Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

13/09/2026

[KP] Are you such a dreamer to put the world to rights?

Declan "Didi" Doyle
13 listopada 1994 rok Nowojorczyk z urodzenia, nie wiadomo kto z pochodzenia, Irlandczyk z wychowania starszy brat, a kiedyś syn kiedyś prawny opiekun siostry, dzisiaj przyjaciel żołnierz w okresie przejściowym - zakaz wyjazdu na misje US Army Corps of Engineers wieczorowy student NYU na kierunku cyberbezpieczeństwa Queens

Uważnie patrzy, zanim zrobi cokolwiek więcej, jakby przez lata nauczył się, że najpierw należy sprawdzić, co dzieje się dookoła, dopiero później zdecydować, czy można sobie pozwolić na reakcję. Spokojny nie z natury, lecz z przyzwyczajenia, czujny nie dlatego, że wszędzie spodziewa się niebezpieczeństwa, ale dlatego, że armia skutecznie nauczyła go nie lekceważyć nawet tego, co na pierwszy rzut oka wydaje się zwyczajne. Z chłopca, który szerokim uśmiechem odpowiadał na każdy przejaw zainteresowania, zostało niewiele; może tylko to, że wciąż potrafi śmiać się z cudzych żartów, choć własne zachowuje dla siebie, jakby nie miał już potrzeby być tym, który rozładowuje napięcie i przyciąga uwagę. Nie stracił poczucia humoru, stracił raczej beztroskę potrzebną, by bez zastanowienia się nim dzielić.

Nie jest człowiekiem milczącym dla samego bycia cicho. Zwyczajnie waży słowa, zanim pozwoli im opuścić usta, a myśli poprzedzają dźwięk o chwilę dłużej. Nie mówi po to, by zapełnić ciszę i nie czuje potrzeby udowadniania własnej racji głośniejszym głosem, ostrzejszym tonem. Twardo stąpa po ziemi, może nawet zbyt mocno, jakby każdą grudę najpierw sprawdzał pod kątem tego, czy ma szansę wytrzymać zderzenie z rzeczywistością. Nie oznacza to jednak chłodu. Potrafi być uprzejmy, pomocny i zwyczajnie dobry, tylko jego dobroć nie jest szczególnie widowiskowa – częściej objawia się tym, że pamięta, co ktoś powiedział kilka tygodni wcześniej, niż tym, że znajdzie dla tego kogoś odpowiednio wzniosłe słowa.

Zbyt dobrze zna ludzi, by patrzeć wyłącznie na to, co mówią. Zwraca uwagę na drobiazgi: zmianę tonu głosu, dłuższą pauzę, sposób, w jaki ktoś odkłada szklankę, nagłe wycofanie się z rozmowy albo przeciwnie – nadmierną energię, która pojawia się bez wyraźnego powodu. Choroba siostry nauczyła go tego jeszcze zanim wojsko zrobiło z obserwowania nawyk. Przy Carze nauczył się wychwytywać najmniejsze zmiany nastroju i samopoczucia, ponieważ czasami różnica pomiędzy zwyczajnym zmęczeniem a czymś, co wymaga natychmiastowej reakcji, mieściła się w kilkunastu oddechach. Później wojsko tylko wyostrzyło tę umiejętność, odbierając jej niewinność i nadając zupełnie nowy cel. Dzisiaj rejestruje ludzi niemal odruchowo, nie zawsze nawet zdając sobie z tego sprawę.

Nie szuka konfliktów, ale też przed nimi nie ucieka. Ma w sobie cierpliwość człowieka, który nauczył się znosić znacznie więcej, niż powinien, i upór kogoś, kto zbyt wcześnie zrozumiał, że nie wszystko można naprawić, ale niemal zawsze można próbować. Nie romantyzuje własnych doświadczeń, nie opowiada o wojsku jak o przygodzie i nie potrzebuje, by ktoś podziwiał to, co przeżył. Jeżeli już mówi, robi to konkretnie, bez ozdobników, pozostawiając innym miejsce na własne wyobrażenia. Nie lubi, gdy robi się z niego bohatera, bo sam pamięta przede wszystkim te momenty, w których bohaterem nie czuł się ani trochę.

Najłatwiej dostrzec w nim człowieka odpowiedzialnego, czasami aż przesadnie. Tego, który przyjdzie pierwszy i wyjdzie ostatni, upewni się, że każdy dotarł bezpiecznie do domu, zapamięta numer telefonu i sprawdzi dwa razy, czy drzwi zostały zamknięte. Nie dlatego, że uważa innych za nieporadnych, ale dlatego, że zbyt wcześnie przyzwyczaił się do świadomości, iż wystarczy jeden telefon, jedna noc i jedno zdarzenie, żeby całe dotychczasowe życie rozsypało się bez pytania o zgodę. Odpowiedzialność stała się więc jego drugą skórą, a czujność czymś więcej niż wojskowym nawykiem. Mimo wszystko, jakaś dawna część tego co utracił w wyniku dorastania w rytm marszu w Es-dur, wystaje spod kartki skóry narzuconej przez wojsko. Nie gryzie, bo woli pożreć w całości.

Declan "Didi" Doyle

Przyszedł na świat w chłodną, listopadową noc, swoim krzykiem konkurując z ratującymi życie matki, lekarzami. W dniu narodzin nie miał jednak zostać sierotą, a dzieckiem dziecka, bo przecież tym właśnie była ta, która wydała go na świat, ale nigdy nie przytuliła do piersi. Adoptowany w pierwszych miesiącach życia, krzykiem zaczął rozdzierać idylliczne przedmieścia Nowego Jorku, gdzie płoty do kolona wyznaczały granice działek, chroniąc jedynie długość trawnika w ich obrębie.

Para która go adoptowała dała mu na imię Declan, bo gdy nie zajmował się krzykiem, to posyłał wszystkim szerokie, bezzębne uśmiechy i pewnie robiłby to nadal, gdyby nie to, że z miękkich dziąseł wyszły zęby, które częściej zaciska niż pokazuje.

Był psotnym, ciekawym świata dzieckiem z apetytem na naukę i ruch, aż do utraty tchu. Uczył się dobrze, słuchał mamy i taty stając się po czasie tym, przez którego w ich domu pojawiła się druga istota, której zdawało się, że nikt nie chciał. Cara, bo miała być jego przyjaciółką i tak się stało, gdy pierwszy raz dostał ją w ramiona jako podrostek i za główny cel ustanowił sobie chronić ją od wszelkiego cierpienia i zła. Przez kilka lat szło mu to dobrze, aż do ciepłej, sierpniowej nocy, kiedy na imprezie u kolegi dostał telefon, który zmienił jego życie.

Państwo Doyle zginęli w wypadku. Dom, który zbudowali z dwójką małych nieszczęść, zmieniając je w chodzące radości, zachwiał się w posadach, a Declan musiał dorosnąć w jedną noc.

Z młodego dorosłego, który miał przed sobą całe życie, został ojcem bez matki u boku – prawnym opiekunem dla siostry, którą, aby móc utrzymać i zagwarantować ubezpieczenie medyczne, zmuszony był i tak zostawić pod opieką babci. Stał się mistrzem papierowej gimnastyki, gdy wizja nieleczonej cukrzycy pojawiła się na horyzoncie, a wojskowy kontrakt zmusił do wyjazdu. Najpierw do Missouri na szkolenie, później na chwilę do Kosowa, gdzie przyjemny spokój pozwolił myśleć, że cała służba może mu tak minąć. W Somali przestał się łudzić, ale nie zrezygnował – tylko słabi rezygnują, a Cara wciąż nie miała dwudziestu jeden lat. Gdzieś między Kosowem a jedną z baz wojskowych w Afryce zaczął zapominać, jak to jest żyć normalnie. Młody umysł szybko wchłonął wojskową rutynę, odnajdując w niej sens, cel i bezpieczeństwo w niebezpieczeństwie. Uzależnienie od adrenaliny. W Syrii zaczął zapominać o normalności.

Fort Leonard Wood w Missouri, Kosowo, Somalia. Później Syria. I wypadek, który w swoim tragizmie stał się przepustką do wolności, której wcale nie chciał, bo ucieczka od rzeczywistości była łatwiejsza.

Declan "Didi" Doyle
Odautorsko
Witam serdecznie, w tytule ukochane Radiohead. Pozdrawiam ciepło i zapraszam do siebie.

Poniższe wpisy mogą zawierać treści przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.

[KP] I swear to God, I'll survive If it kills me to



Brant Dawson Dodatkowe zdjęcie Brant Dawson

Brant Dawson

NYPD K-9 HANDLER · SERGEANT
Urodzić się w miejscu, w którym pieniądze kończą się szybciej niż miesiąc, a ulica potrafi wychować lepiej niż własny dom, to od dziecka wiedzieć, że nikt nie będzie czekał, aż dorośniesz. Świat, w którym trzeba było nauczyć się trzymać język za zębami i pilnować własnych pleców, tłumaczył najlepiej, dlaczego nie warto ufać każdemu, komu spojrzy się w oczy, i kiedy należy odejść, zanim będzie za późno. W dzielnicy, w której dorastał, nic nie było za darmo, ale to słabość wypadała najdrożej, bo to właśnie ją wykorzystywano bez wahania. Nie od dziś wiadomo, że naiwność kosztuje więcej niż urażona duma czy kilka tygodni bólu przy złamanym nosie. Nauczył się więc nie prosić o wiele i nie oczekiwać zbyt dużo, a przede wszystkim nie dawać innym powodów do pomyślenia, że mogą zrobić z nim, co tylko zechcą. Dorastanie w takim miejscu może szybko odbierało złudzenia, ale w zamian dawało coś, czego nie można było kupić za żadne pieniądze. Instynkt, który podpowiadał, kiedy zostać, kiedy walczyć, a kiedy bez słowa odwrócić się na pięcie, nawet jeśli za plecami zostawało kogoś, kogo chciało się ocalić. Lose family.
Urodzić się w miejscu, które od najmłodszych lat uczyło przetrwania, nie oznaczało jednak godzić się na życie, które zostało dla niego wyznaczone. Wśród przemocy i ciągłej walki o swoje znalazła się potrzeba, żeby pewnego dnia znaleźć się po drugiej stronie. Nie chodziło o wielkie marzenia ani łatwe życie. Nie oczekiwał przecież zbyt dużo. Chodziło o to, żeby mieć wybór, którego wcześniej tak często brakowało, i nie pozwolić, żeby miejsce urodzenia stało się wyrokiem. Każdy kolejny krok prowadził go więc coraz dalej od ulic, które nauczyły przetrwania, a bliżej życia, na które trzeba było zapracować samemu. Leave home.
Urodzić się w miejscu, w którym więcej jest braków niż możliwości, to zrozumieć, że nie wszystko zostanie podane na wyciągnięcie ręki. Że czasem trzeba zacząć od zera, czasem zabrać się do pracy, zanim jeszcze zdąży się pomyśleć o odpoczynku, a czasem udowodnić swoją wartość tam, gdzie absolutnie nikt nie zamierza jej dostrzec. To właśnie brak nauczył go doceniać to, na co inni nigdy nie musieli czekać. Każdy krok naprzód miał swoją cenę, ale żaden nie był powodem, żeby się zatrzymać. Bo jeśli można było wyrwać się z miejsca, które od początku próbowało zatrzymać człowieka przy sobie, można było również zbudować coś własnymi rękami. Earn respect.
Imiona i nazwisko
Brant Dawson
Data urodzenia
1 styczeń 1990 r.
Miejsce urodzenia
Oklahoma City, OK, USA
Zawód
NYPD Police Officer
Stopień
sierżant
Specjalizacja
przewodnik psa służbowego
Miejsce pracy
New York City Police Department
Miejsce zamieszkania
2BR 3rd floor, Astoria, Queens
18-5 Ditmars Blvd
Uczelnie
Oklahoma City Police Department Academy
Oklahoma City Community College: Criminal Justice
Wzrost
188 cm
Hobby
bieganie i siłownia
gitara i śpiew
camping i hiking
origami
Inne
szkolenia psów
szkolenia first aid
twarz kanału BlueFrame
Motto
„Zawsze wracam.”
Szczegółowe informacje

Wychowany w North Creston Hills, jednej z uboższych dzielnic Oklahoma City, znanej z wysokiej przestępczości i trudnych warunków życia. Ponieważ w ich domu często odcinano prąd z powodu niezapłaconych rachunków, od najmłodszych lat dorabiał, gdzie tylko było to możliwe. Zaczynał od pracy przy sprzedaży roślin i kwiatów na lokalnych targach, pomagając także przy ich pielęgnacji, a z czasem zaczął pracować jako ochroniarz w klubach i na lokalnych imprezach, szybko przyzwyczajając się do nocnych zmian i ludzi, którzy rzadko potrafili zachowywać się spokojnie. Mimo kolejnych wyroków ojca i jego powrotów do przestępczego życia, jego matka przez lata próbowała utrzymać rodzinę. Odeszła, gdy skończył szesnaście lat, a niedługo później związała się z innym mężczyzną, z którym doczekała się córki, Tate Palmer.

Był dobrym uczniem i osiągał wysokie wyniki w nauce, co otworzyło mu drogę do dalszej edukacji, jednak ze względu na ojca, wielokrotnego recydywistę, miał poważny problem z dostaniem się do akademii policyjnej. Jego nazwisko budziło wątpliwości, a przeszłość ojca sprawiała, że jego kandydaturę z marszu odrzucano. Szansę otrzymał dopiero po zdarzeniu, gdy pomógł młodej kobiecie zaatakowanej na ulicy, nie wiedząc, że jest córką miejscowego komendanta. Ten, poznawszy okoliczności, osobiście wystawił mu rekomendację i przekonał komisję, żeby oceniła go na podstawie jego własnych czynów, a nie nazwiska jego ojca.

Po ukończeniu akademii rozpoczął służbę w Oklahoma City Police Department, trafiając do patrolu w jednej z najbardziej wymagających części miasta. Mimo ambicji i kolejnych prób awansu przez długi czas nie pozwalano mu wyjść poza prewencję. Nazwisko wciąż otwierało stare akta, a historia ojca wracała przy każdej próbie postawienia kolejnego kroku w przód. Lata spędzone na ulicy nauczyły go jednak więcej niż niejeden kurs, bo dzięki temu poznał miasto od najgorszej strony, nauczył się czytać ludzi, reagować pod presją i działać wtedy, gdy na myślenie zostawały sekundy. W tym samym czasie przyszło mu zmierzyć się z własną przeszłością. Śledztwo w sprawie brutalnego zabójstwa w North Creston Hills zaczęło prowadzić do człowieka, którego znał aż zbyt dobrze. Jego własny ojciec stał się głównym podejrzanym, a on, mimo więzi rodzinnej, doprowadził do jego zatrzymania i ostatecznie skazania za morderstwo. Człowiek, którego nazwisko przez lata zamykało przed nim drzwi, stał się również powodem, dla którego jedne z nich musiał zatrzasnąć własnymi rękami.

Sprawa jego ojca odbiła się szerokim echem w policyjnych kręgach. Dzięki temu mógł wystąpić z podaniem do jednostki specjalnej, jednak zanim doszło do jego przeniesienia, podczas jednego z patroli został postrzelony w prawe udo. Mimo odniesionej rany zachował pełne opanowanie i sam udzielił sobie pierwszej pomocy, zakładając na nogę opaskę uciskową, zanim na miejsce dotarło wsparcie. Całe zdarzenie zostało zarejestrowane przez bodycam, a nagranie w krótkim czasie obiegło internet. Materiał trafił również na prowadzony przez jego młodszą siostrę kanał BlueFrame, specjalizujący się w publikowaniu nagrań z policyjnych kamer, dzięki czemu Brant stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych funkcjonariuszy pojawiających się na kanale. Po pobycie w szpitalu i po zakończeniu rehabilitacji oraz śledztwa, które dotyczyło zastrzelenia podejrzanego, wrócił do służby, jednak zamiast ponownie trafić do patrolu, zdecydowano się dopuścić go do selekcji do jednostki K-9.

Jednak w tym samym czasie, w 2021 roku, pojawiła się możliwość dołączenia do NYPD i to z niej Brant postanowił skorzystać. Razem z Tate przeprowadził się do Nowego Jorku, początkowo trafiając do służby patrolowej. Jego doświadczenie i umiejętności szybko zwróciły uwagę przełożonych, którzy zaproponowali mu przystąpienie do selekcji K-9. Zdał wymagane testy i po ukończeniu szkolenia został przydzielony do służby jako K-9 handler. I tak do ich rodziny dołączył kolejny członek, a jego najlepszy przyjaciel i jednocześnie największy pieszczoch Koda .

Zdążył już przywyknąć do tego, że Tate regularnie znosi do mieszkania zdechłe rośliny i stare meble, które jej zdaniem jeszcze da się uratować, a następnie z pełnym przekonaniem oddaje mu je pod opiekę. Wieczorami, kiedy nie mają ochoty nigdzie wychodzić, często zaszywają się na dachu swojej kamienicy z kawą albo czymś do jedzenia i potrafią przesiedzieć tam pół nocy. Za to na campingach Brant nie uznaje kompromisów — im dalej od miasta i cywilizacji, tym lepiej. Zdarza mu się więc wylądować pośrodku niczego, z namiotem, ogniskiem i zerowym zasięgiem, co Tate zwykła określać jako jego bardzo specyficzny sposób na odpoczynek. Tate ciągle próbuje wymusić na nim pokaz gry na gitarze i śpiewu dla swoich koleżanek. Brant zdążył nauczyć się już jednak jednej rzeczy – nie mówić, że nie gra charytatywnie, bo cwaniary momentalnie wyciągają pieniądze i zaczynają licytację. Zgodnie z kowbojskim dziedzictwem Oklahomy całkiem nieźle radzi sobie na rodeo. Koda czasem budzi go w środku nocy bez wyraźnego powodu, ale Brant nigdy tego nie ignoruje, bo zdarzało się, że pies reagował na coś, czego on sam jeszcze nie zauważył. I z przyzwyczajenia nigdy nie siada plecami do drzwi. Nawet w restauracji, w barze czy u znajomych wybiera miejsce, z którego widzi wejście. Zboczenie zawodowe, a może zwykła przezorność, której przez lata nauczyła go ulica.

Relacje
Relacja 1
KODA
2020 r. MALINOIS · K9 PARTNER
Służbowo bezwzględny, prywatnie wierny aż do przesady. Po pracy pieszczoch, łasuch i największy fan kanapy, który za chrupka sprzedałby nawet godność. Wychowany przez Branta od szczeniaka, od początku uczony posłuszeństwa, pracy i zaufania, bez których żaden z nich nie przetrwałby długo na służbie. Znają swoje ruchy na pamięć i potrafią odczytać się bez jednego słowa.
Relacja 2
TATE PALMER
25.12.2005 · PRZYRODNIA SIOSTRA
Marzy o karierze dziennikarki i prowadzi BlueFrame, kanał na YouTube poświęcony nagraniom z policyjnych bodycamów, który zdobył już ponad 150 tysięcy subskrybentów. Brant, choć niechętnie, został jednym z bohaterów kanału, a nagranie z jego postrzelenia przekroczyło 7 milionów wyświetleń.

Brant: Naprawdę musiałaś wrzucać moje postrzelenie?
Tate: To nie ja cię postrzeliłam.
Brant: Tate.
Tate: Miałam 1,2 miliona wyświetleń. Nie mogłam tego nie wrzucić!
no hej, popełnimy jakieś wykroczenie? 🤭 zdaniezlozone@gmail.com

12/09/2026

2202. Po mojemu albo po mnie

Edynburg, 2015 r.

Reilynn Bothwell miała piętnaście lat, kiedy po raz pierwszy zrozumiała, że cisza potrafiła być naprawdę głośna, głośniejsza niż krzyk. Leżała w szpitalnym łóżku pod zbyt białą kołdrą, w pokoju pachnącym plastikiem, środkami dezynfekującymi i czymś jeszcze, czego nie umiała nazwać. I chyba nawet nie chciała. I leżąc w ten sposób, wpatrując się w sufit, jej oczy wydawały się w ogóle nie poruszać. Rei nie mrugała, po prostu oddychała miarowo przez nos, czując się wewnętrznie pusta. To było dziwne uczucie, jakby jednocześnie była martwa, ale dość żywa, by mieć bolesną świadomość tego stanu.
    Od operacji minęło kilka dni, ale czas w szpitalu wydawał się płynąć zupełnie inaczej. Odliczała każdą godzinę od momentu, w którym obudziła się po amputacji, i nie potrafiła od razu zrozumieć, dlaczego jej ciało wydawało się takie lekkie, a jednocześnie tak potwornie ciężkie. Za oknem Edynburg był szary i mokry – ciągle padało, a niebo przypominało szaroburą wodę po tym, jak zamoczono w niej zbyt wiele razy pędzel z różnymi kolorami. Gdyby Rei odwróciła głowę, przez okno widziałaby kawałek murów, dachy domów i drzewa. Wszystko istniało dalej. Świat się nie zatrzymał, chociaż jej wydawało się, że powinien, choć przez sekundę, bo takie rzeczy nie były zwyczajne – nie codziennie traciło się część siebie i budziło się w szpitalnym łóżku, myśląc o tym, że może tak naprawdę koniec świata nie będzie niczym spektakularnym, bo ten własny koniec, ta osobista apokalipsa, to wszystko odbywało się w ciszy, przykryte przez cały zewnętrzny chaos. Nie była wyjątkowa, nie chodziło o wyjątkowość, a o to, że chciało jej się krzyczeć, wrzeszczeć, powiedzieć, że to niesprawiedliwe, że lepiej byłoby umrzeć, niż być w takim stanie jak teraz, że nie chodziło tylko o nogę czy raka – chodziło o nią i o to, co działo się w jej głowie. 
    Usłyszała dźwięk otwieranych drzwi. Nie odwróciła głowy od razu, ale wiedziała, że do środka wszedł jej ojciec; poznała kroki, zanim zobaczyła jego twarz. Był tutaj tak często, że nie było to już trudne.
    — Hej, robaczku — powiedział cicho i podszedł bliżej. Nie usiadł od razu. Przez chwilę stał obok łóżka, trzymając w ręku papierowy kubek z kakao, z którego unosiła się słodka para. — To dla ciebie.
    — To próba przekupstwa? — spytała, przesuwając wzrokiem po suficie.
    — Oczywiście. 
    — Słaba — mruknęła. 
    — Ma pianki. 
    Dopiero wtedy spojrzała w jego stronę. Wyglądał okropnie. Widziała, że schudł, że od kilku dni golił się niedokładnie i że kiedy myślał, że ona spała, siadał przy jej łóżku i się modlił, choć nigdy nie podejrzewała ojca o bycie wierzącym. Nie powinno tak być; nie chciała stać się ciężarem, powodem, przez który ktoś był smutny lub płakał. Jak jednak przestać? Jak sprawić, żeby to wszystko się skończyło?
    — Ile pianek? — zapytała. 
    — Trzy. 
    — Tato. 
    — Cztery — poprawił się natychmiast. — Jedna zatonęła. 
    Rei prychnęła bardzo cicho. Malcom uznał to za dobry znak, za mały sukces. Pomógł córce usiąść, poprawił poduszkę pod jej plecami i wręczył jej kakao, uśmiechając się miękko. Zaraz potem zajął krzesełko przy łóżku.
    — Jak się czujesz? — spytał.
    — Jak bohaterka bardzo źle napisanej książki — odpowiedziała. 
    — Źle napisanej? 
    — Fatalnie — mruknęła.
    — Może drugi akt będzie lepszy? — zasugerował. 
    — Drugi akt zwykle jest gorszy. 
    — Nie zawsze. 
    — W tragediach tak. 
    — To może nie jesteśmy w tragedii? — Uśmiechnął się ciepło. 
    Rei spojrzała w jego stronę uważnie. Chciała mu uwierzyć. Naprawdę chciała, ale miała wrażenie, że już za późno, że została wciągnięta do greckiej tragedii i tak naprawdę jej los jest już przesądzony, i że nieważne, co będzie próbować zrobić, to zawsze przyjdzie jej mierzyć się z bólem i smutkiem.
    — Tato — powiedziała cicho. 
    — Tak? 
    — Czy… będę wyglądać strasznie? 
    Malcolm zamarł. Pytanie zawisło, ciężkie i okrutne w swojej prostocie. Rei nie planowała go zadać. Miała cały zestaw ironicznych tekstów, żartów i kąśliwych uwag, a mimo to padło ono w najbardziej nieoczekiwanym momencie. Nie zapytała, czy będzie normalnie chodzić, czy wróci do szkoły, czy ból minie, czy rak zniknie. Zapytała o wygląd, bo miała piętnaście lat, bo piętnastoletnie dziewczyny, nawet kiedy chorują na raka kości, nadal chcą wiedzieć, czy nie będą dziwnie wyglądać. 
    — Nie — odpowiedział.
    — Musisz tak mówić. Jesteś moim tatą. — Rei odwróciła wzrok. 
    — To prawda, ale akurat teraz mówię prawdę nie dlatego, że jestem twoim tatą. 
    — Tylko dlatego, że jesteś architektem i masz zaburzone poczucie estetyki? — mruknęła.
    — Mam świetne poczucie estetyki — stwierdził, potrząsając głową. 
    — Kupiłeś kiedyś lampę w kształcie ryby — wytknęła bezlitośnie. 
    — To był odważny projekt. 
    — To była ryba. 
    — Reilynn. — Jej pełne imię zabrzmiało w jego ustach bardzo miękko. Malcolm wyciągnął rękę i dotknął jej ramienia, ściskając lekko. — Nie będziesz wyglądać strasznie. Będziesz wyglądać jak ktoś, kto przeżył coś, czego nikt nie powinien musieć przeżywać. I przez jakiś czas może być ci trudno patrzeć na siebie bez widzenia tylko tego. Ale… jesteś silna, jesteś najsilniejszą osobą, jaką znam. 
    Słysząc to, uśmiechnęła się krzywo, a potem spojrzała w stronę okna, bo poczuła łzy w oczach, a płakanie przy ojcu wydawało jej się jednocześnie najbezpieczniejszą i najokrutniejszą rzeczą na świecie. 
    — Mama dziś przyjdzie? — zapytała, kaszląc cicho, aby pozbyć się ścisku w gardle.
    — Dzwoniła rano. Powiedziała, że spróbuje. 
    Spróbuje. Rei nauczyła się już, że „spróbuje” było przykrywką dla „nie przyjdę”, dlatego pokiwała jedynie głową. 
    — Dobrze — odpowiedziała, próbując brzmieć obojętnie. 
    — Rei… 
    — Nie szkodzi. 
    Oczywiście, że szkodziło, ale Rei przyzwyczaiła się do tego, że matka wolała nie oglądać jej takiej i że zawsze miała coś ważniejszego. Spuściła wzrok do kakao; kubek wciąż był ciepły, a pianki rzeczywiście były cztery, chociaż jedna zamieniła się już w słodką, rozmiękłą grudkę.



Nowy Jork, 2025 r.
 
Pisanie w szpitalnej stołówce mogło uchodzić za dziwne, ale Rei miała dość leżenia w łóżku. Tutaj, próbując wcisnąć w siebie pudding i czerwoną galaretkę, chciała skończyć scenę, w której główny bohater walczył ze swoim największym wrogiem. Miało to być epickie starcie, pełne głębokich, poruszających słów… Cóż, nie wychodziło to w tym momencie najlepiej. Co jednak było nie tak, że ten konkretny fragment brzmiał tak sucho? 
    Westchnęła cicho i podniosła się, odchodząc od stolika tylko po to, aby nalać sobie wody z dystrybutora stojącego pod ścianą. To miało być szybkie; podejść, nacisnąć przycisk, poczekać i wrócić, ale wycofując się do swojego krzesełka, zobaczyła, że przy jej stoliku stał mężczyzna. Był barczystym olbrzymem ubranym w ciemną, rozpiętą koszulę, pod nią miał zwykły biały T-shirt – wyglądał dość elegancko, by nie uznać, że jest niechlujem, ale w miarę luźno, żeby nie mieć go za totalnego sztywniaka. Obserwując nieznajomego z dystansu, Rei bardzo szybko zdała sobie sprawę z tego, że to był dokładnie ten typ mężczyzny, którego należało opisać w książce, a potem stanowczo nie spotykać w prawdziwym życiu. 
    Podeszła bliżej, domyślając się, że olbrzym najprawdopodobniej zdążył przeczytać to, co napisała, i naprawdę żarliwie dziękowała wszechświatowi, że tym razem nie rozpisywała żadnej erotycznej sceny. Odchrząknęła więc cicho, aby dać o sobie znać, i zrobiła jeszcze kilka kroków w stronę stolika. 
    — To jest ten moment, w którym pyta pan, czy miejsce jest wolne, czy raczej ten, w którym muszę udawać, że to wcale nie ja jestem autorką tego tekstu? — zapytała.
    Mężczyzna odwrócił głowę w jej stronę i przez chwilę patrzył na nią bez słowa. Nie robił tego niegrzecznie, raczej tak, jakby musiał zdecydować, czy wejść w tę rozmowę, czy jednak odejść z kawą w bezpieczne miejsce. Najwyraźniej zdrowy rozsądek przegrał.
    — Chciałem tylko powiedzieć, że jeśli ktoś po pchnięciu pod żebra wygłasza trzy akapity monologu, to albo rana jest symboliczna, albo wróg bardzo cierpliwy — oznajmił, upijając łyk kawy. 
    — Co? — spytała mało inteligentnie, a jej oczy zrobiły się nieco większe, jakby nie do końca rozumiała, co jej chciał powiedzieć. 
    — Zobaczyłem przypadkiem jedno zdanie — wyjaśnił, wzruszając lekko ramieniem. — Nie czytałem wszystkiego. Po prostu to rzuciło mi się w oczy.
    Rei zerknęła w stronę laptopa. Wiedziała, co tam było. Głowiła się nad tą sceną od dobrej godziny
    — To główny bohater — mruknęła. — Tacy mogą więcej.
    — Nawet główny bohater potrzebuje powietrza. — Kącik ust mężczyzny drgnął.
    — To fantasy — wytknęła.
    — W fantasy też działa przepona.
    Rei przez chwilę milczała, a potem parsknęła śmiechem, choć bardzo próbowała tego nie zrobić. Nie zabrzmiało to elegancko, było bardziej jak cichy wybuch, który natychmiast zakryła dłonią. Posłała mężczyźnie krótkie spojrzenie, jakby oceniała, czy tylko ją bawiły takie rzeczy – najwyraźniej tak, bo facet po prostu upił łyk kawy, a potem wskazał ruchem głowy w stronę wolnego krzesełka.
    — Mogę? — spytał, a Rei przez moment zastanawiała się, dlaczego akurat wybrał ten stolik. Rozejrzała się ukradkiem wokół; było jeszcze sporo wolnych miejsc, więc albo koniecznie chciał usiąść właśnie tutaj, albo stwierdził, że to dobra okazja, aby bezkarnie pomęczyć pisarkę.
    — Skoro już pan wie, że mój bohater nie ma przepony, chyba nie ma sensu udawać, że siedzenie przy jednym stoliku byłoby niezręczne — odparła Rei i machnęła ręką w stronę siedzenia. — Proszę.
    Kiwnął głową i zajął miejsce, a Rei usiadła naprzeciwko, przyciągając do siebie laptopa. Przez chwilę obserwowała, jak jego duże palce głaskały papierowy kubek z kawą; robił to bardzo konkretnie, bo najpierw dotykał boku, potem wykonywał mały przewrót, aż w końcu zahaczał paznokciem o krawędź.
    — Jest pan lekarzem? — zapytała, odrywając wzrok od jego rąk, i oparła się wygodniej o krzesełko.
    — Nie.
    — Pacjentem? — dopytała.
    — Też nie.
    — Czyli tajemniczym człowiekiem od przepony. Świetnie. — Przewróciła oczami.
    — Żołnierzem. — Uśmiechnął się lekko.
    — Och. — To „och” wyszło jej trochę za mało inteligentnie, więc natychmiast postanowiła je naprawić większą liczbą słów. Jak zwykle. — To wyjaśnia pańską postawę. I komentarz o przeponie.
    Rei czuła, jak jego spojrzenie przesunęło się krótko po jej twarzy, a potem po lasce opartej o stolik i czerwonej galaretce. Miała dziwne wrażenie, że w tej jednej sekundzie dowiedział się o niej wszystkiego.
    — A pani? — spytał, przechylając lekko głowę w bok.
    — Pacjentką — powiedziała. — Pisarką. Osobą, która najwyraźniej nie zna się na przeponach. Kolejność zależy od dnia.
    Mężczyzna uśmiechnął się pod nosem, a potem dopił swoją kawę. Rei podejrzewała, że zaraz wstanie i się pożegna, ale zamiast tego usłyszała:
    — Mogę zobaczyć fragment?
    — To bardzo odważne pytanie jak na kogoś, kto przed chwilą obraził mojego ciężko rannego bohatera — odparła, wymieniając się z nieznajomym spojrzeniami. Nie był to zwykły kontakt wzrokowy, który trwa sekundę i zaraz grzecznie się rozprasza. Jego oczy zostały przy niej odrobinę za długo; miały w sobie coś zaczepnego, jakby bawiła go jej obrona fikcyjnego mężczyzny, ale nie wyśmiewał jej za to.
    — Okeeej — powiedziała w końcu, obracając laptopa odrobinę w jego stronę. — Ale jeśli skrzywdzi pan moje uczucia, będę zmuszona wykorzystać pana jako postać drugoplanową, która umiera w błocie.
    — To całkiem uczciwe.
    Pochylił się lekko nad ekranem, czytając kilka linijek. Rei udawała, że nie obserwuje jego twarzy. Oczywiście obserwowała. Bardzo dyskretnie, czyli absolutnie niedyskretnie.
    — Tu — powiedział po chwili, wskazując palcem akapit. — Jeśli dostał pod żebra, nie zrobiłby kroku naprzód z taką łatwością, prędzej by się złożył i instynktownie chronił bok.
    — Mhm… a co z monologiem? — zapytała, marszcząc lekko nos.
    — Może powiedzieć jedno zdanie — uznał.
    — Jedno? — Prychnęła mimowolnie.
    — Dwa, jeśli jest uparty. 
    — Nienawidzę realizmu — stwierdziła gorzko, zaglądając do laptopa, aby omieść wzrokiem fragment, o którym była mowa. — A pan co tu robi? — zapytała. — Skoro nie jest pan lekarzem ani pacjentem. I skoro najwyraźniej ma pan misję ratowania fikcyjnych bohaterów przed głupią śmiercią.
    — Odwiedzam kolegę — odpowiedział neutralnie. 
    — Jasne — rzuciła szybko, wyczuwając, że to nie była prosta wizyta. Nie pytała jednak dalej. Granice, Reilynn, granice.
    — Za trzy dni wyjeżdżam — wyznał. I zrobił to tak nagle, że Rei nie wiedziała, co powiedzieć. Czy rozpowiadał każdej nieznajomej, którą spotykał, że za trzy doby będzie gdzieś indziej? I gdzie to „gdzieś” było? Podejrzewała, że skoro był żołnierzem, to pewnie nie może powiedzieć nic więcej.
    — Na długo? — spytała więc ostrożnie, bo to pytanie wydawało się bezpieczniejsze.
— Kilka miesięcy. 
        — W takim razie powinien pan wziąć ze sobą książkę — powiedziała, zanim zdążyła uznać, że to głupia rada dla człowieka takiego jak on, choć nie miała pojęcia, jakim typem osoby naprawdę był. — Nie wiem, dokąd pan jedzie i nie pytam, ale kilka miesięcy to dość długo. Człowiek powinien mieć więc przy sobie coś, co zajmie głowę i zabije czas. 
    I wyjechał. Tak po prostu. Nie było dramatycznego pożegnania, deszczu uderzającego o szybę ani sceny, w której ktoś biegł przez lotnisko. I z całą pewnością Rei nie spodziewała się, że miesiąc później otrzyma list w nieco pogniecionej kopercie – nie było tam jej imienia i nazwiska, tylko adres szpitala i opis Rei: kobieta, pisarka, krótkie, czarne włosy, zielone oczy. Ostrożnie otworzyła kopertę. W środku była jedna kartka i żadnego dramatycznego wstępu, tylko krótkie, równe linijki, napisane przez kogoś, kto najwyraźniej nie miał potrzeby udawać poety:
    Nie wiem, czy pamiętasz faceta, który obraził Twojego ciężko rannego bohatera trzy dni przed wyjazdem. Podejrzewam, że jeśli pamiętasz, to głównie przez to... 
    Nie mogę napisać, gdzie jestem ani o tym, co robię. Mogę za to zdradzić, że zabrałem książkę i chyba miałaś rację – człowiek zdecydowanie powinien mieć coś, co zajmie mu głowę. Nie wiem też, czy to dziwne pisać do kobiety poznanej przypadkiem w szpitalu. Pewnie tak. Ale pomyślałem, że skoro potrafiłaś bronić wymyślonego mężczyzny z takim zaangażowaniem, to może nie uznasz za całkiem absurdalne, że prawdziwy pisze do ciebie kilka zdań z miejsca, którego nie mogę nazwać. 
    Mam nadzieję, że u Ciebie wszystko w porządku... nie pytam o to wprost, bo myślę, że gdybym to zrobił, odpowiedziałabyś tak, że przez chwilę bym się uśmiechał i dopiero później zrozumiał, że ominęłaś najważniejszą część. I że niczego się nie dowiedziałem.
    Nie mam pojęcia, czy ten list dojdzie i czy w ogóle powinienem go wysyłać, ale jeśli zdecydujesz się odpisać, zdradź, czy ten Twój bohater przeżył, czy może jednak skończył w błocie.

    Zajęło jej tydzień, aby w ogóle postanowić odpisać. Nie wiedziała, czy powinna, czy w ogóle ma to sens, bo nie była zbyt dobra w relacje międzyludzkie. Poprawka: była w nie fatalna. Bała się, że zacznie to przypominać przeciąganie liny – że po swojej stronie będzie trzymać ją obiema rękami, zębami, resztką siły i całą desperacką potrzebą, żeby ktoś został, a jednocześnie modlić się, żeby jednak puścił pierwszy. Bo lepiej było się nie przywiązywać. To było praktyczne, może trochę nieludzkie, ale praktyczne. Rei znała własne ciało wystarczająco dobrze, żeby nie sprzedawać nikomu pięknej wersji siebie z gwarancją, że wszystko będzie w porządku. Nie składała też obietnic ani nie próbowała robić wielkich planów. Jeśli miałaby się określić, czym była w relacjach, to stwierdziłaby, że jest jedynie przypisem, o którym łatwo szybko zapomnieć.
 
 
 
Nowy Jork, 2026 r.

Wywiad miał odbyć się w piątek. Transmisja internetowa, link udostępniony przez redakcję, czat na żywo przesuwający się z boku ekranu i małe czerwone oznaczenie LIVE. Nie była to wielka konferencja prasowa ani dramatyczne wystąpienie. To miał być spokojny materiał dla magazynu literackiego; rozmowa o książkach, pseudonimie i o tym, dlaczego po tylu latach ukrywania się za inicjałami postanowiła pokazać twarz.
    Pięć minut przed startem Rei siedziała przed laptopem z kubkiem kawy, której nie tknęła. Miała lodowate ręce, jej serce biło zbyt szybko, a skronie pulsowały. Bała się, cholernie bała się momentu, w którym pokaże twarz i przyzna się do swoich książek, ale jeszcze bardziej bała się, że jeśli umrze, a ta myśl w 2026 roku stała się upierdliwie męcząca, to Lynn R. Well przestanie być częścią Reilynn Bothwell. I że już zawsze będzie ukryta za wymyślonym pseudonimem – nie było w tym nic złego, ale chyba nadszedł moment, aby być po prostu Rei.
    Ekran rozbłysnął i wtedy pojawiła się prowadząca, Mara Ellison, uśmiechnięta i podekscytowana. Rei również spróbowała się uśmiechnąć, choć zdecydowanie jej to nie wychodziło.
    — Gotowa? — zapytała prowadząca.
    Rei zerknęła w stronę licznika widzów, który rósł szybciej, niż powinien. Nie była gotowa. Oczywiście, że nie była gotowa! Kiwnęła jednak głową i uśmiechnęła się bardziej.
    — Tak, zaczynajmy. 
    Rozmowa najpierw dotyczyła jej książek; Rei opowiadała o swoich inspiracjach, procesie twórczym i o tym, że od zawsze miała zbyt wybujałą wyobraźnię. Dopiero później zaczęło się robić poważnie.
    — Czy mogę zapytać... dlaczego teraz? — spytała Ellison. — Przez lata ukrywałaś się za pseudonimem… więc co sprawiło, że właśnie teraz zdecydowałaś się pokazać twarz i powiedzieć wprost: to ja jestem Lynn R. Well?
    — Bo nie chcę, żeby ludzie znali wybraną przeze mnie część mnie — powiedziała. — Lynn R. Well była… bezpieczna, użyteczna. Mogłam nią być wtedy, kiedy Reilynn Bothwell była… za bardzo wszystkim naraz. — Zaśmiała się cicho. — Czyli za bardzo chora, zmęczona, przestraszona albo… za bardzo nie taka, jak sobie wyobrażałam dorosłą kobietę, którą kiedyś zostanę.
    Czat przewijał się obok:
    kocham jej głos, omg
    czekajcie, ona NAPRAWDĘ jest Lynn R. Well?
    Sól w koronie złamała mi serce, dziękuję Ci za to i nienawidzę Cię
    OMG!!!!!
    zielone oczy!!!
    to jest ta autorka od Królestwa rzeczy utraconych???

    — Bałaś się reakcji czytelników? — spytała prowadząca.
    — Oczywiście! Boję się wszystkiego. — Przewróciła z rozbawieniem oczami. — Bałam się na przykład tego, że gdy powiem o sobie otwarcie, nagle nie będę autorką, tylko „tą chorą autorką”. Że ludzie zaczną czytać moje sceny miłosne jak akt odwagi albo że każda moja bohaterka będzie dla nich mną, każda rana moją raną, a każdy happy end prośbą, żebym ja też go dostała.
    Czat sunął dalej:
    O MÓJ BOŻE
    WIEDZIAŁAM
    REILYNN?? piękne imię
    czemu płaczę........
    czyli to oficjalne???

    — A czy jest coś, czego nie chcesz, żeby czytelnicy robili po tym, jak się ujawniłaś? — Mara Ellison uśmiechnęła się delikatnie. 
    — Nie chcę, żeby zaczęli mnie żałować, zamiast mnie czytać — powiedziała po chwili. — To chyba najważniejsze. Nie chcę, żeby ktoś brał moją książkę do ręki z miną: och, biedna dziewczyna, zobaczmy, co napisała mimo wszystko. Nie napisałam tych książek „mimo wszystko”. Napisałam je, bo jestem pisarką. 
    Czat na moment jakby zwolnił, a potem posypały się kolejne komentarze:
    nie żałować. czytać. zapamiętane.
    to serio ważne
    kocham ją jeszcze bardziej
    REI JEST PISARKĄ I KROPKA
    czy ktoś też płacze????

    — Pięknie powiedziane — stwierdziła prowadząca. — A skoro już o tym mowa… Czy po ujawnieniu, że Lynn R. Well to Reilynn Bothwell... twoje książki będą inne?
    — Mam nadzieję, że nie będą grzeczniejsze — odparła luźno. — Ani ostrożniejsze. Nie chcę pisać tak, jakby cały świat zaglądał mi przez ramię i oceniał, które zdanie jest „naprawdę mną”, a które tylko wymyśliłam. — Wzruszyła ramieniem. — Może zmieni się tylko tyle, że teraz czytelnicy będą wiedzieli, że za tymi książkami nie stoi żadna tajemnicza, bezcielesna osoba, tylko ja. I że ja też czasem nie wiem, jak zakończyć rozdział.
    — A wiesz, jak zakończyć ten? — Mara posłała jej miękkie spojrzenie.
    — Jeszcze nie — powiedziała. — Ale pierwszy raz od dawna nie próbuję pisać go pod „cudzym” nazwiskiem.

___________
Popełniłam to opowiadanie (sponsoruje je w tytule Zippy Ogar, a dalej to już Maggie Lindemann i Katarsis), bo Rei za bardzo porządziła się w mojej głowie. 😅 Zdradzam więc trochę tego, jaką Rei była nastolatką, i pokazuję jej chaos od innej strony – mam nadzieję! No i, Nowy Jork właśnie się dowiedział, jak wygląda Lynn R. Well. 👀 Po autografy w tę stronę...

[KP] My love was as cruel as the cities I lived in


właść. Naomi Kim (김나연, Kim Nayeon) — ur. 10 maja 1996 roku w Nowym Jorku — Korean-american — ekspertka ds. sztuki w Sotheby’s, prestiżowym domu aukcyjnym, gdzie zajmuje się wyceną i kuratorstwem dzieł sztuki — specjalizuje się w malarstwie współczesnym — absolwentka Columbia University na kierunku historii sztuki — córka Daniela Kima, właściciela prestiżowej firmy inwestycyjnej oraz Minji Kim, byłej pianistki światowej klasy — jedynaczka — mieszka w jednym z apartamentowców na Upper East Side — wynajmuje małe studio na Brooklynie, które przeobraziła w swój prywatny warsztat malarski — miłośniczka sztuki współczesnej, koreańskiej poezji i literatury — regularnie, szczególnie w przypływie większego stresu, pisze wiersze, które następnie chowa do szuflady — jest uzależniona od kawy i muzyki jazzowej — potrafi grać na pianinie, lecz robi to bardzo rzadko — nie lubi podróżowania ani turystyki — ma lęk wysokości — zmaga się z przewlekłą migreną — introwertyczka — people pleaser — dusza artystki, próbująca odnaleźć swoje własne jasingielkarelacje
I wanna be defined by the things that I love
not the things I hate, not the things I'm afraid of...
not the things that haunt me in the middle of the night

her story


Miłość to nie ogień, tylko dom.

To były słowa, które Naomi Kim usłyszała po raz pierwszy jako czternastolatka i zakopała tak głęboko w sercu, że z czasem stały się jej osobistą mantrą. Właśnie wtedy zaczęła zamykać nadmiar uczuć w zgrabne wersy poezji, a kiedy gniew i zagubienie stawały się zbyt przytłaczające, zamieniała je w pociągnięcia pędzla na jasnym płótnie. Nikt nie traktował tego poważnie – wszyscy uznawali jej twórczość za niewinne hobby, bo biedne dziecko nawet nie miało przyjaciół. Do dziś pamięta pełne litości spojrzenia swoich korepetytorów, choć sama nigdy nie rozumiała skąd brało się to współczucie. Innego życia przecież nie znała – jej rzeczywistością były podróże, obecność dorosłych i niekończąca się nauka. W tym wszystkim nawet nie próbowała marzyć o czymś innym.

Wszystko zmieniło się, gdy jako trzynastolatka zamieszkała w Londynie. To tam po raz pierwszy usłyszała opowieści Pani Kaitlyn – jednej ze swoich nauczycielek – o codziennym, zwyczajnym życiu. Właśnie wtedy Naomi po raz pierwszy poczuła świadomą tęsknotę za czymś cieplejszym, prawdziwszym, realnym. Marzyła o domu przepełnionym miłością, o radości płynącej z rzeczy prostych. O miejscu, w którym usłyszałaby pochwałę za drobne sukcesy i ciepłe zapewnienie, że jedno potknięcie nie definiuje jej wartości. Wciąż marzy, że pewnego dnia stworzy właśnie taki dom.

Gdy miała szesnaście lat, po raz pierwszy uświadomiła sobie, jak bardzo nienawidzi podróżowania. Wtedy też postanowiła, że gdy w końcu zamieszka sama, nie ruszy się nigdzie, jeśli nie będzie musiała. Jej dom miał stać się oazą, schronieniem, własnym światem, w którym wreszcie mogłaby być sobą. Tymi myślami dzieliła się ze swoją internetową przyjaciółką, poznaną na Twitterze, z którą wymieniała się muzycznymi inspiracjami. Miały kiedyś spotkać się w Nowym Jorku. Nigdy jednak do tego nie doszło. Gdy jej matka odkryła, że Naomi szuka przyjaźni w sieci, kategorycznie jej tego zabroniła. Nawet nie próbowała się sprzeciwić. Nigdy więc nie pożegnała Erin Blake i do dziś zastanawia się, czy tamta dziewczyna w końcu zobaczyła Wielkie Jabłko.

Dziś, u progu dwudziestu dziewięciu lat, Naomi wciąż nie potrafi odnaleźć w sobie asertywności. Kurczowo trzyma się myśli, że kiedyś miała w sobie iskrę odwagi – choćby ten jeden, nawet jeśli jedyny akt nieposłuszeństwa wobec rodziny. Czy jednak byłaby w stanie zrobić to jeszcze raz? Dorosła przecież w przekonaniu, że lojalność wobec rodziny jest wszystkim, a jej nieuniknionym przeznaczeniem jest bycie idealną córką, zaś w przyszłości – równie idealną żoną i matką. Jednocześnie wymagano od niej, by dążyła do kariery, choć nikt nigdy nie zapytał, czego tak naprawdę pragnie. Właśnie dlatego nauczyła się dostosowywać. W Londynie mówiła z akcentem Brytyjki, w Seulu przestrzegała tradycji z niemal konserwatywną powagą, a w Nowym Jorku bez trudu odnajdywała się w jego liberalnym duchu. Całe jej życie od samego początku aż do teraz skupia się na zadowalaniu innych, dostosowywaniu się do ich potrzeb i pragnień. Częściej mówi to, co wypada, niż to, co naprawdę myśli. Zmienia opinię w zależności od tego, z kim rozmawia i sama nie do końca wie, jakie ma upodobania. Żyje w cieniu ludzi, stojąc tuż przy ścianie, bo panicznie boi się, co pomyślą o niej inni. Wychodzi przed szereg tylko wtedy, gdy ktoś ją o to poprosi, nawet jeśli nie czuje się z tym dobrze. Czasem wydaje jej się, że istnieje po to, by być dla innych, a nie dla siebie. W głębi duszy wie, czego pragnie i wie, czego nie chce, a mimo to uparcie stara się być taką, jaką powinna być. Jest uprzejmna, ustępliwa, życzliwa. Jest empatyczna, skromna, grzeczna. Stara się więc kochać koreańskie tradycje tak mocno, jak on, choć to właśnie ten język, spośród wszystkich, przyswoiła sobie najgorzej. Wie, jaka jest jej rola, dokąd prowadzi jej życie i co ma być jego celem. Po drodze tylko zgubiła samą siebie.

Miłość, to nie ogień, tylko dom – powtarza w myślach, gdy raz po raz uświadamia sobie, że jest tą drugą. We wszystkim, dla wszystkich. Na zawsze.
Cześć! Próbujemy z Naomi jeszcze raz. :)
Szukamy człowieka, który pokaże Naomi, że życie może być piękne i dobre. Zależy nam również na wątku damsko-damskim, który rozwinie temat zdrowej, wartościowej przyjaźni; jeśli to czyiś klimat, zapraszamy! :)
✉️ cinnamoonlattee@gmail.com 📝 limit: 0/3

03/09/2026

[KP] W.I.T.C.H.

XVIII
✦ ☾ ✦
·
Helen Lynch
wróżka Lea
10 XI 1994 skorpion terapeutka zajęciowa w domu opieki wróżka, tarocistka, astrolożka rozmowy, czat, wideorozmowy, live’y, Instagram, TikTok
Od dwóch tygodni spotykasz się z chłopakiem, który wydaje się idealny, ale nie wiesz, czy to ten jedyny? Wybierasz Love Reading za 180 dolarów i wysyłasz wróżce Lei zdjęcie swoje i chłopaka oraz podajesz wasze daty urodzenia. Po kilkunastu minutach słyszysz, że między wami istnieje magnetyczne przyciąganie, ale jedna ze stron ma blokadę emocjonalną, dlatego relacja potrzebuje więcej czasu, żeby ustabilizować aurę. Kochana, jeśli jest idealny, to coś jest z nim nie tak. Może narcyz? Po pewnym czasie sama to zobaczysz. Lub do mnie wrócisz.

Codziennie zastanawiasz się nad tym, kiedy inni odkryją, że kompletnie się nie nadajesz na nowe stanowisko i że wszystkich oszukujesz? Piszesz do wróżki Lei i zamiast na czytanie z kart tarota za 50 dolarów umawiasz się na Deep Spiritual Reading za 220 dolarów. Wróżka Lea wyciąga kilka kart, odczytuje układ planet i analizuje twoje ostatnie dwa lata życia. Okazuje się, że twoje wewnętrzne ja jest niedomknięte. Twoje ja nie nadąża za tym, kim się stałaś, dlatego czujesz, że to nie ty, i wciąż czekasz. Na co? Wróżka Lea radzi, abyś przez dwa tygodnie zadbała przede wszystkim o siebie, wsłuchała się w swoje prawdziwe ja i kupiła tygrysie oko z jej sklepu internetowego (możesz wybrać wisiorek lub bransoletkę, tak abyś wzięła je ze sobą do pracy). A jeśli to nie pomoże, to warto zgłosić się do psychologa, który spojrzy na ten problem z innej perspektywy. Moja droga, musisz popracować nad poczuciem własnej wartości i pewnością siebie. Żadne ezo bajery ci nie pomogą. Idź do specjalisty.

Jest druga w nocy, a twoja dziewczyna nie odpisuje, choć już dawno odczytała wiadomość? Dzwonisz do wróżki Lei, wybierasz Emergency Reading i płacisz 260 dolarów, aby usłyszeć, że twoja energia jest zbyt intensywna, a aura twojej dziewczyny jest zamknięta, przez co dalsze wiadomości mogłyby tylko pogłębić dystans i zaburzyć równowagę. Komunikacji zdecydowanie nie sprzyja obecny układ planet. Wróżka Lea zaleca ci odłożyć telefon, dać przestrzeń swojej dziewczynie i – jeśli naprawdę zależy ci na tej relacji – pozwolić wróżce Lei oczyścić energię (oczywiście za dodatkową opłatą). Człowieku, ona pewnie już śpi. Daj spokój.

Kocham tę robotę.

To nie tak, że jest zwykłą oszustką czy naciągaczką. Chciałaby wierzyć, że w ten sposób daje nadzieję, otwiera nowe możliwości, pokazuje problem w innym świetle, każe się zastanowić, wspiera w podjęciu decyzji czy po prostu sprzedaje dobre rady. Ale nie. Wie, że ludzie bywają głupi i naiwni oraz że chętnie powierzają swoje życie innym – bogom, przywódcom religijnym, mężowi, influencerkom, coachom lub ChatowiGPT. Dlatego mówi o przyciąganiu pieniędzy, manifestacjach, retrogradacji Merkurego czy tranzycie Jowisza, tarocie, numerologii, paleniu szałwii, mocy kryształów i innych bzdurach, którym dzisiaj łatwo zaufać. Musi tylko mówić to, co ludzie chcą usłyszeć. Musi tylko w ciągu tych kilkudziesięciu minut stać się ich najlepszą przyjaciółką.

Na co dzień wróżka Lea nazywa się Helen Lynch, pochodzi z całkiem nudnej rodziny nauczycieli oraz pracuje w domu opieki, gdzie prowadzi zajęcia artystyczne (arteterapia). Wynajmuje małe mieszkanko blisko miejsca pracy i parku, do którego chodzi pogapić się na drzewa i na psy. Zwłaszcza wtedy, gdy umiera jej podopieczny, bo kocha te pergaminowe dłonie. To ci piękni i doświadczeni ludzie od dawna wołają na nią wróżka Lea (i to nie dlatego, że przepowiadała przyszłość). Stawiać tarota nauczyła ją Myriam, o numerologii i astrologii dowiedziała się od Lisy, a od Williama usłyszała, że ma w sobie światło i potrafi odczytywać emocje jak nikt inny – teraz raz w miesiącu odwiedza ich na cmentarzu. Zdobyła kilka śmiesznych certyfikatów, nabyła kilka kamieni i kadzideł o magicznych mocach oraz zrobiła własną talię kart tarota (personalizowane karty też ma w ofercie swojego sklepu internetowego) i kilka świec, które mogą oczyścić aurę. Od dwóch lat zagląda ludziom w dusze. I w portfele.
Hej, chodźmy razem powróżyć! Przepraszam wszystkie zodiakary. Zaczynam od nowa przygodę z pisaniem, dlatego przyda się trzymanie kciuków. Helen poza tym, że bawi się we wróżkę, jest zupełnie zwyczajną dziewczyną. Na zdjęciu Melanie Kieback (vanellimelli).