Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

13/09/2026

[KP] Are you such a dreamer to put the world to rights?

Declan "Didi" Doyle
13 listopada 1994 rok Nowojorczyk z urodzenia, nie wiadomo kto z pochodzenia, Irlandczyk z wychowania starszy brat, a kiedyś syn kiedyś prawny opiekun siostry, dzisiaj przyjaciel żołnierz w okresie przejściowym - zakaz wyjazdu na misje US Army Corps of Engineers wieczorowy student NYU na kierunku cyberbezpieczeństwa Queens

Uważnie patrzy, zanim zrobi cokolwiek więcej, jakby przez lata nauczył się, że najpierw należy sprawdzić, co dzieje się dookoła, dopiero później zdecydować, czy można sobie pozwolić na reakcję. Spokojny nie z natury, lecz z przyzwyczajenia, czujny nie dlatego, że wszędzie spodziewa się niebezpieczeństwa, ale dlatego, że armia skutecznie nauczyła go nie lekceważyć nawet tego, co na pierwszy rzut oka wydaje się zwyczajne. Z chłopca, który szerokim uśmiechem odpowiadał na każdy przejaw zainteresowania, zostało niewiele; może tylko to, że wciąż potrafi śmiać się z cudzych żartów, choć własne zachowuje dla siebie, jakby nie miał już potrzeby być tym, który rozładowuje napięcie i przyciąga uwagę. Nie stracił poczucia humoru, stracił raczej beztroskę potrzebną, by bez zastanowienia się nim dzielić.

Nie jest człowiekiem milczącym dla samego bycia cicho. Zwyczajnie waży słowa, zanim pozwoli im opuścić usta, a myśli poprzedzają dźwięk o chwilę dłużej. Nie mówi po to, by zapełnić ciszę i nie czuje potrzeby udowadniania własnej racji głośniejszym głosem, ostrzejszym tonem. Twardo stąpa po ziemi, może nawet zbyt mocno, jakby każdą grudę najpierw sprawdzał pod kątem tego, czy ma szansę wytrzymać zderzenie z rzeczywistością. Nie oznacza to jednak chłodu. Potrafi być uprzejmy, pomocny i zwyczajnie dobry, tylko jego dobroć nie jest szczególnie widowiskowa – częściej objawia się tym, że pamięta, co ktoś powiedział kilka tygodni wcześniej, niż tym, że znajdzie dla tego kogoś odpowiednio wzniosłe słowa.

Zbyt dobrze zna ludzi, by patrzeć wyłącznie na to, co mówią. Zwraca uwagę na drobiazgi: zmianę tonu głosu, dłuższą pauzę, sposób, w jaki ktoś odkłada szklankę, nagłe wycofanie się z rozmowy albo przeciwnie – nadmierną energię, która pojawia się bez wyraźnego powodu. Choroba siostry nauczyła go tego jeszcze zanim wojsko zrobiło z obserwowania nawyk. Przy Carze nauczył się wychwytywać najmniejsze zmiany nastroju i samopoczucia, ponieważ czasami różnica pomiędzy zwyczajnym zmęczeniem a czymś, co wymaga natychmiastowej reakcji, mieściła się w kilkunastu oddechach. Później wojsko tylko wyostrzyło tę umiejętność, odbierając jej niewinność i nadając zupełnie nowy cel. Dzisiaj rejestruje ludzi niemal odruchowo, nie zawsze nawet zdając sobie z tego sprawę.

Nie szuka konfliktów, ale też przed nimi nie ucieka. Ma w sobie cierpliwość człowieka, który nauczył się znosić znacznie więcej, niż powinien, i upór kogoś, kto zbyt wcześnie zrozumiał, że nie wszystko można naprawić, ale niemal zawsze można próbować. Nie romantyzuje własnych doświadczeń, nie opowiada o wojsku jak o przygodzie i nie potrzebuje, by ktoś podziwiał to, co przeżył. Jeżeli już mówi, robi to konkretnie, bez ozdobników, pozostawiając innym miejsce na własne wyobrażenia. Nie lubi, gdy robi się z niego bohatera, bo sam pamięta przede wszystkim te momenty, w których bohaterem nie czuł się ani trochę.

Najłatwiej dostrzec w nim człowieka odpowiedzialnego, czasami aż przesadnie. Tego, który przyjdzie pierwszy i wyjdzie ostatni, upewni się, że każdy dotarł bezpiecznie do domu, zapamięta numer telefonu i sprawdzi dwa razy, czy drzwi zostały zamknięte. Nie dlatego, że uważa innych za nieporadnych, ale dlatego, że zbyt wcześnie przyzwyczaił się do świadomości, iż wystarczy jeden telefon, jedna noc i jedno zdarzenie, żeby całe dotychczasowe życie rozsypało się bez pytania o zgodę. Odpowiedzialność stała się więc jego drugą skórą, a czujność czymś więcej niż wojskowym nawykiem. Mimo wszystko, jakaś dawna część tego co utracił w wyniku dorastania w rytm marszu w Es-dur, wystaje spod kartki skóry narzuconej przez wojsko. Nie gryzie, bo woli pożreć w całości.

Declan "Didi" Doyle

Przyszedł na świat w chłodną, listopadową noc, swoim krzykiem konkurując z ratującymi życie matki, lekarzami. W dniu narodzin nie miał jednak zostać sierotą, a dzieckiem dziecka, bo przecież tym właśnie była ta, która wydała go na świat, ale nigdy nie przytuliła do piersi. Adoptowany w pierwszych miesiącach życia, krzykiem zaczął rozdzierać idylliczne przedmieścia Nowego Jorku, gdzie płoty do kolona wyznaczały granice działek, chroniąc jedynie długość trawnika w ich obrębie.

Para która go adoptowała dała mu na imię Declan, bo gdy nie zajmował się krzykiem, to posyłał wszystkim szerokie, bezzębne uśmiechy i pewnie robiłby to nadal, gdyby nie to, że z miękkich dziąseł wyszły zęby, które częściej zaciska niż pokazuje.

Był psotnym, ciekawym świata dzieckiem z apetytem na naukę i ruch, aż do utraty tchu. Uczył się dobrze, słuchał mamy i taty stając się po czasie tym, przez którego w ich domu pojawiła się druga istota, której zdawało się, że nikt nie chciał. Cara, bo miała być jego przyjaciółką i tak się stało, gdy pierwszy raz dostał ją w ramiona jako podrostek i za główny cel ustanowił sobie chronić ją od wszelkiego cierpienia i zła. Przez kilka lat szło mu to dobrze, aż do ciepłej, sierpniowej nocy, kiedy na imprezie u kolegi dostał telefon, który zmienił jego życie.

Państwo Doyle zginęli w wypadku. Dom, który zbudowali z dwójką małych nieszczęść, zmieniając je w chodzące radości, zachwiał się w posadach, a Declan musiał dorosnąć w jedną noc.

Z młodego dorosłego, który miał przed sobą całe życie, został ojcem bez matki u boku – prawnym opiekunem dla siostry, którą, aby móc utrzymać i zagwarantować ubezpieczenie medyczne, zmuszony był i tak zostawić pod opieką babci. Stał się mistrzem papierowej gimnastyki, gdy wizja nieleczonej cukrzycy pojawiła się na horyzoncie, a wojskowy kontrakt zmusił do wyjazdu. Najpierw do Missouri na szkolenie, później na chwilę do Kosowa, gdzie przyjemny spokój pozwolił myśleć, że cała służba może mu tak minąć. W Somali przestał się łudzić, ale nie zrezygnował – tylko słabi rezygnują, a Cara wciąż nie miała dwudziestu jeden lat. Gdzieś między Kosowem a jedną z baz wojskowych w Afryce zaczął zapominać, jak to jest żyć normalnie. Młody umysł szybko wchłonął wojskową rutynę, odnajdując w niej sens, cel i bezpieczeństwo w niebezpieczeństwie. Uzależnienie od adrenaliny. W Syrii zaczął zapominać o normalności.

Fort Leonard Wood w Missouri, Kosowo, Somalia. Później Syria. I wypadek, który w swoim tragizmie stał się przepustką do wolności, której wcale nie chciał, bo ucieczka od rzeczywistości była łatwiejsza.

Declan "Didi" Doyle
♣
Odautorsko
Witam serdecznie, w tytule ukochane Radiohead. Pozdrawiam ciepło i zapraszam do siebie.

Poniższe wpisy mogą zawierać treści przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.

23 komentarze:

  1. [Ciężary, ciężary, jak my lubimy wciskać naszym postaciom takie problemy na promocji, dwa cierpienia w cenie jednego, czy coś 😅 Ciekawie bardzo się tu u was zapowiada! Doświadczenia z frontu to duży bagaż do dźwigania, więc mam nadzieję, że nie planujesz dorzucać mu tam dodatkowych kamieni. Niech teraz chłopak troszkę nacieszy się życiem, dobrze? 😂 Baw się świetnie z kolejną postacią, niech wena nigdy Cię nie opuszcza! 🧡]

    Brant Dawson
    & Tanner Morgan

    OdpowiedzUsuń
  2. [Same przystojne mordki na tym blogu ostatnio… 🤤 ale, ale! Wygląd to nie wszystko, a Declan wydaje się kimś, kto przeżył wystarczająco dużo, że aż ma się ochotę powiedzieć, żeby po prostu usiadł i odetchnął.
    Cudownie czytało mi się treść całej karty, choć sama historia wcale tak cudowna nie jest…
    Nie gryzie, bo woli pożreć w całości – jeśli rzucić w niego czekoladą, to czy istnieje szansa na negocjacje, czy pożarcie to jedyna opcja? 🤔😂 Trzeba to sprawdzić!
    Baw się wspaniale na bloszku z kolejną postacią, bo każda kolejna zachwyca jeszcze bardziej! ❤️]

    Rei Bothwell 🧚‍♀️✨

    OdpowiedzUsuń
  3. [Jesus! Chwilę człowieka nie ma, a tu tyle zmian i nowych postaci, nie idzie nadrobić! Niemniej gorąco witamy z nowym panem, który jest wręcz uroczy i taki w sam raz do ukochania (przynajmniej przeze mnie ;>) i życzymy z nim wielu fascynujących wątków, bo jest w czym rzeźbić. Obie z Tilly zazdrościmy mu tylu miejsc w których przyszło mu być, choć w skrajnie niesprzyjającym czasie.
    Najpierw muszę wyjść z zaległości i posłać nasze panie w melanż, ale w razie chęci zawsze też coś jeszcze spróbujemy udźwignąć, gdybyś miała ochotę :)
    Weny, pomysłów i fajnych wątków z Declanem Ci życzymy <3]

    Mathilde Stevenson

    OdpowiedzUsuń
  4. [Cześć! Jaki on przystojny! :D
    Więcej mundurowych, więcej! Panny będą ustawiać się sznurem w kolejce do nich.
    Miło widzieć, że wena wam wszystkim dopisuje, a Ciebie to bym chętnie porwała na wątek w każdej konfiguracji, więc jak tylko żyćko się uspokoi, to możemy coś rozpisac, a teraz już zaczać myśleć. A jak. ♥ Wiesz, gdzie mnie szukasz.
    Baw się dobrze z nową postacią. ♥]

    Andrea Wilson, Debbie Grayson & Evan Roth

    OdpowiedzUsuń
  5. [Dzień dobry, witam Cię serdecznie z kolejną postacią ☺️ My to nie potrafimy dać spokojnego, bezproblemowego życia tym naszym postaciom, prawda? Declan pod pewnymi względami wydaje mi się być podobny do mojego Iana, więc wiem, o czym piszę 😉 Charakterki z ta ich powściągliwością, to oni mają raczej trudne, ale skoro w przypadku Iana znalazł się ktoś, komu to nie przeszkadza, a wręcz odpowiada, to mam nadzieję, że w przypadku Declana będzie dokładnie tak samo ☺️
    Udanej zabawy z nową postacią i mnóstwa czasu na pisanie 🧡]

    IAN HUNT & MAXINE RILEY

    OdpowiedzUsuń
  6. Kolejka do stolika nie kończyła się od prawie godziny. Rei była o tym przekonana, bo co jakiś czas podnosiła wzrok, uśmiechała się do kolejnej osoby, słuchała drżących słów, pytań i pochwał. Ludzie podchodzili do niej z egzemplarzami Soli w koronie, z tomami Królestwa rzeczy utraconych, z zakładkami, notesami, czasem z telefonem trzymanym przy piersi. Nad stolikiem wisiał niewielki baner: Lynn R. Well / Reilynn Bothwell – spotkanie autorskie i podpisywanie książek. To było nieco… dziwne. Przez lata Lynn R. Well była tarczą. Kimś bez choroby, bez protezy, bez blizn, bez tych wszystkich rzeczy, które czasem paraliżowały Rei. Bothwell była bardziej skomplikowana. Miała gorsze noce, tendencję do mówienia rzeczy, których potem żałowała o drugiej nad ranem, i zamiłowanie to katastrof, a teraz siedziała tu jako obie w jednej osobie. Rei była ubrana w czarną sukienkę z miękkiego materiału, która miała długie rękawy i sięgała kostek – do kreacji założyła wygodne półbuty, które pasowały do wszystkiego. Tak naprawdę jednak Bothwell nie wyróżniała się dzisiaj niczym szczególnym, bo wybrała wygodę.
    — Dla kogo podpis? — zapytała, unosząc długopis.
    — Dla Agnes — odpowiedziała dziewczyna, może dziewiętnastoletnia, z oczami mokrymi od emocji.
    Rei kiwnęła głową, otworzyła książkę na stronie tytułowej i napisała: Dla Agnes – obyś zawsze znajdowała drogę, nawet jeśli mapa nie wskazuje konkretnego miejsca. Lynn R. Well / Reilynn Bothwell. Kiedy podała tom dziewczynie, ta przycisnęła lekturę do siebie tak mocno, jakby Rei wręczyła jej coś bezcennego.
    — Dziękuję — powiedziała.
    Całe wydarzenie wydawało się nieco monotonne: kolejna osoba, kolejny egzemplarz, kolejne imię i kolejne serce podane jej na chwilę razem z książką, ale Rei cieszyła się, że mogła tutaj być. Po publicznym wywiadzie wszystko zmieniło się szybciej, niż przewidywała. Internet przez trzy dni zachowywał się jak stado smoków po cukrze. Komentarze, artykuły, fragmenty live’a pocięte na krótkie filmiki, ludzie piszący: czekałam na to, wiedziałam, to ona. Były też gorsze rzeczy, oczywiście, bo Internet bez okrucieństwa nie mógłby istnieć.
    — Dla kogo? — zapytała następnego czytelnika.
    — Dla Olivii.
    Podpisała się i oddała książkę, uśmiechając się lekko. Po dwóch godzinach czuła już zmęczenie i ból w plecach, a palce nieco już drętwiały. To był pierwszy raz, kiedy zorganizowała spotkanie autorskie – do tej pory odmawiała pokazywania się i sprzedawała podpisane egzemplarze książek przez stronę internetową. Teraz jednak chciała zrobić to inaczej. I w całym tym amoku była jednocześnie przerażona i… szczęśliwa. Ludzie przyszli tutaj dla niej, podchodzili, nawiązywali rozmowę, opowiadali o książkach i bohaterach, których stworzyła. Chyba nie zdawała sobie sprawy z tego, że jej historie żyły gdzieś poza tym, co wykreowała, że stawały się częścią czegoś większego.
    Tłum przesuwał się wolno, większość rozmawiała półgłosem, trzymając swoje egzemplarze książek – Rei poczuła nagłe, ostre wzruszenie. To naprawdę się działo, naprawdę była tutaj jako pisarka, po tym, jak ujawniła, że jest Lynn R. Well, po tym, jak pokazała twarz i pozwoliła, żeby pseudonim przestał ją zasłaniać. Bała się, że od tej chwili wszystko będzie czytane przez pryzmat jej choroby. Że każda rana w jej książkach stanie się medyczną metaforą, każda bohaterka jej autoportretem, każdy happy end prośbą, której nie umiała wypowiedzieć na głos. Bała się, że ludzie przestaną widzieć opowieść, a zaczną dostrzegać tylko biedną dziewczynę… ale tak się nie stało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na stoliku stała butelka wody, kubek herbaty, której nie zdążyła wypić, i mały talerzyk z ciastkami, które ktoś z wydawnictwa położył obok niej. Rei zjadła jedno ciastko w przerwie między podpisami, choć pewnie gdyby nie praca, słodycze zniknęłyby bardzo szybko.
      — Jeszcze kilka osób i robimy krótką przerwę — szepnęła Marianne, jej wydawczyni, pochylając się do niej.
      Rei skinęła głową, a potem podniosła wzrok do następnej osoby. Mężczyzna stojący naprzeciwko był olbrzymem. To była pierwsza rzecz, którą zarejestrowała, bo musiała unieść głowę trochę bardziej niż wcześniej. Nie minęła jednak chwila, gdy coś w jej głowie kliknęło. Zamarła z długopisem w ręku. O nie. Nie, nie, nie. To był on, to musiał być on! Powinna coś powiedzieć. Była przecież profesjonalistką, autorką na spotkaniu autorskim. Osobą publiczną, do pewnego stopnia, choć nadal brzmiało to dla niej dość abstrakcyjnie. Miała podpisywać książki, uśmiechać się i zadawać pytania o dedykację, a nie czuć, że właśnie traciła grunt pod stopami.
      — O nie — powiedziała. Świetnie, bardzo profesjonalnie. Poczuła, że jej policzki robią się cieplejsze. Nie tak bardzo jak dawniej, kiedy każde zawstydzenie było natychmiastową katastrofą, ale wystarczająco, żeby wywołać w niej irytację. Naprawdę? Teraz? Po dwóch godzinach rozmów z czytelnikami, po ujawnieniu się światu jako Lynn R. Well, po przeżyciu setek komentarzy w Internecie, jej organizm uznał, że największym zagrożeniem jest żołnierz, którego spotkała w szpitalu i z którym wymieniała się listami przez jakiś czas?
      — To znaczy… — zaczęła od razu, bo oczywiście musiała zacząć sprzątać bałagan, który uciekł z jej ust. — To nie było nic osobistego. Po prostu… nie spodziewałam się pana tutaj. W sensie… oczywiście, że teoretycznie mógł pan przyjść, bo to otwarte wydarzanie, każdy mógł się tutaj zjawić, ale… wrócił pan.
      Wrócił z miejsca, o którym nie mógł jej nic powiedzieć, a o które Rei nigdy nie zapytała. Listy, które wymienili między sobą, były krótkie; Bothwell pisała o tym, co działo się w Nowym Jorku, jak idzie jej tworzenie historii, rzucała żartami, choć była pewna, że nie były one tak śmieszne, gdy się je czytało samemu. Rei postrzegała tę przyjaźń jako coś dziwnego, trochę przypadkowego i zaskakująco bezpiecznego. Nie było w niej wielkich deklaracji. I całe szczęście. Rei nie ufała wielkim deklaracjom, bo zwykle brzmiały dobrze tylko w książkach, a w życiu miały tendencję do psucia się w rękach. Dlatego kiedy zobaczyła go teraz przed swoim stolikiem, nie poczuła, że świat się zatrzymał – był za to spokój, zaskoczenie, ulga oraz ta szczególna, ludzka radość, gdy spotykało się kogoś, kogo dawno się nie widziało.

      Rei Bothwell ✍️📚

      Usuń
  7. Nie miała pojęcia, czy jest zadowolona, była raczej zaskoczona i w ogóle nie spodziewała się, że żołnierz poznany w szpitalu stanie naprzeciwko niej i to podczas podpisywania książek. Nie czuła się tym przytłoczona, tak właściwie dobrze było wiedzieć, że wrócił, że był cały i że cisza z jego strony nie była spowodowana tym, że coś się stało. Nie był jej oczywiście winny kolejnych listów, choć gdy te przestały przychodzić, Rei poczuła się z tym dziwnie i długo zastanawiała się, czy powinna może napisać coś innego, zapytać, czy wszystko w porządku, ale zdała sobie sprawę z tego, że to może być różnie odebrane, a ona nie chciała, żeby Declan pomyślał, że się narzuca.
    — Przepraszam. — Zaśmiała się nieco nerwowo. — Po prostu… nie spodziewałam się ciebie tutaj… znaczy się, to nie tak, że się nie cieszę, jestem po prostu zaskoczona.
    Przyjęła od niego książkę, pogłaskała palcami stronę, gdzie miała się podpisać, i potrząsnęła głową.
    — Nie, nie zastarzałeś się, wglądasz dobrze — rzuciła luźno, może trochę zbyt luźno, bo raczej nie wypadało jej komplementować faceta tak otwarcie, ale trudno, już tego nie cofnie, a jej twarz chyba nie zacznie płonąć. — Nie mówię tego w żaden dziwny sposób — zaczęła natychmiast, bo oczywiście musiała pogorszyć sprawę. — Po prostu stwierdzam fakt…
    Zamilkła, zacisnęła usta w wąską linię i wydusiła z siebie:
    — Boże, przepraszam, to… — Pochyliła głowę nad książką, żeby ukryć własne rozbawienie i zakłopotanie jednocześnie. Palcami jeszcze raz przesunęła po stronie, a potem parsknęła cicho. — „Panią”? — powtórzyła, unosząc brew. — Czyli najpierw protestujesz przeciwko mojemu „panu”, a potem sam wyciągasz „panią” jak broń? Hipokryzja w czarnym T-shircie!
    Posłała mężczyźnie wesoły uśmiech, który sprawił, że jej nos lekko się zmarszczył.
    — Dla Declana, tak? — zapytała, chociaż przecież wiedziała, że tak. Jednak dopiero, gdy kiwnął głową, zaczęła pisać: Dla Declana – czasem wszystko zaczyna się od jednego spotkania i pierwszego listu. Obyś zawsze znalazł coś, co będzie w stanie zająć Twoją głowę. Napisała to szczerze i miękko, doskonale pamiętając, co mu powiedziała wtedy w szpitalu. Declan nie mógł wyznać, gdzie wyjeżdża, a ona poradziła mu, aby wziął ze sobą książkę – którą, jak się przyznał w liście, zabrał. Ostatecznie podpisała się: Reilynn Bothwell / Lynn R. Well. Przez sekundę patrzyła na oba nazwiska obok siebie. Nadal wyglądały dziwnie, niemal jak dwie wersje tej samej osoby, które dopiero uczyły się koegzystować. Ale dziś ten podpis miał sens. Szpitalna Rei, Lynn R. Well, Reilynn Bothwell – wszystkie mieściły się na jednej stronie. Oddała mu książkę z uśmiechem.
    — Hmmm, w przyszłym tygodniu moja dostępność jest bytem niepewnym — powiedziała, posyłając mężczyźnie krótkie spojrzenie. — Zarządzają nią aktualnie wydawnictwo, lekarze, kot i badania.
    Zerknęła w bok. Kolejka była już wyraźnie krótsza, zostało tylko kilka osób, a Marianne krążyła obok, informując o końcu spotkania autorskiego.
    — Ale właściwie — powiedziała, zanim jej zdrowy rozsądek zdążył wnieść sprzeciw — zaraz kończę podpisywanie. To znaczy nie zaraz-zaraz, bo jeszcze kilka osób czeka i nie mogę ich porzucić jak bohaterów drugiego tomu w połowie oblężenia. Ale kawa może być dzisiaj. I ciastko też. Właściwie ciastko powinno być obowiązkowe.
    Uśmiechnęła się lekko, tym razem mniej nerwowo. Oczywiście mógł odmówić, mieć inne ważne rzeczy lub wymyślić cokolwiek innego, jeśli nie chciał spędzić z nią popołudnia.
    — O ile oczywiście nie masz planów — dodała szybko. — Tylko uprzedzam, że jeśli wybierzesz ciastko z rodzynkami, nasza znajomość skończy się bardzo szybko.
    Trochę sobie żartowała, a trochę nie, po prostu nie lubiła rodzynek w słodkościach. Zerknęła jeszcze raz w stronę czekających czytelników, a potem pochyliła się nieco.
    — Poczekasz? — zapytała ciszej. — No wiesz, jeśli już przeszedłeś przez całą operację zaskoczenia mnie, głupio byłoby odpaść przed etapem kawy i ciastka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A potem wróciła do podpisów, co okazało się trudniejsze, niż powinno. Nie dlatego, że nie lubiła czytelników. Lubiła. Naprawdę. Każda kolejna osoba, która podchodziła z książką i z wypiekami przy twarzy, robiła z jej sercem coś, co powinno być karalne. Ale teraz, kiedy Declan stał gdzieś z boku, poza kolejką, oparty pewnie o ścianę albo regał, Rei nie patrzyła, absolutnie nie patrzyła, poza tymi trzema razy, które się nie liczyły, rozpraszała się jego obecnością.
      Kilkadziesiąt minut później Marianne pojawiła się obok z tym swoim profesjonalnym uśmiechem, który oznaczał koniec kolejki i spotkania autorskiego. Porozmawiały chwilę, zrobiły ostatnie zdjęcia, a kiedy Rei podniosła się z krzesła, poczuła, jak bardzo jest zmęczona. Chwyciła jednak laskę, poprawiła sukienkę i przez moment stała przy stoliku, zbierając się do ruchu. Złapała za swoją torbę, wzięła głębszy oddech i ruszyła wolno w stronę Declana, który na nią czekał.
      — No dobrze — rzuciła. — Przetrwałeś etap czekania. — Uśmiechnęła się z rozbawieniem. — Idziemy? Niedaleko jest kawiarnia, w której serwują urocze desery, na przykład galaretkę w kształcie zwierzątek, ale kawę też podobno mają niezłą. Nie, żebym wybrała akurat to miejsce, bo chcę zobaczyć, jak jesz cute rzeczy.

      Reilynn Bothwell 🍰☕

      Usuń
  8. Owszem, nie miała problemu z opisywaniem kochanków, scen erotycznych, czasem dość wyuzdanych, ale swoją inspirację brała z filmów porno lub innych, a nie przeżywała to osobiście. Nie miała nawet okazji, żeby móc się zakochać, przeżyć swój pierwszy raz i wzdychać do faceta, który też byłby nią tak naprawdę zainteresowany. I to nie tak, że nie wiedziała, jak to jest pożądać kogoś albo lubić bardziej niż koleżeńsko, po prostu Rei miała dość trudny charakter i szybko się wycofywała, zasłaniała żartami i próbowała dbać zawsze o kogoś innego, a nie o siebie. To dlatego często rezygnowała z jakiejś relacji, bo nie chciała być ciężarem ani sprawiać nikomu kłopotów. Zresztą kto by chciał spotykać się z chorą dziewczyną, która nawet nie wie, czy dożyje swoich trzydziestych urodzin?
    Przez moment chciała powiedzieć, żeby się nie wygłupiał i że da sobie radę, więc nie musiał podawać jej ramienia. To był odruch, dokładnie ten odruch, który kazał jej odpowiadać „wszystko dobrze”, kiedy nie było dobrze, i udawać, że krzesło jest wystarczająco wygodne, nawet jeśli jej plecy zaczynały pisać testament. Ale ból w kręgosłupie i lekkie zmęczenie po dwóch godzinach podpisywania książek natychmiast zgłosiły sprzeciw. Poza tym to chyba nie było nic wielkiego, prawda? Nie oświadczyny pod ostrzałem, nie dramatyczna scena ratunkowa, po prostu praktyczność. Declan ustawił się tak, żeby mogła skorzystać z jego pomocy, ale nie tak, żeby musiała być za to wdzięczna przez resztę swojego życia. Dlatego skinęła delikatnie głową.
    — Dziękuję — powiedziała, wsuwając dłoń pod jego ramię ostrożniej, niż planowała, jakby obawiała się, że jej palce będą za ciężkie, choć przecież Rei była chudzielcem, którego Declan pewnie podniósłby jedną ręką. — Mhm, mogę coś wybrać, chociaż nie wiem, co lubisz właściwie jeść. — Zerknęła krótko w jego stronę. — Wolisz czekoladę czy coś owocowego? Albo kwaśnego?
    To były bardzo proste, niemal początkowe pytania, które zadawało się, żeby poznać lepiej drugą osobę. I choć Rei znała Declana w jakiś sposób, to w listach nigdy nie przyszło jej do głowy spytać, co właściwie lubił jeść. Zawsze były inne tematy do rozwinięcia, bo listy Rei zawsze miały co najmniej kilka stron i bywały ozdobione małymi rysunkami; jeden z nich przedstawiał Rei siedzącą przed biurkiem, a inny Declana, który był w mundurze. Robiła to, bo swoje listy pisała zazwyczaj partiami, aby napisać to, co chciała i niczego nie zapomnieć.
    Spojrzała w jego stronę, gdy wyznał, że wrócił do Nowego Jorku na dłuższy czas. To było… zaskakujące. Spodziewała się raczej, że przyszedł po to, aby się przywitać i że za tydzień będzie już gdzieś indziej. I znów nie będzie mógł powiedzieć, gdzie jedzie, a ona nie zapyta, bo wiedziała, że nie może nic zdradzić.
    — To… dobrze — odparła nieco niepewnie, próbując wybadać, czy faktycznie to dla niego w porządku. — Nowy Jork ma sporo fajnych miejscówek, no i, jak będziesz mieć czas, to możemy pójść do tych restauracji, o których pisałam w liście…
    Zawahała się, bo to zabrzmiało prawie zbyt swobodnie. Jakby zakładała, że będą się widywać, a przecież nie mogła być tego pewna. Może Declan miał dość napięty grafik i to spotkanie dzisiaj było jakąś lukę w jego harmonogramie.
    — W ten weekend będzie też event książkowo-artystyczny w Bryant Park — dodała. — Stoiska z niezależnymi wydawnictwami, ilustratorzy, jakieś miniwykłady, kawa i mnóstwo dobrego jedzenia. — Zerknęła w jego stronę z ukosa. — Nie mówię, że musisz iść, ale jeśli byś chciał się wybrać, to... no wiesz... możemy iść razem.
    Gdy zapytał o szpital i badania, Rei lekko zacisnęła usta w wąską linię. Nie dlatego, że pytanie było złe. Nie było. Właściwie było bardzo konkretne, ale trochę niewygodne.
    — Tisch Hospital — odpowiedziała po chwili, patrząc przed siebie. — Czemu pytasz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakiś czas później Rei zatrzymała się przed kawiarnią, o której wspominała. Miejscówka miała szyld w kształcie kota śpiącego w filiżance, a pod nim ręcznie wypisane menu na tablicy: Animal Jelly Garden – coffee, cakes & tiny edible creatures. W witrynie stały małe lampki w kształcie grzybów, ceramiczne lisy między doniczkami i rzędy deserów wyglądających tak, jakby ktoś postanowił połączyć cukiernię i bajkowy las. W przezroczystej chłodziarce połyskiwały galaretki w kształcie zwierzątek: przezroczyste króliczki z owocami w środku, małe żabki z kiwi, koty z mlecznej galaretki, niedźwiadki herbaciane i coś, co Rei uznała za pingwina, choć pingwin wyglądał, jakby dostał wylewu.
      Gdy pierwsza przekroczyła próg, nad drzwiami zadzwonił mały dzwoneczek, a zapach kawy, wanilii i czegoś owocowego natychmiast uderzył ją w twarz. Wnętrze było jeszcze bardziej absurdalne niż witryna. Na ścianach wisiały ilustracje leśnych zwierząt w ubrankach, przy barze stał wielki pluszowy królik z tabliczką please wait to be seated, a nad stolikami zwisały papierowe lampiony w kształcie księżyców i liści. Część krzeseł miała oparcia stylizowane na uszy królików. Na półkach siedziały ceramiczne wiewiórki, lisy i małe smoki.
      Zanim cokolwiek powiedziała, podeszła do nich dziewczyna z obsługi w jasnym fartuszku, z opaską z kocimi uszami na głowie i uśmiechem człowieka, który widział już wszystko: pierwsze randki, rodzinne kryzysy przy serniku i turystów robiących zdjęcia galaretkom.
      — Dzień dobry! Dla dwóch osób? — zapytała, a potem, bez cienia zawahania, wyciągnęła z koszyczka dwie opaski. Jedną z lisimi uszami, drugą z białymi króliczymi. — Dzisiaj do każdego stolika dokładamy uszka. Nie są obowiązkowe, ale pozwalają wczuć się w nastrój.
      Rei zerknęła w stronę żołnierza, który jej towarzyszył, chcąc zobaczyć jego reakcję, ale nawet nie pozwoliła Declanowi nic powiedzieć, bo złapała za lisie uszka i wyciągnęła się, żeby mu je założyć – musiał jej w tym trochę pomóc, bo nie sięgała, a potem ubrała te królicze.
      — To co, panie lisie, idziemy coś zjeść? — zagadnęła, uśmiechając się szeroko.
      Dziewczyna z obsługi zachichotała i poprowadziła ich do stolika przy ścianie, trochę z boku, gdzie można było usiąść bez wrażenia, że cały lokal uczestniczy w ich rozmowie. Rei opadła na krzesło z ulgą, której nie udało się całkiem ukryć. Zaraz potem zawinęła kosmyk włosów za ucho i sięgnęła po menu. Na jednej stronie były kawy, herbaty i czekolady. Na drugiej desery: sernik bez rodzynek, ciasto czekoladowe z malinami, matcha roll, tartaletki owocowe i cała sekcja zatytułowana Tiny Jelly Friends. Rei pochyliła się nad kartą z pełnym skupieniem.
      — Okeeej — odezwała się. — Mają królika z liczi, żabę z kiwi, kota z mlecznej galaretki, niedźwiedzia z herbaty brzoskwiniowej i pingwina kokosowego. — Zerknęła w stronę Declana. — Czeka nas poważna decyzja jedzeniowa — mruknęła, podsuwając menu tak, aby mężczyzna też zobaczył wszystkie pozycje. — Co byś chciał spróbować?

      Rei Bothwell 🐰

      Usuń
  9. — Ja… lubię wszystko, no, oprócz rodzynek w serniku — odparła, bo tak naprawdę Rei po prostu uwielbiała słodycze i mogłaby je jeść zamiast normalnych posiłków, tylko że była dorosła i musiała jakoś o siebie dbać, więc jej dieta składała się też ze zdrowszych produktów. Nie umiała jednak gotować, choć ostatnio zaczęła się starać, więc nie przypalała już naleśników. Jednak jej popisowym daniem i tak było spaghetti z sosem kupionym w markecie.
    Pokiwała głową, gdy uznał, że mogą iść i do restauracji, i na event w Bryant Park. Cóż, nie spodziewała się, że ot tak da jej twierdzącą odpowiedź, ale w sumie może i lepiej, bo gdyby jej odmówił, musiałaby przełknąć wstyd i to nie ten uroczy wstyd, który pojawiał się po tym, jak powiedziała o kilka słów za dużo, a ten, który sprawiał, że myślała o sobie jak o ostatniej kretynce.
    Posłała Declanowi krótkie spojrzenie, gdy wspomniał o swoich badaniach. Nie wyglądał jak ktoś chory, choć to oczywiście nic nie znaczyło, a Rei nie chciała oceniać kogoś po tym, czy przypominał chodzącego trupa, czy też nie.
    — W porządku — odpowiedziała krótko, bo niby co więcej miała powiedzieć? Skoro jej to proponował, to musiał być tego pewny i nie mówił o tym, żeby ją pocieszyć czy być bohaterem. Miał własne problemy i musiał odwiedzić Margaret Cochran.
    Kawiarnia zdecydowanie była kiczowata i pełna kolorów, ale miało to swój urok. Rei czuła się tak, jakby przeniosła się do innego świata, który trochę przypominał jej rzeczywistość wykreowaną przez jakąś cukierkową wróżkę.
    — Dzielę się jedzeniem — powiedziała i uśmiechnęła się. — Myślę, że to całkiem ekonomiczne, no i, można spróbować więcej rzeczy, więc… weźmy wszystko.
    Gdy wspomniał o cieście czekoladowym z malinami, pokiwała głową, jakby akceptowała i aprobowała jego wybór.
    — Skoro tak… to ja wezmę jeszcze lody bananowe z czekoladą — skwitowała. — Jesień tuż za rogiem, więc trzeba cieszyć się lodami, zanim każdy wejdzie w tryb jesieniary.
    Rei lubiła jesień, a przede wszystkim Halloween. Nie to amerykańskie, głośne i rozświetlone plastikowymi dyniami już od września, chociaż te również z czasem pokochała. Uwielbiała jednak tamtą jesień. Szkocką, mokrawą, chłodną, pachnącą mokrymi liśćmi i czymś starym. Miała czternaście lat, spędzając swoje ostatnie Halloween w Szkocji. Wieczór był zimny, a wiatr ciągnął od strony wzgórz tak, że wilgoć wchodziła pod rękawy i czepiała się karku, i że chodziła od domu do domu w kostiumie wielkiego pająka. To było przed tym wszystkim; przed szpitalem, chorobą, amputacją i przed Nowym Jorkiem, pseudonimem, przed dorosłością, która przyszła za wcześnie i bez pytania o zgodę. Wtedy miała czternaście lat i wierzyła jeszcze, że strach może być czymś fajnym, jeśli był wybierany świadomie. Że można założyć kostium pająka, udawać królową ponurych wrzosowisk, wrócić do domu z kieszeniami pełnymi cukru i nie mieć pojęcia, że za rok słowo „strach” będzie miało zupełnie inne znaczenie.
    — Tak sądzisz? — spytała, gdy wspomniał o uszach, a chwilę później mimowolnie dotknęła ozdoby. — Mhm, ogromny zaszczyt. — Przewróciła oczami z rozbawieniem i zmarszczyła nos. — Wiesz, może w tym roku nie będę musiała szukać przebrania i w Halloween po prostu zamienię się w królika? Tylko żeby było bardziej strasznie, to królik jadłby lisy, a nie lis królika. Odwrócenie łańcucha pokarmowego! Horror psychologiczno-przyrodniczy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Parsknęła śmiechem, wiedząc, że to, co mówiła, było absurdalne, ale Declan czytał już gorsze rzeczy jej autorstwa, więc raczej nie przejmowała się tym, co teraz wyszło z jej ust. Gdy kelnerka podeszła do stolika, Rei poprosiła zestaw zwierzaczkowych galaretek, wspominając przy tym o parze sztućców, a poza tym wzięła lody, o których wcześniej mówiła, i dużą kawę latte z bitą śmietaną.
      — Tak właściwie… — odezwała się, gdy dziewczyna z kocimi uszkami oddaliła się, aby przekazać zamówienie dalej. — Obchodzisz w ogóle Halloween? Ja w tamtym roku siedziałam z przyjaciółką w domu, ale w tym? Chyba chcę zaszaleć, no wiesz, przyznałam się światu, że hej, to ja jestem Lynn R. Well, więc czemu nie iść za ciosem i nie przeżyć imprezy życia? Zawsze chciałam rzygać czerwonym ponczem i żelkami.
      Oczywiście żartowała, bo akurat alkohol w jej obecnym stanie byłby bardzo głupim pomysłem, a Rei unikała sytuacji, w których mogłaby stracić nad sobą kontrolę. Chodziło jednak o samą ideę halloweenowej imprezy.

      Rei Bothwell 🐇🎃

      Usuń
  10. — O, to całkiem niezły pomysł — stwierdziła, słysząc jego propozycję, i kiwnęła głową. Rei nie była raczej typem kogoś, kto sięgał po seksowne przebranie w czasie Halloween. Jako dziecko lubiła wcielać się w czarownicę, złe elfy albo górskiego trolla, a gdy dorosła, ograniczała się raczej do czegoś prostszego. Dwa lata temu przebrała się za ducha, ale wtedy była w szpitalu, więc nie była w stanie wymyślić niczego wow, zresztą wcale o to wow nie chodziło.
    — Mówisz? — Spojrzała w jego stronę. — Czyżbyś był popularnym chłopakiem, za którym oglądała się każda dziewczyna?
    Uśmiechnęła się z rozbawieniem. Nietrudno było sobie to wyobrazić, bo Declan był obiektywnie przystojny i zapewne wyróżniał się przez swój wzrost.
    — Mnie ominęły te wszystkie imprezy i licealne życie, przez chorobę kończyłam szkołę w trybie indywidualnym — wyznała, bo to był ważny aspekt tego, że chciała napić się ponczu i rzygać żelkami, bo dla Rei to wydawało się ciekawsze, niż rzyganie po lekach. Zawinęła kosmyk włosów za ucho. Przestała już tak bardzo przeżywać liceum, choć jeszcze parę lat temu czuła złość, gdy o tym myślała, bo straciła coś, czego nie dało się już przeżyć; nie była już dłużej nastolatką, ominęła ją licealna miłość, randkowanie i bal – ostatecznie jednak wciąż żyła, więc może to było w tym wszystkim najważniejsze.
    — Kiedyś? — powtórzyła. — Więc wciąż jest szansa, że znowu zaczniesz. Mam wrażenie, że Halloween jest trochę uzależniające, zaczniesz raz, a później chcesz więcej!
    Zaśmiała się cicho, a słysząc jego pytanie, wzruszyła lekko ramieniem. Nie wiedziała, czy to rok jakichś szalonych zmian, ale z pewnością zrobiła wiele rzeczy, które zmieniły jej życie. Podjęła decyzję o ujawieniu swojego prawdziwego ja, bo była najwidoczniej dość samolubna i pragnęła czegoś dobrego – kto wie, ile jeszcze zostało jej czasu, zanim umrze? Nie chciała więc niczego żałować ani zastanawiać się, co by było, gdyby zrobiła coś inaczej. Chodziło też o to, żeby przeżyć swoje życie w najwłaściwszy sposób i żeby uznać, że było ono całkiem niezłe.
    — Nie wiem — przyznała szczerze, odpowiadając w końcu. — Ale chyba chciałam coś nadrobić. No wiesz, ominęło mnie liceum, dramy i inne rzeczy, więc uznałam, że hej, to ja decyduję o swoim życiu, więc co mnie blokuje przed tym, żeby pokazać się światu jako pisarka? No i, pomyślałam też, że jeśli umrę, to nikt nie będzie wiedział, że Lynn R. Well to tak naprawdę Reilynn Bothwell, a chyba to by mnie zasmuciło.
    Ostatecznie chciała przynajmniej wiedzieć, że nie pozwoliła strachowi podpisać jej życia cudzym nazwiskiem. Że gdzieś, w archiwach Internetu, w wywiadach, w zdjęciach ze spotkań, w dedykacjach zapisanych drżącą ręką, zostanie po niej ślad. Może było to głupie, ale Rei właśnie do tego dążyła.
    Zerknęła w jego stronę znad deserów i upiła łyk swojej kawy. Była trochę gorzka, ale miała mnóstwo bitej śmietany.
    — Wojskowe Halloween? — To wydawało się dość interesujące. — Mogłeś się przebrać za ducha, jeśli umiesz dobrze się kamuflować. Declan The Ghost! — Wymyśliła tę ksywkę ot tak i była zupełnie niepoważna. — No nie wiem, Maeve uznała, że jeśli ja nie wyjdę z domu, to Halloween przyjdzie do mnie. Skończyło się na tym, że siedziałyśmy u mnie. Ona była duchem jakiejś tragicznie porzuconej narzeczonej marynarza, a ja przeklętą autorką gotyckich romansów, czyli zasadniczo sobą po dodaniu koronki i ciemnej szminki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uśmiechnęła się szerzej i wzięła kolejny łyk kawy. Tamten wieczór był dla niej naprawdę ważny.
      — Oglądałyśmy stare horrory, jadłyśmy za dużo słodyczy i zrobiłyśmy konkurs na najgorszy opis fikcyjnego potwora. Maeve wymyśliła demona, który żywi się nieoddanymi pojemnikami po jedzeniu na wynos, a ja upiora, który pojawia się tylko wtedy, kiedy człowiek napisze scenę erotyczną, której nie da się w praktyce wykonać. — Parsknęła śmiechem, a potem sięgnęła po telefon. Odblokowała szybko ekran i weszła w galerię. Zaczęła szukać zdjęć z tego wieczora, a gdy je znalazła, pokazała fotografie Declanowi. Jedno ze zdjęć było lekko rozmazane, bo Maeve najwyraźniej robiła je jedną ręką, drugą trzymając miskę popcornu. Rei siedziała na podłodze swojego mieszkania w Queens, w czarnej koronkowej sukience, z ciemną szminką podkreślającą usta, dramatycznie rozmazanym cieniem przy oczach i piórem wsuniętym we włosy. Kolejne
      — W tym roku? — Wydała z siebie ciche hmm. — Chyba marzy mi się Halloween poza domem, najlepiej, żeby był labirynt z kukurydzy… może jakaś farma za miastem? Dynie, ciepłe wino, ognisko i jabłka w karmelu!
      Przesunęła łyżeczką po lodach bananowych i uśmiechnęła się lekko.
      — Chyba po prostu chciałabym mieć Halloween, które będzie… inne. Nie tylko „siedziałyśmy z Maeve i było miło”, chociaż było. Po prostu chciałabym mówić: a pamiętasz, jak prawie zgubiliśmy się w kukurydzy, a potem ktoś kupił dynię większą niż jego głowa? — Zawinęła kosmyk włosów za ucho. — A ty jak chciałbyś spędzić swoje Halloween?

      Rei Bothwell 👻🌽

      Usuń
  11. Spodziewała się, że to powie, bo Declan wydawał się kimś, kogo łatwo było lubić, a poza tym miał to szczęście, że był przystojny. Rei, oczywiście, nie oceniała, bo daleko jej było do tego, żeby stwierdzić, czy to dobrze, czy źle, ale cieszyła się chyba z tego, że miał jakieś dobre wspomnienia z tamtym okresem i że mógł jej co nieco opowiedzieć o licealnych przygodach. Ona za to większość czasu spędziła w domu, mając nauczanie indywidualne, a przy okazji walcząc o to, żeby dalej żyć. I udało się, więc to też był jakiś sukces.
    — Tak, co prawda, miałam w tym małą pomoc, ale cieszę się, że to zrobiłam. — Uśmiechnęła się do niego. Decyzja o tym, żeby się ujawnić nie była aktem desperacji, tylko czymś, co przemyślała chyba z milion razy. Ostatecznie posłuchała samej siebie, tego, co czuła, i bardzo dobrze zapamiętała też słowa Tannera, który pewnego wieczoru powiedział, że powinna pokazać się światu; pokazać swoje myśli, historie i cały ten świat, który miała w głowie. Więc to zrobiła, a wydawnictwo odnotowało zwiększoną sprzedaż książek, zlecono nawet dodruk kilku wcześniejszych pozycji, bo zostały wyprzedane. Rei była za to wdzięczna.
    Upiła łyk kawy, słuchając tego, co mówił Declan, i pokiwała lekko głową. Nigdy nie uczestniczyła w żadnej zorganizowanej imprezie halloweenowej, bo do tej pory każde Halloween raczej spędzała w domu. Owszem, pojawiała się podczas bankietów czy siedziała w pierwszym rzędzie, gdy Maeve grała koncert, ale to było coś innego, bardziej oficjalnego.
    — Wymieńmy się numerami, co? — zaproponowała, oddając mu swój telefon, aby wpisał ciąg liczb. — No wiesz, żeby być w kontakcie, gdyby ta impreza doszła do skutku.
    Nie miała problemu z tym, żeby wymienić się kontaktem z Declanem. Listy raczej już odpadały i chyba nie były zbyt dobrym nośnikiem, jeśli chodziło o szybkie zgadanie się i wyjście. Zjadła trochę lodów, odwracając wzrok, gdy Declan sprawdzał swój telefon. Ewidentnie dostał od kogoś wiadomość, a dostrzegając jego reakcję, domyśliła się, że to nic dobrego. Zmarszczyła się lekko, nie wiedząc, czy powinna zapytać, czy może jednak przemilczeć sprawę i odpuścić?
    — Declan… — Przesunęła wzrokiem po jego twarzy. — To… w sumie to szkoda, ale pewnie będą inne okazje. — Posłała mu uśmiech, a potem dojadła lody. Czy powinna zapytać? Zacisnęła usta w wąską linię, a potem odezwała się nieco niepewnie: — Wycieczka do Calverton nie wydaje się czymś, co planowałeś ani… tym, co byłoby fajne. Chcesz o tym pogadać? Znaczy się… rozumiem, jeśli nie, ale gdybyś chciał, to chyba umiem też całkiem nieźle słuchać. Poza tym… no wiesz, nie musisz udawać, że wszystko jest okej. Gdy czytałeś tę wiadomość, nieco się spiąłeś, i to nie tak, że się jakoś przyglądałam, po prostu nauczyłam się wychwytywać takie rzeczy.
    Nie chciała, żeby poczuł, że ciągnęła go za język albo że w ogóle oczekiwała prawdy i tylko prawdy. Ostatecznie to od niego zależało, czy cokolwiek jej powie. Wiedziała, że czasem bywało z tym trudno, bo mówienie o złych rzeczach wydawało się cholernie ciężkie. Rei miała zresztą podobnie; wolała mówić o wszystkim innym, a nie o raku, zmęczeniu czy kolejnej chemii.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Mruczek jest pewnie pogodzony ze swoim losem — odparła i schwyciła za widelczyk, żeby również posmakować kota. — Ale jeśli zjesz mu ogon, to będzie wyglądał jak mój Pumpkin. — Uśmiechnęła się lekko, a potem zdała sobie sprawę, że Declan może nie wiedzieć, że została kocim niewolnikiem. — Jakiś czas temu znalazłam małego, czarnego kocura przy śmietnikach. Nie ma połowy ogonka i jest prawdziwym demonem… i stwierdziłam, że dam mu dom. No wiesz, pomyślałam, że nieszczęścia się przyciągają i do siebie pasujemy.
      Posłała mu spojrzenie, bo nie mówiła o tym ze smutkiem, a raczej z lekkim rozbawieniem. Kot nie miał ogona, a ona dolnej kończyny – i taka była rzeczywistość. Rei już dawno przestała się tym przejmować, choć zdecydowanie był to jej kompleks, bo była kobietą i chyba jak każdej kobiecie zależało jej, aby wyglądać dobrze.

      Rei Bothwell 🐱

      Usuń
  12. Podpisała go w kontaktach jako Declan i dodała emotkę liska, bo nosił lisie uszy i całkiem mu one pasowały. Uśmiechnęła się do niego, gdy pokazywała mu jego numer, a potem spoważniała, słysząc o chłopaku, z którym służył w Somalii, i o pogrzebie. Pogrzeby były smutne, miały w sobie coś ludzkiego i nieludzkiego jednocześnie, i z całą pewnością należały do żywych. Rei wiele razy myślała o własnym ostatnim pożegnaniu; zawsze powtarzała, że chce pogrzeb humanistyczny, żadnego księdza i smętnej stypy. Miała też kilka wersji testamentu, bo nie chciała tego odkładać, szczególnie że w czasie, kiedy było z nią naprawdę źle, nie wiedziała, czy dożyje kolejnego miesiąca.
    — Masz z kim jechać? — spytała ostrożnie. Zdawała sobie sprawę z tego, że być może była teraz bardzo bezczelna, ale znała Declana, a przynajmniej tego z listów, i sądziła, że się przyjaźnią. Nie chciała więc, żeby musiał przeżywać pogrzeb bez wsparcia kogoś bliskiego, choć może tak naprawdę był ktoś, kto był jeszcze bliżej niego. Nie wiedziała tego, dlatego zaryzykowała. — Jeśli chcesz, mogę pojechać z tobą… — dodała, przyglądając się jego twarzy. — Myślę, że podczas pogrzebu nikt nie powinien być sam.
    Wyciągnęła dłoń i chwyciła rękę Declana, ściskając lekko i dodając mu otuchy. Jej ojciec często tak robił, gdy nie wiedział za bardzo, co powiedzieć. W ten sposób jednak okazywał swoją obecność i troskę, bo czasem słowa były zupełnie niepotrzebne. Rei nauczyła się to wszystko rozumieć, a przez te lata po prostu dojrzała; nie była już nastolatką, która wierzyła w cuda, a dorosłą kobietą zdającą sobie sprawę z tego, że niektóre emocje i sytuacje były trudne, i że nie zawsze dało się ochronić swoich bliskich przed bólem. Gdyby było to możliwe, z całą pewnością nie chciałaby, żeby jej tata tak bardzo się dla niej poświęcał. Odłożył swoją karierę w czasie, przesiadywał z nią w szpitalu i dopiero teraz realizował się zawodowo. Był genialnym architektem, którego projekty zachwycały.
    — Sabat czarownic? — Uśmiechnęła się pod nosem. — To w sumie całkiem niezły pomysł. Chcesz dołączyć? Oferuję owocowe czwartki i darmową kawę.
    Rei za to dorobiła się sporego majątku, nie miała żadnego kredytu i spełniała się zawodowo, a to i tak nie gwarantowało szczęścia. Jej konto pękało w szwach, ale nie żyła tak, aby dało się to ot tak stwierdzić – prowadziła się dość skromnie, wydając krocie tylko w księgarniach czy kawiarniach lub restauracjach. Uwielbiała czytać i jeść dobre jedzenie, była też niezłym nerdem. Pieniądze więc nie były problemem i pewnie gdyby Declan wspomniał jej o kredycie i o tym, że mu ciężko, zaproponowałaby mu pomoc. Bo co niby miała zrobić z tymi milionami? I tak częściej kupowała coś dla bliskich niż sobie.
    Wzięła od niego trochę ciasta i zamruczała cicho.
    — Całkiem niezłe — przyznała. — Ale chyba wszystko mi tutaj smakuje. Nie jestem zbyt wybredna, bo tak naprawdę moja dieta to słodycze i… słodycze. — Uśmiechnęła się z lekkim zażenowaniem. — Znaczy się, staram się jeść też zdrowo, bo wiadomo, że gdybym jadła tylko słodkie rzeczy, to długo bym tak nie pociągnęła.

    OdpowiedzUsuń
  13. Uniosła lekko brew, gdy Declan wspomniał o ostatnim liście. Przełknęła ciasto, oblizała dolną wargę i ostrożnie złapała za zapieczętowaną kopertę. Uśmiechnęła się lekko i pogłaskała ją palcami, jakby wręczył jej coś cennego.
    — Wiesz, pisanie z tobą było jednocześnie najtrudniejszą i najłatwiejszą rzeczą w moim życiu — przyznała, odwracając do niego głowę. — Z jednej strony lubiłam to robić i czekałam, aż odpiszesz, bo wydawało mi się to takie inne i, jakby to powiedzieć?, znaczące w czasach, w których technologia nieco wypiera listy, ale z drugiej strony… gdy odpowiedź się opóźniała, myślałam o tym, że albo się obraziłeś, bo napisałam coś nie tak, albo że coś się stało.
    Schowała kopertę do swojej torby, aby o niej nie zapomnieć. Później przeczyta list, skoro jego nadawca siedział tuż obok.
    — O czym ostatnio pisaliśmy? O książkowej premierze i o tym, że myślałam o studiach? — Upiła kolejny łyk kawy i uniosła lekko palec. — Mały update: nadal nie wiem, czy powinnam w ogóle zacząć studia. Chciałabym spróbować, ale boję się, że nie dam sobie rady. No i, jestem już dość stara! — Zaśmiała się cicho. — Dwadzieścia sześć lat to nie jest już takie nic!

    Rei Bothwell 📨

    OdpowiedzUsuń
  14. Pokiwała głową. W jej geście była troska i otucha, nie robiła tego po to, aby mu się przypodobać albo żeby coś zyskać. Nie była kimś, kto udawał takie rzeczy, bo szkoda jej było czasu, by to robić. Poza tym daleko jej było do wyrachowanej i cynicznej kobiety. Choroba wiele ją nauczyła, a ostatnio zrozumiała, że nie powinna wszystkiego odkładać czy się wycofywać tylko dlatego, że się bała. Poza tym znała Declana i nie był dla niej pierwszą lepszą osobą z ulicy.
    — Nie zawsze wszystko jest przyjemne, ale chyba liczy się to, z kim się wtedy jest — odparła luźno i posłała mu uśmiech, a potem wysłała Declanowi swój adres zamieszkania, żeby wiedział, że traktuje to poważnie. — Napisz tylko do mnie później, o której mam być gotowa i tak dalej.
    Nie chodziło tutaj o wielkie szykowanie się, ale przygotowanie do jazdy. Musiała zabrać swoje lekarstwa, zadbać o to, żeby czuć się komfortowo i mieć dość czasu, aby przywdziać czerń. To był pogrzeb, nie chciała pokazać się tam w za dużej bluzie czy koszulce ubabranej ketchupem.
    — Myślę, że byś się nadawał — stwierdziła i wzruszyła ramieniem z rozbawieniem. — Ale zamiast czarownicą… byłbyś czarnoksiężnikiem. Rzucałbyś w innych kulami ognia albo sprowadzał pioruny prosto z nieba.
    Zaśmiała się cicho, wiedząc, że to było całkowicie abstrakcyjne, ale Rei raczej się tym nie przejmowała. Pisała o fantastycznych światach, bohaterach i istotach – czasem tworzyła w ogóle coś nowego i pokręconego, mając z tego naprawdę sporo zabawy. Popatrzyła w jego stronę, gdy wspomniał o tym, że przypomina sobie, jak może smakować jedzenie. Spodziewała się, że chodziło o to, że przez większość czasu był gdzieś daleko, nie mając obok nawet sklepu, żeby móc sobie coś kupić. Rei uświadomiła sobie więc, że to nie mogło być łatwe – i nie chodziło jedynie o jedzenie, a o życie, które wciąż trwało, a było zupełnie inne.
    — Mhm, to dobrze. — Pokiwała głową. — Ale skoro wróciłeś do Nowego Jorku, powinniśmy odwiedzić kilka restauracji. No wiesz, rozpieścisz nieco swoje kubki smakowe i zobaczysz, jak zmieniło się miasto. — Posłała mu uśmiech i zjadła trochę innego zwierzątka, nie przejmując się tym, że przełknęła właśnie tułów.
    Przechyliła lekko głowę, gdy wspomniał o listach i o tym, że wiele dla niego znaczą. Tak, dla niej też były ważne. Rok temu traktowała je jak coś poważnego, jakąś furtkę do tego, aby się nie poddawać; chciała mieć siłę, żeby odpisywać i opowiadać Declanowi historie, dlatego czasem nawet jeśli nie była w stanie trzymać długopisu, to i tak to robiła. Poznali się w końcu w szpitalu, wiedział, że chorowała, a ona była świadoma, że wyjeżdżał – w jednym i drugim przypadku istniało ryzyko, że któraś ze stron nie odpowie.
    — Trzymam te listy w specjalnym pudełku — wyznała i uśmiechnęła się, przysuwając się nieco, aby szturchnąć ramieniem jego ramię, bo zauważyła, że wbił wzrok w talerzyk, a nie chciała, żeby odpływał myślami. Upiła łyk kawy. Nie wiedziała, co się stało, że jej nie odpisał, nie miała pojęcia o wypadku ani o jego dłuższej przerwie od wojska. Tak właściwie była pewna, że Declan za niedługo będzie musiał znów ruszyć w świat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rei przez chwilę milczała, patrząc w jego stronę z miną kogoś, kto właśnie dostał pytanie zdecydowanie zbyt poważne jak na zwykłą rozmowę przy kawie. Czy w życiu jest na cokolwiek za późno? Przez ostatnie lata tak właśnie myślała; za późno na pierwszą miłość, beztroskę, za późno na rzeczy, które dla innych były totalnie normalne. A jednak siedział przed nią człowiek po trzydziestce, który właśnie mówił, że zaczął kurs dla weteranów i nie próbował udawać, że jego życie potoczyło się zgodnie z instrukcją. Po prostu robił kolejny krok.
      — Chyba przez dłuższy czas myślałam, że tak — przyznała cicho. — Że istnieje jakiś termin ważności na różne rzeczy. Że jeśli nie zrobię czegoś w odpowiednim wieku, to potem już tylko pozostaje mi udawać, że nigdy tego nie chciałam. — Potarła palcami kubek z kawą. — Choroba bardzo skutecznie nauczyła mnie liczyć czas. Wizyty, badania, operacje. Wszystko miało i ma datę, więc chyba zaczęłam robić to samo z życiem.
      Opuściła wzrok na filiżankę i wzruszyła lekko ramieniem.
      — Ale może masz rację. Może nauka nie ma terminu ważności. Miłość też nie. Ani pierwszy pocałunek, ani pierwszy wyjazd, ani nawet pierwsza próba zrobienia czegoś kompletnie idiotycznego — stwierdziła, a kącik jej ust drgnął lekko. Spojrzała w stronę Declana. — Nie wiem, czy w życiu naprawdę nie ma rzeczy, na które jest za późno. Chciałabym wierzyć, że nie. Ale chyba pierwszy raz mam ochotę przestać pytać, czy jest za późno, i po prostu to sprawdzić. I może po prostu pójdę na tę literaturę?

      Rei Bothwell 🎓

      Usuń
  15. Posłała mu rozbawione spojrzenie i uśmiechnęła się szerzej.
    — Nie wyglądasz jak czarny charakter — stwierdziła, przesuwając wzrok po jego twarzy, jakby jednak mogła dostrzec jakąś cechę złola, ale nic takiego nie zobaczyła. — Ale pomocnik? Hmm, to prędzej! Chociaż może lepiej byłoby zrobić z ciebie jednego z głównych bohaterów? Takiego, który wraca po latach i okazuje się, że bez niego świat zostałby zniszczony.
    Rei inspirowała się wieloma osobami, pisząc. Czasem podbierała wygląd, innym razem jakąś cechę czy zachowanie, ale jej postacie zawsze były sobą – starała się, żeby nikt nigdy nie poczuł się dotknięty, czytając jej historie, mimo że niektóre rzeczy były dyskusyjnie moralne. W swoich książkach tworzyła królestwa, rozpisywała intrygę za intrygą i uśmiercała bohaterów, bo fabuła była czymś, co uwielbiała budować. Owszem, pisała o uczuciach, seksie, konfliktach wewnętrznych i zewnętrznych, ale przy tym starała się zaciekawić czytelnika czymś innym.
    — Więc zrobimy sobie wycieczkę — uznała, kiwając głową. — W niektórych miejscach też jeszcze nie byłam, więc to dobra okazja, żeby tam zajrzeć.
    Nie wychodziła tak często z domu, jak mogłoby się wydawać. Nowy Jork był ogromny, pełen miejsc, które teoretycznie były tuż obok, a mimo to wiele z nich znała tylko z map, zdjęć albo cudzych opowiastek. Jej życie przez ostatnie lata miało dość przewidywalną trasę: mieszkanie, szpital, apteka, czasem księgarnia lub kawiarnia, jeśli akurat miała więcej siły. Reszta miasta mogła sobie istnieć gdzieś dalej. Trochę szkoda było przyznać, że mieszkała w Nowym Jorku, a czasami zachowywała się tak, jakby turystyczną atrakcją była dla niej własna lodówka. Może właśnie dlatego ten pomysł tak bardzo jej się podobał. Nie chodziło nawet o konkretne miejsca, a bardziej o to, że mogła po prostu gdzieś pojechać, zobaczyć coś nowego i nie mieć ku temu żadnego powodu poza tym, że miała ochotę. Zwykła wycieczka. Jakby była normalną dziewczyną, która pewnego dnia postanowiła pozwiedzać własne miasto.
    A ona nie spodziewała się w ogóle pierwszego listu. Tamto spotkanie było dość abstrakcyjne, ale przyjemne, długo je pamiętała i wykorzystała później w książce, ale i tak nie przypuszczałaby, że Declan do niej napisze, że zdecyduje się to zrobić, bo może uznał, że była interesująca albo że ta rozmowa sprawiła, że coś kliknęło. I było to też w jakiś sposób wygodne. Nie musiała zaczynać rozmowy od tego, że jest chora – Declan o tym wiedział, był tego świadomy, zresztą sporo mu pisała o szpitalu, chorobie i operacjach, czasem narzekając, że jeszcze trochę, a będzie jedną wielką chodzącą blizną. I co najważniejsze, zdążył ją poznać przez pryzmat wszystkich tych rzeczy. Może dlatego te listy tak szybko stały się dla niej czymś więcej niż zwykłą korespondencją. W nich mogła być po prostu Reilynn, dziewczyną, która miała za dużo książek, ogromny chaos w głowie i zdecydowanie za mało rozsądku w kwestii słodyczy.
    — Mhm, i oboje będziemy studentami? I co wtedy? Będziemy chodzić na imprezy studenckie i grać w beer ponga? — Zaśmiała się cicho, bo potrafiła to sobie wyobrazić. Poza tym była niemal pewna, że Declan miał lepszego cela o niej i pewnie by wygrał. Pozwoliła, aby złapał jej dłoń, i zerknęła w dół, obserwując jak jej ręka znika w tym łagodnym uścisku. Uśmiechnęła się ciepło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pytanie, które zadał, zaskoczyło ją bardziej, niż powinno. Przez chwilę wpatrywała się w twarz Declana, próbując zdecydować, czy odpowiedź powinna być szczera, czy może lepiej obrócić wszystko w żart. Problem tkwił w tym, że lista rzeczy, których nie zrobiła „w odpowiednim czasie”, była prawdopodobnie dłuższa niż lista rzeczy, które faktycznie zdążyła zrobić. Pierwsza miłość, zwyczajne randki, spontaniczne wyjazdy, imprezy, po których człowiek wracał nad ranem, nauka czegoś tylko dlatego, że było ciekawe. Pierwszy koncert, gdzie poczułaby się przytłoczona liczbą stłoczonych osób, włóczenie się po mieście bez celu, pierwsza praca, której nie potrzebowała, ale chciała spróbować. Zgubienie się w obcym miejscu i odkrycie czegoś przypadkiem czy wakacje, podczas których jedynym planem było nie mieć planu. Miała całą kolekcję takich rzeczy, tylko nigdy nie odważyła się nazwać jej listą, bo lista sugerowała, że można coś odhaczyć, a przecież dało się nadrobić życia jak zaległych zakupów.
      — Mam — odpowiedziała w końcu, z lekkim uśmiechem. Zastanowiła się przez moment. — Chyba najbardziej chciałabym gdzieś pojechać. Odkąd przeprowadziłam się z tatą ze Szkocji do Nowego Jorku, to właściwie nigdzie nie wyjeżdżałam. Zawsze było coś ważniejszego. Szkoła, potem pisanie, lekarze, szpitale, kolejne badania… — Wzruszyła lekko ramieniem. — Nawet kiedy miałam trochę czasu, zwykle wydawało mi się, że wyjazd jest zbyt dużym przedsięwzięciem.
      Objęła filiżankę palcami i upiła łyk kawy. Była naprawdę dobra.
      — Chciałabym pojechać gdzieś, gdzie nie będę musiała wiedzieć, co jest następnego dnia. Po prostu wstać rano i zastanawiać się tylko, gdzie zjem śniadanie. Albo w ogóle go nie zjeść. — Zaśmiała się. — Zobaczyć coś, czego wcześniej nie widziałam.
      Przez chwilę pomyślała o tym, jak absurdalnie zwyczajnie to brzmiało. Nie chciała jednak wielkiej podróży życia. Nie potrzebowała od razu przemierzać kontynentów ani zdobywać miejsc z listy rzeczy, które trzeba zobaczyć przed śmiercią. Chciała po prostu któregoś dnia spakować torbę, i to nie tę, którą miała do szpitala, i mieć pewność, że przez kilka następnych godzin jedynym problemem będzie wybór między pójściem w lewo a w prawo, kawą a herbatą, muzeum a włóczeniem się bez celu. Czymś tak banalnym, że aż luksusowym.
      — No i, chyba chciałabym mieć wreszcie jakieś wspomnienia, które nie zaczynają się od słów „wtedy byłam w szpitalu” — dodała ciszej.

      Rei Bothwell ✈️

      Usuń