od siebie odsunęło. — Czy Ty wciąż…? Jeśli tak, to masz odpowiedź dlaczego nie mogę wrócić. Nie chcę się zastanawiać, co się dzieje, kiedy wychodzisz w nocy. I sam dobrze wiesz, że nie tak się powinno wychowywać dzieci. — Szepnęła. Nie próbowała porównywać go do ludzi, którzy go wychowali. Tylko nakreślić, że handlowanie prochami czy cokolwiek Carter robił i branie, w mniejszych nawet ilościach, nie jest odpowiednim przykładem dla dzieci. — Nie powinniśmy rozmawiać o tym tutaj.
      Jeszcze przypadkiem ktoś coś usłyszy, a tego Sophia naprawdę nie chciała. Westchnęła cicho, kiedy Carter powiedział, że nie chce, aby mieszkała z ciotką. Zacisnęła lekko usta. Ona również tego nie chciała. Mieszkać po kątach u kogoś. Nigdy u siebie.
      Odetchnęła głębiej i pokiwała lekko głową. Wiedziała, że z nim nie wygra. I tym razem nie chodziło o nią. Mogła się z nim kłócić, ale on i tak ostatecznie postawi na swoim.
      — Nienawidzę, kiedy masz racje. — Westchnęła z krótkim, niemal wymuszonym śmiechem.
      Odchyliła się na krześle i skrzyżowała ręce pod piersiami. Głowę odwróciła na bok i przez moment udawała, że bardziej interesuje ją to, co dzieje się kilka metrów dalej.
      — Nie chcę innego mieszkania, Carter. — Powiedziała i zwrócił głowę z powrotem w jego stronę. — Chcę nasze, Carter. Bo to jest bez sensu, ale zaczynam myśleć o wszystkim co się wydarzyło, o tobie, nas i tobie z… — Urwała nie chcąc teraz wchodzić na ten temat. Bo to nic nie zmieni. Tym razem to nic nie zmieni, jeśli znów ją wciągnie w rozmowę z nim.
      Podsumowała ich relacje w jednym zdaniu, co wcale nie było prawda. Sophia nie uważała, że to tak zaczęło teraz wyglądać. Zawsze byli czymś więcej. Byli dla siebie wszystkim, a ona teraz… To było wszystko tak bardzo bez sensu. Byli czymś znacznie więcej niż tylko końcem, który niby dla nich przewidziała Gwen.
      — Carter…
      Rozchyliła lekko usta i pokręciła głową. Nie, nie widziała tego w ten sposób. Ale tak właśnie mogło to zabrzmieć.
      — Nie patrzę na to w ten sposób, Carter. Ale widzisz, jak jest. W tej chwili nie mam nic swojego. — Zamierzała wytłumaczyć mu to na spokojnie i bez nerwów. — Mogłabym wrócić do domu do taty, ale musiałabym słuchać Gwen, która świętuje, że mamy problemy i „wygrała”. A do niej nie dotrze, że to… że to wcale nie jest na zawsze.
      Dla brunetki to nie była ostateczność. Tylko chwilowa przerwa, która się w końcu skończy.
      Opadła łokcie o stolik, a twarz na moment schowała w dłoniach. Potrzebowała sekundy, aby pozbierać myśli, a potem zapytał czy żałowała. Podniosła głowę, a usta miała lekko rozchylone.
      — Nie, nie żałuję. — Niemal wycedziła i zrobiła to szybko, jakby nie chciała pozwolić, aby Carter wkładał słowa w jej usta. — Nie wiem, co działoby się, gdyby nie ciąża, ale nie żałuję, Carter. Gdyby nie ciąża, to może wcale byśmy tutaj nie siedzieli, tylko byli w domu tak, jak być powinno. — Syknęła.
      — Mam prawo nie wiedzieć, co zrobić dalej, Carter. Ale nie będziesz mi wmawiał, że czegokolwiek żałuję. I zrobiłabym wszystko od początku dokładnie tak samo, żeby je mieć.
      Absolutnie nie była gotowa na dziecko w tym wieku, ale nie zamierzala pozwolić, aby przez sekundę chociaż pomyślał, że czegokolwiek żałuję.

      soph

      Usuń
  46. Nie rozumiała już ja ma z nim rozmawiać. Zdawało się, że cokolwiek Sophia mówiła to nie do oddali to do Cartera w pełni. Wybierał sobie to, co chciał usłyszeć, a resztę udawał, że nie słyszy lub że ona tego wcale tego nie powiedziała. Wiedziała, że bardzo miesza jemu i sobie w głowie tym co mówi. To wcale nie było takie proste i rozumiała, że Carter to rozumiał, a jednocześnie chciał sensownej odpowiedzi, która pomoże im ruszyć jakoś do przodu dalej. Bo póki co, ale stali w miejscu i nie wyglądało na to, że uda im się szybko z niego ruszyć. Sophia próbowała znaleźć jakieś rozwiązanie, ale jak na razie nie było żadnego sensownego rozwiązania. Wszystko zdawało się być bez sensu. I było bez sensu, bo mogłoby to skończyć tu i teraz, wrócić razem do penthouse i przestać się kręcić wokół siebie, kiedy oboje czuli przecież to samo.
    Sophia nie podejmowała ryzyka. Ona miała wszystko przemyślane i stawiała kroki ostrożnie. Nie próbowała w żaden sposób bawić się życiem, a na pewno nie robiła tego podejmując ryzykowne decyzje. Sophia była bardzo… Przyziemna. Kalkulowała ryzyko, nie wchodziła w relacje, które nie były dla niej i trzymała się na uboczu, dopóki nie pojawił się Carter. Dla niego zaczęła ryzykować. Z nim zaczęła robić rzeczy, o których wcześniej nigdy nawet by nie pomyślała. Z Carterem u boku Sophia się zmieniła. Nie wiedziała, czy na lepsze czy na gorsze, ale się zmieniła.
    Brunetka wzięła głęboki wdech, kiedy Carter się odezwał. Potrzebowała sekundy, aby pozbierać myśli i nie powiedzieć mu czegoś, czego oboje będą zaraz żałowali.
    — Przestaniesz mi wkładać słowa w usta? — Była zdesperowana, aby spróbował ją zrozumieć. To, dlaczego to wszystko było dla niej tak ważne. — Wyłączyłeś się, kiedy ci dwie minuty temu powiedziałam, jakim ojcem będziesz? — Uniosła lekko brew, bo naprawdę była ciekawa czy on tylko udawał, że ją słyszy, a w głowie mówił sobie zupełnie coś innego. To było niesamowite.
    W tej knajpie zdecydowanie nie powinni byli rozmawiać o tych rzeczach. Był Sylwester, a choć wciąż było wcześnie, bo dopiero paręnaście minut po piątej to wystarczająco dużo ludzi, aby chcieli przestać mówić głośniej o prywatnych sprawach. Zwłaszcza o takich sprawach.
    — Siebie też się boję w tej roli. — Powiedziała cicho. Zmęczonym głosem, który nie miał w sobie dość sił, aby walczyć dalej. Sophia westchnęła na moment i odchyliła głowę do tyłu. Wzięła głębszy wdech, a potem spojrzała znów na Cartera. — Nie powiedziałam ani nigdy nie pomyślałam, że mi przeszkadzasz. Dobrze wiesz co mi tak naprawdę przeszkadza i to nie jesteś ty.
    Spojrzała mu prosto w oczy. Chcąc, aby dojrzał w końcu, że ona naprawdę nie chce trzymać go na dystans i udawać, że to życie jej pasuje, które teraz prowadzili.
    — Chcę znać prawdę.
    Prosiła o nią od tygodni, jak nie miesięcy. Carter zawsze znajdował coś innego do powiedzenia jej. Unikał mówienia wszystkiego, czasem milczał lub zmieniał temat. Tłumaczył, ale to była bezpieczna wersja, która nie miała jej przestraszyć tylko uspokoić.
    Sophia nachyliła się lekko nad stolikiem. Jej spojrzenie nie uciekało od Cartera. Wręcz przeciwnie. Było teraz na nim skupione. Uważne i pewne, wiercące niemal dziurę w brzuchu.
    — Chcę naprawdę wiedzieć z kim mam dziecko. Jakiemu mężczyźnie powiedziałam „tak”. Dla kogo zmieniłam całe swoje życie. — Był świadom, że Sophia zmieniła w sobie niemal wszystko. I również wiedział o niej wszystko. — Nawet jeżeli to ma sprawić, że wyjdę trzaskając drzwiami. Chcę wszystko to, czego mi nie chciałeś powiedzieć, bo póki co… Znam tylko to, co chciałeś, żebym wiedziała i oboje wiemy, że tak właśnie jest.
    — Oczywiście, nie tutaj i nie teraz. — Dodała szybko, aby nie było wątpliwości, bo nie zamierzała wyciągać przy makaronie z pesto z niego takich informacji. Sophia westchnęła krótko. — Ale chcę to usłyszeć, Carter. Zgodziłam się zostać twoją żoną, a w rzeczywistości… Nie mam pojęcia kim jesteś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mówiła tego z wyrzutem, aby sprawić mu przykrość. Ton miała stanowczy, ale bez nacisku. Sophia próbowała go poznać, ale miała strzępki jego dzieciństwa, jego przeszłości i teraźniejszości. Była tą, która wiedziała dość, Ale nigdy wystarczająco. Nie na tyle, aby ściągnąć go z tych ciemnych miejsc, w które czasem wchodził, a ona wtedy nie miała pojęcia co ma robić, aby mu pomóc.
      Ściągnęła ze sobą łopatki, kiedy Carter mówił. Nie odezwała się od razu. Dała sobie chwilę na to, aby przetworzyć to, co właśnie powiedział jej Carter. Opuściła na moment wzrok na ich talerze, z których ledwo ruszyli jedzenie. Zapomniała o tym, że jest głodna i że to właśnie było ich celem, a nie rozmowy, na które nie byli gotowi.
      — Dlaczego tak bardzo próbujesz przekonać siebie i mnie, że żałuję? — Opuściła ramiona z westchnięciem. — Nie, Carter. Nie żałuję tego i nie ważne, ile razy mi to powiesz nie przyznam ci racji. Nie zamierzam kłamać ani się uciąć, abyś usłyszał to, co sam myślisz. Bo to nie jest prawda, Carter.
      Jej wzrok wciąż był tak samo uważnie skupiony na mężczyźnie, jak przed chwilą. Robiła sobie sama mętlik w głowie tym wszystkim, a Carter mimo wszystko, ale nie zasługiwał na to, aby trwać w takim zawieszeniu. Nie mogła też oczekiwać, że będzie czekał na nią przez resztę życia.
      — Powiem ci za to coś innego. — Sophia nawet na moment nie spojrzała w innym kierunku. Ciągle patrzyła na Cartera. Tym upartym wzrokiem, który nie odpuszczał. — Nie wiem, teraz, co będzie dalej. I prawda jest taka, że nie umiem podjąć decyzji, a każda o której myślę… Wydaje mi się być zła. Nie wiem co robię, Carter ani co mam robić. Nie mam odpowiedzi na Twoje pytania. Zgubiłam się i… I może nie jestem gotowa na takie zmiany. Nie mam pojęcia, Carter.
      Nie było żadnego wzruszania ramionami. Nie było pogardy w głosie ani wymówek, którymi mogłaby karmić siebie czy Cartera.
      — Ale wiem, że kiedy cię poznałam, to poznałam osobę, przy której poczułam się komfortowo. Kogoś komu mogłam powiedzieć wszystko i czułam się zrozumiana.
      Nie wiedziała, czy Carter sobie tego życzy, ale sięgnęła po jego dłoń. Pewnie, ale bez nacisku. Mógł ją w każdej chwili zabrać.
      — Wiem, że kiedy panikowałam, bo popełniłam błąd… Ty wysłuchałeś i mnie uspokoiłeś. Ledwo się znaliśmy, a ty… Ty mnie nie zostawiłeś samej, kiedy wszystko mi się zwaliło na głowę. Wiem, że jeśli odejdę na zawsze… Stracę wszystko co jest dla mnie ważne.
      Nawet nie była pewna, czy to wszystko co mówiła ma sens. Liczyła, że ma i że nie zrozumie jej znowu na opak. Nie miała pojęcia, czy Carter robił to specjalnie czy naprawdę czasem nie słyszał co mówiła. To bez znaczenia w zasadzie w tej chwili.
      — Staram się postąpić słusznie, Carter. — Dodała ciszej. — Nie chciałam z tobą zrywać. Nie chciałam dla nas tego wszystkiego.
      Sophia westchnęła cicho i spuściła wzrok na stolik.
      — Jesteśmy rodziną, Carter. I… pewnie na opak, ale myślałam, że nas tym ratuje. Że… Że to nam w czymś pomoże. Że jeśli chwile będziemy osobno… Ale to najwyraźniej nie działa.
      Teraz nie wiedziała, czy powinni z tym skończyć i wrócić razem do domu czy jednak właśnie ostatecznie się ze sobą żegnają.

      soph

      Usuń
  47. Mieli tutaj przyjść i porozmawiać, ale bez wciskania sobie w usta słów, których nigdy nie powiedzieli lub nie pomyśleli. Sophia naiwnie liczyła, że faktycznie będą mogli spróbować spędzić czas bez wchodzenia na trudne tematy, ale najwyraźniej inaczej już nie potrafili. O czym innym niby mieli rozmawiać? O pogodzie? Nie można było poradzić innych rozmów, kiedy w grę wchodziło ich dziecko, a Sophia kątem sypiała po cudzych mieszkaniach i nie wiedziała co będzie dalej.
    — Owszem, ma. — Przyznała. Nie zamierzała udawać, że tych „jeśli” nie było. Miała ich całą masę, a one nie tyczyły się tylko tego co Carter musiał naprawić w sobie. Tyczyły się wszystkiego wokół wliczając w to również ją. — Carter, nie mówiłabym ci tego, gdybym w to nie wierzyła. Jakbym chociaż przez sekund pomyślała, że naraziłbyś specjalnie mnie czy nasze dziecko to bym tutaj nie siedziała.
    Sophia nie zamierzała się z tego wycofać. Chciała znać prawdę, a jeszcze bardziej chciała wiedzieć kogo ukrywa przed nią Carter. Domyślała się, że tego po prostu jest dużo i że prawda może być zbyt zagmatwana, aby była w stanie ją unieść. Przestały ją zadowalać drobne szczegóły, które jej dawał przez ten ostatni czas. Może tylko się jej wydawało, że chce znać prawdę, Ale inaczej już nie potrafiła. Nie umiała zniknąć i udawać, że nie interesuje jej to, co działo się z Carterem ani dlaczego znalazł się w takiej sytuacji.
    Brunetka przez moment po prostu milczała. Wpatrywała się w Cartera z tym samym uporem co wcześniej. Nie zamierzała odpuścić, a przynajmniej jeszcze nie teraz. Musiała najpierw sprawdzić, ile Carter był gotów przed nią otworzyć. Naciskać nie zamierzała, ale kolejny raz prosić również nie chciała.
    — Nie znam całej prawdy, Carter. — Przerwała mu. Nie mógł jej mówić, że ją zna, kiedy sam doskonale wiedział, że coś przed nią ukrywa. — Będziesz musiał mi zaufać, że zostanę do samego końca. Nie masz innej opcji, a ja nie będę ci obiecywać czegoś, czego mogę nie dotrzymać.
    To nie było wcale proste, a Sophia mogła rzucić obietnicą, która nigdzie ich nie zaprowadzi. Wolała z nim być w pełni szczera i nie mówić, że wysłucha bez grymasów, kiedy było wysoce prawdopodobne, że te grymasy będą.
    — Dobrze wiesz, co się za tym „wszystko” kryje.
    Chciała wiedzieć to, czego Carter mówić nie chciał. Zrozumieć co tak naprawdę działo się w jego życiu i przestać być spychaną na bok, czy przestać słyszeć, że nigdy nie zrozumie Cartera w taki sposób jak rozumiała go Jade czy Sloane. Carter miał inne życie przed nią i to rozumiała, Ale prowadził je równocześnie, kiedy był z nią i tego nie potrafiła zrozumieć. Próbowała, ale nie była w stanie, a dłużej nie potrafiła też ignorować już tego, że w pewnych sytuacjach jest spychana na bok.
    — Carter, ja rozumiem, że nie prowadzisz jakiegoś podwójnego życia jak zły Superman. — Westchnęła i pokręciła lekko głową. Nie traktowała go jak antybohatera w swojej historii. — Wiem, co zrobiłam. I teraz postąpiłabym inaczej, ale to niczego nie zmienia, prawda? — Uśmiechnęła się smutno, bo choćby próbowała z całych sił zmienić to, jak się zachowała to nie da rady. — Rozumiem, że to jest całe Twoje życie, Carter. I to je chcę poznać. Nie dzisiaj i nie przy tym zimnym makaronie, ale chcę. Każdy brudny szczegół, który myślisz, że mnie odstraszy. Pamiętam co ci mówiłam, Ale sprawy się pozmieniały, Carter. Nie jestem tylko twoją dziewczyną… Cóż, byłam. Ale mamy dziecko, Carter. I zasługuję, aby wiedzieć o rzeczach, których nie mówiłeś mi dawniej. Sama o to prosiłam, ale to co się stało w klubie i co się dzieje teraz… Carter, wszystko się pozmieniało.
    Sophia spojrzała na bok, jakby nie chciała w pełni patrzeć na Cartera, bo bała się co może zobaczyć w jego oczach. Może prosiła o zbyt wiele. Nie miała pojęcia tak naprawdę, ale może to w końcu był ten czas, aby porozmawiali o wszystkim co od siebie odpychali nawzajem.
    — Nie wiem, czy jest lepiej, Carter. — Wzruszyła ramionami. — Nie czuje, aby było lepiej, bo odeszłam.
    Mogła wtedy nie odchodzić, ale wysłuchać. Tylko jaką miała pewność, że Carter wtedy powie jej jakąkolwiek prawdę? Teraz również jej nie miała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyprostowała się na krzesełku, kiedy Carter zaczął mówić. Rozumiała co miał na myśli, a jednocześnie zastanawiała się, jak z bycia razem doszli tutaj - do szukania rozwiązania na to, aby jakoś nawigować w życiu, które musieli prowadzić osobno. Prawdopodobnie nigdzie dziś nie dojdą z tymi rozmowami, bo gdzie one prowadziły? Na pewno nie do rozwiązania, które pozwoli im do siebie wrócić, mimo że to właśnie na to Sophia liczyła, Ale może jednak potrzebowali więcej czasu osobno, a może to co między nimi było i co sądzili, że jest naprawdę musi zostać w przeszłości, a jedyne co teraz będzie ich łączyło to dziecko, którym będą się co weekend wymieniać. Sama myśl o tym była zwyczajnie dobijająca. Jak mogliby już więcej nie być razem?
      Słuchała go w milczeniu i przez chwile nie mówiła po prostu nic. Była tylko cisza z jej strony, jakby nie do końca jeszcze docierały do niej słowa Cartera. Sophia powoli pokiwała głową, kiedy skończył mówić. Mimo, że wcale nie była przekonana, aby wracać do miasta i znów być od niego uzależnioną. Sophia rozumiała, że chce pomóc, ale ona tak naprawdę skakała od jednej osoby do drugiej. Jak nie była na utrzymaniu ojca to Cartera, a jak nie u Cartera to u swojej ciotki i znów u Cartera. To była taka niekończąca się historia.
      — W porządku. — Spojrzała ponownie na zimne talerze. Inaczej wyobrażała sobie ten obiad. Wiedziała, że to będzie błąd w chwili, w której się na to zgodziła. To nigdy nie byłaby spokojna rozmowa czy tylko cichy obiad, bo się za sobą stęsknili. Prędko ten stolik stał się dla nich polem bitwy, z którego nikt nie wychodził żywcem. — Nie potrzebuje wiele, Carter. Niech będzie blisko i to mi wystarczy.
      Nie potrzebowała wielkiego apartamentu z dziesięcioma pokojami ani penthouse’u, w którym siedziałaby sama godzinami. Wystarczyło jej małe miejsce, Ale znała Cartera i wiedziała, że to nie będzie mała kawalerka. On miał w końcu za to płacić, a żadnych wymagań mu stawiać nie będzie.
      Carter miał przekonujące argumenty, z którymi nie mogła walczyć. Odmawiała pomocy, kiedy jedyne co tak naprawdę chciał zrobić to zająć się nie nią, ale przede wszystkim ich dzieckiem, a ona mu tego odmawiała przez cały ten czas.
      — Staram się nie marudzić, Carter. Po prostu…. Jest mi ciężko. Z tym co jest między nami i z ciążą i ze wszystkim co się działo w ostatnim czasie i w domu… — Westchnęła ciężko i wzruszyła ramionami. — Wiem, że nie jestem sama i że mam ciebie. Ja to wszystko naprawdę Carter wiem. — próbowała to jakoś wytłumaczyć, ale nie była w stanie tego zrobić tak, jak należało, bo sama tego nie rozumiała do końca.
      — Ale może… Faktycznie porozmawiajmy o tym później? Dziś później, ale w domu.
      W domu - prawie brzmiało, jakby wracali do tego samego miejsca, choć przecież Sophia tamtego miejsca nie mogła nazywać już domem, prawda?
      — Wiem, nie będę tego przeciągała. I nie chcę tego przeciągać, Carter. — Obiecała. Zrobią to dziś. Nawet, jeśli będzie to niekomfortowe, a oni nie będą mieli ochoty na to, aby ze sobą dłużej rozmawiać.

      soph

      Usuń
    2. To, że Carter nie przerywał jej, kiedy mówiła i nie robił niczego co dawniej pozwoliłoby jej wierzyć, że Carter nie tylko jej nie słucha, ale i lekceważy, znaczyło naprawdę wiele dla brunetki. Sophia miała nadzieję, że uda im się dzisiaj coś wspólnie wymyślić. Nie próbowała dobierać grzecznie słów, ale liczyła, że Carter nie odbierze tego jako atak. Od dawna próbowała wytłumaczyć mu swój punkt widzenia. Sophia rozumiała, że Carter miał własne powody, aby nie mówić jej wszystkiego, ale nie zamierzała też dalej tolerować tego, że była trzymana z daleka od prawdy. Nawet jeśli to było dla jej własnego dobra, to nie mogła po prostu dłużej trwać w tych półprawdach, którymi karmił ją Carter. Musiała usłyszeć wszystko i najlepiej jak najszybciej, bo czas tak naprawdę, ale uciekał im przez palce i zanim się obejrzą to te dziecko się urodzi, a Sophia miała minimalną nadzieję, że uda im się dojść do sensownego porozumienia zanim dojdzie do rozwiązania. Może to było pobożne życzenie, a może uda się im to zrobić i niedługo wrócą do siebie i będzie tak, jak miało być od samego początku.
      — Wiem, że tak nie było, Ale czasami… Czasami miałam wrażenie, że mi nie ufasz. — Powiedziała cicho. Wplotła dłonie razem i wbiła w nie na moment wzrok. — Ciężko było tak nie myśleć, kiedy wyglądało na to, że wszyscy wokół wiedzą. Nawet nie wyglądało, tak było. Wiedzieli wszyscy, a mi nie mówiłeś nic.
      W słowach brunetki nie było żadnego oskarżenia, a raczej przykra świadomość, że nie była w gronie jego zaufanych osób. Miał bez wątpienia powody, aby jej pewnych rzeczy nie mówić, ale jak miała się poczuć, kiedy wiedział każdy, ale nie ona?
      Może brakowało im właśnie tej szczerości? Tego powiedzenia sobie co naprawdę myślą bez zastanawiająca do czy skrzywdzą się nawzajem. Nie chodziło przecież o to, aby się skrzywdzili, ale żeby zrozumieli się nawzajem lepiej. Między nimi było naprawdę wiele niedopowiedzeń, a jakby nie patrzeć, ale nie mogli sobie dłużej pozwolić na to, aby między nimi coś stało. Prawda była potrzebna, jeśli chcieli spróbować zbudować od nowa związek i być rodziną.
      Słuchała go w ciszy. Nie przerywała i nie próbowała wtrącać swoich pięciu groszy, które teraz nie zmieniłyby niczego. Miała neutralny wyraz twarzy. Nie było w niej zaskoczenia tym wyznaniem ani też rozczarowania, bo przecież w głębi tak naprawdę wiedziała, że Carter nie był święty. Takie problemy nie zaczęły się od tego pobicia w barze, a znacznie wcześniej. Tyle Sophia wiedziała sama.
      — Nie znaliśmy się, Carter. Wyobrażasz sobie, że mówisz obcej osobie o swoich sekretach? W dodatku osobie, która pół dnia rozstawia cię po kątach? — Kąciki jej ust same drgnęły. Nadal ją bawiło to, że mężczyzna pokroju Cartera musiał się jej słuchać. To było zabawne, a Sophia za każdym razem, kiedy o tym myślała to się uśmiechała. — Carter, ja altruistką również nie byłam, kiedy przyszłam do siebie z tamtą propozycją. Oboje czegoś chcieliśmy i to chyba nic złego, że zachowaliśmy się wobec siebie egoistycznie.
      Zastanawiała się czy w jego głosie teraz była nuta żalu, że jednak zaszli tak daleko. Że oboje pozwolili sobie na wejście na taki grunt, na który żadne z nich nie było gotowe. Cofnąłby to wszystko, gdyby się dało? Nie pozwolił jej na zbliżenie się? Sophia pamiętała jak to było i to ona naciskała tak naprawdę na to, aby się zaprzyjaźnili. Przychodziła z kanapkami i kawą, wyciągała go wcześniej na przerwy i na lunche.
      — Wiesz, że nie pozwoliłabym ci się zbyć, prawda? — Uśmiechnęła się lekko, jakby chciała go zapewnić, że bez względu na to co teraz Carter powie to umysł Sophii był już dawno nastawiony na to, że skończą razem. — Jakbyś jeszcze nie zauważył, ale… Lubię pchać się tam, gdzie mnie nie powinno być. I wiedziałam, że… może nie wiedziałam, ale przeczuwałam, że tamten wyrok to nie jest twój największy problem. A i tak… i tak chciałam zostać. Sam fakt, że się znalazłeś w schronisku… to mnie powinno odstraszyć. I może masz rację. Może, gdybyś na początku mi powiedział o wszystkim to bym zniknęła, a może nie…

      Usuń
    3. — Wzruszyła lekko ramionami. Teraz było za późno, aby uciekać. Sophia mogła od Cartera odejść i zerwać zaręczyny, ale nie mogła od niego uciec. I prawda była taka, że nie chciała uciekać od Cartera. Już nie chciała tego robić.
      — Możemy Carter gdybać przez cały czas, ale dobrze wiesz, że nie dojdziemy do niczego sensownego. — Powiedziała spokojnie. Przymknęła na moment oczy i westchnęła cicho, jednak bez irytacji czy niezadowolenia z sytuacji, a jak ktoś kto próbuje się odrobinę uspokoić i odsunąć od siebie swoje własne myśli. — Ale jesteśmy już tutaj, Carter. I będziemy mieli dziecko. Nie będę udawała, że rozumiem w jakiej sytuacji jesteś ani że opowiedzenie mi o tym będzie łatwe. Zasługuje, aby poznać prawdę, Carter. Zasługuję, żeby poznać przede wszystkim Ciebie. Nie chodzi mi o to, żebyś zwierzył mi się nad kubkiem kawy. Próbuje cię lepiej zrozumieć i rozumiem, a przynajmniej mi się wydaje, że rozumiem, że próbowałeś mnie w ten sposób chronić, ale Carter… Nie jesteśmy już w sytuacji, w której chowanie się za półprawdami może przejść. Muszę wiedzieć, Carter. Nie dla siebie, ale dla tego dziecka.
      Nie upierała się, aby poznać prawdę, bo chciała o nim wiedzieć wszystko. Upierała się, bo skoro ściągało go FBI to zasługiwała na to, aby wiedzieć dlaczego jej narzeczony jest zatrzymywany przez agentów federalnych. Sophia nie chciała, aby ich aucie było zbudowane na wspólnym strachu. Ona również, mimo wszystko, ale widziała z nim przyszłość. Może za wcześnie się jej oświadczył, a dziecko zdecydowanie pojawiło się zbyt wcześnie w tym związku, ale Sophia naprawdę tego wszystkiego z nim chciała. Nosić jego nazwisko, przejść przez życie z Carterem. Wychować to dziecko razem z nim. Chciała z nim życia, które sobie wyobrażała każdego dnia odkąd zaczęli być razem. Sophia liczyła, może naiwnie, że wszystko się poukłada między nimi i w końcu wrócą do siebie i będzie tak, jak być powinno.
      — Nigdy nie uważałam, że jesteś człowiekiem bez sumienia, Carter. — Powiedziała łagodnie. Miał je i to było bardzo wyraźnie widać. — Daleko ci do socjopaty, abyś nie miał sumienia.
      Nie spodziewała się, że dziś będą prowadzili taką rozmowę. Kiedy zapadła między nimi cisza Sophia nie przerwała jej od razu. Pozwoliła sobie milczeć jeszcze trochę.
      — Mówiłeś, że nie chciałeś tego przynosić do domu, ale i tak to robiłeś, Carter. — Powiedziała. To również bez wyrzutu i oskarżeń. — Tylko trzymałeś wszystko w sobie. Widziałam, że coś cię męczy, ale nie wiedziałam, jak ci z tym pomóc. I… i wiedziałam też, że są osoby, które wiedzą, jak ci pomóc.
      Nie musiała mówić imion na głos. To było po prostu wiadomo. Jade. Sloane. Kai. Jules. Lista była ogromna, Ale żadne z tych imion nie brzmiało „Sophia”. I jeszcze niedawno miałaby mu to to za złe, ale teraz patrzyła trochę inaczej za to wszystko. Spokojniej przede wszystkim i bez rzucania oskarżeniami.
      — Już bierzesz odpowiedzialność, Carter. — Zapewniła. Nie musiał jej szukać mieszkania i robić nic poza tym, co już robił. Ale nie zamierzała mu tego odbierać. Bo to przecież było jego dziecko i miał prawo do tego, żeby również o nim decydować.
      Dłonie delikatnie jej drżały, kiedy stali przed drzwiami do mieszkania. To miejsce wciąż było tak samo znajome, jak wcześniej. Pachniało tym samym drewnem na korytarzu i kwiatami. Zamek cicho kliknął, a drzwi się otworzyły. Przez moment panowała cisza, a potem… Potem ten znajomy pisk i pazurki uderzające o panele. Sophia zaśmiała się, kiedy Gigi na nią wskoczyła. Zatoczyła się lekko do tyłu od jej ciężaru, który ją zaskoczył. Musiała klęknąć, aby ja porządnie pogłaskać. Boże, jak ona za nią tęskniła. Za tymi piskami i wariactwem, którego nie dało się ujarzmić.
      — Spokojnie, spokojnie. — Powiedziała rozbawiona i wzruszona jednocześnie. Gigi wariowała. Dosłownie. Kręciła się dookoła, skakała i piszczała, jakby tym chciała im powiedzieć, że to właśnie tutaj powinni oboje być.

      Usuń
    4. Sophia odsunęła się na bok, aby Gigi mogła przywitać się z Carterem. W tym czasie brunetka rozejrzała się po penthousie. Wszystko było dokładnie takie, jak zapamiętała. Wciąż pachniało… Nimi. Psem. Pewnie tylko się jej wydawało, że czuje w powietrzu zapach kawy i jej owsianki. Zdjęła płaszcz i odsunęła się na bok, aby podrzynać ściany i zdjąć buty. Rozsunęła kozaki, a potem ustawiła je w tym samym miejscu co zawsze. Ściągnęła trochę rękawy sweterka i przeszła do przodu. Niepewna, czy jeszcze może to miejsce w ogóle nazywać swoim. Choinka wciąż stała ubrana. Ozdoby świąteczne, które zawieszali razem wciąż były w tym samym miejscu. Nietknięte.
      Odwróciła się w stronę Cartera i wyglądało jakby zamierzała coś powiedzieć, ale tylko rozchyliła usta i zamknęła je po chwili. Nie wiedziała co zrobić dalej. Co powiedzieć. Jak się zachować. Więc po prostu wciąż stała kawałek dalej z rękami schowanymi pod materiałem sweterka i tą budującą się niepewnością co dalej.

      soph

      Usuń
  48. Sophia na samym początku myślała, że nie musi znać całej prawdy. Ich związek dopiero się zaczynał, a ona przekonywała samą siebie, że Carter nie jest jej nic winny. Przecież na początku również mu nie mówiła zbyt wiele o sobie. Trzymała swoje sekrety dla siebie, a chociaż jej sekretów nie można było porównać do tych, które trzymał w sobie Carter, to w końcu mu zaufała i opowiedziała o wszystkim. O tym, co bolało ją najbardziej, o tym, który skrzywdził ją najbardziej, o swoich najwstydliwszych momentach i kiedy zeszli się na poważnie – bez tego układu między nimi – Sophia myślała, że Carter jej również zaufa. Przez moment to tak właśnie wyglądało. Opowiedział jej część swojego życia, a ona to zaakceptowała. Pozwoliła sobie uwierzyć, że to była tylko jedna paczka, że to nie ciągnie się za nim od lat. Mimo, że w głębi wiedziała, że to nie jest jedna przysługa. Tylko wolała żyć w słodkiej naiwności i niewinności, które w sobie nosiła, bo przecież takie rzeczy działy się tylko na filmach, prawda?
    Tak naprawdę to wszystko miała przed oczami. Cartera to jakim był, ale nie chciała tego widzieć. Udawała, że nie widzi, jak wracał do domu, a w jego oczach widać było resztki narkotyku, który zażył. Udawała, że nie widzi tego, jak po koncertach czy tuż przed nimi coś zażywa. Ignorowała wszystkie znaki ostrzegawcze, które podsuwano jej pod nos, bo go kochała. Być może pokochała złą osobę i być może, ale miała ze złą osobą dziecko, ale już za późno było na to, aby się wycofać, czyż nie? I najgorsze było również to, że Sophia wcale nie chciała się z tego wycofywać. Była gotowa zawalczyć i gdyby było inaczej nie wróciłaby z nim do mieszkania. Nie zgodziłaby się na to, aby wszedł z nią do gabinetu lekarskiego, aby słuchał, jak bije serduszko ich dziecka. Odcięłaby się od niego, bo miała taką opcję. Ojciec wyraźnie jej zaznaczył, że jeśli Sophia sobie tego zażyczy to pomoże jej ze wszystkim. Nie powiedziała mu o aresztowaniu, bo wtedy nie tylko Oscar upewniłby się, że Carter nie zobaczy więcej Sophii, ale że nie zobaczy nawet ich dziecka i najpewniej, ale nie poznałby nawet jego bądź jej imienia. To zatrzymała dla siebie. Wciąż jednak tutaj była, bo wciąż wierzyła, że uda im się naprawić związek.
    Prawda mogła ich do siebie zbliżyć albo zniszczyć jeszcze bardziej. Nie mieli jednak tego komfortu, aby sprawdzić, czy jeszcze trochę mogą pociągnąć z tymi kłamstwami i ukrywaniem prawdy przed sobą. Nie mieli na to zwyczajnie czasu, a Sophia była również zmęczona tym, jak ostatnie tygodnie wyglądały. Potrzebowała tej prawdy, aby ich jeszcze jakoś poskładać. Utwierdzała się w przekonaniu, że jeśli to zrobią to będzie im łatwiej. Może nie od razu, ale w końcu przestanie to być tak, cholernie ciężkie do utrzymania.
    Nie miała potrzeby, aby Cartera atakować słowami czy tonem głosu.
    Sophia nie działała w ten sposób. Dla niej awantury były ostatnim rozwiązaniem, a teraz nie musieli sobie skakać do gardeł. Szczególnie, kiedy jedyne na co naprawdę miała ochotę to schować się pod tym brązowym kocem, który leżał zawsze na kanapie, przytulić do Cartera i patrzeć, jak Gigi szczeka na swoje odbicie w szybie, a potem rozpędza się na panelach i nie potrafi wyhamować.
    Pragnęła normalności, której od jakiegoś czasu żadne z nich nie miało. Jeszcze nie była pewna, jak ten wieczór się potoczy. Wiedziała natomiast, że jej rzeczy wciąż tu były. Na samej komodzie leżały choćby kolczyki, które zdjęła po wspólnym wieczorze – byli na kolacji i w kinie. Zwykłe wyjście, które teraz zdawało się, że miało miejsce setki lat temu. W sypialni i garderobie pewnie wciąż walały się jej ubrania. Wszystko było tutaj tak, jak zostawiła. Sweterek na oparciu kanapy, skarpetki na fotelu, bo zawsze je wkładała, kiedy na nim siedziała i czytała książkę. Książa również była. Na tym małym stoliku, gdzie stała również jagodowa świeczka.
    Mieszkanie nosiło jej ślady, jakby wcale z niego nie wyszła jakiś czas temu, zostawiając za sobą przyszłość, którą mieli tutaj razem zbudować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie sądziła, że kiedykolwiek przyjdzie się jej znaleźć w takiej sytuacji. Stać w penthousie, który niecałe dwa tygodnie temu nazywała swoim domem i zastanawiać się, czy w ogóle może tu jeszcze być. Sophia naciągała rękawy sweterka na dłonie, jakby w ten sposób próbowała się schować przed światem lub Carterem, a może tylko przed samą sobą. Ciężko było stwierdzić. Jej uwagę przykuła Gigi, która kręciła się wokół nich i próbowała im na swój sposób przekazać, że właśnie tutaj oboje powinni być. To było najnormalniejsze co się dzisiaj wydarzyło. Naszprycowany emocjami pies, który nie radził sobie z tym, że nie widział jej od ponad tygodnia. Skąd miała wiedzieć, że Carter się tu nie pojawiał od tygodnia? Że Gigi była tutaj sama i jedyne towarzystwo to była ta miła pani, która przychodziła posprzątać w ciągu dnia?
      Kiedy Carter się odezwał podniosła na niego wzrok. Patrzyła już trochę pewniej na mężczyznę, jakby jego słowa faktycznie coś w niej poruszyły. Dlatego rozluźniła ramiona i przestała paznokciem bawić się przy skórkach, które zaraz by pewnie rozdrapała.
      — Okej. — Przytaknęła krótko. Co miała powiedzieć? Podziękować? Może wypadało. Nie wiedziała, co się robi, gdy wraca się do mieszkania, z którego się uciekło.
      Wypuściła powietrze z płuc, trochę ciężej niż należało, a potem odwróciła się i ruszyła przed siebie. Skoro była u siebie, to mogła robić to, co zawsze, prawda? I tym sposobem znalazła się w kuchni. Automatycznie wyjęła herbatę i dwa kubeczki. Wylała wodę z czajnika i wlała świeżą.
      — Wiem, że mieliśmy oglądać razem, ale… Obejrzałam trzy nowe odcinki Stranger Things w święta. — Przyznała, jakby właśnie wyznawała mu największą zbrodnię. Zmusiła go do obejrzenia wszystkiego od początku i nowego sezonu, kiedy wyszedł w listopadzie. Nie chciał się przyznać, ale się wkręcił. Sophia to wiedziała. — A dzisiaj… Cóż, jest po piątej, więc wyszedł ostatni odcinek…
      Trochę za szybko mówiła, jakby próbowała znaleźć jakikolwiek temat, aby jeszcze nie wracali do prawdy. Ona mogła poczekać. Może do jutra, a może do kilku godzin. Jeszcze nie miała pewności.
      — Więc, moglibyśmy obejrzeć wszystko na raz? — Stanęła bokiem do wyspy kuchennej, ale przodem do Cartera. — I może coś zamówimy na później? Bo prawdopodobnie będę głodna za pół godziny. Okej, potworek będzie głodny za pół godziny, ale jesteśmy w pakiecie.

      soph

      Usuń
  49. Chciała chociaż odrobinę normalności. Zwłaszcza, że te ostatnie dni naprawdę były trudne. Może między nimi nic nie było idealnie, ale widziała, że Carter również się stara, aby udało im się wrócić do tej normalności, którą znali i mieli przedtem. Nie była co prawda pewna, czy uda im się tak po prostu wrócić do dawnego rytmu. Odkąd zobaczyła go przed kliniką nie była pewna, jak ma się zachować, a teraz znalazła się z powrotem w penthousie, choć nie sądziła, że prędko się na nowo tutaj znajdzie. Obecnie próbowała utrzymać rytm, który pozwoli im poczuć, że nie wszystko jest stracone, bo dopóki Sophia tutaj była i dopóki oboje chcieli próbować – warto było przejść przez krótki dyskomfort, aby potem było jeszcze lepiej niż do tej pory.
    — Obejrzałabym wszystko, ale nie wypuścili wszystkiego na raz. — Wzruszyła ramionami. Prawdę mówiąc to niewiele z tych odcinków zapamiętała, bo kompletnie nie skupiała się na fabule. Myślała wtedy o tym, że nie ma obok Cartera i że to z nim przecież miała oglądać. Wiedziała, że jeszcze wtedy pisał do Maddie, ale Sophia poprosiła, aby napisała mu, że potrzebuje czasu, bo nie była absolutnie gotowa na spotkanie z nim w trakcie świąt. Myślała o tym, jak prezent, który dla niego zorganizowała schowany jest w garderobie pomiędzy jej ubraniami. Między sweterkami i sweterkowymi sukienkami, aby Carter niczego nie podejrzał. O tym, że powinni razem spędzać święta, a nie osobno. Nawet nie wiedziała co właściwie wtedy robił i gdzie był.
    Wiedziała, że Carter tak naprawdę nie interesował się jej serialami. Oglądał, bo ona oglądała i go zmuszała. I tak była pod wrażeniem, że któregoś razu wdali się w niemal zażartą dyskusję o Gilmore Girls. Doceniała wszystko co dla niej robił. Zwłaszcza takie proste rzeczy, jak choćby obejrzenie serialu, na który wcale nie miał ochoty. Carter nie był typem do seriali. Carter był za to mężczyzną, który chciał z nią spędzać czas. Nawet, jeśli oznaczało to, że będzie robił rzeczy, na które nie ma ochoty, ale będzie je znosił, bo Sophia chciała je robić. Dobrze pamiętała, jak wiele razy na nim zasypiała, bo koniecznie chciała obejrzeć jeszcze jeden odcinek, a potem zanosił ją do sypialni. Plamy na kocu po herbacie czy lodach. Teraz zdawało się, że to wszystko miało miejsce setki lat temu, a przecież tak na dobrą sprawę to jeszcze trzy tygodnie temu w taki sposób spędzali czas i wszystko było na swoim miejscu.
    — Prawdopodobnie będzie do tego chciał lody. — Potwierdziła. Odkąd się stąd wyniosła nie miała ochoty na nic tak naprawdę, ale zmuszała się, aby coś zjeść, bo nie mogła przecież nie jeść. — Nie wiem o co ci chodzi, ale ta z rukolą jest dobra.
    Uśmiechnęła się lekko kącikiem ust. Tym razem jednak pizza z podwójnym serem i pepperoni brzmiała wyśmienicie. I było większe prawdopodobieństwo, że taką zje bez uciekania do łazienki, ale to akurat była zabawa nie do przewidzenia. Żadnych wymyślnych serów i dodatków, od których Carter się krzywił i kręcił nosem. Wcześniej nawet nie była świadoma tego, ile produktów jej odpadnie w ciąży do jedzenia.
    — Bo on nie jest dobry. — Mruknęła odnośnie do karmelowego sorbetu. Wolała lody od sorbetów, ale jak nie było innej opcji to skusi się i na sorbet. I to też nie tak, że jedno opakowanie sorbetu schowała sobie głęboko w zamrażarce. — Ale skoro jest to szkoda, aby się marnował, prawda? — Dodała, jakby to było najprostsze wytłumaczenie, dlaczego go jadła, mimo że podobno go tak bardzo nienawidziła.
    Sophia pamiętała, że spróbowała kilka razy tego makaronu, ale niezbyt dużo. Temat zrobił się zbyt ciężki, aby mówić o tym między jednym kęsem, a drugim. Ciężko było się skupić na jedzeniu, kiedy tak naprawdę między nimi rozgrywał się dramat, z którym nie potrafili sobie do końca poradzić. Mogli udawać, że im to idzie, ale ostatecznie i tak było po prostu trudno, ciężko i nieprzyjemnie. Teraz mogło być inaczej. Oni mogli być inni. Bez krążącego kelnera, który się nieustannie pyta czy wszystko im smakuje i bez ludzi siedzących kilka metrów dalej. Tutaj mieli ciszę i intymność, której potrzebowali.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zalała kubeczki wodą, a ta od razu zabarwiła się na brązowo od torebek wrzuconych do środka. Gigi kręciła się pod nogami, a potem podeszła do swoich misek, aby napić się wody. I przez moment słychać było tylko jak jej język uderza o wodę, a kropelki lądują wszędzie, ale nie w jej pyszczku. Prawie był to normalny wieczór. Prawie, bo mimo wszystko, ale między nimi nic nie było normalne, a wciąż oboje próbowali udawać, że tak właśnie może być. Jej wzrok jeszcze co jakiś czas uciekał na bok. Czasem zbyt długo wpatrywała się w jeden punkt przed sobą, aby ukryć to, jak wielki mętlik ma teraz w głowie.
      Podniosła wzrok, kiedy Carter się odezwał.
      — Chcę tutaj być. — Odpowiedziała. Nie musiał jej dziękować, bo to też nie tak, że robiła coś co wymagało podziękowań. Sophia po prostu… Była. I być może to było więcej niż Carter oczekiwał, że tego dnia od niej dostanie. Cóż, to na pewno było więcej niż spodziewała się zrobić.
      Sophia nie cofnęła się, kiedy Carter podszedł, W zasadzie, kiedy ją objął to pierwsze co zrobiła to było objęcie go i zrobienie małego kroku w stronę mężczyzny. Przymknęła oczy, a ją całą otoczył znajomy zapach mężczyzny. I na te kilka chwil wszystko wróciło na swoje miejsce. Było dokładnie tak, jak być powinno. Sophia westchnęła cicho, a potem na niego spojrzała, kiedy ujął jej twarz w swoje dłonie. Nie uciekała i nie szukała wymówek. Nie, kiedy kciukiem gładził jej policzki, nie kiedy się nachylił, aby złożyć na jej ustach pocałunek. Był krótki i zdecydowanie niewystarczający, ale mówił więcej niż jakiekolwiek słowa by mogły. Sięgnęła swoimi dłońmi do jego przedramion, ale nie po to, aby je z siebie ściągnąć.
      — Mhm, być może. — Przytaknęła z cichym mruknięciem. Carter o pozwolenie pytać się nie musiał. Jeszcze na moment przymknęła oczy, jakby chciała odtworzyć w myślach ten pocałunek. — Myślałeś dziesięć dni o całowaniu mnie? — Skłamałaby, gdyby powiedziała, że ona nie myślała. Myślała i to jeszcze jak.
      — Wiem, Carter. — Westchnęła i otworzyła oczy, aby na niego spojrzeć. — Wiem, jak jest i… Ja za tobą też tęskniłam. — Dodała ciszej. Każdego dnia przekonywała się, że będzie im lepiej osobno, ale to było okrutne kłamstwo, które miało tylko ją przekonać, że zrobiła dobrze.
      — A możemy… poudawać jeszcze trochę, że to przypadek? — Spytała. Carter był teraz obok, a Sophia dalej nie chciała uciekać. Przez moment chociaż miała chęć na to, aby poudawać, że może być normalnie. — Mógłbyś się znowu poślizgnąć… czy coś. — Poruszyła lekko ramieniem i nie potrafiła powstrzymać małego uśmiechu, który pchał się jej na usta.
      Nic sobie jeszcze nie wyjaśnili, ale na ten moment mogli sobie to chyba darować i po prostu pobyć razem, a za trudności zabrać się później.

      soph

      Usuń
  50. Jej samej było ciężko uwierzyć, że znajdowała się właśnie tutaj. Budząc się rano była przekonana, że skończy ten wieczór samotnie. Dziewczyny proponowały jej jakieś domówki, imprezy – był sylwester, a imprezy wylewały się dosłownie z każdej strony, ale Sophia nie była w nastroju. Wiedziały, że między nią, a Carterem coś się popsuło, ale nie znały prawdy. Sophia nie zdradziła, że jest w ciąży, a gdyby z nimi wyszła to nalegałyby na drinki i prędzej czy później dotarłyby do prawdy. I to nie tak, że nie chciała mówić, bo się wstydziła czy coś podobnego. Nie uzgodnili z Carterem planu, a poza tym to było też coś tak osobistego, że chciała trzymać to w sekrecie tak długo, jak to tylko będzie możliwe.
    — Czyli co sześć minut wpadałam ci do głowy. — Cóż, ona o nim myślała równie często. Carter w zasadzie nie opuszczał jej głowy, odkąd wyszedł tamtego wieczoru. Wszystko było wtedy nie tak, jak powinno, a ona nie znalazła w sobie sił, aby to naprawiać. Zawsze była pierwsza do tego, aby naprawiać to co popsute, ale tym razem nie dała rady tego zrobić. Najwyraźniej to było zbyt wiele, aby mogła na raz udźwignąć.
    Objęła go ostrożnie, jakby jeszcze mimo wszystko, ale nie była pewna, czy może to robić. Wciąż była u siebie, tak powiedział, ale jednak Sophia i tak nie była o tym przekonana w stu procentach. Nie wiedzieli, co będzie jutro i czy za kilka godzin to wszystko nie zniknie. Tym razem nie mogła zamieść pod dywan tego co się wydarzyło. Potrzebowała wiedzieć, ale jeszcze nie teraz. Póki co, ale chciała nacieszyć się znów Carterem. Poczuć, jak to jest, kiedy trzyma ją tak blisko i nie wypuszcza. Przynajmniej przez kilka godzin, dopóki nie dorwie ich na nowo rzeczywistość.
    Poudawać… Brzmiało tak prosto, jakby naprawdę można było odsunąć od siebie problemy i udawać, że jest w porządku. Może mogli. Może na kilka chwil naprawdę będą mogli udawać, że wszystko jest w porządku i nic złego nie czeka na nich za drzwiami.
    Uśmiechnęła się lekko, kiedy musnął jej szyję. Taki zwykły gest, do którego była przyzwyczajona, a teraz… Teraz miał on o wiele większe znaczenie. Sophia cicho westchnęła, stęskniona za jego bliskością. Objęła go trochę mocniej, jak w obawie, że jeśli puści to to wszystko będzie tylko miłym snem, a ona obudzi się w nieswojej sypialni w nieswoim domu.
    — Może podzielę się tym sorbetem. — Powiedziała cicho. Na jej ustach błąkał się lekki uśmiech. Coś między ulga, a rozbawieniem, że mimo wszystko mogli w ten sposób jeszcze ze sobą rozmawiać. — Gigi jest chodzącym zagrożeniem na czterech łapach. Potyka się o własne pazurki, a my przy okazji o nią. — Zaśmiała się. Zdecydowanie ten pies nie potrafił ogarnąć, jak działa grawitacja.
    Przyjemny dreszcz przebiegł jej po plecach, kiedy Carter ją pocałował. Odwzajemniła ten pocałunek bez pospiechu, jakby starała się nim nacieszyć za te wszystkie dni, które spędzili osobno.
    Sophia niczego chyba bardziej nie chciała niż tego, aby naprawdę znów poczuć, że między nimi może być dobrze. Nie poddała się i nie zamierzała z nich rezygnować. Wcale nie wierzyła w te bzdury, które sama mówiła, że będzie im osobno lepiej. Wcale nie będzie. Nigdy nie będzie im lepiej osobno. Ostatnie dni spędziła na tęsknieniu za mężczyzną, który miał być jej mężem, ale przede wszystkim był ojcem jej dziecka. Ich dziecka. I to nie tak, że Sophia chciała naprawić wszystko ze względu na dziecko. Najpierw stawiała siebie i Cartera, a potem tego malucha. Miała nadzieję, że dogadają się zanim się urodzi, a gdy już do tego dojdzie to wszystkie kłamstwa, które się pojawiły przestaną być istotne.
    — Wylądujemy. — Obiecała szeptem. Tego była dziś pewna. Nie zamierzała dopuścić do tego, aby cokolwiek między nimi teraz stanęło. Żadna przeszkoda, która znów mogłaby ich od siebie oddzielić. — I Gigi znów będzie ci ściągała skarpetki, a mi dziurawiła rajstopy, a potem zaśnie z piłką w pyszczku i znów nie pozwoli sobie jej wyjąć. — Dodała od siebie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — To jest zwykły wieczór, Carter. — Szepnęła. Próbowała przekonać siebie czy Cartera? Bez znaczenia, ale to był dla niej zwykły wieczór. Jak setki innych, które za sobą mieli. — Tylko my i nasz mało rozgarnięty pies.
      Sophia cicho westchnęła, kiedy Carter posadził ją na blacie. Instynktownie wręcz objęła go nogami w pasie, chcąc w ten sposób mieć go jeszcze bliżej siebie. Teraz każda sekunda bliskości była jak na wagę złota, a ona nie zamierzała stracić już niczego więcej. Wystarczająco mocno teraz dostali po tyłku, kiedy spędzali ten czas osobno. Może niepotrzebnie to zrobiła, a może… Może ta przerwa im coś uświadomiła. Na przykład to, że nie mogą się tak ciągle okłamywać, a prawda prędzej czy później wyjdzie na jaw. Póki co jednak liczyła się dla niej tylko ta chwila między nimi. Poza nimi nic teraz nie było ważniejsze. Problemy mogły zaczekać na swoją kolej, ale tego wieczoru potrzebowali odnaleźć drogę do siebie z powrotem.
      Jej palce delikatnie muskały kark mężczyzny, a ciało samo lgnęło w jego stronę, jakby wiedziało, że to właśnie przy nim będzie jej najlepiej. Trwała z nim tak w tym uścisku kilka minut, a może godzin. Nie wiedziała, czas płynął teraz zupełnie inaczej.
      — Co robiłeś przez ten czas? — Spytała cicho, niepewnie wręcz. Chyba nie była pewna, czy chce wiedzieć, jak naprawdę spędził ostatnie dni. Mogła się domyślać. — W święta… Nie byłeś sam? — To nie było oskarżenie, a nadzieja, że nie był w tym czasie sam, że miał towarzystwo, że nie siedział w tym penthousie sam ze swoimi myślami.

      soph

      Usuń
  51. Sophia nie myślała zbyt wiele. Wtulała się w Cartera tak, jakby te ostatnie dni wcale nie miały miejsca. Jakby tamto aresztowanie nigdy się nie wydarzyło. To, co widziała wcale nie sprawiło, że przestała go kochać mniej. Zmieniło się to, że nie ufała mu już tak mocno, jak przedtem. Okłamywał ją. Mógł mieć do tego dobry powód, ale wciąż… Wciąż ją okłamywał, kiedy ona prosiła tak wiele razy o prawdę, kiedy czekała na to, aby powiedział w końcu co tak naprawdę się dzieje on znajdował wymówi, półprawdy lub nie mówił nic i sprawnie zmieniał temat, aby Sophia przestała zadawać pytania. Tym razem to nie może już zadziałać. Tym razem potrzebowała, aby Carter był z nią szczery. Nawet, jeśli miałoby ich to w pełni zniszczyć. Sophia była świadoma tego, że nie będzie potrafiła znów z nim być, jeśli nie pozna tych najbrudniejszych szczegółów, które od miesięcy przed nią Carter ukrywał.
    Takie drobne rzeczy na początku zawsze wkurzały. Zbyt głośne szczekanie na dzwonek czy na psa w telewizji, a nawet na własne odbicie w lustrze czy szybie. Kradzież skarpetek lub zlizywanie z talerzy resztek jedzenia, psucie mebli. Człowiek zaczynał tęsknić za tym wszystkim, kiedy zaczynało tego brakować. Jej również brakowało. Rozrzuconych bluz Cartera, które zbierała psiocząc pod nosem, ale w rzeczywistości lubiła je znajdować, bo mogła zawsze jedną na siebie włożyć i czuć na sobie jego zapach.
    — Dokładnie tak. — Szepnęła. Dłoń wsunęła pod koszulkę Cartera dotykając ciepłej skóry, którą przecież znała na pamięć. Wszystko było takie normalne i zwyczajne. Nie chciała myśleć o tym, że jutro będzie czekała ich trudna rozmowa. Mieli teraz czas dla siebie. Parę godzin na to, aby poczuć się znowu jak przed tym wszystkim i spróbować od nowa. — Lubisz ten serial. Widziałam, jak oglądałeś analizy nowych odcinków na TikToku. — Powiedziała mu i zaśmiała się cicho pod nosem. Nie zdradziła się wtedy z tym, że go widziała. Czasem obserwowanie Cartera robiącego takie normalne rzeczy było jak oglądanie dzikiego zwierzęcia w dziczy, które się spłoszy, kiedy usłyszy jedno trzaśnięcie gałązki pod stopami.
    Sophia przymknęła lekko oczy, gdy dłonie Cartera sunęły po jej udach. Tego właśnie potrzebowała. Takiego cichego zapewnienia, że wszystko będzie teraz porządku. Nawet, jeśli to było tylko chwilowe i jutro wszystko się zepsuje. Miała mu tak wiele do powiedzenia, ale tej nocy nie chciała mu mówić wszystkiego. Tej nocy zamierzała się skupić na tym, aby oboje odzyskali trochę tego co stracili przez te wszystkie dni. Siebie. Bliskość. Te uczucie, które znali tylko oni. Które odnaleźli w sobie przypadkiem, kiedy pozwolili sobie na to, aby zbliżyć się do siebie trochę bardziej niż wypadało. Milczała przez ten czas. Dłonią swobodnie wodziła po jego plecach, a druga wciąż była na jego karku. Nogami pewnie obejmowała jego uda i korzystała z tego, jak blisko teraz go miała. Karmiła się tą bliskością. Tym, że naprawdę coś razem tworzyli. Mimo tych wszystkich przeciwności losu, które ciągle im wskakiwały pod nogi.
    Nie pytała, bo miała jakieś podejrzenia. Owszem, zastanawiała się, dlaczego by wtedy ze Sloane. I nienawidziła siebie za to, że nie potrafiła trzymać się z daleka od internetu. Gdyby nie zajrzała… To może nigdy by się nie dowiedziała, ale wiedziała. Kilka zdjęć spod klubu. Niewiele znaczących. Ona siedząca na schodkach i paląca papierosa albo jointa, bez znaczenia. I Carter stojący metr lub dwa od niej. Żadnej dwuznaczności. Tylko ich dwójka. Nie odważyła się jednak, aby to imię padło z jej ust. Sophia nie musiała mówić tego na głos, że była zazdrosna. Że nie potrafiła się pogodzić z tym, że tamta dziewczyna wciąż była istotna. Że rozumiała, że go lepiej niż Sophia. Że mogła mu dać więcej niż Sophia.
    Nie pospieszała go z odpowiedzią. Nauczyła się już, że pospiech przy Carterze nie był niczym rozsądnym, że lepiej było nie czekać na niego z zegarkiem w ręku. Kiedy on zbierał myśli, Sophia wciąż gładziła jego skórę. Ją to również uspokajało i przypominało, że ma do czego wrócić. Że nie musi porzucać na dobre tego, co kiedyś wznosiło ją w chmury.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Carter zaczął mówić, a Sophia słuchała.
      Nie przerywała mu, kiedy zaczął opowiadać o tym, jak spędził ten czas. Mimo, że coś w niej drgnęło. Jak drzazga w sercu, której nie da się wyjąć w łatwy sposób. To było poczcie winy. Bo go zostawiła. W chwili, kiedy naprawdę jej potrzebował – ona wyszła. Carter tego nie zrobił, gdy wpadła tu wieczorem, załamana i przerażona, bo ojciec jej groził odcięciem od wszystkiego. Był, kiedy płakała o tych zapomnianych tabletkach. Był… Był zawsze, a Sophia odeszła, kiedy zrobiło się trudno. Może miała solidne powody, ale on również je miał, aby nie zostać przy niej, kiedy tego potrzebowała.
      Znała jego mechanizmy obronne, a przynajmniej tak się jej wydawało, że zna. Wielu rzeczy o nim nie wiedziała i być może tego również nie wiedziała.
      — Mogę sobie wyobrazić. — Odezwała się cicho. On w klubie i w dodatku sam… Wolała sobie jednak nie wyobrażać. Wolała nie myśleć, co naprawdę się działo w tamtym miejscu. — Nie imprezowałam, ale… też przerzucałam winę. Na ciebie, siebie i wszystkich dookoła, a potem znów na ciebie i siebie.
      Tak było łatwiej. Znaleźć kogoś innego kto do obrzucenia winą. Ale ta leżała pomiędzy. Żadne z nich nie zachowało się odpowiednio. Ona stchórzyła, Carter nie mówił prawdy. I przez to wszystko znaleźli się teraz tutaj. Kiedy Carter się odsunął, aby spojrzeć jej w oczy Sophia wzięła głębszy wdech, jakby szykowała się na usłyszenie czegoś co ją zmieni. I być może usłyszała.
      — Każdego dnia chciałam oddzwonić albo odpisać. — Wyznała. Nie liczy, ile razy gapiła się w telefon, kiedy dzwonił lub pisał. Jak wahała się robić to setki razy.
      Nikt nie był tobą. Krótkie zdanie, które mogło oznaczać tak naprawdę wszystko. W głowie miała pytanie, którego nie chciała zadawać. Nie była pewna, czy boi się je zadać czy bardziej boi się usłyszeć odpowiedź. Byłeś z kimś w tym czasie? Nie zapytała się. Nie otworzyła nawet ust. I wcale nie byłaby zaskoczona, gdyby Carter je wyczytał z jej oczu.
      — Byłam u Leo przez parę dni. — Wyznała. Nie z poczucia winy. Leo był dla niej jak starszy brat, którego nigdy nie miała. Kimś kto podsuwał gorącą czekoladę z piankami i nie oczekiwał niczego w zamian. — Potem zatrzymałam się u Constance. Spędziłam z nią święta. Tata przyjechał z Maddie… — Wzruszyła lekko ramionami. To nie były udane święta. Jedne z gorszych jakie miała w zasadzie. — Powiedziałam mu o ciąży i że się… że mamy chwilą przerwę od siebie.
      Nie powiedziała „zerwaliśmy”, bo w jej głowie tak nie było. Bo to była tylko chwilowa przerwa.
      — Był gotów, aby tu przyjechać i z tobą porozmawiać. — Wyznała z cichym śmiechem, choć do śmiechu nie było ani jej ani Carterowi. — Ale nie powiedziałam mu o aresztowaniu. Myślał, że ta przerwa jest przez ciążę.
      Łatwo było tak pomyśleć. Rozstanie, bo wpadła, a Carter nie chciał mieć z tym nic wspólnego. Ale wcale tak nie było, a powód był znacznie poważniejszy.
      — Nikt nie byłby w stanie wymazać cię z mojego życia. — Powiedziała. Dłonie przesunęła ja jego ramiona, a po chwili jedna z nich spoczęła na jego policzku. — Nawet, jeśli będą próbować… Nie wymazuję ludzi, których kocham.

      soph

      Usuń
  52. Prawda mogłaby ją zniszczyć, gdyby ją usłyszała. Zniszczyć ją również mogły domysły, którymi pewnie będzie się teraz karmiła. Tak naprawdę, ale nie miała pojęcia, jak wyglądają noce Cartera, kiedy jest pogubiony i całkiem sam. Nie widziała go nigdy w takim stanie. Nie doświadczyła, jak to jest zbierać go z sofy, kiedy jest ledwo przytomny i nie wie kogo ma przed oczami, kiedy nie jest sobą, a jedynie powłoką człowieka, którym naprawdę był. Sophia nawet nie próbowała utwierdzać się w przekonaniu, że cokolwiek z tego może wiedzieć. Carter nie dopuszczał jej do tej części swojego życia i miał ku temu świetny powód. Sophia była w stanie wiele znieść, ale tego mogłaby nie być w stanie udźwignąć. Nie ważne, jak bardzo by się starała.
    — Nie tylko ty masz tu coś do naprawy, Carter. — Powiedziała cicho. Nie była bez winy i również zawaliła w tej sytuacji. Sophia wcale nie była tak krystalicznie czysta, jak lubiła myśleć, że jest. Często nosiła nad głową złotą aureolę, ale to jeszcze nie czyniło z niej świętej. — To był okropny czas i… Tęskniłam za nami. Za tobą i Gigi i tym miejscem. Postaramy się, aby już to się więcej nie powtórzyło. Razem. Bez uciekania w… cokolwiek robimy, aby się odciąć. Poradzimy sobie.
    Pokiwała lekko głową na zgodę. I nie pytała dalej. Z jednej strony chciała, a z drugiej wiedziała, że im mniej o tym tygodniu będzie wiedziała tym lepiej. Dla ich wspólnego dobra. Nawet, jeśli później nieświadomość miała ją pożerać żywcem od środka. Niektóre rzeczy czasem było lepiej przemilczeć.
    — Nie musimy niczego cofać, Carter. I nie można cofnąć tego, co już się wydarzyło. — Delikatnie kciukiem po jego policzkach. Dziwnie chłodnych w porównaniu do tego, jak zwykle ciepły był w dotyku. — Ale możemy zrobić dużo, aby nasza przyszłość wyglądała lepiej niż obecnie.
    Wspólnie, a nie każde pracujące nad sobą osobno. Mieli sporo rzeczy do przepracowania i to takich, których Sophia w ogóle nie rozumiała. Carter być może również nie, ale byli w tym razem i nie zamierzała popełniać kolejnego błędu. Przestać uciekać, kiedy zaczyna robić się nieprzyjemnie.
    — Tak, prawdopodobnie był gotów to zrobić. — Zaśmiała się cicho, mimo, że to wcale nie był żart. Musiała się napracować, aby ojciec nie przegrzebał całego Nowego Jorku w poszukiwaniu za Carterem. Sophia nie powiedziała mu całej prawdy. Nie mogła tego zrobić, bo wtedy żadne teksty o byciu dorosłą i pełnoletnią by nie przeszły. Nie pozwoliłby, aby Sophia tu została. I wiedziała, że miał taką władzę, aby to zrobić. — Lepiej, aby nie wiedział. I wiedziałam, że ty nie chcesz, aby wiedział.
    Mogła o tym opowiedzieć, ale co dobrego by to wniosło? Oscar straciłby resztki zaufania do Cartera, a zbudowanie tego nie było łatwe. Tym rozstaniem tylko stało się ono cieńsze. Sophia nie mogła sobie pozwolić na to, aby Oscar znów wrócił do tego miejsca, w którym byli na samym początku, a każde słowo, które wypowiadał Carter było przez jej ojca analizowana dziesięć razy.
    — Chciał, abym wróciła do domu albo… znalazłby dla mnie jakieś miejsce. — Przyznała. Nie zamierzała wracać do domu. Była tam przez chwilę, a to w zupełności jej wystarczyło. — Ale już mam miejsce i nie chcę żadnego innego. To tutaj z tobą i Gigi.
    Jeżeli miała gdzieś być to tylko tutaj. Nie w Scarsdale. Nie w penthousie ojca. Tylko tutaj. W miejscu, gdzie budowała przyszłość z Carterem, gdzie będą wychowywać swoje dziecko i gdzie Gigi pogryzła już wszystkie nogi od stolików i krzesełek, a przynajmniej pięć poduszek wybuchło w tajemniczych okolicznościach. To tutaj należała. Nie każdemu musiało się to podobać, ale tak właśnie było.
    — Nie było najprzyjemniej, ale… Dałam radę. Gwen pożarła się z siostrą ojca, to było zabawne do oglądania. — Mówiła to niby rozbawiona, ale gdzieś w środku ją to kuło, bo to oni byli powodem. — Potem wróciłam z Constance do Scarsdale i siedziałam tam przez większość czasu. Możesz sobie pewnie wyobrazić co Gwen mówiła i myślała o tym wszystkim.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wolała o tym nie mówić. Nie, bo chciała coś przed nim ukryć, ale roztrząsanie tego nie miało zbyt wiele sensu. Szczególnie, że teraz to niczego nie zmieniało w tej sytuacji. Sophia nie została sama, ale to, że miała towarzystwo wcale nie oznaczało, że nie czuła się samotnie. Mogła siedzieć w eleganckim, ale przytulnym dom z ciotką i w świąteczny poranek otwierać prezenty, ale wcale nie czuła się dobrze. Miała obok osoby, które nie patrzyły na nią, jakby popełniła ogromny błąd, bo zaszła w ciąże z mężczyzną, który prawdopodobnie nie był najlepszym materiałem na ojca, ale się starał i dla Sophii to było wystarczające. Ona również się nie nadawała. Nie miała pojęcia co robi, ale podobnie jak Carter – starała się. I więcej na ten moment nie było potrzebne.
      — Hej… Nie bądź zazdrosny. — Uśmiechnęła się delikatnie, jakby próbowała w nim poruszyć strunami, które zbyt długo nie były dotykane. — Zaczął już robić kocyk dla potworka. — Zaśmiała się cicho, bo faktycznie zaczął, kiedy jeszcze u niego była i nie potrafiła się pozbierać. — Niebieskoróżowy, aby było fair.
      Żałowałaby, gdyby nie pozwoliła mu ze sobą pójść i gdyby znalazła wymówkę, aby nie wrócić z nim do penthouse’u. To tutaj było jej miejsce. Przy nim. Wtedy, kiedy wszystko się układało, ale przede wszystkim, kiedy wszystko się psuło, a pierwszym odruchem była ucieczka.
      Sophia przez moment nic nie mówiła. Cisza rozlała się między nimi, ale nie była zła ani przytłaczająca. Była dobra i potrzebna.
      — Nawet wtedy. — Potwierdziła cicho. — Nie tylko ty zawiodłeś, Carter. Ja również i… nie naprawię tego, co zrobiłam, ale mogę się postarać, aby to się już nie powtórzyło.
      Pokiwała głową, bez słów i obietnic, które łatwo było złamać. Kolejne obietnice nic by nie wniosły, a tym razem potrzebowali czegoś więcej niż paru zapewnień, że wszystko będzie w porządku.
      — Nie powinnam była pozwolić, żebyś musiał sam to wszystko dźwigać. — Powtórzyła po nim i naprawdę tak myślała. Brunetka przysunęła się odrobinę w jego stronę, a może to jego do siebie nogami. Bez znaczenia. — Wiem, że zawaliłam, Carter. I cofnęłabym to, gdybym mogła. To nie wymówka, wiem. Wystraszyłam się i… i nie pomyślałam, że ty też się wystraszyłeś. Powinnam była zostać i cię wysłuchać, a nie uciekać.
      Odchyliła lekko głowę do tyłu, aby móc na niego jeszcze lepiej spojrzeć. Widziała w nim gniew, ból, rozczarowanie, żal, smutek i strach. Mieszankę, której nie dało się łatwo ujarzmić. Coś, co nie schodziło z człowieka szybko ani łatwo.
      — I tak, mam milion pytań i możemy się tym zająć jutro. Ale dzisiaj… Dzisiaj jesteśmy rodzicami, którzy pierwszy raz usłyszeli, jak pracuje serce ich dziecka. — Uśmiechnęła się delikatnie i ściągnęła jego dłoń, którą ułożyła na brzuchu, a swoją na jego. — Może jeszcze nie obiecaliśmy sobie na ołtarzu „na dobre i na złe”, ale… ale będę tutaj. Chcę być tutaj z tobą, kiedy jest dobrze i źle. Chcę być dla ciebie lepsza, Carter. Chcę być narzeczoną, której możesz ufać i taką, która nie ucieka, kiedy sprawy się robią nieprzyjemne.

      soph

      Usuń
  53. Dzisiaj mogła podjąć tylko jedną decyzję. I będzie nią zostanie z Carterem tej nocy w penthousie, aby jeszcze chociaż przez chwilę mogli udawać, że wszystko jest w porządku. Rozmowa im nie ucieknie, a tak, jak zawsze chciała wszystko wiedzieć na już, to dzisiaj musiała opuścić. Pozwolić sobie i jemu na to, aby wzięli głęboki wdech i spróbowali odnaleźć się w tej rzeczywistości na nowo. Jeszcze nie wiedziała, czy to oznaczało faktyczny powrót. Nie tylko do tego miejsca, ale przede wszystkim do niego. Cokolwiek Carter zamierzał jej powiedzieć później będzie decydowało, czy Sophia da radę to unieść i zostać przy nim mimo tego wszystkiego, co się za nim ciągnęło. Nie mogła opowiedzieć ojcu całej prawdy i również nie chciała tego robić, gdy sama tak naprawdę jej nie znała. Miała również inne powody, aby nie opowiadać o tym co się wydarzyło naprawdę. W ten sposób chroniła nie tylko Cartera, ale również i samą siebie. Oscar nie mógł się dowiedzieć. To nie musiało nawet zostać wypowiedziane na głos, to po prostu była prawda, którą się wiedziało.
    Spojrzenie brunetki nie schodziło nawet na moment z Cartera. Widziała, jak powoli się coś w nim zmienia. W jego oczach, które choć przygaszone i bez tego zadziornego błysku, który zwykle w sobie nosił, miały coś z miękkości, która pojawiała się u niego rzadko. Jakby już nie chronił się za murami, które budował wokół siebie od lat, ale pozwalał na to, aby zobaczyła przez nie coś więcej. Coś, co próbował przed nią ukryć.
    Rozchyliła tylko lekko usta, bo chciała odpowiedzieć, ale Carter był szybszy. Nie przerwała mu, kiedy mówił. Słuchała go natomiast, zapamiętując dokładnie każde słowo, które wypowiadał w jej kierunku i tę cichą prośbę o brak obietnic. Nie mogłaby mu ich dzisiaj dać. Obiecać, że zostanie, jeśli prawda okaże się zbyt trudna. Chciałaby to zrobić i mieć pewność, że nigdy już nie odejdzie, ale to wcale nie było takie proste. Zdawali sobie sprawę z tego, że w tej sytuacji nie mogli sobie złożyć żadnych obietnic. Ona, że zostanie. Carter, że prawda jej nie zaboli i nie oddali od niego.
    Wsunęła ponownie dłoń na jego kark, jakby w ten sposób mogła go trzymać bliżej siebie. Może chciała go tym zapewnić, że teraz tutaj jest. W tej właśnie chwili, kiedy siedziała na blacie oplatając go nogami i próbując udawać, że wszystko jest w porządku.
    — Żadnych obietnic. — Odezwała się cicho. Tyle mogła mu tej nocy dać. I być może to było wszystko, co tak naprawdę mogła mu podarować. Przymknęła oczy, kiedy jego dłoń musnęła brzuch. Tęskniła za nim każdego dnia. Za tym delikatnym i czułym dotykiem, jakby w jego dłoniach znajdowało się coś świętego. Tego cichego pomruku, gdy się nad nim nachylał i coś mówił, choć przecież jeszcze to było niemożliwe, aby mogło go czy ją usłyszeć. — Wiem, że mnie potrzebujesz. Ja ciebie również.
    Nie pospieszała go, kiedy jego wzrok zaczął błądzić, gdzieś ponad jej ramieniem. Rozumiała aż nazbyt dobrze potrzebę kilku sekund, aby pozbierać myśli. Sophia w tym czasie jedną dłonią muskała jego przedramię, a druga wciąż opierała się o jego kark.
    — Wiem, Carter. Wiem, że jeszcze nic się nie zmieniło. — Przytaknęła. Nie, bo jej to właśnie powiedział, ale bo minęło zbyt mało czasu, żeby cokolwiek realnie mogło się zmienić. Jeszcze nie rozumiała w pełni tego, co się wydarzyło, ale wiedziała wystarczająco, aby wiedzieć, że jest o wiele za wcześnie na zmiany. — To w porządku, Carter. Nie chcę, żebyś mi sprzedawał bajki czy obiecywał, że za tydzień wszystko będzie inne.
    To do niczego by nie doprowadziło. Odsunęłoby to ich od siebie tylko bardziej. Na zmiany potrzebny był czas, a choć bywała naiwna to nie w tej sytuacji. Tutaj niespełna dwa tygodnie nie zmienią wszystkiego. Nawet nie była pewna czy pół roku coś zmieni, które mu niby dała, kiedy odchodziła. Ani czy całe lata cokolwiek by zmieniły. Wiedziała jednak to, że bycie osobno im również w niczym nie pomaga. Carter nie mógł zostać sam. Sophia popełniła błąd i miała nadzieję, że nie zrobi tego po raz kolejny. Że mimo wszystko, ale nie zostawi go znów samego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak do końca, ale chyba nie zdawała sobie sprawy z tego, jak to wszystko wyglądało w rzeczywistości. Myślała, że wie, ale jednocześnie, dopóki Carter nie opowie jej wszystkiego – na czym stoi, jakie kroki podjął i co może wydarzyć się dalej – wciąż miała tylko swoje wyobrażenia, które będą zakłamywać rzeczywistość. Powtarzała sobie, że chce usłyszeć prawdę. Bez względu na to, jak brutalna ona może być. Zwyczajnie w świecie tego potrzebowała. Usłyszeć od niego wszystko, co ukrywał, aby mogła to zrozumieć. Aby mogła spojrzeć mu prosto w oczy i widzieć nie człowieka, który przed nią ukrywa prawdę, ale mężczyznę, który nie boi się jej powiedzieć wszystkiego. Mógł ją stracić, gdy powie wszystko, ale równie realne było to, że ją straci, jeśli znów zacznie kręcić i opowiadać tylko część tego, co się naprawdę dzieje. Być może nie była gotowa, aby ją usłyszeć, ale nie znajdowała się już w sytuacji, gdzie mogła pozwolić sobie na komfort bycia nieświadomą. Próbowała nie nastawiać się na to, że na pewno odejdzie, gdy dowie się wszystkiego. Takie nakręcanie się również było bez sensu, a Sophia… Sophia miała nadzieję, że uda im się przez to przejść. We wspólnym rytmie i tempie. Idąc w tym chaosie ramię w ramię, a nie jedno chowające się za drugim lub udający, że pewne rzeczy lepiej jest przemilczeć.
      Ona również je od siebie odepchnęła.
      Bo teraz miała Cartera obok, a przez te ostatnie dni zasypiała dopiero wyczerpana od płaczu, nad którym nie panowała. Przez chwilę wszystko naprawdę mogło być tak, jak było przed tym wszystkim. To było wręcz absurdalne, jak bardzo go kochała i jak mocno za nim tęskniła, jak bardzo gotowa była na to, aby odepchnąć na bok rzeczy, które się działy wokół nich. Tylko po to, aby jeszcze przez chwilę go poczuć tak, jak dawniej. Ciepły oddech na skórze, śmiech drżący jej na skórze i bliskość, od której była uzależniona.
      Krótkie, pełne zaskoczenia westchnięcie wyrwało się jej spomiędzy ust, kiedy ją zsunął z blatu. Sophia objęła go mocniej w pasie, jakby tym samą siebie chciała zapewnić, że nigdzie się nie ruszy bez niej.
      — Możemy to nadrobić. — Odparła cicho, a na jej twarzy pojawił się uśmiech. Kątem oka dostrzegła, jak Gigi biegnie przez cały salon. Zdecydowanie nabrała charakteru, odkąd się u nich znalazła.
      Nie puściła Cartera, kiedy kładł ją na sofie. Przyciągnęła go do siebie jeszcze bliżej. To nie był moment, aby go wypuszczać. Roześmiała się, kiedy Gigi pchała się między nich i w zasadzie się jej to udało.
      — Okej, okej. — Mruknęła w cichym proteście, kiedy polizała ją po twarzy. — Za tobą też tęskniłam, obiecuję. — Zaśmiała się. Gigi wcisnęła łeb między nich i wyglądało na to, że zamierza już tak zostać. Sophia westchnęła cicho i przewróciła oczami. — Będziemy musieli trochę nad nią zapanować, zanim potworek się pojawi. — Powiedziała z taką lekkością, jakby nie wisiał nad nimi żaden ciężar. Ot, plan na przyszłość. Lekcje wychowania dla Gigi, aby przygotować ją do życia z noworodkiem.
      Przez chwilę ją głaskała, bo jednak również sobie zasłużyła na jej uwagę, ale spojrzenie Sophii i tak coraz częściej uciekało w stronę Cartera. Bo tak, jak mocno kochała Gigi to przede wszystkim, ale na nim wolałaby się skupić.

      soph

      Usuń
  54. Sophia nie chciała zostać tylko na noc. Spędziła poza domem wystarczająco dużo czasu, aby wiedzieć, że wcale nie czuje się dobrze śpiąc w cudzych domach. W miejscach, których nie mogła nazwać swoimi nie nic nie było w porządku. Mogła dostać kąt dla siebie, ale to jeszcze nie oznaczało, że naprawdę była u siebie. Od miesięcy to ten penthouse był miejscem, w którym Sophia czuła się najlepiej. Nazywała go swoim domem. Wracała tutaj po długim dniu. Miała tu swoje rzeczy, ale przede wszystkim to właśnie tutaj budowała swoją przyszłość z Carterem i to tutaj mieli wychować potworka. Wspólnie, a nie w dwóch osobnych domach i na osobnych zasadach. Mieli przejść przez to wszystko razem. Dokładnie tak, jak powinno być od samego początku.
    — Brzmi na ciekawe wyzwanie. — Powiedziała. To mogło być interesujące, jak Gigi zareaguje. Sophia nie miała pojęcia, jak się zabrać za przygotowanie psa do obecności dziecka. Pierwszy raz robiła to wszystko, a podręczników dla przyszłych mam jeszcze nie zaczęła kupować. — Myślisz, że będzie bardzo zazdrosna? — Spytała i lekko przechyliła głowę, aby spojrzeć na Gigi, która na moment straciła zainteresowanie nimi i skupiła się na swoim ogonie, który unosiła do góry, aby potem opadł na kanapę.
    Spojrzała z powrotem na Cartera, gdy padło pytanie o to, ile czasu mają.
    — Siedem. — Odpowiedziała. Brzmiało to wręcz nierealnie. Siedem miesięcy. Przecież to tak naprawdę było jedno wielkie nic. Jeszcze nie zaczęli nic przygotowywać. Nie kupiła nawet jednej rzeczy. I wciąż nie czuła się na taką odpowiedzialność gotowa, ale jeżeli miała to z kimś zrobić to tylko z nim. — Mamy siedem miesięcy.
    Brzmiało to wręcz nierealnie, że to się naprawdę działo. Jeszcze bardziej nierealne było to, że Sophia tutaj była i że chciała tutaj być. Przekonywała się, że tak naprawdę wcale nie chce wracać do Cartera, dopóki nie zna prawdy, a on wciąż robi to, co robi, ale teraz kiedy leżała tutaj pod nim i czuła na sobie znajomy ciężar jego ciała – nie potrafiła wyobrazić sobie, że znajduje się w jakimkolwiek innym miejscu lub z kimś innym. Wciąż oplatała go nogami, mocno i pewnie, bo z tyłu głowy miała myśl, że jeśli się tego nie zrobi to Carter wymknie się jej spomiędzy palców. Mimo, że to ona była tą, która potrafiła uciekać i robiła to sprawniej niż wymagała tego sytuacja. Podobnie, jak on potrzebowała tego wieczoru i zapewnienia, że przynajmniej na parę godzin mogą udawać, że wszystko jest dokładnie tak, jak być powinno. Więc wciąż go obejmowała, palce wsunęła między włosy, a drugą dłoń oparła o jego ramię, jako dodatkowe zaczepienie, aby jej nie uciekał, choć jaśniejszych sygnałów, że nigdzie się nie rusza mieć już nie mogła.
    — Leżysz na mnie, więcej ci nie trzeba. — Odpowiedziała. Mogła się przesunąć, ale chciała go mieć dokładnie w tym miejscu i nie wyglądał, jakby mu przeszkadzało, że jest nad nią. Gigi jedyne mogłaby się przesunąć kawałek dalej, aby im wszystkim było wygodniej, ale Sophia nie miała serca, aby ja przesuwać.
    Przechyliła lekko głowę na bok, kiedy Carter najpierw musnął jej obojczyk, a potem cicho westchnęła, gdy przemieszczał się z nimi niżej. Nie zaprotestowała, nie powiedziała nic. Jedynie patrzyła na niego w ten sposób, który znał z tych wszystkich spokojnych wieczorów, które tak spędzali. Kiedy żadne zło nie pukało im do drzwi, a jedyne co ich obchodziło to oni nawzajem. Przymknęła oczy, kiedy poczuła jego usta na brzuchu. Przez te ostatnie kilka dni to była jedna z rzeczy, za którymi tęskniła. To już nie były tylko pocałunki, które mogły przerodzić się w coś więcej. Miały już zupełnie inne znaczenie. Pod skórą, pod tymi wszystkimi warstwami był ten mały człowiek, którego razem stworzyli. Może przez przypadek i w kiepskim momencie, ale jednak to zrobili. I Sophia dopiero niedawno zaczęła do siebie dopuszczać myśl, jak bardzo pokochała kogoś kto jeszcze nie jest nawet w pełni rozwinięty i ma nie więcej niż dwa centymetry. To było zdumiewające, jak mocno można było pokochać kogoś tak małego.
    Kogoś kto w połowie był nią i Carterem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cicho zamruczała w odpowiedzi na te pocałunki, jednak nie tak, jak zwykle, kiedy za minutę straci ubrania. Bardziej z tęsknoty za jego bliskością, choć to było przecież tylko kilka dni spędzonych osobno. Może kilka dni, ale za to bez pewności, kiedy znów się zobaczą i jak będzie wyglądała ich przyszłość.
      — Nie umiem cię mieć blisko i nie robić tego samego. — Odpowiedziała z cichym mruknięciem, przed tym jak ją pocałował. Kiedy to zrobił odwzajemniła pocałunek, mocniej obejmując go za kark. Nie spieszyła się z tym pocałunkiem, nie było takiej potrzeby. Nie chciała załagodzić ich problemów zbliżeniem, bo to nie zmieniłoby niczego, ale nie zamierzała też im odmawiać siebie nawzajem. Nie, gdy się potrzebowali.
      Uniosła plecy, chcąc w ten sposób mu ułatwić dotarcie do jej skóry. Przeszył ją przyjemny dreszcz, to było jak wspomnienie wielu wspomnień, które ta sofa doskonale znała. Uśmiechnęła się lekko przy kolejnym pocałunku.
      — Zawsze możesz mnie tak dotykać. — Szepnęła. Już nie była pewna, czy naprawdę odeszła i próbowała mu stawiać jakieś granice, czy to tylko był jakiś dziwny sen, z którego się obudziła prosto w jego objęciach.
      Przesunęła dłonie z jego ramienia i karku na policzki. Nie musiała tego robić, aby go zatrzymać przy sobie, a jednak zrobiła. Może w ten sposób chciała go zapewnić, że jest tutaj i nigdzie się nie wybiera.
      — Nie musisz nic zatrzymywać, Carter. — Szepnęła cicho w odpowiedzi. — Jestem tutaj… ty jesteś tutaj… mamy wszystko. — Dodała.
      Bo tej nocy owszem, mieli wszystko. Mieli siebie i to musiało na razie wystarczyć. Mieli Gigi, która zajęta była swoim ogonem. I nic więcej nie było potrzebne. Tym razem to ona go pocałowała, wciąż z tą samą delikatnością, którą okazał jej Carter. Jakby oboje się bali, że mocniejszy pocałunek sprawi, że to wszystko między nimi zniknie.

      soph

      Usuń
  55. Przez moment naprawdę wszystko zdawało się, że wróciło na swoje miejsce. Sophia tego wieczoru zdała sobie sprawę z tego, jak bardzo chce z nim być, ale jednocześnie wciąż wisiały nad nią te wszystkie pytania, których obiecała teraz nie zadawać. Nie padło żadne pytanie, które mogłoby zepsuć im ten względny spokój. Była za to komfortowa cisza między nimi, kiedy po prostu leżeli ze sobą na tej sofie. W tle grał serial, choć jasne było, że żadne z nich nie skupia się na jego treści. Dłonie Cartera pod sweterkiem muskały jej plecy. Przerwali to tylko, aby odebrać jedzenie i zjeść w spokoju, ale gdy tylko skończyli, a pudełka po jedzeniu były puste Sophia wróciła od razu do leżenia na Carterze. Gigi kręciła się po kanapie, czasem próbowała wejść między nich, aż w końcu zawinięta w kłębek zasnęła obok nich.
    Sophia była wymęczona tym dniem. Emocjonalnie i fizycznie, kosztowało ją to znacznie więcej niż była w stanie wypowiedzieć. Carter nie mówił zbyt wiele, ona również. Trwali w tej komfortowej ciszy, którą przerywało brzęczenie z telewizora i okazjonalnie wzrok Sophii kierował się w stronę przeszklonej ściany, kiedy na czarnym niebie rozbijały się kolorowe fajerwerki. Zasnęła jeszcze przed północą. Przebudziła się, kiedy Carter zanosił ją do sypialni. Rozbudziła się na tyle, aby przebrać się z ubrań w jego koszulkę. Dokładnie tę samą, w której sypiała już od miesięcy. Gigi podążyła za nimi. Obrażona za to, że ją obudzili. Zwinęła się w kulkę w nogach łóżka, a gdy tylko Carter do nich dołączył Sophia bez słowa znalazła się w jego ramionach. Nie potrzebowała wiele, aby znów zasnąć. Pierwszą noc od czasu, kiedy stąd wyszła przespała w całości. Bez niepotrzebnego wybudzania się, kręcenia po całym łóżku, bo nie mogła znaleźć odpowiedniej pozycji.
    Jeszcze nie była pewna, czy jutro będą o tym wszystkim rozmawiać. Z drugiej strony nie mogli z tym również zwlekać. Siedem miesięcy – to nie było dużo czasu, a Sophia miała tę złudną nadzieję, że to wszystkie niedopowiedzenia między nimi uda im się rozwiązać szybko. Zdawała sobie sprawę z tego, że to nie była historia do opowiedzenia w jeden wieczór, a kiedy usłyszy wszystko to mogłaby zacząć postrzegać Cartera w inny sposób. Jednocześnie uczucia, które do niego miała były tak potężne, że gotowa była przełknąć naprawdę wiele, o ile tylko będzie z nią szczery i przestanie ukrywać przed nią prawdę, aby ją chronić. Niewiedza również jej zagrażała. I być może nawet bardziej niż gdyby wiedziała wszystko.
    Noc w penthousie była spokojna. Mimo, że Nowy Jork żył sylwestrem, to w ich domu panowała cisza, a oni zamiast być na głośnej imprezie noc spędzili w łóżku blisko siebie, wciąż udając, że wszystko między nimi jest w porządku. Sophia nie uważała, że udają. Nie potrafiłaby grać takiego spokoju. Ona go naprawdę przy nim czuła. Nawet z tą bolesną świadomością, że za drzwiami czaiło się coś czego nie była gotowa przewidzieć.
    Obudziła się do słów Cartera z zeszłej nocy. Jesteś wszystkim co mam, Soph. Ona i dziecko byli wszystkim co miał. Jego jedyną rodziną. Być może jedynymi ludźmi, których mógł nazwać rodziną. Było wczesne popołudnie, kiedy Sophia się przebudziła. Zaplątana wciąż była w pościeli i ramionach mężczyzny, którego kochała, a od którego odeszła niemal na tydzień przed świętami zostawiając samego po tym wszystkim co się wydarzyło. Wyślizgnęła się z jego ramion ostrożnie, aby się nie przebudził. Nie, nie uciekała. Zamierzała dotrzymać tej obietnicy, której miała mu nie dawać, że zostanie. Kiedy to mówiła nie miała na myśli tylko nocy, ale i poranek, a może nawet i resztę życia. Zeszła do kuchni, aby przygotować kawę dla Cartera i herbatę dla siebie. Zapach ją wciąż odrzucał, ale poradziła sobie z tym. Wróciła z nimi po kilkunastu minutach z nadzieją, że Carter się jeszcze nie przebudził, ale kiedy tylko weszła do sypialni pierwsze co to napotkała jego wzrok i Gigi, która zajęła jej poduszki.
    — Dzień dobry. — Przywitała się. Jakby absolutnie nic się między nimi nie zmieniło. — Mam dla ciebie kawę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ostrożnie klęknęła na łóżku, aby podać mu kubeczek z czarną kawą. Tak, jak pijał najczęściej. Swój kubek odstawiła na bok, aby znów schować się pod kołdrę. Chwilę walczyła z Gigi, aby ją przesunąć odrobinę na bok.
      Nie chciała od razu zaczynać tej rozmowy. Przynajmniej jeszcze przez chwilę chciała pociągnąć ten spokój, który mieli wieczorem. Może po śniadaniu, a może jeszcze później. Nie była znana z tego, że odwleka ważne sprawy na później, ale teraz ważyły się ich losy, a Sophia nie była gotowa na to, aby zepsuć to co między nimi teraz było.
      — Jak spałeś?

      soph

      Usuń
  56. Nawet, gdyby Sophia w nocy chciała się od niego odsunąć to nie mogłaby tego zrobić. Carter trzymał ją przy sobie przez całą noc, a jej to nie przeszkadzało. Szczególnie tej nocy jej to nie przeszkadzało. To nie była tylko zwykła potrzeba bliskości, która mogłaby te kilka dni posklejać w całość. To było coś znacznie głębszego, czego Sophia nie potrafiła wytłumaczyć. Gdyby mu o tym powiedziała to zrozumiałby co miała na myśli. Nie musiała przy nim szukać wymyślnych słów, aby opowiedzieć, jak się czuje. Nie w takich chwilach, kiedy oboje czuli niemal to samo. Ona również przez sen go szukała. I pierwszy raz od wielu dni noc była spokojna. Dokładnie taka, jaka być powinna.
    Wślizgnęła się z powrotem pod kołdrę. Od razu przyklejając do Cartera. Chciała odciągnąć ten moment, kiedy spokój zastąpi niepokój i niepewność. Zasłużyli na jeszcze trochę ukojenia, zanim to wszystko między nimi runie po raz kolejny. Wtuliła się w niego tak, jakby zaraz ktoś miał ją od niego odciągnąć siłą. Ułożyła się tak, aby mieć jego serce tuż pod uchem. Te rytmiczne bicie, które znała na pamięć. Jeden z niewielu dźwięków, które mogły ją naprawdę uspokoić. Przymknęła oczy, ale nie po to, aby po raz kolejny zasnąć. Co mogłoby się wydarzyć. Sypiała teraz więcej i częściej. Czasem zasypiała w miejscach, w których absolutnie nie powinna była czy tuż po przebudzeniu, a teraz otoczona znajomym zapachem i ramionami nie miałaby absolutnie żadnego problemu z tym, aby ponownie zapaść w sen.
    Dostrzegła jego wzrok. Znała go na tyle, aby wiedzieć już, że te pierwsze kilka sekund po przebudzeniu były dla niego znakiem ostrzegawczym. Nie było jej obok. Miejsce po niej powinno być jeszcze ciepłe. Nie było jej może dziesięć minut, ale to było wystarczające, aby pojawiła się w nim panika. Która teraz może nie była zbyt głośna dzisiaj, ale była. Intensywność w jego spojrzeniu mówiła Sophii więcej niż mógłby wyrazić słowami.
    Objęła go w pasie i bez mówienia przytuliła się mocniej, a nogę przerzuciła przez jego. Boże, jak ona za tym tęskniła. Za jego obecnością. Pracą serca, które biło w jego piersi. Oddechem na skórze. Dotykiem, którego jej nie żałował. Czuły, ale pewny. Sprawdzający, czy ona wciąż jest obok i czy nie jest tylko wytworem wyobraźni.
    — Odpocząłeś trochę? — Mogła się domyślić, jak wyglądały jego ostatnie dni. Widziała go jak funkcjonował na resztkach snu. Kilka godzin, może mniej. Potem coś co pomoże mu przetrwać kolejną dobę. Sprawi, że na moment zapomni o tym co go bolało. — Wiem, czułam to. — Przyznała z lekkim uśmiechem. Przekręciła lekko głowę, aby złożyć delikatny pocałunek na skórze mężczyzny. Jak takie ciche zapewnienie, że ona tutaj wciąż jest i nie wychodzi. Bez składania obietnic słowami, a raczej czynami. Nie chciała mu nic obiecywać, dopóki nie usłyszy wszystkiego, ale to musiało jeszcze trochę poczekać.
    — Ty mi się śniłeś. — Odpowiedziała. Przez ostatnie dni śniła tylko o nim. Na zmianę były dobre wspomnienia z tymi mniej przyjemnymi. — Ostatnio cały czas mi się śnisz. — Przyznała, ale nie jako wstydliwe wyznanie. Raczej potwierdzała, że nie potrafiła przestać o nim myśleć. Bo myślała. Zajmował jej ogromną część umysłu. Szczególnie po tym wszystkim co się między nimi wydarzyło.
    Palce Sophii spokojnie sunęły po jego boku. Prawie, jakby próbowała przypomnieć sobie krawędzie jego ciała. Poznać je lepiej niż do tej pory, choć nie była pewna, czy to jest możliwe. Znała każdy jej centymetr. Nawet, jeśli bez znajomości historii tego co jego ciało nosiło.
    — Ale spałam dobrze. W końcu. — Westchnęła cicho. Ten czas był trudny dla nich obojga. Każde przeżywało to na swój sposób. Radzili sobie lepiej albo gorzej, ale teraz najważniejsze było to, że znajdowali się tutaj razem. Może z masą problemów, może z niepewną przyszłością, ale byli razem. — Wczoraj nawet bym nie pomyślała, że tak zacznę nowy rok.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wczoraj nie chciała go widzieć i słyszeć, a potem pojawił się pod kliniką. Podłamany i zdystansowany. Nie, bo sam tego chciał, ale bo ona tego od niego oczekiwała. Gotów na to, aby zaczekać przed budynkiem. Nie naciskając na jej decyzję.
      — Dziękuję.
      Nie doprecyzowała za co mu dziękowała. Nie musiało go tam wczoraj wcale być. Nie po tym, jak kazała mu się trzymać z daleka. Nie dzwonić i nie pisać. Wrócić dopiero wtedy, kiedy się ogarnie. Popełniła wtedy wiele błędów. Wybrała ucieczkę, która wcale nie była łatwą decyzją, ale była mimo wszystko prostsza niż wysłuchanie tego, co naprawdę się wydarzyło. Niż poradzenie sobie z rzeczywistością, na którą się nie pisała, a w której przyszło jej żyć.

      soph

      Usuń
  57. Sam fakt, że przy niej był mówił znacznie więcej. Sophia nie potrzebowała też werbalnej odpowiedzi, a sam dotyk wystarczał. Słuchanie bicia jego serca, unosząca się spokojnie klatka piersiowa, kiedy oddychał. Wszystko to było takie znajome i takie bardzo jego. Może te dni były im potrzebne, aby oboje zrozumieli, że to siebie tak naprawdę najbardziej potrzebują, a cała reszta to tylko dodatki. Jedne przyjemne, a drugie mniej, ale wciąż dodatki do tego, co mieli między sobą. Sophia nie umiała sobie wyobrazić nawet, a przede wszystkim nie chciała, wyobrażać sobie tego, że miałaby prowadzić życie z kimś innym. Nie chodziło nawet o to, że chciała z Carterem być, a o to, że Carter jako jeden z nielicznych naprawdę ją zrozumiał. Nie spychał jej potrzeb, nie wyśmiewał jej niepewności, nie irytował się, gdy zadawała niewygodne pytania. Rozumiał jej ciągłą potrzebę bycia zapewnianą, że jest chciana. Może myślała naiwnie, ale tego wiedzieć nie musiała. Wiedziała natomiast co czuje, kiedy z nim jest i przy nim. Dawał jej spokój, którego potrzebowała na zmianę z garścią chaosu. Pozwalał jej na łamanie zasad, które dla niego mogły być zabawne, ale dla niej znaczyło wiele. Słuchał jej, był przy niej i w krótkim czasie stał się dla niej najważniejszą osobą na świecie.
    — Myślę, że to jest bardzo dobry początek. — Odpowiedziała. I nie mówiła tego tylko po to, aby Cartera uspokoić, ale naprawdę w to wierzyła. Budząc się wczoraj nie myślała o tym, że skończy i zacznie rok z nim. Właśnie w jego objęciach. W tych, za którymi tęskniła i które mogła nazwać domem. — A reszta się jakoś poukłada. — Dodała.
    Ona naprawdę w to wierzyła. Musiała wierzyć, że im się uda. Bez wiary nie będą mieli zbyt wiele, prawda? Bez wspólnych chęci, aby faktycznie zrobić coś więcej z tym życiem, które mieli. Mogliby się poddać. Pójść w różne strony, ale było jasne, że żadne z nich tego nie chciało i nie potrzebowało. Ze sobą mieli wszystko, czego potrzebowali.
    Uniosła lekko głowę, kiedy Gigi zaczęła kręcić się na łóżku. Dobrze znała to dreptanie w miejscu i ciche popiskiwanie.
    — Właśnie widzę. — Zaśmiała się. Nie było w mieszkaniu już mat, które na początku rozkładała wszędzie. Tak profilaktycznie. Gigi szybko znalazła sposób, aby im oznajmić, że pora ruszyć się z łóżka i nigdy nie ustępowała. Albo wychodzą teraz albo zrobi to po swojemu, a druga opcja po prostu nie wchodziła w grę.
    — Pójdziemy. — Odpowiedziała bez nawet chwili zawahania. Nie było się nad czym zastanawiać. — Tam, gdzie mają ogrzewany ogródek? — Upewniła się, że o to właśnie miejsce chodziło. Inaczej oboje by zmarzli, a nie o to przecież chodziło.
    — Będziesz sobie bardzo brał do serca to, co powie lekarz, prawda? — Zaśmiała się. I nie miała mu tego za złe. Poważnie podchodziła do ciąży i dbania o siebie. Tylko może faktycznie przez te kilka dni nie ruszała się zbyt wiele. Nie mogła znaleźć w sobie sił, aby się podnieść z łóżka i funkcjonować, jak człowiek. Przez większość czasu leżała albo siedziała. Rozmyślała nad wszystkim.
    Sophia odrobinę mocniej przylgnęła do jego ciała, jakby jeszcze nie chciała wychodzić spod kołdry na mróz, ale drapiąca w drzwi Gigi ją skutecznie poganiała.
    Przez chwilę tylko patrzyła na Cartera, a kiedy zadał to pytanie niemal od razu wyczuła, że wcale nie chodzi mu tylko o psa. I nie chodziło. Sama sobie zadawała to pytanie od dłuższego czasu.
    — Myślę, że sobie poradzi. — Odpowiedziała w końcu. My sobie poradzimy, to należało powiedzieć, ale to zabrzmiałoby jak obietnica, a oni sobie żadnych nie składali. Nie wprost przynajmniej. Między słowami i gestami. Między jednym dotykiem, a drugim. Podniosła się na łokciu i pozwoliła sobie na to, aby dosięgnąć swoimi ustami ust Cartera. Musnęła je delikatnie, jak na przywitanie. Nie przechodząc do pocałunku, bo na ten moment to wystarczyło. — Poradzi sobie w roli dużej siostry. — Dodała z lekkim śmiechem. A oni poradzą sobie z byciem rodzicami. Popełnią setki błędów, ale dadzą sobie radę. Innej opcji Sophia nawet nie zakładała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niechętnie, ale wygrzebali się w końcu z lóżka.
      Sophia wiedziała, że jej rzeczy wciąż tu są, a jednak i tak było dziwnie, kiedy weszła do garderoby, a ta była pełna jej ubrań. Włożyła rajstopy z futerkiem pod spodem, bo wiedziała, że zmarznie i Carter przewróciłby oczami, gdyby włożyła te cienkie. Stała w garderobie ubrana w rajstopy i sweterek, walcząc ze spódnicą. Prawie nic po niej nie było widać, ale kiedy ją zapięła poczuła uścisk, którego przedtem nie było. Z cichą frustracją ją rozpięła i zsunęła z bioder, a materiał opadł na podłogę. Miała inne i to nie był problem, aby założyć luźniejszą. Po prostu… nie spodziewała się. I było to niezwykle dziwne uczucie.
      — Jest za ciasna. — Odezwała się, bo kątem oka zobaczyła Cartera przy wejściu. Ubrał się sprawniej od niej, ale on nie musiał na siebie wciskać rajstop. Wyjęła kolejną, tym razem na gumce i z nią nie miała już żadnego problemu. — Wszystko zaraz będzie za ciasne. — Mruknęła pod nosem, ale tym razem tylko do siebie. Wcześniej jakoś o tym nie myślała.
      — Zaraz będę gotowa. — Zapewniła, kiedy znów usłyszała dreptanie Gigi w miejscu, która już nie mogła się doczekać, aż wyjdą na zewnątrz.

      soph

      Usuń
  58. Tak naprawdę wcale nie chodziło o niewygodną spódnicę, a o fakt, że stawało się to wszystko rzeczywiste. Powoli ubrania zrobiły się ciasne, jej ciało się zmieniało i nie mogła nic na to poradzić. Właściwie to nie mogła się tego wszystkiego doczekać. Zmian, które miały nadejść. Sophia nie udawała, że dokładnie wie co się wydarzy. Wszystko było dla niej tak samo wielkim zaskoczeniem jak dla Cartera. Dużo czytała i oglądała różne filmiki, aby spróbować się jakoś przygotować do tych zmian, które już się działy, Ale jeszcze ich w pełni nie czuła.
    Sophia odnalazła spojrzenie Cartera w lustrze i uśmiechnęła się lekko w odpowiedzi. To był zwykły poranek, a jednak wszystko w nim było po prostu inne. Ciążyły nad nimi niewypowiedziane do końca słowa, których żadne z nich jeszcze nie chciało mówić na głos. Ułożyła od razu ręce na jego przedramionach, kiedy ją objął i odchyliła się go tyłu, a głowę oparła o jego ramię. Zupełnie tak, jakby nic się między nimi przez ten czas nie zmieniło. Jakby te dni ciszy i rozpaczy wcale nie istniały.
    — I będzie rosło. — Westchnęła. I nie mogła się tego doczekać. Aż w końcu będzie widać więcej i to zacznie być bardziej realne niż do tej pory. — To będzie dziwne. — Stwierdziła. Trochę inaczej mimo wszystko to sobie wyobrażała, a tu nagle miał się pojawić mały człowiek. Taki stworzony z niej i z niego. Ktoś kogo niechcący zrobili.
    Sophia przez te ostatnie dni zastanawiała się bezkońcowa czy uda im się znaleźć drogę do siebie z powrotem. Czy będą jeszcze potrafili ze sobą porozmawiać i gdyby chociaż wczoraj w południe ktoś jej powiedział, że spędzi noc z Carterem, a później będą szykować się na spacer z Gigi to zwyczajnie w świecie by nie uwierzyła. To wydawało się być zbyt nierealne, aby było prawdziwe.
    — Owszem, będę musiała spakować to w co się nie zmieszczę i zrobić miejsce na nowe. — Mówiła tak, jakby nie tylko planowała tu zostać, ale jakby nigdy nie wychodziła. I to tak właściwie chciała zrobić. Zostać tutaj i wrócić do ich dawnej codzienności, w której przecież odnajdywali się tak dobrze.
    Przymknęła lekko oczy, kiedy ją pocałował i cicho westchnęła, a krótki dreszcz zbiegł wzdłuż kręgosłupa. Tęskniła za tą lekkością między nimi. Może nie pozbyli się tego co nad nimi wisiało, ale byli przynajmniej przez moment szczęśliwi.
    Sophia zaśmiała się krótko na jego słowa o współpracy i winie, którą brał na siebie.
    — Udana i przyjemna współpraca. — Dodała ze swojej strony. Udając, że wcale nie widzi jak jej policzki się rumienią od myślenia o tym jak do tego wszystkiego doszło. Odwróciła się w jego stronę, a ręce zarzuciła mu na szyję i przylgnęła bliżej do jego torsu. Nie chciała się teraz zadręczać myślami o tym, jak może być za jakiś czas, jeśli nie poprawią swojej relacji. Cieszyła się po prostu tym, co było teraz.
    — Bądź moją wymówką do końca życia. — Poprosiła. Znowu to samo. Niby żadnych obietnic, a jednak padały takie słowa jak „do końca życia”. Nie musieli mówić konkretnie „zostań”, aby to między nimi padło. — Zresztą, i tak się od siebie nie uwolnimy. — Dodała. Miało to brzmieć wesoło, bo owszem byli ze sobą związani już na dobre. Sophii to wcale nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie.
    — Nie chodzi o to, że wyglądam źle. Tylko… — Urwała, bo sama tak w zasadzie nie była pewna o co jej chodzi. To nie miało większego sensu, jak tak o tym myślała. I może teraz nie wszystko ten sens będzie miało, bo jednak jakby nie patrzeć, ale nie wszystkie jej decyzje były racjonalne. — Sama nie wiem. Ale nie będę się złościła na nowe ubrania. Ale póki mogę się jeszcze zapiąć to nie ma tragedii.
    Nie chodziło o to, że wyda pieniądze. Tylko nie było sensu kupować ubrań skoro w przeciągu paru tygodni już ich na siebie nie włoży. Miała w swojej szafie jeszcze dość, aby starczyły jej przynajmniej do początku drugiego trymestru.
    Wyjęła włosy spod szalika, który miała okręcony wokół szyi. Przynajmniej chwilę wszystko było dokładnie tak, jak powinno. Nie powiedziała nic, kiedy Carter złapał inny płaszcz. Gotowała się w nim, ale nie marudziła tylko grzecznie go na siebie włożyła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Nie potrzebuję… — Urwała, kiedy zobaczyła jego wzrok. Westchnęła w kapitulacji. Wiedziała, że z Carterem nie wygra. Zwłaszcza teraz, kiedy jego upartość wychodziła mu uszami. I troska. Przede wszystkim troska, która zmieszana była z upadłością. — Dziękuję.
      Posłała mu lekki uśmiech, a po tym była gotowa do wyjścia. Najbardziej gotowa była Gigi, która przebierała już łapami na spacer po parku.
      — Możemy kupić, Ale się umówić, że będę ją wkładać tylko na wyjścia, a po domu same rajstopy. — Odparła. Pewna, że taki układ Carterowi będzie pasował. Jej również pasowało. Tak przede wszystkim, Ale było wygodniej, kiedy nic jej nie uciskało na brzuchu czy w biodrach.
      Oczy brunetki wesoło błysnęły, kiedy wspominał o kupowaniu rzeczy dla ich dziecka. Przez chwile nic nie mówiła. Mijała w sklepach te wszystkie małe śpioszki i zabawki, ale nie umiała się zmusić do ich kupna sama. Ścisnęła mocniej dłoń Cartera i pokiwała głową.
      — Podoba mi się ten plan. — I była pewna, że wcale z jedna rzeczą nie wrócą. Może z całym koszem. Nie ważne. — Nie wiem, czy teraz wytrzymam. — Zaśmiała się. Zdążyła już się nakręcić na zakupy dla malucha. Bardziej niż na te własne.
      Sophia ścisnęła mocniej dłoń Cartera, gdy ujął jej w swoja. Teraz nie myślała o tym co było wczoraj i co czeka ich dzisiaj. Tylko o ich małej rodzinie. O niej i Carterze i tym małym dziecku, które w niej rosło.
      — Ale nie wiem, czy coś dziś będzie otwarte. — Powiedziała, kiedy już znaleźli się na zewnątrz, a Gigi ciągnęła w stronę znajomego parku. — Jest nowy rok. Może na zakupy pójdziemy jutro? Dziś zjemy dobre śniadanie, wrócimy do domu i zajmiemy się sobą? — Zaproponowała z lekkim uśmiechem. Specjalnie nie mówiła nic o rozmowie, ona mogła poczekać. Może nie w nieskończoność, ale przynajmniej jeszcze kilka dni.
      — A tak w ogóle… Co z twoja trasą? — Spytała. Pamiętała, że miał zapakowane koncerty w tym roku, bo martwili się tym jak pogodzą ciążę z jej uczelnia i jego pracą. — Jaki jest na to plan?

      soph

      Usuń
  59. Nie pospieszała go z odpowiedzią. Cisza, która co jakiś czas między nimi zapadała wcale nie była niekomfortowa, a wręcz potrzebna. Mieli wiele rzeczy, które musieli sobie przemyśleć, a chwilami potrzebowali tych kilkudziesięciu sekund, aby pozbierać własne myśli. Wcześniej, jeszcze, kiedy między nimi nic się nie popsuło, Sophia wiele razy zastanawiała się, jak to będzie wyglądało, kiedy Carter wyjdzie w trasę, która przecież miała się odbyć. Jak ona sobie poradzi, jeśli zostanie sama. Wcale też nie oczekiwała od niego, aby przestawiał wszystkie swoje plany pod nią. Ostatnie co Sophia chciała robić to ingerować w jego karierę.
    — Tak, plan. — Potwierdziła. Nie rozumiała co go tak rozbawiło w jej pytaniu. Choć może powinna była. — Pytam się, bo nie wiem, Carter. Po prostu… Sam widzisz, jak się poukładało i to po części z mojej winy, a chciałabym wiedzieć, czy i jak długo cię ewentualnie nie będzie. — Wyjaśniła. Była przerażona, jeżeli chodziło o ciąże i robienie tego samej. Nawet, gdy nie rozmawiali to Sophia miała chociaż tę pewność, że Carter jest wciąż w mieście i gdyby naprawdę coś się działo wystarczyłaby godzina, jak nie mniej, aby się przy niej znalazł. Gdyby latał po świecie to byłoby o wiele trudniejsze do zorganizowania. Próbowała myśleć logicznie. Nawet, jeśli, jej to nieszczególnie dziś wychodziło.
    Pokiwała w skupieniu głową po jego słowach, kiedy to powiedział. Słuchała Cartera dalej, niemal od razu dostrzegając może nie lekkość w jego słowach, ale coś znacznie spokojniejszego. Nie wiedziała, jak to ma nazwać, ale ten spokój dobrze brzmiał w jego głosie.
    — Dużo robiłeś przez zeszły rok. Może po prostu… Potrzebujesz przerwy? Zrobić krok wstecz, odpocząć trochę od tego i później wrócić z podwójnym zapałem? — Zasugerowała cicho. Nie znała się na muzyce, ale jak we wszystkim pewnie czasem brakowało chęci i weny. Pomijając to, jak bardzo koniec roku im się popsuł. Nie wątpiła, że to również miało swój udział w nastawieniu Cartera teraz. Była zaskoczona, że odwołał wszystko i nie, nie pomyślała, że to specjalnie dla niej. Wolała nie myśleć, że Carter odłożył na bok swoją pracę, bo ona się pojawiła.
    Zatrzymała się wpół kroku, gdy Carter stanął w miejscu. Spojrzała na niego z dołu i nie ukryła tego lekkiego uśmiechu, kiedy wsunął jej włosy za ucho. Czapka zdążyła się trochę przesunąć. Musiała być za mała lub może skurczyła się przy ostatnim praniu, bo pamiętała, że ją wrzucała do pralki, kiedy przypadkiem upuściła ją w kałużę. Szalik miała na samej brodzie i teraz już na pewno nie groziło jej żadne zimno.
    — W porządku, tyle mi wystarczy. — Zapewniła. Nie musiał, jeśli nie chciał, mówić jej o tym więcej. Rozumiała również sens jego słów. To co tak naprawdę wszystko dla niego oznaczało. Nie musiał tego mówić głośno, że to ona i dziecko byli tym, którzy teraz trzymali go przy życiu. Widziała to po jego spojrzeniu. — Masz komfort, żeby nie robić nic przez kilka miesięcy, więc… Wymyślimy co dalej. — Powiedziała.
    Bo tym razem z niczym nie chciała zostawiać go samego. Mimo, że wciąż nie wiedziała, jak to się dalej między nimi potoczy, ale nie chciała też z góry zakładać, że im nie wyjdzie, a ona trzaśnie drzwiami i więcej już nie spojrzy w jego stronę. To również nie wchodziło w grę między nimi.
    Nigdy go nie prosiła, aby cokolwiek przekładał przez nią. Raz przeszło jej przez myśl, że to co miał zaplanowane na lato może trzeba będzie przełożyć, ale nie powiedziała o tym na głos. Wtedy jeszcze nawet nie byli pewni co chcą robić, więc Sophia nic nie mówiła. A później… Później było już po prostu za późno, aby brunetka mówiła cokolwiek, bo ucięła między nimi jakąkolwiek komunikację. Więc, gdyby teraz jej powiedział, że za parę tygodni rusza z trasą to ona musiałaby to po prostu zaakceptować. Dopytałaby pewnie tylko o szczegóły, próbowała zaplanować ich życie wokół wyjazdów, wywiadów i całej reszty, która szła razem z Carterem. Tylko, że nie musiała, a on tutaj był. Obecny i – to widziała – skupiony przede wszystkim na niej oraz na dziecku. Próbujący ogarnąć własne życie, aby im wszystkim było lepiej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Lubisz, kiedy chodzę w samych rajstopach. — Powiedziała i uniosła lekko brew w rozbawieniu. To była taka ulga, kiedy mogli po prostu żartować i nie zastanawiać się, czy nie spotkają się zaraz ze ścianą, a żart nie ucichnie między nimi. — Więc tym na pewno nie będziesz się zajmował.
      Byli teraz tutaj razem. Szli na spacer z ich psem, a wcześniej dyskutowali o kupowaniu jakiejś rzeczy dla malucha. Nawet niepotrzebnej. I miała nadzieję, że trafią na jakiś otwarty sklep. Cokolwiek, nawet, jeśli tą rzeczą miała być głupiutka zabawka, z której nie skorzysta, dopóki nie nauczy się czym one tak właściwie są.
      Sophia ścisnęła nieco mocniej jego dłoń, jakby chciała tym samym go zapewnić, że ona wciąż tutaj jest i nic, póki co, nie zapowiada, aby zniknęła. Bo nie chciała znikać. Chciała tu zostać i być z nim tak długo, jak to tylko możliwe.
      — Robisz już co trzeba, Carter. — Zapewniła. Oboje popełniali błędy, ale nie zawiódł jej pod kątem tego, jak podchodził do ciąży. Zaangażował się i to o wiele bardziej niż się spodziewała. — Nie prosiłabym, żebyś wybierał między mną, a pracą. Wiem, że to dla ciebie jest ważne. Poradzilibyśmy sobie, gdybyś jednak w tę trasę miał jechać. — Dodała. Jakoś by sobie poradzili. Pewnie nie byłoby łatwo, ale daliby radę. Jakby nie patrzeć, ale mieli znacznie ważniejszy problem niż koncerty.
      Spojrzała w kierunku, który wskazał i uśmiechnęła się. Kawiarnia. Śniadanie i herbata. Dokładnie to, czego potrzebowali.
      — Dopisuje nam chyba dzisiaj szczęście. — Stwierdziła z zadowoleniem. — I tak wrócimy później pod koc. Ale najpierw śniadanie, a potem… Może jeszcze jedna rundka wokół parku? Gigi się bardziej zmęczy. I ty będziesz miał czyste sumienie, że wypełniasz polecenia pani doktor. — Dodała i uśmiechnęła się nieco szerzej. Nawet nie było tak zimno, jak się spodziewała, a pomijając wszystko inne… Chciała z nim tak spędzić czas. I z Gigi. Ich dwójka spacerująca po śnieżnobiałym parku i pies, który co chwilę wsadzał nos w śnieg.

      soph

      Usuń
  60. Sophia uśmiechnęła się lekko, kiedy zaczął mówić.
    Wzrok miała utkwiony w jego oczach, które były teraz miękkie i ciepłe, spokojniejsze niż jeszcze wczoraj, kiedy próbowali zadecydować co tak naprawdę między nimi jest i czy są gotowi dać sobie nawzajem szansę. Kiedy tak na niego patrzyła to zdawała sobie sprawę z tego, jak bardzo tęskniła za wszystkim. Tym, jak mogła się zatopić w tych czekoladowych tęczówkach. Za jego ciepłą dłonią, która muskała jej. Za tym spokojem, który potrafili znaleźć tylko w sobie.
    — Wiem, Carter. — Przytaknęła. Nie była naiwna, aby myśleć, że ona nie ma z tą decyzją nic wspólnego, bo wiedziała, że ma. I to ma bardzo wiele wspólnego. Ciąża wywróciła im całe życie do góry nogami i nie mogli udawać, że jest inaczej. Kiedy powiedział te „i za kilka miesięcy będziesz rodzić” te słowa w nią uderzyły mocno. Bo to była prawda. Nie mogła tego przeskoczyć. Kliknąć „przewiń”, aż w ramionach będzie miała tego małego człowieka, którego stworzyli. Będzie musiała przez to wszystko przejść i wcale się to brunetce nie uśmiechało.
    — Chcę cię obok, Carter. Nie prosiłabym, żebyś przekładał mnie ponad swoje rzeczy. — Powiedziała cicho, a jednocześnie z ulgą, że nie będzie musiała się zastanawiać nad tym, jak to dalej będzie wyglądało. On będzie i to się liczyło. — I będziemy cię potrzebować. Ja i nasze dziecko. — Uśmiechnęła się lekko, kiedy to powiedziała. To wszystko stawało się aż nazbyt prawdziwe, a Sophia jeszcze nie wiedziała, do końca, jak sobie z tym ma radzić. I nie musiała wiedzieć wszystkiego od razu, a póki co wystarczyło jej, że Carter był i nigdzie się nie wybierał. — Nie mogłabym tego zrobić z nikim innym.
    Nie chodziło nawet o romantycznego partnera, ale Sophia nie wyobrażała sobie, że miałaby chodzić na badania z przyjaciółką, że to Selena czy Victoria by tam z nią były. To musiał być Carter. Tylko z nim byłaby w stanie to wszystko przetrwać. Jego dłoń powinna była i chciała ściskać, kiedy faktycznie będzie bolało. Mimo, że ciągle naiwnie miała nadzieję, że wcale boleć nie będzie, ale kogo ona próbowała oszukać?
    Przymknęła lekko oczy, kiedy powiedział, że jego miejsce jest teraz przy niej i nie potrafiła się nie uśmiechnąć, gdy ją pocałował. Przytuliła się do mężczyzny lekko, chcąc w tej chwili trwać trochę dłużej niż parę sekund. Sophia wiedziała, że dała mu wybór, który wcale nie był prosty. I nie prosiła o łatwe rzeczy, które mógł kupić. Prosiła o zmiany. Ciężkie i zdające się niemożliwe do wykonania, ale zmiany. Nie wyobrażała sobie, że ona zostanie z dzieckiem, a Carter w tym czasie będzie na imprezie. Połykał kolejne pigułki, rozsypywał biały proszek na lusterku i układał go kartą w równą linię. Nawet, jeśli jakaś jej część wiedziała, że tak może być – to trzymała się tej małej nadziei, że nie wszystko jeszcze jest stracone, że Carter naprawdę zrozumiał, że bez tych zmian nie będą mieć tego, co dziś udają, że mają.
    Sophia chciała, aby Carter wybierał ją teraz ciągle. Nie tylko wtedy, kiedy potrzebuje, ale cały czas. Nie stawiał na pierwszym miejscu, ale żeby wybrał to życie z nią, które mogła i chciała mu dać. Bo wiedziała, że gdy tylko pozwoli jej na znacznie więcej – to potraktuje go tak, jak nikt przedtem i być może przy niej dostanie to, czego nie miał w swoim życiu. Tylko właśnie na drodze do tego stało to jaki Carter był. Jego uzależnienia. Jego przeszłość. Te wszystkie rzeczy, których Sophia zaakceptować na dłuższą metę nie mogła.
    Roześmiała się wesoło na to potwierdzenie, które jej dał i ledwo się powstrzymała, aby nie przewrócić oczami. Carter sobie zdecydowanie za bardzo do serca brał zalecenia lekarza, ale Sophia nawet się nie dziwiła.
    — Apple Watch nie wystarczy do odmierzania kroków? — Zapytała rozbawiona. — Nie martw, zrobię swoje spacerki. Trzy razy wychodzimy z Gigi, trzy spacerki po minimum pół godziny. To już półtorej, a i tak zawsze się przeciągają. Będziemy mieli swoją dzienną dawkę świeżego powietrza i kroków. — Zapewniła z uśmiechem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sophia będzie zadowolona, Carter będzie zadowolony, dziecko i pani doktor również, że Sophia się posłuchała i wykonuje polecenia bez marudzenia.
      Brunetka spojrzała na Gigi, która znalazła coś ciekawego w śniegu akurat w tym momencie. Śnieg osiadał na jej futerku, a Sophia już wiedziała, że przed wejściem do mieszkania będą musieli ją wytrzeć. Łącznie z łapkami, aby nie zostawiała później mokrych śladów na meblach i panelach.
      — Bardzo prawdziwe. — Przytaknęła z cichym westchnięciem. — Myślałeś o tym… Kogo byś chciał? — Zapytała i podniosła na niego wzrok. — Wiesz, dziewczynkę albo chłopca? — Nie prowadzili tej rozmowy i tak, jak wpływu na to nie mieli to preferencje już się pojawić mogły.
      Uśmiechnęła się lekko, bo w życiu nie spodziewałaby się, że tak wcześnie będzie o takich rzeczach rozmawiać. I to właśnie z Carterem, który na początku sądziła, że będzie tylko chwilowym oderwaniem się od rzeczywistości. Myślała, że da radę to zrobić bez zaangażowania się, ale nie potrafiła. Zakochała się szybciej niż sądziła.
      Kolejne słowa Cartera sprawiły, że Sophia na moment zamarła. Rozchyliła lekko usta, a policzki ją zapiekły. Tylko, że nie od mrozu. Może nie powinni byli sobie pozwalać na takie żarty, a jednocześnie nie zamierzała go upominać.
      — I co takiego się niby stanie? — Spytała z cichym wyzwaniem w głosie. Może nie powinna, ale była pewna, że po powrocie do domu spódniczkę zgubi i zostanie tylko w rajstopach.
      Nie zwracała uwagi na baristkę. Sophia skupiła się na Carterze. I na jego kolejnych słowach, które sprawiały, że policzki szczypały ją jeszcze mocniej.
      — Jeśli miałbyś być szczery… To powiedziałbyś, że najbardziej wolisz mnie bez niczego. — Odpowiedziała po chwili, kiedy już pozbierała myśli, które teraz były wszędzie, ale nie tam, gdzie być powinny. Spojrzała na niego spod rzęs, kiedy to powiedziała, a na ustach zamajaczył jej lekko bezczelny uśmiech, który niejeden raz przy Carterze wprowadził ją w kłopoty. — Ale nie możesz mi podrzeć tych rajstop. Mam tylko jedną parę takich ocieplanych, a na kolejne spacerki też planowałam wyjść w spódniczce. — Dodała i zbliżyła się do Cartera na pół kroku, a palce zaciśnięte na jego mocniej ścisnęła.
      Przytaknęła, gdy zaczął mówić o tostach.
      — I z miodem, i migdałami. — Dodała niemal na języku czując już ich smak. — I dla Gigi trochę też. Należy się jej za to odmrażanie nosa w śniegu.

      soph

      Usuń
  61. Musiała przynajmniej na chwilę wrócić do tej wersji siebie, która nie szła grzecznie obok, ale skręcała na własną ścieżkę. Odzyskali dzięki temu chociaż trochę tej dawnej swobody, której im brakowało. Teraz nie było już żadnego udawania, że wszystko jest w porządku. W pewnych aspektach ich życia tak właśnie było, a Sophia teraz trzymała się tych momentów, aby nie zwariować do końca.
    — Sprowokować? — Powtórzyła po nim, jakby nie znała znaczenia tego słowa i nie wiedziała o co mu właśnie chodzi. Ale owszem, chciała. Nie po to, aby coś od niego uzyskać, czy aby po powrocie pierwsze co zrobili to wylądowali w sypialni, ale dla tego uczucia, którego oboje nie czuli od dłuższej chwili. Dla momentu, który będzie tylko dla nich i pozwoli im odciąć się od problemów. — Obawiam się, że nie wiem o czym mówisz. A mój stan nie ma z nim nic wspólnego. Jestem zdrowa i z ciążą wszystko jest w porządku.
    Spojrzała na niego spod rzęs. Nie próbując ukryć uśmiechu, który ciągle próbował wejść jej na twarz. W tej chwili nie było już problemów, żadnych „jeśli”, tylko znowu ich dwoje w swoim świecie, który razem budowali od miesięcy. Wstrzymała niemal oddech, kiedy się nad nią pochylił, a ciepły oddech musnął jej skórę. Musiała aż przymknąć oczy, aby złapać równowagę w głowie. Wszystko co Carter teraz robił, i nawet wcześniej, zdawało się być intensywniejsze niż przedtem. Każdy dotyk i pocałunek sięgał głębiej, a słowa miały większe znaczenie.
    — Bez niczego czy najpierw w tej zielonej koronce? — Spytała szeptem i pozwoliła sobie na to, aby odsunąć się na kawałek, aby móc zobaczyć minę Cartera, kiedy to wypowiedziała. Może nie należało w ten sposób prowadzić rozmowy, wchodzić na takie tematy, ale nie potrafiła się też powstrzymać.
    Zagryzła wnętrze policzka, kiedy mówił dalej, jakby w ten sposób próbowała powstrzymać się przed uśmiechem. To było bezskuteczne, a nawet, jeśliby się jej to udało to Carter potrafił czytać z niej bez problemu.
    — Będę cię trzymała za słowo. — Odparła unosząc lekko głowę. Pod skórą czuła ten znajomy dreszcz, który tylko Carter potrafił w niej wywołać, kiedy rozmowa schodziła na zupełnie inne tory. W dodatku takie, które sama wywołała, bo mogła zignorować jego słowa i udawać, że nie słyszała, a ciągnęła temat dalej. I nie zapowiadało się, aby miała to zmienić. — Oczywiście, że zniknie… — Westchnęła w rozbawieniu pod nosem. Teraz już mogła być tego pewna.
    Kiedy Carter składał zamówienie Sophia opierała się głową o jego ramię. Wiedział doskonale co zamówić. Widząc minę baristki, kiedy poprosił o kromkę chleba z masłem orzechowym dla Gigi prawie parsknęła śmiechem. Dobra, może nie należało jej tym karmić, ale każdy czasem zasługiwał na coś dobrego, prawda? Nawet psy, a zwłaszcza takie, które grzecznie leżały przy nogach w kawiarni i nie robiły awantur.
    Siedząc już przy stoliku co jakiś czas zerkała na Gigi, która leżała pod nim. Dostała nawet własną miskę z wodą, na którą się rzuciła niemal od razu, a potem ułożyła obok Cartera. Oczywiście, że obok niego. Nie mogło być inaczej.
    Sięgnęła dłonią przez stolik po jego. Teraz nawet przez chwilę nie chciała, aby coś ich dzieliło.
    — Dziewczynkę? — Powtórzyła po nim. Uśmiechnęła się miękko do tego wyobrażenia. Mała dziewczynka z ciemnymi włoskami i oczami. Mogła się do tej wizji przyzwyczaić. Przechyliła lekko głowę, kiedy mówił dalej, a kciukiem gładziła wierzch dłoni Cartera. Nie przestraszyła się, a zamiast tego miękko uśmiechnęła. Mimo, że nie do końca zrozumiała jego słowa. — Co masz myśli? — Nie była pewna czy jej myśli poszły w dobrym kierunku. W zasadzie nie poszły w żadnym. Kręciły się jedynie w kółko.
    — Wiesz, że przeciętny kilkulatek zadaje około trzysta pytań dziennie? — Wtrąciła z uśmiechem. — Nasz nie będzie przeciętny. Możesz te pytania pomnożyć razy dwa. — Pewnie każdy rodzic tak myślał, ale ona była tego zwyczajnie pewna. — Masz w sobie czasem więcej cierpliwości niż ja. — Zauważyła. Zależało od sytuacji. Raz to ona ją straciła, a częściej, mimo wszystko, Carter.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jej uśmiech zrobił się nieco szerszy, kiedy zaczęła myśleć o tych małych wersjach. To naprawdę się działo i nie było żadnym „jeśli”, tylko „kiedy”. I te „kiedy” nadejdzie szybciej niż oboje się spodziewają.
      — Zawsze chciałam dziewczynkę. — Przyznała cicho. Starała się mówić ciszej, aby nikt zbyt wiele przypadkiem nie usłyszał. — Ale ja myślałam o takiej małej wersji ciebie. Z tą samą upartością w oczach i uśmiechem, który zwiastuje kłopoty. — Zaśmiała się pod nosem. — Taki mały łobuz, który dobrze wie, na ile może sobie pozwolić zanim zaczną się prawdziwe problemy.

      soph

      Usuń
  62. Nie przyszłoby jej do głowy, że mogą kiedykolwiek rozmawiać o takich rzeczach. Sophia często rozpędzała się w swoich myślach i szczerze mówiąc, kiedy między nią, a Carterem zaczęło się robić poważniej zaczęła myśleć, czy kiedyś będą mieli szansę na takie życie. Wydarzyło się to szybciej niż sądziła, ale chyba za nic w świecie by tego nie zmieniła. Mogła nie wiedzieć co im przyniesie przyszłość, ale dopóki próbowali razem stawić czoła wszystkiemu to chyba nie powinno być tak źle, prawda?
    Uśmiechnęła się lekko, gdy powtórzył po niej słowa i skinęła głową.
    — Owszem, mały łobuz. — Zaśmiała się. Była przekonana, że bez względu na to, czy to będzie chłopiec czy dziewczynka to coś w sobie z łobuziaka będzie mieć. Nie mogło być inaczej, kiedy połowa genów należała do Cartera. — Po prostu mam nadzieję, że otrzyma po nas nasze najlepsze cechy. — Odparła. Bo owszem, tego najbardziej chciała, aby kimkolwiek ten dzieciak był wygrał to co w sobie nosili najlepszego.
    — Mógłby mieć twój uśmiech. — Powiedziała łagodnie. Carter miał w sobie znacznie więcej niż tylko to, jak mocno potrafił kochać. — I determinację. Pewność siebie. Poustawiałby sobie wszystkich kolegów i koleżanki w przedszkolu. — Zaśmiała się i być może nawet nie była daleka od prawdy. Ścisnęła mocniej jego dłoń, ale nie mówiła tego wszystkiego tylko po to, aby mu poprawić humor. Mówiła, bo chciała, aby spróbował uwierzyć, że naprawdę jest w nim więcej niż sam myśli.
    Rozmarzyła się, kiedy zaczął mówić o dziewczynce. Nie potrzebowała wiele, aby wyobrazić sobie Cartera, który poddaje się małej dziewczynce. Miała przeczucie, że nie tylko Carter będzie miał problem z tym, aby jej nie rozpieszczać. Lub jego. Oboje przepadną bez końca, a przynajmniej na to miała nadzieję, że tak właśnie będzie i że przez moment nie będą w stanie widzieć świata, poza tym maluchem.
    — Czyli już akceptujesz, że przegrasz i będziesz na każde zawołanie? — Zaśmiała się, choć czy już tak nie było? Wystarczyło, że Sophia o czymś pomyślała, a Carter jej to przynosił po chwili. I czasem się zastanawiała, czy on przypadkiem nie czyta jej w myślach.
    Sophia znów mocniej ścisnęła jego dłoń i uśmiechnęła się lżej.
    — Poradzimy sobie. — Powiedziała. Oboje będą się potykać i popełniać błędy. Nie było możliwości, aby wiedzieli wszystko i wychowali to dziecko bezbłędnie, ale szczerze wierzyła, że tak długo, jak będą się starać to uda im się to zrobić poprawnie. Wszystko i tak poukłada się z czasem, kiedy już ten maluch faktycznie tutaj będzie.
    — Świat nie jest gotowy na takie combo, co? — Mruknęła z uśmiechem pod nosem. Nie mogła się doczekać tak naprawdę, aż ją lub jego poznają i dowiedzą się kim ten ich potworek jest. I czy faktycznie potworek to było prawidłowe określenie. — Choć jeśli ma mieć twój charakter… Nie wiem, jak sobie poradzę z kolejnym tak upartym człowiekiem w swoim życiu. — Roześmiała się. Zapanowanie nad Carterem wcale nie było prostym zadaniem, bo gdy na coś się uparł to nie było siły, która by go od tego odciągnęła.
    Sophia nawet nie musiała zaglądać pod stół, aby wiedzieć co się tam dzieje. Mina Cartera i jego wzrok mówiły brunetce wszystko. Zaśmiała się cicho, kiedy ostrzegał Gigi, że to tylko kawałek, a potem jej zęby klapnęły. Nie wydała z siebie nawet dźwięku, a Sophia potrafiła sobie wyobrazić jakie spojrzenie mu właśnie pod tym stołem posyła.
    — Gigi ma swoje sposoby, aby przekupić każdego. — Przytaknęła. Nie była taka w schronisku. Bardziej była wycofana i cicha, ale kiedy znalazła się z nimi… Zmieniła się nie do poznania. — Znalazła słabe ogniwo, wiesz o tym, prawda? To ty od początku ją karmisz pod stołem. — Przypomniała. — I po prostu nie umiesz jej odmawiać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gigi miała niesamowity talent do wyciągania od ludzi tego, co chciała, a szczególnie od Cartera. Upatrzyła sobie go jako swojego człowieka, a gdy chodziło o wyproszenie przysmaczków to nie miała dla niego nawet grama litości. Po prostu wywiercała mu spojrzeniem dziurę w brzuchu, dopóki nie dostała tego, czego chciała.
      Pochyliła się lekko, aby zerknąć pod stół i tak, jak się spodziewała – Gigi wpatrzona była w Cartera. Wypraszając jeszcze jeden kawałek od mężczyzny. Zdecydowanie za bardzo ją rozpieszczali.
      Spojrzała po chwili jednak na Cartera, kiedy ten się odezwał i uśmiechnęła się delikatnie.
      — Absolutnie nie jesteś na to gotowy. Trzy dziewczyny w jednym domu? — Pokręciła lekko głową. To się aż prosiło o bycie na „przegranej” pozycji. — Nauczę ją jak owijać sobie tatę wokół palca. — Zażartowała i puściła mu oczko. Ale jeśli faktycznie będą mieli córkę, która po Soph odziedziczy to o czym mówił Carter to żadne lekcje potrzebne nie będą. To jej wyjdzie naturalnie.

      soph

      Usuń
  63. — To Ty zacząłeś mówić o dziewczynce.
    Zaśmiała się pod nosem, jeszcze nie do końca wierząc, że to nie są już tylko jej wyobrażenia, ale prawda. Za pare tygodni będą mogli się przekonać, czy będą mieć córkę lub syna. Sophia wciąż nie potrafiła sobie tego wyobrazić. Mimo, że z każdym kolejnym dniem stawało się to coraz bardziej prawdopodobne. Sophia pokręciła lekko głową, kiedy Carter zaczął mówić dalej. Cóż, oboje będą musieli się zastanowić nad tym, jak sobie poradzą z tym małym człowiekiem, który pewnie samym spojrzeniem od nich wyprosi wszystko i jeszcze więcej.
    — Na Twoje szczęście stajnia jest w Hamptons i jeśli nasza córka lub syn będą chcieli konia, to miejsce dla niego się znajdzie. — Pokręciła lekko głową. Nasza córka lub syn. Sophia po tych słowach kompletnie się rozczuliła. To się działo naprawdę. Już nie było tylko wyobrażeniem, ale prawdą od której żadne nie mogło uciec. — A co do drugiego psa… Do sprowadzenia został nam jeszcze kot. Tego zoo chyba nam wystarczy, nie sądzisz? — Posłała mu lekki, wesoły uśmiech. Czasem mówiła, jakby nigdy stąd się nie wyniosła lub właśnie wróciła i planowała wrócić z całym swoim zwierzyńcem. I chciałaby, Ale patrząc na to, jak teraz było to może Gigi im wystarczy. Kot z królikiem żyli szczęśliwie z Maddie i może tak właśnie miało pozostać.
    Zjadła śniadanie w całości i nie zostawiła po sobie nawet okruszka. Zerkając czasem w stronę tostów Cartera, który oczywiście zauważył jej spojrzenie i zanim Sophia zdążyła się chociaż odezwać jego tost znalazł się na jej talerzu. Gigi dzielnie próbowała wywalczyć kolejne kęsy, ale poza tym ostatnim musiała obejść się smakiem. Oboje lubili ją rozpieszczać, ale nie mogli też przesadzać. Spacer był dłuższy niż planowali, a Gigi niemal cała pokryła się śniegiem i błotem, kąpiel była obowiązkowym punktem po powrocie. Sophia ręki z dłoni Cartera nie zabrała przed cały spacer. Grzał ją, ale przede wszystkim chodziło jej o bliskość, której przez te wszystkie dni jej brakowało. Sama to sobie załatwiła, nie mogła do nikogo innego mieć pretensji, jak do samej siebie. Dlatego wcale nie marudziła, kiedy spacer się przedłużył, a Gigi biegała za każdym ptakiem, który ośmielił się odpocząć na ławce lub chodniku. Do mieszkania wrócili zmarznięci, ona zmęczona i z kolei znów głodna, a pies szczęśliwy i brudny, ale na szczęście bez problemu dała się zaciągnąć do łazienki i pozwoliła im na to, aby przynajmniej umyli jej łapki. Carter zajął się myciem psa, Sophia ją wysuszyła. We dwójkę poszło im sprawniej, a Gigi była chyba bardziej wymęczona samą kąpielą niż spacerem, bo tuż po wyjściu z łazienki ułożyła się na swoim legowisku i zasnęła w moment. Sophia jeszcze nie chciała się pytać o to, co dalej z nimi będzie. Wolała nacieszyć się tym spokojem między nimi. Dla niej to już nie było udawanie, że potrafią jeszcze razem być. Oni naprawdę byli ze sobą i Sophia nie mogła dłużej też udawać, że chciałaby iść przez życie bez niego. Potrafiłaby to zrobić, ale to jeszcze nie oznaczało, że musiała to robić. Od wczoraj było dla niej jasne, że żadne z nich nie chce być osobno. Jeszcze nie wiedziała, jak sobie poradzi z tymi wszystkimi rzeczami, o których Carter jej nie mówił. Nie była pewna, czy chce się go pytać pierwsza czy zaczekać, aż to on zacznie rozmowę.
    Siadła na kanapkę okrywając się kocem i pochyliła się, aby sięgnąć po kubek z parującą herbatą. Objęła go ostrożnie dłońmi uważając, aby się nie poparzyła. W mieszkaniu panowała przyjemna cisza, którą przerywało tylko od czasu do czasu pochrapywanie Gigi. Odchyliła głowę do tyłu, kiedy usłyszała za sobą ruch i oczywiście, że od razu zobaczyła Cartera. Uśmiechnęła się jeszcze szerzej widząc, jak niesie ze sobą talerz z chrupiącymi tostami. Ser wylewał się na boki dokładnie tak jak sobie tego zażyczyła.
    — O Boże, są idealne. — Westchnęła, kiedy wgryzła się w jednego. Ser niemal poparzył ją w usta i język, ale było warto. Przy kolejnym gryzie ser wyciekł spomiędzy kromek chleba na talerz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sophia zamknęła oczy, kiedy jadła. Wzdychając tak, jakby właśnie trafiła do pięciogwiazdkowej restauracji, a na talerzu miała danie przygotowane przez najlepszego kucharza na świecie. Tymczasem to przecież były tylko same tosty. Nic specjalnego, a teraz smakowało najlepiej na świecie.
      — Oboje jesteśmy bardzo zadowoleni. — Zapewniła zerkając w stronę Cartera. Zdawało się jej, że spogląda na nią uważniej niż do tej pory. Jakby jego jedynym zadaniem na teraz było upewnienie się, że niczego jej nie brakuje. I może faktycznie tak było. Może teraz to jedyne co Carter chciał robić.
      Zostawiła pół tosta. Tylko, dlatego że już nie miała zwyczajnie miejsca. Poprawiła się na kanapie i oparła o ramię Cartera, gdzie chciała znaleźć trochę bliskości.
      Mogła żartować o jedzeniu, mogli myć razem psa, ale te pytania wciąż wisiały nim nad głowami. Nie potrafiła się ich pozbyć. Ułożyła dłoń na torsie mężczyzny, czasami sunęła nią w górę lub dół, ale wciąż się o nic nie pytała. Wciąż nie chciała być ta, która przerwie ciszę między nimi. Bo wiedziała, że jedno pytanie mogło poradzić do kolejnej wymiany zdań, do nieporozumień, a było teraz tak dobrze, że Sophia nie chciała tego w żaden sposób przerywać.

      soph

      Usuń
  64. Wpółleżała na mężczyźnie z dłonią luźno opartą o jego tors, jakby to był jeden z wielu czwartkowych dni, które za sobą mieli. Nasycony był pytaniami, które wisiały w powietrzu. Takimi, których jeszcze żadne z nich nie chciało zadawać. Niepisana umowa, że dają sobie jeszcze trochę czasu zanim zacznie się między nimi robić niezręcznie. Tylko, a może aż tyle.
    Sophia uśmiechnęła się pod nosem, kiedy Carter się odezwał.
    — Nie mogę tak jeść codziennie. — Westchnęła. Mimo, że w ostatnim czasie jedyne na co miała ochotę to te przetworzone gotowe dania, fast foody i góra frytek z sosem, który sama sobie wymyśliła. — Ale zapamiętam to, kiedy najdzie mnie na nie ochota o trzeciej w nocy i nie będzie mi się chciało wstawać. — Zaśmiała się i uniosła głowę, aby na niego spojrzeć.
    Kiedy Carter splótł ich dłonie razem, brunetka niemal od razu mocniej ścisnęła jego dłoń. Potrzebowała jeszcze tego dnia normalności. Oboje go potrzebowali, a nie było co ukrywać, że te dni spędzone osobno mocno się na nich odbiły. Sophia lgnęła do bliskości, którą z nim znała. Do tych leniwych popołudni, cichych żartów, które rozumieli tylko oni. Do miejsca, które nazywała od miesięcy domem, a przez niespełna dwa tygodnie nie wiedziała, czy jeszcze będzie mogła tu wrócić. I może nie wróci. Może to był ostatni raz, kiedy tu jest. Żadne z nich w końcu nie wiedziało, jak ich związek zacznie wyglądać, kiedy zacznie pytać. A to się wydarzy. Nie dzisiaj, ale w końcu padnie z jej ust pierwsze pytanie, które otworzy kolejne, a tym razem nie da się spławić. Teraz nie mogła uwierzyć w wymówki, którymi Carter ją karmił przez miesiące. Jeśli mieli coś razem zbudować, a Sophia szczerze tego chciała, to musieli zacząć od siebie. Od czystej kartki, którą zapełnią razem. Ta niewygodną prawdą, której oboje unikali. To już nie był czas, kiedy mogli coś przed sobą ukrywać.
    Dla Sophii te dni równie dobrze mogły nie istnieć. Chyba nigdy przedtem nie czuła się tak samotnie, jak właśnie teraz, kiedy dosłownie wyrzuciła Cartera ze swojego życia. Nie pozwalała mu się odzywać, zbliżać, a każdą jego próbę ignorowała. Po raz kolejny robić tego nie chciała. Wczoraj, mimo, że niewiele sobie wyjaśnili, zrozumiała, że źle zrobiła, gdy odeszła. To z nim obok wszystko miało więcej sensu. Była radośniejsza, kiedy miała go obok. Jak miała z tego zrezygnować? Jak miałaby mu niby odebrać możliwość bycia ojcem?
    Gdyby cisza między nimi stała się dłuższa Sophia najpewniej by zasnęła, ale Carter ją przerwał. Przez chwilę nic nie mówiła, tylko spojrzała na mężczyznę z lekko uniesioną brwią.
    — Nasze własne miejsce? — Powtórzyła po nim. Uwielbiała ten apartament, naprawdę. I czuła się w nim świetnie, ale… Ale dom nabierał zupełnie innego znaczenia. Taki z ogrodem, gdzie Gigi mogłaby się bawić. I nie tylko Gigi. — Mój zwierzyniec to tylko Gigi, Chester i Daisy, to tobie chodzi drugi pies i koń po głowie. — Wypomniała z lekkim uśmiechem, ale owszem nawet na ich trójkę przydałoby się coś większego.
    Sophia westchnęła cicho, jakby się nad czymś zastanawiała, Wyobrażała sobie, że mają dom, ale sądziła, że to wydarzyłoby się dopiero za jakiś czas. Może za parę lat, a tutaj zaczęliby budować swoją małą rodzinę. Trochę skomplikowaną, ale jednak własną.
    — Podoba mi się ten pomysł. — Przyznała. Nie rzuciła żadnego „jesteś pewien?”, zdążyła go poznać na tyle, aby wiedzieć, że nie rzuca takich słów na oślep. I jednocześnie, że Carter decyzje podejmuje pod wpływem emocji, które czasem należało zahamować. — Moglibyśmy się za czymś rozejrzeć. Myślałeś o domie w mieście czy gdzieś w okolicach? — Spytała. Duży ogród prędzej znajdą na obrzeżach Nowego Jorku, ale wtedy dojazdy będą utrapieniem, ale raczej takim do przeżycia.
    — I wiesz, my już tutaj wiele razem zbudowaliśmy. — Dodała i uśmiechnęła się ciepło
    Nie próbowała go powstrzymać mówiąc, że najpierw powinni porozmawiać, a dopiero potem tworzyć plany. Ona również na moment chciała o tym wszystkim zapomnieć i po prostu planować przyszłość z mężczyzną, którego kochała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sophia się podniosła i za chwilę siedziała już na udach Cartera przodem do niego, a ręce ułożone miała na jego ramionach. Uśmiechnęła się lekko, a po chwili pochyliła i musnęła jego policzek, a potem przy kąciki ust.
      — Opowiedz mi o czym jeszcze myślałeś. — Poprosiła. Chciała poznać jego myśli, to co naprawdę o ich nowej sytuacji sądził, jak widział ich przyszłość.

      soph

      Usuń
  65. Jeszcze przez jeden dzień mogła się oszukiwać, że nie potrzebuje wiedzieć wszystkiego. Tyle mogła podarować sobie i jemu, jednocześnie dobrze wiedziała, że kolejnych szans nie będzie. Momentami ruszali zbyt szybko. Zaledwie wczoraj mówił o tym, że znajdzie dla niej własne mieszkanie, aby nie musiała znów mieszkać u kogoś, a dziś rozmawiali o tym, jak będzie wyglądał ich wspólny dom, za którym nagle planowali się rozglądać. Ale tak właśnie wyglądało życie z Carterem. Wszystko zmieniało się w przeciągu chwili. Przecież ile minęło, zanim z nim zamieszkała? Miesiąc? Może nawet mniej, a ona już znosiła tutaj swoje rzeczy. Minęło jeszcze mniej, a oni nawet nie snuli wizji rodziny, a ją przypadkiem sobie założyli, chociaż żadne z nich nie było na to przygotowane i o tym wiedzieli, ale okłamywali siebie i wszystkich wokół, że są wystarczająco dorośli na podjęcie się tak ogromnego obowiązku.
    Wsłuchiwała się w jego słowa uważnie.
    Carter nie był tym, który mówił wiele czy otwarcie o swoich uczuciach, a czasem wyciągnięcie czegoś z niego wręcz graniczyło z cudem. Dlatego, kiedy już zaczynał to Sophia nie wcinała się słowami. Słuchała go, zapamiętywała, a częściej niż rzadziej lekko uśmiechała, gdy o tych wszystkich wizjach jej mówił.
    — Świeży start? — Nie była pewna czy to z jej strony była propozycja czy może sugestia. Bez znaczenia czym to było, ale im się należało. Żadne z nich dobrze nie podeszło do tego tematu, popełnili różne błędy ze sobą, a teraz mieli szansę do tego, aby naprawić to, co zdążyło im się w międzyczasie rozpaść. Nawet, gdyby chciała to nie potrafiłaby udawać, że ta wizja się jej nie podoba.
    Sophia westchnęła cicho w krótkim rozmarzeniu, jakby już widziała ten dom, który zapełni ich mała rodzina. Dom z przestrzenią do biegania nie tylko dla Gigi, ale i dla ich dziecka. Przestronne pomieszczenia, które zapełnią się wspólnymi wspomnieniami. Życie, które mogli tam zacząć dla siebie budować.
    — Gigi na pewno mniej krzywdy zrobi sobie rozbijając się o krzaki. — Zaśmiała się pod cicho, bo to, ile razy wpadała na meble przekraczało wszelkie granice. — Oczywiście, że chciałabym w pokoju dla dziecka huśtawkę. — Uśmiechnęła się. Nawet, jeśli skorzysta z niej dopiero za pół roku od urodzenia to był to świetny dodatek na przyszłość.
    Objęła go za szyję, a opuszkami kciuków delikatnie muskała jego ciepłą skórę. Nie naciskała z odpowiedzią, a wręcz czekała cierpliwie na to, aż Carter będzie mówił dalej. Dając mu przestrzeń, której najwyraźniej potrzebował.
    — Brzmi, jak bezpieczne miejsce. — Odezwała się po chwili. Takie, gdzie nikt nie będzie na niego czekał z aparatem w dłoni. Żadnych głośnych fanów czających się po zdjęcie.
    Przymknęła oczy, gdy nachylił się, a nosem musnął jej policzek. Zmarszczyła lekko własny, a jej usta wyciągnęły się w lekkim uśmiechu. Tym spokojnym, który zdawał się nie być niczym zakłócony. Dokładnie taki, jakiego przez ostatnie dni jej brakowało, a który teraz już tylko Carter potrafił w niej wywołać.
    Sophia wyczuła to ciche drżenie jego głosu, gdy mówił o dziecku, ale nie podciągnęła tego. Nie zapytała, chociaż chciała, „jesteś pewien, że tego chcesz?”, bo już w wyraźniejszy sposób nie mógł jej powiedzieć, że chce nie tylko jej, ale i tego dziecka. Zapewniał ją o tym na każdym kroku, a jego reakcje – tego nie dało się udawać. Sophia nie miała powodu, aby choć przez moment teraz sądzić, że Carter w bycie ojcem pakować się nie chce. Nie, gdy mówił o wspólnym domu, a już na pewno nie po tym, jak wyglądał wczoraj, podczas gdy w gabinecie jedynym dźwiękiem było bicie serduszka ich dziecka.
    — Brzmi… Wspaniale. — Przyznała cicho. Dokładnie tak, jak sama tego by chciała, a może nawet lepiej niż wspaniale. — I brzmi też na wiele siniaków i guzów u Gigi. — Dodała z krótkim śmiechem. Potykała się czasem o własne łapki, to się aż prosiło o drobne urazy.
    — W porządku, pasuje mi. Blisko miasta, ale nie w jego centrum. — Zgodziła się. Nie chciała wynosić się z Nowego Jorku. Mimo różnych historii to było jej tutaj dobrze. Oboje się tu wychowali i chciałaby, aby ich dziecko się również tu wychowało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sophia uśmiechnęła się lekko pod nosem, kiedy wspomniał o kocie.
      — Nie sprowadziłam go, bo jesteś uczulony. — Jeszcze tego brakowało, aby to ona jemu przypominała. Inaczej Chester byłby tutaj już dawno. — Nie chcę, aby mnie ktoś posądził o sabotowanie życia mojego… — Urwała niespodziewanie, bo kim w zasadzie był? Chłopakiem? Narzeczonym? Czy tylko ojcem jej dziecka? — Nie ma potrzeby, abyś się męczył. — Dodała i posłała mu lekki uśmiech, którym próbowała zakryć swoje zawahanie.
      Zadrżała, kiedy jego palce sunęły wzdłuż jej pleców. Krótkie, ciche westchnięcie wyrwało się spomiędzy jej ust, a nawet, gdyby próbowała to nie mogłaby go powstrzymać. Nachyliła się niemal instynktownie, nie chcąc teraz tracić nawet ułamka z tego czasu, który razem dzielili. W tych zmieszanych oddechach i krótkich spojrzeniach naprawdę było więcej niż mogli wypowiedzieć sobie przez cały ten czas. Nie zwlekała z odwzajemnieniem pocałunku, mimo, że teraz nie miała pojęcia co te pocałunki oznaczają. Czy w ogóle mają jakieś znaczenie, czy po prostu to… przyzwyczajenie, choć tak pomyśleć by nie potrafiła.
      Dłonie zsunęła niżej, na jego ramiona, nie zmieniając pozycji. Wciąż trwając blisko.
      — Widzę przestronny, jasny dom. Z dużą kuchnią, w której będę mogła robić dla nas kolacje i piec co tylko przyjdzie mi do głowy. — Mówiła szeptem, a każde słowo nie tyle co było przemyślane, a siedziało w niej od dawna. — Słyszę Gigi biegającą po domu. I… małe stópki, które jeszcze nie potrafią dobrze chodzić, ale sobie radzą. I ciebie… krok za nią lub nim, pilnujący, aby nie zrobiło sobie krzywdy.
      Uśmiechnęła się delikatnie. To jednocześnie mogła być ich rzeczywistość i jedynie piękny sen, bo przecież w obliczu wszystkiego co się działo nie było żadnej pewności, że do takiego życia dotrwają.
      — Miałbyś swoją przestrzeń, żeby dalej robić muzykę. Ja miałabym ogród i małą szklarnię. Pokój dla dziecka byłby duży i pełen światła, jasny, ale nie beżowy. Kolorowy. Żywy. I wszyscy bylibyśmy szczęśliwi.
      Momentami miała wrażenie, jakby opowiadała bajkę lub składała modlitwę do wszechświata, by jej wysłuchał i nie pozwolił Carterowi odejść, a może, żeby to znów jej nie pozwolił tego zrobić.

      soph

      Usuń
  66. Wiedziała, że nie mogła tego mieć. Nie była tak głupia, na jaką ostatnio wyglądała. To były marzenia, ale nie rzeczywistość, którą będzie mogła z nim przeżyć. Sophia mogła się starać i namalować mu najpiękniejszy obrazek wspólnej przyszłości na jaki tylko będzie ją stać, ale ostatecznie wszystko zależało od Cartera. Nie trzymałaby go przy sobie na siłę. Musiała odpowiedzieć sobie szczerze na kilka pytań. Czy człowiek w przeciągu paru miesięcy naprawdę może się tak zmienić? Zostawić za sobą te głośne życie, które było częścią jego osobowości na nieprzespane noce z płaczącym niemowlęciem? Butelki whisky zmienić na te z mlekiem? Czy człowiek, który nie używał lusterka, aby się przejrzeć mógł być dobrym ojcem?
    Chciałaby w końcu wydusić z siebie pierwsze pytanie, ale nie potrafiła.
    Trochę teraz oszukiwała. Siebie oraz jego. Z tymi wszystkimi fantazjami na temat ich życia. Z myślą, bardzo niebezpieczną, że mogło im się faktycznie udać. Mogło im się nie udać, a choć nie chciała się szykować na dwie wersje – tę z nim i bez niego – to podświadomie to robiła. Może sądziła, że tak później będzie łatwiej, jeśli jednak im nie wyjdzie, a ona stąd wyjdzie i tym razem już się nie odwróci, aby spojrzeć z nadzieją na Cartera po raz ostatni.
    W pierwszej chwili, kiedy ujął jej twarz w swoje dłonie miała ochotę odwrócić wzrok. Ostatecznie tego nie zrobiła. Chciała jeszcze przez chwilę żyć w tej iluzji domu z ogrodem i dziecięcego pokoju z huśtawką. Pozwalała sobie na to, aby uwierzyć w te wszystkie obietnice, które być może nieświadomie Carter jej właśnie składał. Sophia niczego bardziej niż tego, aby się one spełniły nie chciała, a jednocześnie była pełna wątpliwości, czy na pewno im się to uda. Czy mają w ogóle prawo to przetrwać.
    Nie wiedziała, czy cokolwiek powinna była powiedzieć. Dlatego milczała i pozwoliła, aby to jej wyobraźnia była ostatnim co między nimi padło. Jakby wiedziała, że gdy tylko się odezwie to głos ją zdradzi. Ton i drżenie. Prawda była taka, że nic nie było w porządku, a wszystko co między nimi padło było tylko pobożnym życzeniem. Jeszcze wczoraj nie chciała go widzieć, a dzisiaj planowali kupić dom i wyobrażali sobie przyszłość? Jak takie coś mogło przetrwać? Nawet Sophia nie była świadoma na ile wyrzeczeń się zapisała, kiedy zapadła decyzja o zatrzymaniu tej ciąży. I chwilami wciąż się zastanawiała, czy na pewno podjęła odpowiednią decyzję. Nie dla samej siebie, ale dla tego nienarodzonego dziecka, któremu nie mogła zagwarantować pewnej przyszłości.
    Pasowało jej, że Carter również od siebie nic nie dodawał. Mimo, że milczenie wcale niczego nie załatwi i nie wyciszy, nie na dłuższą chwilę. Czuła jego ciepłe usta na skórze, a każdy pocałunek wysyłał znajome dreszcze wzdłuż kręgosłupa, ale nawet z nimi nie potrafiła się wczuć tak, jak zwykle. Tym razem te znajome gesty nie wystarczyły, aby ciężar, który siedział jej na ramionach po prostu zniknął. Jakby już nawet samej siebie nie potrafiła zmusić do dalszego udawania, że tak między nimi może już pozostać, a oni wcale nie mają do przepracowania setek rzeczy, które Carter przed nią ukrywał.
    Nie kazała mu przestać. Mimo myśli chciała tej bliskości z nim. Dlatego palce przesunęła wzdłuż jego ramienia, a potem na kark, a ciche westchnięcie osiadło jej na ustach. Nic nie było w porządku, a Sophia widziała to coraz wyraźniej i wcale nie była pewna, czy pocałunki i dłonie pod bluzką będą w stanie wyciszyć te wszystkie pytania. Nie zaczekała na to, aż Carter się zorientuje, że odpłynęła myślami dalej. Ujęła w dłonie jego policzki, aby podnieść mu głowę, nachyliła się zanim mógłby dostrzec jakąkolwiek zmianę i sięgnęła do jego ust, jakby tym razem to ona próbowała wyciszyć to przed czym oboje uciekali. Dłonie zsunęła z jego twarzy na tors, przenosząc na swoje ciało do guzików od sweterka, które niespiesznie rozpinała, chociaż nie wiedziała właściwie po co.

    soph

    OdpowiedzUsuń
  67. Potrzebowała się wyciszyć. Znaleźć sposób, który pozwoli jej nie myśleć o tym wszystkim co w niej tak głęboko siedziało. Carter mógł jej to dać. I chciał jej to dać. W tych wszystkich żartach, które między nimi dziś padały było napięcie, które prosiło się o rozładowanie. I do tego właśnie Sophia wróciła. Do żartów o spódniczce, która sama znika. Do zdejmowanych rajstop z nabożną czcią, bo miała tylko jedną parę. Rozsypałaby się, gdyby zadała teraz chociaż jedno pytanie, a tego nie potrzebowało dziś żadne z nich. Pojawiła się w niej myśl, że może jednak należało zacząć pytać, a nie chociaż się za potrzebą bliskości. Nie spychać tych pytań na bok, ale nie potrafiła się teraz przed nim otworzyć. Pokazać mu, jak mocno od dwóch tygodni to wszystko ją bolało, że to już nie była zabawne, kiedy nie wiedzieli o sobie wszystkiego. Że ta nuta tajemnicy teraz stała się przytłaczająca. Na początku owszem, sądziła, że to jest pociągające. Mężczyzna z drugim życiem, o którym Sophia niewiele wiedziała. Odkrywanie kawałek po kawałku tego co jeszcze w sobie krył. Wtedy odpychała od siebie myśli, że te drugie życie powiązane jest z FBI, ze znikaniem w środku nocy i wracaniem do domu pachnąc innymi ludźmi, ze śladami, które nie pochodziły do niej.
    Przestała myśleć. Żadnych tajemniczych mężczyzn w jego biurze. Żadnych byłych dziewczyn czy żon. Paczek, które zawierały rzeczy, o których Sophia wolałaby nie myśleć. Nie było drugiego Cartera czy Zaire’a. Nie było tego drugiego życia. Tylko to jedno, które miał z nią. Te, które według niej było odpowiednie i jedyne, jakie mogła zaakceptować. Musiała przestać, bo gdyby tylko pozwoliła sobie na dodatkową myśl o nich – żadne udawanie nie wchodziłoby już w grę, a wszystkie emocje, które w sobie blokowała bez problemu znalazłyby z niej drogę ucieczki, a wtedy wszystko by się posypało jeszcze bardziej.
    Pogłębiła więc pocałunek, mocniej niż do tej pory. Rozchylając mu usta językiem, zrobiła to niemal łapczywie, jakby za moment ktoś miał jej go wyrwać z dłoni. Bo przecież mógł, prawda? Zsunęła sweterek, jakby to była najprostsza rzecz na świecie. Pod nim został tylko podkoszulek na cienkich ramiączkach. Odchyliła głowę, gdy usta Cartera zsunęły się na jej szyję. Przymknęła oczy, próbując skupić się przede wszystkim na tej chwili, ale mimo tych wszystkich prób te myśli, które tak od siebie odpychała dobijały się. Waliły głośno, jak do drewnianych drzwi i nie dawały spokoju.
    Drgnęła, kiedy wypowiedział jej imię. Bez żadnego zawahania, bez choćby sekundy, która jej dałaby zielone światełko, że może warto się zatrzymać. Nie, Carter zachowywał się dokładnie tak, jak dziesiątki razy przedtem. Poczuła, jakby to znów ona miała problem. Jakby wyolbrzymiała to, co się wydarzyło.
    — Carter… — Powtórzyła po nim. Nie miała pewności, czy to była prośba, aby się zorientował, że zbyt wiele w niej teraz się dzieje czy odpowiedź na pocałunki, które zostawiały po sobie rozgrzane ślady. Każdy jeden taki niemalże palił zatapiając się mocniej pod skórą. Nic między nimi nie było teraz proste, a w niej budowały się dodatkowo wyrzuty sumienia, czy na pewno dobrze robi, skoro to wszystko było po to, aby zagłuszyć rzeczywistość. Nie używała seksu jako ucieczki, a przynajmniej do dziś tego nie robiła.
    Sięgnęła dłońmi do jego koszulki. Nie patrząc już na to, czy dobrze robi, czy może po wszystkim uderzy w nią taka fala wyrzutów sumienia, że się nie pozbiera. Jednocześnie nie było w niej pospiechu, kiedy zdejmowała mu przez głowę koszulkę i odrzuciła ją kawałek dalej. Wzrok prześlizgnął się po jego ciele, a potem nachyliła się ponownie. Wpijając w jego usta, jakby nic innego poza nimi się nie liczyło. Wciąż smak jego ust był taki, jak zapamiętała. Lekko kawowy. Wargi były miękkie i znajome. Dłońmi przesunęła wzdłuż znajomego torsu, który mogła odtworzyć w pamięci. Oderwała się od jego ust, zsuwając odrobinę w dół na mężczyźnie. Ustami naznaczyła jego szyję, ramiona i schodziła pocałunkami niżej. Trochę chaotycznymi, nie do końca jej, równie dobrze mógł uznać, że to przez przerwę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uniosła lekko głowę, kiedy składała pocałunek na jego mostku. Tuż przy znajomych liniach tuszu. Rozchyliła lekko wargi, a jej policzki były rumiane, choć, jeśli sama miałaby powiedzieć od czego takie się stały, to nie znalazłaby prawidłowej odpowiedzi. Posłała mu uśmiech, krótki i niewiele znaczący, nim na skórze zostawiła kolejny pocałunek. Szybko, jakby się chowała przed jego spojrzeniem. Już nie chciała, aby się orientował. Wróciła z pocałunkami na jego szyję. Zatrzymała się ustami w tym miejscu między obojczykiem, a ramieniem. Palce z kolei lekko zacisnęła po jego bokach. Oddech miała płytki, urywany, a ona sama nie do końca była pewna, co robi, ale cofać się również już nie zamierzała.

      soph

      Usuń
  68. Nie zauważył i nie mogła mieć o to pretensji. W końcu postarała się, aby Carter na pewno nie zauważył, że to wszystko wciąż ją gryzie. Cisza wcale nie była odpowiedzią, a próbą zagłuszenia wszystkiego co nie wychodziło na wierzch, mimo że próbowało. Jakby nieświadomie wiedziała, że jeśli wypowie jedno pytanie to wszystko runie, a na to Sophia nie była gotowa. Nie była gotowa na to, aby między nimi znów się popsuło, ale czy coś mogło się popsuć, kiedy poprzednie rzeczy jeszcze nie zostały naprawione? To też nie było tak, że Sophia się do czegokolwiek zmuszała. Pragnęła z nim tej bliskości, jego rozgrzanego oddechu na swojej skórze czy dłoni, które znały jej ciało momentami lepiej niż ona sama. Każdy jeden żart, który padł między nimi podczas śniadania nie był rzucony w pustkę. Nie był obietnicą, którą kiedyś może spełni. W każdym tym zdaniu było pragnienie, którego Sophia nie potrafiła przed nim ukryć, a za pragnieniem w parze szła tęsknota za tym, jacy potrafili być. Jednocześnie stało się to dla niej również ucieczką. Momentem, kiedy nie będzie musiała myśleć ani podejmować decyzji. Czasem, który na trochę może stać się bezpieczną przystanią.
    Wiedziała, że gdyby zwlekała z odpowiedzią na jego pieszczoty, raz się odsunęła lub zaczęła budować dystans to Carter zauważyłby, że coś się dzieje. Zatrzymałby się i spojrzał na nią uważniej, a potem zapytał, co się dzieje. Z tym, że brunetka teraz równie mocno, jak on, ale nie była gotowa na to, aby odpowiadać na pytania. Dlatego zatapiała się w kolejnych pocałunkach, dlatego nie czekając na niego zdjęła z siebie podkoszulek, który zaraz dołączył do jego koszulki. Odsunęła się na moment, jednak nie tak, jakby potrzebowała przerwy, a bo chciała, żeby na nią spojrzał. Nie w oczy, to jej teraz nie obchodziło. Na ciało. Potrzebowała tej dawki zapewnienia, że wciąż mu się podoba. Sprawdzić, czy jego oczy rozpalą się dokładnie tak samo, jak dziesiątki razy w przeszłości. Zadrżała od chłodu. Odsłoniła plecy i brzuch, ramiona. Wciąż tylko schowana za jasnoróżowym koronkowym stanikiem. Jakby czekała, aż ją skomplementuje i powie coś, co sprawi, że rozbroi się całkowicie. I owszem, widziała, a Carter niemal nie odrywał od niej spojrzenia, ale w tej chwili potrzebowała znacznie więcej, jakby to jego słowa czy mocniejsze spojrzenie miało ją teraz zatrzymać w tym momencie na dłużej.
    Smak jego skóry wciąż czuła na języku, a rozpalone ciało miała tuż pod swoimi dłońmi, które ze znajomą wprawą błądziły po jego torsie i bokach, zaczepnie i w psotny sposób, jakby specjalnie przedłużała to wszystko, zanim faktycznie dojdzie do czegoś więcej. Sama zaczynała się już niecierpliwić. Nachyliła się nad nim, a oddechem musnęła jego ucho. Tuż pod nim złożyła delikatny pocałunek. Niespiesznie poruszyła biodrami, powoli i prowokacyjnie, jakby sprawdzała, na ile jeszcze skłonny będzie jej pozwolić zanim jego cierpliwość do niej wyparuje. Sama cicho zamruczała, tu przy jego uchu. Powoli kontrola, która zawsze była ulotna, wymykała się jej spomiędzy palców.
    — Tęskniłam za tobą. — Wyszeptała. Zrobiła to cicho, aż sama zastanawiała się, czy te słowa naprawdę padły czy Sophia tylko ledwo poruszała ustami i nie wydała z siebie żadnego dźwięku.
    Dotyk Cartera był znajomy, a przede wszystkim bliski. Przywoływał dziesiątki wspomnień i chwil, które dzielili na tej sofie razem. Podobnie, jak wtedy, teraz również serce jej drżało. Zamknęła się przed tymi pytaniami. Nie pozwalając, aby zepsuły im tę chwilę. W środku wiedziała, że udaje, ale tego momentu jej nie zepsują. Nie sprawią, że bliskość z Carterem, która dla niej zawsze była istotna, przestanie mieć to samo znaczenie.
    Usta odnalazły jego, a pocałunek Sophia od razu pogłębiła nie czekając na jego zgodę czy ruch. Zrobiła to, a palce zacisnęła na ramionach, swoimi biodrami naciskała na jego. Wciąż towarzyszył jej ten chaos sprzed chwili, jednak przykryty był on teraz już czystym pożądaniem, które rozpaliło się w niej mocniej niż planowała przesłaniając wszystko inne.

    soph

    OdpowiedzUsuń
  69. Odsuwała od siebie te wszystkie myśli, które uparcie stukały ją w ramię, aby móc bez ograniczeń cieszyć się tą chwilą. Tym, że miała Cartera obok i nie musiała już za nim tęsknić, jak przez te wszystkie ostatnie dni, kiedy to Sophia nie potrafiła znaleźć sobie miejsca, a jedyne, w którym chciała się znaleźć należało do mężczyzny. Jej duma i upartość nie pozwalały na to, żeby wróciła do niego wcześniej i gdzieś w środku wiedziała, że gdyby nie pojawił się pod tą kliniką wczoraj to nie ona przerwałaby tę linię milczenia między nimi. Nie, Sophia dalej by w to brnęła przekonana, że podjęła najlepszą decyzję dla siebie i dziecka. Obecnie nie miała już tak naprawdę żadnej pewności, która decyzja jest tą odpowiednią, a każde – naprawdę każda, zdawała się nieść za sobą konsekwencje, na które brunetka zwyczajnie nie była gotowa.
    Przez moment była przekonana, że Carter wszystko wyczyta z jej ciała. Rozpozna, że to drżenie nie jest tylko wywołane pożądaniem, którego nie potrafiła zgasić, ale również tymi wszystkimi nieodpowiedzeniami, które teraz między nimi leżały. A może nie chciał tego zauważać? Sophia się maskowała, a kiedy jej na tym zależało to potrafiła wykonać to bezbłędnie. Schować się za maską, której nie zdejmowała z siebie aż do samego końca. Jednocześnie taka niewielka część młodej kobiety miała tę głupiutką nadzieję, że mężczyzna, którego kochała z całego serca, w końcu dostrzeże co jest nie w porządku, choć przecież wiedziała, że to się nie wydarzy. Nie, kiedy tak skutecznie ukrywała się pod tymi wszystkimi warstwami.
    Jej samej coraz trudniej było o tym myśleć, gdy Carter całował ją w ten sposób. Tak, jakby nic się między nimi nigdy nie zmieniło, jakby nie istniały te wszystkie problemy, z którymi musieli się jeszcze zmierzyć. Objęła dłońmi jego twarz, a pocałunek odwzajemniła z siłą, której się po samej sobie nie spodziewała. Jakby lada moment ktoś miał jej Cartera odebrać lub co gorsza on sam odejdzie, a to była jedyna chwila, aby się nim nacieszyć. Usta Sophii przesunęły się z jego ponownie na szyję, której nie szczędziła pieszczot. Przeciągała wargami po jego skórze spokojnie, jakby coś z niej czytała i poniekąd tak właśnie było, a każde drgnięcie jego ciała czy westchnięcie było niczym zaproszenie do kolejnych pocałunków.
    — Carter. — Szepnęła w zniecierpliwieniu. Zdradzał ją ton głosu, który już nie brzmiał spokojnie, ale był rozchwiany od emocji i jego dotyku. Od gorących dłoni i ust, które błądziły po jej ciele, jak po mapie, którą doskonale znał. Znów zadrżała, ale tym razem było to mniej kontrolowane, a jej ciche westchnięcie padło między nimi.
    Po jego słowach przeszył ją kolejny dreszcz, wyraźniejszy i mocniejszy od poprzedniego. Zacisnęła palce na jego ramionach, ale nie od razu odpowiedziała. Zamiast tego odnalazła jego usta, a w pocałunku zawarła wszystkie słowa, których mogłaby użyć. Kochała go – prawdziwie i mocno. Pierwszy raz pokochała kogoś w ten sposób. Zdawało się jej momentami, że dojrzalszy niż poprzednie razy, kiedy Sophia była zakochana.
    — Kocham cię. — Powtórzyła po nim, jednak nie robiła tego bezmyślnie. Przylegała już niemal całą sobą do torsu Cartera. Jego skóra stykała się z jej. W przeciwieństwie do niej Carter był przyjemnie ciepły, a Sophia jakby właśnie ostatnie kilka minut spędziła na tarasie.
    Westchnęła między pocałunkami, a każdy kolejny coraz mocniej odciągał ja od tych wszystkich myśli, które w niej jeszcze siedziały. Sophia skupiła się już tylko na jego pocałunkach i miękkich ustach. Na cieple bijącym z jego ciała. Kolana wbite miała w siedzenie sofy, ścisnęła go udami. Odsunęła się minimalnie, ale nie przerwała pocałunku. Jedynie dłońmi sięgnęła do jego pasa, walcząc po omacku z paskiem i guzikiem. W jej ruchach nie było już cierpliwości, którą na co dzień się Sophia cechowała, to nie był również pospiech, a ten rodzaj zniecierpliwienia, który nie chciał już dłużej czekać. Uśmiech przemknął jej przez twarz, nie tylko ona się niecierpliwiła i o tym wiedziała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dmuchnęła delikatnie na miejsce na jego skórze, które przed chwilą całowała.
      — Pokaż mi, jak mnie kochasz. — Szepnęła mu do ucha, pod którym złożyła krótki pocałunek, a potem jeszcze jeden, a w międzyczasie jej palce musnęły boki jego ciała, jakby sprawdzała, które miejsca są najwrażliwsze na jej dotyk.

      soph

      Usuń
  70. Wszelkie myśli, które tak uparcie się jej trzymały w końcu zaczęły odpuszczać. Była w końcu świadoma, że nie rozwiążą swoich problemów w ciągu jednego dnia, a udawanie normalności mogło im pomóc zacząć normalnie funkcjonować. Tego właśnie chyba najbardziej potrzebowali. Wrócić do poprzedniego rytmu, a w międzyczasie próbować naprawić to, co między nimi się popsuło. Niekoniecznie cały czas musieli do tego używać słów. Czasem wystarczyła odrobina dotyku, aby problemy zeszły na bok. Mimo swojego nastawienia, aby rozwiązywać wszystko od razu, Sophia przystopowała. Mieli czas, aby się ze sobą pogodzić i mogli robić to na swoich warunkach, a nie podążać na ślepo jakąś ścieżką wyznaczoną przez… właśnie, kogo?
    Owszem, spojrzenie Cartera stało się na tyle intensywne, że było ono niemal przytłaczające. Westchnęła krótko, jakby tym krótkim ruchem próbowała je z siebie strząsnąć, chociaż to nie dało zbyt wiele, a Sophia uwielbiała ten rodzaj spojrzenia. Ono samo było jak wystarczający dowód, że między nimi wcale nic się nie zmieniło, a to była tylko krótka przerwa i w dodatku niesamowicie zbędna.
    Jeszcze chwile walczyła z paskiem, aż w końcu udało się jej go rozpracować. Rozpięła jeszcze tylko guzik, ale przy reszcie potrzebowała pomocy z jego strony. Wystarczyłoby, aby na moment się uniósł, ale zamiast tego Carter zrobił coś, czego Sophia się nie spodziewała i przez moment nie była pewna, jak ma na to zareagować. Dezorientacja pojawiła się niemal od razu na jej twarzy. Najpierw zmienił tempo, to ona się spieszyła, jakby ktoś ją gonił, ale w rzeczywistości to były tylko i wyłącznie jej własne myśli, które dopiero teraz zaczęły skupiać się na mężczyźnie. Zamrugała parę razy, kiedy ją odsuwał i zsunął z kolan. Pierwsza myśl, która jej przyszła do głowy to, że zrobiła coś nie tak. Rozchyliła lekko usta, już gotowa, aby coś powiedzieć, ale ją uprzedził. Przez kilka sekund, które zdawały się ciągnąć w nieskończoność nie poruszyła się. Skóra na jej rękach zdążyła pokryć się gęsią skórką, jednak nie było to spowodowane zimnem, a tym, jak Carter na nią patrzył. Był skupiony. Pochylony lekko do przodu, opierając się łokciami o własne uda, a jego spojrzenie ciemne i skupione na niej. Przeszył ją kolejny dreszcz, aż zrobiła krok do tyłu. Nie przez strach, a raczej po to, aby mógł się jej lepiej przyjrzeć. Dokładniej. Bez zadzierania głowy do góry. Był to minimalny krok, ale wystarczający. Nie czuła budującej się między nimi odległości. Wręcz przeciwnie. Wszystko co teraz Sophia czuła sprowadzało się do niego.
    Zadrżała słysząc jego rozkaz.
    Kilka chwil Sophia tylko na niego patrzyła z lekko rozchylonymi ustami i drżącą klatką. W końcu powoli sięgnęła palcami do rozpięcia spódniczki. Rozsunęła suwak i zsunęła ją z bioder, a potem spadła sama. Nogą odsunęła ją na bok. Widziała, że każdy jej ruch jest obserwowany. Wsunęła palce za materiał rajstop, jakby przez moment się wahała, czy na pewno powinna, aż w końcu je zsunęła z bioder. Uniosła jedną nogę, aby zdjąć materiał, a potem zrobiła to samo z drugą. Czarny materiał dołączył na podłodze do jej spódnicy. Przez parę chwil Sophia tylko patrzyła na Cartera, jakby szukała w nim potwierdzenia, że ma iść dalej. Odnalazła jego oczy, w których niemal nie było widać już tego czekoladowego brązu, tylko czyste pożądanie i głód, którego nie można było pomylić z niczym innym. Sięgnęła dłońmi za plecy. Do rozpięcia różowego stanika, który spadł z niej w chwili, kiedy go rozpięła. Musiała mu trochę tylko pomóc. Bez wahania zsunęła również pasujące kolorem do stanika figi. Wyprostowała się i ściągnęła łopatki, ale nie czuła dyskomfortu spowodowanego nagością. Carter widział ją tak dziesiątki razy, a jednak teraz… Było w tym coś innego. Bardziej intymnego niż znała do tej pory. Rozebrana była nie tylko z ubrań, ale z tych wszystkich warstw, które na siebie nakładała tygodniami.
    Założyła kosmyk włosów za ucho, a jej wzrok wpatrzony był w Cartera.
    — Tak dobrze? — Szepnęła, a potem zrobiła dla niego jeszcze jeden krok w tył.

    soph

    OdpowiedzUsuń
  71. Zdejmowała z siebie kolejne warstwy, a gdyby tylko Carter sięgnął głębiej to zobaczyłby jeszcze więcej niż widać było z wierzchu. Cały ten strach, który się w niej tliło dotyczący ich przyszłości, te desperackie próby łapania się momentów takich, jak ten, które pozwalały na chwilę uwierzyć, że między nimi naprawdę wszystko może wrócić do normalności, którą znali i w której odnajdowali się dobrze, a przynajmniej Sophia takie odnosiła wrażenie. Miała wręcz tę naiwną nadzieję, że Carter również się odnajduje w tym świecie razem z nią. Nawet, jeśli nie na sto procent to wystarczająco, aby czuć się w nim komfortowo.
    Czuła wzrok Cartera na swoim ciele. Mogłaby teraz zapłonąć od zawstydzenia, nie tylko na policzkach, które i tak zdążyły pokryć się już rumieńcem. Był na nich już wcześniej. Pojawił się przy tych pocałunkach, którymi nawzajem się obdarzali, a teraz jedynie nabrał więcej koloru. Oczy Carter sunęły po jej ciele niemal z czcią, a tak przynajmniej czuła. Znał każdą jego krawędź, historię, którą za sobą niosło, choć nie była ona obszerna. Mógł bez problemu odnaleźć każde znamię. Włosy częściowo opadały jej na klatkę, reszta spływała falami po plecach. Ponownie zadrżała, ale już nie rozróżniała, który dreszcz niosło jego spojrzenie, a które było od chłodu, który tkwił tylko w jej głowie.
    Odchyliła nieznacznie głowę, kiedy powiedział, że jest dobrze. Jakby tylko czekała na usłyszenie tych słów z jego ust. Sama w odpowiedzi cicho mruknęła, jakby nie do końca panowała nad tym odruchem.
    Sophia nawet się nie zawahała, kiedy kazał jej podejść. Spełniła prośbę cicho i bez protestów, a po zaledwie chwili znalazła się stojąc między jego nogami. Była już nie tylko na wyciagnięcie jego ręki. Pewnie wplątując swoje palce w jego, które wyciągnął w jej stronę. Ufnie i świadomie. Od tonu, którego przy niej używał i spojrzenia miękły kolana, a serce zaczynało bić szybciej, jak przy rozgrzewce przed treningiem. Zacisnęła mocniej palce wokół jego, jakby teraz nie chciała już, aby cokolwiek między nimi stanęło i było dla nich przeszkodą. Odnajdowała się przy nim bezbłędnie. Dokładnie tak, jak tego mógłby od niej chcieć. Sophia westchnęła krótko, kiedy jego dłonie odnalazły jej uda. Delikatnie zadrżała w jego objęciach. Dłonie oparła na ramionach mężczyzny, jakby potrzebowała podtrzymać się jego, aby nie upaść całkiem. Przymknęła oczy, kiedy złożył na jej skórze pierwszy pocałunek. Mięśnie brzucha miała napięte, jednak nie z nerwów.
    — Carter… — Szepnęła cicho, jakby musiała sobie przypomnieć jego imię na głos. Każdy kolejny tylko potęgował drżenie jej ciała, wysyłał sygnały, których nie potrafiła zignorować. Ugięła nieznacznie kolana, jakby nagle stanie było zbyt wyczerpującym zadaniem, które jej powierzył.
    Głowa brunetki opadła z powrotem na dół i w tej samej chwili ich spojrzenia się skrzyżowały. Sophia stał z lekko rozchylonymi ustami i ciężkim oddechem. Z budującą się niecierpliwością, którą teraz tylko Carter był w stanie rozbroić. Jej dłonie, wciąż oparte o ramiona bruneta, lekko na niego naparły, aby odchylił się do tyłu. Jej wzrok był teraz ciepły, niezakryty żadnym zmartwieniem i w pełni skupiony tylko i wyłącznie na nim. Carter jej się poddał, bez walki jego plecy zderzyły się z oparciem kanapy, a wzrok znów spłynął po jej ciele. Niósł on za sobą przyjemny ciężar, który gotowa była czuć na sobie już przez resztę życia. Kąciki jej ust lekko się uniosły.
    — Wciąż ubrany. — Niemal to mogło brzmieć, jak upomnienie. Zsunęła wzrok na jego klatkę, aż po rozpięte spodnie, ale po chwili znów wróciła do jego pociemniałych oczu.
    Śmiało Sophia znów usiadła mu na udach. Przybliżyła się, aby ledwo musnąć jego usta, jak na zachętę, której nie potrzebował. Poczuła, jak mocniej zaciska palce na jej biodrach, a to wywołało u niej pewny uśmiech.
    — Kochaj się ze mną. — Wyszeptała w jego usta. Nie musiała prosić, chciała to powiedzieć. Oddech już urywał się jej w połowie, serce drżało, a dłonie nie były pewne, czy mają zostać na ramionach czy zsunąć się niżej.

    soph

    OdpowiedzUsuń
  72. Spoglądała na niego nie proszącym spojrzeniem, ale pewnym i świadomym słów, które właśnie powiedziała. Już nie chodziło tylko o chwilę zapomnienia, jak myślała jeszcze kilkanaście minut temu, kiedy nawet nie była pewna, czy dobrze robi. Zawsze to była bliskość, którą mogli dostać tylko i wyłącznie od siebie. Taką, której nie szukali w innych ludziach, a przynajmniej Sophia na to miała nadzieję, że to dostaje tylko od niej. Bo słyszała różne rzeczy. Czasem wracały do niej słowa, które powiedziała jej miesiące temu w klubie Jade. To tylko ciała. Nie dla Sophii. Dla niej to było bezgraniczne zaufanie, którego nie rozdawała na prawo i lewo. To była bliskość, której nie można było podrobić ani dostać u przypadkowej osoby. Miłość, która stworzyli przez te wszystkie miesiące wspólnie. Wbrew temu co mówili inni, wbrew tym wszystkim zakazom, które się mogły pojawiać.
    Nie sądziła, że to możliwe, aby kochać kogoś w tak intensywny sposób. Carter niemal od samego początku wzbudzał w niej dziesiątki emocji, których czasem nie potrafiła sobie poukładać w głowie. Już na wstępie powitał ją silnymi uczuciami, a im mocniej angażowała się w tę relacje tym więcej tego było. Trochę to było tak, jakby przy nim nagle wszystko nabrało sensu. Mimo, że Sophia dobrze wiedziała, że Carter nie pochodził ze świata, z którym powinna była mieć coś wspólnego. Dzieliła ich ogromna przepaść, a i tak jakimś cudem udało im się zbudować wspólnie most, który ich połączył. I nie zapowiadało się na to, aby jakiekolwiek próby miały sprawić, aby ten most został zburzony.
    Sophia niemal nie odrywała od niego wzroku, kiedy zdejmował pozostałe ubrania. Jakby jego oczy były teraz jedynym punktem zaczepienia w rzeczywistości, która ich otaczała. Jedyną stałą, której mogła się trzymać.
    Budowała swoją pewność przy nim. Sprawdzała, na ile może sobie pozwolić, jak pokierować własnym ciałem bądź jego. Czasem robiła to z rozbrajającą pewnością, bez zawahania i dzikim błyskiem w oku, a innym razem powoli i spokojnie, jak teraz, kiedy bardziej tym momentem chciała się z nim nacieszyć. Dokładniej zapamiętać to, co między nimi się działo. Utrwalić sobie w pamięci smak jego ust oraz skóry, zapamiętać, co czuje, kiedy jego ciepłe dłonie wodzą po jej ciele. Reakcje mężczyzny na pocałunki, które na nim zostawiała.
    Znalazła dla siebie wygodną pozycję. Dłonie wciąż oparte miała na jego ramionach.
    — Robię co? — Spytała cicho, nie chcąc przerywać tego momentu zbyt głośnym tonem. Kąciki jej ust zadrżały, gotowe, aby unieść się do półuśmiechu, którym mogłaby spokojnie go rozbroić. Musnęła ustami linię jego szczęki. Powoli i z uwagą, zapamiętując tę chwilę. — Jak siedzę na tobie naga? Czy kiedy robię to? — Szeptała dalej. Nie powstrzymała tego lekkiego ruchu bioder, w każdej innej sytuacji mógł on przejść bez echa, ale nie teraz, kiedy oboje byli siebie spragnieni, a każda sekunda była niczym przeciąganie tortur.
    Sophia cicho jęknęła, kiedy przyciągnął ją do pocałunku. Odpowiedziała na niego bez pospiechu, jakby chcąc się nacieszyć pieszczotą dłużej. Przylegała niemal całym swoim ciałem do jego, czując pod sobą każdy dreszcz, jak oddychał. Momentami szybciej i głębiej, jakby oddechem próbował nad sobą zapanować.
    — Powoli. — Powtórzyła po nim szeptem, zgadzając się bez choćby sekundy namysłu. Tym razem przekręciła głowę tak, aby musnąć jego policzek. — Zawsze wszystko czuję.
    Uniosła się nad nim odrobinę. Bez tej nieśmiałości, ale ze swobodą i pewnością swoich ruchów, nie chcąc dłużej czekać tylko znaleźć z nim wspólny rytm. Tak, aby jeszcze na moment zapomnieli o wszystkich troskach, które czekały na nich. Teraz znajdowały się poza tą bańką, którą wokół siebie zbudowali. Dostęp do niej miała tu miłość i pożądanie, wzajemna potrzeba i bliskość. Kiedy podchwyciła jego spojrzenie poczuła się znacznie pewniej, a kiedy go usłyszała niemal czuła, jak wiruje jej w głowie. Osunęła się na niego powoli, palcami zaczepiając się mocniej o jego ramiona

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przechyliła głowę do tyłu z cichym westchnięciem.
      Między Sophią, a Carterem nie było już żadnych granic. Była tylko ta wspólna chwila, jego usta na jej skórze, ona z jego imieniem zwisającym z jej ust. Odrobina spokoju i codzienności, której nikt nie mógł im w tej chwili odebrać.

      soph

      Usuń
  73. Ten moment dla niej był wszystkim.
    Nie tylko oderwaniem się od problemów, ale i potwierdzeniem, że między nimi jeszcze nie wszystko jest stracone. Wciąż potrafili znaleźć wspólny język. Ten sam rytm. Odnajdowali się w tej pokręconej, trudnej rzeczywistości razem. Czuła to przez sposób w jaki Carter jej dotykał, jak na nią spoglądał. To wszystko było zbyt prawdziwe, aby można było udawać. I nie chciała nawet myśleć, że kiedykolwiek przy niej udawał choćby przez krótki moment. Nawet, jeśli, gdzieś w głębi, której nigdy nie pozwalała sobie otwierać, zdawała sobie sprawę z tego, że nie zawsze był szczery i często robił lub mówił rzeczy tylko po to, aby była zadowolona. Ale nie tego wieczoru, nie teraz.
    Nie, gdy spomiędzy jej ust padały wyznania, których nie rzucała przypadkowo. Nie, kiedy otwierała się przed nim bardziej niż przed kimkolwiek przedtem. Nie, gdy dawała mu nie tylko ciało, ale i każdą swoją myśl. Wszystkie te, które ją dręczyły i niepotrzebnie mąciły w życiu. Każdą, którą próbowała w sobie zgnieść. Każde „kocham cię”, które między nimi padło nie było głośne i nie prosiło o uwagę, a było wypowiadane z czułością i spokojem, jak zapewnienie, że nigdzie się nie wybierają. Każdy mocniejszy uścisk, głębszy pocałunek ściągał ich do tej chwili, którą razem dzielili, a w której poza nimi nie istniało nic więcej. Dzisiaj do siebie pasowali, choć nie zawsze potrafili znaleźć wspólny język, ale teraz im się do udało. Jak dwa idealnie pasujące do siebie elementy układanki, a może to Sophia chciała tylko tak myśleć, bo w ten sposób łatwiej było jej znieść to, jak różnie przez te dwa tygodnie się czuła, jak między nimi nie zawsze się układało dobrze. Sama jeszcze niedawno nie była pewna, czy będą potrafili się dogadać, a teraz szeptała imię Cartera w jego skórę, wzdychała przy głębszych ruchach. Dzisiaj była w pełni jego. Bez zastanawiania się już nad przyszłością, która jeszcze chwilę, ale mogła na nich zaczekać.
    Wciąż lekko drżąca, z szybszym oddechem i strużką potu spływającą wzdłuż kręgosłupa wtuliła się w jego tors. Odnajdując sobie miejsce na Carterze bez najmniejszego problemu. Włosy kleiły się jej do ciała, które jeszcze raz po raz, ale wzdrygało się od doznań sprzed chwili. Policzkiem wtulała się w jego ramię, a palec wodził po skórze bez większego celu. Przez jakiś czas się nie odzywała. Dając sobie oraz Carterowi chwilę ciszy na to, aby poukładać w głowie to, co między nimi się właśnie wydarzyło.
    Nie miała pewności, czy minęło dziesięć minut czy cała godzina. W tej chwili czas płynął zupełnie inaczej, ale w ciszy pojawiały się różne myśli. Te same, które odpychała od siebie przez ostatni czas, nie chcąc, aby miały one jakikolwiek wpływ na to co jest między nimi.
    — Wczoraj myślałam, że na spokojnie zaczniemy wracać do tego, co było. — Odezwała się po dłuższej chwili ciszy. Nieznacznie się uśmiechnęła, bo choć wczoraj zasypiała z nim w łóżku, a całą noc się do niego przytulała to nie sądziła, że wylądują w łóżku tak szybko. Nawet, jeśli to tylko miało zakryć to o czym rozmawiać głośno nie chcieli. — Zgaduję, że „powoli” wychodzi nam tylko tu. — Mruknęła cicho żartobliwym tonem.
    Odetchnęła nieco głębiej, a twarz schowała w jego szyi głębiej.

    soph

    OdpowiedzUsuń
  74. Przymknęła oczy, gdyby nie to, że jeszcze coś chodziło jej po głowie to spokojnie mogłaby zasnąć w jego ramionach. Zmęczenie złapało ją niemal od razu, a teraz? Sophia ostatnio sypiała bez ustanku, a po tym co wydarzyło się między nimi jej zmęczenie było łatwe do wytłumaczenia. Z tym, że nie chciała tracić tego czasu, który mogła spędzić na rozmowę z nim. Nawet, jeśli nie miała dotyczyć ona tego, co między nimi się popsuło, a wszystkiego wokół. Dość jasne było, że żadne nie chciało teraz poruszać tych trudnych tematów, od których właśnie uciekali. Jej palce wolno wodziły po jego ramieniu. Nie zwracała uwagi na szlaczki, które zostawiała. Nie miały one konkretnego kształtu. Chodziło tylko i wyłącznie o to, aby go dotykać. Jakby fakt, że leżała na nim i była schowana w jego ramionach nie był wystarczający.
    — To się wydarzyło. — Powiedziała cicho, uśmiechając się trochę szerzej. Nie mógł widzieć jej uśmiechu, ale z pewnością wyczul na skórze, jak to robi. — A reszta… Reszta faktycznie nie dzieje się powoli.
    Gdyby wziąć pod uwagę absolutnie wszystko, co się między nimi wydarzyło w przeciągu kilku miesięcy można byłoby uznać, że są razem całe lata. Tymczasem… Działo się naprawdę wiele i to w tak krótkim czasie, a Sophia chwilami nie rozumiała, jak to właściwie jest możliwe. Próbowała sobie to jakoś wytłumaczyć, ale nie potrafiła znaleźć sensownego wytłumaczenia. W jednej chwili mieszkała w domu z ojcem, a dwa dni później znosiła tu swoje rzeczy i rozstawiała po kątach zapachowe świeczki i kwiaty, bo „potrzeba tu trochę życia”.
    — Ja sobie tego też już nie wyobrażam. — Przyznała. Miała moment, kiedy myślała, że dobrze robi, ale teraz? Teraz nie była niczego już pewna, a już zwłaszcza nie tego, czy na pewno dobrze będzie, jeśli będą trzymać się ze sobą na dystans. Sophia go potrzebowała, ale to nie to nawet było najważniejsze. Chciała z nim dzielić życie. Opowiadać o tym, co czuje, o swoich pomysłach i planach, wspólnie zaplanować przyszłość, która zależała tylko od nich. Tylko chwilami miała wrażenie, że Carter robi wszystko, aby Sophii o niczym nie mówić. I już chwilami sama nie wiedziała, jak ma do niego dotrzeć, aby to nie brzmiało, jak atak.
    — Bo tęskniłam. — Mruknęła. Nie powiedziała mu, jak bardzo. Że każdej nocy niemal się łamała i do niego chciała dzwonić. Że nie potrafiła zasnąć w spokoju i dopiero padała wyczerpana, a i tak budziła się co chwilę. Że śnił się jej każdej nocy, a wyrzuty sumienia tylko się pogłębiały. Że każdego dnia żałowała, że odeszła i nie dała mu szansy się wytłumaczyć, a teraz, kiedy ją miał… Oboje zawarli pakt milczenia. — Za wszystkim. Śniadaniami z tobą, żartami i paradowaniem w samej koronce też — zaśmiała się cicho. Za tymi drobnymi i większymi rzeczami. Za wszystkim, czego przez te dziesięć dni nie mieli.
    On dla niej również był domem. Jedynym, jaki tak naprawdę już miała.
    Jedyne miejsce, do którego mogła wrócić i czuć, że jest chciana bez względu na to, ile się między nimi wydarzy. Zawsze będzie miała tu swoje miejsce, a przynajmniej teraz tak mówił.
    — Mhm, może za jakieś piętnaście minut damy radę na kolejną rundkę terapii. — Wymruczała, chowając twarz mocniej w jego szyi, jakby właśnie tu chciała się schować przed całym światem.
    Sophia na moment zamilkła. Próbując nie tyle co dobrać słowa, a zastanowić się, co tak naprawdę chce powiedzieć i czy warto mówić teraz, czy może jeszcze się wstrzymać.
    — Próbuję zobaczyć twoimi oczami, Carter. — Szepnęła cicho. Niemal od samego początku starała się to robić. — Ale mi nie pozwalasz. I nie chcę próbować w kółko i w kółko od nowa… tak nie powinien wyglądać nasz związek.
    Starała się nie mówić tego z wyrzutem, bo nie zależało jej na kolejnej kłótni. Tylko może chciała mu pokazać, jak to wygląda z jej perspektywy. Carter się starał, ale w pewnym momencie zatrzymywał i robił tył zwrot. Chociaż raz chciałaby, aby nie musieli nic naprawiać. Żadnego naprawiania. Kolejnych kłamstw, które naprawią coś tylko na moment. Czy naprawdę prosiła o zbyt wiele?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W tym czasie jej dłoń nie zatrzymała się nawet na moment. Wciąż głodna jego bliskości, nienasycona tym zbliżeniem sprzed chwili, choć to nie o seks chodziło, a o coś zupełnie innego. O to, przed czym Carter tak nieustannie uciekał.
      — Nienawidziłam każdej minuty bez ciebie. — Odpowiedziała cicho. Oczy miała lekko uchylone, wpatrzone we własną dłoń, która nie przestawała rysować po skórze. — Zwłaszcza w święta… Nasze pierwsze. — Mruknęła smutno. Inaczej wyobrażała sobie, że spędzą ten dzień, a tymczasem każde było osamotnione.
      Skupiła się na moment na jego dłoni, która wodziła po jej plecach. Sophia odetchnęła ciężej, ale to wcale nie sprawiło, że jakikolwiek ciężar z niej spadł. One wciąż były i nigdzie się nie wybierały.

      soph

      Usuń
  75. Liczyła, że jej odpowie, a tymczasem Sophia zderzyła się z ciszą, na którą nie wiedziała, jak ma odpowiedzieć. Liczyła, że ten jeden raz nie będzie musiała ciągnąć go za język, że powie jej cokolwiek sam z siebie, że ten jeden jedyny raz Sophia nie będzie tą, która znów zaczyna rozmowy, ale się pomyliła. Zamiast odpowiedzi była cisza, a ona przyjęła ją już bez wyrzutów czy westchnięć, które mogłyby mu coś sugerować. Jakby pogodziła się z tym, że dziś niczego z niego nie wyciągnie. Niemal sam się przed nią odcinał. Nie pozwalał sobie na to, aby powiedzieć coś więcej, aby wyrzucił z siebie jakiekolwiek słowa, które pomogą jej zrozumieć. Nie, on wybierał ucieczkę, a Sophia nie miała dość sił, żeby z nim teraz walczyć. Carter miał rację, a Sophia teraz nie tylko przypominała, ale wręcz sprawiała wrażenie jeszcze mniejszej, zmęczona była nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim emocjonalnie. Trochę to przypominało, jakby ktoś z niej raz po raz wyrywał jej najlepsze części. Trzymał blisko, ale nigdy nie oddawał, aby mogła się zregenerować. Wystarczająco blisko, aby wciąż je czuła, ale już nie w sobie. Były gdzieś z boku. Widoczne, ale niedostępne. Nie protestowała zbyt mocno, kiedy Carter ją podniósł i zabrał do łazienki. Nie liczyła spędzonego tam czasu. Mimo, że głowę miała pełną myśli, których nie potrafiła poukładać w nic konkretnego. Milczała, gdy rozprowadzała żel na ramionach Cartera. Niemal nie reagowała, kiedy on robił to samo z nią. Przyjmowała to w absurdalnej ciszy, która dla Sophii nie była komfortowa, ale nie potrafiła zmusić się do tego, aby cokolwiek powiedzieć i ją przerwać, a miała wrażenie, że czegokolwiek by teraz nie powiedziała – i tak nic by to nie zmieniło.
    W łóżku od niego nie uciekała. Wręcz przeciwnie, a choć może nie znalazła komfortu w jego słowach, których do niej nie wypowiadał, to liczyła, że znajdzie je w jego objęciach. Mimo, że nie powiedział nic, nie zareagował na zaczęty przez nią temat w żaden sposób, to Sophia wciąż chciała jego bliskości. Choć, przecież dobrze wiedziała, że jeżeli wciąż będą od siebie w ten sposób uciekać to do niczego daleko nie zajdą, a dla niej cisza była męcząca. Trudna do zniesienia, kiedy w głowie miała setki pytań. Takich, których nie mogła długo ignorować, ale postanowiła zrobić to jeszcze przez jeden wieczór. Dać im jeszcze tę noc, aby mogło być między nimi spokojniej, ciszej i może przy odrobinie szczęścia jutro uda im się porozmawiać.
    Przespała większość nocy spokojnie. Było jej ciepło przez Cartera, a niemal z każdej strony otulona była kołdrą. Sophia nawet się nie poruszyła, kiedy Carter się przebudził. Mruknęła tylko niewyraźnie coś przez sen, a potem wtuliła się w poduszkę i spała spokojnie dalej. Kiedy się przebudziła było już późno, a połówka łóżka, na której się zresztą obudziła, była pusta. Przez moment leżała w ciszy myśląc, że może Carter był w łazience, ale w nogach łóżka nie było również Gigi. Sophia przez chwilę leżała wpatrując się w sufit, aż dźwignęła się i poszła do łazienki. W międzyczasie sprawdziła swój telefon. Parę życzeń noworocznych, filmiki od dziewczyn, które bawiły się w najlepsze na imprezie, na którą Sophia nie chciała iść i cieszyła się, że nie poszła. Wolała swój sylwester, który spędzili na spokojnie w mieszkaniu i we dwójkę. Więcej jej naprawdę nie trzeba było. Jedna wiadomość od Constance, która pytała się, gdzie Sophia jest i dwa nieodebrane połączenia od kobiety. Szybko jej odpisała, aby się nie martwiła i wyjaśniła, gdzie jest. Nie pisała, czy wróci do Scarsdale, po prostu była teraz w Nowym Jorku i tyle.
    Ochlapała twarz zimną wodą, zastanawiając się, czy tak to właśnie powinno wyglądać. Co właściwie między nimi wczoraj się zadziało? Seks na przeproszenie i po tym mieli udawać, że nic się nie stało? Czy to tylko była chwilowa cisza, a dziś wszystko sobie wytłumaczą i będzie w porządku? Bo Sophia nie za bardzo wiedziała, co ma sobie o tym wszystkim myśleć i czy zachowywać tak, jakby tych kilkudziesięciu dni po prostu między nimi nie było.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przez kilka chwil stała patrząc na swoje odbicie. Lekko podkrążone oczy, zmęczone spojrzenie. Nie była pewna, które są objawami, bo nosiła w sobie potworka, a które spowodowane były tymi ostatnimi dniami.
      Wyszła w końcu z łazienki, a po drodze ubrała na siebie bluzę Cartera. Sięgała jej niemal do kolan, a rękawy dosłownie pochłaniały jej ręce, ale to było nieważne. Pachniała nim, a Sophia niczego tak nie chciała, jak po prostu odrobiny normalności. Zwykle odpaliłaby ekspres, ale kawa ją wciąż odrzucała i zostało jej poranne picie herbaty. Z plastrem cytryny i łyżeczką miodu zamiast cukru. Mimo, że dawniej nie lubiła tego połączenia to teraz jej ono bardzo odpowiadało. Włosy związała gumką, aby jej nie przeszkadzały, ale i tak nie złapała wszystkich kosmyków. Kilka przy twarzy, te pozostałości po grzywce, którą nosiła parę miesięcy temu, a już jej odrosła, spływały wokół jej twarzy. Nie martwiła jej nieobecność Cartera. Martwiło ją to, jak będzie wyglądał jego powrót.
      Słyszała, że wrócił. Nie można było tego dźwięku pomylić z żadnym innym. Pazurki Gigi. Jego ciężkie kroki, które niemal natychmiast ucichły. Sophia stała przy kuchennym blacie kończąc swoje śniadanie. Zwykłe tosty z białym serkiem i miodem, coś co było sprawdzone i nie sprawi, że pobiegnie do łazienki, aby zwrócić cały posiłek.
      Odwróciła się do Cartera, ale pierwsze co zobaczyła to był ogromny bukiet.
      Odpowiedź Sophii nadeszła po chwili. Carter mówił szybko, a działał jeszcze szybciej. Sophia odpowiedziała na sprezentowany pocałunek. Zostawiając mu na ustach odrobinę miodu.
      — Och… — Wyrwało się jej, a swojego zaskoczenia nie udawała. — Dzień dobry. — Sophia przechyliła głowę z lekkim grymasem, kiedy powiedział, że pięknie wygląda. — Wygląda, jakbym dopiero wstała i nie ma w tym nic pięknego. — Przewróciła oczami. Nawet nie zdążyła wklepać kremu, który przez chwilę będzie udawał, że coś robi pozytywnego ze skórą twarzy.
      — Są przepiękne, dziękuję. — Powiedziała. Jedną ręką objęła Cartera w pasie, a drugą trzymała kwiaty, w których zanurzyła nos. Pachniały pięknie, a jeśli jej jakiś zapach nie odrzucał to był plus. — Jeden mi w zupełności wystarczy. — Zapewniła i podniosła głowę, aby móc na niego spojrzeć.
      Sophia lekko uniosła brew, kiedy Carter zaczął mówić. Spodziewała się różnych rzeczy, ale nie ucieczki, bo chyba tak to mogła nazwać.
      — Chcesz wyjechać? — Zapytała, a jednocześnie… To była kusząca propozycja. Trochę ciepła, inna sceneria. Może warto było zaryzykować. Sophia odłożyła bukiet na blat, aby lepiej móc objąć Cartera. — I gdzie byś zabrał mnie i moje koronkowe rzeczy? — Zapytała, a głowę lekko odchyliła do tyłu, co pomagało jej w tym, aby lepiej na niego spojrzeć.
      — Trochę cię już znam… Wyspowiadaj się. Wiem, że masz już jakiś pomysł.

      soph

      Usuń
  76. Sophia cicho mruknęła, gdy jego dłonie znalazły się z powrotem na jej biodrach. W przeciwieństwie do niego nie potrafiła tak łatwo spychać poważnych spraw na bok, ale być może tym razem miał rację. Może potrzebowali tego, aby trochę odpocząć i to od miejsca, w którym wszystko się zaczęło. Może, jeśli będą poza Nowym Jorkiem to łatwiej przyjdzie im ze sobą porozmawiać? Sophia tego nie wiedziała, ale była gotowa zaryzykować. Bo prawda była taka, że chciała, aby im wyszło. Aby te wszystkie słowa, które Carter jej mówił na początku, że on się nie zmieni, że to, jak zastała go po raz pierwszy w klubie to jego codzienność, a nie wyjątkowa sytuacja się w końcu zmieni. Że to będą wyjątkowe sytuacje, a on… On przestanie być tym człowiekiem, którego nie umiała zaakceptować.
    Lekko się poruszyła, gdy jej dotknął. Nie, bo chciała uciec, ale raczej jakby tym ruchem się broniła przed łaskotkami, które mogły nadejść, a przy nim… To była tylko kwestia czasu.
    — Mm, ewakuacja przed zimnem. — Powtórzyła z namysłem. Tak, przydałaby się im. Mimo, że Sophia kochała zimę w Nowym Jorku to od miesięcy nigdzie nie była, a taki wyjazd mógł im dobrze zrobić
    Sophia zaśmiała się, ale tak prawdziwie, kiedy powiedział o jodze. W sposób, który mógł równie dobrze sugerować, że nie było w niej żadnych zmartwień, chociaż przecież były. Była ich cała masa, ale po prostu na moment je zamaskowała.
    — Podoba mi się pomysł z jogą na Bahamach… Nigdy tam nie byłam. — Przyznała.
    Wybierała różne kierunki, ale tam jeszcze jakimś cudem jej nie było. Jej najczęstszym kierunkiem była Brazylia, może Costa Rica, kiedy jeździła jeszcze na wolontariat albo Sri Lanka, ale na ten moment to były trochę zbyt odległe kierunki. Sophia lekko zacisnęła palce na materiale jego bluzy, tej którą miał na sobie, a nie na tej, którą ona miała, kiedy Carter się nad nią nachylił. Jego głos był przyjemnie drapiący, a ona spragniona wciąż jego bliskości. Przymknęła oczy, niemal rozmarzona tymi wizjami ich wakacji poza Nowym Jorkiem.
    Rozchyliła lekko usta, a Carter dobrze wiedział co robi. Mówiąc to w ten sposób, zaczepiając ją. Rozwijał w jej głowie wizje lepszych dni, na które ona już była gotowa. I które chciała już teraz. Może specjalnie, bo taki wyjazd na pewno opóźni te wszystkie ciężkie rozmowy.
    — Bahamy… Albo jakaś mała wyspa hawajska, żeby nikt cię nie zaczepiał. Chcę cię tam mieć na wyłączność. — Zażądała i to tonem, który nie przyjmował żadnych kompromisów. Nie musieli od razu zamykać się w willi i z niej nie wychodzić, ale mniejsze miejsce oznaczało mniej ludzi, którzy go rozpoznają, mniej turystów. — I może wtedy… żadne bikini nie będzie mi potrzebne.
    Sophia uniosła lekko brew w oczekiwaniu na jego odpowiedź.
    Nie tylko jego uśmiech, ale i oczy błyszczały w ten figlarny sposób, który głośno jej oznajmiał, że Carter nie ma czystych zamiarów, a ona mimo swoich wątpliwości zamierzała mu ulec. Bo tak było łatwiej niż konfrontować się z rzeczywistością, w której żadne z nich nie chciało być.
    — Okej, uciekamy od zimna na parę dni w takim razie. — Zgodziła się. Ona sama lekko się uśmiechnęła, a ten plan jej się podobał. Na tyle, że gotowa była zapomnieć na moment o tym, co się wydarzyło. — Będę wszystkich rozpraszać? Carter, ja nikogo tam nie rozpraszam, a już na pewno nie mam zamiaru. — Zaśmiała się i pokręciła głową. — I nie ma za mną żadnych spojrzeń.
    Pokręciła głową, jakby nie wierzyła w to, co właśnie powiedział. Szła tam, bo chciała dyplom i mieć studia z głowy. Parę miesięcy nauki, a potem… Cóż, właściwie to już teraz myślała nad czymś dla siebie, ale to jeszcze była praca w toku. Ostatnio nie miała czasu, aby się skupić na swojej przyszłości za bardzo zajęta problemami, które obecnie ich sięgały.
    Sophia cofnęła się o krok z lekko rozchylonymi ustami, gdy wgryzł się w jej tosta. Patrzyła, jakby zrobił coś absolutnie niewybaczalnego.
    — Jesteś pewien, że chcesz podkradać jedzenie ciężarnej? — Zapytała bardzo powoli i celowo akcentując słowo „ciężarna”. — Jeszcze moje ciążowe humorki się nie zaczęły, ale jesteś na dobrej drodze, aby zostać ich pierwszą ofiarą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przynajmniej tak się jej wydawało, że nie hormony nie dawały się innym jeszcze we znaki. Może tylko częściej płakała nad nieistotnymi rzeczami, ale to robiła, gdy nie było Cartera w pobliżu, aby nie myślał, że stało się coś złego. Bo jak miała mu wytłumaczyć, że rozpłakała się, bo na spacerze widziała wiewiórkę, a była zima i pomyślała, że pewnie musi jej być zimno, a być może nie ma dobrze ocieplonego gniazda? Przecież to było niedorzeczne.
      — Uważaj sobie. Jestem teraz w dobrym humorze i ci to odpuszczę, ale następnym mogę już nie być taka miła. — Ostrzegła, ale uśmiech, który widniał na jej twarzy nie szedł w parze ze słowami czy tym poważnym tonem, który próbowała przybrać. — A co z Gigi? Poleci z nami? Nie wiem, czy to dobry pomysł, aby dawać ją komuś pod opiekę.

      soph

      Usuń
  77. W nieco teatralnym geście ułożyła swoje na swoich biodrach i przymrużyła oczy w tym oceniającym geście. Jakby się wahała, czy zamierza Cartera jeszcze dodatkowo ochrzanić za to, że ośmielił się zabrać jej tosta czy może jednak za moment wybuchnie śmiechem. Bo tak naprawdę jej to nie drażniło, udawała swoje oburzenie i ten foch, chociaż czy na pewno? Zrobiła się zaborcza, jeśli chodziło o jedzenie i tak, jak dawniej kochała się dzielić to teraz przychodziło jej to z minimalnym trudem, ale nie planowała urządzać z tego tytułu awantur.
    — Tobie naprawdę mało kłopotów w życiu, co? — Rzuciła zaczepnym tonem, kiedy przyznał dlaczego właśnie podkradł jej ten ostatni kawałek tosta. Sophia nie pozostała bierna, tylko wyciągnęła rękę przed siebie, aby dotknąć jego torsu. W tym zaczepnym geście, który Carter doskonale znał, a który nierzadko prowadził do czynności, które z jedzeniem niewiele miały wspólnego. — Spokojne i pozbawione adrenaliny życie nie jest dla Ciebie, co? — Mruknęła dalej. Niby była to rozbawiona, Ale pod jej pytaniem, tym zabawnym i skupionym na sytuacji, było coś więcej. Coś czego nie wypowiedziała na głos. Sprawdzała, czy to co mu oferowała było dla niego wystarczające. Nie mogła zaoferować mu ciągłej dawki adrenaliny. Tego poczucia, że wiecznie coś się dzieje. Kłótni, po które Carter momentami aż za bardzo sięgnął. Mogła mu dać siebie i cały ten spokój, który w sobie nosiła. Mim, że czasami się przy nim rozkręcała, a jej wewnętrzny spokój uciekał i pojawiał się ten chaos, który sama przecież od niego chciała. Właśnie po to go zaczepiła, prawda? Aby oderwać się od tego co znała i czym była ukształtowana. I nawet nie chodziło o to, że to jej teraz przeszkadza. Jak to czasem bywa w związkach, że to co kiedyś uważało się za pociągające z biegiem czasu jest drażniące i zbędne w relacji.
    Sophia zmarszczyła lekko nos, kiedy Carter pocałował jej kącik ust. Zaczepiła mocniej palcami o materiał jego bluzy, jakby tym samym chciała go przy sobie zatrzymać na moment dłużej.
    Nie udawała, a naprawdę zapomniała o tym co między nimi się popsuło. Może nie wrócili do tego co było przedtem, Ale być może byli na dobrej drodze. Sophia przynajmniej liczyła na to, że znaleźli się na dobrej drodze.
    — Ciekawe jak sobie poradzi w samolocie. — Zastanowiła się na głos, a jej wzrok powędrował w stronę Gigi, która siedziała na swoim posłaniu, a między łapkami trzymała swoją zabawkę. — Moglibyśmy w razie czego przejść się z nią do weterynarz. Chyba i tak musimy, w razie gdyby jakieś szczepienia były potrzebne.
    Sophia, jak to ona wybiegała myślami o dziesięć kroków. Nie chciała, aby spotkamy ich lub co gorsza Gigi jakieś nieprzyjemności. Szczególnie, jeśli planowali wylecieć poza kraj. Mimo, że szczepienia Gigi były aktualne to Sophia wolała się upewnić, że nie trzeba żadnych dodatkowych.
    — I ja też muszę potwierdzić, czy w ogóle mogę latać. — Dodała, bo po chwili do niej dotarło, że w jej stanie wejście do samolotu nie było takie proste. — Kiedy myślałeś, żeby wyjechać? Może uda się to wszystko jeszcze dziś załatwić.
    Na moment przystopowała, kiedy powiedział, że to ich pierwszy rodzinny wyjazd. Objęła mocniej go za przedramiona, jakby próbowała się go złapać, aby nie upaść.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Masz rację. To nasz pierwszy wyjazd. — Przytaknęła i uśmiechnęła się nieco szerzej. Odetchnęła głęboko, jakby tym ruchem próbowała sobie przypomnieć, że nie musi wszystkiego robić na już. Że czasem można się zatrzymać. — To aż dziwne, że nie wyjechaliśmy nigdzie przedtem. To co, Bahamy? — Zapytała. Spojrzała na Cartera z lekkim uśmiechem i z tym spokojem, którego od długich dni w sobie nie nosiła.
      Na moment zamilkła. Spogląda na Cartera w ciszy, kiedy jego dłoń muskała jej ramię, aż sięgnęła do dłoni. Przymknęła na moment oczy, sama również chcąc zatopić się w tym momencie, kiedy bez udawania wszystko było między nimi w porządku.
      — Z prywatną plażą? — Podsunęła mu z lekkim uśmiechem. Miałaby pewnie tam wszystko czego tylko sobie zażyczy, Ale najbardziej zależało jej na prywatności. Tak, aby nie musiała się nim z nikim dzielić, aby Gigi mogła biegać w spokoju bez obcych ludzi w pobliżu.
      Sophia nie chciała, aby uciekali od rozmowy, ale być może teraz bardziej przyda im się odpoczynek. Później będą mogli się zająć całą resztą. Przynajmniej właśnie w to chciała wierzyć, bo nie potrafiła sobie wyobrazić, że Cartera przy niej nie ma lub że naprawdę będą to robić osobno. Jeszcze nie wiedziała, jak ma na to wszystko zareagować co się wydarzyło ani tym bardziej jak z nim o tym rozmawiać, Ale to wymyśli z czasem.
      Kąciki jej ust lekko się uniosły, jak zwykle, kiedy miała do powiedzenia coś czego absolutnie nie powinna była mówić. Podniosła wzrok na Cartera. Z odrobinę bezczelną miną.
      — A możesz w ogóle opuszczać kraj? — Zaczepiła go. Bez pretensji, bez oskarżania. Musiała przygryźć lekko policzek. To był jej sposób, aby rozbroić atmosferę między nimi. — Wiesz, nie chciałabym, żeby ktoś nam nagle przerwał wyjazd.
      Przysunęła się nieco bliżej mężczyzny, obejmując go w pasie. Psotne iskierki w jej oczach mówiły mu wyraźnie, że nie mówi poważnie, a próbuje jedynie załagodzić jakoś to co między nimi było popsute, a jeśli jakoś miała to robić to mogła spróbować żartem, prawda?

      soph

      Usuń
  78. Sophia westchnęła bezgłośnie, kiedy Carter się nad nią nachylił. Jego spokojny głos drgał na jej skórze, a ciepły oddech zostawiał po sobie przyjemne uczucie. Nie było w niej teraz tych nerwów, które jeszcze wczoraj siedziały jej na karku, a do ucha szeptały same najgorsze scenariusze. Tym razem, mimo pytania, które mu zadała, sophia była rozluźniona i spokojna. Cierpliwie czekająca na ciąg dalszy, a jednocześnie z rozpaloną wyobraźnią, którą Carter doskonale wiedział jak podkręcić.
    Zamruczała cicho, a czołem oparła się o jego tors. Jakby próbowała przed nim ukryć to, że wciąż bez najmniejszego problemu potrafił wywołać w niej rumieńce, jak u nastolatki, która właśnie spędza czas ze swoim crushem po raz pierwszy. Tak się zachowywała momentami. Lubiła to w sobie i nie chciała tego zmieniać.
    — Jakieś jeszcze masz propozycje? — Zapytała z cichym mruknięciem i uniosła głowę, aby na mężczyznę spojrzeć. Miała wrażenie, że ostatni raz, kiedy ubyło razem w schronisku miał miejsce dziesiątki miesięcy temu. Że cała ich historia zaczęła się wieki temu, a nie minęło wcale tak dużo czasu. — Masz złe informacje, kochanie. Byłam tam, bo przez Ciebie złamałam prawo i po prostu potrzebowałam, żebyś się jeszcze raz czy dwa pokazał, żeby to mnie nie zgarnęli. Reszta wyszła absolutnym przypadkiem.
    Takim, że Carter siedział jej głęboko w głowie, a Sophia nie potrafiła o nim zapomnieć. Myślała nieustannie o tym co działo się między nimi w schowku, a on nie pokazał się później już w schronisku. Nie odpowiadał na jej wiadomości. Jakby się zapadł pod ziemię.
    — Nie uśmiechaj się tak. — Była blisko tego, aby pogrozić mu palcem, ale zamiast tego wspięła się na palcach i musnęła policzek mężczyzny. — Uważaj, bo jeszcze tej przykładnej studentce puszczą hamulce i nie będziesz wiedział za co się zabrać, żeby ją ściągnąć na ziemię.
    Sophia potrzebowała tego wyjazdu. Wcześniej sama by o tym nie pomyślała. Carter wspomniał o tym tak luźno, jakby nic nie stało im na przeszkodzie, a chociaż mogłaby wymyślić dziesięć tysięcy powodów, dlaczego powinni zostać w domu to miała jeden, bardzo ważny i przebijający wszystko powód, żeby wyjechali stąd na parę dni. I to właśnie najlepiej w ciepłe miejsce. Takie, w którym Sophia nie będzie musiała się przejmować wkładaniem sukienek, gdzie plaża będzie tylko dla nich i nikogo więcej w pobliżu. Po prostu święty spokój w miejscu, gdzie nikt i nic nie będzie im przeszkadzało. Może nie zasłużyli, ale z całą pewnością tego potrzebowali. Przynajmniej kilka dni, a potem wrócą do rzeczywistości. Chociaż do tego pewnie żadne z nich nie będzie się spieszyło.
    — Jeśli uda się wszystko załatwić dzisiaj, to chcę tam być jutro. — Powiedziała. I on również tego chciał. Oboje tego chcieli. Sophia mogła zadzwonić i najpewniej uda się wystawić potrzebne zaświadczenie. Z psem może być ciężej, ale nie z takimi rzeczami dawali sobie przecież radę. — Zadzwonię zaraz i zalatwie siebie, a Ty możesz zadzwonić w sprawie Gigi.
    Najłatwiej będzie jak podzielą się obowiązkami. Chociaż wcale nie byłaby zaskoczona, gdyby Carter znalazł trzecią osobę, która miałaby to wszystko załatwić za nich.
    Spogląda na niego z niewinnym uśmieszkiem. Dobrze wiedziała o co się pytała, a Carter nie był głupi. Sophia w ten sposób chciała się dowiedzieć więcej, ale bez zadawania konkretnych pytań. Zamrugała powoli, kiedy słuchała jego wyjaśnień.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Dobrze. Jeszcze znów zesłaliby cię na obowiązkową pracę społeczną, a nie wiem, jak ani czy wytrzymałabym, gdyby się uczepiła jakaś niska brunetka z setką pytań na dzień. — Mruknęła z ciężkim westchnięciem, a choć to było tylko jedno wielkie „może” to nie potrafiła ukryć w głosie zazdrości, którą sama w sobie wywołała i to bez większego powodu. Ale czy Sophia potrzebowała teraz powód, aby coś czuć? Nie. I miała bardzo dobrą wymówkę.
      Westchnęła cicho, bezwiednie wręcz, kiedy Carter przyciągnął ją do swoich bioder. Jej palce nieco mocniej wbiły się w jego bok, jakby potrzebowała dodatkowego zabezpieczenia, aby nie upaść. Co zaczynało się robić możliwe, kiedy od jego spojrzenia i tonu głosu przestawała czuć nogi. Objęła Cartera nieco swobodniej, bez nacisku i bez presji na cokolwiek.
      — Poproszę. — Westchnęła cicho, bo owszem właśnie tego potrzebowali. Kąciki jej ust zadrżały jeszcze zanim myśl uformowała się jej w pełni w głowie. — Mhm, tak żebyś mógł mieć tę koronkę i bikini w pełni dla siebie. — Dodała z krótkim śmiechem, jednak jednocześnie coś w niej dodawało powagi, że nie rzucała tego ot tak.
      Sophia teraz nie potrzebowała obietnic. Tylko obecności i może również rozmowy, ale na to drugie przyjdzie jeszcze czas. Mogła się upierać, że bez tej rozmowy nigdzie dalej nie zajdą, Ale tylko przysporzyłoby im to więcej nerwów, a tego teraz nie potrzebowali.
      Stała z lekko uniesioną głową, kiedy Carter zatrzymał swoje usta przy jej. Sophia westchnęła bezgłośnie, po czym stanęła na palcach, aby zainicjować między nimi pocałunek. Taki, który nie miał nieść za sobą żadnego ciężaru, a być potwierdzeniem, że go słucha, a przede wszystkim, że czuje bliskość z nim i to bardziej niż mógłby sobie wyobrazić.
      — Nie chcę być już nigdzie indziej. — Odpowiedziała cicho. Nie chciała próbować zaczynać bez niego czy przekonywać się, że osobno będzie im lepiej. Wcale nie będzie. — Ogarniemy to, prawda? Wszystko co poszło nie tak, jak planowaliśmy… poradzimy sobie? — Sophia nie była pewna czy pyta go faktycznie czy stwierdza fakt.
      Odetchnęła nieco głębiej i skinęła głową, a kiedy Carter ją objął bez słowa się wtuliła. Przymknęła oczy, które otworzyła dopiero, gdy między ich nogami zaczęła przeciskać się Gigi.
      — I to niby ze mnie zazdrośnica. — Mruknęła pod nosem rozbawiona zerkając pod ich nogi. — Tęsknię za kawą, ale jeden łyk i koniec. — Westchnęła. Spędziłaby resztę poranka w łazience, a tego wolała uniknąć.
      Nic więcej już nie mówiła, tylko stała w jego objęciach, jakby to był jeden z wielu poranków, a nie dopiero drugi spokojny, który mieli od dłuższego czasu. Powoli wracali do normy, a przynajmniej w to Sophia chciała wierzyć.

      soph

      Usuń
  79. Oboje dobrze wiedzieli, jaka była prawda. Sophia użyła tylko tego swojego przestępstwa jako wymówki, aby się do Cartera zbliżyć. Teraz, kiedy o tym myślała to ją to zwyczajnie bawiło. Bo owszem, ale przede wszystkim chodziło o te niedokończone sprawy ze schowka, które im bezczelnie wtedy przerwano. I wywiązała się z tego kompletnie niepotrzebna awantura, której długo nie mogła załagodzić, ale na szczęście się udało. I tak, poniekąd również chciała, aby Carter wrócił do schroniska, bo zależało jej na tym, aby nie wpakował się w większe kłopoty niż już miał. Ot, taka z niej zbawicielka świata była.
    Sophia przewróciła oczami na jego słowa, ale zamierzała trzymać się swojej wersji.
    — Gdybym tylko tego chciała… To tamtej nocy wróciłabym z tobą do mieszkania. — Co z tego, że była o krok, aby faktycznie porzucić dziewczyny i z nim wrócić? Po drodze wydarzyło się coś innego. Sophia się rozproszyła, a Carter odesłał ją do domu. Teraz nie pozwoliłaby się odesłać, ale jakby nie patrzeć obecnie znajdowali się na zupełnie innej ścieżce niż wtedy. — A z tego co pamiętam… To byliśmy bardzo grzeczni i zaczekaliśmy. — Zaśmiała się. No, może nie do końca zaczekali, ale okazja nadarzyła się sama.
    Nie przyznałaby się na głos, ale w myślach do tamtej nocy wracała bardzo często. Do tych niemalże skrajnych emocji, które jej towarzyszyły podczas zwiedzania galerii i przy kolacji. Wciąż wystarczyło jedno spojrzenie Cartera bądź jeden gest, aby znalazła się na tym samym skraju co wtedy i nie wiedziała co ma ze sobą zrobić. A potem wrócili do mieszkania i tak może, jak poranka lepiej było nie wspominać, cala reszta była wyjątkowa i dokładnie tym, czego oczekiwała.
    Uśmiech, który jej posłał mógł być niepokojący i być może jeszcze parę miesięcy temu sprawiłby, że nie miałaby pojęcia, co ma ze sobą zrobić, ale nie dzisiaj. Dziś sprawił on, że jej oczy wesoło błysnęły w odpowiedzi, którą kiedyś najpewniej by zignorowała lub zakręciła tak, aby zmienili temat.
    — Będziesz mnie tak podpuszczał, dopóki tego nie zobaczysz, prawda? — Nie musiał odpowiadać. Wiedziała, że tak będzie. Objęła go tym razem za kark, tak było znacznie wygodniej. — Nie wiem… Teraz chyba powinnam być bardziej odpowiedzialna, nie sądzisz? — Uniosła lekko brew, a kącik jej ust lekko zadrżał, jakby szykował się do uśmiechu. — Nie oczekiwałabym, że będziesz mnie hamował. — Zaśmiała się. Carter nie był z tego rodzaju ludzi. Nie, on prędzej podałby jej zapałki niż próbował utrzymać w miejscu.
    W czasie, kiedy sięgnął po telefon Sophia wyjęła wazon, aby włożyć do niego bukiet. Rozłożyła kwiaty, aby je poukładać w swój własny sposób, a do wody dolała dołączoną do bukietu miksturę, aby kwiaty wytrzymały dłużej.
    — Wiesz, że spakuje je jeszcze dzisiaj, prawda? — Zaśmiała się. Jutro nie będzie czasu, a nie było szans, że usiedzi na miejscu. W głowie już przeglądała garderobę, aby przemyśleć co zabierze. I… I prawdopodobnie wiele nie zabierze. Raczej to nie będzie wyjazd, na który potrzebować będzie ubrań. — Zaraz zadzwonię. Powinno się udać. Skoro wszystko jest w porządku to nie powinno być żadnych przeciwwskazań.
    Kobiety w bardziej zaawansowanej ciąży latały, a w razie czego będą mogli od razu wrócić. Zresztą, gdyby naprawdę coś się działo to tam również są lekarze, ale takich atrakcji nie przewidywała.
    Nie zaprotestowała, kiedy mocniej ją objął. Potrzebowała tego cichego zapewnienia, że wszystko będzie w porządku. Nawet, jeśli nie używał do tego słów. Widziała, że jest wciąż dla nich szansa. Oboje ją widzieli, a skoro była, to nie było sensu jej zmarnować. To byłoby dopiero głupie i nieodpowiedzialne. Więc zamierzała się tego co czuła trzymać. I mieć dalej nadzieję, że ich przyszłość dalej będzie wspólna.
    Sophia pokiwała lekko głową, kiedy się odezwał. Nie dziś i nie jutro, ale to będzie ogarnięte. Zrobią to prędzej czy później. Musieli, skoro oboje chcieli, aby im to wypaliło i żeby kolejne miesiące nie były w takim zawieszeniu, jak te ostatnie dni. Kolejny raz przez to Sophia przechodzić nie chciała, a coś jej mówiło, że Carter również miał tego dosyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dadzą sobie z tym radę. Innej opcji nie było, a w zasadzie to innej nie akceptowała.
      Założyli rodzinę. Może niespodziewanie, może zbyt szybko, ale jednak… Jednak ją założyli i to nie tak, że Sophia chciała z nim być tylko ze względu na dziecko. Kochała go, mimo wad i mimo tego, że niósł za sobą niebezpieczeństwo, które ciężko było jej zrozumieć i zaakceptować. I to z nim wiązała swoją przyszłość.
      — Wcale nie. — Mruknęła pod nosem, ale w głowie słyszała cichy, brzęczący głosik szepczący zazdrośnica. — Nie jestem zazdrosna. — Stawiała na swoim, mimo, że oboje wiedzieli, jaka jest prawda.
      Brunetka cicho zamruczała w odpowiedzi na pocałunek, który pogłębiła po chwili. Objęła go mocniej za kark, jakby nie chciała, aby się odsunął, bo nie chciała. I z jej strony nie było pospiechu. Był za to spokój, którego nie czuła od dawna. Spokój i potrzeba, którą mógł jej dać tylko Carter.
      — Dobrze, że trafiłeś do tego schroniska. — Wymruczała między jednym, a drugim pocałunkiem. — Co ja bym teraz bez ciebie robiła…

      soph

      Usuń
  80. Sophii nie było już w głowie kolejne uciekanie. Nie przed nim i na pewno nie przed tym, co razem mogli mieć, a mogli tego mieć naprawdę sporo. To była tylko wyboista droga, na której się znaleźli i szczerze wierzyła w to, że niedługo wszystko się uspokoi, a oni znajdą się dokładnie w tym miejscu, w którym byli dawniej lub w lepszym.
    — Nigdy nie udawałam, że was nie lubię. — Odpowiedziała. Specjalnie mówiąc „was”, bo chciała się z nim podroczyć, wyciągnąć z niego większą reakcję, a to i tak tylko po to, aby tytuł największej zazdrośnicy spadł na Cartera. Sophia i Gigi złączone w jedno nie były tak zaborcze, jak Carter potrafił być, a brunetce się to absurdalnie podobało. Przynajmniej przez większość czasu i nie kiedy wyglądał, jakby był gotów zabić każde za to, że z nią rozmawiali.
    Rozumiała co Carter miał na myśli, kiedy to powiedział. Przynajmniej tak się jej zdawało, ale nie musiał jej krok po kroku wszystkiego tłumaczyć. Rozmawiali wiele razy wcześniej i Sophia wiedziała, że jego życie mocno różniło się od jej. Niekończące się imprezy, używki, dziewczyny, których imion nie zapamiętywał. Nie potrafiła zrozumieć tego rodzaju życia, a wtedy, gdy go poznała coś ją do tego ciągnęło. Wiedziała o co chodzi. O to, ile zakazów złamie, jak bardzo oddali się od tego kim była na co dzień. Wcale nie musiała robić tego samego co Carter, bo już samo przebywanie w jego obecności dawało jej większą dawkę adrenaliny niż czuła przez ostatnie miesiące zanim go poznała.
    — Gdybym wróciła wtedy z tobą… Byłabym, jak reszta? — Sama nie wiedziała po co pyta, skoro dobrze wiedziała. Nie było zresztą wtedy szans, aby Sophia się na to zgodziła. Bez względu na to, jak bardzo wydawało się jej wtedy, że tego chce. Skakały w niej emocje, kierowała się szybkimi decyzjami, a nie tym, jak naprawdę chciała, aby ta ich relacja wtedy wyglądała. — Wiesz co, to bez znaczenia. Jesteśmy tutaj, a nie gdzieś… Tam.
    Uśmiechnęła się w ten swój lekki, niemal rozbrajający sposób. Naprawdę tego nie chciała wiedzieć, a raczej słyszeć odpowiedzi. Dobrze wiedziała, jaka ona mogłaby być i będzie jej lepiej, jeśli nie usłyszy tego, co Carter mógł jej powiedzieć. Lub dodać jeszcze od siebie.
    — Ja? Ja i podgrzewanie atmosfery? Chyba mnie z kimś mylisz. — Westchnęła przewracając oczami. Przesunęła paznokciami po jego karku, ale owszem, Sophia doskonale zdawała sobie sprawę z tego co robi. — Ty zacząłeś mówić o mnie w koronce i bikini… Ja tylko podążyłam za tematem, który mi podrzuciłeś.
    Sophia stanęła na palcach, aby dosięgnąć do ucha Cartera. Złożyła tuż pod nim krótki pocałunek, a potem jeszcze jeden, jakby chciała swoje kolejne zdania przypieczętować.
    Ale wiesz, nie mogę się doczekać wygrzewania na słońcu. Równej opalenizny… tylko nie wiem, czy mój facet pozwoli się tak opalać, skoro sama wzmianka o koronce na niego tak działa. — Szepnęła mu do ucha. Dobrze wiedząc, jaką wizję mu właśnie wpakowała do głowy i nie zamierzała za to przepraszać. To nie ona zaczęła i tego zamierzała się trzymać.
    — Wiem, że masz rację, ale… Nie jestem już sama. — Wzruszyła lekko ramionami. Sama nie wiedziała, jak ma do tematu podejść, bo nie robiła nic, aby narazić siebie czy dziecko, a i tak ciągle miała z tyłu głowy setkę pytań, co może zrobić lepiej, aby to nienarodzone dziecko było bezpieczne, choć już i tak robiła wszystko dobrze, a przynajmniej tak właśnie się jej zdawało. — Hm, to kiedy byłam najmniej odpowiedzialna według ciebie?
    Sophia wtedy go słyszała. Dokładnie każde słowo. Cholera, pierwszy raz, kiedy zobaczyła go poza schroniskiem to było jak nachylał się nad lusterkiem ze zwiniętym banknotem w dłoni gotów do wciągnięcia kreski, a jakieś pół godziny później całowała się z nim na tarasie i podsunęła mu pomysł, aby ze sobą sypiali przez najbliższe tygodnie. To co widziała powinno być dla niej znakiem ostrzegawczym, a jednak to z jakiegoś powodu jej nie odstraszyło. Teraz już nawet nie pamiętała co sobie myślała. Że to parę tygodni i nie będzie miało na nią wpływu? Że tylko się pobawią, a potem każde ruszy w swoją stronę? Niekoniecznie im to wyszło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Została wbrew wszystkiemu.
      Wbrew temu, że Carter nie brał tylko okazjonalnie do imprezy. Sam jej powiedział, że to jest codzienność. Dopiero, kiedy poważnie ze sobą byli zaczęła się zastanawiać, czy brał, gdy spędzali weekendy razem i nigdzie nie wychodzili. Szukała znaków, ale nie zawsze je widziała lub nie chciała widzieć. Kiedy się kłócili ona szukała rozwiązań, aby zostać. Nie odchodziła trzaskając drzwiami. Przynajmniej nie zawsze. Miała ogromną listę, dlaczego należy odejść, ale każdy ten powód zdawał się nieistotny, a ona z jakiegoś powodu to ignorowała.
      — Hm? — Mruknęła cicho, lekko unosząc głowę. Westchnęła krótko w odpowiedzi na jego pocałunek. Roześmiała się, kiedy mówił dalej. Nawet jej to nie dziwiło. Wcale jej to nie dziwiło.
      Sophia przez moment się zastanawiała, jak to rozegrać. Bo akurat teraz pod bluzą nie miała nic spektakularnego, a te wszystkie koronki poukładane były w szufladzie.
      Przez moment milczała. Odchyliła się lekko, chcąc zobaczyć ten ogień w jego oczach i zaciętą minę, która mówiła jej naprawdę wszystko.
      — Marzy ci się mały pokaz bielizny? — Spytała, a jej dłoń z karku przemieściła się na jego szyję. Opuszkiem palca przesunęła wzdłuż skóry. — Wybierz kolor.

      soph

      Usuń
  81. Dokładnie w to miejsce Sophia chciała trafić. Nie, bo to była jego słabość i wiedziała, że łatwo go tym rozjuszyć. Carter znał ją i wiedział, że poza nim nie ma nikogo innego. Nawet, jeśli przez chwilę wydawało się jej, że może wciąż są jakieś uczucia to prędko się przekonała, że to Carter był tak naprawdę najważniejszy i że to jego chciała. Bez względu na to, jaką miał przeszłość, ile złych rzeczy robił obecnie. Próbowała to zrozumieć i może nadejdzie w końcu taki dzień, kiedy jej to wszystko wytłumaczy, ale to nie wydarzy się dziś.
    Zrobiła niewielki krok w tył, kiedy wypowiedział pierwsze „was”. Nie ze strachu, nie bała się go, a już na pewno nie przez taką głupotę. Zresztą, coś mocno byłoby między nimi nie tak, gdyby spojrzała na niego chociaż raz ze strachem. Musiała przygryźć dolną wargę, aby się nie roześmiać, a kiedy zorientowała się, co Carter chce zrobić, Sophia nie miała jak stąd uciec.
    — Nie! Nie! — Zaśmiała się, a ciało brunetki próbując schować się przed łaskotkami wyginało się uciekając przed dłońmi Cartera. Śmiech dziewczyny mieszał się z kolejnymi „nie”, których Carter najwyraźniej nie brał sobie do serca. Złapała go w końcu za przedramiona, ale nawet z całą swoją siłą nie dałaby rady ściągnąć jego dłoni z siebie, a przede wszystkim, ale wcale nie chciała tego robić. Oddech miała nieco cięższy, jakby ta krótka walka wymagała od niej więcej wysiłku niż wcześniej. I może coś faktycznie w tym było.
    — W porządku, w porządku… — Mruknęła cicho, śmiejąc się pod nosem. — Byłeś tylko ty… jedyny… może. — Mruczała dalej zaczepnie, dobrze już wiedząc, jak to się skończy, jeśli nie przestanie. Sophia przestać najwyraźniej nie miała zamiaru, jakby za cel wzięła sobie sprawdzenie, ile guziczków może wciskać, dopóki nie zirytuje się na poważnie. — Mhm, poważna rozmowa? Nie wiem, czy dam radę was zliczyć…
    Mogła, nawet na palcach jednej ręki. A Carter i tak był tym wyjątkowym złym chłopcem, którego Sophia może nie wzięła sobie za cel, aby naprawić, ale cały czas miała nadzieję, że zacznie się zmieniać. Wbrew temu, co powiedział jej dawno temu, kiedy ją ostrzegał, aby nie próbowała nic w nim zmieniać, bo on już nie jest do naprawy. I obiecała wtedy, że nie zamierza tego zrobić. Tylko, jak teraz miała udawać, że jej nie zależy na jego zmianie, kiedy tak wiele zmieniło się wokół? Kiedy już nie był „eksperymentem”, a jej partnerem? Ojcem ich przyszłego dziecka? Nie chciała, aby kiedykolwiek chociaż raz ogarnęła ją myśl, czy może zostawić dziecko sam na sam z Carterem.
    Zaśmiała się, kiedy odwrócił ją do siebie plecami. Objęła jego przedramię, niemal się na nim uwieszając. Sophia odetchnęła głęboko, prawie z ulgą, że tortury dobiegały końca. Słuchała go z lekkim uśmiechem, kiedy mówił.
    — Inne cię nie zmuszały do randek. — Mruknęła z westchnięciem, a głowę odchyliła mocniej do tyłu. — I dałeś się takiej upartej z metrem sześćdziesiąt… — Zaśmiała się pod nosem i lekko pokręciła głową. Tak, ich relacja miała się opierać na jednym, ale wprowadziła zasadę, aby nie czuli się jak zabawki i żeby mieli z tego coś więcej niż szybki numerek, bo tych Carterowi raczej nie brakowało.
    — Po pierwsze, to wcale nie wiedziałam, że od tygodni. — Przewróciła oczami. — Byłam pewna, że sobie to wyobraziłam. To nie miało sensu, ty lubiący mnie. — Wzruszyła ramionami. To wciąż nie miało sensu, ale się działo i było prawdziwe. Była pewna, że Carter ją wyśmieje, kiedy mu wyleciała z tym pomysłem wtedy na tarasie. Że przyszła, zrobiła z siebie idiotkę i do końca życia będzie wspominała ten wieczór z żenadą. Na szczęście potoczyło się zupełnie inaczej.
    Uśmiechnęła się, kiedy wyliczał daty na jej palcach, a policzki Sophii tylko bardziej przybierały purpurowy kolor.
    — Mhm, pójście z tobą do łóżka było nieodpowiedzialne? — Mruknęła. Poczuła w brzuchu znajomy skurcz, przyjemny i kojarzący się tylko z nim. — Wiesz… powtórzyłabym każdą z tych rzeczy. Zwłaszcza tę pierwszą randkę i noc… Było miło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Musiała powstrzymać się przed śmiechem. Ledwo, ale pamiętała, jak jej mówił coś o tym, że „było miło” mówiło się, gdy nie chciało się kolejnego razu. Czy coś, nie pamiętała już dokładnie. Jak widać, ale nie zapamiętywała wszystkiego.
      — Bo nie jestem zazdrosna. Nie lubię, jak ktoś myśli, że ma ciebie prawo. — Wyjaśniła. Była piekielnie zazdrosna, ale bez rzucania kieliszkami głośnymi słowami. Sophia robiła to na swój sposób.
      Uśmiechnęła się lekko i sprawnie odwróciła do niego przodem, a ręce zarzuciła na jego szyję. Przez chwilę tylko patrzyła mu w oczy bez mówienia czegokolwiek.
      — Masz mnie. Całą mnie. W koronce, bez, zaraz po wstaniu. W każdej jestem twoja. — Powiedziała z cichym zapewnieniem i musnęła jego usta. — A teraz chodź, należy ci się mały sneak peak. Ale… Musisz mnie zanieść.

      soph

      Usuń
  82. Sophia zaśmiała się krótko, kiedy Carter przez moment walczył ze swoją bluzą i koszulką. Mogła się spodziewać, że dojdzie szybko do zdejmowania ubrań, ale nie podejrzewała, że będzie to miało miejsce jeszcze w kuchni. Była skłonna mu pomóc, ale był tak na tym skupiony, że nie chciała mu przeszkadzać, więc po prostu patrzyła. Trochę z rozbawieniem, ale także z tym rodzajem spojrzenia, które odpalić w niej potrafił tylko Carter. Wiedziała dobrze do czego to zaraz może doprowadzić, a to co sama zaplanowała i zamierzała zrobić tym bardziej do tego doprowadzi. Chyba, że w jakiś magiczny sposób będzie się myliła, ale szczerze wątpiła, że Carter będzie w tej sytuacji rozsądny. Jej samej wszelki rozsądek znikał, kiedy znajdował się blisko.
    — Myślałam, że to ja miałam ci dać sneak peak, ale skoro tak… Nie będę narzekać. — Wymruczała, a wzrokiem przesunęła po jego sylwetce. Trochę rozkojarzona, więc nie dostrzegła tego, co umknęło jej zeszłej czy poprzedniej nocy. Tych subtelnych śladów, które powoli już zanikały, ale które nie pochodziły od niej. Długich śladów, ewidentnie po paznokciach, których nie mogły zostawić jej. Po odejściu nie miała czasu, aby myśleć o wycieczkach do kosmetyczki. Były krótko spiłowane, bez żadnego koloru, a jedynie błyszczała się na nich bezbarwna odżywka.
    Oplotła go nogami w pasie, a rękami objęła za kark.
    — Jak dobrze, że w takim razie nikt tu nie może zajrzeć. — Mruknęła, a pod uchem złożyła krótki pocałunek. Mieliby wtedy zdecydowanie zbyt często widok na nich roznegliżowanych i skupiających się na sobie tak mocno, jakby reszta świata nie istniała. I cóż, ale gdy świat skurczał się do ich dwójki to nic więcej nie miało już znaczenia. — To nie byłoby do końca kłamstwo.
    Nie zastanawiała się nad tym, ale różnie mogło być, gdyby Sophia wtedy nie postanowiła go poszukać. Może Carter już nigdy więcej by się do niej nie odezwał i ich historia byłaby tylko tym jednym wielkim, a co, jeśli?, które nigdy swojego zakończenia by nie otrzymało.
    Roześmiała się na jego cichy protest po tym „może”, które padło. Lubiła go w takiej wersji. Wesołego, rzucającego żart za żartem. Pozbawionego jakichkolwiek trosk. To się jej również udzielało. Carter nie przejmował się problemami, więc i ona odkładała je na później.
    — Nie powiem ci, jak cię zapisuję w pamiętniku. — Mruknęła. Jeszcze czego, takich rzeczy wiedzieć nie mógł. — Ale zastanowię się.
    Objęła go mocniej, jednak nie z tego strachu, że spadnie. Nigdy by jej nie puścił. Tego była świadoma. Z tej potrzeby bliskości, której od dawna nie było. Oboje potrzebowali teraz tych zapewnień. Sophia miała nadzieję, że uda im się wypracować coś nowego, bo mimo wszystko, ale to co było przedtem nie było idealne. I zdawali sobie z tego sprawę. Traktowała to, jako nowy początek i miała nadzieję, że Carter również.
    Westchnęła bezgłośnie, kiedy ułożył ją na łóżku. Koszulka tylko trochę się podwinęła. Pod spodem nie było nic wyjątkowego, te same krótkie piżamowe spodenki, które Carter już znał na pamięć. Uniosła się lekko na łokciach, a głowę przekrzywiła na bok. Uważniej mu się przyglądając, a raczej jego twarzy. Kącik ust brunetki lekko zadrżał na to ostrzeżenie, które padło z jego ust. Och, wiedziała. Doskonale wiedziała na co się pisze i zamierzała to dziś dobrze wykorzystać.
    — I co? Pokażesz mi coś, czego przedtem jeszcze nie widziałam? — Zapytała z lekkim uśmiechem, a potem sprawnie zmieniła pozycję. Już nie leżała, klęknęła na łóżku, a dłonie zaczepiła o pasek spodni Cartera. Niby dla podtrzymania równowagi. — Usiądź grzecznie na fotelu i na mnie zaczekaj.
    Nie była to nawet prośba. W oczach Sophii błysnęło mieszanka pożądania i nerwów, bo ona nie robiła takich rzeczy. Nawet dla niego, choć owszem, większość tych koronek, które miała były zasługą Cartera, widział ją w nich wiele razy, ale nigdy przedtem nie przyszło jej do głowy coś takiego. Jej głos był również spokojny. Być może zbyt spokojny na to szaleństwo, które działo się w jej oczach i na zbyt szybko bijące w piersi serce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podniosła się sprawnie i musnęła przelotnie usta Cartera. Bez szans, aby mógł go odwzajemnić. Wskazała jeszcze na fotel, zanim zniknęła w garderobie. Kiedy otwierała szufladę z bielizną trzęsły się jej dłonie. Jest ich za dużo, pomyślała, kiedy przebierała w cienkim materiale. Wzięła pierwszy, który wpadł jej w oko. Jasnofioletowy zestaw, który miał wyhaftowane różowe kwiatki. Były tu chyba wszystkie możliwe kolory. Spojrzała na siebie w lustrze. Włosy miała w nieładzie, oczy trochę podkrążone i… Wzrok padł na brzuch. Nie tak płaski, jak dawniej. Zaokrąglony. Delikatnie. Gdyby ktoś nie wiedział, że jest w ciąży mógłby uznać, że zjadła większe śniadanie. Spoglądała tak na siebie przez dłuższą chwilę. To wciąż wydawało się surrealistyczne, że była w ciąży. Szybko jej myśli przeszły na inny tor, bo była pewna, że słyszała zniecierpliwione westchnięcie z sypialni. Przewróciła oczami. Głębszy wdech przed wyjściem. Poprawiła tylko włosy, bo chciała, mimo wszystko, prezentować się dla niego dobrze. Nawet, jeśli ją uwielbiał w każdym wydaniu to zależało jej na tym, aby nie wyglądać byle jak.
      Uchyliła drzwi od garderoby.
      Carter siedział dokładnie tam, gdzie mu kazała. Łokieć opierał o podłokietnik, a druga ręka ułożona była płasko na udzie. Za to spojrzenie wbite prosto w drzwi, w których stała Sophia. Wyszła powoli. Oddech jej drżał. Przez moment myślała, że się wygłupia. Że to wyda mu się zabawne. Niewarte poświęcania czasu. Sama już nie wiedziała skąd się w niej brały te wszystkie myśli.
      — Możesz tylko patrzeć. — Ostrzegła, a przez moment miała wrażenie, że zerwie się z tego fotela. — I zdecydować, czy ten komplet leci z nami na Bahamy.

      soph

      Usuń
  83. Owszem, wiedziała, że dała mu zadanie piekielnie trudne do wykonania, ale Carter podobnie, jak Soph dobrze wiedział, że oczekiwanie będzie tego warte. Przynajmniej miała na to nadzieję, bo gdyby się okazało, że jednak to wszystko było na marne… Nie to było niemożliwe. I przekonała się o tym w sekundzie, kiedy wyszła z garderoby, a jego wzrok wręcz pociemniał.
    Zapamiętała sobie to, co mówił o czerwonej koronce. Miała zamiar to zrobić, ale później. Na pierwszy raz wolała wybrać coś bardziej dziewczęcego, mniej wyzywającego. Chociaż miała wrażenie, że Carter nawet najskromniejszy komplet byłby w stanie przerodzić w coś… bezwstydnego. Nie miała co do tego wątpliwości. Zrobiła jeszcze kilka małych kroków w jego stronę. Jeszcze nie na tyle, aby mógł do niej sięgnąć ręką, ale blisko. Zastanawiała się, ile minie zanim Carter jej zasadę złamie. I poniekąd chyba miała nadzieję, że to zrobi. Lubiła i tego nie ukrywała, kiedy zaczynał nad sobą tracić kontrolę. Nigdy nie narzekała, gdy tak się działo.
    Okręciła się wokół własnej osi, aby mógł z każdej strony zobaczyć.
    — Będziesz mówił tak o każdym komplecie, prawda? — Po co ona się w ogóle pytała? Przecież to było oczywiste. Mogła wyjść w podziurawionej koszulce, a i tak powiedziałby „ona leci z nami”. W ogóle nie był wiarygodny, jeśli chodziło o sprawy modowe. — Wiesz, że jest ich z trzydzieści? I ponad połowę kupiłeś ty? — Zaśmiała się. Przestała już liczyć, ile razy wracała do domu, a w sypialni w pudełku leżał nowy komplet. Każdy następny odważniejszy od poprzedniego, a Sophia z chęcią je wkładała, kiedy nie wiedział i dopiero przy zdejmowaniu z niej sukienki zdawał sobie sprawę z tego, co włożyła.
    — Aw, postaram się mieć twoje słabe serduszko na względzie. — Puściła mu oczko.
    Zaśmiała się pod nosem, bo cała ta interakcja była zabawna, a jednocześnie sprawiała, że serce brunetki biło troszeczkę szybciej. Z jednej strony chciała podejść i usiąść mu na kolanach. Ułożyć się na łóżku tak, jak najbardziej lubił ją mieć. I było po niej widać ten dylemat. Cofnąć się do garderoby po kolejny set, czy może poddać temu co siedziało zarówno w niej, jak i w nim i zapomnieć o wszystkim?
    Była naprawdę gotowa zapomnieć po co właściwie to robiła i ulec temu pierwszemu pragnieniu, które się w niej pojawiło. Jednocześnie… Och, jednocześnie Sophia potrzebowała też odrobinę tego zapewnienia ze strony Cartera, które jej teraz dawał. Nie znała powodu. Wiedziała jedynie, że potrzebuje, aby Carter jej to wszystko mówił i patrzył wciąż w ten sam sposób, który ją zachwycał i onieśmielał jednocześnie.
    — I co robię w tych najniegrzeczniejszych snach? — Spytała miękko robiąc powolny krok w stronę mężczyzny. Dobrze wiedziała, że jak podejdzie to cały ten pokaz pójdzie w łeb, a oni oboje stracą nad sobą kontrolę, ale czy to byłoby takie złe?
    Przechyliła lekko głowę, kiedy mówił dalej, a usta rozciągnęła w miękkim uśmiechu. Nie był on prowokujący, ale z figlarną i psotną nutą, jakby Sophia już coś planowała i zamierzała to właśnie na Carterze wykonać.
    — Lot powinien zająć nam trzy godziny. To dużo czasu, aby… zaliczyć high mile club. — Zapewniła, a dobór słów nie był przypadkowy. — Nie martw się, zajmę się tobą odpowiednio.
    Szczerze wątpiła, że pilot prywatnego samolotu Cartera miał cokolwiek do powiedzenia odnośnie do tego, co się działo na pokładzie. Sophia wolała nie myśleć, co się działo przed nią. Wystarczyła jej wiedza, że Carter do najgrzeczniejszych artystów nie należał, a jego samolot z pewnością widział niejedno. Cokolwiek wydarzy się między nimi będzie najpewniej najgrzeczniejszym lotem, jaki Carter w swoim życiu przebył.
    Sophia podeszła bliżej, przechodząc obok fotela. Może jej się zdawało, że Carter podniósł rękę, a może nie. Sięgnęła do niej swoją. Delikatnie przyszpilając ją do łokietnika.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Tylko patrzysz. — Upomniała go. Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, ile frajdy jej to właśnie przynosiło. Stanęła za nim, a dłonie ułożyła na jego ramionach i powoli nachyliła się z lewej strony, tuż obok jego ucha. — Chcesz zobaczyć kolejny zestaw czy… opowiedzieć mi o tych niegrzecznych snach ze mną w roli głównej?
      Palce delikatnie zacisnęła na jego ramionach. Jakby chciała rozmasować całe to napięcie, które w nim drzemało. Wystarczyło, że delikatnie nacisnęła i poczuła opór. Nie zaskoczyło jej to. Dziesięć dni niewiedzy. Niepokoju. Niepewności. Nie przestała tego jednak robić. Nie naciskała na siłę, aby sprawić mu ból. Wystarczająco, aby coś pod jej palcami się rozluźniło.

      soph

      Usuń
  84. Myślała, że jej samej łatwo będzie tylko przed nim stać, ale w rzeczywistości spojrzenie Cartera było ciężkie, a ona pod nim łatwo się uginała. Zbyt łatwo, więc musiała się na moment schować. Tylko na parę chwil, aby może zapanować nad oddechem i nad samą sobą, bo gdyby jeszcze przez chwilę Sophia na niego patrzyła to zamiast za Carterem znalazłaby się na jego kolanach.
    Uśmiechnęła się lekko, kiedy się odezwał. Palce wbiły się nieco mocniej w jego ramiona, a Sophia nie była pewna, czy to po to, bo chciała dalej mu rozluźnić napięte mięśnie, czy może jego słowa powoli sprawiały, że Sophia zaczynała tracić kontrolę.
    — Postaraj się. — Szepnęła. Specjalnie musiała mówić ciszej, bo gdyby odezwała się normalnym tonem wyczułby, jak głos się jej łamie. Cicho i ostrożnie wypuściła powietrze przez usta, jakby to w czymkolwiek miało jej pomóc. — Zapomniałeś? Lubię, kiedy zasady są łamane.
    Ona również cieszyła się, że wróciła. Nawet, jeśli nie była pewna, czy dobrze zrobiła. Nie potrafiła się przed nim ukrywać ani też udawać przed samą sobą, że cale nie chce z nim być, że nie tęskni za nim. Mieli dużo problemów, ale to przekonanie, że będzie między nimi lepiej jej wcale nie opuszczało. Naprawią to wszystko. Może nie zaczęli tego robić teraz, bo jednak uciekali do bliskości, do gierek. Mówiła sobie, że to wszystko robili, aby znaleźć stabilniejszy grunt, a potem przyjdzie cała reszta.
    — Może będziemy mieć trzydzieści powodów, aby zostać tam na miesiąc. — Zgodziła się z nim. Żadne z nich nie miało sił, aby Sophia przymierzyła wszystkie komplety. Nie, skoro już przy tym pierwszym i to najbardziej niewinnym, jaki miała tracili kontrolę. — Żadnych wymówek, żadnej uczelni. Tylko trzydzieści powodów.
    Wiedział, że by to zrobiła. Zapominała przy nim o swoich obowiązkach, nie potrafiła mu odmawiać, a już, zwłaszcza gdy mówił to wszystko takim tonem i sprawiał, że Sophia nie wiedziała, co ma ze sobą zrobić. Miała jeszcze trochę czasu zanim będzie musiała wrócić na uczelnię, a ich wyjazd, choć jeszcze nie miał określonej liczby dni, mogli spokojnie o kilka przedłużyć. Chciała, oczywiście, że chciała wrócić na zajęcia, ale chwilowo o tym jakoś nie myślała.
    — W takim razie chyba powinnam przestać. — Powiedziała z całą powagą, na jaką tylko było ją stać. Uśmiechnęła się lekko pod nosem wiedząc, że jej teraz nie może zobaczyć. Przesunęła dłońmi po jego ramionach. Chwilami wyczuwała jakieś nierówności pod palcami. Linie, których przedtem nie było, ale jeszcze była zbyt skupiona na nim, aby o nich myśleć. — Nie chciałabym, żeby twoje serduszko jednak nie wytrzymało, a my… Mieliśmy za sobą intensywny wieczór. Może powinnam ci dać odpocząć? Zregenerować się?
    Nacisk jej dłoni nie zelżał, a przybrał na sile. Wciąż czuła, że jest trochę napięty, a ona się nawet nie dziwiła. Działo się wiele i nie tylko ona dostarczała mu stresu.
    — To groźba? — Szepnęła. Od początku miała przeczucie, że nie wróci po drugi komplet. Ulegała mu znacznie szybciej niż się spodziewała. Doskonale wiedział, jak na nią działał i co powiedzieć, aby się zawahała, aby przestała myśleć rozsądnie. — Liczę na wiele rzeczy… Może na to, że złamiesz te moje zasady, podejdziesz i nie będę miała, dokąd uciec i weźmiesz to czego chcesz… lub tylko się z tobą droczę.
    Zerknęła na jego dłonie, które trzymał na fotelu. Grzecznie, jak prosiła, ale z trudem. Domyślała się, jak wiele go to musi kosztować, że wciąż siedzi i nie wstaje z zamiarem pokazania jej kto tak właściwie trzyma wszystkie karty w ręku. Może robiła to specjalnie, aby wyciągnąć z niego tę reakcję, którą lubiła najbardziej. Nieprzewidywalną. Odrobinę groźną, ale wciąż czułą. Tę, którą otrzymywała tylko ona.
    Dostrzegła jego spojrzenie, kiedy odchylił głowę do tyłu. Każde jego słowo trafiało dokładnie tam, gdzie powinno. Palce wbiła mocniej, a kolana same się ugięły. Sama taka wizja… Nie była pewna, czy jęknęła, czy to tylko było w jej głowie. Przymknęła oczy, jakby już widziała to, o czym mówił Carter i chciała to dla niego zrobić. I dla siebie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odetchnęła odrobinę głębiej, jakby w ten sposób zbierała myśli, które teraz nie miały żadnego sensu. Rozbroił ją tymi słowami. Głosem, który był pełen napięcia. Sophia zdążyła już niemal zapomnieć po co właściwie to wszystko robiła.
      Pochyliła się lekko nad Carterem, usta miała tuż przy jego uchu, a dłonie powoli z ramion zsunęła na tors.
      — I co jeszcze będę robiła, jak już znajdę się na łóżku? — Spytała, nie potrafiąc ukryć drżenia w głosie. Kącik jej ust lekko drgnął, a ona po chwili przysunęła je po jego skórze, na której zostawiła delikatne pocałunki. — Boję? Och, nie. Nie mogę się tego doczekać.
      Uśmiech się pogłębił. Podobnie, jak jej pocałunki. Naznaczała nimi jego skórę, powoli i uważnie, dokładnie chcąc sobie przypomnieć jej strukturę, choć wcale jej nie zapomniała. Pod dłońmi wyczuła, jak jego oddech się zmienia, a ciało powoli napina. Odsunęła twarz na moment i wtedy to zobaczyła. Ciemniejszą plamkę między obojczykiem, a szyją. Przygaszoną, niejednolitą. Przez moment myślała, że to światło tak pada, ale nie, plamka wciąż tam była. Ciemniejsza od jego skóry zaledwie o pół tonu, ale dostrzegalna. Pod spodem, zaledwie kilka centymetrów niżej była kolejna. Uśmiech, który miała na ustach zgasł zanim zdążyła to zauważyć, a dłonie przed chwilą tam pewne i skupione straciły swój rytm.

      soph

      Usuń
  85. Dla niej samej to było, jak przeciągająca się tortura, którą ona sama rozpoczęła. Bo prawda była taka, że jedyne o czym Sophia była już w stanie myśleć to był Carter i sposób, w jaki ją dotknie, kiedy zejdzie z tego fotela. Nie musiała wyobrażać sobie jego pociemniałych i wygłodniałych oczu, bo wystarczyło, aby lekko odwróciła głowę i je widziała, a w nich resztki samokontroli, która jeszcze trzymała go na tym fotelu. Już nie siedział tak, jakby był do niego przytwierdzony, a jakby się właśnie temu powoli wymykał, a ona była tą, która miała władzę nad tym, ile jeszcze w tym pozornym spokoju wysiedzi.
    Sophia nie potrafiła wstrzymać tego lekkiego drżenia, kiedy się odezwał. Sophia, która przestaje być grzeczna… Nie wiedziała, czy zna taką wersję. Przy Carterze się rozluźniła, a jednak wciąż trzymała swoich zasad. Głos uwiązł jej na moment w gardle, a ona niemal straciła nad własnym ciałem kontrolę, które już chciało się poddać w pełni jemu.
    — Mam ci… pokazać? — Powtórzyła cicho, musząc się upewnić, że dobrze go usłyszała. W jego głosie wyczuła coś w rodzaju rzuconego w jej stronę wyzwania, które mogła podjąć lub… w ciszy zignorować. I być może jeszcze kilka miesięcy temu roześmiałaby się, uznała, że żartuje, ale on nie żartował. Nigdy nie żartował.
    Przymknęła na moment oczy, jakby potrzebowała tych paru sekund dla siebie. Pozbierać myśli, zanim Carter je znów rozbroi na małe kawałeczki, które później ona będzie próbowała poukładać w całość, a która ostatecznie nie będzie miała większego sensu. Wiedział, aż za dobrze wiedział, jak ją rozstroić. Sprawić, żeby straciła grunt pod nogami. I teraz to się właśnie działo, gdy mówił co ma zrobić, a Sophia go słuchała. Jak oczarowana. Zauroczona, przerażona, podniecona i zniecierpliwiona – wszystko w jednym. Słowa, które z taką uwagą wypowiadał Carter sprawiały, że mięśnie brunetki się napinały. Znajomy, przyjemny uścisk w podbrzuszu był dla niej, jak sygnał, aby to zrobić. Mimo tego, jak niepewna była. Mimo, że nie robiła takich rzeczy przedtem. Nawet dla niego, a teraz…? Teraz chciała to zrobić dla niego.
    Carter swoją twarz miał tuż przy jej uchu, a dłoń na talii. Miał jej nie dotykać… Kazała mu zasady łamać, więc nawet nie mogła mieć pretensji, że ją rozprasza. Przymknęła oczy, tłumiąc w sobie kolejny jęk, który zdradziłby więcej niż Sophia była na ten moment gotowa przyznać.
    Chryste. Tego było za dużo, a jednocześnie brnęła w to dalej.
    Dopiero po chwili na ustach brunetki pojawił się lekki uśmiech. Z początku był on prawie niewidoczny, ale z każdą kolejną chwilą nabierał na sile. Przekręciła głowę w stronę twarzy Cartera, odszukując jego oczy. Były dokładnie takie, jakich się spodziewała.
    — Tego właśnie ode mnie chcesz? — Zapytała, jednocześnie dając mu tym samym znać, że słyszała każde słowo i że to… Działało. Rozpalił je nie tylko jej wyobraźnię, ale przede wszystkim nią samą. Rozpalił w niej to, czego przedtem w sobie nie znała, coś co dopiero miała poznać. Zerknęła w stronę łóżka, na które widok z fotela był niepoprawnie dobry. — Jesteś absolutnie pewien?
    Carter nawet nie musiał na nią patrzeć, aby zauważyć co z nią robił. Jak jego słowa powoli wchodzą jej pod skórę, która rozgrzewała się wraz z kolejnymi obrazami jakie podsyłał jej do głowy. Obrazami, w których nigdy przedtem nie widziałaby siebie, ale przy nim…? Przy nim Sophia mogła nie pierwszy raz sięgałaby po coś, co przedtem niekoniecznie było jej znane. Nie z własnego doświadczenia. Nie próbowała przekonać siebie czy jego, że jeszcze ma tu coś do powiedzenia, ale biernie stać również nie zamierzała. Choć te wszystkie słowa spokojnie mogły odebrać jej mowę. Poniekąd odbierały. Nabrała przy nim jednak więcej pewności, choć wciąż była sobą. Tą samą Sophią, którą zwykły komplement wytrącał z równowagi.
    Oczy jej błysnęły od składanych obietnic, które, ale dobrze wiedziała, że zmienią się w czyny i absolutnie nie mogła się tego już doczekać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Zobaczysz, jak zdejmuję ten komplet tylko dla ciebie. — Szepnęła. Byli tak blisko, a ich oddechy się ze sobą niemal mieszały. Zaledwie kilka centymetrów ich dzieliło od pocałunku, który wisiał w powietrzu od dłuższej chwili. Zwilżyła usta językiem. — Wejdę na nasze łóżko, klęknę dla ciebie… Będę patrzyła na ciebie, kiedy zacznę go zdejmować.
      Powtarzała jedynie jego słowa, tym samym budując w sobie świadomość, że może to zrobić. Dla niego? Och, dla Cartera mogła zrobić wszystko o co tylko by ją poprosił, a już zwłaszcza wtedy, kiedy byli tylko we dwoje.
      — Dotknę się dla ciebie. — Przesunęła palcem po jego skórze na torsie, jakby chciała ją zapamiętać. — I kiedy będę to robiła z myślą o tobie… patrząc na ciebie… chcę zobaczyć, jak robisz to samo myśląc o mnie. — Wyszeptała.
      Zaledwie prze chwilę trwała w ciszy i niemal bezruchu, wciąż czuła jego dłoń na swojej talii, a oddech na skórze. Przybliżyła się szybciej niż Carter zdążył sformułować kolejną myśl, a może pyskatą odpowiedź, która rozkojarzyłaby ją bardziej. Wpiła się w jego usta nagle, ale bez pospiechu. Nie mogąc trwać już w tym zawieszeniu, a potrzeba, aby go posmakować była silniejsza niż czuła kiedykolwiek przedtem. Pocałunek niewiele miał wspólnego z niewinnością, był raczej jak przypieczętowanie intymnego paktu, który właśnie między sobą zawarli. Nieprzyzwoitego, wyuzdanego wręcz, niemal niepasującego do wszystkiego co robili przedtem. W pocałunku była niecierpliwość, którą oboje między sobą zbudowali i niewypowiedziana na głos gama emocji, która w nich od kilkudziesięciu dobrych minut siedziała.

      soph

      Usuń
  86. Sophia sprzed kilku miesięcy, a być może nawet i sprzed kilku tygodni zrobiłaby właśnie to, o czym Carter myślał. Zmieniła tor jego myśli. Skierowała je w zupełnie innym kierunku, odciągając od tego co grzeszne, niepoprawne. Wychodzące poza ramy tego co brunetka znała. Dawniej nie sądziła, że wchodzi w układy z mężczyznami, które opierać mają się wyłącznie na fizycznych doznaniach, a jednak to zrobiła. To, że się zakochała to była zupełnie inna kwestia. Daleko było jej do spełniania fantazji, które ją peszyły, a prawda była też taka, że nie znała fantazji Cartera. Nie tak w pełni, bo mógł jej mówić o tym, jak chce ją widzieć, gdzie ją chce mieć, ale nie sięgała w te ciemniejsze zakamarki. Była świadoma, że one istnieją, ale nigdy tam nie zaglądała. Trochę ze strachu, że nie podoła, że może okaże się, że to co siedziało w głowie Cartera będzie dla niej zbyt ciężkie do udźwignięcia, ale i przez to, bo pamiętała, jak się skończyło, kiedy raz (w zasadzie na siłę) próbowała to zrobić. Jak bardzo wszystko się wtedy między nimi posypało, jak to sprawiło, że nie potrafili spojrzeć sobie później w oczy przez niemal godzinę, którą wtedy spędzili w tym dziwnym zawieszeniu.
    Dziś było jednak inaczej. Czuła to w powietrzu, ale również w kościach. Nie było wokół głośnej muzyki, nie znajdowali się w klubie, a przy niej nie było tamtej dziewczyny, która ją do tego zachęcała. Znajdowali się w swojej sypialni. W jednym z tych miejsc, które niesprzecznie należało do nich. Sypialni, która pachniała nimi. Nosiła ich ślady. Z pościelą, która należała do nich.
    — „Jeśli”, nie wierzysz, że to zrobię. — Kącik jej ust uniósł się drwiąco. Szczerze? Ona również nie wierzyła, że faktycznie znajdzie się na tym łóżku, choć ton jej głosu sprzed chwili tak pewny i aksamitny zapewniający, że wywiąże się z obietnic, wskazywał właśnie na to, że Sophia za moment tam wejdzie. — Powinieneś mieć więcej wiary w swoją narzeczoną, kochanie. — Szepnęła z naciskiem na narzeczoną. Mogła mu oddać pierścionek. Mogła się z nim pokłócić, ale była tutaj, a to… To dla niej było jednoznaczne z tym, że wróciła w pełni i bez wahania.
    Cierpliwość Sophii w tych ostatnich sekundach niemal już nie istniała. Sama do tego doprowadziła, a Carter podjudzał ją kolejnymi słowami, które rozpalały w niej następne obrazy. Usta po pocałunku miała delikatnie obrzmiałe, zaczerwienione i spragnione po więcej, ale nie sięgnęła po kolejny pocałunek, choć chciała. Odsunęła się od mężczyzny powoli i przeszła za jego plecami. Dłonią bezwiednie przesunęła po ramionach. Szła na palcach, jakby miała na sobie szpilki, których teraz zdecydowanie brakowało, a po które nie miała czasu cofnąć się do garderoby. Zupełnie jakby wiedziała, że sekunda w samotności sprawi, że cała jej odwaga wyparuje, a tego nie chciała.
    Ruchy brunetki były powolne. Czuła na sobie wzrok Cartera, jak prześlizguje się po jej ciele. Nawet nie próbował udawać, że jej nie obserwuje.
    — To nie fair. — Odezwała się po chwili. Odwróciła głowę przez ramię, aby spojrzeć na Cartera. Rozpartego na fotelu z tymi ciemnymi oczami, które uważnie śledziły każdy jej ruch. — Ja również chciałam popatrzeć.
    Nie zamierzała od razu wejść na łóżko. I owszem, Carter w pierwszej chwili mógłby pomyśleć, że robi to, aby się wykręcić. Nic z tych rzeczy. Nie potrzebowała, aby ją do tego dodatkowo zachęcał. Zachęcała samą siebie, a kiedy włożył jej do głowy pierwszy obraz… Skłamałaby, gdyby powiedziała, że nie chce spróbować. Jeśli uzna, że to nie dla niej – trudno. Nie chodziło teraz jednak o nią, ale o Cartera. I to przede wszystkim chciała zrobić dla niego, bo widziała jego wzrok. To, jak ślizgał się po jej skórze. Jak resztami samokontroli pilnował się, aby zostać na tym przeklętym fotelu. Sophia, zupełnie jakby czytała mu w myślach, podeszła do komody, gdzie leżał jej telefon. Podłączony już dawno do głośników rozmieszczonych w każdym pomieszczeniu w penthousie. Kilka sprawnych kliknięć, a potem odłożyła telefon ekranem do dołu. Zaledwie sekundę później sypialnię wypełniła muzyka. Podkręcająca nastrój, bez słów, ale z melodią osiadająca na skórze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Swoje kroki wolno skierowała w stronę łóżka. Z każdym kolejnym krokiem czuła, jak serce powoli jej zwalnia. Oddychała przez lekko rozchylone usta, jeszcze nie spoglądając w stronę Cartera. Kroki brunetki były miękkie, zdecydowane. Jeśli zdawało się, że coś w niej szepcze, aby skończyła, to nie dawała tego po sobie poznać. Zwykle to między nimi wyglądało zupełnie inaczej. Spokojniej, choć to nie znaczyło, że brakowało im intensywności.
      Uklęknęła na łóżku jednym kolanem, a materac delikatnie się pod nią zapadł. Ciche, niemal bezgłośne westchnięcie wyrwało się jej spomiędzy ust, gdy pochyliła się do przodu, aby oprzeć rękami o pościel. Sprawnie, bez pospiechu wsunęła się na środek łóżka, aby po chwili odwrócić w stronę Cartera. Klęczała, zgodnie z obietnicą. Rozchyliła delikatnie nogi, kiedy poprawiła pozycję, a potem pochyliła się lekko do przodu obserwując uważnie siedzącego mężczyznę przed nią. Jakby próbowała odczytać coś z jego twarzy, ale w tej chwili… Nie potrafiła go rozgryźć. Spojrzenie Cartera było intensywne, mocne i sprawiające, że miała ochotę uciec własnym na bok, czego nie zrobiła. Nie wiedziała od czego ma zacząć. Miała wrażenie, że ten moment, kiedy klęczy wpatrzona w niego trwa całe wieki. Zdjąć ma najpierw górę czy dół? Nie zdjęła jednak nic, jeszcze. Odchyliła się jedynie lekko do tyłu, aby dłonią przesunąć wzdłuż ciała. Zaczęła od szyi, między piersiami, które unosiły się w nierównym tempie. Palcami zatoczyła niewielkie kółko tuż nad materiałem bielizny, a ten niepozorny dotyk sprawił, że zadrżała. Szybciej niż się spodziewała. Jeszcze nie wiedziała co czuje, czy jej się spodoba, ale… Nie przestała. Dłoń wróciła z powrotem na górę. Palcami powoli zsunęła pierwsze ramiączko, które opadło niżej, a po chwili dołączyło do niego drugie. Wydawało się jej to nierealne. Może takie właśnie było. Oparła się jedną dłonią o pościel dla równowagi, kiedy druga sięgnęła do pleców, aby sprawnym ruchem rozpiąć zapięcie. Stanik spadł z niej w ciszy. Wyjęła z niego ręce, a materiał odłożyła na bok. Carter widział ją nago wiele razy, ale tym razem to było coś zupełnie innego. Zgodnie też z jego prośbą wszystko co robiła – robiła patrząc mu w oczy i myśląc o nim. To jej pomagało, wyobrażanie sobie i przypominanie, co robiły jego dłonie, kiedy znajdowały się na jej ciele. Uniosła się delikatnie na kolanach, aby zsunąć z ud koronkowy materiał fig. W upierdliwie wolnym tempie, a może tylko jej się tak zdawało. Czas rozciągał się jej teraz kompletnie inaczej. Zsuwała je powoli. Starając się zapanować nad dłońmi, które czasem drżały mocniej niżby sobie tego życzyła. Wróciła do poprzedniej pozycji, jednak z szerzej rozsuniętymi nogami. Denerwowała się? Być może. Czy zamierzała przestać? Absolutnie nie.
      Wzrok miała wciąż uparcie wbity w oczy Cartera, kiedy znów dłońmi przesunęła po ciele. Jakby poznawała je po raz pierwszy. Jedna z nich została przy piersi, objęła ją własną dłonią, natomiast druga zsunęła się niżej poprzez brzuch aż między uda. Ciche, niekontrolowane westchnięcie wyrwało się spomiędzy jej ust, gdy się dotknęła. Zaskoczona własną reakcją, uśmiechnęła się. Jakby właśnie dostała od samej siebie coś, czego nazwać nie potrafiła, ale to zaczynało się brunetce niebezpiecznie podobać. Jej ruchy były powolne, sprawdzające. Nie tylko własną reakcję, ale i Cartera, bo to na nich zależało jej przede wszystkim. I myślała o nim z dłonią między udami, odnajdując rytm, nabierając więcej pewności.
      Zgodnie z obietnicą, którą mu złożyła.

      soph

      Usuń
  87. Gwiazda dzisiejszego popołudnia. Tak ją określił, chociaż Sophia wcale nie czuła się jak gwiazda. Mimo, że to właśnie ona była na tej prowizorycznej scenie, za która robiło jej łóżko. Mogła przekomarzać się z nim dalej. Odpowiedzieć, dlaczego na jej placu nie ma pierścionka, a nazywa się narzeczoną. Nie potrzebowała go, aby ten tytuł nosić, choć sama się go pozbyła. Dla Sophii to było ciche rozwianie wszystkich obaw, które Carter miał. Że znów odejdzie i zostanie sam, że zabierze rzeczy, a on znów nie będzie wiedział, kiedy zobaczy ją po raz kolejny. Sophia nie wróciła powoli, tak, jak sobie to wymyśliła. Zrobiła to z rozmachem, który podsunął jej Carter i nie było od tego już odwrotu, nie było żadnego awaryjnego wyjścia. Sophia nie chciała żadnych nawet szukać. Można było to nazwać uzależnieniem od niego. Głupią naiwnością. Ślepotą. Bez znaczenia co ktoś o niej myślał, że się pogubiła i oddała swoje życie człowiekowi, który w każdej chwili może mieć inne? Teraz miał ją. Patrzył na nią. To w nią wbijał mocne spojrzenie, któremu mogła ulec w każdej chwili. Zacząć skomleć jego imię i błagać, aby tu przyszedł, ale jeszcze nie. Było za wcześnie, a Sophia… Sophia jeszcze nie zdążyła się rozkręcić. Bo mimo wszystkich obaw, które miała przedtem to z każdym kolejnym, raz śmiałym, a raz nie ruchem pozbywała się wszelkich wątpliwości. Miała Cartera w pełni dla siebie. Takiego, jakim chciała dziś mieć. Skupionego na niej. Siedzącego z tą niepokojąco spokojną miną, że gdyby nie znała go wcale pomyślałaby, że jest znudzony. Przy kimś innym… Przy kimś inny nawet by tego nie zrobiła. Uciekłaby. Przy nim? Przy Carterze łamała wszystkie swoje zasady, a w tej sypialni złamała chyba niemal każdą, którą jej narzucił i zrobiła to z uśmiechem na twarzy.
    Robiła wszystko z uwagą, jednak nieprzesadną. Przestała myśleć nad tym, jak wygląda i czy jest dobrze, a skupiła się na tym, co czuła. Na własnej dłoni, która z rozmysłem wyrywała z niej kolejne jęki, które przedtem należały tylko do Cartera. Wychodziły tylko spod jego rąk bądź ust, czy przyciśniętych bioder do jej. Tym razem to ona odpowiadała za własną rozkosz i z każdą chwilą brała coraz więcej i coraz śmielej. To, że patrzył… To był tylko plus. Bo nie spodziewała się, że bycie obserwowaną może być tak rozgrzewające od środka i na zewnątrz. Samo spojrzenie, które jej Carter dawał było oszałamiające, a Sophia ze wszystkich sił starała się, aby nie przymykać oczu, choć na to miała ochotę. Dłoń między udami w jednej chwili poruszała się szybciej, jakby znalazła właśnie tempo, które odpowiadało jej bardziej, natomiast druga sunęła po ciele. Tak, jak robiłby to on, gdyby tu przy niej był. Nie tylko odtwarzała znajome ruchy, ale tworzyła własne. Sprawdzała po swojemu, które miejsce na jej ciele jest wrażliwsze i zareaguje na coś tak lekkiego jak przesunięcie paznokciami po skórze, po którym ruchu zadrży i znów westchnie jego imieniem.
    Chciała poprosić, aby tu przyszedł. Aby przestał tylko patrzeć, ale nie potrafiła. Zbyt skupiona na własnej przyjemności, której przedtem nie znała. Nie w tym stopniu, nie w taki sposób, nie przed kimś. Nigdy nie spodziewałaby się tego po sobie.
    Wcale nie przyszło jej to łatwo, ale do niczego się nie zmuszała. Carter mógł nakłonić ją do wielu rzeczy, jednak miała tę pewność, że gdyby zawahała się wyraźniej na moment lub w jej oczach dostrzegłby nie tylko cień zawahania, ale czegoś co wyraźnie pokazałoby, że to przestała dla niej być zabawa, nie siedziałby na tym fotelu. Słuchał jej, obserwował i dostrzegał w niej więcej niż czasem ona sama w sobie widziała. Potrafił przesuwać granice w taki sposób, aby czasem tego nie dostrzegła. Orientowała się, gdy było już za późno, a ona nie miała, jak się cofnąć, bo… Bo bawiła się zbyt dobrze, aby powiedzieć stop. Tak, jak było właśnie teraz. Gdy dotykała samej siebie według jego wskazówek, tak długo, dopóki będzie jej kazał. Sophia nie próbowała przerywać, choć uda jej drżały, a oddech dawno przestała kontrolować. Nie była nawet blisko, dopiero zaczęła, jeszcze nie odkryła wszystkiego.
    Jeszcze nie chciała przerywać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Powinnaś widzieć siebie teraz…
      Po tych słowach jęknęła głośniej niż się spodziewała. Jakby właśnie i one uderzyły w czułe miejsce, a nie tylko jej palce. Sophia na moment oderwała wzrok od Cartera, ale zrobiła to tylko w jednym celu. Miała się zobaczyć, prawda? Spojrzała na stojące oparte o ścianę lustro. Z boku łóżka. Te, które sobie wymyśliła tygodnie temu, a dla którego nie było miejsca i żadne jej nie pasowało, więc stało w sypialni. I gdy teraz odwróciła głowę miała na siebie widok. Jedynie na bok, ale to wystarczyło. Rozpuszczone włosy spływające po plecach, klejące się do twarzy kosmyki. Rumiane policzki, błyszczące oczy. I dłonie… Jedna z powrotem na piersiach, druga między udami. Rozchyliła szerzej usta, a jej głowa opadła do tyłu. Jakby ten widok to było już za dużo. Było, a jednocześnie ten widok – ona, tak rozpalona nie przez niego, ale przez siebie – było czymś czego nie potrafiła opisać.
      Wróciła do niego wzrokiem.
      — Carter… — Sapnęła, jak w prośbie, aby już podszedł, ale tego nie zrobił. Nawet nie drgnął. Tylko wciąż patrzył z tą samą intensywnością, a może nawet większą. Zadrżała widząc, ile mroku kryło się w jego spojrzeniu. Znała to spojrzenie z tylko jednego miejsca. Patrzył na nią tak tylko raz. Tamtej nocy. Wtedy na parkiecie. Wtedy również obserwował. Z identyczną miną, choć wtedy… wtedy miała wrażenie, że był spokojniejszy niż obecnie.
      Tyle jej wystarczyło, aby wiedziała, że na fotelu przed nią nie siedzi Carter.
      Siedział przed nią Zaire.
      Mężczyzna, którego nie dane było jej poznać w pełni. Ktoś kogo Carter przed nią chował. Pokazywał małe urywki, ale nigdy w całości. Ona również nie prosiła, mimo, że czasami na ustach zastygała jej cicha prośba mocniej, że czasami chciała, aby wyzbył się tej delikatności, którą nią obdarzał. Nie powiedziała mu, że czasami, ale tęskni za tym, jaki był tamtej nocy. Że czasem chciała tego mocniejszego dotyku, który zostawi po sobie ślad. Taki, który odczuwać będzie jeszcze następnego dnia. Ale nie mówiła. Może ze strachu. Może ze wstydu. Ale nie prosiła, a to co jej dawał, zawsze było wystarczające.
      — Zaire… — Szepnęła. Pomyliła się? Czy może… weszła na terytorium, którego tak naprawdę nie znała? Chciała się przekonać. I mu pokazać, że go zauważyła, że nie umknęła jej ta zmiana w nim. I chciała, aby tu teraz podszedł. Żeby jego dłonie zastąpiły jej. Jego usta na jej ciele. Wszędzie. Chciała go poczuć, ale nie mówiła nic. Czekała wręcz na to, co wymyśli dalej, czy to będzie wystarczające, czy może planował dla niej coś na co znów może nie być gotowa, ale w czym odnajdzie się szybciej niż oboje się spodziewali.

      ❤️‍🔥

      Usuń
  88. To co czuła w tej chwili było intensywniejsze niż kiedykolwiek przedtem. Nie potrafiła ani tym bardziej nie mogła tego porównać do niczego innego. Każde wcześniejsze zbliżenie… Sophia znajdowała się teraz w zupełnie innym miejscu. Obnażona przed mężczyzną ze wszystkich warstw, ale nie tylko z ubrań. Carter wydzierał z niej najgłębsze pragnienia, o których przedtem nie miała pojęcia, że istnieją. Zawsze jej się wydawało, że po więcej nie można sięgać. Nie z jakiś pruderyjnych powodów, a z tej prostej myśli, że się do tego nie nadaje. Sophia lubiła łamać zasady, które sama sobie narzucała. Wydzierać się z narzuconych ram, jednak zwykle to miało miejsce w subtelny sposób. W taki, który nie był przytłaczający. A choć teraz jedynym świadkiem przekraczania granic był Carter, to nikogo więcej do tego nie potrzebowała. I nikogo innego tu nie chciała. To jego spojrzeniem się karmiła. Na niego patrzyła z dłońmi na ciele, rozkoszując się własnym dotykiem, chociaż jedyne o czym myślała to, aby w końcu jej dotknął. Potrzebowała wreszcie poczuć znajome dłonie na ciele, jego usta, które doskonale wiedziały co robić, w którym miejscu pocałować. Wciąż jednak nie prosiła. Mogła wypowiadać jego imię, szeptać je w niemal błagalny sposób, ale dalej nie prosiła, aby jej dotknął. Równie dobrze bawiąc się tym, że nie robi nic poza patrzeniem. To, póki co, było wystarczające. Jeszcze takie było, bo nie wątpiła, że nadejdzie chwila, w której przestanie być, a ona albo z tego łóżka zejdzie, aby znaleźć się przed nim na kolanach albo to Carter zrobi pierwszy ruch i podejdzie do niej. Z tym, że bez względu na to, ile razy mogła jęknąć, wypowiedzieć jego imię czy wsunąć w siebie palce on wciąż siedział z tą samą niewzruszoną miną. Tym samym spojrzeniem, jakby wszystko co się działo nie było dla niego. Jednak ona wiedziała, że go to poruszało. Choć skupiała się głównie na sobie to widziała napięte mięśnie, zaciśnięta szczękę czy dłoń, która wbijała się w bok fotela. Drobne szczegóły, które przypominały, że nie jest obojętny i ją widzi, dostrzega, że czuje.
    Jęknęła w proteście, gdy nawet się nie ruszył. Z dziką frustracją, która błysnęła jej w oczach. Bo ta osamotniona dłoń nie była już wystarczająca. Chciała więcej. Sięgnąć po to, co do tej pory było zakazane. Jak za szybą. Widziała go i czasami czuła, ale nigdy nie miała. Tego popołudnia chciała to zmienić. Przekonać się na własnej skórze przed kim Carter ją ukrywał. Zrozumieć, dlaczego ukrywał. Bez patrzenia na konsekwencje. Bez myślenia, że może nie jest gotowa, że może wciąż jest zbyt krucha i zbyt delikatna, aby unieść człowieka, w którego się zmieniał, gdy jego wzrok tak ciemniał.
    — Nie chcę kończyć sama. — Niemal warknęła. Rozjuszona brakiem jego obecności. Tym, że Carter nie był tak blisko, jakby sobie tego życzyła. Oddech uwiązł jej na moment w gardle, a plecy delikatnie wygięła od rozkosznie rozrywającej przyjemności, która rozlewała się po jej ciele. — Zrobię co tylko zechcesz… Tylko do mnie podejdź.
    Spojrzenie brunetki również zrobiło się ciemniejsze. Jakby nie było już śladu po tej dziewczynie, która rumieniła się, bo powiedział jej, że ślicznie dziś wygląda. Była za to jakaś nowa. Której do tej pory nie znało żadne z nich, a która choć jeszcze nie w pełni odnajdowała się w tej nowej roli to czuła się w niej dobrze. Sophia westchnęła ponownie, gdy jej słowa nie sprawiły, że podszedł. I zeszłaby z tego łóżka, naprawdę. Ale ją uprzedził. Wystarczyło, że dostrzegła ledwo zauważalny na początku ruch. Jakby tylko poprawiał pozycję na fotelu, a potem wstał. Powoli, bez pospiechu. Jakby sprawdzał jej reakcję. Serce waliło jej w piersiach, jakby za moment miało się wyrwać. I może to była prawda. Może za chwilę naprawdę się z niej wyrwie, a ona zostanie z krwawiącą raną, którą tylko on byłby w stanie zasklepić.
    — Zaire, proszę… — Przerwała, kiedy przez jej ciało przeszył kolejny dreszcz. Przymknęła oczy, a głowa opadła na bok. Jego imię zawisło na ustach brunetki, ale tym razem jako prośba, że bez niego już dalej iść nie chce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obserwowała go spod wpółprzymkniętych powiek, kiedy do niej podchodził. Jego kroki były boleśnie powolne, a Sophia coraz mniej miała w sobie cierpliwości. Jednocześnie nie odważyła się go pospieszać. Choć może powinna.
      — Mam dojść bez ciebie? — Zapytała podnosząc wzrok. Sama wizja tego była nierealna. Zawsze razem, tak było przynajmniej do tej pory. Dziś nie miała już pojęcia czego jeszcze ma się spodziewać, do czego ją doprowadzi, jak ją poprowadzi. — Co mam zrobić, Zaire?
      Usta jej zadrżały, podobnie, jak ona cała, gdy stał już przy łóżku. Klęczała blisko krawędzi, ale i tak musiała podnieść głowę, aby na niego spojrzeć. Jej oczy, zwykle ciepłe, brązowe, teraz zaszły mgłą i wypełnione były błogim pożądaniem, którego zaspokajać nie chciała dalej już sama. Chciała jego. Tak bardzo, że aż nie wiedziała, jak jeszcze ma o to poprosić. Żeby w końcu ją przewrócił na brzuch lub popchnął na plecy, wciągnął na siebie. To już było bez znaczenia. Po prostu go chciała, ale on… Wciąż tylko stał.
      Stał i mówił jej, że ma nie przestawać. Przez moment jedyne dźwięki w sypialni, nie licząc muzyki, która stała się tylko tłem, wychodziły on niej. Pojedyncze jęki przeplatane jego imieniem, mokre, bezwstydne dźwięki spomiędzy ud.
      Drgnęła, kiedy wyciągnął do niej rękę. Broda jej zadrżała, a kiedy kciuk musnął jej usta te rozchyliły się bardziej. Jakby czekały, aż się nachyli, żeby ją pocałować, ale zamiast tego… Nie cofnął jej, ale dostrzegła, gdzie znalazła się druga. Znów zadrżała, ale już niepewna, czy to było od dźwięku klamry, tego jak był blisko czy przez samą siebie zaczynającą powoli tracić kontrolę nad własnym ciałem. Choć chciała sięgnąć do niego ręką, nie zrobiła tego. Rozchyliła jedynie szerzej usta, wciąż trzymając na nim wzrok. Już nawet nie czując potrzeby, aby go odwracać.

      😌

      Usuń
  89. Szumiało jej w skroniach, serce groźnie rozbijało się o klatkę, a ciało domagało się Cartera. Zaire. Ich obu. Tak, jak przedtem nie dał jej tego zasmakować. Tym razem, ale nie chciała, żeby musiał się przy niej przed czymkolwiek wstrzymywać. Nie byłoby jej w tej pozycji, z tak rozedrganym sercem i ciałem, gdyby nie on. Kiedy zaczęła tę zabawę nie sądziła, że będzie ona miała taki wydźwięk. Ani tym bardziej nie przewidziała siebie na tym łóżku, rozłożonej w ten konkretny sposób tylko dla niego. Sophia nigdy przedtem nie pomyślałaby, że znajdzie się w takiej sytuacji. Nie myślała w ten sposób. Może to i lepiej, że tego nie robiła. Teraz każdy kolejny ruch był dla niej ekscytującą zagadką, którą mogła rozwiązywać w swoim tempie, choć te chciała przyspieszyć. Nie mogła znaleźć w sobie już słów, którymi mogłaby przyciągnąć do siebie Cartera bliżej. Sprawić, aby nie tylko patrzył, ale wziął czynny udział. Wziął ją.
    — Nie chcę bawić się już sama. — Wyszeptała to prawie błagającym tonem. Był już zbyt blisko, aby własna dłoń była zadowalająca. Nie, kiedy czuła jego zapach. Perfumy, które od zawsze się jej podobały, a które teraz działały na nią przyciągająco. Zapach jego skóry, który znała na pamięć.
    Chciała jego. Tak rozpaczliwie go teraz potrzebowała. Domagało się go w niej wszystko. Każdy nerw, który podrażniała prosił o trochę jego uwagi. O więcej dotyku niż tylko na twarzy, choć ten tak z pozoru delikatny, niewinny sprawił, że skóra pod jego dłońmi paliła. Sophia zamrugała parę razy, jakby na początku nie usłyszała go dobrze. Westchnęła cicho, ale nie w uldze, bo wciąż nie dostała od niego tego, co chciała. Mogła dostać za to jego. Zaire’a. Znów przymknęła na moment oczy, kiedy jego dłoń zsunęła się na szyję i przez moment myślała, że ją obejmie, ale zamiast tego on musnął jej obojczyki. Słyszała, jak rozpina spodnie, a kiedy otworzyła oczy materiał zsunął się z jego bioder. Sophia cicho westchnęła, zdając sobie doskonale sprawę z tego czego od niej chciał Carter. Nie, Zaire. Tak się jej wydawało, że to on tu był. Nie wiedziała. Gubiła się. Wiedziała też, że nie zamierza mu odmawiać.
    Pokiwała milcząco głową na zgodę. Przez moment pewna, że ją pocałuje, ale zamiast tego dał jej krótki, gorący oddech, który był tylko zaproszeniem. Oparła dłoń o pościel, na której zacisnęła palce. Mocno. Z frustracji, ale i tego rozpalonego pożądania, które mieściło się tuż przed jej oczami. Podniosła wzrok na mężczyznę.
    Sięgnęła w końcu dłońmi do bokserek. Drżały bardziej niż się spodziewała, a kiedy zsuwała materiał w dół oczy miała skierowane na jego twarz. Jednak nie patrzyła tak, jakby szukała potwierdzenia, że na pewno to właśnie ma zrobić. Oparła się do jego biodra, aby przysunąć się tylko kawałek bliżej, żeby było jej wygodniej. Oddechem musnęła jego podbrzusze, kiedy się przybliżyła. Dzwoniło jej w uszach, a jeśli myślała, że wcześniej serce próbowało się wyrwać to w tym momencie mu się to udało. Pierwszy raz robiła to z nim, tak niepewna w swoich ruchach. Gdzieś na ułamki sekund to do niej wróciło, ta potwornie irytująca chęć ucieczki, którą jednak stłamsiła, kiedy wróciła do niego spojrzenia. Mrocznego, chwilami niemal chłodnego, ale skupionego tylko na niej. Jakby nic piękniejszego przedtem w życiu nie widział. Ułożyła się wygodniej przed nim. Jeszcze przez sekundę nie odwracając wzroku od ciemnych oczu. I wtedy naszła ją myśl, że nawet, a może zwłaszcza, gdy wyglądał tak… Groźnie, był piękny. Zapierający dech w piersiach. Zamruczała cicho, gdy wsunął palce między jej włosy i przysunął się bliżej. Carter był piękny, napięty, skupiony tylko na niej i dla niej. To w nią uderzyło chyba bardziej niż wszystko inne do tej pory. Nie rozmyślała dalej. Objęła go najpierw dłonią, przeciągnęła nią po długości raz, drugi, trzeci, dopiero wtedy się przybliżyła i wsunęła między rozchylone usta.
    Myśli w jej głowie parowały. Szarpały się ze sobą. Wyciszyły się po chwili.
    Teraz już był tylko Zaire. Zaire i Sophia. Teraz byli tylko oni.

    soph

    OdpowiedzUsuń
  90. Nie potrafiła wytrzymać już choćby sekundy dłużej. Zbyt mocno była złakniona jego bliskości, a mając Cartera tuż przed sobą nie potrafiła się trzymać z daleka. Ciemne, skupione na niej spojrzenie tylko sprawiało, że czuła się bardziej zachęcona. To nie był tylko moment poddania się Carterowi. Raczej przesunięcie kolejnej granicy między nimi. Balansowanie na krawędzi zawsze ją ekscytowało, wiedział o tym. Jednak w tym momencie Sophia potrzebowała więcej. Opierała się jedną dłonią o jego udo, drugą trzymała na materacu dla zachowania równowagi. Momentalnie uderzyła w nią gorączka emocji, a ciało drgnęło, kiedy tylko jego dłoń mocniej zacisnęła się na włosach. Nie w bolesny sposób, lecz dominujący i ciężki. Taki, jaki lubiła od niego najbardziej, o który nie zawsze miała odwagę poprawić. Zamruczała na tyle, ile mogła. Wypełniał jej usta, dźwięk był więc stłumiony, wręcz niewyraźny.
    Sophia nie szukała teraz czułości i delikatności, jak zazwyczaj to miało miejsce. Będzie jej potrzebowała później, gdy już wzięcie kolejnego wdechu będzie zbyt trudne, gdy ciało odmówi posłuszeństwa, a cisza między nimi wypełniona będzie tylko niespokojnym oddechem. Wtedy będzie szukała znajomych ramion, chwili wytchnienia, ale nie teraz. Nie w chwili, gdy miała go tak w pełni dla siebie. Gubiła się już w tym, które ruchy należą do niego, a które do niej. Nie protestowała, kiedy palce mocniej owijały się wokół włosów, kiedy za nie szarpał mocniej niż zazwyczaj. Sophia wydawała z siebie tylko kolejne pomruki zadowolenia. Każda jedna pochwała, każde przekleństwo, które mruczał w jej stronę tym zaniżonym tonem, od którego drżała jej skóra, sprawiała, że brała go jeszcze chętniej. Łapczywiej. Jakby była nienasycona jego smakiem. Nim całym. Odpowiadał jej niemal szorstkimi ruchami, które bardziej jednak należały do Cartera niż do niej. A jej nie przeszkadzało, że prowadził i wybierał tempo, że tego popołudnia odbywało się to tak, jak on tego chciał. Czasem, kiedy zerkała do góry, a ich spojrzenia na sekundy się przecinały mogła przysiąc, że nigdy wcześniej nie była nim tak zachwycona, jak w tej chwili, kiedy miała go w ustach i nad sobą, kiedy widziała jak przez nią zaciska zęby, zaciska szczękę.
    Głośno jęknęła, kiedy ją od siebie odsunął. Palcami przetarła kąciki ust, w których zebrała się ślina i przez moment tylko na siebie patrzyli. Sophia oddychała przez rozchylone usta, próbując nad sobą zapanować, ale w tej chwili najprostsza czynność, jaką było oddychanie zdawała się być niemożliwa do wykonania. Pocałunek był szybki, a ona nie zdążyła się nim nacieszyć, gdy już była odwrócona do niego plecami z rękami, które opierały się o materac. Biodrami wysunęła się w jego stronę, niemal już przekonana co będzie dalej. Nie spodziewała się przecinającej powietrze dłoni, która opadła na pośladek z siłą, której przedtem nie znała. Z gardła uciekł jęk zmieszany z pomrukiem, a ciało w odpowiedzi zadrżało. Przy drugim razie, który bolał bardziej od poprzedniego westchnęła głośniej, gdyby nie przetrzymał jej bioder odsunęłaby się. Nie, bo chciała, a z odruchu, nad którym nie dałaby rady zapanować. Skóra przyjemnie piekła, drżała, a brunetka była pewna, że przyjęłaby kolejny raz. Zamiast tego był jednak Carter. Ze zdecydowanymi ruchami, siłą, której od niego przedtem nie dostała.
    Westchnęła, kiedy przyciągnął ją do swojego torsu. Nawet nie próbowała udawać, że ma tu jakąkolwiek kontrolę. W pełni była skazana na niego i wcale z tego powodu nie narzekała. Głowę odrzuciła do tyłu, przez moment opierając ją na jego ramieniu. Szukała jego dłoni swoimi, a te co jakiś czas zmieniały położenie. Nie kontrolowała już siebie wcale. Ani tego, co robiła ani jakie dźwięki opuszczały jej usta. Czy to były same jęki, westchnięcia czy krzyki, to było już bez znaczenia.
    Istniał tylko Carter.
    Trzymał ją w mocnym uścisku. Pewnym. I kompletnie jej nieznanym. Nie tak, jak wiele razy przedtem. Nie było jego ust przy jej uchu. Cichego zapewnienia, które zwykle jej dawał. Było jednak coś nieokrzesanego, wręcz brutalnego i tak niebezpiecznie przyciągającego w sposobie w jaki ją brał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zupełnie, jakby każdym ruchem i gestem, który jej dawał pokazywał jej, jak bardzo należy do niego, a Sophia to przyjmowała bez słowa sprzeciwu. Nie miała pewności, czy jest gotowa na więcej, ale wiedziała tyle, że jest gotowa, aby się o tym przekonać.
      — Jeszcze… — Westchnęła krótko w odpowiedzi. Język jej się plątał. Myśli nie składały się w nic sensownego, ale pewna była jednego – chciała jeszcze. Więcej jego, więcej wszystkiego. Ich ciała raz ze sobą były splątane, gdy był nad nią, aby za chwilę znów zmienił pozycję i odwrócił ją do siebie plecami. Sophia nie protestowała, zgadzała się już na wszystko. I to wcale nie dlatego, że było jej obojętne. Bo nie było. Chciała dla niego być tak dostępna, jak nigdy przedtem i tym razem nie na pokaz, nie, bo niosła ze sobą jakieś przekonanie, że jeśli tego nie zrobi to odejdzie, a bo odnajdywała się w tym chaosie. Lepiej niż spodziewała się na początku, gdy usłyszała co ma zrobić. Bo płonąca przyjemność, która z tego zbliżenia płynęła była absolutnie warta wszystkiego. Sophia wyraźnie wszystko czuła. Jego obecność niemal wypalała się w niej od środka. Jak znak, którego nie dało się zdjąć i którego wcale nie zamierzała z siebie zdejmować. Mruknęła głośno, kiedy poprowadził jej dłoń z powrotem między uda. Jej zastąpiła jego. — Znowu… — Tym razem wyszeptała, niemal resztkami sił, ale nie cofnęła się, a jeden ruch z jej strony wystarczył, aby znów niekontrolowanie jęknęła. Chwilę temu to jeszcze poduszka, w którą niemal wciskała twarz tłumiła jej odgłosy, ale tym razem nie było niczego co mogłoby ją powstrzymać.
      Nic podobnego przedtem nie przeżyła, a teraz każde wzięcie oddechu przychodziło niemal z trudem, gdy jej ciałem jeszcze wstrząsały dreszcze wypełnione ekstazą, której nawet nie próbowała udawać. Świszczało jej w uszach, serce dudniło, a ten dźwięk rozbijał się o skronie. Gdyby jej nie trzymał, gdyby puścił opadłaby bezwładnie na łóżko. Wzięła zaledwie parę wdechów, zanim ją pocałował. Odpowiedziała na pocałunek z kilkusekundowym opóźnieniem. Jakby już nie nadążała za tym, co się między nimi działo. Jęknęła cicho, gdy Carter przywrócił ją do tej pozycji, od której wszystko się zaczęło. Jeszcze delikatnie drgała, choć teraz nie była pewna już od czego to się wywodziło. Przez moment tylko na niego patrzyła, a słowa docierały do niej z opóźnieniem.
      Zsunęła wzrok z jego oczu niżej. Niemal zachłysnęła się powietrzem.
      Przybliżyła się i tym razem nie było w niej zawahania, które pierwszym razem się pojawiło. Z jego strony to nie była prośba ani sugestia. Skądś jeszcze znalazła w sobie siłę na to, aby przez jej usta przebiegł uśmiech. Może trochę zmęczony, jednocześnie dziki i wciąż z tym samym pożądaniem, które w niej rozpalił. Pierwsze co poczuła, gdy go wzięła to była ona. Było w tym niemal coś perwersyjnego. Niekoniecznie było to obce, a i tak sprawiło, że drgnęła, a mieszanka jego i jej na języku na moment ją rozproszyła. Tym razem Sophia nie dała mu się poprowadzić, nawet, jeśli chciał to zaprotestowała. To ona miała dokończyć. Jej tempo. Jej zasady. Przynajmniej na tej końcówce, ale nawet teraz, gdy ruchy wychodziły tylko od niej nie odbiegały one intensywnością od poprzednich razów. Miała doprowadzić go do końca i chciała zrobić to po swojemu, nawet z palcami wplątanymi w jej włosy.

      soph🤭

      Usuń
  91. Trochę, ale mimo wszystko nie dowierzała w to wszystko co się między nimi wydarzyło. W to jaka ona tutaj była. Zupełnie jakby zostawiła za drzwiami dziewczynę, którą była na co dzień. Przedtem, choć przecież rozbierała się przed nim wiele razy, widział ją nago i w różnych pozycjach, jednak nie było żadnych wątpliwości, że dzisiaj zmieniło się tak naprawdę wszystko. A Sophia? Sophia była zachwycona i przerażona jednocześnie, że to mogło tak w ten sposób wyglądać między nimi. Zdawała sobie sprawę, że to mogło między nimi wiele zmienić i że tak na dobrą sprawę to zmieniło wiele. Zatraciła się w nim kompletnie. W tym jaki był. W szorstkości, którą jej okazywał. W mocnym uchwycie, który trzymał ją w miejscu, gdy tego chciał. We wszystkim i gdyby tylko miała więcej sił, powtórzyłaby to wszystko po raz kolejny.
    Nie potrafiła tego objąć umysłem. Nie w tej chwili, gdy wszystko wciąż było żywe i pulsowało w niej ogniem. Było tego zbyt wiele, aby tak szybko się pozbierać z tego, co właśnie między nimi się wydarzyło. Przez moment miała wrażenie, jakby ktoś wokół nich wyłączył światło, a może świat. Lub to ona tylko zamknęła oczy. Wyczuwała jednak to, co działo się z Carterem. Jak jego ciało się napięło, dłoń mocniej zacisnęła na włosach. Ten ostatni moment, zanim wszystko się skończyło. Nie odsunęła się od razu. Kiedy to zrobiła westchnęła ciężko, łapiąc głębszy wdech. Głowę miała delikatnie opuszczoną w dół, a wzrok wbity w kolana. Dłonie wciąż miała na materacu. Lekko zadrżała, wsłuchując się w ciężki oddech Cartera, który również się nie poruszył. Nie była pewna, ile trwali w tej ciszy, którą przerywała tylko muzyka w tle. Ta, która miała pomóc jej przy tym małym pokazie dla niego. Tym, który w jej snach nie był tak intensywny, nie był tak rozbrajający. Nie był tak… Sama nie wiedziała, jak ubrać w słowa to co się między nimi wydarzyło.
    Minęła minuta albo dwie, a może więcej, kiedy podniosła głowę, aby spojrzeć na Cartera. Zdawało się jej, że nie ruszył się z miejsca. Podobnie, jak ona. Nie spoglądała wcześniej, ale nie chodziło o to, że bała się na niego spojrzeć. Tak jak Carter potrzebowała chwili wyciszenia, zanim będzie mogła z siebie wydać choćby ćwierć dźwięku, który będzie przypominał jakiekolwiek słowo, a nie tylko niewyraźne mamrotanie. Włosy miała w nieładzie, policzki rumiane i gorące, usta delikatnie opuchnięte i zaczerwienione, a w oczach cień zmęczenia, ulgi i wciąż odrobinę tej figlarności, która nie opuściła jej od chwili, kiedy poczuła się na tym łóżku pewniej. Nie rozglądała się po pokoju. Po rozrzuconych ubraniach, po łóżku, które było w nieładzie. Kołdra ściągnięta na jedną stronę, jedna poduszka na podłodze, druga gdzieś z boku. W tej sypialni nigdy przedtem, a na pewno nie podczas jej obecności, nie było takiego chaosu.
    — Cześć. — Szepnęła cicho. Czując się niemal głupio, że właśnie to wybrała na pierwsze słowo, które mu powiedziała po tym wszystkim. Miała się pytać, czy jest zadowolony? Przecież czuła to wyraźnie na języku i na ustach. Wciąż miała na nich jego posmak.
    Nie sięgała po kołdrę, aby się przykryć. Nie zakrywała rękami. Wciąż siedziała w tej samej pozycji, jedynie z zadartą do góry głową. Teraz zauważyła, że nie patrzył na nią już tak, jak przed chwilą. Bez tego mroku, który miał w sobie wcześniej. Jakby ktoś kliknął w nim przełącznik.
    Sophia, trochę niepewnie, ale sięgnęła po jego dłoń, w którą powoli wplotła swoje palce. Uśmiechnęła się. Delikatnie, trochę niepewnie, ale tym razem jako ona.

    soph

    OdpowiedzUsuń
  92. Nie wiedziała, co innego mogłaby powiedzieć. Po tym wszystkim mózg był jedynie lepką mazią, która nie była w stanie wymyślić nic sensownego. Próbowała się skupić, ale nie potrafiła. Jeszcze było na to za wcześnie. Nie miała nawet okazji, aby wziąć głębszy wdech, a co dopiero sensowniej myśleć. Taka chwila wytchnienia była jej zwyczajnie potrzebne. Podobnie, jak zejście na ziemię. Upewnienie się, że oni… to wciąż oni. Nie tylko ci ludzie, którymi stali się przed chwilą. Dla niej to było wejście pierwszy raz w coś takiego. W taką intensywność, z którą nie wiedziała do końca, jak sobie radzić, chociaż patrząc na to wszystko – w jakim stanie był Carter i ona – to poradziła sobie całkiem nieźle.
    Zaśmiała się, kiedy on się zaśmiał. Ten śmiech, krótki, ale potrzebny rozładował do końca napięcie, które powoli opadało. Oboje chyba przez moment nie wiedzieli, czego mogą się po sobie spodziewać. Sophia często odnosiła wrażenie, że Carter nie robi i nie mówi jej wielu rzeczy z obawy, że ich nie wytrzyma. I poniekąd miał racje, bo nie ze wszystkim sobie radziła. A jednocześnie była silniejsza niż na pierwszy rzut oka wyglądała.
    Jeżeli dał jej jakieś powody do odsunięcia się to ona absolutnie ich nie zauważała. Jeśli już, to dał jej coś zupełnie innego. Wersję siebie, której się po sobie nie spodziewała. Otworzył przed nią drzwi, o których istnieniu nie miała bladego pojęcia. Było tego dużo, było intensywnie, ale… Ale było to też wszystko czego chciała, a być może nawet i więcej. Zdecydowanie więcej. Uśmiechnęła się lekko, kiedy ją pocałował. Delikatnie, prawie niewyczuwalnie. Zamruczała cicho w odpowiedzi i nie sięgała po więcej, jakby wyczuwała, że na ten moment to wszystko co może dostać.
    Kiedy przyciągnął ją do siebie, aby schować w ramionach nie uciekała. Przylgnęła do niego niemal od razu. Wręcz złakniona tej bliskości, która po tym wszystkim jak między nimi było… Surowo, szorstko była jej bardziej potrzebna niż kiedykolwiek wcześniej. Nie była pewna, ile minęło czasu w jego objęciach. Nie liczyła go. Był tylko Carter. Przez krótki moment pomyślała, że może… Może uzna, że za bardzo przypomina mu w tej chwili te kobiety, z którymi był wcześniej. Że stała się taka, jak one, a przecież tyle razy jej mówił, że nie chce tego od niej. Poniekąd przez to nie mówiła więcej, nie prosiła, aby pokazał jej więcej tej strony, która, według niej, wyraźnie należała do innego świata, w który nie chciał jej mieszać. I czekała tylko na to potwierdzenie, że nie spojrzy na nią, jakby była jedną z nich. I tego nie zrobił. Zamiast – pocałował ją w czoło i przytulił.
    — Kocham cię. — Szepnęła cicho w odpowiedzi. On był jej wszystkim, od bardzo dawna. Z nim mogła mieć wszystko, a bez Cartera wszystko traciło znaczenie. Nawet picie głupiej herbaty o ósmej rano, kiedy powieki jeszcze jej opadają, a ciało nie rozbudziło się do życia.
    Nie puściła pierwsza, ale w końcu wyplątali się ze swoich objęć. Oboje niechętnie, ale oboje z potrzebą, aby znaleźć moment dla siebie. Przez chwilę była pewna, że dołączy do niej w łazience, bo nie zamknęła za sobą drzwi, ale nie przyszedł. Prysznic zajął jej dłużej, jak zwykle. Miała do ujarzmienia jeszcze włosy, a z nimi zawsze schodziło jej dłużej. Woda była chłodniejsza niż zwykle. Potrzebowała się rozbudzić, ale też ukoić zmęczone mięśnie i trochę się ostudzić po tym wszystkim. Przez jakieś dziesięć minut z łazienki słychać było tylko dźwięk suszarki. Podsuszyła je jedynie. Wróciła do sypialni w jego koszulce. Pachnąc wanilią i słodkim karmelem. Uśmiechnęła się lekko widząc Cartera leżącego na brzuchu, wtulonego w poduszkę. W pierwszej chwili myślała, że przysnął, ale wystarczyło, że zza drzwi doszło ciche piszczenie i drapanie, a jego oczy się otworzyły.
    — Wpuszczę ją. — Odezwała się miękko. I tak stała, więc mogła się przejść do drzwi. Otworzyła je, a Gigi wpadła do środka i od razu pobiegła na swoje legowisko. Jedyne najwyraźniej czego potrzebowała to być z nimi w jednym pomieszczeniu. Wracając Sophia sięgnęła po butelkę z wodą i upiła kilka większych łyków.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wsunęła się na łóżko obok Cartera. Z podłogi podniosła poduszkę, a potem ułożyła się na boku. Twarzą do Cartera i lekko naciągnęła na siebie kołdrę, choć ta zdawało się, że nie była nawet poprawnie ułożona, ale teraz nie miało to już znaczenia. Sama przymknęła oczy. Pewna, że jeśli będzie leżała w tej sposób dalej to zaśnie. Z tym, że w środku buzowało w niej dziesięć tysięcy pytań, które cisnęły się jej na usta. I żadne nie było złe, a przynajmniej tak się jej wydawało. Przysunęła się bliżej do Cartera, jakby nawet po tym wszystkim wciąż było jej go mało. I owszem, było, ale nie w ten sposób.
      — Więc… Zaire, hm? — Mruknęła cicho i otworzyła oczy. Na jej usta przybłąkał się lekki uśmiech jakby właśnie wspominała jeden z momentów, który się między nimi wydarzył. Była lekko obolała, mięśnie wciąż jeszcze wszystko pamiętały, ale nie w zły sposób. — To… tak lubi?
      Jeszcze nie do końca była pewna, jak ma swoje pytania sformułować. Chciała wiedzieć więcej, aby zrozumieć. Wciąż było wiele części Cartera, których Sophia nie rozumiała i nie znała, a skoro dziś jej pokazał więcej to może równało się to z tym, że otworzy się przed nią. Nawet minimalnie.
      — Dobrze się bawiłam. — Powiedziała po chwili. Może i widział to po niej, ale chciała mu to również powiedzieć na głos. Może zapewnić, że wszystko jest w porządku i nawet jeśli przez chwilę będzie marudziła przy poruszaniu się to niczego nie żałowała.

      soph

      Usuń
  93. Wsunęła jedną rękę pod głowę. Nie widziała nigdzie swojego jaśka, który pewnie spadł już dawno temu. Nie pospieszała go z odpowiedzią, bo nie było na to takiej potrzeby. Lepiej było dać mu czas, aby odpowiedział. Tyle o nim wiedziała, że pospieszanie go zawsze przynosiło odwrotny skutek do tego zamierzonego. Chciałaby poznać go bliżej, ale nie zawsze jej na to pozwalał. Najczęściej robił uniki, a ona nie potrafiła się przez nie przedostać. Kiedy próbowała to robiło się nieciekawie, więc musiała znaleźć inny sposób, aby do niego dotrzeć. Taki, w którym nie poczuje się, jakby został złapany w pułapkę.
    Wciąż lekko się uśmiechała. Mimo zmęczenia nie potrafiła przestać. Jak mogłaby, skoro miała go na wyciągnięcie ręki i czuła się tak przyjemnie dobrze? Nie wydarzyło się między nimi nic złego. Kiedy zamykały się za nimi drzwi do sypialni Sophia miała do niego nieograniczone zaufanie. Ze wszystkim co robił. W innych sprawach to była kwestia sporna. O czym wiedział, bo sam podsuwał jej powody, aby mu nie ufała we wszystkim i teraz po swojemu próbowała to między nimi naprawić.
    — Dlaczego? — Spytała, gdy przyznał, że miał w głowie inne wizje jej po wyjściu z łazienki. Czuła tysiąc rzeczy na raz, a większości z tego nawet nie rozumiała. Nic z tego jednak nie było nawet w małym stopniu bliskie tego, aby stąd wyszła trzaskając drzwiami czy krzycząc mu w twarz, aby więcej się do niej nie zbliżał. — Dużo rzeczy dzisiaj widziałeś… — Kącik jej ust lekko drgnął w górę. Leżała przy nim przez moment w ciszy, która była komfortowa. W takiej, której nie trzeba było przerywać byle jakimi słowami, aby tylko coś się działo. Nie grała już muzyka, najwyraźniej musiał ją wyłączyć, kiedy Sophia była w łazience. Dopiero na to zwróciła uwagę, że nie towarzyszyła im już tamta melodia.
    — Chcesz wiedzieć, co poczułam? — Nie musiała pytać. Wiedziała, że chciał. Może po to, aby poczuć się pewniej, a przede wszystkim rozluźnić. Przestać trzymać się tej wizji, że robi coś nie w porządku czy źle, bo pokazał jej stronę, którą od dawna trzymał na dystans. — Trochę dziwnie, kiedy weszłam na łóżko. I przez moment myślałam, aby przerwać, ale potem na ciebie spojrzałam i… to wszystko zniknęło. Byłeś potem już tylko ty i… kochałam każdy moment.
    Ułożyła dłoń na jego ramieniu. Delikatnie przesuwając nią po znajomych tatuażach i ciepłej skórze. Samej szukając z nim dodatkowego kontaktu, choć przecież on już ją dotykał, a jej jakby było mało. Tylko nie pożądania, a po prostu jego. Tej ciepłej czułości, która mogła zapełnić każdą pustkę.
    Cicho westchnęła w odpowiedzi na jego gesty. Nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, jak bardzo ich teraz potrzebowała i chciała. Takiego małego powrotu do ich rzeczywistości. Nie po to, aby odciąć się od tego co się wydarzyło, ale żeby złapać równowagę między tym wszystkim.
    — Jutro? — Uniosła lekko brew, a po tym roześmiała się lekko. — Już teraz było mi ciężko wstać. — Mruknęła i pokręciła lekko głową. Czuła w każdym mięśniu konsekwencje ich zbliżenia i nie żałowała nawet sekundy. Jeśli jutro miała się obudzić z zakwasami, jak po treningu to niech tak będzie. Nie musiała absolutnie nic przeciwko temu. — Będę miała wymówkę, aby nie wychodzić z łóżka i zjeść śniadanie w łóżku.
    W tej chwili Carter już mógł być pewny, że jutro organizacja śniadania spadała na niego. Nie planowała się stąd ruszać częściej niż to potrzebne. Może na ten zalecony spacer, ale to dopiero później. Może później się zmobilizuje, aby razem z nim wyjść wieczorem z Gigi, bo jak nic będzie wołała o spacer i tego zignorować nie mogli.
    — Owszem. Zawsze mam pytania gotowe do użytku. — Odparła niemal z dumą. Dawno mu żadnych nie zadawała. Ostatnio prawie wcale, a kiedy jakieś już padały to je omijał. Ale dziś nie miała tych poważnych, od których cierpnie skóra. Przynajmniej miała nadzieję, że nie odbierze ich w ten sposób. — No dalej, skoro ja nie jestem śpiąca to ty tym bardziej nie możesz być. A teraz… jakby nie patrzeć, ale męczę się trochę szybciej. No wiesz, tworzenie małego człowieka jest męczące.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Delikatnie się uśmiechnęła, kiedy powiedział, że ją kocha.
      Uwielbiała, kiedy jej to mówił. Nigdy jej się to nie znudzi.
      W odpowiedzi jej uśmiech stał się trochę szerszy niż przed chwilą, a ona sama przysunęła jeszcze bliżej. Chciała zmniejszyć dystans między nimi do samego końca, ale nie w gwałtowny sposób. Raczej powoli wtopić się w jego ramiona. Przymknęła oczy z cichym westchnięciem. Miał ciepłą dłoń. Znajomą. Jego dotyk był za to delikatny i czuły.
      — Mogę to samo powiedzieć o tobie. — Odszepnęła. Był wszystkim o czym nawet nie wiedziała, że potajemnie marzyła. — Kiedy cię poznałam… byłam pewna, że po tych trzech miesiącach znikniesz i więcej cię nie zobaczę.
      Byli z dwóch różnych planet. To już ustalili. Niemal nie było szans, aby to przetrwało, gdyby między nimi nie pojawiły się uczucia.
      — Widzisz? Odnajduję się w tym całkiem nieźle. — Mruknęła. Niby żartem, ale nie tak do końca, bo było w tym w końcu ziarno prawdy. — Tak, jestem wyjątkiem. To, dlatego nie mówiłeś mi o tym wcześniej? Bo myślałeś, że nie mam na to miejsca?
      Nie mogła mu się dziwić. Do dziś nie wiedziała, że może mieć na to miejsce, a jak się okazywało miała go w sobie całkiem sporo. Robiła w sobie dla Cartera miejsce od dawna. Rozciągała je powoli. Zmieniała siebie, aby do niego pasować. Może nie drastycznie, ale wystarczająco, aby to przede wszystkim on widział te zmiany.
      — Wiesz… moglibyśmy to kiedyś powtórzyć. Tylko musisz mnie czasem wpuścić do swojej głowy. Nawet, jeśli myślisz, że mnie to odstraszy. Zrozumiem więcej, jeśli mi powiesz, a nie z własnych domysłów.

      soph

      Usuń