REILYNN BOTHWELL autorka bestsellerowych romantasy i powieści erotycznych
I won't call you back
And then I pick you into pieces
Przez pół życia, mieszkając w Szkocji, szukała elfów i wróżek, goniąc za czymś, co nieuchwytne. Karmiła się wierzeniami, legendami i strasznymi opowieściami o mrocznych istotach, które nie lubiły pokazywać się ludziom, ale uwielbiały psocić. Zaczęła więc pisać o elfach, wróżkach, wampirach, wodnych koniach i skrzatach, łącząc realny świat z tym, co niezwykłe i fantastyczne.
To, co pisała, nijak miało się do tego, co działo się w jej życiu. Jako piętnastolatka zaczęła kuleć, najpierw tłumaczono to przeciążeniem, później tym, że rośnie. Potem pojawiły się nocne bóle, obrzęk nad kolanem, wysoka gorączka, zaczęła też drastycznie chudnąć. Diagnoza przyszła jakiś czas później: osteosarcoma kości udowej. Przeszła chemioterapię, operację, kilka zakażeń i próbę ratowania lewej nogi, ale guz był zbyt rozległy. Ostatecznie lekarze zdecydowali o amputacji powyżej kolana.
Gdy miała szesnaście lat, przeprowadziła się z ojcem, po ciężkim rozwodzie rodziców, do Nowego Jorku, a tam znów trafiła do szpitala i właściwie jest tamtejszą pacjentką od ponad dziesięciu lat.
Będąc ograniczona przez chorobę, po prostu pisała — dużo, zbyt dużo, realizując każdy pomysł, który pojawiał się w jej głowie. Publikowała swoje wypociny, reklamowała się, brała udział w konkursach i w ten sposób w ciągu kilku lat stała się poczytną pisarką i milionerką. Najprawdopodobniej każdy słyszał o Lynn R. Well, bo jej historie szybko stały się popularne, a niektóre z książek nawet zekranizowano. Pisze odważne historie, kreuje pewnych siebie brunetów z bliznami, szorstkich elfów i kobiety, które nie potrzebują ratunku, bo ratują się same.
We wrześniu 2026 roku ogłosiła oficjalnie, że jest Lynn. R Well. Zrobiła to podczas transmisji na żywo, po latach konsekwentnego oddzielania się od swojej pisarskiej kariery. Reakcja była natychmiastowa — fragmenty transmisji zaczęły krążyć po sieci, jej nazwisko trafiło do mediów, a profil w ciągu kilku godzin zalały tysiące komentarzy od czytelników. Stała się więc twarzą swoich książek — po raz pierwszy Lynn R. Well przestało być wyłącznie pseudonimem i zaczęło jednoznacznie kojarzyć się z Reilynn. Od tego momentu to ona pojawia się w wywiadach, materiałach promocyjnych, podczas wydarzeń literackich i w mediach społecznościowych związanych z kolejnymi premierami.
ur. 08.06.2000 r. w Szkocji — od 2016 r. mieszka w Nowym Jorku — autorka bestsellerowych romantasy i powieści erotycznych, wcześniej znana jako Lynn R. Well — jej najbardziej rozpoznawalną serią jest Królestwo rzeczy utraconych — we wrześniu wydała kolejną książkę Sól w koronie, która okazała się natychmiastowym bestsellerem — w 2015 r. zdiagnozowano u niej osteosarcomę — po amputacji lewej nogi powyżej kolana, korzysta z protezy i laski — obecnie hospitalizowana z powodu podejrzenia przerzutów do płuc oraz powikłań po chemioterapii — leczone farmakologicznie zaburzenia lękowe i depresja, bóle fantomowe oraz przewlekła bezsenność — fanka memów, czarnego humoru i editów z bohaterami własnych książek — przygarnięty z ulicy kot Pumpkin — karty: I — z życia Rei: I
+ Dowiedz się więcej
Czarny bez — 2019 r.
Królestwo rzeczy utraconych. Tom I — 2020 r.
Królestwo rzeczy utraconych. Tom II — 2021 r.
Królestwo rzeczy utraconych. Tom III — 2023 r.
Martwe dziewczęta nie śnią — 2022 r.
Zanim spadnie ostatnia gwiazda — 2025 r.
Sól w koronie — 2026 r.
So fill up your lungs, you better run
To z nim Reilynn jako szesnastolatka przeprowadziła się do Nowego Jorku. Był przy niej w czasie leczenia, chemioterapii, operacji i kolejnych komplikacji, stając się jedną z niewielu stałych rzeczy w okresie, kiedy jej życie zmieniało się z miesiąca na miesiąc.
18.10. 1976 r. – ojciec – architekt
Po rozwodzie została w Szkocji. Nigdy tak naprawdę nie umiała być matką. Gdy Reilynn zachorowała, wycofała się, tłumacząc się tym, że nie chce patrzeć, jak jej dziecko umiera. Liczą się dla niej trzy rzeczy: kariera, pieniądze i wygodne życie.
15.01.1979 r. – matka – aktorka teatralna
Maeve wie, jak rozwiać czarne chmury i zmusić Rei do wyjścia z domu. Jest jedną z tych osób, które wiedzą o jej chorobie wszystko, aby umieć jej jak najlepiej pomóc.
10.08.1998 r. – najlepsza przyjaciółka – pianistka
„Jeśli ja jestem szmaragdem, to ty powinieneś być jego oprawą (...). Nie po to, żeby mnie zamknąć… ale żeby otoczyć mnie czymś, co pozwoliłoby mi lśnić jeszcze mocniej. Czymś, co nie przytłacza kamienia, tylko sprawia, że staje się jeszcze bardziej widoczny”.
10.12.1988 r. – adwokat
Liceum to był dla niego dobry czas. Ostatni, w którym czuł się odpowiedzialny tylko za siebie, chociaż nie znaczyło to, że nie dbał o młodszą siostrę z odpowiednią troską. Od zawsze byli blisko, ale to właśnie chwilę po liceum musiał przestać być jedynie bratem, a stać się opiekunem i czuł, że zwyczajnie zawiódł. Nie przemyślał tego za dobrze i pochopnie wybrał opcję, która wydawała mu się w tamtym czasie najlepsza, a w której zapomniał, że finanse to nie wszystko. Czasu jednak nie mógł cofnąć, nie mógł też prosić Cary, by ta zapomniała o poczuciu odrzucenia, które jej wówczas towarzyszyło.
OdpowiedzUsuńSamolubnie uciekł do wojska. Miejsca, gdzie niewskazany był indywidualizm i głębokie myślenie, więc posłusznie miotał się po powierzchni, zadowalając ochłapami emocji i uczuć. Wstępując w szeregi armii, był właściwie wciąż dzieciakiem, na którego spadła potężna odpowiedzialność – hipoteka na dom, finansowa opieka nad nieuleczalnie chorą siostrą i własne zagubienie odnośnie do tego, co właściwie chciałby robić w dorosłym życiu. W armii nie musiał o tym myśleć, co dotkliwie odczuwał teraz, gdy wiedział, że prawdopodobnie nic więcej już w niej na niego nie czeka.
Wziął od niej telefon i wpisał swój numer, który wybrał już po chwili, by móc zapisać kontakt do niej. Oddał jej aparat, ale nie podpisał się – zostawił jej wybór, bo mógł nie być jedynym Declanem, jedynym Doylem czy jedynym facetem, któremu towarzyszyła w listach.
— Nie ma za bardzo o czym mówić, Rei. Chłopak, z którym służyłem w Somalii, zmarł i jest pogrzeb. Nic ciekawego — odpowiedział w moment, przyjmując wyuczony, opanowany ton głosu, który wydawał się wręcz robotyczny w kontekście tego, co mówił.
Declan Doyle, zanim poszedł do wojska, był chłopakiem, który nie wstydził się łez przy najbliższych. Nie był beksą, bo nie tak wychował go ojciec, ale pozwolił sobie na łzy smutku, gdy musieli uśpić ukochanego czworonoga albo gdy zmarła babcia. Ostatni raz jednak płakał zaraz po śmierci rodziców, tuż po tym, jak położył małą Carę spać i zupełnie nie wiedział, co będzie dalej i co powinien właściwie zrobić, a nad zmarłymi kolegami… Nie płakał, co nie znaczyło, że nie było mu cholernie przykro. Był smutny, ale przede wszystkim był wściekły, że chociaż żyli w dwudziestym pierwszym wieku, to wciąż na świecie było tyle niesprawiedliwości, bólu i cierpienia. Do bólu, do kości, do rdzenia jego obitego kręgosłupa przeżerała go wściekłość, gdy ktokolwiek próbował uszlachetniać cierpienie, nadając mu sens, jakiego ono wcale nie miało. Stawianie na piedestale tych, którzy umarli – na froncie, w trakcie misji czy w domowym zaciszu – wcale nie przywracało im życia. Nie przywracały go też łzy, o czym Declan przekonał się stosunkowo szybko.
Nie uściślił, że kolega sam odebrał sobie życie, nie widząc powodu, by dokładać kolejną, depresyjną cegiełkę do spotkania, które miało być miłym wypadem na kawę i ciasto, nie zaś miejscem, w którym opowiada o ciężarze, który niektórzy nosili ze sobą każdego dnia, a który potrafił być zwyczajnie za duży. Rei miała swoje własne problemy, swoje własne, mniej lub bardziej dokuczliwe bolączki i chociaż w listach łatwo przychodziło mu dzielić się z nią tym, co myślał, tak teraz czuł pewnego rodzaju barierę i nie wiedział, co powinien był za nią winić.
— Ściągnęłaś na siebie czarnego kota, sama masz ciemne włosy… Nic, tylko sabat czarownic zwoływać — zupełnie nie załapał, że o brak kończyny chodziło. A właściwie to załapał, ale trochę specjalnie to zignorował, bo według niego nic to w Rei nie zmieniało. Nie znał jej przed tym, jak odjęto jej nogę, by ratować jej życie – znał za to innych, którzy, tak jak ona, stracili część ciała i chyba przez to niespecjalnie zwracał na to uwagę czy przywiązywał do tego nadmierną wagę.
Rei była śliczna. Może w liceum był przystojnym chłopakiem z perspektywami, ale wiedział, że teraz nie miał nic specjalnego do zaoferowania. Spłacał kredyt, który wziął na niewielkie mieszkanie w Queens, czekały go studia, które wybrał bez dłuższego zastanowienia, bo brzmiały jak coś, co pozwoliłoby mu wykorzystać doświadczenie z armii, jednocześnie możliwie daleko się od niej oddalając. Może i nieźle wyglądał, ale miał poharatany brzuch i nogi, nie wspominając o długiej bliźnie wzdłuż kręgosłupa – nacięcia nie były świeże, ale nie były na tyle stare, by czerwień ustąpiła miejsca jasnej, lśniącej tkance, która odznaczałaby się łagodniej na jego śniadej karnacji. Zdarzało mu się też budzić w nocy, spoconym i wyraźnie rozedrganym; nie był przekonany, czy przypadkiem nie zdarzało mu się przez sen krzyczeć, ale brakowało kogokolwiek, kto mógłby to potwierdzić.
UsuńKompleksem Rei był brak nogi, na który nie miała wpływu, a on… Może i nie miał kompleksów, ale nie miał też odwagi myśleć, że mógłby zaproponować ze swojej strony cokolwiek, co mogłoby Rei prawdziwie zaciekawić. Była zdolną pisarką i w jego oczach przepiękną, niezwykle odważną dziewczyną, którą jak ostatni idiota zaczepił pewnego dnia i samolubnie wciągnął częściowo w swój świat, zupełnie jakby nie miała dostatecznie dużo własnych problemów.
Nabrał na widelczyk trochę galaretki i pokręcił głową, niezbyt zdecydowany, co właściwie o niej sądzi.
— Chyba wolę zwykłe ciasto, spróbuj — podsunął talerzyk w jej kierunku, wcześniej nabierając trochę ciasta, które sam wsunął sobie do ust.
— Przepraszam, że nie odpisałem na twój list… Dostałem go chwilę przed tym, jak zrobiło się… Było spore zamieszanie. Miałem moment, żeby odpisać dopiero, kiedy byłem już właściwie w drodze do Nowego Jorku, ale… Mam odpowiedź — sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki i położył przed nią zapieczętowaną kopertę, jak zwykle bez znaczka, ale tym razem bez wojskowego stempla. — Możesz też zapytać o te rzeczy teraz, skoro i tak rozmawiamy — uśmiechnął się lekko i sięgnął tym razem do żaby, a raczej do jej głowy.
Declan Doyle🐸
Nie chciał doprowadzać jej do łez, ale rozumiał, że tym razem były to łzy wzruszenia. Może nie chodziło nawet o same słowa, tylko o to, że zaczynała rozumieć, co tak naprawdę chciał jej nimi powiedzieć. Że nabierała pewności, że on naprawdę widział ją inaczej, niż przez lata nauczyła się widzieć samą siebie. Blizny były częścią niej i nie zamierzał wypierać ich istnienia, ale nie widział w nich niczego, co odbierałoby jej piękno. Były częścią historii, którą nosiła na sobie, tak samo jak wszystko inne, co ją ukształtowało. Nie chciał ich pomijać ani udawać, że ich nie ma, bo one również składały się na kobietę, którą przed sobą widział. Czuł, że Reilynn nie do końca akceptowała te swoje defekty, choć wcale się temu nie dziwił. Wywróciły jej świat do góry nogami, odebrały jej wiele rzeczy i przyniosły mnóstwo bólu, a do tego niepewną przyszłość, której nikt nie potrafił przewidzieć. Chciał jednak pomóc jej zrobić krok w stronę zaakceptowania tego, że również one były częścią niej i nie musiały być czymś, czego powinna się wstydzić. Świat pełen był ludzi, którzy nigdy nie będą patrzeć na nią przez pryzmat tego, czego jej brakowało, ani zastanawiać się nad tym, co kiedyś jej odebrano. Ludzi, którzy zobaczą po prostu ją – kobietę ze wszystkimi historiami, niedoskonałościami i każdym innym szczegółem, który sprawił, że stała się właśnie taka. I chciał, żeby z czasem sama potrafiła spojrzeć na siebie w ten sposób. Zasługiwała na to.
OdpowiedzUsuńPrzymknął lekko powieki, gdy zaczęła obsypywać go krótkimi całusami po twarzy, a potem zwieńczyła to czułym pocałunkiem w usta. Wcześniej inicjatywa wyszła od niego, ale tym razem to ona całowała jego i robiła to coraz mniej nieśmiało, jakby z każdym kolejnym muśnięciem sama zaczynała wierzyć, że naprawdę może sobie na to pozwolić. Nie próbował jej w tym wyręczać ani przejmować kontroli. Po prostu pozwolił jej robić dokładnie to, na co miała ochotę, odpowiadając jedynie lekkim uśmiechem i spokojnym gestem dłoni przesuwającej się po jej plecach. Podobało mu się, że tym razem to ona skracała dzielącą ich odległość, że sama szukała jego ust i nie potrzebowała już żadnego zaproszenia, czy specjalnego przyzwolenia do tego, żeby być blisko.
Uśmiechnął się po chwili na jej słowa o oprawie, choć pomyślał przy tym, że wbrew pozorom zabrzmiało to już całkiem poważnie, nawet jeśli te słowa nie miały mieć w sobie niczego zobowiązującego. On patrzył na tę metaforę przez pryzmat swojego zajęcia i wiedział, że oprawa nie była dla kamienia jedynie dodatkiem. W pewnym sensie była wszystkim, co miało go utrzymywać, chronić i pozwalać mu odpowiednio wydobywać światło. Szlif dopasowywało się do przyszłej oprawy, ale dobra oprawa też zawsze powstawała z myślą o konkretnym kamieniu. Jedno nie powinno istnieć kosztem drugiego, oba powinny się wzajemnie uzupełniać, bo od początku istniały stworzone dla siebie. Oczywiście oprawę można było zmienić, ale każda taka ingerencja wiązała się z ryzykiem, bo kamień można było uszkodzić, czasem nieodwracalnie, natomiast stara oprawa traciła wtedy swoją wartość i mogła zostać już tylko przetopiona. Tak czy inaczej, miłe było to, że widziała w tej roli właśnie jego. Że spośród wszystkich ludzi, których mogłaby postawić obok siebie, to jemu przypisała rolę kogoś, kto miałby podkreślać jej piękno i pozwalać jej lśnić jeszcze mocniej. Z pewnością stanąłby na wysokości zadania, tym bardziej, że dobrze wiedział, jak obchodzić się z czymś naprawdę cennym.
Kolejny, pewniejszy pocałunek sprawił, że naparł mocniej na jej usta, znów cicho przy tym wzdychając. Kiedy to ona całowała jego, nadając własne tempo, było to o wiele ciekawsze, ale i przyjemniejsze. Było to pobudzające, a jednocześnie niebezpiecznie bliskie chwili, w której mógłby wypuścić z rąk tę kontrolę, której tak mocno próbował się trzymać. Im pewniej go całowała, tym trudniej było mu przekonywać samego siebie, że wciąż bez problemu panuje nad tym, co działo się między nimi.
Bo jeszcze nad tym panował, choć tylko dlatego, że musiał nad tym panować. Reilynn nie miała na sobie już niczego więcej oprócz bielizny, więc i tak dzielnie znosił fakt, że miał przed sobą kobietę, która pozwalała mu patrzeć na siebie bez żadnych zasłon, i która całowała go teraz tak zachęcająco, że coraz trudniej było mu pamiętać, dlaczego powinien się powstrzymywać.
Usuń— Lubię, kiedy jesteś tak blisko — przyznał cicho, przelotnie zerkając jej w oczy. Oparł ciężar swojego ciała na ramieniu i przejął inicjatywę, znów przesuwając się z pocałunkami do jej szyi, ale tym razem z jej drugiej strony. — Mógłbym się do tego przyzwyczaić — dodał, czule scałowując z jej skóry delikatne drżenie. — I chyba właśnie tego najbardziej się obawiam — stwierdził, uśmiechając się podczas całowania jej obojczyka. Przy niej przestawał myśleć o wszystkim, co zwykle trzymało go w ryzach. O obowiązkach, konsekwencjach i tym, co powinien, a czego nie powinien robić. Przy niej coraz łatwiej było mu po prostu być, zamiast cały czas zastanawiać się, co będzie później. A wiedział, że później na pewno nie będzie łatwiej. Po tym wszystkim nic nie będzie już takie proste jak wcześniej. Nie będą mogli przecież udawać, że ten wieczór niczego między nimi nie zmienił, ani wrócić do tego, co było, zanim sobie na to wszystko pozwolili. A jeśli udawać będą jednak mogli, to wątpliwa sprawa, że będą chcieli.
Tanner Morgan 💚😘
Spojrzał jej w oczy i uśmiechnął się na jej wyznanie, bo chyba naprawdę mieli problem, skoro oboje byli w stanie wkopać się w przyzwyczajenia, które mogłyby przynieść ze sobą trochę kłopotów, ale pieprzyć to. Dosłownie. Był świadomy, że długość jej życia stała pod znakiem zapytania, ale dopiero gdy powiedziała o tym na głos, cała ta niewiadoma stała się namacalna. Bo dziś była przed nim w swojej pięknej, prawie nagiej odsłonie, a jutro? Jutro mogła być już tylko częścią jego wspomnień. Cudownych i pokręconych, bądź co bądź, ale jednak wspomnień, które nigdy nie zastąpią prawdziwej obecności, czy rozmowy takiej, jak ta, którą właśnie prowadzili w poduszkach na podłodze w jego salonie. Chciał, żeby opowiedziała mu o tej chorobie więcej, żeby mógł zrozumieć, z czym tak naprawdę się mierzyła i jak nieprzewidywalne to było, ale nie teraz. Nie dziś. Tego dnia mieli po prostu być tu i teraz, ze sobą, i trwać w takiej beztroskiej formie, jakby cała otaczająca ich rzeczywistość wyniosła się za te wielkie okna i do jutra straciła prawa do wdzierania się w ich przestrzeń. Jeśli jutro będzie trudne, to będzie trudne jutro. Chyba nie usłyszałby dziś nic bardziej trafnego i właśnie dlatego chciał zatrzymać się przy tych słowach na dłużej. Jutro przyjdzie niezależnie od tego, czy będą na nie gotowi. Przyniesie ze sobą pytania i wszystko to, przed czym przez ten jeden wieczór próbowali się schować. Ale dzisiaj nadal mieli siebie i te kilka godzin, których nikt nie mógł im odebrać. A skoro tak, on też nie widział żadnego powodu, żeby oddawać je z wyprzedzeniem wszystkim problemom, które mogły pojawić się dopiero następnego dnia. Było to do niego całkiem niepodobne, ale dziś wydarzyło się tyle spraw, które wywróciły jego dotychczasowy porządek do góry nogami, że chyba po prostu dalej płynął z tym prądem.
OdpowiedzUsuńGdy przyłożyła dłoń do jego klatki piersiowej, mniej więcej na wysokości serca, lekko złapał ją w palce i pogładził. Trwało to tylko chwilę, bo za moment poczuł lekkie przyciągnięcie i jej usta znów znalazły się na jego. Na ten pocałunek odpowiedział równie słodko i namiętnie, tym razem skupiając się również na tym, gdzie błądziły jej dłonie i w jaki sposób dotykały jego ciała, które wciąż było skryte pod materiałem koszulki. Ale jego wolna dłoń też po chwili odnalazła jej talię, a kiedy poczuł pod palcami skórę, przesunął rękę niżej, po łuku biodra, aż do uda. Nie spieszył się, bo całował ją tak namiętnie, że większa cześć jego uwagi kumulowała się wokół przyjemnych pieszczot ich języków, ale w pewnym momencie zrobił zwrot i powiódł dłonią z powrotem w górę, wzdłuż żeber, aż opuszki jego palców natrafiły na krawędź stanika.
Miał wielką ochotę wsunąć tam swoje palce, ale rozsądek wciąż do niego przemawiał, więc przesunął po materiale i znów zniżył dłoń do jej talii. Oderwał się od jej ust, choć przyszło mu to z trudem, i krótko zerknął w jej oczy, a potem zaczął obsypywać pocałunkami jej ciało, schodząc powoli w dół. Minął linię żuchwy i szyję, aż jego usta dotarły do twardego, gładkiego punktu między jej piersiami. Całował mostek powoli i w skupieniu, czując pod wargami mocne, szybkie bicie jej serca i każdy drżący wdech, który brała.
— No nie wiem, czy nie ma w tym czarnej magii — rzucił nagle i uśmiechnął się, zsuwając się jeszcze niżej, do górnej części jej brzucha, gdzie zostawił pocałunek, pieszcząc językiem skórę. — Dawno nic nie doprowadzało mnie do takiego szaleństwa, jak to, jak reaguje twoje ciało — przyznał. A reagowało tak, jakby nigdy nikt nie całował go w ten sposób, co brał oczywiście pod uwagę, bo sama wspominała o swoich nieudanych doświadczeniach tego typu. Delikatnie drżało pod jego ustami, może trochę ją tymi pocałunkami łaskotał, a może odpowiadało w ten sposób na intensywną przyjemność, której właśnie doświadczało.
A gdy dochodziły do tego jej ciche westchnięcia, które momentami starała się maskować, jakby wciąż wstydziła się własnych reakcji, to całkowicie tracił głowę. Chociaż próbował utrzymywać stałą łączność ze swoim rozsądkiem, ale zasięg był coraz słabszy i wszystko wskazywało na to, że za chwilę połączenie zostanie całkowicie zerwane. I co wtedy? Podciągnął się z powrotem i ucałował jej usta, bo ten obszar był zbadany i bezpieczniejszy, gdy w grę wchodziła utrata kontroli. Przynajmniej w jakiejś części bezpieczniejszy. Jeśli ona podkręcała tempo pocałunków, a jej dłonie zaczynały błądzić w miejscach, które nie były wcale bezpieczniejsze niż te, które całował przed chwilą on, to całe to bezpieczeństwo to całe to bezpieczeństwo zaczynało robić się mocno umowne. A im bardziej próbował trzymać się wyznaczonej sobie granicy, tym wyraźniej czuł, że Reilynn bardzo skutecznie przesuwała ją razem z nim.
UsuńTanner Morgan 🥵💚
Idąc za jej pomysłem, zapisał jej numer jako Rei, dodając obok emotikonę królika, chociaż kot też by do niej pasował. Albo kapelusz wiedźmy, skoro już pojawiła się opcja sabatu.
OdpowiedzUsuńDeclan starał się nie myśleć o śmierci w obawie, że ta się w końcu o niego upomni, patrząc na to, jak często przez ostatnie lata jej umykał. Tamtej nocy, gdy zginęli jego rodzice, miał w końcu jechać z nimi, w Somalii kolega poprosił go o zamianę w godzinach patrolowania, gdy nastąpił jeden z najpoważniejszych ataków terrorystycznych w okolicy, w wyniku którego kumpel został ranny. Ostatnio jednak nie był tak odległy od tragedii, jak udawało mu się do tej pory, przez chwilę nawet dopuszczając do siebie myśl, że to już koniec, gdy przez krótki moment nie mógł się ruszyć, chociaż gadzi mózg zmuszał do ucieczki. Po tym wydarzeniu musiał bardziej świadomie przepędzać myśli o odejściu z tego świata, bo te przychodziły do niego zbyt często, patrząc na to, jak bardzo chciał żyć. I czerpać z tego życia, ile tylko mógł.
Declan z listów nie był jedną z dwóch osób, które przeżyły wybuch pojazdu, w którym jechało sześciu pasażerów. Nie był też tym, który miał w ten weekend pożegnać kumpla, z którym znał się z pierwszych dni szkolenia.
— Rei, to… — zawiesił głos, patrząc na nią z uważnością osoby, która próbowała doszukać się w jej twarzy więcej, niż było tam obecne na pierwszy rzut oka. Uśmiechnął się słabo, bo i słaba była cała ta sytuacja. Spojrzał na jej drobną dłoń zaciskającą się na jego w geście, jak się domyślił, który miał dodać mu otuchy. Przesunął po bladej skórze kciukiem, w jej miękkości odnajdując to, co kobieta najwyraźniej chciała mu przekazać. Obecność. — To dużo. Nie mogę cię o to prosić, ale jeśli chcesz ze mną jechać, to z przyjemnością przyjmę twoje towarzystwo. Chociaż okoliczności dalekie są od przyjemnych – puścił jej dłoń, własną cofając do filiżanki z kawą. Prawda była taka, że nie miał z kim jechać, bo większość jego kolegów pochodziła z niewielkich miejscowości rozsianych po całym stanie, a Cara pracowała niemal w każdy weekend. Mógł oczywiście poprosić ją, żeby się z kimś zamieniła, ale nie uważał ani, żeby to był dobry pomysł, ani potrzebny – Cara miała swoje życie i nie po to wyjeżdżał, nie po to wstąpił do wojska, by jej je teraz zajmować.
— To brzmi jak całkiem solidne benefity pracownicze, Rei, ale nie wiem, czy nadawałabym się do sabatu. Musiałbym chyba najpierw zostać czarownicą – stwierdził z lekkim rozbawieniem.
Nie było mu ciężko, ale było mu… Zwyczajnie. Wiódł proste, niezbyt wystawne życie, ale daleko było mu do posiadania problemów finansowych – zwyczajnie nie miał zbyt dużych potrzeb. Armia nauczyła go, że człowiekowi niewiele jest potrzebne do szczęścia. Sam pochodził z domu, w którym może się nie przelewało, ale też na nic nie brakowało pieniędzy. Ot, zwykła, przeciętna rodzina. Jeszcze jako rekrut poznał ludzi, dla których wojsko było dosłownie jedyną możliwością wyrwania się z biedy; później widział kraje i ludzi, którzy rzeczywiście nic nie mieli, a to uczyło pokory i doceniania nawet niewielkiego mieszkania. Miał prąd, wodę, co jeść i w co się ubrać, wszystko ponad to w jego oczach było i tak luksusem, na który wielu nie było stać.
— Ja mam wrażenie, że przypominam sobie ostatnio, jak może smakować jedzenie – wyznał, sięgając do kolejnej z galaretek. Odkrywanie czegoś tak prostego na nowo, po latach jedzenia w kantynach i gotowania w pośpiechu, było… Przyjemne. Z jakiegoś powodu odnajdywał w tym sporo przyjemności, bardzo możliwe, że dzięki temu, jak przewidywalny był to proces.
— Obraziłem? — zaśmiał się pod nosem, kręcąc głową z niedowierzaniem. — Rei, nie mógłbym się obrazić, bo ani nie miałem za co, ani… Te listy wiele dla mnie znaczyły, znaczą, kurw… Sam nie wiem. Weszły w codzienność, wiesz? Stały się czymś stałym, a kiedy wszystko zmienia się tak szybko i bezwzględnie, taka stała jest ważna – powiedział ze wzrokiem wbitym w lśniący, misternie zdobiony w roślinne wzory widelczyk do ciasta. Właściwie z drugim powodem nie myliła się wcale, bo faktycznie nie odpisał jej tak długo, bo coś się stało, ale o tym nie miał zamiaru mówić. Przynajmniej jeszcze nie teraz. A może nigdy?
Usuń— Czemu myślisz, że nie dałabyś rady? Powinnaś chociaż spróbować – stwierdził, uważnie jej się przyglądając. Na komentarz odnośnie jej wieku uśmiechnął się krzywo. — Ja jestem już po trzydziestce i też idę na studia. Może nie takie typowe, bo to jednak kurs dla weteranów, ale… Będę siedział w ławce, miał egzaminy i jakieś inne zaliczenia. Uważasz, że jest wiek, w którym za późno jest na naukę? — uniósł brew do góry, odchylając się nieznacznie na krześle. — Myślisz Rei, że w życiu jest na cokolwiek za późno?
Declan Doyle
Obawiał się. Oczywiście, że się obawiał, choć było to dla niego coś nowego, ale naprawdę nie chciał skrzywdzić jej w żaden sposób, przekładając swoje potrzeby ponad te jej, i dlatego obchodził się z nią jak porcelaną. Jej ciało reagowało na niego poprawnie, bajecznie i cudownie, ale mimo to on nadal nie był w stanie wyczuć w tym odpowiedniej gotowości i to wcale nie dlatego, że Reilynn robiła coś nie tak. Ostatni raz, kiedy był tak blisko z kobietą, która dopiero uczyła się tych wszystkich czułości, miał miejsce z piętnaście lat temu i tą kobietą była jego obecna jeszcze żona. Nie miał doświadczenia w byciu pierwszym, dlatego obawiał się, że zrobi coś, co będzie dla niej niewygodne i co utrwali się w jej podświadomości. Może były to głupie obawy, ale tak jak w normalnym przypadku już dawno doprowadziłby do zbliżenia, tak teraz trzymał się kurczowo poprawnej granicy tych czułostek, bo nie miał pewności, że Reilynn jest na to gotowa. On był, nawet bardzo, czego nie mógł już zresztą ukryć przez dresowe spodnie, ale nie czuł tej gotowości względem niej. Prawdopodobnie to w nim tkwił problem, bo jakkolwiek absurdalne mogło się to wydawać, to właśnie on starał się za wszelką cenę ochronić ja przed samym sobą.
OdpowiedzUsuńA potem poczuł jej drobne palce na swoim brzuchu. Dobry boże. Przymknął oczy, czując jak przyjemna fala pożądania rozchodzi się po jego ciele, aż Reilynn odsunęła się od jego ust i zapytała czy to za dużo. Spojrzał na nią wzrokiem cięższym od pożądania i przez moment po prostu na nią patrzył. Mogliby na stałe zostawić te poduszki na ziemi i przesiadywać tu w każdej wolnej chwili, byleby tylko dotykała go częściej – tak bardzo tego chciał. Przesunął spojrzeniem po jej unoszącej się i opadającej klatce piersiowej, i ostrożnie przełknął ślinę, bo to wszystko, co działo się z nią teraz, miało działanie pobudzające i on naprawdę nie mógł z tym nic zrobić. To znaczy mógł, ale nie chciał i to wystarczało, żeby nic z tym nie robić. Nie odpowiedział na pytanie, ale złapał w dłoń swoją koszulkę i jednym ruchem ściągnął ją ze swojego ciała, odrzucając zaraz gdzieś na bok. Znów zawisnął nad jej sylwetką i popatrzył jej w oczy, szukając w tym szmaragdowym spojrzeniu czegokolwiek, czego mógłby się złapać, żeby pójść o krok dalej.
A wtedy z jej strony padło wyznanie. Słowa powoli docierały do jego świadomości, a w głowie nagle zaczęły układać się powracające w myślach kropki: jej początkowa powściągliwość, delikatne wahanie w gestach i ten niezwykły, czysty zachwyt przy każdym głębszym dotyku. To oglądanie filmów dla dorosłych, wyznanie o jednym tragicznym pocałunku z człowiekiem, który całował jak karp znaleziony w mule, a potem odpowiedź na jego pytanie o to, czy nie czerpała inspiracji z własnych doświadczeń. A co jeśli nie?. To niemożliwe. To było po prostu, kurwa, niemożliwe. Dlaczego nie przeanalizował sobie tego wszystkiego wcześniej, tylko dopiero teraz, kiedy ona mu wyznała, że żaden facet nigdy nie dotykał jej w ten sposób? Że jeśli jej nie dotykał, to na pewno też w niej nie był? Przecież już wcześniej o tym myślał, przeszła mu taka myśl przez głowę dokładnie tamtego wieczoru, gdy wszedł do pokoju, a ona pisała przy pornosach, ale wydawała mu się całkowicie absurdalna. Dziewczyna miała dwadzieścia sześć lat skończone w czerwcu, ósmego dokładnie, a w tym wieku ludzie zakładają przecież rodziny. To niemożliwe, żeby ona była dziewicą. Do jasnej cholery. To nie była czarna magia. To była prawda, która właśnie uderzyła w niego z siłą taranu.
— Nie — powiedział, wpatrując się w nią z oszołomieniem, którego nawet nie próbował już ukrywać, tak samo jak tego, co urosło w spodniach między jego nogami. — Nie, nie. Nie — powtórzył, chyba bardziej do siebie i pokręcił głową na boki.
Cofnął się i usiadł obok, przykładając dłonie do twarzy.
Usuń— To niemożliwe, Reilynn — powiedział takim tonem, jakby to ją należało przekonać, że się myli. Zsunął dłonie i spojrzał na nią z jednym wielkim pytaniem, wymalowanym na twarzy. — Ale jak... przecież... ten karp — zacisnął usta i opadł na plecy, prosto na podłogę, gdzieś poza te wszystkie poduszki. Znów schował twarz w dłoniach. — Nie wierzę. To niemożliwe, Rei. To niemożliwe, że ty z nikim nie... że my teraz... że ty... — westchnął ciężko rozkładając ręce i patrząc w sufit. No ja pierdole. Zaraz obrócił głowę w bok, żeby spojrzeć na Reilynn. — Nie mogę tego zrobić — wyznał. — Boże drogi, Rei, nie możesz chcieć tego ze mną tak... po prostu — mówił, cały czas na nią patrząc i trochę jeszcze nie dowierzając, ale coraz pewniej przyjmując wersję, że ona jednak się nie myliła. Podniósł plecy z podłogi, wciąż utrzymując spojrzenie w jej twarzy. — Nigdy nie wybaczyłbym sobie, gdybym w jakiś sposób cię skrzywdził, gdybym zrobił cokolwiek, co sprawiłoby, że po tym wszystkim czułabyś się chociaż odrobinę gorzej. Nigdy nie wybaczyłbym sobie, gdybym zepsuł ci ten... pierwszy raz — powiedział. Patrzył na nią ze spiętą szczęką, a w jego oczach dotychczasowe pożądanie mieszało się z czułością, podziwem, ale i odpowiedzialnością. Oczywiście, że nie chciał być dla niej takim wspomnieniem, jak ten chłopak, który całował jak karp. — Zasługujesz na coś więcej niż szybki impuls na podłodze. Ty... ty musisz mieć pewność, że tego chcesz, a nie że dajesz się ponieść jakiejś czarnej magii.
Tanner Morgan 🤯💚
Nigdy by jej o to nie podejrzewał. Ani o cynizm, ani o wyrachowanie, szczególnie w takiej sytuacji, bo chociaż znali się z tego krótkiego czasu spędzonego w szpitalu i listów, to nie wierzył, by ktoś, kto pisał w ten sposób, mógł być takim człowiekiem. Nie był znawcą literatury, nigdy też nie był mistrzem słowa i pewnie dałoby się go oszukać – ująć w słowa rzeczywistość tak, by nawet najgorsza prawda brzmiała lepiej niż najpiękniejsze kłamstwo, a jednak nie wierzył. Nie wierzył, by Rei, którą poznał w ciągu tych miesięcy, lat w zasadzie, była kimś zupełnie innym i oczywiście, miała prawo się zmienić od ich rozmowy w szpitalu – niezmienne mogły być jedynie rzeczy martwe – to nie sądził, by nagle przeobraziła się w dwa miesiące w zupełnie innego człowieka. Takiego, którego nie byłby w stanie rozpoznać.
OdpowiedzUsuń— W porządku — skinął głową, dziękując w głowie starym przyzwyczajeniom, które nakazały mu kupić samochód zaraz po powrocie, chociaż ruszał go w zasadzie od wielkiego dzwonu, po Nowym Jorku poruszając się głównie metrem. Gdyby mieli jechać autem pożyczonym od jego siostry, przez całą drogę zastanawiałby się, czy przypadkiem nie staną w połowie drogi – małe elektryki stanowczo nie należały do opcji, którym byłby skłonny zaufać.
On sam do tej pory musiał zadecydować, czy jechać w mundurze, czy w cywilu, wciąż nie mogąc się odnaleźć w miejscu, w którym się znajdował. Okrakiem stał jedną nogą w wojsku, a jedną w normalnym świecie i nie był w stanie zadecydować, gdzie chciałby być tak naprawdę. Mógł zostać w Armii pomimo stanu zdrowia jeszcze przez rok, korzystając z faktu, że pracował w biurze – nie było potrzeby, by wysyłać go w miejsca niebezpieczne, a nawet jeśli, to jego miejsce i tak byłoby za biurkiem. W tym scenariuszu, jak tylko odzyska chociaż część dawnej sprawności, wciąż wisiałaby nad nim perspektywa potencjalnego wyjazdu, pracy na zmiany, z dyżurami, zazwyczaj przy rzeczach, o których nie mógł nikomu opowiadać. Rozwiązanie kontraktu z wojskiem znaczyłoby wolność, ale jednocześnie całkowitą samodzielność, na którą nie wiedział, czy był gotowy, i wcale nie chodziło o strach przed wolnym rynkiem. Armia dawała poczucie przynależności. Uczestniczenia w czymś. Zawsze uważał, że miał sporo farta, bo nigdy nie był wysyłany do miejsc, gdzie czułby się jednym ze sprawców cudzego nieszczęścia, w gruncie rzeczy głównie dbając o bezpieczeństwo cywili i utrzymanie względnego spokoju, dzięki czemu miał poczucie misji. Czemu albo komu będzie służyć po zdjęciu munduru? Kim wtedy będzie?
— Czarnoksiężnikiem? Mógłbym zostać jakąś drugoplanową postacią w twojej książce… Jakimś czarnym charakterem albo pomocnikiem głównej postaci — mrugnął do niej z lekkim rozbawieniem, szczerze zaciekawiony, jak przedstawiłaby go w którejś ze swoich powieści. A może już się w jakiejś znajdował? Nie miał w sobie na tyle dużo bezczelności, by doszukiwać się cech wspólnych z którymkolwiek bohaterem z „Soli w koronie”, a jednak z tyłu głowy świtała mu myśl, że Rei mogła coś z niego wyciągnąć. A może było to tylko zwykłe przeświadczenie czytelnika, że bohater ma z nim cokolwiek wspólnego? Oczywiście, że ją przeczytał jeszcze przed spotkaniem w księgarni.
— Niektóre miejsca w Nowym Jorku są nie do poznania, więc chętnie zobaczę go twoimi oczami — odwzajemnił uśmiech i zgarnął kawałek ciasta, dochodząc przy tym do wniosku, że raczej na wynos nic się nie uchowa. I dobrze – rozczłonkowane zwierzątka wyglądałyby makabrycznie w pudełku.
Szczególnie długo czekał na pierwszy list. Był przekonany, że się wygłupił, zaginął wśród listów od wielbicieli albo że zwyczajnie nie była zainteresowana tego typu komunikacją. Dopiero po dwóch dniach od nadania wiadomości, gdy nie miała nawet prawa jeszcze do niej dotrzeć, pomyślał o tym, gdzie się spotkali. O tym, jak drobna i blada wtedy była, jak spokojnie się poruszała i zaświtała mu wtedy niebezpieczna myśl, która od tamtej pory towarzyszyła mu za każdym razem, gdy czekał na jej odpowiedź. Otoczony przez śmierć, przez ludzi przeżywających często najgorsze chwile swojego życia, łapał się na tym, że często bardziej martwił się o nią niż o tych, którym pomagał.
UsuńPodniósł na nią wzrok, gdy go szturchnęła, wykrzywiając twarz w grymasie lekkiego uśmiechu. Też je miał. Nie w pudełku, bo tego nie miał zwyczajnie gdzie trzymać, ale poupychane w zeszycie, do którego miał prawo każdy żołnierz – rozdzielone kartkami, z opisem dat, w których zostały dostarczone, bo to miało duże znaczenie. Dzięki temu dokładnie pamiętał, w jakich chwilach Rei mu towarzyszyła.
— Idź. Wiem, że to… Że to takie gadanie, ale ja serio w to wierzę, że na nic nigdy nie jest za późno. Jeśli nie pójdziesz teraz, to nie cofniesz się w czasie, żeby pójść wcześniej. Niczym nie ryzykujesz, a jeśli ci się nie spodoba, to zrezygnujesz i to też będzie okej, Rei — powiedział pewnie, patrząc na nią uważnie. Tym razem to on ujął jej dłoń w geście, którym jednoznacznie chciał dodać jej otuchy. — Daleko mi do oświeconego gościa, ale… Ale widziałem sporo zła, którego jeden człowiek drugiemu nie powinien zrobić, i to zło, ono nie pytało, czy jest na to właściwy moment, Rei. W życiu żaden moment nie jest idealny. Nie ma jednego przepisu na odpowiedni czas dla pierwszego pocałunku, miłości czy wyjazdu. Dla zrobienia czegoś idiotycznego… — zatrzymał się na chwilę, bo w głowie zaświtała mu pewna myśl, która z jakiegoś powodu wyjątkowo mu się spodobała.
— Masz listę? — spytał ni z tego, ni z owego, by po chwili doprecyzować. — Masz listę rzeczy, których nie zrobiłaś w odpowiednim do tego czasie?
Declan Doyle
W ciągu ułamka chwili przez jego głowę przewinęło się tyle różnych wątpliwości, że przez moment sam nie wiedział, która z nich miała większy kaliber i uderzała w niego bardziej. Przecież był od niej starszy i targał za sobą życiowy bagaż, dość ciężki, o czym sama miała okazję się przekonać w starciu z jego żoną. Przecież dziś mieli za sobą cały huragan emocji, który mógł pozbawiać ich rozsądku i rzutować na to, czego próbowali ze sobą teraz. Przecież nie byli dwójką ludzi, których łączyło głębokie uczucie, a takie zbliżenie powinno wynikać z uczuć, a nie z chwili zapomnienia. Przynajmniej teoretycznie. Akurat jego pierwszy raz był taką właśnie chwilą, choć wtedy jeszcze nie potrafił nazwać tego w ten sposób. Nie wynikało to z wielkiego uczucia ani tym bardziej z przekonania, że znalazł osobę, z którą chciałby dzielić życie. Był młody, trochę ciekawy, a przede wszystkim nie zastanawiał się nad tym, co będzie później, bo wtedy wystarczyło wzajemne zainteresowanie i odpowiednia chwila. Dopiero z perspektywy czasu zrozumiał, że bliskość nie zawsze rodziła się z miłości, że czasem wystarczało tylko pragnienie bycia przez chwilę bliżej drugiego człowieka, ale mimo to mogła się z niej rodzić. Mogła być wypadkową miłości i Reilynn wciąż miała szansę przeżyć ten pierwszy raz z kimś, kogo uzna za odpowiedniego człowieka. Nie chciał jej tego odbierać, dlatego wyszedł z założenia, że nie mogą zrobić tego tak po prostu. Że musiała być pewna, nie tylko że tego chce, ale że chce tego właśnie z nim, a nie z kimś kto przecież w każdej chwili może pojawić się w jej życiu i stać się dla niej najważniejszym człowiekiem. Nie chciał, żeby później zastanawiała się, czy nie podjęła tej decyzji zbyt pochopnie albo pod wpływem chwili. Chciał mieć pewność, że jeśli zdecyduje się przekroczyć tę granicę, to nie dlatego, że wydarzyło się między nimi zbyt wiele naraz, a dlatego, że naprawdę tego pragnie i właśnie jego chce mieć obok siebie.
OdpowiedzUsuńDlatego kiedy patrząc mu w oczy powiedziała, że jest pewna, poczuł, jak spięcie w jego karku powoli puszcza. Przez jego twarz przemknął cień niedowierzania, ale zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, ona się zbliżyła, a jego dłoń sama wróciła na jej policzek. Kciukiem pogładził delikatnie jej skórę pod kością policzkową, a kiedy ich czoła się zetknęły, a on poczuł delikatne muśnięcie dolnej wargi, uśmiechnął się. Nie wiedział, co dokładnie zmieniło się przez te trzy miesiące, ale naprawdę podobało mu się to, co mówiła, bo nie wycofała się automatycznie, tylko spojrzała na tę sytuację jego oczami. I uwzględniała go w planach na przyszłość, co było chyba najprzyjemniejszą częścią tych wszystkich słów. Nie mówiła o tym, co mogłoby się wydarzyć, gdyby kiedyś pojawił się odpowiedni moment. Powiedziała o nich tak, jakby ten moment naprawdę miał nadejść.
— Sto róż mogę jeszcze jakoś załatwić. Z jedwabnymi poduszkami byłoby już trochę gorzej — powiedział z rozbawieniem. — Ale chyba nie musimy czekać do jutra. Jestem z tobą, Reilynn, i ja też naprawdę tego chcę — zapewnił, spoglądając w jej oczy.
Zsunął dłoń z jej policzka na kark i delikatnie przyciągnął ją do siebie, a ich usta połączyły się w powolnym, głębokim pocałunku. Nigdzie się nie śpieszył, dlatego lekko wsunął palce w jej włosy z tyłu głowy i powoli zaczął badać językiem smak jej ust, całkowicie skupiony na każdej, nawet najdrobniejszej reakcji jej ciała. Każde ugięcie jej warg i każdy rwący się oddech potęgowały przyjemność, zamieniając powstrzymywany impuls w głęboką satysfakcję z tego, jak pełnowymiarowo i bez zastrzeżeń oddawała mu się w tej chwili. Jak go całowała i jak cholernie uroczo zdradzała w tych pocałunkach, że go chce.
— Chodź do mnie, Rei — poprosił, chcąc, żeby usiadła na nim. Oparł plecy, a po chwili wrócił do jej ust, znów całując je namiętnie. Przesunął dłonie na jej plecy i zaczął powoli gładzić napiętą pod dotykiem skórę. Jego palce wędrowały wzdłuż kręgosłupa, aż zatrzymały się na zapięciu biustonosza. Nie przestając jej całować, sprawnym ruchem rozbroił mechanizm, a ramiączka opadły z jej ramion. Zsunął materiał niżej, pozwalając mu opaść na poduszkę, a potem pogładził dłońmi jej boki, od talii aż po łopatki, chłonąc delikatność jej skóry i dając jej pełną przestrzeń na to, by oswoiła się z tą nową bliskością.
Usuń— Nawet nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, co robisz ze mną w tej chwili... — szepnął, zerkając przelotnie w jej oczy. Jeśli sobie sprawy nie zdawała, to na pewno sprawę czuła, skoro siedziała na nim, a on nie próbował już w żaden sposób kryć swojego podniecenia. Czucie jej gładkiej skóry pod własnymi dłońmi przynosiło mu czystą przyjemność, która kumulowała się w ciele, a każdy dreszcz odpowiadający na jego dotyk i ciepło przesuwające się pod jego palcami upewniały go, jak niesamowicie realna i bliska była w tej chwili. Powolne odkrywanie jej ciała, centymetr po centymetrze, to było coś pięknego. Kciukami zaczął zataczać leniwe, czułe okręgi na jej skórze, muskając piersi dokładnie w rytm jej przyspieszonego oddechu i sam przymknął na moment oczy, czując, że ten dotyk przepełniał go całkowicie.
Tanner Morgan 💚✨
Właśnie dlatego, że sam nie miał pojęcia, co przyniesie jutro i dokąd właściwie zmierzało to wszystko, jego myśli uparcie wracały do pytania, na które nie potrafił jeszcze sam sobie odpowiedzieć. Z jednej strony chciał odłożyć je na później, pozwolić sobie przeżyć ten wieczór bez wybiegania dalej, a z drugiej wcale nie tak łatwo było mu udawać, że nie zastanawia się nad tym, co mogłoby wydarzyć się między nimi. W swoim życiu zawsze działał w oparciu o jakiś plan. Podejmował decyzję, albo określał kierunek, a czasami też przewidywał kolejne kroki i dopiero wtedy pozwalał sobie działać. Tym razem nie miał żadnego z tych punktów zaczepienia. Nie wiedział, co będzie jutro, za tydzień ani nawet czy to, co działo się między nimi teraz, miało być początkiem czegoś, czy tylko jednym wyjątkowym wieczorem, do którego oboje będą kiedyś wracać myślami. Nie miał jeszcze odpowiedzi, ale prawda jest też taka, że po raz pierwszy od dawna nie chciał jej wymyślać na siłę. Jeśli trzeba będzie stawiać sprawy jasno, to oczywiście tak zrobi, ale na razie wolał zobaczyć, dokąd to wszystko samo ich zaprowadzi, szczególnie, że jak na razie prowadziło ich do czegoś naprawdę przyjemnego.
OdpowiedzUsuńMiała filigranowe ciało i kiedy siedziała na nim, miał wrażenie, jakby trzymał w ramionach jakiś pozornie drobny i delikatny kruszec, który miał jednak moc przyciągania całej uwagi, kiedy tylko padało na niego odpowiednie światło. Reilynn była piękna i zwracał na to uwagę już wcześniej, gdy przyglądał się jej twarzy i studiował jej szczegóły. Ciemne włosy, sięgające brody, okalały jej twarz, jeszcze mocniej wydobywając głęboką zieleń oczu. To właśnie one przyciągały jego spojrzenie najczęściej, szczególnie gdy patrzyła na niego z tą charakterystyczną dla siebie mieszaniną nieśmiałości i ciekawości. Miała również ładnie zarysowane usta, których kontur stawał się wyraźniejszy, kiedy lekko je rozchylała albo uśmiechała się. Wszystkie te drobne elementy składały się na twarz, której nie można było pomylić z żadną inną, choć dopiero teraz miał tak naprawdę okazję przyglądać się jej z bliska i bez pośpiechu. Ponieważ potrafił rysować z pamięci wszystko to, co w jakiś sposób go urzekło, miał w swoim notatniku kilka szkiców przedstawiających pojedyncze fragmenty tego, co należało do niej. Zarys jej ust, linię brwi, kształt oczu czy sposób, w jaki ciemne włosy układały się przy policzkach. Wszystko to pojawiło się w nim automatycznie, gdy myślał nad aktami kancelaryjnych spraw, czy nad kolejnym projektem pierścionka. Nigdy nie planował tych szkiców. Po prostu, kiedy uznawał coś za warte zapamiętania, jego ręka automatycznie przenosiła to na papier i najlepiej robiła to w tych chwilach, w których dużo myślał. A Reilynn, ku jego własnemu zaskoczeniu, zostawiła w tym notatniku sporo swoich drobiazgów, choć początkowo wcale nie zakładał, że będzie rysował ją często. Niewykluczone jednak, że po dzisiejszym wieczorze zapełni nią cały zeszyt.
Sprawiała mu dużą przyjemność tym, jak go dotykała, bo naprawdę lubił, kiedy jej smukłe palce przesuwały się po jego skórze, badając ramiona i schodząc powoli ku przodowi, pod linię obojczyków. Jej dotyk był lekki, ale mimo to wyraźnie odczuwał każdy jej ruch.
— Jesteś taka słodka, że trudno mi przy tobie zachować spokój — przyznał, uśmiechając się i całując jej ramię. Skoro chciała wiedzieć, to nie zamierzał przed nią niczego ukrywać. — Kiedy jesteś tak blisko i dotykasz mnie w ten sposób, naprawdę mnie zachwycasz. Bardzo. Chcę cię wtedy jeszcze bliżej i zaczynam zapominać, że przecież dopiero co próbowałem to wszystko sobie poukładać — powiedział. — Jesteś taka słodka, że aż... mam ochotę cię zjeść.
Jej pocałunki w okolicy jego szyi dołączyły do zestawu tych powodów, dla których warto było porzucić rozsądek. Lubił sposób, w jaki zbliżała się do niego coraz śmielej, ale lubił też dotyk jej ust na swojej skórze, bo to, co tam robiła własnymi wargami, było cholernie przyjemne i dobre.
Zaczął muskać jej piersi z nieco większą intensywnością, po czym przesunął dłonie w dół do jej tali i przysunął ją do siebie jeszcze bliżej, żeby ich ciała otarły się o siebie. Znów powędrował jedną dłonią przez jej plecy na kark i zbliżył usta do jej szyi, całując ja i lekko przygryzając skórę. Miał ochotę ją zjeść, ale szybko doszedł do wniosku, że byłby to wyjątkowo kiepski pomysł, bo później nie miałby już jej przy sobie.
Usuń— Koniecznie musisz mi później powiedzieć, gdzie są te świece, które pachną trochę jak moje perfumy — zasugerował, odchylając się mocniej, żeby z uśmiechem spojrzeć jej w oczy. Złapał za jej dłonie i przesunął je niżej na klatkę piersiową, sunąc tak powoli do brzucha, który napinał się przyjemnie. Cofnął swoje ręce i znów przymknął na moment oczy, czując tą drobną przyjemność, którą dawała mu swoim dotykiem, a kiedy je otworzył, zaczął przyglądać się jej z subtelnym uśmiechem na ustach. Raczej nie wytrzymałby tego tak spokojnie, ale nie miałby nic przeciwko, gdyby dotykała go tak do samego rana. Cholernie to lubił.
Tanner Morgan 💚
Zmarszczył lekko brwi, mimowolnie uśmiechając się przy tym lekko i mrużąc oczy, jakby oślepiało go słońce.
OdpowiedzUsuń— To duża odpowiedzialność, jak na kogoś, kogo nie było wiele lat… Ratować świat przed zniszczeniem. Ten bohater miałby ratować cały świat, czy świat konkretnej osoby, a może grupy? — zapytał z zaciekawieniem, bo z tego, co zdążył dowiedzieć się z jej książek i połączyć z jej osobą, wiedział, że odpowiedź wcale nie była tak oczywista, jakby mogło się zdawać.
Declan nie należał do ludzi słowa. Lubił czytać, bo to pozwalało zająć się na krótki moment cudzymi problemami, cudzą historią i życiem, ale jemu samemu wydawało się, że brakowało mu wyobraźni i odwagi, by wymyślić coś nowego. Codzienność była wystarczająco skomplikowana, często trudna i zajmująca głowę; zamiast myśleć o losach fikcyjnych bohaterów skupiał się raczej na otaczających go ludziach. Bliskich i dalszych, tych, którym należało pomóc, i tych, którzy zasługiwali na niechęć. Gdyby do nich miał dorzucić jeszcze wyimaginowane osoby, prawdopodobnie by zwariował. Wolał rzeczy, które można było zobaczyć, dotknąć i w jakiś sposób naprawić, nawet jeśli nie zawsze było wiadomo jak. Człowiek przynajmniej miał twarz, głos i określony problem, zaś fikcyjny bohater mógł mieć ich nieskończenie wiele, a na dodatek zawsze pojawiał się ktoś, kto próbował zniszczyć mu świat.
Może właśnie dlatego tak dobrze rozumiał fascynację Rei. Ona potrafiła stworzyć z kilku zdań całe życie, a później jeszcze przywiązać do niego człowieka, którego sama wymyśliła. Potrafiła dać mu przeszłość, rodzinę, lęki, ulubione jedzenie i jakiś zupełnie absurdalny powód, dla którego w połowie książki postanawiał uratować królestwo. Declan nie miał pojęcia, jak to robiła. Sam ledwo nadążał za własnym życiem, a ona potrafiła jeszcze znaleźć przestrzeń na cudze.
— Możemy zrobić taki… Dzień bycia turystą we własnym mieście. Śniadanie w jakiejś kawiarni, później spacer, możemy pójść do muzeum. Weź mi podeślij te miejsca, zaplanuję jakąś trasę — tak, żeby w razie czego mieli możliwość złapać metro albo taksówkę, która przewiozłaby ich z miejsca na miejsce, gdyby Rei rozbolała noga od protezy albo poczułaby się gorzej, ale tego nie miał zamiaru wspominać na głos i to nie dlatego, że udawał, iż tego problemu nie było. Po prostu nie chciał, żeby każda propozycja czegoś przyjemnego automatycznie zamieniała się w rozmowę o jej zdrowiu. Rei i tak wystarczająco długo musiała planować życie wokół tego, co mogło wydarzyć się z jej ciałem a o =n nie zamierzał dokładać do tego kolejnej osoby, która będzie pytać, czy na pewno da radę wejść po schodach, czy na pewno może iść dalej, czy może nie powinna odpocząć. Jeśli będzie potrzebowała odpoczynku, zatrzymają się. Jeśli będzie potrzebowała samochodu, wezmą samochód. Jeśli trzeba będzie zawrócić, zawrócą. Nie widział w tym żadnej filozofii.
Gdyby zaszła potrzeba, oczywiście mógł ją nieść przez jakiś czas, ale po urazie kręgosłupa nie miał pojęcia, wiedział, że nie będzie mógł jej nosić ciągle, i to go bardzo irytowało. Brak zaufania do własnego ciała. Jeszcze niedawno nie zastanawiał się nad tym, czy jego kręgosłup pozwoli mu zrobić coś tak banalnego, bo podnosił ciężary, nosił sprzęt, potrafił przez wiele godzin funkcjonować zmęczony i obolały, a mimo to ciało pozostawało czymś, na czym mógł polegać. Teraz musiał się zastanowić, czy może zrobić coś tak prostego, jak podnieść człowieka tak drobnego, jak Rei.
Nie umiał nawet wyobrazić sobie, co musiała czuć Rei, przez co po swoim wypadku tym bardziej był w szoku, jak pogodna potrafiła być. Jakby była normalną dziewczyną, która wcale od lat nie mierzyła się z koszmarem choroby, która była dużą jej częścią, ale Declan zdążył przekonać się w listach, że ta wcale jej w pełni nie zdefiniowała. W jego oczach była zwyczajnie Rei, nie chorą Rei, a Rei, która w jego odczuciu miała do zaoferowania światu tak dużo, że bywał wręcz wściekły na fakt, że to właśnie jej uczepiło się słabe zdrowie.
Może dlatego nie chciał jej odbierać zwyczajności. Jeśli chciała zjeść śniadanie w przypadkowej kawiarni, mogli to zrobić. Jeśli chciała wejść do muzeum tylko po to, żeby po piętnastu minutach stwierdzić, że jest nudne, mogli z niego wyjść. Jeśli chciała zobaczyć coś, czego wcześniej nie widziała, jego zadaniem było najwyżej sprawić, żeby mogła to zrobić bez zastanawiania się nad każdym kolejnym krokiem. Nie potrzebowała opiekuna, ba! Pewnie i jego nie potrzebowałaby do tego wcale, ale z jakiegoś powodu chciał jej w tym towarzyszyć.
Usuń— No. Ty będziesz dyskutować o feminizmie sióstr Brontë, a ja… Ja pewnie o draftach w NFL, a pomiędzy będziemy grać w beer ponga, uczyć się do egzaminów i narzekać na wykładowców. Chyba właśnie to robi się na studiach, no nie? — spytał z lekkim uśmiechem.
Nie miał zamiaru się nastawiać negatywnie, pozytywnie zresztą też, zadowalając się ambiwalencją, która wydała się być najbezpieczniejszą i najbardziej rozsądną opcją – najmniejsze prawdopodobieństwo rozczarowania. Nie wiedział, czy potrafiłby odnaleźć się wśród ludzi młodszych od niego o dekadę, którzy dopiero zaczynali dorosłe życie, podczas gdy on miał wrażenie, że własne zdążył już przeżyć w kilku różnych wersjach. Może jednak właśnie to byłoby w tym wszystkim dobre. Nie musiałby niczego udowadniać. Nie musiałby być żołnierzem, weteranem, facetem po przejściach ani człowiekiem, który zawsze powinien wiedzieć, co robi. Mógłby przez chwilę być po prostu Declanem, który nie wie, co powiedzieć przy stole, ale za to wie, jak zamówić kolejne piwo.
Patrzył na nią z uwagą, wręcz widząc, jak przeskakuje między myślami tak, jak przeskakuje się między propozycjami programów na Netflixie – szybko, ale z rozmysłem, wiedząc, że czegoś się szuka, ale może niekoniecznie czego.On sam też miał taką listę. Była ona znacznie krótsza, bo nie tylko był starszy – miał więcej czasu na realizację – ale przed oddaniem wielu lat życia służbie raczej nie próżnował.
— To jedźmy — powiedział, jakby to było coś absurdalnie oczywistego i łatwego. — Masz badania w przyszłym tygodniu, no nie? Zobaczysz, jak wyjdą, jak będzie na tyle dobrze, że będziesz mogła ruszyć się z miasta, to faktycznie jedźmy gdzieś. Możemy lecieć do Las Vegas i zobaczyć te wszystkie kasyna albo do Los Angeles, przejść się Aleją Gwiazd i trochę wygrzać tyłek na plaży, Rei… Mam w cholerę urlopu, więc…
UsuńTeraz spędzali ze sobą najwięcej czasu w życiu i uderzyło to go dopiero, gdy w głowie zaczął myśleć nad tym, jak powinni rozplanować potencjalną podróż. Polecieć na miejsce, wynająć samochód, znaleźć nocleg taki, który będzie dla Rei komfortowy – pewnie dwie oddzielne sypialnie, może oddzielne łazienki, jeśli to miałoby jej cokolwiek ułatwić. Nie dlatego, że zakładał z góry jakiekolwiek granice między nimi, tylko dlatego, że chciał, żeby miała przestrzeń, której mogła potrzebować, a którą jego obecność mogła zachwiać. W jego głowie wszystko układało się w prostą listę. Lot. Samochód. Hotel. Miejsca, które chciała zobaczyć. Restauracje. Czas na odpoczynek. Plan awaryjny, gdyby coś poszło nie tak. Zawsze był jakiś plan awaryjny. Tego akurat nie potrafił się oduczyć. Nawet jeśli tym razem chodziło tylko o wyjazd z dziewczyną, z którą przez większość czasu rozmawiał o książkach i życiu, a nie o czymś, co mogło zależeć od jego decyzji.
I może właśnie dlatego ta myśl była tak przyjemna. Bo po raz pierwszy od dawna planował coś, co nie miało nic wspólnego z obowiązkiem.
— Możemy zrobić próbę w ten weekend. Zostać na Long Island albo pojechać do Hamptons, zobaczyć… Czy lubimy się i dogadujemy na tyle, by pojechać gdziekolwiek dalej.
Uśmiechnął się pod nosem, bo zabrzmiało to trochę jak test kompatybilności, którego nikt rozsądny nie powinien przeprowadzać po jednym spotkaniu. Tyle że oni nie mieli za sobą jednego spotkania. Mieli listy, miesiące rozmów, to jedno przypadkowe spotkanie w szpitalu. A mimo to wyjazd był czymś innym. Kilka godzin w samochodzie potrafiło powiedzieć o człowieku więcej niż niejeden wieczór przy kawie.
Nie wiedział jeszcze, czy będzie dobrym towarzyszem podróży. Czy nie zacznie planować wszystkiego za bardzo, czy nie będzie jej irytował tym swoim wiecznym przewidywaniem problemów, czy ona nie uzna po kilku godzinach, że jednak woli własne towarzystwo. Ale właśnie dlatego chciał spróbować. Bez wielkich deklaracji, bez zakładania, że skoro dobrze im się rozmawia, to równie dobrze będą znosić wspólne siedzenie w samochodzie przez kilka godzin. Co najgorszego mogło się wydarzyć? Najwyżej wrócą wcześniej, albo każe się, że potrafią ze sobą rozmawiać tylko przy kawie i właśnie przy niej będą się czasami widywać. Z dziwną lekkością przyjął, że pierwszy raz od dawna tego typu niewiedza wcale mu nie przeszkadzała, a wręcz przeciwnie – tym bardziej chciał się przekonać.
Declan Doyle🏝️
Skupił się na jej dotyku, odcinając się od wszystkich myśli, które jeszcze przed momentem krążyły mu po głowie. Zostały tylko jej dłonie wędrujące po jego ciele i usta, które co jakiś czas składały pocałunki na jego skórze i zostawiały po sobie przyjemne ciepło. Zawsze miał w sobie tę potrzebę zatrzymywania w pamięci rzeczy, które uważał za piękne, dlatego przyglądał się kamieniom długo, czasami znacznie dłużej, niż wymagała tego sama ocena ich wartości. Szukał drobnych różnic w barwie, czy w sposobie, w jaki przechodziło przez nie światło, zapamiętywał kształty i szczegóły, a wszystko to wracało do niego później przy projektowaniu biżuterii. Był estetą, dlatego potrafił dostrzec coś interesującego tam, gdzie ktoś inny widział po prostu kolejny kamień, czy kolejnego przeciętnego człowieka. Ale Reilynn poznawał w tej chwili trochę inaczej. Poznawał ją przez ciepło jej dłoni, przez delikatność palców przesuwających się po jego skórze, przez nacisk, z jakim czasem zatrzymywała je w jednym miejscu, i czułość pocałunków, które zostawiały po sobie krótkie ślady ciepła. Nie musiał nawet otwierać oczu, żeby wiedzieć, gdzie w danej chwili była. Przez lata nauczył się patrzeć na piękno i rozkładać je na najdrobniejsze szczegóły, ale przy niej nie chciał niczego oceniać ani porównywać. Chciał po prostu zapamiętać to, co czuł. Jej dotyk, jej bliskość, ciepło skóry i ten niezwykle przyjemny sposób, w jaki powoli pozwalała mu odkrywać siebie. Wystarczało mu tylko to, że mógł poznawać ją krok po kroku, wszystkimi swoimi zmysłami, bo każdy jej szczegół wart był zapamiętania. Nie musiał na razie wiedzieć, dokąd zaprowadzi ich ta bliskość. Na razie wystarczało mu poznawanie jej po kawałku, odkrywanie tego jak reagowała na jego dotyk i jak sama odważała się na coraz więcej. Tym razem nie musiał tego piękna tylko podziwiać. Mógł go doświadczać. I bardzo tego chciał.
OdpowiedzUsuńDlatego w pewnym momencie zamknął jej sylwetkę w ramionach i ostrożnie zmienił ich położenie, aż Reilynn znalazła się na plecach, lekko opadając na poduszki, a on zatrzymał się nad nią, podpierając ciężar na ramionach, żeby nie przytłoczyć jej własnym ciałem. Już drugi raz znaleźli się w tej pozycji, ale tym razem ich pieszczoty były intensywniejsze. Tym razem zbliżył usta do jej ciała i z czułością zaczął obsypywać je pocałunkami od obojczyków, przez ramiona, aż po piersi, którym poświęcił więcej uwagi. Nie spieszył się, pozwalając sobie na poznawanie jej w ten sam sposób, w jaki wcześniej poznawał ją dotykiem. Każdy pocałunek, który zostawiał na jej piersiach, był spokojny i świadomy, jego dłonie pozostawały blisko niej, a uwaga podążała za jej reakcjami. Chciał, żeby czuła, że ta chwila też należała do nich obojga. Nadal mogli zatrzymać się w tym momencie i zmienić dalszy bieg tej nocy, bo on również uważał, że byłaby równie cudowna, nawet jeśli spędziliby ją tylko leżąc i rozmawiając.
Podniósł wzrok do jej twarzy, zniżając się z pocałunkami do brzucha, a jego palce spoczęły na jej biodrach i wsunęły się lekko pod materiał majtek. Zapewniała go, że jest przekonana co do własnych pragnień, ale mimo to musiał mieć dodatkową pewność, że jest gotowa na nie w tej chwili, dlatego szukał tej pewności w jej oczach. Po chwili zaczął powoli zsuwać z niej majtki, prostując się nad jej sylwetką stopniowo i ostrożnie przekładając materiał przez protezę. Porzucił je za ich poduszkowym gniazdkiem i pochylił się z powrotem do Reilynn.
— Chciałbym, żebyś mogła choć raz zobaczyć siebie tak, jak ja cię widzę — szepnął, składając na jej ustach czuły pocałunek. Bo kiedy on na nią patrzył, nie widział kobiety, której czegoś brakowało. Widział Reilynn. Całą. I nie potrafił już sobie wyobrazić, żeby jakikolwiek jej fragment mógł sprawić, że byłaby dla niego mniej piękna. Chciał jej dokładnie takiej, nieidealnej, ale całej, ze wszystkimi bliznami i historiami, które zostawiło na niej życie.
— Ufasz mi? — Odchylił się na ramionach, lekko prostując je w łokciach, i popatrzył jej w oczy. W ich zieleni odbijało się ciepłe światło salonowych żarówek. Policzki miała nieco zaróżowione, może z powodu lekkiego zawstydzenia, a może z pragnień, które ją rozpalały. Tak czy inaczej, uważał, że to urocze. Jej naturalna powściągliwość była urocza, choć czytając jej książki ciężko sobie wyobrazić, że ona sama może być tak nieśmiała, jak śmiali są jej bohaterowie. Za odważnymi słowami kryła się kobieta, która dopiero uczyła się mówić własnym głosem o tym, czego sama chciała. A on z każdą chwilą coraz bardziej przekonywał się, że chciał poznać nie tylko tę kobietę, którą potrafiła stworzyć coś na papierze, ale przede wszystkim tę, która istniała poza nim.
UsuńTanner Morgan 💚
Zaufanie było czymś, co w kontaktach z innymi ludźmi przychodziło mu najtrudniej. Zawsze starał się pozostawiać między sobą a drugą osobą choć odrobinę dystansu, taką bezpieczną przestrzeń, której nie dało się przekroczyć, dopóki on sam kogoś przez nią nie przeprowadził, bo jakkolwiek to brzmi, prawda jest taka, że nigdy nie miał szczególnej wiary w ludzi. Otaczał się nimi nieustannie, wiedział, że potrafili być lojalni i szczerzy, ale równie dobrze potrafili wykorzystać czyjąś słabość, kiedy tylko dostrzegli, że mają do niej dostęp. Im więcej człowiek o sobie odsłaniał, tym więcej dawał drugiej osobie możliwości, żeby kiedyś obróciła tę wiedzę przeciwko niemu, dlatego przez lata nauczył się ostrożności. I nie chodziło nawet o to, że zakładał najgorsze intencje każdego, kto pojawiał się w jego życiu. Po prostu wolał nie dawać ludziom powodów, żeby musieli je ujawniać. Wolał stracić czyjąś obecność, niż ryzykować, że pewnego dnia będzie musiał żałować, że zaufał komuś nieodpowiedniemu.
OdpowiedzUsuńJego zaufanie do Reilynn również budowało się długo, choć nie dlatego, że miał w stosunku do niej jakieś szczególne wątpliwości. Ono zawsze przychodziło mu powoli, niezależnie od tego, z kim miał do czynienia, więc i w jej przypadku, cegiełka po cegiełce, układało się z kolejnych rozmów i chwil, w których dowiadywał się o niej czegoś nowego. Obserwował jej reakcje i przekonywał się, że nawet pomimo tych wszystkich dziwnych akcji, które z początku towarzyszyły ich spotkaniom, nie miała w sobie żadnego drugiego dna. Nie próbowała niczego udawać, nie kreowała się na kogoś, kim nie była, ani nie wykorzystywała jego zainteresowania w żaden sposób, choć przecież mogła, bo okazji miała ku temu sporo. Niezależnie od okoliczności, wszystko, co mu pokazywała, było po prostu nią. I to go kupiło. Że była dokładnie taka, jaką mu się pokazywała – czasem nieśmiała, czasem zaskakująco odważna, często zupełnie nieprzewidywalna i całkowicie inna od niego samego, ale zawsze prawdziwa. Nie próbowała zdobyć jego zaufania na siłę, nie zabiegała o to żadnymi sztuczkami. Była po prostu sobą, a on z czasem zaczął rozumieć, że właśnie tej szczerości brakowało mu w wielu relacjach, które przez lata uważał za znacznie ważniejsze. Te trzy miesiące milczenia niczego w zasadzie nie zmieniły, bo nie miał powodu podważać wszystkiego, czego zdążył się o niej dowiedzieć wcześniej. To zaufanie zdążyło już zapuścić korzenie i choć przez te trzy miesiące nie dostało żadnego nowego powodu, żeby rosnąć, to nie dostało też żadnego, żeby się zachwiać. Ufał jej. Nigdy nie powierzyłby córki pod opiekę komuś, komu nie ufał. Nigdy nie powierzyłby komuś, komu nie ufał, dostępu do rodzinnego domu, a już tym bardziej nie zostawiłby mu pełnej i niekontrolowanej swobody w całym przybytku.
— Ufam ci — odpowiedział, gdy ujęła jego twarz, i popatrzył jej w oczy z lekkim uśmiechem na ustach. A potem znów pocałował ją czule i jedną ręką zaczął zsuwać z siebie spodnie. Gdy wydostał się z nogawek, porzucił materiał gdzieś z boku i zbliżył się do Reilynn, dając ich nagim ciałom możliwość subtelnie otrzeć się o siebie. Zaraz przesunął się nieco wyżej, pozwalając twardemu podnieceniu musnąć jej wrażliwe miejsce. Czując jak każda komórka jego ciała reaguje na ten bliski, złapał głębszy oddech, starając się powstrzymać narastającą falę pożądania. Nie chciał zatracić się w tym wszystkim zbyt szybko. Chciał dać jej czas, chciał chłonąć każdą sekundę jej onieśmielenia i rosnącej gotowości.
— Jesteś taka piękna — szepnął, zaglądając jej w oczy. Pochylił się, składając na jej wardze lekki, pocałunek, a jego biodra wykonały minimalny ruch, sprawdzając jej gotowość, gdy wsunął się w nią najpierw odrobinę. To było tak niesamowicie przyjemnie uczucie, że aż zakręciło mu się w głowie.
Zaczął powoli wsuwać się w nią głębiej, a wtedy jej ciepło, ciasnota i ta niesamowita bliskość, z jaką go przyjęła, odebrały mu mowę. Dopiero, gdy wypuścił powietrze z płuc z cichym sapnięciem, zdał sobie sprawę, że robił to na wdechu. Każdy cal jego skóry płonął w tym niesamowicie gorącym uścisku, gdy zatapiał się niej powoli i ostrożnie, starając się z niesłabnącą uwagą rejestrować reakcje jej ciała.
Usuń— Cholera, Reilynn... Jesteś niesamowita... — wyszeptał stłumionym głosem, chowając twarz w zagłębieniu jej szyi. Musnął ustami jej skórę, a przez jego ciało przetoczyła się fala paraliżującego pożądania, zmuszając go na moment do bezruchu. Przez chwilę tylko trwał z nią w tym złączeniu, wsłuchany w szalone bicie ich serc, aż jego biodra ponownie wykonały płynny, głębszy ruch, a w jego ciało uderzyła kolejna fala pożądania. Zamruczał cicho z przyjemności, która go przepełniała, a potem uniósł się nieco na ramionach i pocałował Reilynn, zatapiając się w tym pocałunku z całą nienasyconą czułością, na jaką było go stać.
Tanner Morgan 🤭💚💕
Declan nie postrzegał siebie jako osoby kreatywnej, ale dużo myślał. Lubił obserwować ludzi, ich reakcje na bodźce – mniejsze czy większe. Dużo przyjemności dawało mu odkrywanie coraz to nowszych zachowań u znajomych, ale też znajdowanie wspólnych cech z zupełnie obcymi. Wyjeżdżając ze Stanów, był jedną z tych osób, które były nie tylko przekonane o wielkości swojej ojczyzny, ale też o tym, że nigdzie indziej nie żyje się tak dobrze, co bardzo szybko zostało zweryfikowane przez rzeczywistość. Szybko nauczył się doceniać małe rzeczy, ale nie dlatego, że gdzie indziej było z nimi gorzej – wręcz przeciwnie. Praca nie tylko nauczyła go doceniania, w jego odczuciu, podstawowych dóbr, ale też nabrania perspektywy, że nawet bez nich można być szczęśliwym.
OdpowiedzUsuńPoczątkowo wydawało mu się, że największą różnicą między ludźmi, których spotykał w różnych miejscach, były rzeczy, które mieli albo których im brakowało. Z czasem zaczął zauważać, że rzeczywistość wyglądała zupełnie inaczej. Ludzie mogli mieszkać w innych domach, mówić innymi językami, mieć zupełnie inne przyzwyczajenia, wierzyć w inne rzeczy i inaczej rozumieć to, czym powinno być dobre życie, a jednak pod spodem działały podobne mechanizmy. Chcieli mieć przy sobie kogoś, komu mogli ufać. Chcieli bezpieczeństwa dla swoich dzieci, spokoju, kawałka własnej przestrzeni i przekonania, że jutro nie przyniesie czegoś, czego nie będą w stanie udźwignąć. Chcieli się śmiać, mieć za co kupić jedzenie, wrócić wieczorem do miejsca, które mogli nazwać domem i czasami zwyczajnie nie myśleć o tym, co będzie dalej. Nawet jeśli sposób, w jaki próbowali to osiągnąć, różnił się diametralnie.
Nie zmieniło to jego spojrzenia na świat w jakiś nagły, spektakularny sposób. Raczej powoli odbierało mu pewność, że można podzielić ludzi na proste kategorie i zrozumieć ich tylko dlatego, że wiedziało się, skąd pochodzą. Widział ludzi, którzy byli zupełnie inni od niego, a mimo to potrafili reagować na te same rzeczy śmiechem, strachem czy złością. Widział też tych, którzy próbowali wmówić mu, że ich społeczność, kraj czy grupa była wyjątkowa, a pozostali byli gorsi, bardziej zepsuci albo zwyczajnie niegodni zaufania. Z czasem zaczął rozumieć, że ekstremiści byli często najgłośniejszymi reprezentantami społeczności, choć wcale nie musieli być jej najlepszym obrazem. Łatwo było uwierzyć, że jeśli ktoś krzyczy najgłośniej, to mówi w imieniu wszystkich. Tyle że zwykły człowiek najczęściej chciał zwyczajnie żyć. Mieć bliskich, których nie musiałby grzebać. Mieć pracę, z której mógłby utrzymać siebie i rodzinę. Móc narzekać na pogodę, ceny czy szefa zamiast zastanawiać się, czy następnego dnia będzie miał gdzie wrócić. Pod tym względem ludzie byli do siebie zdecydowanie bardziej podobni, niż chciało się przyznać.
Może właśnie dlatego możliwość zwiedzania miasta z Rei cieszyła go bardziej, niż początkowo zakładał. Nie chodziło nawet o same miejsca, które mogła mu pokazać. Lubił poznawać miasta przez ludzi, a nie przez przewodniki, i był ciekawy, jak wygląda Nowy Jork widziany jej oczami. Miejsca, które dla niego mogły być zwyczajnym skrzyżowaniem, kawiarnią czy kawałkiem parku, dla niej mogły mieć zupełnie inne znaczenie. Mogła pamiętać przy nich rozmowę, spotkanie, pierwszy dzień w jakimś miejscu albo po prostu moment, który z jakiegoś powodu utkwił jej w głowie. To wydawało mu się ciekawsze niż odhaczanie kolejnych atrakcji z listy. Poza tym zwyczajnie dobrze mu się z nią rozmawiało, a perspektywa spędzenia kilku godzin na włóczeniu się po mieście bez konkretnego celu była znacznie przyjemniejsza, niż chciałby przyznać.
Jej słowa o feminizmie trochę go zdziwiły. Nie chodziło o tę modę samą w sobie, ale nie do końca rozumiał, jak można było być wielką albo niewielką feministką. Jego siostra, chociaż z reguły się z nią zgadzał, wygłaszała mu tyrady na temat nierówności między kobietami i mężczyznami, a on cierpliwie ich słuchał, z nadzieją, że dzięki temu znajdzie upust dla swoich frustracji, do których nawet w jego ocenie miała prawo. Przestał marszczyć brwi, gdy doprecyzowała swoją myśl, ze zgodą kiwając głową i postanawiając do tego nie nawiązywać, ani nie rozwijać dyskusji.
Usuń— Pamiętam. Jak chcesz, to gotować możemy się uczyć razem, bo sam ostatnio gotowałem tak… Więcej i częściej w liceum. W koszarach mieliśmy kucharza, więc pewnie sporo zapomniałem z tego, co umiałem kiedyś. Ja sam lodówki też nie wniosę, ugotować… Możemy spróbować.
— Będziemy musieli sobie jakoś z tym poradzić… W najgorszym wypadku będziesz sikać do butelki albo w krzakach. Rei, nie wiem, czy stacje benzynowe są częściej niż co piętnaście minut — zauważył z rozbawieniem, bo ostrzegała go zupełnie tak, jakby jej wizyty w toalecie miały być jakimkolwiek problemem. O ile jakaś znajdowała się w zasięgu, to przecież nie było żadnego wyzwania, by się przy niej zatrzymać. Tak samo jeśli chodziło o jedzenie – to też nie był żaden problem.
— To świetny pomysł, Rei. Też nigdy tam nie byłem — odparł z rozbawieniem, patrząc na jej próbę udawania, jak łapie fale. Dopił kawę i spojrzał na ostatni kawałek galaretki, który przed nimi pozostał. — Jesteś fanką słodyczy. Wsuwaj — skinął głową w stronę talerzyka.
— Chcesz się przejść?
Declan Doyle🚶
Śledził uwagą każdą odpowiedź jej mięśni, każde westchnięcie czy poruszenie, starając się uchronić ją przed jakimkolwiek dyskomfortem i chcąc zadbać o to, żeby ten pierwszy raz był tym rodzajem doświadczenia, do którego Reilynn z przyjemnością będzie wracać wspomnieniami. Miał świadomość, że to nie będzie dla niej całkowicie bezbolesne, bo granic ciała nie dało się przecież zetrzeć bez śladu, ale chciał sprawić, żeby tego bólu było jak najmniej. Czuł moment, w którym przebił się przez nią, bo jej ciało spięło się wtedy pod nim, a ona w pewnym momencie wpuściła go głębiej, na co on mimowolnie odpowiedział ostrożnym wsunięciem. Nie śpieszył się jednak, chcąc, żeby jej ciało przywykło do nowej obecności i zaczęło uczyć się go powoli, w takim stopniu, w jakim samo go potrzebowało. Bardziej, niż na własnym spełnieniu, zależało mu teraz na tym, żeby to Reilynn przeżyła z nim coś niesamowitego, dlatego był delikatny dokładnie tak, jak za każdym razem, gdy pracował z najrzadszymi szmaragdami i gotów był poświęcić każdą sekundę swojego życia, żeby chronić ich piękno. Jej również chciał poświęcić każdą sekundę, a nawet rozbić ją na mniejsze, byleby dać jej poczucie bezpieczeństwa i sprawić, żeby ten moment stał się dla niej czymś naprawdę wyjątkowym. Nie chodziło o to, że to on miał być w tym najlepszy. Ujęta i splotła ze sobą dłoń kogoś, kto rzadko myślał w pierwszej kolejności o sobie. Teraz chodziło wyłącznie o nią i o to, żeby poczuła się przy nim najważniejszą osobą na świecie.
OdpowiedzUsuńZ wyczuciem poruszał się w niej pełnymi ruchami i spoglądał jej w oczy, gotów w każdej chwili się zatrzymać, jeśli tylko dostrzegłby w nich cień niepewności czy dyskomfortu. Ale czuł, że bliskość powoli wypierała z niej resztki spięcia, że rozluźniała się i stopniowo poddawała przyjemnym doznaniom, pozwalając mu na więcej swobody. Ona była doskonała, a on był nią naprawdę oczarowany, bo nawet teraz, przeżywając z nim swój pierwszy raz, gdzie kłębiła się w niej cała masa różnorodnych emocji, obaw i nowych, intensywnych wrażeń, nadal była sobą. Tą kruchą, choć niezwykle twardą dziewczyną, która nie próbowała ukrywać przed nim ani tego, że przez moment się stresowała, ani tego, że w pewnym momencie to autentyczne pragnienie zaczęło przejmować nad nią kontrolę. Reagowała na każdy jego ruch z urzekającą wręcz szczerością, pozwalając mu dostrzec każdą zmianę w jej oddechu i spojrzeniu. Była dokładnie taka jak szmaragd. Naturalna, krystaliczna i pełna wewnętrznego ognia, który ujawniał się dopiero wtedy, gdy trafił w odpowiednie ręce.
Nie było łatwo patrzeć na nią w takim momencie, bo jej szczera reakcja, drżenie ciała i ta niezwykła, odsłonięta bezbronność działały na niego silniej niż cokolwiek innego, ale on też dokładnie tego chciał. Pragnął ją widzieć. Patrzeć w jej błyszczące oczy, w których odbijała się przyjemność. Kojarzyły mu się z wiosną, zieloną, czystą i świetlistą, budzącą się do życia dokładnie tak jak ona pod jego czułym dotykiem. Pragnął obserwować jej rozchylone wargi, przez które uciekały niekontrolowane jęki i chłonąć rozkosz przemykającą przez jej twarz za każdym razem, gdy był w niej głębiej. Jeszcze kilka chwil wcześniej nie miał pojęcia, jak będzie wyglądać ich jutro, ale to było głupie, bo sprawa była przecież oczywista. To, co działo się między nimi, nie skończy się ani dziś ani jutro. Tym razem ją widział. Całą. Niezwykle prawdziwą. I choćby znalazła sobie najlepszy sposób na ucieczkę, nie ma najmniejszych szans na to, że pozwoli jej odejść tak, jak pozwolił jej na to te trzy miesiące temu, gdy ich spojrzenia skrzyżowały się w progu po raz ostatni, a potem zatrzasnęły się między nimi drzwi.
Rozchylił lekko usta, oddychając coraz szybciej, gdy rosnące podniecenie zmuszało go do szybszych wydechów. Czuł, jak twardnieje w niej z każdym kolejnym ruchem, wypełniając ją całym sobą, a fala przyjemności toczy się nieubłaganie przez jego ciało. Patrząc jej nieustannie w oczy, splótł z nią drugą dłoń i zacisnął palce na jej palcach w mocnym uścisku. Ruchy jego bioder stały się intensywniejsze, oddech przechodził w ciche westchnięcia. Mięśnie wyrysowały się na jego ramionach i plecach, wyprężone pod wpływem napięcia, a każde kolejne pchnięcie, stawało się coraz bardziej zmysłowe, wywołując niesamowitą rozkosz. Było mu tak dobrze, tak błogo, że jego samokontrola zaczyna dosłownie topnieć. Nie chciał już walczyć z tym pragnieniem. Chciał tylko zatracić się w niej całkowicie, zostawiając w ich pamięci ślad, którego nie zdoła zatrzeć żaden czas.
UsuńTanner Morgan 💚❤️
Jemu było z nią tak przyjemnie, tak dobrze i tak pięknie, że przez cały ten czas nie potrafił znaleźć w sobie ani jednej myśli, która nie sprowadzałaby się do tego, jak bardzo chciał być właśnie tutaj i właśnie z nią. Przeżywał coś naprawdę cudownego, będąc w niej, czując jej usta na swojej skórze i palce, które zaciskały się mocniej na tych jego. Nie był ekspresyjny uczuciowo, ale to, co działo się w jego wnętrzu, przypominało prawdziwy huragan przeróżnych emocji, przy czym tą jedną, która pozostawała niezmienna, była pewność, że nie żałuje ani jednego momentu, który dział się teraz, ani żadnego, który doprowadził ich do tej chwili, nawet jeśli po drodze nie brakowało trudnych wydarzeń i sytuacji, których wolałby im oszczędzić. Nie chciałby cofnąć czasu ani zmienić żadnej z podjętych decyzji, bo gdyby nie to wszystko, może nigdy nie znaleźliby się w tym miejscu. Może nigdy nie mieliby szansy przeżyć ze sobą czegoś tak pięknego, odkryć, jak wiele mogą sobie dać, kiedy przestaną doszukiwać się powodów, dla których powinni trzymać się od siebie z daleka.
OdpowiedzUsuńWysunął palce spomiędzy jej dłoni, gdy wyczuł pod nimi delikatny ruch, i zaraz objął ramionami jej sylwetkę, przyciągając ją bliżej, kiedy wtuliła się w niego. Oparł dłoń na jej plecach, drugą przesunął wzdłuż talii, a jego ruchy stały się głębsze i pełniejsze, nabierając tempa, w którym coraz trudniej było mu oddzielić własne pragnienia od tego, co odczytywał z jej reakcji. Chciał mieć ją przy sobie, czuć jej ciepło i zapamiętać tę chwilę nie tylko jako spełnienie pragnienia, ale też jako coś, do czego oboje doszli po długiej drodze pełnej wahań i niedopowiedzeń.
Czuł bliskość Reilynn, jej oddech przy swojej skórze i dłonie, których uścisk stawał się coraz mocniejszy, jakby ona również próbowała odnaleźć się w fali doznań, która ich pochłaniała. Jego ciało napięło się odruchowo, gdy wsunął się w nią do końca i świat dosłownie zawirował mu przed oczami. A potem napięcie powoli ustąpiło pod wpływem narastającej ulgi, która spływała przyjemnie wzdłuż kręgosłupa i rozchodziła się do wszystkich możliwych mięśni. Przymknął oczy i wypuścił z siebie urywany oddech, przyciągając Reilynn do siebie jeszcze mocniej, chcąc zatrzymać ją w ramionach dokładnie w tej chwili, w której oboje odnaleźli spełnienie. Osunął się lekko tuż obok, próbując wyrównać chaotyczny oddech, choć nie było to takie łatwe, gdy bicie serca odbijało mu się w uszach, a jego ciało wciąż pulsowało pod wpływem doznań. Ale pośród rozedrganych myśli i oddechu, który wciąż nie chciał wrócić do normalnego rytmu, pojawiło się w nim zaskakująco dużo spokoju. I był to spokój, jakiego nie czuł już od dawna.
Spojrzał w oczy Reilynn, gdy poczuł jej czoło na swoim ramieniu i uśmiechnął się, słysząc pytanie. Gdyby tylko wiedziała, jak się czuł, pewnie zaczęłaby mu zazdrościć. Już pomijając fakt, że nie dało się tego opisać żadnymi słowami, to było mu naprawdę doskonale.
— W najlepszym, Rei — zapewnił krótko, ale szczerze. Sięgnął do jej dłoni, gdy gładziła lekko jego policzek i przyłożył ją do swoich warg, po czym czule ucałował.
— A ty? Wszystko okej? — odpytał, rzucając jej nieco uważniejsze spojrzenie, choć mógł domyślić się odpowiedzi, bo widział ją w jej twarzy. Gdyby nie było okej, to w życiu nie spojrzałaby mu w oczy tak pewnie, jak robiła to właśnie teraz. Jeśli miałaby jakieś wątpliwości, unikałaby kontaktu wzrokowego, bo taki był jej odruch obronny, a on zdążył już poznać kilka jego odsłon. Wiedział, że kiedy coś ją przerastało albo czuła się niepewnie, potrafiła zamknąć się w sobie i schować za milczeniem, zamiast powiedzieć wprost, co działo się w jej głowie. Tym razem jednak patrzyła na niego bez wahania, a w jej spojrzeniu nie dostrzegał ani strachu, ani żalu, ani potrzeby wycofania się z tego, co właśnie razem przeżyli. I to wystarczyło mu, żeby odetchnąć z ulgą.
Podniósł odrobinę plecy, a potem wyciągnął ramię w stronę Reilynn, przyciągając ją do siebie, żeby mogli jeszcze przez chwilę poleżeć tak po prostu wtuleni w siebie. Sięgnął po koc, trochę ich nakrywając, a potem musnął ustami jej skroń i zaczął gładzić jej ramię, powoli, bez pośpiechu, ciesząc się tą prostą bliskością, która nie wymagała żadnych słów. Mógłby zostać z nią tak znacznie dłużej, wsłuchując się w jej oddech i od czasu do czasu składając pocałunki na jej włosach, ale miał świadomość, że zbliżali się do jakiejś naprawdę dziwnej godziny. Za oknami jeszcze nie świtało, ale dało się wyczuć, że noc zdążyła już mocno się przeciągnąć.
Usuń— Wiesz, to gniazdko jest całkiem niezłe — odezwał się w końcu pół-szeptem z lekkim rozbawieniem, zerkając na rozłożone wokół poduszki. Był już tak rozluźniony i tak odprężony, mimo że pozycja nie była wcale super wygodna, ale wyjątkowo miła, że i tak musiał się zmusić, żeby w ogóle drgnąć i pomyśleć o przeprowadzce. — Ale pora przenieść się do dziupli — zdecydował, mając na myśli rzecz jasna sypialnię. Zamiast jednak od razu wstać, zmienił trochę swoją pozycję, wsunął jedną rękę pod jej kolana, a drugą objął ją w pasie, i uniósł ją ostrożnie z podłogi razem z kocem. Uśmiechnął się pod nosem, przyciągając ją bliżej do siebie, po czym ruszył w stronę schodów na piętro. Szedł nagi, ale w ogóle mu to nie przeszkadzało.
Tanner Morgan 🌙💚🛏️
Kiedy się poznali, miał wrażenie, że Rei była inna. Niby taka sama, ale inna – nie gorsza, nie lepsza, ale zwyczajnie nie była tą Rei, która siedziała z nim teraz w kawiarni i musiał przyznać, że zmiana ta, wydawała się być zmianą na lepsze przynajmniej dla niej. Cieszył się tym tak, jak powinien cieszyć się człowiek, któremu zależało na drugiej osobie, bo przez te miesiące wymienianych listów w istocie zaczęło mu na Rei zależeć. Samolubnie lubił to, jak czuł się przez korespondencję. Świadomość, że jako jeden z nielicznych wie, że to ona jest autorką skrywającą się za pseudonimem Lynn R. Well mile łechtała jego ego, ale wcale nie było mu mniej przyjemnie teraz, gdy była to już rzecz ogólnie wiadoma. Czuł pewnego rodzaju dumę z dziewczyny, że ta znalazła w sobie na tyle odwagi i siły, by przestać się ukrywać, wyjść do swoich fanów i podzielić się ze światem samą sobą, nie tylko, albo aż, tym, co miała w głowie.
OdpowiedzUsuń— Jak nie będzie po drodze stacji, to ci jej nie wyczaruję. W najgorszym wypadku będziesz sikać w krzakach, trudno — wzruszył ramionami z rozbawieniem, pomijając wspomnienie o tym, że pracował przy planowaniu operacji wojskowych w których byłby wdzięczny, gdyby największym problemem był fakt, że komuś zachciało się siku. Nie wierzył jednak, aby to był jakikolwiek, realny problem, bo mieli w końcu podróżować po jednym z najgęściej zaludnionych obszarów Stanów. Toalety były na każdym rogu, tak samo jak sklepy z żywnością, restauracje typy diner, fastfoody, czy inne przybytki, w których bez problemu mogli dostać od ręki coś do jedzenia. Na ból niewiele mógł poradzić; w zasadzie, to mógłby jedynie podzielić się swoimi tabletkami, które przepisał mu niedawno lekarz, ale nie przy zdrowi Rei nie było sensu ryzykować. Gdyby faktycznie okazało się, że cokolwiek jest nie tak, najgorsze, co by ich czekało to podróż do szpitala, a i tak to nie było problemem, bo Declan od dawna nauczył się, że nie należy oczekiwać czegokolwiek po kimkolwiek. Nie mógł więc obarczać własnymi oczekiwaniami Rei, bo takowych zwyczajnie nie miał.
Do zdjęcia objął ją pewnie, po przyjacielsku na wysokości ramienia i uśmiechnął się, najszerzej jak umiał, czyli może niezbyt szeroko, ale za to szczerze, jednak nie na zdjęcie się poirytował a na fakt, że Rei za niego zapłaciła. Czy był konserwatywny w pewnych kwestiach? Dużo bardziej, niż by chciał. Płacenie za kobietę, bez znaczenia, czy była to kiedyś jego babcia, siostra, przyjaciółka, czy dziewczyna, z którą sypiał, w jego mniemaniu zwyczajnie leżało po stronie mężczyzny. W systemie w którym żyli, to w końcu mężczyźni zarabiali z reguły więcej, co uważał za obrzydliwie niesprawiedliwe i strasznie go tak wkurzało, ale takie były realia. Fakt, że Rei była poczytną pisarką i z całą pewnością jej sytuacja finansowa wyglądała lepiej niż jego, któa i tak była lepsza niż wielu Amerykanów w ich wieku, nie zmieniał jego podejścia. Dlatego przez chwilę był naburmuszony, gdy wyszli na zewnątrz, ale mimo to podał Rei ramię – dokładnie tak, jak wcześniej, żeby mogła się na nim wygodnie wesprzeć. Spacer był krótki, ale podczas niego zdążył pokazać jej miejsce, gdzie kiedyś był dentysta, do którego chodził jako dzieciak i opowiedzieć historię o tym, jak uciekł z fotela, przez co szukała go mama, dentystka i asystentka, kiedy chował się za półkami pobliskiego sklepu, mając jakieś siedem, może osiem lat.
Później zamówił ubera, który najpierw odwiózł Rei, a następnie jego samego do domu. Nie musiał jej pytać o adres – znał go dobrze, bo wielokrotnie pisał go zarówno na kopercie, jak i na potwierdzeniu nadania listu w specjalnym, wojskowym rejestrze.
Reszta tygodnia upłynęła mu szybciej, niż się spodziewał. Całe piątkowe popołudnie przeznaczył na gruntowne sprzątanie wozu i zakupy z siostrą, która pakowała mu do koszyka przekąski, które jej zdaniem mogły Rei posmakować. Sam niespecjalnie przepadał za słodyczami, będąc raczej po tej słonej stronie przekąsek, ale ostatecznie wyszedł ze sklepu z dwoma siatkami słodkości.
Pozwolił Carze, aby ta spakowała mu do auta też jakieś mokre chusteczki, płyny antybakteryjne i kilka innych rzeczy, o których w życiu by nie pomyślał, jak chociażby koc, którego wybór tłumaczyła faktem, że Dec według niej nie odczuwał zmian temperatury. Na dwie noc, która mieli spędzić w drodze zarezerwował mieszkanie z dwiema, oddzielnymi sypialniami i wspólną przestrzenią, wcześniej wysyłając linka Rei, by dała mu znać, czy takie lokum jej odpowiada. Nie chciał jej zaskakiwać, bo wystarczająco stresowała się samą podróżą autem, więc dodatkowe nerwy nie były jej raczej potrzebne. Znalazł miejsce dostosowane dla osób poruszających się na wózkach, więc Rei ze swoją laską i protezą powinna była czuć się tam swobodnie. Możliwe, że Declanowi w podejściu brakowało trochę empatii, bo fakt niepełnosprawności Rei traktował… Jak fakt. Był, istniał, trzeba było go brać pod uwagę, ale nie trząsł się nad nim tak, jakby jej zdrowie stanowiło wszystko, z czego zbudowana była ta dziewczyna. Było w niej przecież znacznie więcej.
UsuńPodjechał po nią o umówionej godzinie, z mundurem galowym powieszonym za swoim siedzeniem. Dość szybko znalazł miejsce parkingowe i w ciągu zaledwie kilku minut był już pod jej drzwiami, żeby przypadkiem nie pozwolić jej wpaść na pomysł, że będzie znosić walizki sama.
— Cześć Rei. Gotowa do podróży?
Declan Doyle 🛩️
Przez czas, gdy wymieniali się listami, Rei była dla niego jedynym łącznikiem ze światem, przed którym nie musiał udawać, że wszystko gra, bo nie istniała nawet najmniejsza możliwość, by siostrze napisał w listach o czymkolwiek negatywnym. Nosiła w sobie wystarczająco dużo żalu o to, że jeszcze nie odszedł z wojska, posądzając go o to, że w ten sposób ucieka od rzeczywistości. Wcale się w tym nie myliła i chyba to było w tym najgorsze – miała wręcz niepokojącą rację w swoich spostrzeżeniach, bo tak, jak Declan dodawał otuchy Rei, tak Rei dodawała Declanowi, który czuł podskórnie, że prędzej czy później, czeka go powrót do stanów i odejście z wojska. Z każdym rokiem bowiem rozwijała się w nim coraz większa niechęć do działań, które prowadził kraj, któremu zdecydował się służyć i chociaż nigdy nie twierdził, że wszystkie te działania były dobre, to im starszy był, tym bardziej rozumiał ich cenę i czuł ciężar decyzji podejmowanych przez ludzi, którzy nigdy nie byli w miejscu bardziej niebezpiecznym, niż szemrana ulica Nowego Jorku.
OdpowiedzUsuńNie liczył na to, że faktycznie z nim pojedzie. Nie spodziewał się, że wymówi się czymś w ostatniej chwili, ale przez te lata nauczył się liczyć tylko na siebie, a sama okazja do wyjazdu była zwyczajnie przykra. Gdyby to był dla niego pierwszy pogrzeb kogoś, kogo znał, z kim służył w którymś etapie życia, prawdopodobnie nie chciałby, żeby ktokolwiek był przy nim, bo chociaż pierwszy raz był podobno najgorszy, to Declan potrzebował wtedy być sam bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, żeby uporządkować własne emocje, a później wyładować złość – tamtego dnia bił w worek treningowy, do momentu kiedy nie przyuważył go trener i zwyczajnie nie zamknął w żelaznym uścisku, zmuszając go tym do ochłonięcia. Tylko, że Declan był wtedy dużo drobniejszy, łatwiej było go spacyfikować, za to bardziej porywczy, dzięki czemu, teraz, jadąc po Rei wiedział, że nie czeka go taki napad furii, jak tamtego dnia.
Przesunął spojrzeniem po jej sylwetce, wcale nie mimowolnie, bo potrafił w końcu nad sobą panować, ale chociaż sukienka była prosta, okazja smutna, to musiał przyznać, że wygląda bardzo ładnie. Właściwie, to cokolwiek by na siebie założyła, czy workowaty sweter, którego Maeve nie pozwoliła jej ze sobą zabrać, czy nawet przebranie z cyrku, wiedział, że Rei będzie wyglądać dobrze, bo najzwyczajniej w świecie Rei była śliczną dziewczyną. Dostrzegł to już tamtego dnia, w szpitalu i byłby kłamcą, gdyby nie przyznał, że trochę właśnie z tego powodu ją zaczepił. Oczywiście zainteresowało go to, co tak dzielnie wstukiwała w klawiaturę, później właściwie pochłonęło, gdy chciała dawać nadludzką siłę tym, którzy nie mieli prawa jej mieć, mając przebite płuco, ale podszedł do niej, bo pomimo tej bladości, wyraźnych oznak ciężkiej choroby, miała w sobie coś, co przyciągało, a czego do tej pory nie umiał nazwać.
Schował jej walizkę do bagażnika, na którego rolecie leżały dwie białe róże, i wyciągnął dużą, płócienną torbę, którą zaraz po wejściu do samochodu jej podał. Wcześniej zadbał, by fotel był na tyle odsunięty, aby bez problemu mogła wygodnie rozsiąść się z protezą, biorąc pod uwagę fakt, że torba może być w jej nogach przez jakiś czas, gdyby miała ochotę sięgać po przekąski.
— W porządku, Rei. Możesz swobodnie rozmawiać. Możemy się śmiać, możemy śpiewać w drodze, to… — oparł się łokciem na fotelu bokiem, tak, by móc patrzeć na nią swobodnie. — To nie jest pierwszy raz. Z Ryanem służyłem krótko, ale to był dobry człowiek i to przykre, cholernie niesprawiedliwe, że jego życie potoczyło się tak, a nie inaczej, ale mój, czy twój smutek tego nie zmieni. Pogrzeby są bardziej dla bliskich, niż dla tych, którzy odeszli i jadę tam głównie po to, żeby zobaczyć się z jego przyjaciółmi i wyrazić szczere kondolencje, które należą się jego rodzinie. Mój ból w niczym im nie pomoże, bo każdy musi przejść swoją żałobę sam — powiedział spokojnie i uśmiechnął się lekko. – Nie musisz obchodzić się ze mną, jak z jajkiem — mrugnął do niej i usiadł w fotelu, już normalnie, sięgając po pas i odpalając samochód.
Ustawił nawigację na miejsce, gdzie mieli zjeść śniadanie i włączył playlistę, na której znajdowały się głównie rockowe, spokojne ballady, cichutko lecące w tle.
Usuń— Kupiłem trochę przekąsek na drogę, ale nie wiem, czy dobrze, że już teraz ci je dałem, skoro wybieramy się na śniadanie… Zerknij, czy jest tam coś, co lubisz. Jeśli nie, to zahaczymy o sklep — płynnie włączył się do ruchu i zerknął w stronę Rei. — Ładnie wyglądasz, Rei — stwierdził, chcąc w jakikolwiek sposób rozluźnić atmosferę w obawie, że swoim wywodem tylko ją zagęścił.
Declan Doyle🌹
W rodzinie Cavendishów potrzeba udowadniania niemożliwego zdawała się przechodzić przynajmniej od trzech pokoleń niczym wynik doboru naturalnego na skutek coraz bardziej zaawansowanego technologicznie środowiska, czekającego tylko na to, aby chłonne, otwarte umysły dokonały na nim swojej eksploracji. Tak jak sami rodzice wyszli poza horyzont zdarzeń w swoich skromnych obliczeniach prowadzonych częściowo w głowie, na niezliczonych kartkach, na komputerach, a nawet kredą po ścianach domu w Colorado pomalowanych farbą tablicową, tak Edmund razem z Fredricą zajęli się skrupulatnie przeszłością planety… Choć musieli dorastać otoczeni wszechobecnymi cyframi oraz mało zrozumiałymi przez wiele, wiele lat wzorami. Przypominało to dorastanie wśród tajemnic, jakie dzieci chciały za wszelką cenę później rozwiązać. Uczestniczyć w rozmowach przy obiedzie o kosmosie, podróżach NASA, a potem nawet dodawać swoje własne wartości, co stworzyło kompozycję nie tyle pouczającą, co niebywale fascynującą po dziś dzień.
OdpowiedzUsuńTylko, że dzisiaj Edmund nie miał przeprowadzić kolejnej, dość zwykłej dla nich samych pogawędki w pięknej jadalni z widokiem na góry, zasłaniające mu Jezioro Niedźwiedzie w Parku Narodowym. Dziś przeprowadzał wykład, dodatkowo jak na złość na początku dnia, a nie w środku czy na końcu. Wiązało się to więc z potrzebą szybszego wstania oraz szybszego wyjazdu – do Nowego Jorku miał przynajmniej trzydzieści minut dojazdu z Summit.
Chcąc nie chcąc pensja paleogenetyka nie była na tyle wysoka, aby posiadać pełną dowolność odnośnie wyborów życiowych. Stawiała oczywiście znacznie wyżej, niż większość, ale nie na tyle, aby poczuć się bezkarnym czy wolnym od kredytów do końca życia. Zatem tak, kredyt był wzięty na odnowienie skromnego domostwa w tańszej wersji stylu kolonialnego oraz otaczającego je ogródka. Nikt jednak nie ostrzegał, że warto by było kosić trawnik minimalnie co dwa tygodnie, a jednocześnie zająć się czymś tak prozaicznie życiowym jak rozpakowanie wszystkich kartonów po przeprowadzce.
A czas mijał szybciej, jakby ktoś przyspieszył wszystkie zegary świata. I po co?
Udało się Edmundowi znaleźć w końcu miejsce do parkowania na tyle szybko, żeby w głębi duszy bardzo docenić fakt, iż dzięki temu nie musiał dłużej wysłuchiwać asystentów od zachowania odległości oraz parkowania. Wersję sportową elektrycznego Hyundaia Edmund wybrał w salonie dla samej hecy, kiedy przedstawiciel marki dopytywał się go o szczegóły nadchodzącej transakcji. Tak, tak, koniecznie sufit panoramiczny. I czarny, perłowy lakier, dokładnie jak jego dusza. A zgodnie z tą (jakże mroczną) zasadą doktor Cavendish lubił podkreślać w uczonym towarzystwie, że przecież piję samą czarną, jeśli nie espresso, a nie te głupawe kolorowe energetyki lub flat white zamówioną z najsłodszym croissantem. Edmund z pewnością zapadłby się pod ziemię, gdyby te snobistyczne hieny wywęszyły jakąkolwiek jego słabość, a niejednokrotnie bardzo tego pragnęły, byle żeby mu utrzeć tego zadartego nosa.
Rhythm Zero na Upper East Side znajdowała się kolejne pół godziny drogi przez Central Park spokojnym spacerem do Muzeum Historii Naturalnej, a Edmund znalazł się przed kawiarnią wystarczająco szybko, żeby zdążyć nadrobić brak kofeiny w krwiobiegu i jeszcze potem przejść się spokojnie spacerem do docelowego obiektu. Tylko, że w nowoczesnym, za to bardzo stylowym wnętrzu dostrzegł twarz kobiety nad wyraz znajomą. Uczucie towarzyszące temu wydarzeniu było
nagłe oraz dość intensywne, jakby obudził się tego dnia po raz drugi, tylko tym razem z letargu przewidywalnej rutyny. Mało elegancko dokuśtykał w okolicę stolika znajomej, żeby wymruczeć niby doniośle po drodze:
Usuń– Fatalny wybór, Lynnie. Spodziewałem się po tobie czegoś więcej niż Blackberry Pie Matcha.
A potem kontynuował wędrówkę do kontuaru, aby zamówić swój napój.
Znakiem firmowym Cavendishów był brak poprawnego, kulturalnego powitania drugiej osoby, której nieszczęściem stała się ich szorstka sympatia.
Pan Maruda od dinozaurów
To było absolutnie wspaniałe pod każdym możliwym względem, nawet dla niego, choć przecież nie uprawiał seksu po raz pierwszy. W tym, co wydarzyło się między nimi, było jednak coś, czego wcześniej nie doświadczył w ten sposób. Trochę inny rodzaj bliskości, który być może wynikał z jego szczególnego zaangażowania, może z zaufania, a może z faktu, że mógł z nią po prostu być, bez dystansu, za którym zwykle się chował, i czerpać przyjemność z tego, że ona również chciała być właśnie tutaj, przy nim w tym szczególnym sensie, a nie czysto fizycznym. Nie musieli mówić tego na głos, ale oboje wiedzieli, że to nie skończy się wraz z nadejściem poranka, i że nie pozostanie jedynie wspomnieniem jednej nocy. To, co między nimi powstało, miało już swoje miejsce w ich życiu, nawet jeśli żadne z nich nie było w stanie jeszcze określić, dokąd ich to zaprowadzi.
OdpowiedzUsuńW sypialni, której wystrój nie odbiegał znacząco od reszty mieszkania, opadł z nią ostrożnie na duże łóżko, a później popatrzył, jak sprawnie radzi sobie ze zdjęciem protezy. Nie uważał tego za nic krępującego, chociaż miał świadomość, że dla niej mogło to być równie intymne, jak to, co wydarzyło się między nimi w salonie. On natomiast bardziej zastanawiał się nad tym, czy codzienne zakładanie i zdejmowanie protezy wiązało się dla niej z jakimś fizycznym dyskomfortem. Teraz nie dostrzegał na jej twarzy żadnego grymasu bólu, więc uznał, że pewnie przyzwyczaiła się do tego, co przy tej czynności odczuwała, jeśli cokolwiek w ogóle.
Ułożył się wygodnie, unosząc nieco kołdrę, żeby zrobić jej miejsce, a kiedy wsunęła się pod nią i wtuliła w jego bok, okrył ją, po czym objął ramieniem i przyciągnął bliżej, zamykając ją w ciepłym uścisku. Ucałował ją w czubek głowy i otoczył też drugą ręką, co najmniej tak, jakby wcale nie zamierzał wypuszczać jej z objęć przez resztę nocy. Zasnęła szybciej, co wcale go nie dziwiło po tym, jak wiele wydarzyło się tej nocy, ale on jeszcze przez jakiś czas leżał z zamkniętymi oczami, wsłuchując się w jej miarowy, spokojny oddech. Był przy tym tak odprężony, że prawie nie poznawał samego siebie, bo zwykle to nawet przed snem układał w głowie listę spraw, które czekały na niego następnego dnia. Tym razem zupełnie go to nie obchodziło. Nie myślał o obowiązkach ani o tym, co powinien zrobić rano. Nie miał nawet pewności, gdzie podział telefon, ale pierwszy raz od dawna nie czuł potrzeby, żeby go szukać. Wszystko, co jeszcze kilka godzin temu mogłoby zaprzątać mu głowę, nagle straciło na znaczeniu, gdy teraz miał przy sobie Reilynn i czuł jej ciepło. Nie powinien pozwolić sobie na luksus nieprzejmowania się niczym więcej, ale zrobił to z przyjemnością.
Nie wiedział nawet, w którym momencie ostatecznie zapadł w sen, ale kiedy w końcu się obudził, przez kilka pierwszych sekund nie miał ochoty robić nic poza pozostaniem w miejscu. Dopiero światło wpadające przez panoramiczne szyby uświadomiło mu, że poranek dawno już przeminął. Przesunął wzrokiem po rozświetlonym fragmencie miasta, oceniając po położeniu słońca, że musiało być grubo po dziesiątej, i aż uniósł lekko brwi, zaskoczony, że spał tak długo, bo nie należał do osób, które pozwalały sobie na podobne odstępstwa od codziennego rytmu. Tym razem jednak trudno było mu żałować. Reilynn wciąż znajdowała się tuż obok, wtulona w niego, a jego ramię nadal spoczywało wokół niej, więc uśmiechnął się na ten widok. Walczył jeszcze chwilę z myślami, żeby zostać, ale ostatecznie wysunął się spod niej ostrożnie, starając się nie zakłócić jej snu. Nie miał pojęcia, jak długo jeszcze zamierzała spać, ale nie chciał jej budzić tylko dlatego, że sam postanowił już wstać. Odsunął kołdrę i wyswobodził się z pościeli, a potem przeszedł do garderoby, żeby znaleźć w niej cokolwiek, co mógł na razie na siebie założyć.
Miał wrażenie, że słyszał dźwięk domofonu, ale nie śpieszył się, gdy wsuwał na siebie eleganckie spodnie. Ciągle czuł w kościach przyjemne odprężenie, poza tym świat się nie zawali, jeśli obsługa chwilę poczeka. Gości się przecież nie spodziewał.
UsuńW drodze na niższą kondygnację zostawił w sypialni koszulkę, żeby Reilynn mogła cokolwiek na siebie założyć, kiedy już wstanie. Domofon nie dzwonił już, gdy mijał wejściowe drzwi, lekko się przeciągając, ale nagle ktoś zaczął w nie walić, jakby zamierzał wyważyć je siłą. Zatrzymał się w pół kroku i zmarszczył brwi, przez moment zastanawiając się, kto do cholery postanowił urządzić sobie z jego drzwi bokserski worek. Rozbroił je z zamka i otworzył zamaszyście, gotów posłać jakąś mało delikatną wiązankę, ale ledwie zdążył nabrać powietrza, a Jared wpakował się taranem do środka.
— Pojebało cię, Tanner? Twoje auto stoi pod lokalem, od nikogo nie odbierasz telefonu, już myślałem, że w ogóle nie dotarłeś do chaty po wczorajszej jatce — rzucił od razu, aż zlustrował go spojrzeniem z taką miną, jakby ktoś właśnie sobie z niego zażartował. — Co jest? Dopiero wstałeś? — Zauważył zaskoczony, bo ten miał na sobie jedynie spodnie. — Zaraz jedenasta, człowieku, pochorowałeś się po wczorajszym, pochlałeś, czy co? — Rozejrzał się i chciał już ruszyć do salonu, ale Tanner zatrzymał go jedną ręką.
— Nie jestem sam — powiedział znacząco. — Przyszedłeś bardzo nie w porę, więc zawróć i przyjdź później. Najlepiej jutro. Albo za tydzień.
Jared nadal miał uniesione brwi, ale teraz doszedł jeszcze jego głupkowaty uśmieszek.
— Aaa, czyli pocieszyłeś się po wczorajszym, rozumiem — stwierdził. — I bardzo dobrze, mam nadzieję, że była zajebista — dodał, wychylając się w stronę salonu, żeby cokolwiek tam dojrzeć.
— Nie pocieszyłem się, ty płytki kretynie. — Tanner popatrzył na niego, kręcąc głową.
— To chociaż powiedz, że była zajebista! Była? Dawaj!
Tanner postanowił wypchnąć go jednak z powrotem za próg, ale ten złapał się dłońmi za framugę i zaparł z całej siły, śmiejąc się głupkowato.
— Powiedz, to sobie pójdę.
— Przysięgam, Jared, jeśli nie zabierzesz tych swoich łap z mojej framugi, to ci zaraz pomogę opuścić ten budynek w pozycji, której nie przewidziałeś w żadnym ze swoich planów na dzisiaj — wycedził przez zęby, próbując oderwać jego palce od drewna.
— Czyli była zajebista — podsumował z triumfującą miną, nie dając się odczepić. — Stary, nie musisz mi niczego opowiadać. Wystarczy, że spojrzysz mi w oczy i powiesz, że nie mam racji.
— Masz rację co do jednego. Jesteś idiotą.
— Ale szczęśliwym idiotą, bo właśnie się dowiedziałem, że mój brat jednak ma życie uczuciowe.
Jared znów parsknął śmiechem, a w końcu puścił framugę i cofnął się o krok. Nie wyglądał przy tym na kogoś, kto rzeczywiście zamierzał odpuścić, więc po prostu wykorzystał to jako pretekst, żeby znowu wejść do środka.
— Dobra, dobra. Zaraz sobie pójdę — obiecał, unosząc ręce w geście kapitulacji. Po chwili wychylił się jeszcze raz w stronę salonu. — Tylko przekaż swojej tajemniczej kobiecie, że ma mój szacunek. Musi być naprawdę wyjątkowa, skoro udało jej się zatrzymać cię w łóżku do jedenastej.
Jakoś w tym momencie ze schodów zeszła Reilynn, która stanęła z nimi twarzą w twarz. Mina Tannera nie mówiła w zasadzie niczego, ale to, co zaczęło dziać się na twarzy Jareda, przypominało kalejdoskop, tylko taki złożony z dziesiątek wyrazów twarzy i emocji. Przeważał w nich szok, a wydawałoby się, że przez chwilę nawet przestał oddychać, gdy jego mózg przetwarzał informacje, które nasuwały się same. Przez kilka sekund panowała między nimi absolutna cisza. Aż w końcu Jared wziął wdech.
— Że, kurwa, co?! — Zmierzył Reilynn spojrzeniem od stóp do głów. Tanner zamknął drzwi, bo Jared był przy tym stanowczo za głośny. — Rei? Ty? Nie wierzę — powiedział, rozkładając ręce ze śmiechem. — Nie wiedziałem, że lubisz starszych, Chryste, nawet bym nie próbował...
Usuń— Dokończ to zdanie, a przysięgam, że wyrzucę cię przez te drzwi razem z framugą — warknął Tanner, zanim Jared zdążył rozwinąć tę myśl.
— Co? Przecież mówię, że nie wiedziałem! — Jared uniósł ręce, ale jego szeroki uśmiech ani na moment nie stracił na intensywności. Zerknął na Reilynn, potem na Tannera, wciąż próbując dopasować do siebie dwa elementy układanki, które absolutnie nie powinny do siebie pasować. — Stary, ty przez ostatnie miesiące zachowywałeś się, jakbyś miał dożywotni zakaz wpuszczania ludzi do swojego życia, a teraz otwierasz mi drzwi bez koszulki, o jedenastej, po nieodebranych telefonach, z nią na górze?
Tanner przetarł twarz dłonią, żałując, że nie zatrzasnął mu drzwi przed nosem odrobinę wcześniej.
— Jared, to nie jest rozmowa, na którą cię zapraszałem.
— Nie, no jasne. Widzę. Jestem nieproszonym gościem, przeszkadzam, psuję romantyczny poranek… — Urwał, a potem znów spojrzał na Reilynn, tym razem z nieco większym rozbawieniem. — Cześć, Rei. Wybacz, że wpadam tak bez zapowiedzi. Gdybym wiedział, że zastanę cię tutaj, przyniósłbym kwiaty. Albo przynajmniej coś na kaca.
— Nie ma kaca — uciął Tanner i spojrzał na niego z taką miną, że każdy rozsądny człowiek w tym momencie zrobiłby krok w tył. Jared, niestety, nigdy nie pretendował do tego miana.
— Dobra, już się zamykam — Jared znów podniósł ręce. — Tylko jedno pytanie, tak zupełnie poważnie.
Tanner przymknął oczy i nabrał powietrza, próbując znaleźć w sobie resztki cierpliwości.
— Chciałem tylko wiedzieć, czy mam udawać zaskoczonego, kiedy następnym razem zobaczę was razem, czy mogę już oficjalnie uznać, że jesteście parą i zacząć się do tego przyzwyczajać?
Tanner Morgan
i jego szurnięty braciszek 🤡
Wszystko, co było nowe, mogło wydawać się na pierwszy rzut oka straszne i Declan doskonale zdawał sobie z tego sprawę, dlatego, chociaż to Rei miała pełnić funkcję osoby pocieszającej, wiedział, że będzie chciał się nią zająć. I chyba to była najlepsza pomoc, jakiej Rei mogła mu w tej chwili udzielić – zająć sobą jego myśli, kiedy zamiast skupiać się bez przerwy na nieszczęściu, jakie przytrafiło się rodzinie jego kumpla, jaki ból musiał nim targać w ostatnich dniach, mógł skupić się na tym, by Rei nie czuła się tak zagubiona. A pewnie zagubiona będzie, bo jednak to nie tylko był zwykły pogrzeb, jeśli jakikolwiek takim był. Miała być oficjalna, wojskowa część pochówku, ze składaniem flagi, miał być Taps, który przetnie powietrze zaraz po salwie honorowej. Żaden pogrzeb nie był według Declana piękny, ale nie dało się ukryć, że oprawa żołnierskich pożegnań miała w sobie coś wzniosłego, co nakazywało się zatrzymać nawet przypadkowych przechodniom. Szkoda, że ten, na cześć którego odbywało się całe to zamieszanie, nie wiedział o tym, jak ono przebiegało, oddając życie za coś, w co często sam nie wierzył.
OdpowiedzUsuń— Pewnie będę smutny, Rei… Bo to jest smutne, ale wystarczy, że będziesz. To już duże pocieszenie — uśmiechnął się lekko, z przyjemnością odnotowując fakt, że nazwała ich znajomość przyjaźnią. Potrzebował przyjaciół. Pewnie bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej, bo odkąd wrócił do Nowego Jorku, czuł się tu na swój sposób obco.
Miasto się zmieniało i to był naturalny stan rzeczy, więc tym niespecjalnie się przejmował, bo nawet mieszkając w Wielkim Jabłku, nie odwiedzając jakieś okolicy przez kilka miesięcy, można było zauważyć, jak ta zmienia się bezpowrotnie. Były to zmiany sklepowych witryn, szyldów lokali usługowych, powstanie nowych budynków w miejscu starych – miasto żyło, zmieniało się w czasie i było to całkowicie normalne. Tylko, że jego mieszkańcy też ulegali zmianie. Ci, których kiedyś nazwałby przyjaciółmi, już nimi nie byli – nie w tym samym znaczeniu tego słowa, jak to miało miejsce jeszcze kilka lat wcześniej i nie była to wina niczyjej, złej woli. Wszyscy zwyczajnie się rozeszli, do swoich żyć. Dlatego tym bardziej miło było, że Rei uważała go za swojego przyjaciela, bo i on w Rei dostrzegał swoją przyjaciółkę.
— Tylko żeby cię brzuch nie rozbolał — zaśmiał się w reakcji na jej entuzjazm względem zakupionych słodyczy. Jeśli nie wszystko było w jej guście, to przynajmniej z tą paczką żelek trafił.
— Jeny, Rei, nie musisz się peszyć. Ładnemu, we wszystkim ładnie… Spójrz na mnie — mrugnął do niej, lekko szturchając ją ramieniem, zupełnie nie rozumiejąc jej nagłego zmieszania, ale Declan był facetem. I do tego takim, który raczej nigdy nie miał kompleksów, a gdy ktoś próbował go ich nabawić, spotykał się z dość ostrą odpowiedzią, niejednokrotnie w postaci pięści lądującej na policzku.
Declan, tak jak tego wieczora, kiedy poszli do kawiarni i krótki spacer, wziął Rei pod ramię, bez pytania, robiąc to tak, jakby w ten właśnie sposób chodzili ze sobą od zawsze, chociaż właściwie widzieli się dopiero trzeci raz w życiu. Odpowiedział na jej podekscytowany uśmiech swoim, nieco słabszym, ale raczej z tych uśmiechów z sekcji sympatycznych.
— Wchodzimy — skinął głową, otwierając przed nimi drzwi.
Ruszył obok Rei, w pewnym momencie puszczając ją przodem, gdy przyszło im się wyminąć z uprzejmą, uśmiechniętą kelnerką, która w jednej ręce niosła dzbanek z kawą, a w drugiej mały kołonotatnik.
— Miejsce tak oldschoolowe, że nawet ja jestem za młody, żeby pamiętać takie przybytki… Ma klimat — przyznał, biorąc w ręce jedną z kart menu, które już leżały dla nich przyszykowane na stole. — Pomidor i sałata, to chyba jedyne… A nie, jest jeszcze cebula i ogórek, więc chyba i tutaj dotarły informacje o zbilansowanej diecie — zaśmiał się, widząc, że w menu pełno jest słodkich pozycji, a te wytrawne i tak uwzględniały dodatek syropu klonowego.
Po takim śniadaniu można byłoby cały dzień nie jeść, ale na poźniej już miał zaplanowane miejsce, o którym wyjątkowo nie wspomniał Rei, chcąc zrobić z tego jakiegoś rodzaju niespodziankę. Nic spektakularnego, ale miał nadzieję, że jej się spodoba.
UsuńKiedy podeszła do nich kelnerka, pozwolił zamówić Rei jako pierwszej.
— Dla mnie będą jajka z bekonem i czarna kawa… A! I poprosiłbym jeszcze banana split i dwie łyżeczki. Dziękuję — skinął do kelnerki, oddając jej z grzecznościowym uśmiechem kartę, po czym zwrócił się do Rei. — Jeśli tym razem chociaż spróbujesz zapłacić za siebie, nie mówiąc o mnie, to się pogniewam, Rei. I tym razem mówię całkowicie poważnie — powiedział cicho, spokojnie, ale tonem, który jasno mówił, że faktycznie tak będzie, bo fakt, że zapłaciła za niego w kawiarni, do tej pory mu ciążył. Powaga jednak nie trwała długo, bo szybko na jego twarzy pojawił się lekki półuśmiech, gdy odchylił się lekko do tyłu, by oprzeć się wygodnie o oparcie kanapy.
— Mam nadzieję, że lubisz banana split. Nie jadłem tego jakieś dwadzieścia lat i zastanawiam się, czy nadal jest tak pieruńsko słodkie, jak w moich wspomnieniach.
Declan Doyle🍌🍨
Powinien był to przewidzieć, bo faktycznie wyszedł wczoraj z tego bankietu bez słowa, zostawił tam samochód, a jego telefon cały czas znajdował się tam, gdzie go nosił go przez cały bankiet czyli w kieszeni marynarki, którą Reilynn wczoraj mu przyniosła wraz z całą sobą. W normalnym przypadku taka sytuacja nie miałaby miejsca, bo o jedenastej jego dzień byłby już w pełnym toku, a on zdążyłby do tego czasu załatwić więcej, niż niejeden człowiek przez pół dnia. Tymczasem dopiero wstał. I to nie było normalne, dlatego nie dziwił się reakcji brata na całą tę sytuację. Niczego jednak nie żałował, bo to, co wydarzyło się tutaj po bankiecie, było cudowne i nawet jeśli przez to przeciągnął spanie niemal do południa, a przy okazji wystawił na próbę cierpliwość ludzi ze swojego otoczenia, którzy nie mogli się do niego dodzwonić, to nie zamieniłby tej nocy na żadną inną. Bardzo chętnie zamieniłby za to poranek, bo miał wobec tej części dnia zupełnie inne oczekiwania i one nie uwzględniały obecności Jareda, który uznał, że skomentowanie całej sytuacji jest zdecydowanie ważniejsze niż uszanowanie czyjeś prywatności. Cały młody Morgan.
OdpowiedzUsuńPopatrzył na brata z mało zadowoloną miną, gdy zadał pytanie o nich, a potem zerknął na Reilynn, kiedy z jej ust wydostała się jakaś odpowiedź. Rzeczywiście nie zdążyli o tym porozmawiać, więc to wszystko było na razie jedną wielką niewiadomą. To znaczy, on był pewny tego, co chciał, ale nie miał pojęcia, co o tym wszystkim myślała Reilynn i dowiedzieć się tego nie zdążył, bo jego braciszek postanowił wpaść mu na chatę taranem i urządzić przesłuchanie. Teraz stali więc we trójkę i sytuacja robiła się odrobinę niezręczna, przynajmniej z jego perspektywy. I to nie dlatego, że obecność Reilynn u jego boku była czymś, czego chciałby się wypierać, ale dlatego, że nie zamierzał omawiać ich relacji w obecności Jareda, zanim sam zdążył ustalić z nią, jak oboje chcą ją nazwać. Czy co chcą z nią z robić tak w ogóle. Nie miał zamiaru składać żadnych deklaracji za nich dwoje, a już na pewno nie pod presją młodszego brata, który wyglądał teraz tak, jakby trafił na najlepszą sensację tego tygodnia. Wolał nawet się nie zastanawiać, jak zareagowałaby reszta jego rodziny, gdyby dowiedziała się o Reilynn, chociaż ich reakcja i tak byłaby dużo bardziej stonowana, niż ta głupkowatość Jareda. Nie licząc Dakoty. Jej reakcja przypominałaby prędzej wybuch wulkanu, który zamienia wszystko wokół w zgliszcza.
— Jared na pewno jest już po śniadaniu — zauważył, patrząc wymownie na brata. — I ma sto innych zajęć na głowie — dodał, na co Jared znów zaczął się śmiać i kręcić głową. — Wyjazd — nakazał, otwierając drzwi na całą szerokość i kiwając głową w stronę korytarza.
— W zasadzie, chętnie bym coś zjadł...
— Wyjazd — powtórzył Tanner, tym razem bardziej stanowczo.
— Nawet nie odpowiedziałeś na pytanie, no co to ma być za zachowanie — zauważył. — To nieprofesjonalne, panie adwokacie!
Początkowo nie chciał mu dać tej satysfakcji, a z drugiej strony, może właśnie powinien. Żeby wybił sobie z głowy myślenie o Reilynn inaczej, niż jak o przyjaciółce.
— Zacznij się przyzwyczajać — odpowiedział więc, artykułując każdy wyraz w taki sposób, żeby całe zdanie dobrze dotarło do jego łba i przebiło się do mózgu, czy też jego resztek, o ile jeszcze jakieś pod tą kopułą miał. — Ty i cała reszta.
— Uuu... Jestem pod wrażeniem! Reilynn, nie bądź taka nieśmiała, w tej rodzinie trzeba działać z impetem. Inaczej Morganowie wejdą ci na głowę, a uwierz mi, nie chcesz do tego dopuścić — rzucił z rozbawieniem, posyłając jej porozumiewawcze spojrzenie. — Chociaż, jak widzę, z Tannerem całkiem nieźle sobie radzisz, a on jest bardzo podobny do ojca...
— Jared — przypomniał mu Tanner, wskazując wymownie korytarz.
Usuń— Już, już. Nie poganiaj, bo jeszcze pomyślę, że naprawdę nie chcesz mnie widzieć.
— Właśnie na to liczę.
Jared roześmiał się pod nosem, ale zanim wyszedł, raz jeszcze spojrzał na nich oboje.
— Do zobaczenia, gołąbeczki. I pamiętaj, Rei, jakby co, masz we mnie sojusznika. Ktoś w tej rodzinie musi zachować zdrowy rozsądek.
— Nie schlebiaj sobie. Ty i rozsądek nigdy nie szliście w parze — odparł Tanner, zamykając za nim drzwi, gdy ten machał jeszcze do nich, oddalając się tyłem w stronę wind.
W mieszkaniu zapanowała głucha cisza, ale tylko na moment, bo Tanner wypuścił z siebie długie westchnienie, tak głębokie, że aż jego ramiona uniosły się i opadły. Jego młodszy brat zawsze był takim tornadem i to chyba nigdy się nie zmieni, ale pewnie nie musiał niczego Reilynn tłumaczyć, skoro znali się z Jaredem od jakiegoś czasu. Nie wyobrażał sobie, że miałby im towarzyszyć przy śniadaniu i trajkotać o tych swoich głupotach, czy różnych przepuszczeniach. I tak przez najbliższy czas będzie to robił, więc oboje jeszcze się nasłuchają.
W mieszkaniu zapanowała głucha cisza, ale tylko na moment, bo Tanner wypuścił z siebie długie westchnienie, tak głębokie, że aż jego ramiona uniosły się i opadły. Jego młodszy brat zawsze był takim tornadem i to chyba nigdy się nie zmieni, ale pewnie nie musiał niczego Reilynn tłumaczyć, skoro znali się z Jaredem od jakiegoś czasu. Nie wyobrażał sobie, że miałby im towarzyszyć przy śniadaniu i trajkotać o tych swoich głupotach czy różnych przypuszczeniach. I tak przez najbliższy czas będzie to robił, więc oboje jeszcze się nasłuchają.
Przeniósł spojrzenie na Reilynn i uśmiechnął się lekko. Jego wzrok był łagodny, choć wciąż pobrzmiewało w nim rozbawienie całą sytuacją.
— Chyba nie muszę nic mówić, prawda? Znasz go, to sama najlepiej wiesz, że on jest mistrzem takich przedstawień. Nie wytrzymałbym z nim tego śniadania — powiedział, podchodząc bliżej do Reilynn. Przebiegł spojrzeniem po jej twarzy, a kącik jego ust uniósł się lekko. — Wyglądasz ślicznie — zauważył. — Wyspałaś się?
Tanner Morgan 💚