Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

08/10/2026

[KP] Never steal anything from someone you can’t outrun, kid

Yvonne Weiss
31 stycznia 1997 — Nowy Jork, Queens — ekspertka ds. autentyczności dzieł sztuki — córka gimnastyczki akrobatycznej i kasiarza — złodziejka — mieszkanie na Long Island City — bliscy

Urodziła się w mieście, które nigdy nie śpi. W mieście pełnym możliwości, perspektyw i blasku, który nawet ją czasami raził. Doskonale znała Long Island City, który był ciekawym miksem. Są tam dawne tereny przemysłowe, lofty, magazyny i warsztaty, które sąsiadują z nowymi apartamentowcami i modnymi barami. Yvonne wychowała się wsród tego klimatu i znała każdą uliczkę i alejkę, którą niegdyś pokazywał jej ojciec i z zapałem opowiadał jej historie.

Dorastała wśród autorytetu chorobliwie zdyscyplinowanej matki i genialnego umysłu ojca. Po jednej odziedziczyła bezwzględność wobec własnych słabości i testowanie swojego ciała aż do granic możliwości, po drugim niepokojącą błyskotliwość i miłość do wszelkiej maści zagadek. Jej ojciec miał specyficzne zainteresowania, interesowały go mechanizmy zamków, konstrukcje sejfów, kombinacje liczb, kody i zabezpieczenia. Im starsza była, tym więcej w jej głowie pojawiało się podejrzeń, że jego praca nie była do końca taka jak ją przedstawiał. Widziała w tym więcej zawiłości, ale prawdę odkryła dopiero w dzień jego śmierci, która miała miejsce w największym nowojorskim banku. O ironio, dowiedziała się o tym z gazety. Miała wtedy dwanaście lat i po raz pierwszy złamane serce.

Sztuką zaczęła interesować się bardzo szybko. Z zapartym tchem i fascynacją maniaczki podziwiała wszystkie obrazy, lubiąc wyobrażać sobie, że tylko jej oczy mogą chłonąć to piękno. Jej ścieżka kariery utorowała się błyskawicznie. Od zawsze wiedziała czego chce i zawzięcie do tego dążyła. Potrafi rozpoznać fałszerstwa po szczegółach, których inni nawet nie biorą pod uwagę. Doskonale zna historię malarstwa, techniki artystów, materiały, pigmenty, sposoby postarzania płócien i wszystkie małe oszustwa, dzięki którym podróbka może przez lata uchodzić za oryginał. Jest dokładna do granic obsesji.

W świecie sztuki uchodzi za profesjonalistkę, której opinia potrafi przesądzić o losach wartego miliony dzieła. Ma reputację chłodnej, bezkompromisowej i piekielnie skutecznej. Nie daje się oczarować nazwiskiem właściciela, ceną obrazu ani historią, którą ktoś opowiada jej z miną człowieka przekonanego, że odpowiednio piękna legenda zastąpi dowody. Na co dzień pozostaje kobietą elegancką, zdystansowaną i trudną do odczytania. Ma cięty język, jest ironiczna i ma wyjątkowo niski próg tolerancji na głupotę. Potrafi być uprzejma bez grama sympatii, kokieteryjna bez najmniejszego zainteresowania i chłodna w sposób, który sprawia, że druga osoba zaczyna zastanawiać się, czy właśnie została obrażona.

Nocą maska spada i pojawia się jej prawdziwa twarz. Złodziejki, która pragnie mieć sztukę na własność. Kobiety, która wykorzystuje własną wiedzę i umiejętności by móc sprawnie omijać zabezpieczenia. Jest drapieżna, bezkompromisowa i odrobinę próżna. Lubi moment, w którym przestaje odgrywać swoją codzienną rolę i wtedy naprawdę dobrze się bawi. Nie kradnie dla pieniędzy, czy z poczucia niesprawiedliwości świata, gdzie bogaci mają wszystko. Robi to dla siebie, dla własnej satysfakcji, z czysto egoistycznych pobudek. Dla gry która jest długa, wymagająca i wystarczająco trudna, żeby nie znudzić się po pierwszym sukcesie. Lubi wyzwania, które wymagają od niej czegoś więcej niż inteligencji. Lubi ryzyko, adrenalinę i emocje tak skrajne, które pozwalają jej w końcu poczuć się sobą.

04/10/2026

[KP] Prawda nie zawsze jest ukryta. Czasem po prostu nikt nie chce jej zobaczyć

Lucien GIAN Valmont
17 LISTOPADA 1992, GENEWA - SPECJALISTA DO SPRAW SKRADZIONYCH DZIEŁ SZTUKI - EKSPERT SĄDOWY - W NOWYM JORKU OD 9 LAT - 126 BELLMONT STREET, APT. 3C, FOREST HILLS, NY 11375 - ŚWIEŻO ROZWIEDZIONY - W PRACY KIERUJE SIĘ ZASADĄ: JEŚLI NIE DA SIĘ UDOWODNIĆ POCHODZENIA, NIE DA SIĘ UDOWODNIĆ WŁASNOŚCI - KOLEKCJONER BILETÓW LOTNICZYCH - WSPÓŁUDZIAŁOWIEC W FIRMIE ZAJMUJĄCEJ SIĘ CYFROWĄ DOKUMENTACJĄ DZIEŁ SZTUKI - ZAWSZE WYBIERA SCHODY - SREBRNY SYGNET NA PRAWEJ DŁONI - PROGRAMY KULINARNE JAKO GŁĘBOKO SKRYWANE GUILTY PLEASURE - SYN KURATORKI SZTUKI EUROPEJSKIEJ W MUSÉE D'ART ET D'HISTOIRE W GENEWIE I CZŁONKA ZARZĄDU SZWAJCARSKIEGO BANKU PRYWATNEGO

Lucien odkąd pamiętał dorastał pomiędzy ciszą muzealnych sal a rozmowami, które prowadzono za zamkniętymi drzwiami. Właśnie dlatego nauczył się patrzeć na ludzi i przedmioty w sposób inny niż zakładały codzienne normy. Nigdy nie fascynował się tym, co było oczywiste. Interesował się tym, co było niewidoczne na pierwszy rzut oka i ciężkie do odnalezienia. Pierwsze lata nauki upłynęły mu pośród kamiennych murów szkockiego uniwersytetu, gdzie zdobył licencjat z historii sztuki. Z czasem samo dzieło przestało mu wystarczać. Ruszył do Anglii, by zgłębić kryminologię i zrozumieć, co dzieje się ze sztuką, kiedy przestaje być jedynie przedmiotem zachwytu, a staje się przedmiotem pożądania, kradzieży i oszustwa. Edukację zakończył w Genewie, poświęcając się prawu dziedzictwa kulturowego. W końcu jego naziwsko zaczęło pojawiać się przy sprawach, których inni eksperci nie chcieli przyjmować, uznając je za stracone. Niektórzy zaczęli nawet uważać, że Lucien posiada wiele informacji ze źródeł, które nigdy nie powinny do niego trafić. Prywatnie można nazwać go chodzącą sprzecznością w starciu ze światem zawodowym. Nie kolekcjonuje obrazów, lubi nocne spacery i muzykę odtwarzaną ze starych winyli. Potrafi długimi godzinami rozmawiać o historii sztuki bez wspominania o żadnych osobistych szczegółach. Czyta książki rozpoczynając je od ostatniej strony, nim przejdzie do pierwszego rozdziału, zupełnie, jakby już na samym początku chciał mieć świadomość końca historii. Nigdy nie opowiada o swoich planach na przyszłość, nie przyznaje się do tego, co wzbudza w nim największy strach. Nawet w relacji z byłą żoną cechował się głęboką uwagą, nie pozwalając sobie na przekroczenie pewnych granic. Ludzie zapamiętują go jako spokojnego, nie mając najmniejszej świadomości, że zawsze podczas rozmowy Lucien siada plecami do ściany i zapamiętuje, w ktorym kierunku udać się do wyjścia, co wcale nie ma związku z brakiem zainteresowania i kultury.

Posiada bardzo szeroko rozwniętą umiejętność zapamiętywania ludzkich twarzy, wszelkich kodów, czy dat. Można wręcz odnieść wrażenie, że ciągi cyfr szybciej gnieżdżą się w jego pamięci niż ludzkie imiona. Nigdy się nie śpieszy, na miejsce spotkań przybywa punktualnie, nie tolerując najmniejszych spóźnień. Kompletnie nie potrafi gotować, poza trzema potrawami, które najczęściej goszczą w jego kuchni. Uparcie twierdzi, że trzy potrawy w zupełności wystarczają człowiekowi do przeżycia. Unika wiadomości tekstowych na prywatnym telefonie zawierających naprawdę istotne dane. Wierzy, że wysłana wiadomość przestaje należeć bezpożrednio do nadawcy, zwiększając ryzyko przechwycenia treści przez niepowołane ręce. Największą słabością Luciena jest jego własna siostra, wobec której jego codzienna rezerwa w pełni rozmywa się w powietrzu. Pozwala jej na więcej niż komukolwiek innemu, miękknąc pod wpływem jej słodkiego uśmiechu. Nigdy nie powiedział tego wprost, dla Luciena młodsza siostra pozostaje jedną z niewielu osób, dla których bez wahania złamałby własne zasady. Ma też jedną cechę, której sam w sobie nie lubi — bardzo trudno przychodzi mu odpuszczanie. Jeśli coś nie zostało wyjaśnione, Lucien będzie do tego wracał, nawet po latach. Nie dlatego, że nie potrafi pogodzić się z porażką. Po prostu nie znosi historii z brakującym zakończeniem.



Moje delulu było silniejsze ode mnie i właśnie o to powstał Lucien. Szukamy wszystkiego, łącznie z nowym partnerem :) Przygarniemy też uroczą sąsiadkę dokarmiającą go w obawie przed tym, że puści własną kuchnię z dymem XD Zapraszamy!

01/10/2026

Październikowa lista obecności

Czas na październikową listę obecności, która będzie trwać:

od 1 października do 5 października,
do godziny 23:59

  1. Na listę obecności zobowiązani są wpisać się wszyscy autorzy, którzy chcą pozostać na blogu. Proszę o wpisywanie się z zalogowanego konta, podając imię i nazwisko postaci oraz, jeśli nie zostało to jeszcze zawarte w odpowiednich zakładkach, wykorzystywany wizerunek oraz wykonywany zawód wraz z przypisanym sektorem. 
  2. Osoby przebywające na urlopie nie muszą wpisywać się na listę obecności, jeśli jednak macie taką możliwość, jak najbardziej możecie dać znać, że jesteście. Z kolei osoby, których urlop kończy się w trakcie trwania listy obecności, muszą się na nią wpisać.
  3. Na listę obecności muszą wpisać się też autorzy, którzy dołączą na bloga w trakcie jej trwania.
  4. Jeśli zaistnieje taka potrzeba, listę obecności można zasłonić kartą postaci lub postem fabularnym.
  5. Karty postaci autorów, którzy nie wpiszą się na listę obecności, zostaną przeniesione do wersji roboczych i będą widnieć tam do 10 października włącznie. Po upływie tego terminu karty wraz z mailem zapewniającym dostęp do bloga zostaną usunięte.

30/09/2026

[KP] Znała język ptaków, ślady zwierząt i rytm przypływów. Tylko ludzkiego serca nigdy nie potrafiła odczytać

Love Iris Anderson
Love Iris Anderson
21 październik 2002   —   Karolina Północna   —   ilustratorka książek przyrodniczych

Urodziła się na mokradłach, z dala od miasta, hałasu i zgiełku. Wychowała się tam, gdzie poranki zaczynały się od mgły unoszącej się nad wodą, a wieczory od koncertów żab i nawoływań ptaków wracających do swoich gniazd. Zamiast ulic znała ścieżki wydeptywane przez jelenie, zamiast placów zabaw stare pomosty i brzegi rzeki, a zamiast kołysanek szelest trzcin poruszanych nocnym wiatrem.

Dorastała w miejscu, w którym każdy skrawek ziemi miał swoją historię. Znała drzewa po kształcie kory, rozpoznawała ptaki po głosach, a po śladach na błotnistym brzegu potrafiła powiedzieć, jakie zwierzę przechodziło tędy kilka godzin wcześniej.

Zbierała pióra, suszyła kwiaty między kartkami starych książek, kolekcjonowała muszle i kawałki kory, a wszystko, czego nie potrafiła nazwać, najpierw rysowała. Z czasem jej szkicowniki zapełniły się roślinami, owadami, rybami, ptakami i zwierzętami, które znała o wiele lepiej niż ludzi. Później zaczęła odtwarzać je z coraz większą dokładnością. Nie interesowało jej jednak samo piękno. Chciała uchwycić szczegóły — unerwienie liścia, ułożenie piór, budowę skrzydeł owada, sposób, w jaki światło przechodzi przez cienką łodygę.

Dorastała sama, choć przez pierwsze lata życia wcale nie była sama. Jej chatka na mokradłach przez pewien czas była domem dla kilku osób, lecz z biegiem lat każdy z członków rodziny opuszczał ją po kolei. Najpierw ktoś wyjechał, obiecując, że wróci, potem ktoś inny przestał przysyłać listy, aż w końcu pewnego dnia Love została tylko z pustymi pokojami, skrzypiącymi deskami podłogi i rzeczami należącymi do ludzi, których już nie było. Nikt nie zrobił tego nagle, jej rodzina rozpływała się powoli, niemal tak naturalnie jak woda znikająca z mokradeł po upalnym lecie.

Każde odejście uczyło ją, że ludzie mają swoje powody, których nie zawsze da się zrozumieć, i że obietnica powrotu nie jest tym samym co powrót. Z czasem przestała czekać. Nauczyła się rozpalać ogień, naprawiać przeciekający dach, zdobywać jedzenie i radzić sobie z samotnością. To właśnie wtedy natura stała się jej towarzyszem, nie próbowała jej pocieszać ani obiecywać, że zostanie. Po prostu była. Rosła, umierała i odradzała się w swoim własnym rytmie, niezależnie od tego, kto odchodził. Love nauczyła się więc żyć bez ludzi, zanim jeszcze nauczyła się, jak właściwie żyć z nimi.

Dziś jest dorosła i właściwie nie potrzebuje nikogo by żyć. Być może dlatego wyrosła na samotniczkę, z jednej strony tak bardzo zamkniętą w sobie, z drugiej zaś desperacko spragnionej miłości i ciepła drugiego człowieka obok, choć skrzętnie to ukrywa, nawet przed samą sobą. Zawodowo zajmuje się tym co kocha. Ilustruje książki przyrodnicze, jej prace można znaleźć w atlasach, przewodnikach terenowych i książkach poświęconych botanice oraz zoologii.

Ma niezwykłą wiedzę o roślinach, zwierzętach i zależnościach zachodzących pomiędzy nimi. Potrafi godzinami opowiadać o migracji ptaków, rozpoznawać gatunki grzybów, rozróżniać drzewa po liściach i korze, a także wyjaśnić, dlaczego pozornie martwe mokradło jest jednym z najbardziej tętniących życiem miejsc na ziemi. O ludziach, emocjach i uczuciach nie wie jednak nic.

Nowy Jork nigdy nie był jej marzeniem. Wręcz przeciwnie, przez większą część życia wszystko, co słyszała o mieście, tylko utwierdzało ją w przekonaniu, że nie jest to miejsce dla niej. Miasto było dla niej za głośne, zbyt wielkie i zbyt przepełnione ludźmi. Beton zamiast ziemi, światła zamiast gwiazd i budynki, które zasłaniają horyzont. Trafiła tu częściowo przypadkiem, motywowane poszukiwaniem rodziny. Kiedy dostała list od brata, postanowiła go odnaleźć. Jego i swoją ukochaną matkę, jednak jej poszukiwania do tego momentu okazały się bezowocne. Miała zostać tu tylko na chwilkę, przynajmniej taki był plan. Znaleźć rodzinę i zabrać ich tam, gdzie ich miejsce. Początkowo miasto ją przytłaczało. Hałas był wszędzie: syreny, klaksony, rozmowy obcych ludzi, muzyka dobiegająca z otwartych okien. Nawet noc nie była prawdziwą nocą. Love tęskniła za ciemnością tak głęboką, że można było słyszeć własne myśli.

29/09/2026

[KP] When you go out in the night, you're under the lights

Lee Yena
20.10.2004 roku — Korea Południowa, Changwon — studentka aktorstwa na K-Arts, 3 rok — dorywczo zatrudniona w małym teatrze w Daehangno, w którym jest czymś pomiędzy pomocą produkcyjną, a początkującą aktorką — obecnie na urlopie dziekańskim — pierwsze kroki w NYC w poszukiwaniu ojca — córka zmarłej 5 miesięcy temu pielęgniarki — wynajęty, od starszej kobiety, ciasny pokój w Queens - Elmhurst — jedynaczka — skromna i nieśmiała, choć przyjmuje, że do odważnych świat należy — powiązania — więcej
    Nigdy nie należała do ludzi, którzy wchodzą do pomieszczenia i natychmiast zagarniają je dla siebie. Znacznie częściej najpierw obserwuje, słucha i potrzebuje chwili, by poczuć się swobodnie, choć już dawno nauczyła się, że nieśmiałość nie musi oznaczać braku odwagi. Świat, jak zwykła sobie powtarzać w chwilach zwątpienia, należy przecież do tych, którzy potrafią wyciągnąć po niego rękę, nawet jeśli przy okazji im drży. 

     Być może właśnie dlatego wybrała aktorstwo, choć nigdy szczególnie nie marzyła o kamerach, błysku fleszy ani twarzy spoglądającej z wielkich ekranów. Najlepiej czuje się na drewnianych deskach teatru, w ciężkim zapachu kulis, pośród niedopiętych kostiumów, porozrzucanych scenariuszy i nerwowego zamieszania ostatnich minut przed podniesieniem kurtyny. 

        Niewielki teatr w Daehangno, w którym dorabia pomiędzy zajęciami i nauką, z czasem stał się jej drugim domem; miejscem, gdzie bez większego zastanowienia zakasuje rękawy, kiedy trzeba coś przenieść, poprawić czy posprzątać, a pięć minut później potrafi siedzieć naburmuszona w kącie, jeśli ktoś nadepnie jej na odcisk. Dąsa się zresztą całkiem nieźle, choć zwykle przechodzi jej szybciej, niż chciałaby przyznać. 

      Lubi czarną kawę, późne powroty przez rozświetlone miasto i ten krótki moment ciszy na pustej scenie, kiedy widownia jeszcze niczego nie oczekuje od aktora.  Czasem pali, niezbyt często, raczej wtedy, gdy myśli robią się zbyt głośne i nawet jako dorosła kobieta odruchowo zerka przez ramię, jakby jej matka mogła nagle pojawić się na drugim końcu ulicy i przyłapać ją z papierosem między palcami. 

Teraz już nie może. 

     Od jej śmierci samotność przybrała dla Yeny zupełnie nową formę. Nie jest ciszą, którą wcześniej wybierała, ale świadomością, że nie ma już osoby, do której można zawsze zadzwonić bez konkretnego powodu; że mieszkanie w rodzinnym mieście nie jest już ich, choć dalej pozostało miejscem, do którego chciałaby wrócić. Yena radzi sobie z tym po swojemu, czasem dobrze, czasem tylko przekonująco udając. 




20/09/2026

[KP] I no longer know if I wish to drown myself in love, vodka or the sea

 
Mickey Boyle

41 lat • piętnaście za zabójstwo w afekcie • zwolnienie warunkowe po dwunastu i czterech miesiącach • od pięciu tygodni praca na zmywaku, pokój w domu przejściowym, kurs na elektryka i cisza • scheda irlandzkiej klasy robotniczej z Queens • kiedyś wiecznie wściekły drań, teraz niepokojąco milczący recydywista • ojcobójca

Kolekcjonował wyroki, jak ludzie kolekcjonują tablice rejestracyjne albo płyty winylowe; za posiadanie, włamanie, za posiadanie z zamiarem sprzedaży, kradzież. Nikt nie zauważył, że w sekwencji zaprzeszłych zbrodni brakowało przemocy, ta przyszła później, kiedy zdławiony przez latynoską kwiat irlandzkiej społeczności opuścił zakład. Mickey Senior przywitał synów wpierdolem stulecia, w skutek którego to młodszy dzieciak postanowił rozgościć się w pierdlu na dłużej, a Junior niemal przestał wystawiać nos spod masek kolejnych rozklekotanych aut. Wtedy coś jeszcze go interesowało, klejące się od smaru palce i zapach silnikowego oleju przynosiły wytchnienie. Aż do tamtej deszczowej nocy 2013 roku.
Z czarnym charakterem mu do twarzy, skurwysyn podkreśla dobrze zarysowaną żuchwę, prosty nos i bezpardonowość spojrzenia. Genetycznie predysponowany do ściśle określonego końca godzi się, że osiadły na wszystkich ciuchach zapach smażonego oleju palmowego jest równie tymczasowy, jak bransoletka z GPS-em oblekająca kostkę. Nie zna dnia, ani godziny. Ale wie, że wróci za kraty. I czeka.

▶ WIĘCEJ

Na wizerunku Paul Würdig, w tytule Kafka. Mickey szuka pracy, mieszkania i świętego spokoju.
brak.morfeusza@gmail.com

[KP] Just because you're paranoid doesn't mean they aren't after you

WALK-INS WELCOME: 30% off on tribals / roses / names in Kanji / 50% off on tattoos from photos 

Philip Callahan

trzydzieści sześć lat | tattoo artist | recepcjonista na siłowni

Liczył na inne zakończenie, ale zawsze był kiepski z matmy, więc nic dziwnego, że i tym razem nie wyszło. Robi to, co trzeba, kiedy trzeba i nie zadaje zbędnych pytań. Kilka lat temu bolało go jeszcze, że zbuntował się przed życiem, które mógłby mieć, ale teraz wzrusza jedynie ramionami. Śnią mu się czasami zakrwawione ręce, przyspieszony oddech, a potem szczęk metalu i budzi się zlany potem. Śnią mu się też wielkie lampy w kształcie orek. Stoi na scenie, oświetlają go te ryby i on mówi to ja, to ja!, nic się nie dzieje, lampy gasną, on stoi. Nie musi być żadnym terapeutą ani psychologiem, żeby rozszyfrować, co się dzieje, za to z pewnością u takiego powinien się pojawić. Klnie jak szewc, pali jak smok, chociaż mówi, że rzuca, często wymyśla, gdy nie chce mówić prawdy albo gdy prawdy nie pamięta. Od trzech miesięcy wybiera się do dentysty, bo boli go piątka, od sześciu do mamy. Z tą drugą ciężej, bo na pewno się martwi, więc trzeba będzie pozmyślać. Nie powie jej przecież, że wciąż siedzi w tym samym gównianym pokoju w suterenie, gdzie słychać, jak sąsiad spuszcza wodę, że wciąż nie zwolnił się z szemranego studia tatuażu, gdzie zamiast ładnych wzorków trzepie tribale jak na produkcji, że potem leci na kilka godzin do siłowni po drugiej stronie ulicy i niby siedzi na recepcji, ale głównie to wyciera pot z ławek treningowych i wyciąga włosy z odpływu. Mama myśli, że mu się udało. Że się wyrwał. Tyle, że wyrywa to on jedynie słowa z kontekstu, żeby mieć się czego złapać. Powinien być wielki jak te orki, bo tyle trzyma w sobie złości i nie ma dla niej ujścia, nie ma, gdzie jej wsadzić. Wali w worek treningowy, ale nie umie dobrze, więc tylko rani sobie knykcie i nic to nie daje, bo wciąż jest tylko zły, zły zły. Stracił niewinność i umiejętność trawienia emocji, więc musi trzymać je w sobie – jakby go tak wypatroszyć jak rybę to wypadłby z niego gniew i wstyd, i strach; no i flaki. No i nie ma tego, bo łyka to jak pelikan, wybiórczo traktując to, co zostaje. Niby gbur i prostak, ale nie pluje na chodnik i przytrzymuje drzwi jak trzeba. Jeśli cyniczny to tylko czasami, jak trzeba to ma gadane, jak nie trzeba to pomilczy.
Wieczorem, kiedy leży już w łóżku i twarz oświetla mu ekran smartfona, ogląda rolki i myśli, że może jest po prostu cholernie smutny.  

__
Druga postać mnie zaskoczyła, nie ukrywam. Na focie Pattinson (Cullen), w tytule Heller. Philip z Magnusem niewiele ma wspólnego więc przynajmniej mi się chłopaki nie pomieszają. No i chciałam, żeby mi do nicku pasował. Można mnie złapać na born.this.whale@gmail.com na głębsze rozkminy albo na discordzie. To tyle, popiszmy coś.

18/09/2026

[KP] ❤

 


STEPHANI (bez litery E, jak Lady Gaga, bo będzie zła) RYNEARSON
urodzona 16.09.1994 roku jako drugie dziecko emerytowanej policjantki i dziennikarza telewizyjnego oraz radiowego 〰 młodsza o dokładnie 4 lata od siostry, bo obie urodziły się tego samego dnia 〰 zawodowo pracownica administracyjna i planistka w szkole podstawowej 〰 niegdyś popularna dziennikarka, która raz na dwa tygodnie przeprowadza wywiady, wrzucając je na kanał YouTube RYNEARSON LIVE, a tam ma 967 tysięcy subskrybentów.

Przeciętny człowiek w wieku dwudziestu lat zastanawia się, co właściwie zrobić ze swoim życiem. Stephani w tym samym wieku miała za sobą cztery przeprowadzki, jeden porzucony kierunek studiów i decyzję, której jej rodzice przez długi czas nie potrafili zrozumieć. Przeciętna dwudziestoletnia kobieta marzy o stabilizacji. Ona na to słowo reagowała alergicznie. Nie dlatego, że bała się dorosłości. Po prostu nigdy nie mogła zrozumieć, dlaczego dorosłość miałaby oznaczać życie według instrukcji napisanej przez kogoś innego. 
Niektórzy ludzie lubowali się w liczbach. Dwadzieścia pięć lat równało się ukończeniu studiów. Trzydzieści z tym, żeby mieć dobrą pracę. Trzydzieści kilka należało połączyć z tym, aby posiadać mieszkanie, partnera i dziecko. Natomiast, gdy się miało już na karku czterdzieści wymagało się od tej osoby tego, aby miała pewność, że podjęła same właściwe decyzje. 
Stephani jednak uważała, że wiek jest jedną z najbardziej przereklamowanych rzeczy, jakie wymyślili oczywiście ludzie, bo dlaczego dwudzieste piąte urodziny miałyby oznaczać, że człowiek powinien wiedzieć, kim chce zostać? Dlaczego trzydziestka miałaby stać się granicą między jeszcze mogę a już wypada wiedzieć coś lepiej? Czemu miłość miałaby mieć termin przydatności, a kariera właściwy moment? 
Nie obchodziło jej, że inny równolatek zarabia od niej więcej. Nie obchodziło jej, że koleżanki miały już domy, narzeczonych, mężów i dzieci. Nie obchodziło jej nawet to, że własna matka od kilku lat coraz mniej subtelnie sugerowała, że to już najwyższy czas się ustatkować. 
Stephani lubiła chodzić własnymi ścieżkami. Nie chciała podporządkowywać się pod czyjeś wyobrażenia. Nigdy nie słynęła z tego, żeby robić pewne rzeczy na tak zwany czas. Pierwszy tatuaż zrobiła wtedy, kiedy najbliżsi znajomi mówili, że będzie go żałować. Pierwszą poważną pracę rzuciła wtedy, kiedy inni gratulowali jej wymarzonego awansu. Wyjechała z kraju wtedy, kiedy wszyscy pytali, dlaczego chce zostawić to, co zna. Wróciła wtedy, kiedy co niektórzy robili zakłady, że już tu nie wróci. Zmieniła fryzurę po rozstaniu, kiedy przyjaciele ogłaszali w mediach społecznościowych przyjęcie oświadczyn lub wstawiali zdjęcia zaproszeń ślubnych. Potrafiła spakować całe życie do trzech walizek, ale przez pół godziny zastanawiać się mocno nad tym, czy naprawdę chce wyrzucić starą kartkę z krótką wiadomością sprzed jakichś piętnastu lat. Paradoksalnie była odważna wobec przyszłości, lecz całkowicie sentymentalna w stosunku do przeszłości. 
Nie bała się zaczynać od zera. Bała się, że pewnego dnia obudzi się i odkryje, że żyła według cudzego scenariusza. Dlatego mówiła tak, kiedy ostrzegano ją przed konsekwencjami i nie, kiedy świat próbował przekonać ją, że powinna się zgodzić. Wielokrotnie nie wiedziała absolutnie nic. Jej życie nie było prostą linią. Przypominało sinusoidę. Nie miała planu. Nikomu nie odpowiedziałaby na pytanie, gdzie widzi siebie za dziesięć lat. Na pewno miała listę rzeczy do spełnienia. Odhaczać je punkt po punkcie, ale na tej liście nie było wyjścia za mąż, bo to już ten wiek, zostawania w pracy po godzinach, starania się o dziecko, bo niby tyka zegar biologiczny, a przede wszystkim nie było tam przepraszania za to, że zawsze chciała od życia więcej. 
Stephani całkowicie rozumiała, że może można zakochać się w wieku trzydziestu dziewięciu lat, urodzić pierwsze maleństwo w czterdziestym trzecim roku życia, przeprowadzić się na drugi koniec świata, mając pięćdziesiąt siedem lat i dopiero wtedy zrozumieć, że pierwsza połowa życia była jedynie nawet cudną próbą generalną. Bo nie interesowało jej życie, które wyglądało dobrze na papierze czy w czyichś oczach, interesowało ją takie, które dobrze smakowało, kiedy wtulało się w nocy w chłodną poduszkę. 

👄👄👄

Moi mili, nie umiem w kodowanie (szukam kandydatki/kandydata do pomocy, jeśli ktoś zechciałby ogarnąć mi jakąś porządniejszą wersję karty, będę wdzięczna!) 
Stephani Rynearson to Hannah Dodd. 

[KP] Comic Sans

Milo Hathaway
9 IX 1997
Warwick, Nowy Jork
Grafik
Ilustrator
projektant książek
Robi plakaty i okładki
Matka od zawsze mu powtarza, że albo ma być numerem jeden, albo dać sobie z tym wszystkim spokój i wrócić na rodzinną farmę. Może Milo nie jest najlepszym artystą ani nie jeździ ze swoimi ilustracjami i fotografiami na światowe wystawy, ale nie odpuścił. Zamiast tego projektuje okładki i składa książki. Tak że poniekąd jest pierwszy – pierwsze spojrzenie, i cyk, książka kupiona, pierwsze wrażenie, i pyk, książka przeczytana, pierwsze przesunięcie palcami po grzbiecie, i siup, książka dumnie wyeksponowana na regale, bo czasem bliżej jej do stylowej dekoracji niż do arcydzieła literackiego. O ironio, cyferki są więc ważne w jego życiu. Dwa piksele w górę sprawiają, że tytuł nabiera zadziorności, marginesy boczne szersze o pięć milimetrów dają nieco więcej przestrzeni na myśli (lub miejsca na paluchy), a osiem wartości RGB może zmienić kolorystykę – z ciepłej tonacji healing fiction w chłodną stylistykę romantasy. (Co z tego, że nikt inny tego nie zauważa, on to widzi). Ponadto stał się mistrzem w wytłumaczeniu w stu słowach (a nie krótkim „nie”, nawet napisanym Caps Lockiem, choć czasem musi zawzięcie ze sobą walczyć, aby mu się bezczelnie nie wymksnęło), że dana pozycja nie powinna mieć złotego tłoczenia, wielkiego nazwiska, barwionych brzegów, grafiki wygenerowanej przez AI, gołego torsu czy kobiety patrzącej w dal. Czasami się nie udaje, więc jak to mówią: grafik płakał, jak projektował. Dosłownie.
Matka zatem ciągle mu powtarza, że albo ma być numerem jeden, albo dać sobie z tym wszystkim spokój i wrócić na rodzinną farmę. Milo jednak nie odpuścił, bo uparty z niego człowiek (ma to po ojcu; stary piernik wciąż czeka na syna marnotrawnego, choć w domu ma czterech). Zamiast więc wrócić na farmę, po godzinach robi plakaty – maluje, wykleja i photoshopuje. Wystawia je na Etsy (po dogadaniu czasem sam robi za kuriera na rowerze) oraz sprzedaje je w kawiarni przyjaciółki swojej byłej dziewczyny. Teorytycznie już bardziej jego przyjaciółki niż jego byłej. A z byłą dziewczyną nie jest już od roku, choć nadal pamięta jej datę urodzenia (nawet godzinę) i to, że w poniedziałki piła co najmniej trzy kawy w trzech różnych kubkach, i wszystkie te trzy kubki Milo wciąż ma u siebie w mieszkaniu. Po prostu nie lubi wyrzucać rzeczy, skoro jeszcze mogą się przydać. Sam chodzi po śmietnikach i targach staroci szukać mebli, ramek czy innych mniej przydatnych dupereli. Im więcej, tym lepiej. W ten sposób zdobył vintage lampę, dwa drewniane krzesła, trzy rośliny, które dało się odratować, cztery talerze z ozdobnymi rantami oraz pięć wazonów w różnych kolorach, kształtach i wzorach. O ironio, cyferki rządzą jego życiem.

13/09/2026

[KP] Are you such a dreamer to put the world to rights?

Declan "Didi" Doyle
13 listopada 1994 rok Nowojorczyk z urodzenia, nie wiadomo kto z pochodzenia, Irlandczyk z wychowania starszy brat, a kiedyś syn kiedyś prawny opiekun siostry, dzisiaj przyjaciel żołnierz w okresie przejściowym - zakaz wyjazdu na misje US Army Corps of Engineers wieczorowy student NYU na kierunku cyberbezpieczeństwa Queens

Uważnie patrzy, zanim zrobi cokolwiek więcej, jakby przez lata nauczył się, że najpierw należy sprawdzić, co dzieje się dookoła, dopiero później zdecydować, czy można sobie pozwolić na reakcję. Spokojny nie z natury, lecz z przyzwyczajenia, czujny nie dlatego, że wszędzie spodziewa się niebezpieczeństwa, ale dlatego, że armia skutecznie nauczyła go nie lekceważyć nawet tego, co na pierwszy rzut oka wydaje się zwyczajne. Z chłopca, który szerokim uśmiechem odpowiadał na każdy przejaw zainteresowania, zostało niewiele; może tylko to, że wciąż potrafi śmiać się z cudzych żartów, choć własne zachowuje dla siebie, jakby nie miał już potrzeby być tym, który rozładowuje napięcie i przyciąga uwagę. Nie stracił poczucia humoru, stracił raczej beztroskę potrzebną, by bez zastanowienia się nim dzielić.

Nie jest człowiekiem milczącym dla samego bycia cicho. Zwyczajnie waży słowa, zanim pozwoli im opuścić usta, a myśli poprzedzają dźwięk o chwilę dłużej. Nie mówi po to, by zapełnić ciszę i nie czuje potrzeby udowadniania własnej racji głośniejszym głosem, ostrzejszym tonem. Twardo stąpa po ziemi, może nawet zbyt mocno, jakby każdą grudę najpierw sprawdzał pod kątem tego, czy ma szansę wytrzymać zderzenie z rzeczywistością. Nie oznacza to jednak chłodu. Potrafi być uprzejmy, pomocny i zwyczajnie dobry, tylko jego dobroć nie jest szczególnie widowiskowa – częściej objawia się tym, że pamięta, co ktoś powiedział kilka tygodni wcześniej, niż tym, że znajdzie dla tego kogoś odpowiednio wzniosłe słowa.

Zbyt dobrze zna ludzi, by patrzeć wyłącznie na to, co mówią. Zwraca uwagę na drobiazgi: zmianę tonu głosu, dłuższą pauzę, sposób, w jaki ktoś odkłada szklankę, nagłe wycofanie się z rozmowy albo przeciwnie – nadmierną energię, która pojawia się bez wyraźnego powodu. Choroba siostry nauczyła go tego jeszcze zanim wojsko zrobiło z obserwowania nawyk. Przy Carze nauczył się wychwytywać najmniejsze zmiany nastroju i samopoczucia, ponieważ czasami różnica pomiędzy zwyczajnym zmęczeniem a czymś, co wymaga natychmiastowej reakcji, mieściła się w kilkunastu oddechach. Później wojsko tylko wyostrzyło tę umiejętność, odbierając jej niewinność i nadając zupełnie nowy cel. Dzisiaj rejestruje ludzi niemal odruchowo, nie zawsze nawet zdając sobie z tego sprawę.

Nie szuka konfliktów, ale też przed nimi nie ucieka. Ma w sobie cierpliwość człowieka, który nauczył się znosić znacznie więcej, niż powinien, i upór kogoś, kto zbyt wcześnie zrozumiał, że nie wszystko można naprawić, ale niemal zawsze można próbować. Nie romantyzuje własnych doświadczeń, nie opowiada o wojsku jak o przygodzie i nie potrzebuje, by ktoś podziwiał to, co przeżył. Jeżeli już mówi, robi to konkretnie, bez ozdobników, pozostawiając innym miejsce na własne wyobrażenia. Nie lubi, gdy robi się z niego bohatera, bo sam pamięta przede wszystkim te momenty, w których bohaterem nie czuł się ani trochę.

Najłatwiej dostrzec w nim człowieka odpowiedzialnego, czasami aż przesadnie. Tego, który przyjdzie pierwszy i wyjdzie ostatni, upewni się, że każdy dotarł bezpiecznie do domu, zapamięta numer telefonu i sprawdzi dwa razy, czy drzwi zostały zamknięte. Nie dlatego, że uważa innych za nieporadnych, ale dlatego, że zbyt wcześnie przyzwyczaił się do świadomości, iż wystarczy jeden telefon, jedna noc i jedno zdarzenie, żeby całe dotychczasowe życie rozsypało się bez pytania o zgodę. Odpowiedzialność stała się więc jego drugą skórą, a czujność czymś więcej niż wojskowym nawykiem. Mimo wszystko, jakaś dawna część tego co utracił w wyniku dorastania w rytm marszu w Es-dur, wystaje spod kartki skóry narzuconej przez wojsko. Nie gryzie, bo woli pożreć w całości.

Declan "Didi" Doyle

Przyszedł na świat w chłodną, listopadową noc, swoim krzykiem konkurując z ratującymi życie matki, lekarzami. W dniu narodzin nie miał jednak zostać sierotą, a dzieckiem dziecka, bo przecież tym właśnie była ta, która wydała go na świat, ale nigdy nie przytuliła do piersi. Adoptowany w pierwszych miesiącach życia, krzykiem zaczął rozdzierać idylliczne przedmieścia Nowego Jorku, gdzie płoty do kolona wyznaczały granice działek, chroniąc jedynie długość trawnika w ich obrębie.

Para która go adoptowała dała mu na imię Declan, bo gdy nie zajmował się krzykiem, to posyłał wszystkim szerokie, bezzębne uśmiechy i pewnie robiłby to nadal, gdyby nie to, że z miękkich dziąseł wyszły zęby, które częściej zaciska niż pokazuje.

Był psotnym, ciekawym świata dzieckiem z apetytem na naukę i ruch, aż do utraty tchu. Uczył się dobrze, słuchał mamy i taty stając się po czasie tym, przez którego w ich domu pojawiła się druga istota, której zdawało się, że nikt nie chciał. Cara, bo miała być jego przyjaciółką i tak się stało, gdy pierwszy raz dostał ją w ramiona jako podrostek i za główny cel ustanowił sobie chronić ją od wszelkiego cierpienia i zła. Przez kilka lat szło mu to dobrze, aż do ciepłej, sierpniowej nocy, kiedy na imprezie u kolegi dostał telefon, który zmienił jego życie.

Państwo Doyle zginęli w wypadku. Dom, który zbudowali z dwójką małych nieszczęść, zmieniając je w chodzące radości, zachwiał się w posadach, a Declan musiał dorosnąć w jedną noc.

Z młodego dorosłego, który miał przed sobą całe życie, został ojcem bez matki u boku – prawnym opiekunem dla siostry, którą, aby móc utrzymać i zagwarantować ubezpieczenie medyczne, zmuszony był i tak zostawić pod opieką babci. Stał się mistrzem papierowej gimnastyki, gdy wizja nieleczonej cukrzycy pojawiła się na horyzoncie, a wojskowy kontrakt zmusił do wyjazdu. Najpierw do Missouri na szkolenie, później na chwilę do Kosowa, gdzie przyjemny spokój pozwolił myśleć, że cała służba może mu tak minąć. W Somali przestał się łudzić, ale nie zrezygnował – tylko słabi rezygnują, a Cara wciąż nie miała dwudziestu jeden lat. Gdzieś między Kosowem a jedną z baz wojskowych w Afryce zaczął zapominać, jak to jest żyć normalnie. Młody umysł szybko wchłonął wojskową rutynę, odnajdując w niej sens, cel i bezpieczeństwo w niebezpieczeństwie. Uzależnienie od adrenaliny. W Syrii zaczął zapominać o normalności.

Fort Leonard Wood w Missouri, Kosowo, Somalia. Później Syria. I wypadek, który w swoim tragizmie stał się przepustką do wolności, której wcale nie chciał, bo ucieczka od rzeczywistości była łatwiejsza.

Declan "Didi" Doyle
♣
Odautorsko
Witam serdecznie, w tytule ukochane Radiohead. Pozdrawiam ciepło i zapraszam do siebie.

Poniższe wpisy mogą zawierać treści przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.

[KP] I swear to God, I'll survive If it kills me to



Brant Dawson Dodatkowe zdjęcie Brant Dawson

Brant Dawson

NYPD K-9 HANDLER · SERGEANT
Urodzić się w miejscu, w którym pieniądze kończą się szybciej niż miesiąc, a ulica potrafi wychować lepiej niż własny dom, to od dziecka wiedzieć, że nikt nie będzie czekał, aż dorośniesz. Świat, w którym trzeba było nauczyć się trzymać język za zębami i pilnować własnych pleców, tłumaczył najlepiej, dlaczego nie warto ufać każdemu, komu spojrzy się w oczy, i kiedy należy odejść, zanim będzie za późno. W dzielnicy, w której dorastał, nic nie było za darmo, ale to słabość wypadała najdrożej, bo to właśnie ją wykorzystywano bez wahania. Nie od dziś wiadomo, że naiwność kosztuje więcej niż urażona duma czy kilka tygodni bólu przy złamanym nosie. Nauczył się więc nie prosić o wiele i nie oczekiwać zbyt dużo, a przede wszystkim nie dawać innym powodów do pomyślenia, że mogą zrobić z nim, co tylko zechcą. Dorastanie w takim miejscu może szybko odbierało złudzenia, ale w zamian dawało coś, czego nie można było kupić za żadne pieniądze. Instynkt, który podpowiadał, kiedy zostać, kiedy walczyć, a kiedy bez słowa odwrócić się na pięcie, nawet jeśli za plecami zostawało kogoś, kogo chciało się ocalić. Lose family.
Urodzić się w miejscu, które od najmłodszych lat uczyło przetrwania, nie oznaczało jednak godzić się na życie, które zostało dla niego wyznaczone. Wśród przemocy i ciągłej walki o swoje znalazła się potrzeba, żeby pewnego dnia znaleźć się po drugiej stronie. Nie chodziło o wielkie marzenia ani łatwe życie. Nie oczekiwał przecież zbyt dużo. Chodziło o to, żeby mieć wybór, którego wcześniej tak często brakowało, i nie pozwolić, żeby miejsce urodzenia stało się wyrokiem. Każdy kolejny krok prowadził go więc coraz dalej od ulic, które nauczyły przetrwania, a bliżej życia, na które trzeba było zapracować samemu. Leave home.
Urodzić się w miejscu, w którym więcej jest braków niż możliwości, to zrozumieć, że nie wszystko zostanie podane na wyciągnięcie ręki. Że czasem trzeba zacząć od zera, czasem zabrać się do pracy, zanim jeszcze zdąży się pomyśleć o odpoczynku, a czasem udowodnić swoją wartość tam, gdzie absolutnie nikt nie zamierza jej dostrzec. To właśnie brak nauczył go doceniać to, na co inni nigdy nie musieli czekać. Każdy krok naprzód miał swoją cenę, ale żaden nie był powodem, żeby się zatrzymać. Bo jeśli można było wyrwać się z miejsca, które od początku próbowało zatrzymać człowieka przy sobie, można było również zbudować coś własnymi rękami. Earn respect.
Imiona i nazwisko
Brant Dawson
Data urodzenia
1 styczeń 1990 r.
Miejsce urodzenia
Oklahoma City, OK, USA
Zawód
NYPD Police Officer
Stopień
sierżant
Specjalizacja
przewodnik psa służbowego
Miejsce pracy
New York City Police Department
Miejsce zamieszkania
2BR 3rd floor, Astoria, Queens
18-5 Ditmars Blvd
Uczelnie
Oklahoma City Police Department Academy
Oklahoma City Community College: Criminal Justice
Wzrost
188 cm
Hobby
bieganie i siłownia
gitara i śpiew
camping i hiking
bull riding i strzelectwo
Inne
szkolenia psów
szkolenia first aid
twarz kanału BlueFrame
Motto
„Zawsze wracam.”
Szczegółowe informacje

Wychowany w North Creston Hills, jednej z uboższych dzielnic Oklahoma City, znanej z wysokiej przestępczości i trudnych warunków życia. Ponieważ w ich domu często odcinano prąd z powodu niezapłaconych rachunków, od najmłodszych lat dorabiał, gdzie tylko było to możliwe. Zaczynał od pracy przy sprzedaży roślin i kwiatów na lokalnych targach, pomagając także przy ich pielęgnacji, a z czasem zaczął pracować jako ochroniarz w klubach i na lokalnych imprezach, szybko przyzwyczajając się do nocnych zmian i ludzi, którzy rzadko potrafili zachowywać się spokojnie. Mimo kolejnych wyroków ojca i jego powrotów do przestępczego życia, jego matka przez lata próbowała utrzymać rodzinę. Odeszła, gdy skończył szesnaście lat, a niedługo później związała się z innym mężczyzną, z którym doczekała się córki, Tate Palmer.

Był dobrym uczniem i osiągał wysokie wyniki w nauce, co otworzyło mu drogę do dalszej edukacji, jednak ze względu na ojca, wielokrotnego recydywistę, miał poważny problem z dostaniem się do akademii policyjnej. Jego nazwisko budziło wątpliwości, a przeszłość ojca sprawiała, że jego kandydaturę z marszu odrzucano. Szansę otrzymał dopiero po zdarzeniu, gdy pomógł młodej kobiecie zaatakowanej na ulicy, nie wiedząc, że jest córką miejscowego komendanta. Ten, poznawszy okoliczności, osobiście wystawił mu rekomendację i przekonał komisję, żeby oceniła go na podstawie jego własnych czynów, a nie nazwiska jego ojca.

Po ukończeniu akademii rozpoczął służbę w Oklahoma City Police Department, trafiając do patrolu w jednej z najbardziej wymagających części miasta. Mimo ambicji i kolejnych prób awansu przez długi czas nie pozwalano mu wyjść poza prewencję. Nazwisko wciąż otwierało stare akta, a historia ojca wracała przy każdej próbie postawienia kolejnego kroku w przód. Lata spędzone na ulicy nauczyły go jednak więcej niż niejeden kurs, bo dzięki temu poznał miasto od najgorszej strony, nauczył się czytać ludzi, reagować pod presją i działać wtedy, gdy na myślenie zostawały sekundy. W tym samym czasie przyszło mu zmierzyć się z własną przeszłością. Śledztwo w sprawie zabójstwa w North Creston Hills zaczęło prowadzić do człowieka, którego znał aż zbyt dobrze. Jego własny ojciec stał się głównym podejrzanym, a on, mimo więzi rodzinnej, doprowadził do jego zatrzymania i ostatecznie skazania za zabójstwo drugiego stopnia. Człowiek, którego nazwisko przez lata zamykało przed nim drzwi, stał się również powodem, dla którego jedne z nich musiał zatrzasnąć własnymi rękami.

Sprawa jego ojca odbiła się szerokim echem w policyjnych kręgach. Dzięki temu mógł wystąpić z podaniem do jednostki specjalnej, jednak zanim doszło do jego przeniesienia, podczas jednego z patroli został postrzelony w prawe udo. Mimo odniesionej rany zachował pełne opanowanie i sam udzielił sobie pierwszej pomocy, zakładając na nogę opaskę uciskową, zanim na miejsce dotarło wsparcie. Całe zdarzenie zostało zarejestrowane przez bodycam, a nagranie w krótkim czasie obiegło internet. Materiał trafił również na prowadzony przez jego młodszą siostrę kanał BlueFrame, specjalizujący się w publikowaniu nagrań z policyjnych kamer, dzięki czemu Brant stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych funkcjonariuszy pojawiających się na kanale. Po pobycie w szpitalu i po zakończeniu rehabilitacji oraz śledztwa, które dotyczyło zastrzelenia podejrzanego, wrócił do służby, jednak zamiast ponownie trafić do patrolu, zdecydowano się dopuścić go do selekcji do jednostki K-9.

Jednak w tym samym czasie, w 2021 roku, pojawiła się możliwość dołączenia do NYPD i to z niej Brant postanowił skorzystać. Razem z Tate przeprowadził się do Nowego Jorku, początkowo trafiając do służby patrolowej. Jego doświadczenie i umiejętności szybko zwróciły uwagę przełożonych, którzy zaproponowali mu przystąpienie do selekcji K-9. Zdał wymagane testy i po ukończeniu szkolenia został przydzielony do służby jako K-9 handler. I tak do ich rodziny dołączył kolejny członek, a jego najlepszy przyjaciel i jednocześnie największy pieszczoch Koda .

Zdążył już przywyknąć do tego, że Tate regularnie znosi do mieszkania zdechłe rośliny i stare meble, które jej zdaniem jeszcze da się uratować, a następnie z pełnym przekonaniem oddaje mu je pod opiekę. Wieczorami, kiedy nie mają ochoty nigdzie wychodzić, często zaszywają się na dachu swojej kamienicy z kawą albo czymś do jedzenia i potrafią przesiedzieć tam pół nocy. Za to na campingach Brant nie uznaje kompromisów — im dalej od miasta i cywilizacji, tym lepiej. Zdarza mu się więc wylądować pośrodku niczego, z namiotem, ogniskiem i zerowym zasięgiem, co Tate zwykła określać jako jego bardzo specyficzny sposób na odpoczynek. Tate ciągle próbuje wymusić na nim pokaz gry na gitarze i śpiewu dla swoich koleżanek. Brant zdążył nauczyć się już jednak jednej rzeczy – nie mówić, że nie gra charytatywnie, bo cwaniary momentalnie wyciągają pieniądze i zaczynają licytację. Zgodnie z kowbojskim dziedzictwem Oklahomy całkiem nieźle radzi sobie na rodeo. Koda czasem budzi go w środku nocy bez wyraźnego powodu, ale Brant nigdy tego nie ignoruje, bo zdarzało się, że pies reagował na coś, czego on sam jeszcze nie zauważył. I z przyzwyczajenia nigdy nie siada plecami do drzwi. Nawet w restauracji, w barze czy u znajomych wybiera miejsce, z którego widzi wejście. Zboczenie zawodowe, a może zwykła przezorność, której przez lata nauczyła go ulica.

Relacje
Relacja 1
KODA
2020 r. MALINOIS · K9 PARTNER
Służbowo bezwzględny, prywatnie wierny aż do przesady. Po pracy pieszczoch, łasuch i największy fan kanapy, który za chrupka sprzedałby nawet godność. Wychowany przez Branta od szczeniaka, od początku uczony posłuszeństwa, pracy i zaufania, bez których żaden z nich nie przetrwałby długo na służbie. Znają swoje ruchy na pamięć i potrafią odczytać się bez jednego słowa.
Relacja 2
TATE PALMER
25.12.2005 · PRZYRODNIA SIOSTRA
Jest najlepszą siostrą, jaką mógł sobie wymarzyć, choć czasami robi wszystko, żeby przypomnieć mu, dlaczego jednak wolałby być jedynakiem. Potrafi nieźle wyprowadzić go z równowagi, ale gdyby ktoś spróbował zrobić jej krzywdę, pierwszy stanąłby w jej obronie i nigdy nie pozwoliłby, żeby z jej głowy spadł choćby włos. Marzy o karierze dziennikarki, studiuje na NYU, pracuje jako kelnerka w kawiarni i prowadzi BlueFrame – kanał na YouTube poświęcony nagraniom z policyjnych bodycamów, który zdobył 550 tysięcy obserwatorów. Brant, choć niechętnie, po swoim postrzeleniu został jednym z głównych bohaterów kanału, a nagrania z jego kamery nasobnej trafiają tam regularnie. Są dziećmi z tej samej matki.
Relacja 3
WILHELMINA SALLOW
31.10.1998 · PRZYBRANA SIOSTRA
Relacja skomplikowana, momentami słodka jak wata cukrowa, pełna ciepła i beztroski, by chwilę później stać się cierpką jak dzika żurawina. Łączy ich powinowactwo, choć samo drzewo genealogiczne mogłoby się w tym miejscu lekko zaplątać. W teorii są rodziną, więc z tej emocjonalnej karuzeli nie tak łatwo wysiąść, nawet kiedy rozsądek podpowiada, że może jednak wysiąść by należało. W praktyce to właśnie to, co najbardziej niepoprawne, przychodzi im z największą łatwością. Siostra przyrodnia Tate z jednego ojca. Dla niego siostra przybrana wyłącznie dlatego, że jej ojciec ożenił się z jego matką.
Relacja 4
GABRIEL BROWN
14.02.1990 · PRZYJACIEL · NYPD OFFICER
To relacja prosta w swojej sile, ale niezwykle głęboka i taka, w której nie trzeba niczego udawać. Choć nie łączą ich więzy krwi, mówi o nim brat, bo w policyjnych butach przetrwali razem wystarczająco dużo, żeby sobie ufać. Jest w tym męska solidarność i szorstka troska, jest w tym też poczucie humoru zrozumiałe tylko dla nich dwóch, ale i absolutna pewność, że w razie kłopotów stoją za sobą murem.
Relacja 5
IAN HUNT
29.01.1999 · KUMPEL Z SIŁOWNI
Zaczęło się od wspólnych treningów i głupich komentarzy, a kończyło, jak to zwykle bywa, na klasycznym jeszcze tylko jedna seria, po której obaj ledwo żyli. Dobrze się dogadują, bo Brant ceni ludzi, przy których nie trzeba specjalnie pilnować języka ani udawać, że wszystko traktuje się poważnie. Potrafią pogadać sobie o pierdołach, potrafią trochę też rywalizować, ale i wzajemnie się motywować. W gruncie rzeczy niewiele o sobie wiedzą i żaden z nich nie ma potrzeby zaglądania drugiemu w życie, ale widocznie wcale nie jest to potrzebne, żeby dobrze się dogadywać. Czasem wystarczy tylko wspólny trening.
Relacja 6
HELEN PALMER
& HECTOR DAWSON
RODZICE
Ona pochodziła z ubogiej rodziny i ledwie wiązała koniec z końcem. On za swoje przewinienia został wykluczony ze społeczności Choctaw w Oklahomie. Oboje znaleźli się w tym samym miejscu i czasie, każde z własnymi problemami i powodami, żeby zacząć od nowa. Z czasem stali się dla siebie oparciem, choć trudno powiedzieć, czy kiedykolwiek połączyło ich prawdziwe uczucie. Bardziej potrzebowali siebie nawzajem, a jednak on potrzebował jej do takiego stopnia, że brał i nawet nie prosił o pozwolenie. Z tej relacji narodził się Brant. Zamieszkali w starym domku holenderskim w możliwie najgorszej dzielnicy Miasta Oklahoma. Ona zaczęła sprzątać na dyskotekach, on zarabiał na przemycie i innych szemranych interesach. On zapijał rzeczywistość i uderzał mocno, a ona uciekała, szukając dla siebie lepszego jutra. I uciekła, gdy on odsiadywał pierwszy wyrok za napaść na kobietę. Jej życie obróciło się o sto osiemdziesiąt stopni, gdy poznała ojca Tate, a ten wyciągnął ją z biedy, dosłownie jak w filmie Pretty Woman. Jego życie zatrzymało się w więzieniu, gdy trafił tam ponownie za zabójstwo drugiego stopnia. Wyrok nie jest dożywotni, dlatego wciąż pozostaje szansa, że kiedyś wyjdzie na warunkowe zwolnienie.
no hej, popełnimy jakieś wykroczenie? 🤭 zdaniezlozone@gmail.com