Uważnie patrzy, zanim zrobi cokolwiek więcej, jakby przez lata nauczył się, że najpierw należy sprawdzić, co dzieje się dookoła, dopiero później zdecydować, czy można sobie pozwolić na reakcję. Spokojny nie z natury, lecz z przyzwyczajenia, czujny nie dlatego, że wszędzie spodziewa się niebezpieczeństwa, ale dlatego, że armia skutecznie nauczyła go nie lekceważyć nawet tego, co na pierwszy rzut oka wydaje się zwyczajne. Z chłopca, który szerokim uśmiechem odpowiadał na każdy przejaw zainteresowania, zostało niewiele; może tylko to, że wciąż potrafi śmiać się z cudzych żartów, choć własne zachowuje dla siebie, jakby nie miał już potrzeby być tym, który rozładowuje napięcie i przyciąga uwagę. Nie stracił poczucia humoru, stracił raczej beztroskę potrzebną, by bez zastanowienia się nim dzielić.
Nie jest człowiekiem milczącym dla samego bycia cicho. Zwyczajnie waży słowa, zanim pozwoli im opuścić usta, a myśli poprzedzają dźwięk o chwilę dłużej. Nie mówi po to, by zapełnić ciszę i nie czuje potrzeby udowadniania własnej racji głośniejszym głosem, ostrzejszym tonem. Twardo stąpa po ziemi, może nawet zbyt mocno, jakby każdą grudę najpierw sprawdzał pod kątem tego, czy ma szansę wytrzymać zderzenie z rzeczywistością. Nie oznacza to jednak chłodu. Potrafi być uprzejmy, pomocny i zwyczajnie dobry, tylko jego dobroć nie jest szczególnie widowiskowa – częściej objawia się tym, że pamięta, co ktoś powiedział kilka tygodni wcześniej, niż tym, że znajdzie dla tego kogoś odpowiednio wzniosłe słowa.
Zbyt dobrze zna ludzi, by patrzeć wyłącznie na to, co mówią. Zwraca uwagę na drobiazgi: zmianę tonu głosu, dłuższą pauzę, sposób, w jaki ktoś odkłada szklankę, nagłe wycofanie się z rozmowy albo przeciwnie – nadmierną energię, która pojawia się bez wyraźnego powodu. Choroba siostry nauczyła go tego jeszcze zanim wojsko zrobiło z obserwowania nawyk. Przy Carze nauczył się wychwytywać najmniejsze zmiany nastroju i samopoczucia, ponieważ czasami różnica pomiędzy zwyczajnym zmęczeniem a czymś, co wymaga natychmiastowej reakcji, mieściła się w kilkunastu oddechach. Później wojsko tylko wyostrzyło tę umiejętność, odbierając jej niewinność i nadając zupełnie nowy cel. Dzisiaj rejestruje ludzi niemal odruchowo, nie zawsze nawet zdając sobie z tego sprawę.
Nie szuka konfliktów, ale też przed nimi nie ucieka. Ma w sobie cierpliwość człowieka, który nauczył się znosić znacznie więcej, niż powinien, i upór kogoś, kto zbyt wcześnie zrozumiał, że nie wszystko można naprawić, ale niemal zawsze można próbować. Nie romantyzuje własnych doświadczeń, nie opowiada o wojsku jak o przygodzie i nie potrzebuje, by ktoś podziwiał to, co przeżył. Jeżeli już mówi, robi to konkretnie, bez ozdobników, pozostawiając innym miejsce na własne wyobrażenia. Nie lubi, gdy robi się z niego bohatera, bo sam pamięta przede wszystkim te momenty, w których bohaterem nie czuł się ani trochę.
Najłatwiej dostrzec w nim człowieka odpowiedzialnego, czasami aż przesadnie. Tego, który przyjdzie pierwszy i wyjdzie ostatni, upewni się, że każdy dotarł bezpiecznie do domu, zapamięta numer telefonu i sprawdzi dwa razy, czy drzwi zostały zamknięte. Nie dlatego, że uważa innych za nieporadnych, ale dlatego, że zbyt wcześnie przyzwyczaił się do świadomości, iż wystarczy jeden telefon, jedna noc i jedno zdarzenie, żeby całe dotychczasowe życie rozsypało się bez pytania o zgodę. Odpowiedzialność stała się więc jego drugą skórą, a czujność czymś więcej niż wojskowym nawykiem. Mimo wszystko, jakaś dawna część tego co utracił w wyniku dorastania w rytm marszu w Es-dur, wystaje spod kartki skóry narzuconej przez wojsko. Nie gryzie, bo woli pożreć w całości.
Przyszedł na świat w chłodną, listopadową noc, swoim krzykiem konkurując z ratującymi życie matki, lekarzami. W dniu narodzin nie miał jednak zostać sierotą, a dzieckiem dziecka, bo przecież tym właśnie była ta, która wydała go na świat, ale nigdy nie przytuliła do piersi. Adoptowany w pierwszych miesiącach życia, krzykiem zaczął rozdzierać idylliczne przedmieścia Nowego Jorku, gdzie płoty do kolona wyznaczały granice działek, chroniąc jedynie długość trawnika w ich obrębie.
Para która go adoptowała dała mu na imię Declan, bo gdy nie zajmował się krzykiem, to posyłał wszystkim szerokie, bezzębne uśmiechy i pewnie robiłby to nadal, gdyby nie to, że z miękkich dziąseł wyszły zęby, które częściej zaciska niż pokazuje.
Był psotnym, ciekawym świata dzieckiem z apetytem na naukę i ruch, aż do utraty tchu. Uczył się dobrze, słuchał mamy i taty stając się po czasie tym, przez którego w ich domu pojawiła się druga istota, której zdawało się, że nikt nie chciał. Cara, bo miała być jego przyjaciółką i tak się stało, gdy pierwszy raz dostał ją w ramiona jako podrostek i za główny cel ustanowił sobie chronić ją od wszelkiego cierpienia i zła. Przez kilka lat szło mu to dobrze, aż do ciepłej, sierpniowej nocy, kiedy na imprezie u kolegi dostał telefon, który zmienił jego życie.
Państwo Doyle zginęli w wypadku. Dom, który zbudowali z dwójką małych nieszczęść, zmieniając je w chodzące radości, zachwiał się w posadach, a Declan musiał dorosnąć w jedną noc.
Z młodego dorosłego, który miał przed sobą całe życie, został ojcem bez matki u boku – prawnym opiekunem dla siostry, którą, aby móc utrzymać i zagwarantować ubezpieczenie medyczne, zmuszony był i tak zostawić pod opieką babci. Stał się mistrzem papierowej gimnastyki, gdy wizja nieleczonej cukrzycy pojawiła się na horyzoncie, a wojskowy kontrakt zmusił do wyjazdu. Najpierw do Missouri na szkolenie, później na chwilę do Kosowa, gdzie przyjemny spokój pozwolił myśleć, że cała służba może mu tak minąć. W Somali przestał się łudzić, ale nie zrezygnował – tylko słabi rezygnują, a Cara wciąż nie miała dwudziestu jeden lat. Gdzieś między Kosowem a jedną z baz wojskowych w Afryce zaczął zapominać, jak to jest żyć normalnie. Młody umysł szybko wchłonął wojskową rutynę, odnajdując w niej sens, cel i bezpieczeństwo w niebezpieczeństwie. Uzależnienie od adrenaliny. W Syrii zaczął zapominać o normalności.
Fort Leonard Wood w Missouri, Kosowo, Somalia. Później Syria. I wypadek, który w swoim tragizmie stał się przepustką do wolności, której wcale nie chciał, bo ucieczka od rzeczywistości była łatwiejsza.
Odautorsko
Poniższe wpisy mogą zawierać treści przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
[Ciężary, ciężary, jak my lubimy wciskać naszym postaciom takie problemy na promocji, dwa cierpienia w cenie jednego, czy coś 😅 Ciekawie bardzo się tu u was zapowiada! Doświadczenia z frontu to duży bagaż do dźwigania, więc mam nadzieję, że nie planujesz dorzucać mu tam dodatkowych kamieni. Niech teraz chłopak troszkę nacieszy się życiem, dobrze? 😂 Baw się świetnie z kolejną postacią, niech wena nigdy Cię nie opuszcza! 🧡]
OdpowiedzUsuńBrant Dawson
& Tanner Morgan
[Same przystojne mordki na tym blogu ostatnio… 🤤 ale, ale! Wygląd to nie wszystko, a Declan wydaje się kimś, kto przeżył wystarczająco dużo, że aż ma się ochotę powiedzieć, żeby po prostu usiadł i odetchnął.
OdpowiedzUsuńCudownie czytało mi się treść całej karty, choć sama historia wcale tak cudowna nie jest…
Nie gryzie, bo woli pożreć w całości – jeśli rzucić w niego czekoladą, to czy istnieje szansa na negocjacje, czy pożarcie to jedyna opcja? 🤔😂 Trzeba to sprawdzić!
Baw się wspaniale na bloszku z kolejną postacią, bo każda kolejna zachwyca jeszcze bardziej! ❤️]
Rei Bothwell 🧚♀️✨
[Jesus! Chwilę człowieka nie ma, a tu tyle zmian i nowych postaci, nie idzie nadrobić! Niemniej gorąco witamy z nowym panem, który jest wręcz uroczy i taki w sam raz do ukochania (przynajmniej przeze mnie ;>) i życzymy z nim wielu fascynujących wątków, bo jest w czym rzeźbić. Obie z Tilly zazdrościmy mu tylu miejsc w których przyszło mu być, choć w skrajnie niesprzyjającym czasie.
OdpowiedzUsuńNajpierw muszę wyjść z zaległości i posłać nasze panie w melanż, ale w razie chęci zawsze też coś jeszcze spróbujemy udźwignąć, gdybyś miała ochotę :)
Weny, pomysłów i fajnych wątków z Declanem Ci życzymy <3]
Mathilde Stevenson
[Cześć! Jaki on przystojny! :D
OdpowiedzUsuńWięcej mundurowych, więcej! Panny będą ustawiać się sznurem w kolejce do nich.
Miło widzieć, że wena wam wszystkim dopisuje, a Ciebie to bym chętnie porwała na wątek w każdej konfiguracji, więc jak tylko żyćko się uspokoi, to możemy coś rozpisac, a teraz już zaczać myśleć. A jak. ♥ Wiesz, gdzie mnie szukasz.
Baw się dobrze z nową postacią. ♥]
Andrea Wilson, Debbie Grayson & Evan Roth
[Dzień dobry, witam Cię serdecznie z kolejną postacią ☺️ My to nie potrafimy dać spokojnego, bezproblemowego życia tym naszym postaciom, prawda? Declan pod pewnymi względami wydaje mi się być podobny do mojego Iana, więc wiem, o czym piszę 😉 Charakterki z ta ich powściągliwością, to oni mają raczej trudne, ale skoro w przypadku Iana znalazł się ktoś, komu to nie przeszkadza, a wręcz odpowiada, to mam nadzieję, że w przypadku Declana będzie dokładnie tak samo ☺️
OdpowiedzUsuńUdanej zabawy z nową postacią i mnóstwa czasu na pisanie 🧡]
IAN HUNT & MAXINE RILEY
Kolejka do stolika nie kończyła się od prawie godziny. Rei była o tym przekonana, bo co jakiś czas podnosiła wzrok, uśmiechała się do kolejnej osoby, słuchała drżących słów, pytań i pochwał. Ludzie podchodzili do niej z egzemplarzami Soli w koronie, z tomami Królestwa rzeczy utraconych, z zakładkami, notesami, czasem z telefonem trzymanym przy piersi. Nad stolikiem wisiał niewielki baner: Lynn R. Well / Reilynn Bothwell – spotkanie autorskie i podpisywanie książek. To było nieco… dziwne. Przez lata Lynn R. Well była tarczą. Kimś bez choroby, bez protezy, bez blizn, bez tych wszystkich rzeczy, które czasem paraliżowały Rei. Bothwell była bardziej skomplikowana. Miała gorsze noce, tendencję do mówienia rzeczy, których potem żałowała o drugiej nad ranem, i zamiłowanie to katastrof, a teraz siedziała tu jako obie w jednej osobie. Rei była ubrana w czarną sukienkę z miękkiego materiału, która miała długie rękawy i sięgała kostek – do kreacji założyła wygodne półbuty, które pasowały do wszystkiego. Tak naprawdę jednak Bothwell nie wyróżniała się dzisiaj niczym szczególnym, bo wybrała wygodę.
OdpowiedzUsuń— Dla kogo podpis? — zapytała, unosząc długopis.
— Dla Agnes — odpowiedziała dziewczyna, może dziewiętnastoletnia, z oczami mokrymi od emocji.
Rei kiwnęła głową, otworzyła książkę na stronie tytułowej i napisała: Dla Agnes – obyś zawsze znajdowała drogę, nawet jeśli mapa nie wskazuje konkretnego miejsca. Lynn R. Well / Reilynn Bothwell. Kiedy podała tom dziewczynie, ta przycisnęła lekturę do siebie tak mocno, jakby Rei wręczyła jej coś bezcennego.
— Dziękuję — powiedziała.
Całe wydarzenie wydawało się nieco monotonne: kolejna osoba, kolejny egzemplarz, kolejne imię i kolejne serce podane jej na chwilę razem z książką, ale Rei cieszyła się, że mogła tutaj być. Po publicznym wywiadzie wszystko zmieniło się szybciej, niż przewidywała. Internet przez trzy dni zachowywał się jak stado smoków po cukrze. Komentarze, artykuły, fragmenty live’a pocięte na krótkie filmiki, ludzie piszący: czekałam na to, wiedziałam, to ona. Były też gorsze rzeczy, oczywiście, bo Internet bez okrucieństwa nie mógłby istnieć.
— Dla kogo? — zapytała następnego czytelnika.
— Dla Olivii.
Podpisała się i oddała książkę, uśmiechając się lekko. Po dwóch godzinach czuła już zmęczenie i ból w plecach, a palce nieco już drętwiały. To był pierwszy raz, kiedy zorganizowała spotkanie autorskie – do tej pory odmawiała pokazywania się i sprzedawała podpisane egzemplarze książek przez stronę internetową. Teraz jednak chciała zrobić to inaczej. I w całym tym amoku była jednocześnie przerażona i… szczęśliwa. Ludzie przyszli tutaj dla niej, podchodzili, nawiązywali rozmowę, opowiadali o książkach i bohaterach, których stworzyła. Chyba nie zdawała sobie sprawy z tego, że jej historie żyły gdzieś poza tym, co wykreowała, że stawały się częścią czegoś większego.
Tłum przesuwał się wolno, większość rozmawiała półgłosem, trzymając swoje egzemplarze książek – Rei poczuła nagłe, ostre wzruszenie. To naprawdę się działo, naprawdę była tutaj jako pisarka, po tym, jak ujawniła, że jest Lynn R. Well, po tym, jak pokazała twarz i pozwoliła, żeby pseudonim przestał ją zasłaniać. Bała się, że od tej chwili wszystko będzie czytane przez pryzmat jej choroby. Że każda rana w jej książkach stanie się medyczną metaforą, każda bohaterka jej autoportretem, każdy happy end prośbą, której nie umiała wypowiedzieć na głos. Bała się, że ludzie przestaną widzieć opowieść, a zaczną dostrzegać tylko biedną dziewczynę… ale tak się nie stało.
Na stoliku stała butelka wody, kubek herbaty, której nie zdążyła wypić, i mały talerzyk z ciastkami, które ktoś z wydawnictwa położył obok niej. Rei zjadła jedno ciastko w przerwie między podpisami, choć pewnie gdyby nie praca, słodycze zniknęłyby bardzo szybko.
Usuń— Jeszcze kilka osób i robimy krótką przerwę — szepnęła Marianne, jej wydawczyni, pochylając się do niej.
Rei skinęła głową, a potem podniosła wzrok do następnej osoby. Mężczyzna stojący naprzeciwko był olbrzymem. To była pierwsza rzecz, którą zarejestrowała, bo musiała unieść głowę trochę bardziej niż wcześniej. Nie minęła jednak chwila, gdy coś w jej głowie kliknęło. Zamarła z długopisem w ręku. O nie. Nie, nie, nie. To był on, to musiał być on! Powinna coś powiedzieć. Była przecież profesjonalistką, autorką na spotkaniu autorskim. Osobą publiczną, do pewnego stopnia, choć nadal brzmiało to dla niej dość abstrakcyjnie. Miała podpisywać książki, uśmiechać się i zadawać pytania o dedykację, a nie czuć, że właśnie traciła grunt pod stopami.
— O nie — powiedziała. Świetnie, bardzo profesjonalnie. Poczuła, że jej policzki robią się cieplejsze. Nie tak bardzo jak dawniej, kiedy każde zawstydzenie było natychmiastową katastrofą, ale wystarczająco, żeby wywołać w niej irytację. Naprawdę? Teraz? Po dwóch godzinach rozmów z czytelnikami, po ujawnieniu się światu jako Lynn R. Well, po przeżyciu setek komentarzy w Internecie, jej organizm uznał, że największym zagrożeniem jest żołnierz, którego spotkała w szpitalu i z którym wymieniała się listami przez jakiś czas?
— To znaczy… — zaczęła od razu, bo oczywiście musiała zacząć sprzątać bałagan, który uciekł z jej ust. — To nie było nic osobistego. Po prostu… nie spodziewałam się pana tutaj. W sensie… oczywiście, że teoretycznie mógł pan przyjść, bo to otwarte wydarzanie, każdy mógł się tutaj zjawić, ale… wrócił pan.
Wrócił z miejsca, o którym nie mógł jej nic powiedzieć, a o które Rei nigdy nie zapytała. Listy, które wymienili między sobą, były krótkie; Bothwell pisała o tym, co działo się w Nowym Jorku, jak idzie jej tworzenie historii, rzucała żartami, choć była pewna, że nie były one tak śmieszne, gdy się je czytało samemu. Rei postrzegała tę przyjaźń jako coś dziwnego, trochę przypadkowego i zaskakująco bezpiecznego. Nie było w niej wielkich deklaracji. I całe szczęście. Rei nie ufała wielkim deklaracjom, bo zwykle brzmiały dobrze tylko w książkach, a w życiu miały tendencję do psucia się w rękach. Dlatego kiedy zobaczyła go teraz przed swoim stolikiem, nie poczuła, że świat się zatrzymał – był za to spokój, zaskoczenie, ulga oraz ta szczególna, ludzka radość, gdy spotykało się kogoś, kogo dawno się nie widziało.
Rei Bothwell ✍️📚
Nie miała pojęcia, czy jest zadowolona, była raczej zaskoczona i w ogóle nie spodziewała się, że żołnierz poznany w szpitalu stanie naprzeciwko niej i to podczas podpisywania książek. Nie czuła się tym przytłoczona, tak właściwie dobrze było wiedzieć, że wrócił, że był cały i że cisza z jego strony nie była spowodowana tym, że coś się stało. Nie był jej oczywiście winny kolejnych listów, choć gdy te przestały przychodzić, Rei poczuła się z tym dziwnie i długo zastanawiała się, czy powinna może napisać coś innego, zapytać, czy wszystko w porządku, ale zdała sobie sprawę z tego, że to może być różnie odebrane, a ona nie chciała, żeby Declan pomyślał, że się narzuca.
OdpowiedzUsuń— Przepraszam. — Zaśmiała się nieco nerwowo. — Po prostu… nie spodziewałam się ciebie tutaj… znaczy się, to nie tak, że się nie cieszę, jestem po prostu zaskoczona.
Przyjęła od niego książkę, pogłaskała palcami stronę, gdzie miała się podpisać, i potrząsnęła głową.
— Nie, nie zastarzałeś się, wglądasz dobrze — rzuciła luźno, może trochę zbyt luźno, bo raczej nie wypadało jej komplementować faceta tak otwarcie, ale trudno, już tego nie cofnie, a jej twarz chyba nie zacznie płonąć. — Nie mówię tego w żaden dziwny sposób — zaczęła natychmiast, bo oczywiście musiała pogorszyć sprawę. — Po prostu stwierdzam fakt…
Zamilkła, zacisnęła usta w wąską linię i wydusiła z siebie:
— Boże, przepraszam, to… — Pochyliła głowę nad książką, żeby ukryć własne rozbawienie i zakłopotanie jednocześnie. Palcami jeszcze raz przesunęła po stronie, a potem parsknęła cicho. — „Panią”? — powtórzyła, unosząc brew. — Czyli najpierw protestujesz przeciwko mojemu „panu”, a potem sam wyciągasz „panią” jak broń? Hipokryzja w czarnym T-shircie!
Posłała mężczyźnie wesoły uśmiech, który sprawił, że jej nos lekko się zmarszczył.
— Dla Declana, tak? — zapytała, chociaż przecież wiedziała, że tak. Jednak dopiero, gdy kiwnął głową, zaczęła pisać: Dla Declana – czasem wszystko zaczyna się od jednego spotkania i pierwszego listu. Obyś zawsze znalazł coś, co będzie w stanie zająć Twoją głowę. Napisała to szczerze i miękko, doskonale pamiętając, co mu powiedziała wtedy w szpitalu. Declan nie mógł wyznać, gdzie wyjeżdża, a ona poradziła mu, aby wziął ze sobą książkę – którą, jak się przyznał w liście, zabrał. Ostatecznie podpisała się: Reilynn Bothwell / Lynn R. Well. Przez sekundę patrzyła na oba nazwiska obok siebie. Nadal wyglądały dziwnie, niemal jak dwie wersje tej samej osoby, które dopiero uczyły się koegzystować. Ale dziś ten podpis miał sens. Szpitalna Rei, Lynn R. Well, Reilynn Bothwell – wszystkie mieściły się na jednej stronie. Oddała mu książkę z uśmiechem.
— Hmmm, w przyszłym tygodniu moja dostępność jest bytem niepewnym — powiedziała, posyłając mężczyźnie krótkie spojrzenie. — Zarządzają nią aktualnie wydawnictwo, lekarze, kot i badania.
Zerknęła w bok. Kolejka była już wyraźnie krótsza, zostało tylko kilka osób, a Marianne krążyła obok, informując o końcu spotkania autorskiego.
— Ale właściwie — powiedziała, zanim jej zdrowy rozsądek zdążył wnieść sprzeciw — zaraz kończę podpisywanie. To znaczy nie zaraz-zaraz, bo jeszcze kilka osób czeka i nie mogę ich porzucić jak bohaterów drugiego tomu w połowie oblężenia. Ale kawa może być dzisiaj. I ciastko też. Właściwie ciastko powinno być obowiązkowe.
Uśmiechnęła się lekko, tym razem mniej nerwowo. Oczywiście mógł odmówić, mieć inne ważne rzeczy lub wymyślić cokolwiek innego, jeśli nie chciał spędzić z nią popołudnia.
— O ile oczywiście nie masz planów — dodała szybko. — Tylko uprzedzam, że jeśli wybierzesz ciastko z rodzynkami, nasza znajomość skończy się bardzo szybko.
Trochę sobie żartowała, a trochę nie, po prostu nie lubiła rodzynek w słodkościach. Zerknęła jeszcze raz w stronę czekających czytelników, a potem pochyliła się nieco.
— Poczekasz? — zapytała ciszej. — No wiesz, jeśli już przeszedłeś przez całą operację zaskoczenia mnie, głupio byłoby odpaść przed etapem kawy i ciastka.
A potem wróciła do podpisów, co okazało się trudniejsze, niż powinno. Nie dlatego, że nie lubiła czytelników. Lubiła. Naprawdę. Każda kolejna osoba, która podchodziła z książką i z wypiekami przy twarzy, robiła z jej sercem coś, co powinno być karalne. Ale teraz, kiedy Declan stał gdzieś z boku, poza kolejką, oparty pewnie o ścianę albo regał, Rei nie patrzyła, absolutnie nie patrzyła, poza tymi trzema razy, które się nie liczyły, rozpraszała się jego obecnością.
UsuńKilkadziesiąt minut później Marianne pojawiła się obok z tym swoim profesjonalnym uśmiechem, który oznaczał koniec kolejki i spotkania autorskiego. Porozmawiały chwilę, zrobiły ostatnie zdjęcia, a kiedy Rei podniosła się z krzesła, poczuła, jak bardzo jest zmęczona. Chwyciła jednak laskę, poprawiła sukienkę i przez moment stała przy stoliku, zbierając się do ruchu. Złapała za swoją torbę, wzięła głębszy oddech i ruszyła wolno w stronę Declana, który na nią czekał.
— No dobrze — rzuciła. — Przetrwałeś etap czekania. — Uśmiechnęła się z rozbawieniem. — Idziemy? Niedaleko jest kawiarnia, w której serwują urocze desery, na przykład galaretkę w kształcie zwierzątek, ale kawę też podobno mają niezłą. Nie, żebym wybrała akurat to miejsce, bo chcę zobaczyć, jak jesz cute rzeczy.
Reilynn Bothwell 🍰☕
Owszem, nie miała problemu z opisywaniem kochanków, scen erotycznych, czasem dość wyuzdanych, ale swoją inspirację brała z filmów porno lub innych, a nie przeżywała to osobiście. Nie miała nawet okazji, żeby móc się zakochać, przeżyć swój pierwszy raz i wzdychać do faceta, który też byłby nią tak naprawdę zainteresowany. I to nie tak, że nie wiedziała, jak to jest pożądać kogoś albo lubić bardziej niż koleżeńsko, po prostu Rei miała dość trudny charakter i szybko się wycofywała, zasłaniała żartami i próbowała dbać zawsze o kogoś innego, a nie o siebie. To dlatego często rezygnowała z jakiejś relacji, bo nie chciała być ciężarem ani sprawiać nikomu kłopotów. Zresztą kto by chciał spotykać się z chorą dziewczyną, która nawet nie wie, czy dożyje swoich trzydziestych urodzin?
OdpowiedzUsuńPrzez moment chciała powiedzieć, żeby się nie wygłupiał i że da sobie radę, więc nie musiał podawać jej ramienia. To był odruch, dokładnie ten odruch, który kazał jej odpowiadać „wszystko dobrze”, kiedy nie było dobrze, i udawać, że krzesło jest wystarczająco wygodne, nawet jeśli jej plecy zaczynały pisać testament. Ale ból w kręgosłupie i lekkie zmęczenie po dwóch godzinach podpisywania książek natychmiast zgłosiły sprzeciw. Poza tym to chyba nie było nic wielkiego, prawda? Nie oświadczyny pod ostrzałem, nie dramatyczna scena ratunkowa, po prostu praktyczność. Declan ustawił się tak, żeby mogła skorzystać z jego pomocy, ale nie tak, żeby musiała być za to wdzięczna przez resztę swojego życia. Dlatego skinęła delikatnie głową.
— Dziękuję — powiedziała, wsuwając dłoń pod jego ramię ostrożniej, niż planowała, jakby obawiała się, że jej palce będą za ciężkie, choć przecież Rei była chudzielcem, którego Declan pewnie podniósłby jedną ręką. — Mhm, mogę coś wybrać, chociaż nie wiem, co lubisz właściwie jeść. — Zerknęła krótko w jego stronę. — Wolisz czekoladę czy coś owocowego? Albo kwaśnego?
To były bardzo proste, niemal początkowe pytania, które zadawało się, żeby poznać lepiej drugą osobę. I choć Rei znała Declana w jakiś sposób, to w listach nigdy nie przyszło jej do głowy spytać, co właściwie lubił jeść. Zawsze były inne tematy do rozwinięcia, bo listy Rei zawsze miały co najmniej kilka stron i bywały ozdobione małymi rysunkami; jeden z nich przedstawiał Rei siedzącą przed biurkiem, a inny Declana, który był w mundurze. Robiła to, bo swoje listy pisała zazwyczaj partiami, aby napisać to, co chciała i niczego nie zapomnieć.
Spojrzała w jego stronę, gdy wyznał, że wrócił do Nowego Jorku na dłuższy czas. To było… zaskakujące. Spodziewała się raczej, że przyszedł po to, aby się przywitać i że za tydzień będzie już gdzieś indziej. I znów nie będzie mógł powiedzieć, gdzie jedzie, a ona nie zapyta, bo wiedziała, że nie może nic zdradzić.
— To… dobrze — odparła nieco niepewnie, próbując wybadać, czy faktycznie to dla niego w porządku. — Nowy Jork ma sporo fajnych miejscówek, no i, jak będziesz mieć czas, to możemy pójść do tych restauracji, o których pisałam w liście…
Zawahała się, bo to zabrzmiało prawie zbyt swobodnie. Jakby zakładała, że będą się widywać, a przecież nie mogła być tego pewna. Może Declan miał dość napięty grafik i to spotkanie dzisiaj było jakąś lukę w jego harmonogramie.
— W ten weekend będzie też event książkowo-artystyczny w Bryant Park — dodała. — Stoiska z niezależnymi wydawnictwami, ilustratorzy, jakieś miniwykłady, kawa i mnóstwo dobrego jedzenia. — Zerknęła w jego stronę z ukosa. — Nie mówię, że musisz iść, ale jeśli byś chciał się wybrać, to... no wiesz... możemy iść razem.
Gdy zapytał o szpital i badania, Rei lekko zacisnęła usta w wąską linię. Nie dlatego, że pytanie było złe. Nie było. Właściwie było bardzo konkretne, ale trochę niewygodne.
— Tisch Hospital — odpowiedziała po chwili, patrząc przed siebie. — Czemu pytasz?
Jakiś czas później Rei zatrzymała się przed kawiarnią, o której wspominała. Miejscówka miała szyld w kształcie kota śpiącego w filiżance, a pod nim ręcznie wypisane menu na tablicy: Animal Jelly Garden – coffee, cakes & tiny edible creatures. W witrynie stały małe lampki w kształcie grzybów, ceramiczne lisy między doniczkami i rzędy deserów wyglądających tak, jakby ktoś postanowił połączyć cukiernię i bajkowy las. W przezroczystej chłodziarce połyskiwały galaretki w kształcie zwierzątek: przezroczyste króliczki z owocami w środku, małe żabki z kiwi, koty z mlecznej galaretki, niedźwiadki herbaciane i coś, co Rei uznała za pingwina, choć pingwin wyglądał, jakby dostał wylewu.
UsuńGdy pierwsza przekroczyła próg, nad drzwiami zadzwonił mały dzwoneczek, a zapach kawy, wanilii i czegoś owocowego natychmiast uderzył ją w twarz. Wnętrze było jeszcze bardziej absurdalne niż witryna. Na ścianach wisiały ilustracje leśnych zwierząt w ubrankach, przy barze stał wielki pluszowy królik z tabliczką please wait to be seated, a nad stolikami zwisały papierowe lampiony w kształcie księżyców i liści. Część krzeseł miała oparcia stylizowane na uszy królików. Na półkach siedziały ceramiczne wiewiórki, lisy i małe smoki.
Zanim cokolwiek powiedziała, podeszła do nich dziewczyna z obsługi w jasnym fartuszku, z opaską z kocimi uszami na głowie i uśmiechem człowieka, który widział już wszystko: pierwsze randki, rodzinne kryzysy przy serniku i turystów robiących zdjęcia galaretkom.
— Dzień dobry! Dla dwóch osób? — zapytała, a potem, bez cienia zawahania, wyciągnęła z koszyczka dwie opaski. Jedną z lisimi uszami, drugą z białymi króliczymi. — Dzisiaj do każdego stolika dokładamy uszka. Nie są obowiązkowe, ale pozwalają wczuć się w nastrój.
Rei zerknęła w stronę żołnierza, który jej towarzyszył, chcąc zobaczyć jego reakcję, ale nawet nie pozwoliła Declanowi nic powiedzieć, bo złapała za lisie uszka i wyciągnęła się, żeby mu je założyć – musiał jej w tym trochę pomóc, bo nie sięgała, a potem ubrała te królicze.
— To co, panie lisie, idziemy coś zjeść? — zagadnęła, uśmiechając się szeroko.
Dziewczyna z obsługi zachichotała i poprowadziła ich do stolika przy ścianie, trochę z boku, gdzie można było usiąść bez wrażenia, że cały lokal uczestniczy w ich rozmowie. Rei opadła na krzesło z ulgą, której nie udało się całkiem ukryć. Zaraz potem zawinęła kosmyk włosów za ucho i sięgnęła po menu. Na jednej stronie były kawy, herbaty i czekolady. Na drugiej desery: sernik bez rodzynek, ciasto czekoladowe z malinami, matcha roll, tartaletki owocowe i cała sekcja zatytułowana Tiny Jelly Friends. Rei pochyliła się nad kartą z pełnym skupieniem.
— Okeeej — odezwała się. — Mają królika z liczi, żabę z kiwi, kota z mlecznej galaretki, niedźwiedzia z herbaty brzoskwiniowej i pingwina kokosowego. — Zerknęła w stronę Declana. — Czeka nas poważna decyzja jedzeniowa — mruknęła, podsuwając menu tak, aby mężczyzna też zobaczył wszystkie pozycje. — Co byś chciał spróbować?
Rei Bothwell 🐰
— Ja… lubię wszystko, no, oprócz rodzynek w serniku — odparła, bo tak naprawdę Rei po prostu uwielbiała słodycze i mogłaby je jeść zamiast normalnych posiłków, tylko że była dorosła i musiała jakoś o siebie dbać, więc jej dieta składała się też ze zdrowszych produktów. Nie umiała jednak gotować, choć ostatnio zaczęła się starać, więc nie przypalała już naleśników. Jednak jej popisowym daniem i tak było spaghetti z sosem kupionym w markecie.
OdpowiedzUsuńPokiwała głową, gdy uznał, że mogą iść i do restauracji, i na event w Bryant Park. Cóż, nie spodziewała się, że ot tak da jej twierdzącą odpowiedź, ale w sumie może i lepiej, bo gdyby jej odmówił, musiałaby przełknąć wstyd i to nie ten uroczy wstyd, który pojawiał się po tym, jak powiedziała o kilka słów za dużo, a ten, który sprawiał, że myślała o sobie jak o ostatniej kretynce.
Posłała Declanowi krótkie spojrzenie, gdy wspomniał o swoich badaniach. Nie wyglądał jak ktoś chory, choć to oczywiście nic nie znaczyło, a Rei nie chciała oceniać kogoś po tym, czy przypominał chodzącego trupa, czy też nie.
— W porządku — odpowiedziała krótko, bo niby co więcej miała powiedzieć? Skoro jej to proponował, to musiał być tego pewny i nie mówił o tym, żeby ją pocieszyć czy być bohaterem. Miał własne problemy i musiał odwiedzić Margaret Cochran.
Kawiarnia zdecydowanie była kiczowata i pełna kolorów, ale miało to swój urok. Rei czuła się tak, jakby przeniosła się do innego świata, który trochę przypominał jej rzeczywistość wykreowaną przez jakąś cukierkową wróżkę.
— Dzielę się jedzeniem — powiedziała i uśmiechnęła się. — Myślę, że to całkiem ekonomiczne, no i, można spróbować więcej rzeczy, więc… weźmy wszystko.
Gdy wspomniał o cieście czekoladowym z malinami, pokiwała głową, jakby akceptowała i aprobowała jego wybór.
— Skoro tak… to ja wezmę jeszcze lody bananowe z czekoladą — skwitowała. — Jesień tuż za rogiem, więc trzeba cieszyć się lodami, zanim każdy wejdzie w tryb jesieniary.
Rei lubiła jesień, a przede wszystkim Halloween. Nie to amerykańskie, głośne i rozświetlone plastikowymi dyniami już od września, chociaż te również z czasem pokochała. Uwielbiała jednak tamtą jesień. Szkocką, mokrawą, chłodną, pachnącą mokrymi liśćmi i czymś starym. Miała czternaście lat, spędzając swoje ostatnie Halloween w Szkocji. Wieczór był zimny, a wiatr ciągnął od strony wzgórz tak, że wilgoć wchodziła pod rękawy i czepiała się karku, i że chodziła od domu do domu w kostiumie wielkiego pająka. To było przed tym wszystkim; przed szpitalem, chorobą, amputacją i przed Nowym Jorkiem, pseudonimem, przed dorosłością, która przyszła za wcześnie i bez pytania o zgodę. Wtedy miała czternaście lat i wierzyła jeszcze, że strach może być czymś fajnym, jeśli był wybierany świadomie. Że można założyć kostium pająka, udawać królową ponurych wrzosowisk, wrócić do domu z kieszeniami pełnymi cukru i nie mieć pojęcia, że za rok słowo „strach” będzie miało zupełnie inne znaczenie.
— Tak sądzisz? — spytała, gdy wspomniał o uszach, a chwilę później mimowolnie dotknęła ozdoby. — Mhm, ogromny zaszczyt. — Przewróciła oczami z rozbawieniem i zmarszczyła nos. — Wiesz, może w tym roku nie będę musiała szukać przebrania i w Halloween po prostu zamienię się w królika? Tylko żeby było bardziej strasznie, to królik jadłby lisy, a nie lis królika. Odwrócenie łańcucha pokarmowego! Horror psychologiczno-przyrodniczy.
Parsknęła śmiechem, wiedząc, że to, co mówiła, było absurdalne, ale Declan czytał już gorsze rzeczy jej autorstwa, więc raczej nie przejmowała się tym, co teraz wyszło z jej ust. Gdy kelnerka podeszła do stolika, Rei poprosiła zestaw zwierzaczkowych galaretek, wspominając przy tym o parze sztućców, a poza tym wzięła lody, o których wcześniej mówiła, i dużą kawę latte z bitą śmietaną.
Usuń— Tak właściwie… — odezwała się, gdy dziewczyna z kocimi uszkami oddaliła się, aby przekazać zamówienie dalej. — Obchodzisz w ogóle Halloween? Ja w tamtym roku siedziałam z przyjaciółką w domu, ale w tym? Chyba chcę zaszaleć, no wiesz, przyznałam się światu, że hej, to ja jestem Lynn R. Well, więc czemu nie iść za ciosem i nie przeżyć imprezy życia? Zawsze chciałam rzygać czerwonym ponczem i żelkami.
Oczywiście żartowała, bo akurat alkohol w jej obecnym stanie byłby bardzo głupim pomysłem, a Rei unikała sytuacji, w których mogłaby stracić nad sobą kontrolę. Chodziło jednak o samą ideę halloweenowej imprezy.
Rei Bothwell 🐇🎃
— O, to całkiem niezły pomysł — stwierdziła, słysząc jego propozycję, i kiwnęła głową. Rei nie była raczej typem kogoś, kto sięgał po seksowne przebranie w czasie Halloween. Jako dziecko lubiła wcielać się w czarownicę, złe elfy albo górskiego trolla, a gdy dorosła, ograniczała się raczej do czegoś prostszego. Dwa lata temu przebrała się za ducha, ale wtedy była w szpitalu, więc nie była w stanie wymyślić niczego wow, zresztą wcale o to wow nie chodziło.
OdpowiedzUsuń— Mówisz? — Spojrzała w jego stronę. — Czyżbyś był popularnym chłopakiem, za którym oglądała się każda dziewczyna?
Uśmiechnęła się z rozbawieniem. Nietrudno było sobie to wyobrazić, bo Declan był obiektywnie przystojny i zapewne wyróżniał się przez swój wzrost.
— Mnie ominęły te wszystkie imprezy i licealne życie, przez chorobę kończyłam szkołę w trybie indywidualnym — wyznała, bo to był ważny aspekt tego, że chciała napić się ponczu i rzygać żelkami, bo dla Rei to wydawało się ciekawsze, niż rzyganie po lekach. Zawinęła kosmyk włosów za ucho. Przestała już tak bardzo przeżywać liceum, choć jeszcze parę lat temu czuła złość, gdy o tym myślała, bo straciła coś, czego nie dało się już przeżyć; nie była już dłużej nastolatką, ominęła ją licealna miłość, randkowanie i bal – ostatecznie jednak wciąż żyła, więc może to było w tym wszystkim najważniejsze.
— Kiedyś? — powtórzyła. — Więc wciąż jest szansa, że znowu zaczniesz. Mam wrażenie, że Halloween jest trochę uzależniające, zaczniesz raz, a później chcesz więcej!
Zaśmiała się cicho, a słysząc jego pytanie, wzruszyła lekko ramieniem. Nie wiedziała, czy to rok jakichś szalonych zmian, ale z pewnością zrobiła wiele rzeczy, które zmieniły jej życie. Podjęła decyzję o ujawieniu swojego prawdziwego ja, bo była najwidoczniej dość samolubna i pragnęła czegoś dobrego – kto wie, ile jeszcze zostało jej czasu, zanim umrze? Nie chciała więc niczego żałować ani zastanawiać się, co by było, gdyby zrobiła coś inaczej. Chodziło też o to, żeby przeżyć swoje życie w najwłaściwszy sposób i żeby uznać, że było ono całkiem niezłe.
— Nie wiem — przyznała szczerze, odpowiadając w końcu. — Ale chyba chciałam coś nadrobić. No wiesz, ominęło mnie liceum, dramy i inne rzeczy, więc uznałam, że hej, to ja decyduję o swoim życiu, więc co mnie blokuje przed tym, żeby pokazać się światu jako pisarka? No i, pomyślałam też, że jeśli umrę, to nikt nie będzie wiedział, że Lynn R. Well to tak naprawdę Reilynn Bothwell, a chyba to by mnie zasmuciło.
Ostatecznie chciała przynajmniej wiedzieć, że nie pozwoliła strachowi podpisać jej życia cudzym nazwiskiem. Że gdzieś, w archiwach Internetu, w wywiadach, w zdjęciach ze spotkań, w dedykacjach zapisanych drżącą ręką, zostanie po niej ślad. Może było to głupie, ale Rei właśnie do tego dążyła.
Zerknęła w jego stronę znad deserów i upiła łyk swojej kawy. Była trochę gorzka, ale miała mnóstwo bitej śmietany.
— Wojskowe Halloween? — To wydawało się dość interesujące. — Mogłeś się przebrać za ducha, jeśli umiesz dobrze się kamuflować. Declan The Ghost! — Wymyśliła tę ksywkę ot tak i była zupełnie niepoważna. — No nie wiem, Maeve uznała, że jeśli ja nie wyjdę z domu, to Halloween przyjdzie do mnie. Skończyło się na tym, że siedziałyśmy u mnie. Ona była duchem jakiejś tragicznie porzuconej narzeczonej marynarza, a ja przeklętą autorką gotyckich romansów, czyli zasadniczo sobą po dodaniu koronki i ciemnej szminki.
Uśmiechnęła się szerzej i wzięła kolejny łyk kawy. Tamten wieczór był dla niej naprawdę ważny.
Usuń— Oglądałyśmy stare horrory, jadłyśmy za dużo słodyczy i zrobiłyśmy konkurs na najgorszy opis fikcyjnego potwora. Maeve wymyśliła demona, który żywi się nieoddanymi pojemnikami po jedzeniu na wynos, a ja upiora, który pojawia się tylko wtedy, kiedy człowiek napisze scenę erotyczną, której nie da się w praktyce wykonać. — Parsknęła śmiechem, a potem sięgnęła po telefon. Odblokowała szybko ekran i weszła w galerię. Zaczęła szukać zdjęć z tego wieczora, a gdy je znalazła, pokazała fotografie Declanowi. Jedno ze zdjęć było lekko rozmazane, bo Maeve najwyraźniej robiła je jedną ręką, drugą trzymając miskę popcornu. Rei siedziała na podłodze swojego mieszkania w Queens, w czarnej koronkowej sukience, z ciemną szminką podkreślającą usta, dramatycznie rozmazanym cieniem przy oczach i piórem wsuniętym we włosy. Kolejne
— W tym roku? — Wydała z siebie ciche hmm. — Chyba marzy mi się Halloween poza domem, najlepiej, żeby był labirynt z kukurydzy… może jakaś farma za miastem? Dynie, ciepłe wino, ognisko i jabłka w karmelu!
Przesunęła łyżeczką po lodach bananowych i uśmiechnęła się lekko.
— Chyba po prostu chciałabym mieć Halloween, które będzie… inne. Nie tylko „siedziałyśmy z Maeve i było miło”, chociaż było. Po prostu chciałabym mówić: a pamiętasz, jak prawie zgubiliśmy się w kukurydzy, a potem ktoś kupił dynię większą niż jego głowa? — Zawinęła kosmyk włosów za ucho. — A ty jak chciałbyś spędzić swoje Halloween?
Rei Bothwell 👻🌽
Spodziewała się, że to powie, bo Declan wydawał się kimś, kogo łatwo było lubić, a poza tym miał to szczęście, że był przystojny. Rei, oczywiście, nie oceniała, bo daleko jej było do tego, żeby stwierdzić, czy to dobrze, czy źle, ale cieszyła się chyba z tego, że miał jakieś dobre wspomnienia z tamtym okresem i że mógł jej co nieco opowiedzieć o licealnych przygodach. Ona za to większość czasu spędziła w domu, mając nauczanie indywidualne, a przy okazji walcząc o to, żeby dalej żyć. I udało się, więc to też był jakiś sukces.
OdpowiedzUsuń— Tak, co prawda, miałam w tym małą pomoc, ale cieszę się, że to zrobiłam. — Uśmiechnęła się do niego. Decyzja o tym, żeby się ujawnić nie była aktem desperacji, tylko czymś, co przemyślała chyba z milion razy. Ostatecznie posłuchała samej siebie, tego, co czuła, i bardzo dobrze zapamiętała też słowa Tannera, który pewnego wieczoru powiedział, że powinna pokazać się światu; pokazać swoje myśli, historie i cały ten świat, który miała w głowie. Więc to zrobiła, a wydawnictwo odnotowało zwiększoną sprzedaż książek, zlecono nawet dodruk kilku wcześniejszych pozycji, bo zostały wyprzedane. Rei była za to wdzięczna.
Upiła łyk kawy, słuchając tego, co mówił Declan, i pokiwała lekko głową. Nigdy nie uczestniczyła w żadnej zorganizowanej imprezie halloweenowej, bo do tej pory każde Halloween raczej spędzała w domu. Owszem, pojawiała się podczas bankietów czy siedziała w pierwszym rzędzie, gdy Maeve grała koncert, ale to było coś innego, bardziej oficjalnego.
— Wymieńmy się numerami, co? — zaproponowała, oddając mu swój telefon, aby wpisał ciąg liczb. — No wiesz, żeby być w kontakcie, gdyby ta impreza doszła do skutku.
Nie miała problemu z tym, żeby wymienić się kontaktem z Declanem. Listy raczej już odpadały i chyba nie były zbyt dobrym nośnikiem, jeśli chodziło o szybkie zgadanie się i wyjście. Zjadła trochę lodów, odwracając wzrok, gdy Declan sprawdzał swój telefon. Ewidentnie dostał od kogoś wiadomość, a dostrzegając jego reakcję, domyśliła się, że to nic dobrego. Zmarszczyła się lekko, nie wiedząc, czy powinna zapytać, czy może jednak przemilczeć sprawę i odpuścić?
— Declan… — Przesunęła wzrokiem po jego twarzy. — To… w sumie to szkoda, ale pewnie będą inne okazje. — Posłała mu uśmiech, a potem dojadła lody. Czy powinna zapytać? Zacisnęła usta w wąską linię, a potem odezwała się nieco niepewnie: — Wycieczka do Calverton nie wydaje się czymś, co planowałeś ani… tym, co byłoby fajne. Chcesz o tym pogadać? Znaczy się… rozumiem, jeśli nie, ale gdybyś chciał, to chyba umiem też całkiem nieźle słuchać. Poza tym… no wiesz, nie musisz udawać, że wszystko jest okej. Gdy czytałeś tę wiadomość, nieco się spiąłeś, i to nie tak, że się jakoś przyglądałam, po prostu nauczyłam się wychwytywać takie rzeczy.
Nie chciała, żeby poczuł, że ciągnęła go za język albo że w ogóle oczekiwała prawdy i tylko prawdy. Ostatecznie to od niego zależało, czy cokolwiek jej powie. Wiedziała, że czasem bywało z tym trudno, bo mówienie o złych rzeczach wydawało się cholernie ciężkie. Rei miała zresztą podobnie; wolała mówić o wszystkim innym, a nie o raku, zmęczeniu czy kolejnej chemii.
— Mruczek jest pewnie pogodzony ze swoim losem — odparła i schwyciła za widelczyk, żeby również posmakować kota. — Ale jeśli zjesz mu ogon, to będzie wyglądał jak mój Pumpkin. — Uśmiechnęła się lekko, a potem zdała sobie sprawę, że Declan może nie wiedzieć, że została kocim niewolnikiem. — Jakiś czas temu znalazłam małego, czarnego kocura przy śmietnikach. Nie ma połowy ogonka i jest prawdziwym demonem… i stwierdziłam, że dam mu dom. No wiesz, pomyślałam, że nieszczęścia się przyciągają i do siebie pasujemy.
UsuńPosłała mu spojrzenie, bo nie mówiła o tym ze smutkiem, a raczej z lekkim rozbawieniem. Kot nie miał ogona, a ona dolnej kończyny – i taka była rzeczywistość. Rei już dawno przestała się tym przejmować, choć zdecydowanie był to jej kompleks, bo była kobietą i chyba jak każdej kobiecie zależało jej, aby wyglądać dobrze.
Rei Bothwell 🐱
Podpisała go w kontaktach jako Declan i dodała emotkę liska, bo nosił lisie uszy i całkiem mu one pasowały. Uśmiechnęła się do niego, gdy pokazywała mu jego numer, a potem spoważniała, słysząc o chłopaku, z którym służył w Somalii, i o pogrzebie. Pogrzeby były smutne, miały w sobie coś ludzkiego i nieludzkiego jednocześnie, i z całą pewnością należały do żywych. Rei wiele razy myślała o własnym ostatnim pożegnaniu; zawsze powtarzała, że chce pogrzeb humanistyczny, żadnego księdza i smętnej stypy. Miała też kilka wersji testamentu, bo nie chciała tego odkładać, szczególnie że w czasie, kiedy było z nią naprawdę źle, nie wiedziała, czy dożyje kolejnego miesiąca.
OdpowiedzUsuń— Masz z kim jechać? — spytała ostrożnie. Zdawała sobie sprawę z tego, że być może była teraz bardzo bezczelna, ale znała Declana, a przynajmniej tego z listów, i sądziła, że się przyjaźnią. Nie chciała więc, żeby musiał przeżywać pogrzeb bez wsparcia kogoś bliskiego, choć może tak naprawdę był ktoś, kto był jeszcze bliżej niego. Nie wiedziała tego, dlatego zaryzykowała. — Jeśli chcesz, mogę pojechać z tobą… — dodała, przyglądając się jego twarzy. — Myślę, że podczas pogrzebu nikt nie powinien być sam.
Wyciągnęła dłoń i chwyciła rękę Declana, ściskając lekko i dodając mu otuchy. Jej ojciec często tak robił, gdy nie wiedział za bardzo, co powiedzieć. W ten sposób jednak okazywał swoją obecność i troskę, bo czasem słowa były zupełnie niepotrzebne. Rei nauczyła się to wszystko rozumieć, a przez te lata po prostu dojrzała; nie była już nastolatką, która wierzyła w cuda, a dorosłą kobietą zdającą sobie sprawę z tego, że niektóre emocje i sytuacje były trudne, i że nie zawsze dało się ochronić swoich bliskich przed bólem. Gdyby było to możliwe, z całą pewnością nie chciałaby, żeby jej tata tak bardzo się dla niej poświęcał. Odłożył swoją karierę w czasie, przesiadywał z nią w szpitalu i dopiero teraz realizował się zawodowo. Był genialnym architektem, którego projekty zachwycały.
— Sabat czarownic? — Uśmiechnęła się pod nosem. — To w sumie całkiem niezły pomysł. Chcesz dołączyć? Oferuję owocowe czwartki i darmową kawę.
Rei za to dorobiła się sporego majątku, nie miała żadnego kredytu i spełniała się zawodowo, a to i tak nie gwarantowało szczęścia. Jej konto pękało w szwach, ale nie żyła tak, aby dało się to ot tak stwierdzić – prowadziła się dość skromnie, wydając krocie tylko w księgarniach czy kawiarniach lub restauracjach. Uwielbiała czytać i jeść dobre jedzenie, była też niezłym nerdem. Pieniądze więc nie były problemem i pewnie gdyby Declan wspomniał jej o kredycie i o tym, że mu ciężko, zaproponowałaby mu pomoc. Bo co niby miała zrobić z tymi milionami? I tak częściej kupowała coś dla bliskich niż sobie.
Wzięła od niego trochę ciasta i zamruczała cicho.
— Całkiem niezłe — przyznała. — Ale chyba wszystko mi tutaj smakuje. Nie jestem zbyt wybredna, bo tak naprawdę moja dieta to słodycze i… słodycze. — Uśmiechnęła się z lekkim zażenowaniem. — Znaczy się, staram się jeść też zdrowo, bo wiadomo, że gdybym jadła tylko słodkie rzeczy, to długo bym tak nie pociągnęła.
Uniosła lekko brew, gdy Declan wspomniał o ostatnim liście. Przełknęła ciasto, oblizała dolną wargę i ostrożnie złapała za zapieczętowaną kopertę. Uśmiechnęła się lekko i pogłaskała ją palcami, jakby wręczył jej coś cennego.
OdpowiedzUsuń— Wiesz, pisanie z tobą było jednocześnie najtrudniejszą i najłatwiejszą rzeczą w moim życiu — przyznała, odwracając do niego głowę. — Z jednej strony lubiłam to robić i czekałam, aż odpiszesz, bo wydawało mi się to takie inne i, jakby to powiedzieć?, znaczące w czasach, w których technologia nieco wypiera listy, ale z drugiej strony… gdy odpowiedź się opóźniała, myślałam o tym, że albo się obraziłeś, bo napisałam coś nie tak, albo że coś się stało.
Schowała kopertę do swojej torby, aby o niej nie zapomnieć. Później przeczyta list, skoro jego nadawca siedział tuż obok.
— O czym ostatnio pisaliśmy? O książkowej premierze i o tym, że myślałam o studiach? — Upiła kolejny łyk kawy i uniosła lekko palec. — Mały update: nadal nie wiem, czy powinnam w ogóle zacząć studia. Chciałabym spróbować, ale boję się, że nie dam sobie rady. No i, jestem już dość stara! — Zaśmiała się cicho. — Dwadzieścia sześć lat to nie jest już takie nic!
Rei Bothwell 📨
Pokiwała głową. W jej geście była troska i otucha, nie robiła tego po to, aby mu się przypodobać albo żeby coś zyskać. Nie była kimś, kto udawał takie rzeczy, bo szkoda jej było czasu, by to robić. Poza tym daleko jej było do wyrachowanej i cynicznej kobiety. Choroba wiele ją nauczyła, a ostatnio zrozumiała, że nie powinna wszystkiego odkładać czy się wycofywać tylko dlatego, że się bała. Poza tym znała Declana i nie był dla niej pierwszą lepszą osobą z ulicy.
OdpowiedzUsuń— Nie zawsze wszystko jest przyjemne, ale chyba liczy się to, z kim się wtedy jest — odparła luźno i posłała mu uśmiech, a potem wysłała Declanowi swój adres zamieszkania, żeby wiedział, że traktuje to poważnie. — Napisz tylko do mnie później, o której mam być gotowa i tak dalej.
Nie chodziło tutaj o wielkie szykowanie się, ale przygotowanie do jazdy. Musiała zabrać swoje lekarstwa, zadbać o to, żeby czuć się komfortowo i mieć dość czasu, aby przywdziać czerń. To był pogrzeb, nie chciała pokazać się tam w za dużej bluzie czy koszulce ubabranej ketchupem.
— Myślę, że byś się nadawał — stwierdziła i wzruszyła ramieniem z rozbawieniem. — Ale zamiast czarownicą… byłbyś czarnoksiężnikiem. Rzucałbyś w innych kulami ognia albo sprowadzał pioruny prosto z nieba.
Zaśmiała się cicho, wiedząc, że to było całkowicie abstrakcyjne, ale Rei raczej się tym nie przejmowała. Pisała o fantastycznych światach, bohaterach i istotach – czasem tworzyła w ogóle coś nowego i pokręconego, mając z tego naprawdę sporo zabawy. Popatrzyła w jego stronę, gdy wspomniał o tym, że przypomina sobie, jak może smakować jedzenie. Spodziewała się, że chodziło o to, że przez większość czasu był gdzieś daleko, nie mając obok nawet sklepu, żeby móc sobie coś kupić. Rei uświadomiła sobie więc, że to nie mogło być łatwe – i nie chodziło jedynie o jedzenie, a o życie, które wciąż trwało, a było zupełnie inne.
— Mhm, to dobrze. — Pokiwała głową. — Ale skoro wróciłeś do Nowego Jorku, powinniśmy odwiedzić kilka restauracji. No wiesz, rozpieścisz nieco swoje kubki smakowe i zobaczysz, jak zmieniło się miasto. — Posłała mu uśmiech i zjadła trochę innego zwierzątka, nie przejmując się tym, że przełknęła właśnie tułów.
Przechyliła lekko głowę, gdy wspomniał o listach i o tym, że wiele dla niego znaczą. Tak, dla niej też były ważne. Rok temu traktowała je jak coś poważnego, jakąś furtkę do tego, aby się nie poddawać; chciała mieć siłę, żeby odpisywać i opowiadać Declanowi historie, dlatego czasem nawet jeśli nie była w stanie trzymać długopisu, to i tak to robiła. Poznali się w końcu w szpitalu, wiedział, że chorowała, a ona była świadoma, że wyjeżdżał – w jednym i drugim przypadku istniało ryzyko, że któraś ze stron nie odpowie.
— Trzymam te listy w specjalnym pudełku — wyznała i uśmiechnęła się, przysuwając się nieco, aby szturchnąć ramieniem jego ramię, bo zauważyła, że wbił wzrok w talerzyk, a nie chciała, żeby odpływał myślami. Upiła łyk kawy. Nie wiedziała, co się stało, że jej nie odpisał, nie miała pojęcia o wypadku ani o jego dłuższej przerwie od wojska. Tak właściwie była pewna, że Declan za niedługo będzie musiał znów ruszyć w świat.
Rei przez chwilę milczała, patrząc w jego stronę z miną kogoś, kto właśnie dostał pytanie zdecydowanie zbyt poważne jak na zwykłą rozmowę przy kawie. Czy w życiu jest na cokolwiek za późno? Przez ostatnie lata tak właśnie myślała; za późno na pierwszą miłość, beztroskę, za późno na rzeczy, które dla innych były totalnie normalne. A jednak siedział przed nią człowiek po trzydziestce, który właśnie mówił, że zaczął kurs dla weteranów i nie próbował udawać, że jego życie potoczyło się zgodnie z instrukcją. Po prostu robił kolejny krok.
Usuń— Chyba przez dłuższy czas myślałam, że tak — przyznała cicho. — Że istnieje jakiś termin ważności na różne rzeczy. Że jeśli nie zrobię czegoś w odpowiednim wieku, to potem już tylko pozostaje mi udawać, że nigdy tego nie chciałam. — Potarła palcami kubek z kawą. — Choroba bardzo skutecznie nauczyła mnie liczyć czas. Wizyty, badania, operacje. Wszystko miało i ma datę, więc chyba zaczęłam robić to samo z życiem.
Opuściła wzrok na filiżankę i wzruszyła lekko ramieniem.
— Ale może masz rację. Może nauka nie ma terminu ważności. Miłość też nie. Ani pierwszy pocałunek, ani pierwszy wyjazd, ani nawet pierwsza próba zrobienia czegoś kompletnie idiotycznego — stwierdziła, a kącik jej ust drgnął lekko. Spojrzała w stronę Declana. — Nie wiem, czy w życiu naprawdę nie ma rzeczy, na które jest za późno. Chciałabym wierzyć, że nie. Ale chyba pierwszy raz mam ochotę przestać pytać, czy jest za późno, i po prostu to sprawdzić. I może po prostu pójdę na tę literaturę?
Rei Bothwell 🎓
Posłała mu rozbawione spojrzenie i uśmiechnęła się szerzej.
OdpowiedzUsuń— Nie wyglądasz jak czarny charakter — stwierdziła, przesuwając wzrok po jego twarzy, jakby jednak mogła dostrzec jakąś cechę złola, ale nic takiego nie zobaczyła. — Ale pomocnik? Hmm, to prędzej! Chociaż może lepiej byłoby zrobić z ciebie jednego z głównych bohaterów? Takiego, który wraca po latach i okazuje się, że bez niego świat zostałby zniszczony.
Rei inspirowała się wieloma osobami, pisząc. Czasem podbierała wygląd, innym razem jakąś cechę czy zachowanie, ale jej postacie zawsze były sobą – starała się, żeby nikt nigdy nie poczuł się dotknięty, czytając jej historie, mimo że niektóre rzeczy były dyskusyjnie moralne. W swoich książkach tworzyła królestwa, rozpisywała intrygę za intrygą i uśmiercała bohaterów, bo fabuła była czymś, co uwielbiała budować. Owszem, pisała o uczuciach, seksie, konfliktach wewnętrznych i zewnętrznych, ale przy tym starała się zaciekawić czytelnika czymś innym.
— Więc zrobimy sobie wycieczkę — uznała, kiwając głową. — W niektórych miejscach też jeszcze nie byłam, więc to dobra okazja, żeby tam zajrzeć.
Nie wychodziła tak często z domu, jak mogłoby się wydawać. Nowy Jork był ogromny, pełen miejsc, które teoretycznie były tuż obok, a mimo to wiele z nich znała tylko z map, zdjęć albo cudzych opowiastek. Jej życie przez ostatnie lata miało dość przewidywalną trasę: mieszkanie, szpital, apteka, czasem księgarnia lub kawiarnia, jeśli akurat miała więcej siły. Reszta miasta mogła sobie istnieć gdzieś dalej. Trochę szkoda było przyznać, że mieszkała w Nowym Jorku, a czasami zachowywała się tak, jakby turystyczną atrakcją była dla niej własna lodówka. Może właśnie dlatego ten pomysł tak bardzo jej się podobał. Nie chodziło nawet o konkretne miejsca, a bardziej o to, że mogła po prostu gdzieś pojechać, zobaczyć coś nowego i nie mieć ku temu żadnego powodu poza tym, że miała ochotę. Zwykła wycieczka. Jakby była normalną dziewczyną, która pewnego dnia postanowiła pozwiedzać własne miasto.
A ona nie spodziewała się w ogóle pierwszego listu. Tamto spotkanie było dość abstrakcyjne, ale przyjemne, długo je pamiętała i wykorzystała później w książce, ale i tak nie przypuszczałaby, że Declan do niej napisze, że zdecyduje się to zrobić, bo może uznał, że była interesująca albo że ta rozmowa sprawiła, że coś kliknęło. I było to też w jakiś sposób wygodne. Nie musiała zaczynać rozmowy od tego, że jest chora – Declan o tym wiedział, był tego świadomy, zresztą sporo mu pisała o szpitalu, chorobie i operacjach, czasem narzekając, że jeszcze trochę, a będzie jedną wielką chodzącą blizną. I co najważniejsze, zdążył ją poznać przez pryzmat wszystkich tych rzeczy. Może dlatego te listy tak szybko stały się dla niej czymś więcej niż zwykłą korespondencją. W nich mogła być po prostu Reilynn, dziewczyną, która miała za dużo książek, ogromny chaos w głowie i zdecydowanie za mało rozsądku w kwestii słodyczy.
— Mhm, i oboje będziemy studentami? I co wtedy? Będziemy chodzić na imprezy studenckie i grać w beer ponga? — Zaśmiała się cicho, bo potrafiła to sobie wyobrazić. Poza tym była niemal pewna, że Declan miał lepszego cela o niej i pewnie by wygrał. Pozwoliła, aby złapał jej dłoń, i zerknęła w dół, obserwując jak jej ręka znika w tym łagodnym uścisku. Uśmiechnęła się ciepło.
Pytanie, które zadał, zaskoczyło ją bardziej, niż powinno. Przez chwilę wpatrywała się w twarz Declana, próbując zdecydować, czy odpowiedź powinna być szczera, czy może lepiej obrócić wszystko w żart. Problem tkwił w tym, że lista rzeczy, których nie zrobiła „w odpowiednim czasie”, była prawdopodobnie dłuższa niż lista rzeczy, które faktycznie zdążyła zrobić. Pierwsza miłość, zwyczajne randki, spontaniczne wyjazdy, imprezy, po których człowiek wracał nad ranem, nauka czegoś tylko dlatego, że było ciekawe. Pierwszy koncert, gdzie poczułaby się przytłoczona liczbą stłoczonych osób, włóczenie się po mieście bez celu, pierwsza praca, której nie potrzebowała, ale chciała spróbować. Zgubienie się w obcym miejscu i odkrycie czegoś przypadkiem czy wakacje, podczas których jedynym planem było nie mieć planu. Miała całą kolekcję takich rzeczy, tylko nigdy nie odważyła się nazwać jej listą, bo lista sugerowała, że można coś odhaczyć, a przecież dało się nadrobić życia jak zaległych zakupów.
Usuń— Mam — odpowiedziała w końcu, z lekkim uśmiechem. Zastanowiła się przez moment. — Chyba najbardziej chciałabym gdzieś pojechać. Odkąd przeprowadziłam się z tatą ze Szkocji do Nowego Jorku, to właściwie nigdzie nie wyjeżdżałam. Zawsze było coś ważniejszego. Szkoła, potem pisanie, lekarze, szpitale, kolejne badania… — Wzruszyła lekko ramieniem. — Nawet kiedy miałam trochę czasu, zwykle wydawało mi się, że wyjazd jest zbyt dużym przedsięwzięciem.
Objęła filiżankę palcami i upiła łyk kawy. Była naprawdę dobra.
— Chciałabym pojechać gdzieś, gdzie nie będę musiała wiedzieć, co jest następnego dnia. Po prostu wstać rano i zastanawiać się tylko, gdzie zjem śniadanie. Albo w ogóle go nie zjeść. — Zaśmiała się. — Zobaczyć coś, czego wcześniej nie widziałam.
Przez chwilę pomyślała o tym, jak absurdalnie zwyczajnie to brzmiało. Nie chciała jednak wielkiej podróży życia. Nie potrzebowała od razu przemierzać kontynentów ani zdobywać miejsc z listy rzeczy, które trzeba zobaczyć przed śmiercią. Chciała po prostu któregoś dnia spakować torbę, i to nie tę, którą miała do szpitala, i mieć pewność, że przez kilka następnych godzin jedynym problemem będzie wybór między pójściem w lewo a w prawo, kawą a herbatą, muzeum a włóczeniem się bez celu. Czymś tak banalnym, że aż luksusowym.
— No i, chyba chciałabym mieć wreszcie jakieś wspomnienia, które nie zaczynają się od słów „wtedy byłam w szpitalu” — dodała ciszej.
Rei Bothwell ✈️
— Hmm, myślę, że cały świat. — Uśmiechnęła się lekko. — Oczywiście po drodze musiałbyś przeżyć trochę dramatów, nieco się wykrwawić i zdobyć kobietę, którą kochasz, ale ostatecznie wszystko jakoś by się ułożyło. Zazwyczaj staram się dawać swoim bohaterom szczęśliwe zakończenie.
OdpowiedzUsuńRei nie pisała po to, aby prezentować jakąś pesymistyczną wizję świata. Owszem, czasem dochodziło w jej książkach do tragedii, ktoś umierał, a bohaterowie często mierzyli się z najgorszym złem, ale ostatecznie każdy odnajdywał swoją drogę, nawet jeśli oznaczało to pogodzenie się ze stratą. Lubiła pisać, bo wierzyła, że nawet w najbardziej okrutnej historii powinno znaleźć się coś pozytywnego, dobrego. Może właśnie dlatego tak bardzo kochała tworzyć. Wymyślanie świata od początku dawało jej coś, czego rzeczywistość nigdy nie potrafiła zagwarantować, czyli poczucie, że nawet jeśli nie można cofnąć tego, co już się wydarzyło, da się jeszcze zdecydować, co wydarzy się dalej. Mogła stworzyć bohaterkę, która przeszła przez piekło, odebrać jej wszystko, a potem dać jej możliwość znalezienia czegoś nowego. Lubiła też moment, kiedy postać przestawała być już tylko pomysłem zapisanym w notatniku i zaczynała mieć własne reakcje, lęki, zdanie i nagle robiła coś, czego Rei wcale dla niej nie zaplanowała. To było trochę jak poznawanie kogoś, kogo sama stworzyła, a potem odkrywanie, że ma własną wolę.
Najbardziej jednak lubiła to, że mogła dawać swoim bohaterom rzeczy, których sama nie zawsze potrafiła sobie wyobrazić dla siebie. Dom, bezpieczeństwo, drugą szansę, czas. Może dlatego jej historie tak często były opowieściami o ludziach, którzy tracili coś ważnego, a mimo to, upadając, potrafili się podnieść. Rei nie chciała pisać o świecie, w którym nic złego się nie wydarzyło. Chciała pisać o miejscach, w których złe rzeczy nie przesądziły o wszystkim. I może właśnie dlatego tworzenie światów było dla niej czymś więcej niż pracą. Stało się sposobem przypominania sobie, że człowiek nie zawsze mógł coś zrobić z tym, co zostało mu odebrane, ale czasem może zdecydować, jaką ścieżką pójść dalej.
— W porządku. — Pokiwała głową, szczerze podekscytowana tym pomysłem. Nie myślała o tym za wiele, po prostu się zgodziła. Chciała chyba wyjść gdzieś z Declanem, porozmawiać o wszystkim i o niczym, bo to była forma kolejnych listów, tylko już nie taka papierowa. No i, był tutaj, w Nowym Jorku, więc nie musiała czekać, aż jej odpowie. Nie zastanawiała się, jak to wyjdzie, co się stanie, gdy wybiorą taką lub inną trasę. Rei próbowała być samodzielna i zawsze wolała robić wszystko bez pomocy; nie chciała być dla kogoś ciężarem. Jeszcze kilka miesięcy temu uciekała przed zaangażowaniem, relacjami, które stawały się nieco bardziej skomplikowane, bo łatwiej było się wycofać, niż przyznać, że jej zależy albo mierzyć się z tym, że kiedyś jej zabraknie i będzie w czyimś życiu niczym więcej jak wielką ziejącą czarną dziurą, której nie da się zapełnić. Teraz jednak nieco dojrzała, a w jej życiu działo się tyle, że próbowała to sobie ułożyć. Czasem panikowała, a innym razem po prostu działała, bo zaczęła po prostu żyć.
— Mhm — odparła ze śmiechem. — Zapowiada się wręcz wybornie… nie jestem chyba jakąś wielką feministką, myślę raczej, że każdy powinien dostosowywać swoje życie do możliwości, które ma. No wiesz, ja nie wniosę lodówki na trzecie piętro ani nie ugotuję pysznego obiadu… — Przewróciła z rozbawieniem oczami. — Pamiętasz, jak w jednym liście wspomniałam o tym, że chciałam zrobić lasagne, ale prawie spaliłam kuchnię?
UsuńZmarszczyła lekko nos. Od tamtej pory nauczyła się robić jakieś podstawowe dania, aby nie jeść tylko przetworzonych rzeczy czy nie ograniczać się do płatków z zimnym mlekiem. Zamrugała, gdy usłyszała proste to jedźmy. To było… niespodziewane. Ostatnim razem, kiedy wyjechała z miasta, wybrała zły adres i koniec końców wypad okazał się bardziej survivalem, ale całkiem przyjemnie to wspominała, więc dlaczego nie spróbować jeszcze raz?
— Nie wiem tylko, czy będę dobrą towarzyszką. Zawsze chce mi się jeść i dużo chodzę do toalety — wyznała brutalnie szczerze i zacisnęła usta, aby się nie roześmiać. Była zdecydowanie passenger princess i ani trochę się tego nie wstydziła. Słabo też ogarniała nawigację, o czym zdążyła się przekonać, ale z całą pewnością umiałaby zaplanować wyjazd, obczaić miejsca, które warto zobaczyć, uwzględniając koszt biletów i godziny otwarcia, żeby móc wszędzie zajrzeć.
— Zawsze chciałam zobaczyć Montauk Point Lighthouse… i może wejdziemy do wody, jak będzie ciepło? Ditch Plains to podobno miejscówka dla surferów, ale możemy udawać, że też umiemy łapać fale. — Posłała w jego stronę rozbawione spojrzenie i zrobiła pozę, jakby tu i teraz miała przeciąć wodę i zaliczyć szczyt.
Rei Bothwell 🏄🏻♀️
Zdecydowanie powinna umieć ugotować coś więcej niż makaron czy usmażyć kilka naleśników. Wątpiła w to, że kiedykolwiek będzie wielkim kulinarnym mistrzem, ale chyba warto było mieć jakieś swoje popisowe danie, szczególnie jeśli miało się już dwadzieścia sześć lat i próbowało się być dorosłym. Rei przez te miesiące zrozumiała kilka rzeczy. Przede wszystkim przestała się ukrywać za pseudonimem, a tak poza tym w końcu chciała żyć, tak po prostu. Podjęła kilka świadomych decyzji, aby stać się tą wersją Rei, co teraz, i niczego nie żałowała.
OdpowiedzUsuńUniosła brew, słuchając jego kolejnych zapewnień, jakby właśnie próbował przekonać ją, że wyprawa gdzieś poza dom mogła nie okazać się koszmarem. Cóż, może i tak, ale z całą pewnością wymagało to jakiegoś planu. Rei była całkiem niezła w improwizacji, jednak znała własne ograniczenia i raczej nie próbowałaby przesunąć własnych granic tylko dlatego, że chciałaby coś sobie udowodnić.
— Wiesz, że właśnie powiedziałeś mi, żebym sikała do butelki albo w krzakach? — zauważyła z niedowierzaniem, choć rozbawienie szybko wygrało z oburzeniem. — A ja naprawdę próbowałam być odpowiedzialną osobą i ostrzec cię przed logistyką podróży ze mną…
Przewróciła oczami i roześmiała się krótko. Właściwie im dłużej o tym myślała, tym bardziej absurdalne wydawało jej się to, że jeszcze chwilę temu naprawdę próbowała stworzyć całą listę problemów, które mogłyby pojawić się podczas zwykłego wyjazdu. Toaleta, jedzenie, ból... Wszystko miało swój osobny punkt, jakby podróżowanie wymagało jakichś specjalnych wymagań, a Rei chciała po prostu gdzieś pojechać.
Zerknęła w stronę deseru, podziękowała krótko i zjadła galaretkę. Cóż, była całkiem niezła, a miejsce, choć może niektórych odstraszałoby kiczem, to wydawało się urocze i z całą pewnością było dość spokojne, żeby móc normalnie porozmawiać.
— Przejść się? — powtórzyła i odwróciła głowę w stronę Declana. Nie chodziła jakoś dużo, raczej tylko po to, aby wyjść do sklepu lub załatwić coś, czego nie dało się zrobić przez internet. Czasem organizowała sobie krótką wycieczkę, jeśli miała lepszy dzień i jej ciało akurat łaskawie pozwalało jej udawać, że jest zwyczajnym człowiekiem. Dłuższe chodzenie nadal potrafiło szybko przypomnieć jej o własnych ograniczeniach. Plecy zaczynały boleć, pojawiało się zmęczenie, a proteza po pewnym czasie przestawała być neutralnym narzędziem i stawała się kolejną rzeczą, o której musiała pamiętać przy każdym kroku.
— Tak, możemy iść. — Uśmiechnęła się i poprosiła o rachunek przechodzącą kelnerkę. Dziewczyna kiwnęła grzecznie głową i chwilę później przyszła z kwitkiem, ale zanim odeszła, spytała:
— Możecie chcecie zdjęcie? — Pokazała polaroid, który trzymała w dłoniach.
Rei zamrugała, zaskoczona propozycją. Przez pierwszą sekundę miała ochotę odmówić. Nie była szczególnie przyzwyczajona do fotografowania się z innymi, a już zwłaszcza do proszenia o uwiecznianie chwil, które nie miały żadnej szczególnej okazji. Potem jednak zerknęła w stronę Declana i pomyślała, że właściwie dlaczego nie. Może już nigdy nie będą w takim miejscu jak to.
— Chętnie — odpowiedziała, a przy jej twarzy pojawił się ciepły uśmiech. — Declan? — Nie chciała podejmować decyzji za niego, bo może nie lubił zdjęć albo po prostu nie miał ochoty tego robić.
Kelnerka poprosiła ich, żeby przysunęli się do siebie. Rei stanęła bliżej Declana, opierając laskę tak, by nie przeszkadzała w kadrze. Przez krótką chwilę nie wiedziała, co zrobić z rękami, więc ostatecznie położyła jedną na stole, a drugą dotknęła swoich uszek. Nie próbowała wymyślać żadnej wyjątkowej pozy. Po prostu spojrzała w obiektyw z uśmiechem, który tym razem nie wymagał od niej żadnego wysiłku. Potem nastąpił błysk i jeszcze jeden.
Usuń— Gotowe! — oznajmiła kelnerka, odkładając aparat i czekając, aż obraz zacznie powoli wyłaniać się na papierze w dwóch kopiach; jedno zdjęcie było dla Bothwell, drugie dla Declana.
Rei przyglądała się zdjęciu z niemal dziecięcą ciekawością. Najpierw pojawiły się zarysy ich sylwetek, później twarze, aż wreszcie fotografia nabrała wyraźnych kolorów. Nie była idealna. Światło padało trochę krzywo, a Rei miała wrażenie, że wyglądała nieco pokracznie, mimo to cieszyła się, że je zrobiła.
Kiedy dziewczyna podała im rachunek, zerknęła na kwotę i zapłaciła za całość, zostawiając napiwek.
— To ja zaproponowałam kawę, więc to oczywiste że ja płacę — oznajmiła, gdyby Declan chciał się kłócić o to, kto powinien uiścić rachunek.
Rei Bothwell 📸
Być może Tilly byłaby pierwszą kobietą na jego drodze, która na wiadomość o tym, że zaraz może zniknąć i absolutnie nie jest materiałem na trwałą relację, przybiłaby mu piątkę i stwierdziła Same. Być może nawet przeszedłby ją dreszczyk ekscytacji, że w końcu ktoś z jasnymi zasadami i krótkim czasem przydatności na obopólne uciechy. Przyzwyczaiła się do tego, że to ona musiała zawsze stawiać sprawę jasno i często też kończyć, bez cienia emocji. Pod tym względem przypominała trochę dziecko, które znudziło się już jakąś zabawką. Nie szukała od razu nowej, raczej chciała wtedy odpocząć. Spotkania choćby i na szybki, przelotny seks wiązały się zawsze z pewnym nakładem wysiłku, a przede wszystkim czasu i logistyki. Po paru takich spotkaniach, zwyczajnie chciała się zrelaksować i wrócić do prozy własnego życia.
OdpowiedzUsuńLubiła jednak bawić się w podrywanie, kokietowanie i testowanie cudzych granic, choć nie znosiła randek. Czuła się na nich nieswojo, dziwnie, zupełnie nienaturalnie. Do kin chodziła tylko na ambitniejsze filmy, restauracje zwiedzała z przyjaciółmi, a na kwiaty reagowała alergicznie, okładając nimi pajaca który kiedykolwiek zdecydował się wręczyć jej jakikolwiek bukiet. Mathilde lubiła za to konkrety, terminy i jasne zasady. Jeśli Doyle faktycznie chciałby ją poznać bliżej, na pewno by się wszystkiego dowiedział. Choć, może lepiej by ktoś ostrzegł go zawczasu.
— Przepraszam, że zabrałam Cię na kolację. Nigdy więcej. — zaśmiała się wesoło, gdy Tamsin nawrzucała jej z przekąsem, że to przez wspólne jedzenie jest teraz tak nieprzytomna. Stan ten na szczęście był jednak przejściowy, bo za chwilę jasnowłosa ochoczo poderwała się z miejsca i zabrała resztę znajomych, zostawiając Mattie samą z mężczyzną na którego udzie spoczywała jej dłoń.
Gdy zostali sami, skracając między sobą dystans, dłoń Tilly powędrowała wyżej, choć wciąż jeszcze kilka milimetrów od krocza nowopoznanego kolegi.
Skręcając głowę w bok, w kierunku swojego rozmówcy, jej wzrok z pełnego kokieteryjnego zacięcia, stał się poważny, a na ustach nie błąkał się nawet cień zalotnego uśmiechu. Nie przeszkadzała jej ta nikła odległość, jaka teraz ich od siebie dzieliła. Mogła poczuć jego oddech na własnych wargach, zapach perfum, doskonale obserwować detale twarzy. A mimo to stwierdziła, że warto zaryzykować i zadać pytanie, które mogło wypaść źle w towarzystwie, ale skoro zostali już sami, on się o nie dopominał, to raz kozie śmierć. Najwyżej Tammy zabierze ją pod pachę i zaciągnie do mikrofonu.
— Chciałam się spytać jak to jest zabijać ludzi za pieniądze. — odpowiedziała spokojnie na jego pytanie, przyglądając mu się z bliska jeszcze przez chwilę, a następnie podstawiła zarówno Declanowi, jak i sobie po szocie.
Zdecydowanie nie było to pionierskie zagranie w celu podgrzania atmosfery, ale jeśli Doyle nie obrazi się od razu i łaskawie zechce zaspokoić ciekawość Mathilde, okazałby się tym ciekawszym człowiekiem, którego na pewno warto by było jeszcze troszkę popodpuszczać i powodzić za nos, zanim dostałby to na co ewidentnie miał ochotę. W zasadzie oboje mieli.
— Mieliśmy ich upić, a sami uniknąć śpiewania. Poszło jakoś zbyt łatwo. — zauważyła, wskazując na trójkę znajomych, którzy w najlepsze dawali popis artystyczny przy wykonaniu hitu Bon Joviego.
Gdy utwór się skończył, Tilly bez zastanowienia wypiła swojego szota, czując jak w głowie znowu zaczyna niebezpiecznie szumieć, ale czy nie tego właśnie teraz chciała? Utrzymywać bezpieczny poziom przyjemnego rauszu i lekkości bytu.
Na pewno też chciała poczuć Declana w sobie, na to jednak miała jeszcze masę czasu.
— Idę potańczyć z przyjaciółką. — oznajmiła jakby nigdy nic, wstając od stolika i udając się żywym krokiem w kierunku Tammy, z którą zamierzała pobawić się jeszcze tej nocy, skoro miały mieć swój babski wieczór.
UsuńNa resztę przyjemności Declan musiał jeszcze poczekać, a najlepiej w ogóle sobie zasłużyć. Przede wszystkim powinien zrozumieć, że nie zamierzała zostawiać przyjaciółki, skoro dopiero co pojawiła się z nią w kręgu jej znajomych. Chciała się jeszcze razem pobawić.
Złapała więc swoją przyjaciółkę w pasie, serwując jej na dzień dobry obrót, a dopiero potem pozwoliła sobie na swobodę zabawy i wesołych podskoków w rytm muzyki. Choć zdecydowanie wolała tego typu rozrywkę w o wiele ciemniejszych miejscach, do szybszych i bardziej regularnych dźwięków, nie zamierzała dzisiaj wybrzydzać.
I tylko sporadyczne, nieśmiałe spojrzenia w stronę ich stolika pozwalały jej sprawdzać, na ile nowo poznany żołnierz dalej jest zainteresowany jej osobą. I czy faktycznie zechce ją dzisiaj zabrać do domu.
Mathilde Stevenson
Przywiązanie do rutyny rozumiała z całą powagą, bo sama była niewolnikiem drobnych przyzwyczajeń. Lubiła schematy, terminowość, planowanie, a mimo to potrafiła być elastyczna i działać spontanicznie, jak chociażby dzisiejszego wieczoru. Już dawno nauczyła się, że nie da się funkcjonować w ściśle nałożonych na siebie ramach, a poza tym, zmianowość w pracy, w jej przypadku też wiele rzeczy ograniczała. Należało przestrzegać rzeczy ważnych w ich odhaczaniu w codziennym kalendarzu, ale odejście czasem od reguły, nie wiązało się od razu z utratą stabilności psychicznej.
OdpowiedzUsuńWidząc zmianę jaka momentalnie zaszła w postawie Doyle’a, wiedziała już czego może się spodziewać, więc westchnęła tylko cicho pod nosem.
A więc trafiła jednak na pana Marudę.
— Nie?… — zmarszczyła czoło i skrzywiła się lekko, odpowiadając na jego zarzuty, jakoby bardzo spłaszczała jego profesję. Po to właśnie zadała pytanie, żeby dowiedzieć się czegoś więcej i znać jego perspektywę, może nawet motywy wstąpienia do wojska. Owszem, pytanie było skonstruowane w sposób dość prowokacyjny, przed czym nie zamierzała się bronić, uwielbiała to robić, ale samo w sobie nie wiązało się z żadną utartą ścieżką myślenia. Tilly nie miała zdania, żadnego. Chciała po prostu wiedzieć.
— Mh, jeśli kogoś takiego spotykam to tak, choć technicznie rzecz biorąc zajmują się trochę innymi rzeczami. — odpowiedziała spokojnie, wzruszając obojętnie ramionami widząc jak męskie ego się unosi i nie jest w stanie przyjąć zwykłego pytania, nie jako formy ugodzenia w jego osobowość i całe życie. A Mathilde wypytywała nie raz, nie dwa, wszystkich wymienionych przez niego specjalistów. — Policjantów często wypytuje o różne rzeczy, ze strażnikami więziennymi regularnie rozmawiam na oddziale, a lekarz jak spieprzy swoją robotę jest ciągany po sądach, choć nie widziałam nigdy, żeby ktoś robił to z premedytacją. Nie poznałam nigdy anestezjologa od eutanazji. — dodała zastanawiając się nad tym chwilę. Gdyby jakiegoś spotkała na swojej drodze na pewno zadałaby mu podobne pytanie, choć raczej w mniej pruderyjnych okolicznościach. — Wiem, co mówią o moim zawodzie, sprowadzając to do podcierania innym tyłków, co nie jest zupełnie prawdą, ale nie jest też kłamstwem. — zauważyła jeszcze, niejako chcąc mu pokazać, że naprawdę nie ma o co się unosić i obrażać.
I kto tutaj twierdził, że kobiety są nadmiernie emocjonalne?
— Nic mi się nie wydaje. Panie bez odpowiedzi. — rzuciła jeszcze w jego stronę, zanim zniknęła w wesołych pląsach u boku Tamsin, zupełnie jakby ta krótka wymiana zdań pomiędzy nimi w ogóle nie miała miejsca. Nie żałowała niczego, nie przeszkadzało jej też to, że chwilowe napięcie między nimi opadło. Dzisiejsza noc miała upłynąć jej pod kątem zabawy i nie zamierzała by cokolwiek stanęło jej na drodze do wykonania tego celu.
Nie wiedziała ile czasu spędziła z przyjaciółką na parkiecie, tańcząc i krzycząc do różnych piosenek, czasami wydzierając się zwyczajnie dla zasady, wspominając z Tamsin inne ich wyjścia, czy też naradzając się z chytrym planem co powinny jeszcze razem zmajstrować. Był to moment, kiedy była już porządnie wstawiona, ale od wysiłku fizycznego czuła wystrzał endorfin, które dawały przyjemnego kopa niemal jak na haju, a zatem i dodawały szalonych pomysłów, przed którymi nie zamierzała się cofać. Wyjątkiem byłoby śpiewanie do mikrofonu, ale kto wie? Może dwa szoty więcej przechyliłyby szalę w kierunku artystycznego debiutu Mattie.
Widząc, jednak Pana Marudę przy barze, który uważnie przygląda się zarówno jej, jak i Tammy, przeprosiła przyjaciółkę na chwilę i podeszła do Declana, roześmiana, z żywymi rumieńcami na twarzy, bezpardonowo chwytając jego szklankę, z której upiła łyk whiskey i wręczyła mu ponownie.
Usuń— Nie spotkałeś jeszcze takiej wariatki, co? — zapytała go wesoło, mając na myśli oczywiście siebie. — Nie ma o co się dąsać. — pacnęła go otwartą dłonią delikatnie w pierś, by następnie zsunąć ją niżej na jego brzuch, a finalnie przez lędźwia wpakować do tylnej kieszeni spodni.
— Dalej chcesz odmrozić sobie swoje jędrne cztery litery? — zapytała, zadzierając głowę do góry i wlepiając w niego swoje oczy, które miały ten łobuzerski, zalotny błysk, a usta wykrzywiały się w rozmarzonym uśmiechu. Na potwierdzenie własnych słów ścisnęła mocno jego pośladek, żeby sprawdzić, czy nie myliła się w jego ocenie. Po przyjemnym pomruku jaki z siebie wydała, można było stwierdzić, że jest zadowolona.
Z boku mogło się wydawać, że zdecydowanie posiada fetysz na punkcie cudzych pośladków. Najpierw Tamsin, teraz on. No cóż, może coś w tym było, ale nigdy się nad tym nie zastanawiała.
hihi, Tilly
Zdecydowanie miał rację. Lubiła prowokować dla własnej, egoistycznej satysfakcji. Czasami nie zważała na cudze uczucia, przede wszystkim zważała na nie w znacznie mniejszym stopniu w przypadku płci przeciwnej. Nie miała pojęcia, gdzie Declan był, co widział i robił, bo nie zaszczycił ją takimi informacjami, a z przyjemnością by o tym posłuchała. Jeśli jednak uderzyła w jego czuły punkt, mógł odwdzięczyć się jej tym samym. Nie uniosłaby się, a ze spokojem odpowiedziała, na pytanie o to, co chciałby o niej wiedzieć. Lubiła być szczera do bólu.
OdpowiedzUsuńDobrze, źle, łatwo… Otwarta była na wszystko. Zadowoliłaby ją jakakolwiek odpowiedź, może poza sztampową, wyuczoną formułką, na którą wywróciłaby oczami i skwitowała Booooringgg. W dorosłym życiu Mattie alergicznie reagowała na narodowy patriotyzm, którego nie rozumiała, jako jednostka z jako-taką wiedzą o świecie i historii nie tylko własnego kraju. Oczekiwała raczej niełatwych odpowiedzi, szarości, tego że wszystko zależy, a poza tym, pytanie pozwalało doskonale sprawdzić, jak ślepo w instytucję dla której pracował Declan, sam był zapatrzony. Był częścią militarnej potęgi, która zapewniała Ameryce bycie w miejscu, do którego właśnie dotarła. Światowej hegemonii, na którą już przez pryzmat ostatnich wydarzeń patrzyło się mniej spektakularnie i dumnie. Przynajmniej tak czuła sama Tilly. Doyle mógł to widzieć zupełnie inaczej.
Oczywiście, mogliby porozmawiać na temat ostatnich wydarzeń, co sądzą oboje o politycznej grze i tym czym skończy się to dla zwykłych obywateli, ale był to wieczór zabaw, a nie poważny dyskurs o dorosłym życiu. Więc jeśli chciała dowiedzieć się czegoś o nim i jego skomplikowanej profesji, wolała to robić w sposób, który wiązał się niejako z rozrywką. Natomiast jeśli kiedykolwiek zdobyłaby jego zaufanie, wtedy już z mniej prowokacyjnym podejściem, z przyjemnością i uwagą należytą dla słów oraz doświadczeń by go wysłuchała.
Czy była pijana? Oczywiście, że tak. Nie jakoś mocno i tak, że miałaby zaraz tego żałować, ale trucizna krążąca w kołobiegu robiła swoje. Oczy nabrały więcej blasku, ciało większej swobody i gibkości, a sama Tilly nabrała jeszcze +10 punktów do szaleństwa. I nie zamierzała zwalniać.
— Łobuziara… — zastanowiła się przez moment. — Podoba mi się. — stwierdziła z zalotnym uśmiechem, odprowadzając dłoń Declana z pustą szklanką, która wylądowała na barze. Z przyjemnością dała się dotykać, jak i przyciągnąć bliżej siebie.
— Czy ja coś sugeruję? — przeciągała chwilę z odpowiedzią, nie mając najmniejszego problemu z tym, jak bardzo dystans między nimi się zmniejszył. Wsunęła drugą dłoń do drugiej, tylnej kieszeni jego spodni, jednocześnie wdrapując się na palce, żeby zmniejszyć dzielącą ich wysokość wzrostu. — Ja wprost marzę żebyś mnie gdzieś przeleciał. — powiedziała prosto w jego usta, uważając na to, by przypadkiem nie musnąć ich aż nadto. W końcu nie lubił pocałunków.
Opuszczając pięty na podłogę, wyswobodziła obie dłonie i zaśmiała się słysząc jego propozycję.
— To. Jest. Bardzo. Dobry. Pomysł. — uśmiechnięta celowała palcem w jego pierś, robiąc wymowną pauzę po każdym słowie, po czym postukała się palcem wskazującym po głowie, przygryzając jednocześnie koniuszek języka, jak na łobuziarę przystało. — Jest to bardzo sprytny plan. Ale nikt nie może się o nim dowiedzieć.
Obejrzała się przez ramię, żeby sprawdzić, gdzie jest Tamsin i co robi. Ponieważ jasnowłosa bawiła się w najlepsze, Mattie też nie miała poczucia że musi już do niej wracać. Koniecznie jednak powinny ustalić datę swojego babskiego wieczoru!
— Zanim jednak skwerek… Chcesz ze mną zatańczyć, Dec? — wyciągnęła w jego kierunku dłoń, jasno dając do zrozumienia, że absolutnie nie obchodzą ją społeczne konwenanse i to, kto kogo powinien prosić o wspólny taniec. Bo Tilly, jak to Tilly, mówiła i robiła to, na co akurat miała ochotę. A w tym wypadku chciała sprawdzić jak porusza się pan żołnierz.
UsuńZakołysała biodrami w rytm muzyki dobiegającej z głośników, wlepiając w Declana rozpalone spojrzenie i celując palcami w charakterytycznym geście wskazującym, że ma go na oku, jednocześnie niemo recytując słowa utworu.
— What’s your name? Who’s your daddy?
Mathilde Stevenson
Tamsin miała wszelkie prawo i zadatki na to by być adorowaną! Sama Tilly uważała, że akurat tej prześlicznej dziewczynie się to należało. Tammy była nie tylko ładna, ale do tego zdolna, ambitna i miała w sobie ogrom ciepła, a przy tym umiała wcale nie ustępować samej Mattie w szalonych pomysłach. Lubiła to, że choć były zgoła inne, potrafiły doskonale dopasowywać się w tej znajomości, tworząc z niej coś wyjątkowego. Mathilde sama czasem zastanawiała się na tym, że gdyby kompas jej seksualności wypadał bardziej w stronę bi lub zainteresowania kobietami, zdecydowanie spróbowałby swoich sił, bo grzechem by było tego nie zrobić!, choć z drugiej strony, życzyła przyjaciółce spełnienia w zdrowej, pełnej ciepła i miłości relacji, o której ta marzyła. Na pewno nie z takim harpaganem jakim była ona. Tym samym, to za Tamsin będzie tęskniła najbardziej, gdy już zdecyduje się przeprowadzić, gdzieś do lepszego europejskiego świata. A raczej za Tamsin i Gabrielem, który był jej najlepszym przyjacielem z pracy, a na którego ślubie i tak będzie musiała pojawić się w przyszłym roku jako jedna z druhen.
OdpowiedzUsuńDlatego też zgadzała się z Declanem, że bezpieczniej było odprowadzić Tammy do domu, żeby mieć pewność, że nic jej nie grozi. Odciążyłoby to również głowę Tilly, która akurat gdyby była w położeniu, gdzie Doyle zaproponowałby jej samej odwiezienie, jeszcze by się z nim pokłóciła, że ona sobie sama doskonale da radę i nie będzie jej żaden chłop odprowadzał, skoro 30 lat ponad dawała sobie radę całkiem sama. I pewnie dla potwierdzenia własnych słów po złości poszłaby na piechotę do domu, nawet jeśli miałaby tam iść pół nocy. Przez swoją zwykłą i głupią wręcz upartość, a także niechęć do podporządkowania się mężczyznom.
Na słowa Declana o ich wspólnym sekrecie przyłożyła palec do ust, uznając to za dopełnienie przyrzeczenia, że nikomu ze znajomych nie wyjawią swojego sprytnego planu. Natomiast gdyby tylko wiedziała, że sława wyprzedza ją w tym kręgu znajomych, zdecydowanie bardziej przygotowałaby się do poznania ludzi z najbliższego otoczenia Tamsin. Może nawet miałaby w zanadrzu jakąś sztuczkę albo inny popisowy numer. Na razie jedyne co sprawdzało się z kwestii, z których zapewne była znana, to sposób w jaki podeszła do Declana. Miała pełną świadomość, że nie są niewidzialni dla innych, a to co robili raczej nie umknęło uwadze całej paczki. Oczywiście, byłoby ciekawiej gdyby nikt o niczym nie wiedział, ale nie byli dziećmi żeby się wstydzić tych podchodów. Z resztą, Mathilde nie była szczególnie subtelna w swoich podrywach. Co do zasady bardzo szybko dawała znać o tym, co chodziło jej po głowie.
W przypadku Doyle’a nie była tego znowu tak zupełnie pewna. Oczywiście, że jej się podobał i miała na niego ochotę, ale był też uroczy w całej tej swojej oszczędności słownej i chwilowym naburmuszeniu, choć oczywiście to na szczęście minęło szybko. Dzięki temu przynajmniej znała jego czuły punkt, w który nie zamierzała bez powodu więcej uderzać. Choć oczywiście chciała teraz znać prawdę i jego historię dwa razy bardziej. No nic, jeśli noc okaże się owocna, a Dec będzie miał ochotę pobawić się z nią jeszcze trochę, to może kiedyś uda jej się co nieco usłyszeć. Opowieści tego typu z pierwszej ręki ceniła sobie najbardziej.
Mattie pozwoliła się prowadzić tylko przez chwilę, utrzymując kontakt wzrokowy ze swoim partnerem, uśmiechając się do niego co chwilę w wyrazie dobrej zabawy, by finalnie jednak odwrócić się do niego plecami, spleść ich dłonie i pozwolić sobie na zdecydowanie bardziej prowokacyjne ruchy, delikatnie, acz zmysłowo ocierając się pośladkami i łopatkami o ciało mężczyzny w rytm muzyki.
— Jesteś zdrowy? Nie przywiozłeś z żadnego zakątka świata kiły, różyczki, wzw b ani aids? — zapytała rzeczowo, odchylając głowę w jego stronę, ponieważ były to dla niej bardzo ważne informacje. Mogli się przekomarzać i wodzić za nos do samych drzwi Tamsin, ale jeśli miało do czegoś faktycznie dojść dzisiejszej nocy, Tilly musiała wiedzieć, że nie złapie żadnego syfu. Zwłaszcza od kogoś trudniącego się fachem jak Declan. W wojsku i na misjach nie trudno było złapać cokolwiek. Nie miała też zamiaru przez chwilę zapomnienia zrujnować sobie reszty życia.
UsuńPrzy okazji pozycja ta dawała jej dobre spojrzenie na Tamsin, którą mogła w ten sposób niemo zapytać, czy wszystko u niej ok. Jeśli przyjaciółka potrzebowałaby pomocy przy nachalnych adoratorach, wystarczyło jedno słowo czy gest, a Tilly zaraz znalazłaby się przy jej boku, zapominając zupełnie o swoim towarzyszu nocy.
— Lubię jak się mnie ciągnie za włosy. — powiedziała jeszcze na ucho Declanowi, przygryzając delikatnie jego płatek. Lubiła też gryźć i drapać, ale o tym mógł się dowiedzieć w drugiej kolejności.
— Nie toleruje bicia, poniżania, ani duszenia. Jesteśmy też za starzy na seks bez zabezpieczeń nawet jeśli ciąża mi nie grozi. Ale… — zgrabnym ruchem obróciła się tak, by znów być na przeciwko jego twarzy i wodzić błyszczącym z podniecenia wzrokiem po jego twarzy, przenosząc spojrzenie to z oczu, to na usta. — Wystarczy o mnie. Na co Ty masz ochotę, Dec?
Wlepiła w niego oczekujące spojrzenie, szalenie ciekawa tego co może od niego usłyszeć.
Może jednak nie była wcale aż tak mocno pijana?
ta bardzo osobliwa Tilly
No właśnie, może gdyby Mathilde faktycznie zmieniła miejsce zamieszkania i opuściła Stany na dobre, wyszłoby to wszystkim na lepsze? Tamsin miałaby zawsze lokum do dalszych podróży, mogłyby robić sobie jakieś europejskie tripy kilkudniowe i generalnie, może wcale nie byłoby tak źle z kontaktem przy użyciu obecnej technologii? Fajnie byłoby mieć mete u kogoś w dziwnym zakątku świata, a Szwajcaria choć poza swoją neutralnością, była zwyczajnie mało rozpropagowanym na świecie krajem, o którym sama Stevenson niewiele wiedziała. Na pewno nie posiadała informacji w takim zakresie, który chciałaby mieć, ale zakładając istnienie technologii i praw człowieka, a także godziwych wynagrodzeń w sektorze ochrony zdrowia oraz akceptowalnego na tej podstawie poziomu życia, więcej mogła dowiedzieć się dopiero po swojej przeprowadzce. Głowę miała na to otwartą.
OdpowiedzUsuńW sumie, gdyby Declan miał ochotę ją kiedyś odwiedzić, pewnie też by mu na to pozwoliła. Musiał najpierw jednak pokazać, że warto go w pierwszej kolejności w ogóle zapraszać.
Mattie też lubiła jasne zasady, przejrzystość działania, bo zwyczajnie znacząco ułatwiały życie. Domysły były fajne do pewnego etapu, potem zaczynały męczyć, jeśli wymagały zbyt dużego zaangażowania. Intelektualne potyczki w flircie trwające trochę dłużej niż przysłowiowe kilka minut były zarówno nużące, co i nudne, bo i do czego miały prowadzić? Jeśli wiadomo było czego oczekują od siebie obie strony, czy warto było brnąć w zaparte, byle tylko dowieść bardziej enigmatycznej, zawoalowanej w słowa potrzeby, a tym samym zyskać egoistyczną przewagę na polu umysłowym? Sprowadzać coś tak prostego jak seks, do tak zagmatwanych zabiegów, zdecydowanie ją nie kręciło.
Co innego, wskoczenie na Declana, choćby za chwilę.
W przeciwieństwie do Doyle’a Tilly nie uważała śmierci za skrajnie poważny temat, bo przyzwyczaiła się do niej. Przyzwyczaiła się do oglądania zwłok, ich oporządzania, wszechobecności. Po jakimś czasie zwyczajnie nie trobilo to na człowieku aż takiego wielkiego wrażenia, a w bezpiecznym towarzystwie około medycznym można było opowiadać różne anegdoty odnoszące się śmierci, które nie wiązały się zawsze ze strachem. Może nie był to poziom wygórowanego poczucia humoru, ale były i dobre historie, które przywoływały uśmiech na twarzy.
Co się tyczyło zabijania, o tym nie wiedziała nic. Nic poza ewentualną aborcją, o której wiedziała wiele, choć nie traktowała jej w ramach zabójstwa. Miała natomiast swoje wyobrażenia, pomysły jak mogłaby wyglądać wymierzana na własną rękę kara i co mogło się z nią wiązać. I chciałaby poznać z czyjejś opowieści informację jakie to uczucie. W ułamku sekundy komuś kończył się cały świat, ktoś inny ratował swój własny, a jednak czy dało się w takich chwilach w ogóle nie myśleć o człowieku nie przedmiotowo? Zbyt wiele emocji, na pewno ograniczało działania, a w stresujących chwilach, to akcja-reakcja miała największe znaczenie.
A mimo to, wiedziała o tym tak niewiele. Zastanawiała się czasem czy to taki sam wystrzał adrenaliny jak przy głupiej pijackiej bójce w barze? Czy coś zupełnie innego. Czy to jak narkotyczny haj? Czy jest ono przyjemne, czy też odwrotnie?
Zdecydowanie miała w tym temacie wiele pytań.
Na hasło o wszach Tilly momentalnie zamarła, obracając głowę ponownie na Declana, tym samym obserwując z największą uwagą jego twarz i włosy w poszukiwaniu małych, czarnych kropeczek, które radośnie szukałyby swojego miejsca na ciepłej i wilgotnej skórze. I choć wystarczyłby szampon oraz reżim higieniczny, by się ich pozbyć, Mathilde momentalnie dostawała ciarek i świądu całego ciała na myśl o tym. Mogła widzieć ludzi w różnych ekskrementach, sikającą żywo krew, zmiażdżone kończyny, ale nic jej tak nie ruszało jak wszy.
Na szczęście Doyle mówił szczerze, bo nic nie zauważyła na jego skórze, ale chwilowa niepewność pozostała w niej na dłuższy moment.
Tilly uśmiechnęła się z zadowoleniem, czując jak ciśnienie w spodniach mężczyzny znacząco przybiera, a dumna z tego faktu dziewczyna uśmiechała się sama do siebie pod nosem. Zamruczała nawet przyjemnie z tego tytułu, już nabierając powietrza, by powiedzieć mu w najdrobniejszych szczegółach jak widzi ich dzisiejsze zbliżenie, gdy poczuła jak palce splatające się jeszcze przed chwilą na jej kręgosłupie zupełnie zniknęły. Tak jak i sam mężczyzna, który był nagle przy Tamsin.
UsuńZaskoczona obróciła się w stronę zamieszania, przez chwilę sparaliżowana, jak nie ona. Nie wiedziała jak zareagować w momencie, gdy zwyczajnie nie była już potrzebna. W pierwszej chwili też chciała podejść do przyjaciółki, ale widząc, że Tammy nic nie grozi, pobiegła po telefon, by móc udokumentować twarz nachalnego typa, gdyby jednak zdecydowały się coś z tym faktem zrobić. Zniszczenie komuś życia w dzisiejszych czasach było aż nazbyt łatwe. Ale i pomocne. Czasem.
Strasznie dziwnie było stać tak z boku, po drugiej stronie tego typu wydarzeń, gdy zazwyczaj to Stevenson lubiła się wyzywać i straszyć. Rozumiała jednak teraz jak wpływa to na otoczenie. Patrzyła zatem na całą scenę podejrzanie cicho, niejako zafascynowana tym, jak szybko Declan się nakręcił i jak spasyfikował wątpliwego amanta Tammy. Przez chwilę zastanawiała się czy nie poleje się krew, czy Doyle zatrzyma się w swoim furiackim zrywie, i choć nie była z tego dumna, jakaś cząstka jej bardzo chciała tego doświadczyć. To było głupie.
— Masz rację, poradziłabyś sobie. — Tilly objęła uspokajająco Tamsin ramieniem, przytakując jej złości, gdy znalazła się już obok niej, w chwili, gdy Doyle odprowadzał typa do drzwi. Obie nie raz, nie dwa znajdowały się w podobnym położeniu i musiały sobie radzić. Nie zawsze był obok ktoś, kto z takim zapałem likwidował opozycję.
— A Ty faktycznie mogłeś się nie wtrącać. — zarzuciła Declanowi, ustawiając tym samym wściekłą dwójkę do pionu. O dziwo, to nie ona w tym całym zamieszaniu dyszała ciężko i rzucała przekleństwami.
— Nie warto jednak żebyśmy mieli przez to popsuty wieczór, mhh? — rozejrzała się po całej ich piątce, widząc jednak, że atmosfera jest na tyle gęsta, że nie da się cofnąć czasu i z równą lekkością wrócić do wcześniejszej zabawy. Nawet jakby chwyciła teraz za mikrofon i epicko sfałszowała jakiś znany utwór, ani Tammy, ani Dec nie wyglądaliby na specjalnie zadowolonych.
Wywróciła więc oczami i westchnęła ciężko.
— Myślę, że spacer dobrze nam wszystkim zrobi. — złapała przyjaciółkę za rękę, tym samym kierując je w stronę ich stolika by mogły zabrać swoje rzeczy.
Gdy Passalis jeszcze się ubierała, Tilly podeszła do Declana, jednocześnie zakładając swoją marynarkę, w której o tej porze dnia, a raczej nocy, będzie jej zdecydowanie zbyt chłodno.
— Nie musiałeś zgrywać rycerza na białym rumaku, Dec. — powiedziała do niego ciszej, oglądając się w kierunku ich stolika. Powinna pożegnać się jeszcze z Caytlin i Taylorem. — Komu chciałeś zaimponować i coś udowodnić? — spojrzała na niego nie tyle ze złością czy smutkiem, co pewnego rodzaju rozczarowaniem, faktem jak krótki ma on ląt. Mimo to przesunęła dłonią po jego ramieniu, w geście tego, że nie wszystko jeszcze dzisiaj stracone.
Zmarszczyła natomiast gniewnie brwi, gdy padło do niej pytanie, które jakby nagle wykluczało Tammy. Była to jedna z tych rzeczy, która akurat ją doprowadzała do szału - gdy mężczyzna decydował za nią.
— My na pewno idziemy. — wskazała palcem na siebie i Tamsin, Doyle’a besztając wzrokiem. Nie podobało jej się to, by ktoś nią rozporządzał i zdecydował za nią.
— Jak nadal chcesz zgrywać bohatera, to myślę że sobie poradzimy. Ale jak będziesz grzeczny, to nie widzę problemu. — odpowiedziała już chłodniej, tym samym zostawiając go samego i udając się do znajomych Tammy, by się z nimi pożegnać i wesoło przypomnieć, że widzą się w takim razie ponownie na ich wspólnym występie. Bardzo była przecież ciekawa tego innego wydania muzycznego Passalis.
UsuńZ przyjaciółką pod ramię ruszyła do drzwi, oglądając się leniwie przez ramię, czy Declan w ogóle za nimi podąża.
Zdawało się zatem, że Doyle musi mieć jakieś problemy z agresją. Być może nie koniecznie wymierzone w płeć przeciwną, bo póki co prezentował się raczej jako ten dobry, ale znając go tak krótko Tilly nie mogła mieć żadnej pewności, że karta się nie odwróci i w najmniej spodziewanym momencie nie byloby to skierowane przeciwko niej. Umiała się wprawdzie obronić, pytanie tylko czy warto w ogóle było ryzykować?
Niestety… Ponieważ było to niepewne, było też szalenie pociągające. Choćby miała wracać na czworakach do siebie.
Slightly confused, Tilly
Mattie oczywiście nie mogła się wypowiadać za Tamsin, ale rozumiała jej złość. Miała prawo do obrony we własnym zakresie, w sposób w jaki uznałaby za słuszny, a oni, jako że byli w pobliżu mogli zareagować w każdej chwili. Wystarczyło dać drobniutki sygnał, małą sugestię. Declan oczywiście wystrzelił jak katapulta, choć nie otrzymał wezwania, a Mathilde, cóż… próbowała nie dać w ogóle wejść sobie na głowę myślom, że może była złą przyjaciółką, że przeoczyła taki moment, bardziej skupiona na podrywaniu mężczyzny, którego wcale nie znała. Ale przecież chwilę wcześniej patrzyła na Tamsin i nic nie zapowiadało takiego obrotu spraw!
OdpowiedzUsuńTrzeba dodać, Stevenson bawiła się w najlepsze podrywając mężczyznę, który w dodatku okazał się marudą, furiatem i strasznie ją denerwował. A mimo to, miała na niego ogromną ochotę, za co mogła sobie tylko dokładać do nieprzyjemnych przemyśleń, które będą piętrzyły się na szali sumienia, nie pozwalając zasnąć w dniu, gdy już całkiem wytrzeźwieje.
Zdając sobie doskonale sprawę z tego, jak wygląda życie dorosłej kobiety w wielkim mieście, Mathilde wychodziła z założenia, że musi umieć liczyć tylko na siebie. Oczywiście, pomagała zawsze dziewczynom, gdy widziała że coś się niepokojącego działo, ale wciąż, nie posuwała się nigdy do tak bezpośrednich metod jak Declan. Wolała subtelniejsze formy działania w przypadku wyjątkowo nieprzyjemnych mężczyzn. Choć niektórych zdecydowanie chciałaby pobić, jeśli nawet nie zlać na kwaśne jabłko. Doylowi też najchętniej przyłożyłaby teraz w twarz w ramach ocucenia, ale nie porywała się na takie ekstrema. Tortury zaś w kwestii płci przeciwnej rozważała bardzo często w kontekście byłego męża Tammy, do którego żywiła szczerą nienawiść, od chwili gdy poznała kulisy tej relacji.
— Może warto byłoby się nauczyć… — Tilly mruknęła pod nosem, bo kwestia dyplomacji, niewątpliwie należała do kulejących aspektów, jego osoby. Zrobiła to jednak na odchodnym, przejmując od Tamsin swoją torebkę, a następnie kierując się ku wyjściu.
Sprytny plan, który posiadali, odnoszący się odstawienia Tamsin, był podniecający, bo owiany tajemniczością, nikt ze znajomych o nim nie wiedział, choć wszyscy mogli się domyślać jego zakończenia. W obliczu jednak zaistniałych wydarzeń, nikt raczej nie był już o niczym przekonany, poza faktem, że Passalis ma bezpiecznie wrócić do domu. To był zdecydowanie największy, wspólny mianownik, który łączył w tej chwili Mattie z Declanem. Jeśli nie jedyny.
— Nie. — odpowiedziała Tilly dosadnie, wtulając się mocniej w bok przyjaciółki, unosząc się tym samym teraz swoją kobiecą dumą. I choćby skały srały, szczęka jej latała i skończyła z zapaleniem płuc, nie przyzna się temu pajacowi do tego, że jej zimno. Absolutnie nie ma mowy. Nie da mu żadnej ponownej okazji do zgrywania bohatera.
Dlatego całą drogę do mieszkania Tamsin nie zwracała na niego uwagi i traktowała jak powietrze, swoją uwagę skupiając na przyjaciółce i starając się zwrócić ich myśli na przyjemniejsze tory w kontekście minionych wydarzeń. Nie warto było je rozpamiętywać teraz. Mogą się zdzwonić jutro i ustalić już na trzeźwo, co z tym faktem zrobić.
— To co? Wpadniesz do mnie w przyszłą sobotę na babski wieczór? Jak myślę o tym brownie, to już mnie skręca z podniecenia. — zaproponowała Tilly, widząc, że zbliżają się do miejsca zamieszkania Tammy. — W razie co możemy się jutro zgadać. Domówić też inny termin i koniecznie musisz mi powiedzieć, kiedy przyjść was posłuchać! Wiesz, że tego Ci nie daruję. — uszczypnęła lekko przyjaciółka w bok, po czym przytuliła mocno na pożegnanie i ucałowała jeszcze soczyście w policzek. — Śpij spokojnie. Dziękuję za dzisiaj.
Pomachała jej jeszcze na dowiedzenia, a gdy została już sama z Declanem, zmierzyła go surowym spojrzeniem.
— Idiota. — skwitowała krótko, zakładając ręce na piersi, cały czas wpatrując się groźnie w jego twarz. — Co to niby miało być? Nie panujesz nad sobą? Chciałeś komuś przywalić dla zasady? Czy wolałeś udowodnić, że Tammy sobie nie da rady? Z resztą… Jak masz problemy z agresją, to to się leczy, wiesz? — wyrzuciła mu, po czym opatulając się mocniej marynarką, zamierzała spektakularnie obrócić się na pięcie i pójść do siebie. Bez ochrony, sama, unosząc się swoją dumą.
Usuń— Idę do domu. — oznajmiła chłodno, traktując to jak pożegnanie. Na ten moment nie miała mu nic więcej do powiedzenia.
Nie uszła jednak dziesięciu kroków, gdy odwróciła się na pięcie i cofnęła do niego, niemalże na niego wpadając. Dysząc ciężko, oczami przepełnionymi złością i obłędem, patrzyła dłuższą chwilę, by ostatecznie zacząć okładać go pięściami po klatce piersiowej, wystarczająco mocno by poczuł, ale na tyle lekko by nie zrobić mu krzywdy.
— Dlaczego… musisz… być… tak… kurwa… głupi?! — dyszała ciężko, akcentując każde słowo, pomiędzy którymi następowała przerwa na zaczerpnięcie powietrza. A gdy w końcu złapał ją za nadgarstki, próbowała się najpierw wyrywać, by ostatecznie przykleić się do niego i pocałować. Zachłannie, zuchwałe i z ogromnym pożądaniem, za chwilę przygryzając mocniej jego dolną wargę. I gdyby miała na to tylko fizyczną możliwość, pewnie by na niego wskoczyła.
— Weź mnie, Dec, błagam. Wyruchaj mnie do nieprzytomności. Mieszkam niedaleko stąd… — wymamrotała wprost w jego usta, wręcz jęcząc z podniecenia, nie mogąc się powstrzymać.
Czy miał już rollercoster w głowie? Tak? To dobrze, bo ona trochę też. Czy była labilna? Być może. Albo zwyczajnie głupia. Może jeszcze trochę pijana. Ale nikt nie odmówi jej odwagi, skoro chciała tego spróbować. A zdecydowanie nie był to akt desperacji.
bardzo głupia baba, Tilly
Rei podziękowała mu za ten dzień, bo spędziła naprawdę miłe popołudnie, a potem pożegnała się z szerokim uśmiechem, wysiadając z ubera. Tak naprawdę nie spodziewała się spotkania z Declanem. To było… niesamowite i nieco dziwne. Do tej pory widzieli się jedynie raz, gdy zagadał do niej w szpitalu, a potem wszystko toczyło się w listach, były mniej lub bardziej intymne rozmowy, wyznania, snucie planów i opowiadanie sobie o tym, co siedziało w głowie. Rei naprawdę to wtedy doceniała, a listy stały się czymś, co dodawało jej otuchy. Dlatego chciała mu się jakoś odwdzięczyć. Nie potrafiła zwrócić mu tych wszystkich godzin, podczas których jego słowa były dla niej czymś dobrym. Nie mogła oddać mu tego, ile razy otwierała jakiś jego list w gorszy dzień i po przeczytaniu czuła się odrobinę mniej samotna. Mogła za to być przy nim teraz i to nie przez to, że uważała, że była mu coś winna. Po prostu wiedziała, że czasem obecność drugiej osoby jest jedyną rzeczą, którą naprawdę można komuś dać.
OdpowiedzUsuńGdy wróciła do domu, zajęła się przede wszystkim pracą. Musiała sprawdzić maile, odpowiedzieć wydawcy, przejrzeć kolejne materiały promocyjne i upewnić się, że nic ważnego nie umknęło jej podczas popołudnia spędzonego z Declanem. Otworzyła laptopa przy stole, zaparzyła sobie kawę i przez następne kilka godzin przeskakiwała między skrzynką mailową, dokumentami i kolejnymi plikami związanymi z książką. Westchnęła cicho, ale nie mogła powiedzieć, że jej to przeszkadzało. Lubiła tę część swojego życia, nawet jeśli czasami miała wrażenie, że jej skrzynka mailowa rozmnaża się szybciej niż problemy w jej własnych fabułach.
Następnego dnia poprosiła Maeve, aby pomogła jej się spakować. Poinformowała też wszystkich, że spędza weekend poza miastem, więc będzie niedostępna, chociaż i tak właściwie była pod telefonem w razie potrzeby.
— Nie patrz tak — mruknęła Rei, kiedy Maeve znalazła w walizce trzy książki, ładowarkę, dwie pary skarpet i zupełnie niepasujący do reszty rzeczy sweter.
— Sweter zostaje w domu. — Maeve spojrzała w jej stronę wymownie.
— Czemu? Jest ciepły i całkiem wygodny.
— I prawie w nim pływasz — wytknęła Maeve, kręcąc głową. — Przestań w końcu nosić te workowate rzeczy. Wyglądasz zajebiście i powinnaś to podkreślać.
Rei westchnęła ciężko. Może i Maeve miała rację, ale nie potrafiła tak po prostu wyrzucić z siebie tego odruchu. Luźne ubrania były bezpieczne. Nie wymagały zastanawiania się, jak wygląda jej ciało lub jak układał się materiał. Ostatecznie jednak odłożyła ten sweter. Potem wspólnie przejrzały rzeczy, które chciała zabrać, odłożyły te zupełnie niepotrzebne i dopisały kilka rzeczy do krótkiej listy: leki, ładowarka, dokumenty, kosmetyczka.
Gdy Declan się pojawił, Rei uśmiechnęła się i kiwnęła lekko głową. Wydawało jej się, że była gotowa, przynajmniej tak się czuła. Wiedziała, gdzie będą spać, jak wygląda apartament i że tak naprawdę nie powinna się niczym przejmować. Była ubrana w prostą, elegancką czarną sukienkę sięgającą za kolano, z długimi rękawami i niewielkim dekoltem; pod nią miała ciepłe rajstopy, więc nie martwiła się o to, że zmarznie. Sukienkę przykrywał ciemny płaszcz z grubszym podszyciem, a stopy ładnie prezentowały się w wygodnych, dłuższych butach, w których mogła bez większego problemu poruszać się z protezą. Włosy miała proste, spięte po bokach wsuwkami, żeby nie wyglądały niechlujnie, a makijaż ograniczyła do minimum. Nie chciała wyglądać tak, jakby próbowała zdobyć uwagę. To nie był jej dzień ani jej historia.
W ręce trzymała niewielką czarną torebkę, w której poza telefonem, dokumentami i kluczami znalazły się również leki, chusteczki i kilka rzeczy, których wolała nie potrzebować. W drugiej ściskała niewielką walizkę. Przez chwilę poczuła znajome napięcie gdzieś pod żebrami. Nie bała się samego pogrzebu, a tego, że nie będzie wiedziała, co zrobić, gdzie stanąć, kiedy podejść, co powiedzieć. Że znajdzie się w miejscu pełnym ludzi, dla których zmarły był kimś ważnym, podczas gdy ona będzie tylko osobą towarzyszącą. Ale Declan wiedział, po co tam jedzie, a ona po co jedzie z nim. I to wystarczało.
Usuń— Gotowa — odpowiedziała, żeby to wybrzmiało, a potem zamknęła mieszkanie, poprawiła płaszcz i pozwoliła, aby Declan odebrał od niej walizkę. Podziękowała mu za to, a potem dała poprowadzić się do auta. Zajęła zaszczytne miejsce obok kierowcy, niemal od razu znajdując sobie wygodną pozycję, a potem zsunęła z ramion płaszcz, bo nie chciała się niepotrzebnie pocić.
— Jak się czujesz? — spytała nieco niepewnie, bo cała ta wycieczka zaczynała się dość ponuro. Przez moment przyglądała mu się uważnie, jakby próbowała wyczytać odpowiedź z jego twarzy, zanim jeszcze ją usłyszy.
— Jeśli potrzebujesz dzisiaj po prostu mieć obok kogoś, kto nie będzie zadawał głupich pytań, to mogę spróbować. Mam wprawę w byciu cicho przez całe... — urwała i skrzywiła się lekko. — Dobrze, nie, właściwie to nie mam. Ale mogę się postarać.
Uśmiechnęła się blado, próbując choć odrobinę rozładować atmosferę. Nie wiedziała, czego Declan będzie potrzebował podczas pogrzebu. Nie miała pojęcia, czy będzie chciał rozmawiać, czy raczej przejść przez wszystko możliwie szybko i dopiero później pozwolić sobie poczuć cokolwiek. Wiedziała jednak, że nie miała zamiaru pozwolić, aby robił to sam.
Rei Bothwell 🚗
Z ludźmi chyba generalnie tak już było, że nikt nie posiadał uniwersalnej, sprawdzonej instrukcji, która pozwalałaby zrozumieć drugą osobę, jak i płeć. Z resztą, każdy był inny i ciężko było szukać standaryzacji zachowań, nie wiedząc uprzednio z kim ma się do czynienia. Bez empatii nie było jednak mowy żeby w ogóle znaleźć wspólny język z kimkolwiek. Relacje międzyludzkie wymagały też otwartości na drugiego człowieka. Bez tych dwóch rzeczy, nie było mowy, o nawiązaniu jakiejkolwiek nici porozumienia.
OdpowiedzUsuńCo się zaś tyczyło Mattie, Declan nie powinien jej w żadnym wypadku brać jako przykład zachowań przeciętnych kobiet, bo jak zdążył się już zorientować, w jej zachowaniu wiele było sprzeczności i pomieszanej logiki, która z boku mogła wyglądać co najmniej dziwnie, ale samej właścicielce najwidoczniej służyła. Była jednak totalnym wyjątkiem od reguły, a jak sam zdążył zauważyć, uparte z niej było babsko z wariackim zacięciem.
Mathilde wywróciła oczami sugestywnie, gdy Tammy zagroziła Doylowi, że ten ma ją odprowadzić i być grzeczny. Na tamten moment nie chciała żadnej z tych rzeczy, co jak oboje się przekonali, zmieniło się bardzo szybko. Cieszyła się jednak widząc uśmiech na twarzy dziewczyny, a całusem wymierzonym w ucho, nie zamierzała się w ogóle przejmować.
Niewykluczone, że Stevenson nie była ostoją spokoju i też skrywała w sobie odrobinę złości oraz frustracji, które musiała czasem sobie upuścić. Nie zrobiła mu jednak krzywdy, na pewno nie takiej poważnej, bo ciało nie będzie miało znaków po jej ciosach, a psychika mężczyzny raczej też poradzi sobie z tym wieczorem, jakkolwiek chaotyczny i dziwny by się nie okazał. Nie miała już w planach dalej się z nim bawić w kotka i myszkę, zmieniać nastroju i stosunku wobec niego, no chyba, że by ją sprowokował, znowu chcąc zgrywać bohatera. Na ten moment po prostu chciała się z nim przespać. Albo raczej dać mu się sponiewierać, o ile jeszcze będzie chciał.
— No dobra. — mruknęła pod nosem, łapiąc za materiał kurtki na wysokości suwaka, tak by móc ją przytrzymać na swoich ramionach i ogrzać się zarówno od niej, jak i od naturalnego ciepła bijącego od idącego u jej boku mężczyzny. Zadzierając głowę do góry, spojrzała na jego profil z głupim uśmiechem satysfakcji. — Tam. — wskazała mu palcem stronę w którą powinni się udać, jeśli zamierzali dojść do jej mieszkania.
Nie było mowy ani o tym, by była teraz pijana, przynajmniej nie zbyt mocno, bo emocje i chłód nocy zrobiły swoje, co więcej, absolutnie nie wchodziło w grę, by czegokolwiek żałowała, nawet jeśli rano niewiele by pamiętała, na co zdecydowanie się nie zanosiło. Ciężko było zatem myśleć, że to ona zostanie jakkolwiek wykorzystana, skoro robiła dosłownie wszystko, pokazując mu, jak to bardzo sama chce wykorzystać jego.
— 3 piętro. Schody. — oznajmiła, gdy znaleźli się pod jej kamienicą. Złapała go też za rękę i wciągnęła bezpardonowo do środka budynku, prowadząc za sobą na odpowiednie piętro, nie dając mu się przypadkiem oddalić zbyt daleko, a gdy tylko znaleźli się już na odpowiedniej kondygnacji, odwróciła się w jego stronę, by ponownie na niego wpaść i znowu, nie mniej namiętnie zacząć go całować, w pełnym pożądania amoku, na czuja i po ścianach, wędrując do drzwi własnego mieszkania, a Doyle’a ciągnąc za sobą.
Niestety, chwilę musiała się namęczyć z kluczem, ale w momencie, gdy zamek wydał w końcu upragniony dźwięk ustępującej zapadki, wciągnęła mężczyznę za sobą do środka. Niezainteresowana zapalaniem światła, nie przestając go całować w przepełnionym pożądaniem szale, zaczęła w ekspresowym tempie pozbywać się elementów swojej dzisiejszej garderoby. A choć była zaślepiona namiętnością, odwiesiła jednak porządnie jego kurtkę i swoją marynarkę na wieszaku przy wejściu, nie dbając natomiast już o to, gdzie wyląduje jej sukienka czy stanik. Miała jeszcze chwile trudności przy pozbyciu się zapinanych na klamrę balerinek, ale i te wylądowały gdzieś w totalnym nieładzie, a ona tym samym została w samych czarnych stringach niewidocznych w słabym świetle nocy wpadającym do mieszkania.
UsuńWtedy też wydawało się, że na moment miała przejaw jakiejś myśli, ponieważ poklepała Declana po piersi, odsuwając się na moment od niego, a następnie puszczając się w szalonym pędzie do sypialni, skąd wyciągnęła z szafki nocnej prezerwatywę, by z nią wrócić do mężczyzny, na którego zwyczajnie wskoczyła, obejmując mocno nogami w pasie.
— Blat w kuchni. — wydyszała w przerwie od pocałunków, dając mu bardzo jasny komunikat, gdzie powinien ją teraz zanieść. Nie była to odległość wielka, ponieważ aneks kuchenny otwierał się na salon w zasadzie od razu od wejścia do jej niewielkiego mieszkania.
Gdy została już usadzona tam gdzie chciała, uśmiechnęła się lekko, przesuwając dłonią po twarzy swojego dzisiejszego kochanka.
— Niestety nie mam już dwudziestu lat i nie robię się mokra na sam widok ładnej buzi. Potrzebuję, żebyś mi pomógł… a najchętniej widziałabym tą twoją krótko przystrzyżoną głowę między moimi udami. — powiedziała ciszej, trącając nosem płatek jego ucha, by następnie przejechać nim po skórze w zagłębieniu żuchwy i delikatnie przygryźć tam skórę. — Zrób mi dobrze, Dec.
uparte babsko, łobuziara i wariatka, Tilly
Mattie nie zakładała absolutnie niczego wychodząc dzisiaj wieczorem na koncert Tammy. Wiedziała tylko, że chce posłuchać muzyki klasycznej, a potem zabrać przyjaciółkę na kolację i nadrobić zaległości w ich życiach. Los chciał, że postanowiły zaszaleć tego wieczoru, tym samym pojawiając się na karaoke, gdzie miała okazję poznać Declana. Wykorzystała łatwą okazję, by go podpuszczać, a potem zbajerować na ładne oczy i pikantne słowa, ale zupełnie nie roztrząsała, ani nie zastanawiała się choćby przez chwilę nad zasadnością i przyszłością tej znajomości. Chciała go dzisiaj i tyle zamierzała z tego mieć. Jeśli jednak okazałoby, że bawi się równie dobrze co ona i dodatkowo spisuje w swojej roli, nie widziała przeszkód by nocne igraszki przekuć w niezobowiązującą relację opartą tylko na cielesnych przyjemnościach. Ostatecznie szła zima i dobrze byłoby mieć obok siebie kogoś, kto skutecznie podgrzewał atmosferę. Nie tylko swoim członkiem, ale i osobowością. Szczerze mówiąc, to chciała uszczknąć rąbka tajemnicy jego przeszłości, a do tego podniecała ją myśl, że mogłaby go zobaczyć jeszcze raz w bójce z kimś. Czy by mu wtedy nawyrzucała, jak dzisiaj? Nie miała jeszcze na ten temat zdania, ale jakkolwiek nie widziała zasadności tak ostrej i nagłej pomocy Tamsin w barze, tak szczerze chciała zobaczyć tą jego dziką i nieokiełznaną naturę. Nie w żaden prowokacyjny sposób do tego dochodząc oczywiście, ale gdyby udało się to przy jakiejś okazji…
OdpowiedzUsuńW seksie było jak w życiu, Tilly nie chciała dać się całkowicie zdominować, lubiła mieć pewną przewagę nad swoim partnerem, tak jak i lubiła, gdy ten słuchał tego co miała mu do powiedzenia na temat swojego ciała oraz stosunku. Nie ważne jak doskonałym byłby kochankiem, nie znał jej ciała, tego co ją kręciło i sprawiało przyjemność, a jeśli nie zamierzałby słuchać, najpewniej dostałby szybką eksmisję za drzwi, bo co by to była dla niej za frajda? Ona chciała to mieć po swojemu, tak jak lubiła najbardziej. Jeśli zatem druga strona tylko pozwoli prowadzić się za rękę, ona zagwarantuje mu naprawdę wybitne chwile razem. A może nawet zasłuży na dokładkę, jeśli będzie miał jeszcze siłę. Ewentualnie szybkiego bonusa.
Uśmiechnęła się z zadowoleniem, gdy wsunął rękę w jej włosy i stanowczo odchylił głowę. Z pomrukiem zadowolenia przyjęła te drobne pieszczoty, choć z wyczekiwanym zniecierpliwieniem, chciała go już widzieć na dole. Przyglądała się jednak z zaciekawieniem temu co robi z jej ciałem z góry, a był to widok zupełnie przyjemny, który mogłaby oglądać częściej.
Komplementu nawet nie skomentowała, nie mając po chwili już możliwości. Westchnęła z podziwem, najpierw gdy zarzucił sobie jej nogi na ramiona, następnie gdy poczuła go w końcu w newralgicznym punkcie swojego ciała.
Wzdychając i stękając w trakcie jego oralnych pieszczot, podsunęła się z miednicą bliżej krawędzi blatu, łapiąc go tym samym za potylicę, chcąc zwiększyć przyjemne doznania, wraz z intensywnością których łapanie powietrza stawało się coraz trudniejsze, a zza przygryzanych warg dochodziły gardłowe pomruki, coraz niższe w swoich tonach. Unieruchomiona przez niego skutecznie, mogła jedynie wyginać swoje ciało do tyłu, w którymś momencie, czując jak jeden łokieć się pod nią załamuje, a tym samym ona opada niezdarnie wprost w ceramiczne pojemniczki z przyprawami, które teraz zupełnie jej nie obchodziły. Pokładając się niezdarnie na blacie, stękała coraz wyraźniej, a pobudzana nieustająco łechtaczka, powodowała, że zakończenia nerwowe w jej udach, mimowolnie wywoływały ich częsty, delikatny, mimowolny skurcz, co w jej osobistym odczuciu sprawiało wrażenie, jakby nogi żyły nagle swoim życiem, zupełnie nie należąc już do niej.
Usuń— Kurwa, Doyle… — wydusiła z siebie, głosem nagle przeraźliwie cienkim, jakby conajmniej działa jej się w tej chwili krzywda, co było zupełnie dalekie od prawdy. Pokładając się i wijąc na blacie, to nieudolnie próbując się na nim podnieść, na oślep sięgała wolną dłonią w kierunku Declana, chcą złapać za jego ramię, włosy, choćby i ucho, i pociągnąć do góry, czując że dłużej tak nie wytrzyma. — Wejdź już we mnie i pieprz brutalnie, powoli, w różnych pozycjach, ale… chcę Cię już w sobie.
bardzo zniecierpliwiona, na skraju wytrzymałości, Mattie
Rei nie wiedziała za bardzo, jak się zachować, nie uczestniczyła nigdy w żadnym pogrzebie i nie miała pojęcia, co zrobić, aby ktoś w żałobie poczuł się lepiej. Dziadków nie poznała, bo gdy się urodziła, nie żyli, a w jej rodzinie śmierć zawsze pozostawała czymś odległym, o czym mówiło się raczej przez telefon niż przy wspólnym stole, szczególnie kiedy zaczęła chorować. Nie miała więc żadnego punktu odniesienia ani doświadczenia, które mogłaby teraz wykorzystać. Wiedziała, że powinno się złożyć kondolencje, że trzeba być cicho, kiedy należy być cicho. Tylko co powiedzieć człowiekowi, który właśnie stracił kogoś ważnego? „Będzie dobrze” brzmiało okrutnie banalnie. „Wiem, co czujesz” byłoby zwyczajnie kłamstwem. Nie wiedziała, co czuł Declan. Mogła jedynie przypuszczać. Dlatego chyba najbardziej obawiała się, że zrobiłaby coś nie tak; że powie za dużo albo za mało, że spróbuje zażartować, kiedy nie powinna, albo zamilknie wtedy, kiedy ktoś powinien coś powiedzieć. Mogła pisać o śmierci przez setki stron, wymyślać bohaterów, którzy tracili całe królestwa i osoby, dla których byli gotowi spalić świat, lub dobierać słowa, poprawiać je, usuwać i pisać od nowa, tylko że w prawdziwym życiu nie było klawisza backspace.
OdpowiedzUsuńPrzez chwilę patrzyła w jego stronę, milcząc, jakby jego słowa musiały najpierw przebić się przez wszystkie przygotowane w jej głowie scenariusze. Dopiero kiedy wspomniał o jajku, uśmiechnęła się lekko.
— Okej, postaram się nie obchodzić z tobą jak z jajkiem — powiedziała. — Ale to nie znaczy, że nie możesz być smutny czy coś… jeśli chcesz, to bądź. Jestem tutaj dla ciebie, bo się przyjaźnimy i…
Urwała, szukając właściwych słów. Zawsze wydawało jej się, że przyjaźń jest czymś prostym, dopóki nie trzeba było jej komuś wyjaśnić. Z Declanem zresztą też nie potrafiła wskazać dokładnego momentu, w którym przestali być po prostu dwojgiem ludzi, którzy przypadkiem spotkali się w szpitalu.
— …nie musisz przy mnie udawać, że wszystko jest okej — dokończyła w końcu, trochę ciszej i uśmiechnęła się do niego szerzej.
Zajrzała do środka płóciennej torby i obejrzała zakupione słodycze. Było tego dość sporo, choć Rei wcale nie zamierzała narzekać.
— Okej. To wygląda jak bardzo dobrze przygotowany prowiant — skwitowała ze śmiechem i wybrała paczkę kolorowych żelek. — I oczywiście masz rację. Powinnam poczekać, aż zjemy śniadanie, zanim zacznę opróżniać zapasy... — Zerknęła w jego stronę z ukosa. — Ale… chyba nic się nie stanie, jak trochę zjemy, co?
Dopiero wtedy dotarł do niej jego komplement. Ładnie wyglądasz. Rei odruchowo poprawiła sukienkę przy dekolcie, chociaż nie było absolutnie nic do poprawiania. Poczuła ciepło przy policzkach i szybko odwróciła wzrok w stronę szyby.
— Dzięki — odpowiedziała po chwili. — Ty też wyglądasz dobrze.
Uśmiechnęła się lekko. Może Declan miał rację i nie musiała obchodzić się z nim jak z jajkiem czy pilnować, żeby przypadkiem nie powiedzieć czegoś niewłaściwego. Może wystarczyło po prostu być obok.
Jakiś czas później samochód zatrzymał przed niewielką, wąską knajpką, która wyglądała tak, jakby od kilkudziesięciu lat uparcie odmawiała dostosowania się do współczesnych standardów. Wysokie szyby wychodziły prosto na ulicę, przez które było widać czerwone kanapy ustawione wzdłuż ścian, chromowane stoliki i czarno-białą podłogę w szachownicę.
Usuń— Okej. To wygląda obiecująco — stwierdziła, odpinając pas i chwytając za laskę. Wyszła z auta i spojrzała w stronę Declana, aby posłać mu podekscytowany uśmiech. Zaraz potem zrobiła zdjęcia szyldu i knajpy, chcąc później podzielić się tą fotografią z bliskimi. — Wchodzimy?
W środku pachniało kawą, tostami, smażonym bekonem i czymś słodkim. Nad barem wisiały stare zdjęcia Nowego Jorku, a za ladą kręciła się kelnerka w klasycznym uniformie, która wyglądała, jakby potrafiła przynieść śniadanie, zanim człowiek zdążył je zamówić.
— Dzień dobry. — Rei uśmiechnęła się miło, rozglądając się wokół.
— Dzień dobry! Dwie osoby? — zapytała kelnerka, sięgając po dwa menu, a potem skinęła głową i wskazała im stolik przy oknie, wciśnięty w jedną z czerwonych kanap. — Proszę bardzo. Usiądźcie sobie tutaj. Przy oknie będzie wam wygodnie. Za chwilę do was wrócę.
Rei podziękowała cicho i ruszyła w stronę stolika, opierając dłoń o laskę. Czerwone obicie kanapy wyglądało absurdalnie wygodnie, a szachownica pod stopami sprawiała, że przez chwilę miała wrażenie, jakby przypadkiem weszła do starego amerykańskiego filmu.
— Podoba mi się — stwierdziła, a potem pochyliła się nad stołem w stronę Declana. — Czuję się jak w jakimś starym filmie.
Rei Bothwell 🥓🍳
Mattie wiedziała jedno, jeśli dzisiejszą noc spędzi równie satysfakcjonująco, co jej początek, na pewno nie będzie chciała tak łatwo wypuścić go ze swojego życia, a wszystko wskazywało na to, że Declan bardzo dobrze wiedział co robi. Podobało jej się to, że pozwalał się prowadzić, a jednocześnie dawał dużo od siebie. Była to wyjątkowo łatwa i zajebiscie przyjemna wymiana, które nie należała do często spotykanych. I Tilly naprawdę to doceniała. A ponieważ tak było, tego co dobre, nie chciała się pozbywać. Pytanie tylko czy i Declana interesowała tego typu, czysto fizyczna znajomość na dłuższą metę?
OdpowiedzUsuńChoć fakt posiadania wspólnych znajomych nieco komplikował sytuację, Tilly nie miałaby najmniejszego problemu, by przyznać się do niej otwarcie zarówno Tammy, jak i reszcie muzyków, gdyby było to potrzebne. Pytanie to ze strony przyjaciółki z resztą i tak padnie pewnie szybciej, niż później, a ona nie zamierzała niczego ukrywać. Zwłaszcza, że to co mogła powiedzieć, to że z Declanem było… Dobrze. Kurewsko, zajebiście, dobrze. Póki jednak nikt nie zadawał pytań, nie warto było wchodzić w szczegóły.
Wprawdzie prawie nic o nim nie wiedziała, ale to było nawet lepsze, na pewno bezpieczniejsze i łatwiejsze w celu utrzymania niezobowiązującej relacji. Poza tym, Declan zwyczajnie podobał się jej czysto fizycznie, a z każdą chwilą, ten aspekt jego osoby w zasadzie urzekał ją coraz mocniej. Do woli mogła w końcu wodzić palcami po wyrzeźbionym męskim ciele, ściskając i łapiąc za co tylko miała ochotę. A choć nie należał do szczególnie wygadanych, czasem unosząc się o byle co, chciała dowiedzieć się o nim nieco więcej. Było w nim coś intrygującego, dzikiego, co Mattie chciała zgłębić, a przede wszystkim w końcu usłyszeć, jak to jest trudnić się fachem, gdzie zabójstwo ludzi, jakkolwiek celowe lub nie, jest na porządku dziennym.
— Naprawdę? — zdziwiła się wesołym głosem słysząc komentarz na temat jego wieku, co generalnie było bardzo dobrą informacją, ale nie miała pojęcia ile może mieć lat. Zakładała, że jednak jest od niej młodszy. Tymczasem wykazywał o wiele więcej cierpliwości i zaangażowania, niż mogłaby przypuszczać, co było cholernie przyjemne. Zdecydowanie wiedział co robi i jak powinien to robić.
Na początku tylko cicho jęknęła, za moment uderzając mocniej otwartą dłonią w blat, gdy poczuła jego palec w sobie. Cholera, zdecydowanie czasami był za dobry. Nabrała więcej powietrza, wiedząc, że długo już nie wytrzyma jego pieszczot, a nic nie zapowiadało tego, by chciał jej szybko ustąpić, co było okrutnie przyjemne i frustrujące zarazem. Chciała być pobudzona, ale nie zdewastowana, jeszcze nie, mimo to nie miała zamiaru narzekać. Poddawała się jego działaniom z rozkoszą, wydając z siebie pojedyncze, głośniejsze jęki i sapnięcia, ponownie opadając na blacie, gdy fala przyjemności zalewała jej ciało, a także i na pewno wargi Declana.
Zamruczała rozkosznie, gdy ją pocałował, a ona mogła poczuć to co z nią zrobił i jak słodko dzisiaj smakowała. Strasznie lubiła ten stan, te wilgotne usta i pół twarzy, które wspaniale było scałowywać i kosztować. Tym razem było to docenienie jego ciężkiej i bez wątpienia wspaniałej pracy.
Na koniec wzięła do ust jego palec, który jeszcze przed chwilą był w niej, by powoli zlizać, niechętnie wypuszczając spomiędzy warg. Coś, co chętnie zrobiłaby z jego inną częścią ciała, jak dalej będzie grzeczny.
— Klapsy to nie bicie. Są mile widziane. — wydusiła z siebie, z trudem łapiąc powietrze po jego namiętnych pocałunkach i wykorzystując tą krótką chwilę na odpoczynek i regenerację. Dalej czuła, a raczej nie czuła dobrze swoich nóg, które wydawały się obcym ciałem, które przy najmniejszej próbie poruszenia nimi drżały jak po przebiegnięciu maratonu. Miała teraz jednak możliwie najlepszy widok, by w półmroku móc podziwiać jego przystojne, nagie ciało.
— Zostańmy tu jeszcze trochę. Będę mogła potem wspominać co nieco przy gotowaniu… — odpowiedziała z lekkim uśmiechem, już teraz lubiąc myśleć o tym co dopiero zrobił, a przecież ledwo zaczynali zabawę. Zdecydowanie będzie o czym myśleć po całym zbliżeniu! Przyjemnie będzie wspominać te chwile, gdy przyjdzie jej gotować sobie coś do pracy.
UsuńObjęła go nogami w biodrach, już na tym etapie czując jak jego talerze biodrowe wbijają się w jej delikatną skórę ud, a po których na pewno będzie miała dzisiaj siniaki, co również będzie stanowić przyjemne i seksowne wspomnienie po nim.
— Potem, jak jesteś taki silny, Panie żołnierzu, możesz mnie wziąć na ścianie. — wskazała ręką na pobliski kawałek bariery, która oddzielała kuchnię od skromnego przedpokoju, w którym w nieładzie walały się ich rzeczy.
Tilly jednak nie miała w sobie tyle cierpliwości co Declan. Zwinne palce szybko dosięgły jego naprężonego członka, którego naprowadziła tak, by mógł się znaleźć po chwili w niej, na co zareagowała westchnięciem z wyraźną ulgą, czekając na ten moment z takim upragnieniem.
— Mocno i głęboko. — poinstruowała go, pomagając nogami i ruchem bioder znaleźć im tak pożądany przez nią rytm, wiedząc już, że Declan jest pojętny i szybki w nauce sprawiania jej przyjemności. Z uśmiechem satysfakcji i drobnymi westchnięciami reagowała na chwile, gdy jego ruchy stawały się wyraźniejsze i mocniejsze, tak jak tego chciała. Jej palce mogły teraz do woli subtelnie wędrować po jego plecach, paznokciami drażniąc momentami jego skórę, a przy jego mocniejszym pchnięciu, wbić się nawet w nią wcale nie delikatnie.
Gdy jednak ruchy Declana zaczęły niebezpiecznie przyspieszać, a ona czuła, że robi się coraz bardziej przyjemnie, odepchnęła go mocno od siebie, zaskakując zwinnie z blatu, by następnie odwrócić się do niego tyłem. Zakręcając włosy na jedynym palcu w coś na kształt ruloniku, znalazła drugą ręką jego dłoń, wręczając mu w posiadanie ten osobliwy kucyk. Następnie wypięła w jego stronę swoje drobne, choć umięśnione pośladki, mając nadzieję, że tak jak do tej pory, zrozumie ją doskonale i weźmie od tyłu. Jeśli nie, sama naprowadzi go ponownie na wilgotne i pulsujące z niecierpliwości miejsce jej ciała. Każda chwila, gdy nie czuła jego naprężonego członka w sobie, wydawała się wiecznością, która była strasznie irytująca.
— Pamiętasz, jak masz to robić? — odwróciła w jego stronę głowę z zaczepnym uśmiechem, którego prowokacyjność była wyczuwalna nawet w jej głosie. Poczuła tym samym, jak trzymane przez niego jej włosy, delikatnie pociągają za skórę głowy.
Chciała go podjudzać, chciała by pragnął jej jeszcze bardziej, do tego stopnia, że nie byłby w stanie się jej oprzeć. Marzyła o tej dzikości, która miała ich połączyć w zwyczajnie cielesnym akcie. Chciała zobaczyć i poczuć ten szał w jego wzroku i działaniach, o chwili gdy niewątpliwa przyjemność, będzie tak doskonałym odczuciem, mieszającym się z czymś na pograniczu bólu. Chciała żeby ją dzisiaj zniszczył. I chyba chciała też żeby robił to o wiele częściej.
— Możesz drugi raz pokazać, jak zwinne masz palce. Ale tym razem użyj dwóch. — poprosiła w rozkosznym uniesieniu do którego ją doprowadzał.
Jeśli miały być kolejne noce, zdecydowanie nie powinni ograniczać się wtedy do jej mieszkania. Doyle też gdzieś mieszkał, a i obiecany skwerek wciąż kusił swoim niebezpieczeństwem i niepoprawnością. A ona chciała z nim robić dużo, bardzo złych rzeczy.
niecierpliwa i spragniona Tilly