Brant Dawson
Urodzić się w miejscu, które od najmłodszych lat uczyło przetrwania, nie oznaczało jednak godzić się na życie, które zostało dla niego wyznaczone. Wśród przemocy i ciągłej walki o swoje znalazła się potrzeba, żeby pewnego dnia znaleźć się po drugiej stronie. Nie chodziło o wielkie marzenia ani łatwe życie. Nie oczekiwał przecież zbyt dużo. Chodziło o to, żeby mieć wybór, którego wcześniej tak często brakowało, i nie pozwolić, żeby miejsce urodzenia stało się wyrokiem. Każdy kolejny krok prowadził go więc coraz dalej od ulic, które nauczyły przetrwania, a bliżej życia, na które trzeba było zapracować samemu. Leave home.
Urodzić się w miejscu, w którym więcej jest braków niż możliwości, to zrozumieć, że nie wszystko zostanie podane na wyciągnięcie ręki. Że czasem trzeba zacząć od zera, czasem zabrać się do pracy, zanim jeszcze zdąży się pomyśleć o odpoczynku, a czasem udowodnić swoją wartość tam, gdzie absolutnie nikt nie zamierza jej dostrzec. To właśnie brak nauczył go doceniać to, na co inni nigdy nie musieli czekać. Każdy krok naprzód miał swoją cenę, ale żaden nie był powodem, żeby się zatrzymać. Bo jeśli można było wyrwać się z miejsca, które od początku próbowało zatrzymać człowieka przy sobie, można było również zbudować coś własnymi rękami. Earn respect.
Oklahoma City Community College: Criminal Justice
i
siłownia
gitara i śpiew
camping i hiking
bull riding i strzelectwo
szkolenia first aid
twarz kanału BlueFrame
Wychowany w North Creston Hills, jednej z uboższych dzielnic Oklahoma City, znanej z wysokiej przestępczości i trudnych warunków życia. Ponieważ w ich domku holenderskim często odcinano prąd z powodu niezapłaconych rachunków, od najmłodszych lat dorabiał, gdzie tylko było to możliwe. Zaczynał od pracy przy sprzedaży roślin i kwiatów na lokalnych targach, pomagając także przy ich pielęgnacji, a z czasem zaczął zarabiać w zawodach bull ridingu i pracować jako ochroniarz w klubach i na lokalnych imprezach, szybko przyzwyczajając się do nocnych zmian i ludzi, którzy rzadko potrafili zachowywać się spokojnie. Mimo kolejnych wyroków ojca i jego powrotów do przestępczego życia, jego matka przez lata próbowała utrzymać rodzinę. Odeszła, gdy skończył szesnaście lat, a niedługo później związała się z innym mężczyzną, z którym doczekała się córki, Tate Palmer.
Był dobrym uczniem i osiągał wysokie wyniki w nauce, co otworzyło mu drogę do dalszej edukacji, jednak ze względu na ojca, wielokrotnego recydywistę, miał poważny problem z dostaniem się do akademii policyjnej. Jego nazwisko budziło wątpliwości, a przeszłość ojca sprawiała, że jego kandydaturę z marszu odrzucano. Szansę otrzymał dopiero po zdarzeniu, gdy pomógł młodej kobiecie zaatakowanej na ulicy, nie wiedząc, że jest córką miejscowego komendanta. Ten, poznawszy okoliczności, osobiście wystawił mu rekomendację i przekonał komisję, żeby oceniła go na podstawie jego własnych czynów, a nie nazwiska jego ojca.
Po ukończeniu akademii rozpoczął służbę w Oklahoma City Police Department, trafiając do patrolu w jednej z najbardziej wymagających części miasta. Mimo ambicji i kolejnych prób awansu przez długi czas nie pozwalano mu wyjść poza prewencję. Nazwisko wciąż otwierało stare akta, a historia ojca wracała przy każdej próbie postawienia kolejnego kroku w przód. Lata spędzone na ulicy nauczyły go jednak więcej niż niejeden kurs, bo dzięki temu poznał miasto od najgorszej strony, nauczył się czytać ludzi, reagować pod presją i działać wtedy, gdy na myślenie zostawały sekundy. W tym samym czasie przyszło mu zmierzyć się z własną przeszłością. Śledztwo w sprawie zabójstwa w North Creston Hills zaczęło prowadzić do człowieka, którego znał aż zbyt dobrze. Jego własny ojciec stał się głównym podejrzanym, a on, mimo więzi rodzinnej, doprowadził do jego zatrzymania i ostatecznie skazania za zabójstwo drugiego stopnia. Człowiek, którego nazwisko przez lata zamykało przed nim drzwi, stał się również powodem, dla którego jedne z nich musiał zatrzasnąć własnymi rękami.
Sprawa jego ojca odbiła się szerokim echem w policyjnych kręgach. Dzięki temu mógł wystąpić z podaniem do jednostki specjalnej, jednak zanim doszło do jego przeniesienia, podczas jednego z patroli został postrzelony w prawe udo. Mimo odniesionej rany zachował pełne opanowanie i sam udzielił sobie pierwszej pomocy, zakładając na nogę opaskę uciskową, zanim na miejsce dotarło wsparcie. Całe zdarzenie zostało zarejestrowane przez bodycam, a nagranie w krótkim czasie obiegło internet. Materiał trafił również na prowadzony przez jego młodszą siostrę kanał BlueFrame, specjalizujący się w publikowaniu nagrań z policyjnych kamer, dzięki czemu Brant stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych funkcjonariuszy pojawiających się na kanale. Po pobycie w szpitalu i po zakończeniu rehabilitacji oraz śledztwa, które dotyczyło zastrzelenia podejrzanego, wrócił do służby, jednak zamiast ponownie trafić do patrolu, zdecydowano się dopuścić go do selekcji do jednostki K-9.
Jednak w tym samym czasie, w 2021 roku, pojawiła się możliwość dołączenia do NYPD i to z niej Brant postanowił skorzystać. Razem z Tate przeprowadził się do Nowego Jorku, początkowo trafiając do służby patrolowej. Jego doświadczenie i umiejętności szybko zwróciły uwagę przełożonych, którzy zaproponowali mu przystąpienie do selekcji K-9. Zdał wymagane testy i po ukończeniu szkolenia został przydzielony do służby jako K-9 handler. I tak do ich rodziny dołączył kolejny członek, a jego najlepszy przyjaciel i jednocześnie największy pieszczoch
Koda
.
Zdążył już przywyknąć do tego, że Tate regularnie znosi do mieszkania zdechłe rośliny i stare meble, które jej zdaniem jeszcze da się uratować, a następnie z pełnym przekonaniem oddaje mu je pod opiekę. Wieczorami, kiedy nie mają ochoty nigdzie wychodzić, często zaszywają się na dachu swojej kamienicy z kawą albo czymś do jedzenia i potrafią przesiedzieć tam pół nocy. Za to na campingach Brant nie uznaje kompromisów — im dalej od miasta i cywilizacji, tym lepiej. Zdarza mu się więc wylądować pośrodku niczego, z namiotem, ogniskiem i zerowym zasięgiem, co Tate zwykła określać jako jego bardzo specyficzny sposób na odpoczynek. Tate ciągle próbuje wymusić na nim pokaz gry na gitarze i śpiewu dla swoich koleżanek. Brant zdążył nauczyć się już jednak jednej rzeczy – nie mówić, że nie gra charytatywnie, bo cwaniary momentalnie wyciągają pieniądze i zaczynają licytację. Zgodnie z kowbojskim dziedzictwem Oklahomy całkiem nieźle radzi sobie na rodeo. Koda czasem budzi go w środku nocy bez wyraźnego powodu, ale Brant nigdy tego nie ignoruje, bo zdarzało się, że pies reagował na coś, czego on sam jeszcze nie zauważył. I z przyzwyczajenia nigdy nie siada plecami do drzwi. Nawet w restauracji, w barze czy u znajomych wybiera miejsce, z którego widzi wejście. Zboczenie zawodowe, a może zwykła przezorność, której przez lata nauczyła go ulica.
[No, są ciężary – muszę to przyznać 😅 Bardzo miło przywitać na blogu kolejną Twoją postać. Trudne i ciężkie życie miał Brant, więc tym bardziej można spojrzeć na niego z uznaniem, że udało mu się jakoś poukładać życie pomimo wszelkich niedogodności. Tak jak można uznać Branta za przystojniaka, tak, sorki, ale Koda – to jest dopiero przystojniaczek! Baw się cudownie na blogu, a w razie chęci na wątek wiesz, gdzie mnie znaleźć ;) ]
OdpowiedzUsuńTamsin Passalis, Ivan Voronin
[Twoje chłopy to jednak mają to coś! I Brant też :D Podoba mi się ta narracja w karcie o budowaniu od zera i braniu życia we własne ręce – to jest tak spójnie i pasuje do kreacji postaci, że szok! No i, piesek!!! Słodkie pieski są słodkie, nie ma co się kłócić! Dużo głasków i chrupków dla niego 🥰 A siostra cudowna xD Trzeba dobrze wykorzystywać rodzinne zasoby 🤣 No a w razie chęci, wiesz, gdzie z Rei rozdajemy autografy 😎]
OdpowiedzUsuńRei Bothwell 🧚🏻♀️🖊️
[Wykroczenia? Wykroki to się robiło na wuefie! I wszyscy razem, w jednym tempie – skip A, skip C, skip A, skip B. Pozdrawiamy Señor Brant Managera, oby ulice Nowego Jorku stały się spokojne i czyste. Zdziałać pewnie może wiele, choć wiadomo, że ostatnie słowo zawsze musi mieć Koda. Dzień dobry!]
OdpowiedzUsuńLeif & Len
[Dzień dobry, cześć i czołem! Jest mi bardzo miło powitać Twoją kolejną postać i za każdym jednym razem zachwycam się tym, jak bardzo są one przemyślane i dopracowane ☺️ Mi osobiście brakuje zacięcia, aby tak dokładnie sobie wszystko rozpisać, ale też częściowe chodzenie na żywioł chyba aż tak źle mi nie wychodzi 😁
OdpowiedzUsuńMyślę, że Brant mógłby przybić sobie piątkę ze starszym bratem Iana, Louisem, a może mógłby przybić ją sobie nawet z Ianem? Widzę w ich historii kilka drobnych punktów zaczepiania, a Ian i Louis są dobrym przykładem na to, jak różne drogi można obrać po wyjściu z tego samego środowiska. I choć mogliby sobie te piątki poprzybijać, to Ian na pewno nie będzie tego robił 😅 Wiadomo, jak by się to dla niego skończyło, już Koda wyniuchałby, co trzeba!
Życzę udanej zabawy z nowym panem, a gdyby miał nam się w głowach urodzić jakiś pomysł na wątek, który dla Iana nie skończy się więzieniem (co chyba jest mało prawdopodobne 😅), to zapraszam 😁 Jak nie teraz, to kiedyś, bo ten mój diler w końcu przestanie być dilerem 😁]
IAN HUNT & MAXINE RILEY
[No hej! Właśnie zrobiłam korale z grzybów, więc przyszłam popełnić wykroczenia :) A tak naprawdę to Tate i Koda nas tu ściągnęli.
OdpowiedzUsuńNiemniej z nowym panem łatwiej o konotacje i nić zaczepienia, więc dalej zapraszam na stworzenie czegoś razem; wiadomo gdzie mnie szukać.
Mnóstwa weny i frajdy z tego jegomościa!]
Mathilde Stevenson
[Z całym szacunkiem dla pana sierżanta, ale żadnych wykroczeń popełniać nie będziemy! Wystarczy, że na blogu grasuje szajka dilerów! :D
OdpowiedzUsuńŚwietny ten Brant. Podoba mi się. Tak samo, jak podoba mi się karta, ale to akurat nic odkrywczego, bo kto, jak kto, ale Ty potrafisz w ładne, zgrabne karty z dobrą, wciągającą treścią.
Jak tylko się uporam z remontem i przeprowadzką, to Debbie porywa kolegę po fachu na wątek! ♥]
Andrea Wilson, Debbie Grayson & Evan Roth
To był ten jeden z niespodziewanych dyżurów, które wpadają w ostatniej chwili. Nie zdążyła nawet na dobre wrócić po nocce do domu i odespać, by dostać wiadomość z zapytaniem o jej dyspozycyjność w nocy na ER. Choć bardzo jej się nie chciało, chłodna kalkulacja pieniężna, postawiła ją na nogi i dodała motywacji do ogarnięcia się do wieczora. Pora roku, też zbytnio nie zachęcała do wychodzenia z domu. Mogła więc albo zaszyć się w mieszkaniu lub, co wolała, pójść zarobić na ratę kredytu. Liczyła z resztą, że nie będzie to nic z ciężkich przypadków, a przepracowane ostatnie godziny odeśpi w kolejne, wolne dni. W gruncie rzeczy większość życia i tak spędzała w szpitalu. I szczerze mówiąc, specjalnie nie narzekała. Umiała całkiem nieźle funkcjonować w tym specyficznym ekosystemie.
OdpowiedzUsuńGodziny wieczorne mijały stosunkowo szybko, jak zwykle było co robić i kogo przyjmować, choć większość przypadków na ten moment stanowiły raczej łagodne urazy, parę twarzy z zeszłego tygodnia wróciło, byli również starzy bywalcy, ale szło to jeszcze ze spokojem udźwignąć. Na szczęście nie doszło do żadnej poważnej bójki, strzelaniny, ani poważnego wypadku. Przynajmniej póki co, a jak wiadomo, noc była jeszcze młoda.
Dostając wytyczne, kogo sprowadzić w poczet szczęśliwców na oddział, wyszła do poczekalni, skąd został po nazwisku wezwany jej nowy pacjent. W międzyczasie zamieniła kilka zdań z rejestratorką i w całkiem pozytywnym nastroju zaprowadziła mężczyznę do kabiny, w której przyjdzie mu poczekać na lekarza i badanie.
— Ok, ja jestem Mathilde Stevenson, jestem pielęgniarką i będę się dzisiaj Tobą zajmować. — powiedziała z automatu, gdy tylko znaleźli się sami, wskazując mu leżankę, a samej zakładając od razu rękawiczki. Bezpieczeństwo w końcu to podstawa, nawet jeśli osobnik obok niej wydawała się zadbany i porządny, jedynie z niefortunną nagrodą w postaci poturbowania. Nigdy jednak nie wiadomo, co ta krew na czubku głowy nosiła w sobie.
— Dobrze, kogo my tu mamy… Brant Dawson. Co Cię do nas sprowadza, poza oczywistym kamuflażem z krwi? — zagaiła na wstępie z lekkim uśmiechem, chcąc rozładować atmosferę, jednocześnie zaglądając w jego kartę. Podeszła bliżej do jego głowy, szukając źródła problemu, widząc skąd zaczyna się źródło krwawej rzeki Yellostowne na jego czaszce. Na szczęście krwotok powoli ustawał, sama rana zaś nie wydawała się szczególnie głęboka. Przynajmniej na pierwszy rzut oka.
— Boli Cię coś? Głowa? Zauważasz jakieś zmiany w widzeniu, samopoczuciu, ruchy rąk, nóg, jakkolwiek się pogorszyły? — zaczęła wypytywać, siadając na taborecie naprzeciwko niego, uważnie lustrując jego twarz, by mieć pewność, że oczy ma przytomne, kącik ust, ani powieka nie opadają. — Nudności, wymioty? Pamiętasz co się wydarzyło?
Przyglądała mu się dalej, a im dłużej to robiła, przepełniało ją niejasne wrażenie, że skądś go kojarzy, jednak połączenia neuronowe w głowie nie mogły skojarzyć skąd. Czy można rozpoznawać ludzi po ich częściach ciała? Pewnie tak, choć Tilly tej magicznej zdolności nie posiadała. Po kroku, już prędzej, większość osób chodziła w dość specyficzny dla siebie sposób. Ale po kształcie czaszki, nodze lub ręce? W tym wypadku graniczyłoby to z cudem.
No nic, będzie się musiała obejść smakiem i zasnąć z tym niejasnym poczuciem, które każe jej analizować twarz mężczyzny, by w końcu doznać oświecenia i odpowiedzieć sobie na swoją dociekliwość w najdziwniejszym momencie dnia lub nocy.
Zbierając od niego poszczególne informacje, wiedziała już co wpisać do systemu i przekazać lekarzowi, który następnie zdecyduje co dalej z nim zrobić.
Usuń— Rana wydaje się płytka. — skwitowała, wstając, przyglądając się ponownie jego głowie i zabierając się za jej oczyszczanie. — Przyjdzie lekarz, założy szwy i pewnie pójdziesz do domu. — dodała uspokajająco, ściągając rękawiczki i wrzucając je do kosza na odpady medyczne wraz z zakrwawionymi gazami. Nie wyglądało na to, że dodatkowe badania będą w jego przypadku potrzebne.
Miło, szybko i na temat. Tak jak lubiła.
— Sierżancie Dawson znowu się spotykamy. Tym razem w lepszych okolicznościach. — usłyszała za sobą głos lekarza i na moment zamarła.
Wtedy właśnie Mathilde połączyły się kropki i doznała oświecenia w trybie ekspresowym.
— To ten z postrzału? — niezdrowo się podekscytowała.
— Zgadza się, to ten z postrzału. — lekarz jej przytaknął, jednak po chwili refleksji spojrzał na nią z konsternacją. — Ale, nie było Cię chyba wtedy z nami?
— Widziałam wszystko w domu. Jestem wielką fanką. A raczej, jestem fanką kanału na którym to oglądałam, co i tak brzmi trochę dziwnie. — zaśmiała się nerwowo, bawiąc się przy okazji związanymi w kitkę włosami. Nie chciała przecież wyjść na patologiczną obserwatorkę ludzkich wypadków, choć ewidentnie trochę nią była. — Obstawiałam, że będą Ci szyli czworoglowy i rekonwalescencja będzie trudna, ale jak widać nic z tych rzeczy. Musiałeś mieć dużo szczęścia. — skwitowała, chowając ręce w kieszenie mundurka i uśmiechając się niezręcznie do obu wpatrzonych w nią mężczyzn. — To ja pójdę po sprzęt. Zszywki czy igla?
Mathilde Stevenson
Barbara, żona właściciela THE GYM, stała przed usytuowanym pół metra poniżej poziomu chodnika wejściem do pubu. Opierała się o stalową barierkę u szczytu stromych schodków i kiedy tylko wypatrzyła kogoś znajomego, kierowała go do środka.
OdpowiedzUsuń— Ian! — Pomachała mu. — Cieszę się, że przyszedłeś. Wchodź. — Wskazała na schodki i na wejście. — W środku jest już trochę osób, widziałam też Branta.
— Dzięki, Barb. — Ian uśmiechnął się, a potem obejrzał na kobietę, bo kiedy przechodził obok, podążając schodkami w dół, ta przesunęła dłonią po jego ramieniu. Wymienili uśmiechy i podczas gdy Barbara została na zewnątrz, chcąc upewnić się, że wszyscy, którzy nie znali dokładnej lokalizacji baru, nie przeoczą wywieszonego wysoko ponad wejściem szyldu, Ian wszedł do środka.
Wnętrze przywitało go uderzeniem ciepła i gwarem rozmów. Wieczory były już chłodne, jeśli nawet nie po prostu zimne, przez co różnica temperatur pomiędzy nagrzanym pomieszczeniem, a otwartą przestrzenią była znacząca i odczuwalna, nie na tyle jednak, by Hunt ściągnął marynarkę.
Barbara i Garett polecili im ubrać się ładnie, ale nie za ładnie. Nie obowiązywał strój wieczorowy, ale krocząc powoli przez lokal, Ian odnotował, że mężczyźni ubrali koszule – nawet jeśli te miały pozostawione rozpięte dwa guziki i podwinięte rękawy – a kobiety włożyły sukienki czy też kostiumy, lub przyodziały się w inne wariacje damskiej garderoby, których Ian nie potrafił nazwać. Te ładne, ale nie za ładne ubrania dobrze prezentowały się na mniej lub bardziej wysportowanych ciałach. THE GYM, siłownia o tak prostolinijnej nazwie, jak tylko Garett mógł wymyślić, była kameralną siłownią osiedlową na Long Island City, która zrzeszała klientów wszelakiej maści. Chodzili na nią zarówno nastolatkowie, jak i starsi panowie, przy czym ten szeroki przedział wiekowy kształtował się tak samo w przypadku kobiet. W ofercie siłowni, oprócz udostępnienia przestrzeni oraz sprzętu do ćwiczeń, znajdowały się także zajęcia grupowe takie jak kick boxing i trening funkcjonalny z podziałem na grupy, w zależności od zaawansowania. Dla kogoś o innych upodobaniach niż Ian oferta ta mogła uchodzić za okrojoną, bo brakowało w niej popularnych w dużych klubach fitness zajęć typu zdrowy kręgosłup czy modelowanie pośladków, ale właśnie dlatego od około pięciu lat Hunt pozostawał wierny THE GYM. Tam przychodziło się ćwiczyć, a nie strzelić fotkę na Insta czy nagrać TikToka.
Teraz Ian mijał te różne osoby, a zarazem osobowości i witał się z tymi, których znał, a jednocześnie wypatrywał Branta, skoro zdaniem Barb ten już tutaj był. Wiele twarzy było mu znanych choćby z widzenia, ale równie wielu nie kojarzył, o co nie było przecież trudno. Nawet, jeśli byli to stali bywalcy, mogli pojawiać się na THE GYM o zupełnie innych porach i w zupełnie innych dniach, niż Ian.
Wypatrzył Branta przy barze. Nie siedział, a stał przy kontuarze, podbierając na nim bok ciała. Daleki był od zawiśnięcia na nim w ten mało elegancki sposób, raczej tylko lekko oparł na nim ciężar ciała. Gawędził z kimś, kogo ze swojego miejsca Ian nie widział, ponieważ sylwetka Branta przesłaniała sylwetkę rozmówcy. O tym, z kim Brant rozmawia, Ian miał zaraz się przekonać, ponieważ ruszył w stronę tej dwójki, wydłużywszy krok i stanął przy mężczyznach.
— Cześć — przywitał się i wyciągnąwszy rękę, najpierw uścisnął dłoń Branta, a zaraz potem Jasona.
Jason, podobnie jak Ian i Brant, związał się z THE GYM na dłużej. Mieli za sobą niejedną pogawędkę tak w szatni, jak i w strefie wolnych ciężarów. Byli mniej więcej w podobnym wieku, to znaczy Jason plasował się gdzieś pomiędzy Ianem, a Brantem. Jason, blondyn o niebieskich oczach, był aktywną osobą. Jego przygotowania do triatlonu przerwała kontuzja – kilka tygodni temu Jason zerwał więzadło w prawym kolanie podczas gdy w koszykówkę z kolegami, bo przecież grali w każdy piątkowy wieczór i Jason nie mógł odpuścić, nawet kiedy przygotowania do triatlonu pożerały lwią cześć jego wolnego czasu.
— Jak kolano? — zagadnął Ian, skinieniem głowy wskazując na zabezpieczony ortezą staw.
Usuń— Całkiem dobrze. W przyszłym tygodniu chcę wrócić do treningów.
— W przyszłym tygodniu? — Hunt z zaskoczeniem i powątpiewaniem zerknął na Branta, jakby szukał w nim wsparcia. — Nie za szybko? Co mówi lekarz?
— Lekarz mówi, że powinienem odpuścić sport w stopniu, w jakim przywykłem go uprawiać i robić to jedynie rekreacyjnie, bo kolano nie wytrzyma. I wiesz, co, Ian? — Jason położył dłoń na ramieniu Hunta i zacisnął na nim palce. — Jebać tego lekarza! — Uśmiechnął się promiennie, po czym wyminął Iana, kuśtykając całkiem zręcznie. — A teraz wybaczcie, chłopaki, ale przyszła Karla — rzucił na odchodnym. — Karla! — zawołał do brunetki, do której zaczął robić podchody jeszcze przed zerwaniem więzadła i tyle go widzieli.
— Wariat — skomentował Ian, odprowadzając go wzrokiem i pokręcił głową. Pomyślał o własnym kolanie, które nie działało tak, jak trzeba, odkąd oberwał w nie pałką. Pobolewało, czasem blokowało się w najmniej odpowiednich momentach. A jednak, mimo swojego komentarza, Ian podzielał zdanie Jasona co do lekarzy.
gym buddy IAN HUNT 💪🏻
Ostatnio sporo się działo. Trzymiesięczne wypowiedzenie umowy o pracę w OCME dobiegało końca, choć Mina nie żegnała się z tym miejscem ostatecznie. To tutaj dano jej szansę, aby rozwijała się jako antropolożka i artystka kryminalistyczna, i tak właściwie bardzo miło wspominała te długie lata, podczas których – bardziej sobie – udowodniła, że dobrze wybrała i że się do tego nadaje. Nie było wielkiej presji czy oczekiwań, ale jednak czułaby się nieco głupio, gdyby po kilku miesiącach pracy w laboratorium okazałoby się, że nie daje sobie rady.
OdpowiedzUsuń— No, muszę przyznać, że to całkiem śmiała decyzja — rzuciła
June, posyłając jej spojrzenie, które wyrażało troskę. — Do tej pory siedziałaś
tylko w laboratorium…
Mina zerknęła w stronę Arden, przeżuwając wolno sałatkę,
którą zamówiła chwilę wcześniej. Była pora lunchu i obie miały wolne
popołudnie, spotkanie było więc dość spontaniczne, ale może właśnie dlatego
Mina zgodziła się tutaj przyjść bez większego marudzenia. Nie musiały rezerwować
stolika z tygodniowym wyprzedzeniem ani przekładać swoich planów; June napisała,
że jest w okolicy, Mina odpowiedziała, że ma dwie godziny, i niespełna
czterdzieści minut później siedziały naprzeciwko siebie w niewielkiej, klimatycznej
restauracji.
— Nie tylko w laboratorium — mruknęła, ocierając kącik ust serwetką.
— Wiesz, o co mi chodzi. — June potrząsnęła lekko głową.
— Wiem.
Mina zdawała sobie sprawę z tego, że June nie mówiła o zmianie samego miejsca pracy. Gdyby chodziło wyłącznie o zamianę jednego laboratorium na drugie, prawdopodobnie nie zastanawiałaby się nad tym aż tak długo. Tym razem jednak decyzja, którą podjęła, miała być poważniejsza i zdecydowanie bardziej dotkliwsza w skutkach. Gdy dostała tę ofertę, nie wiedziała, co zrobić. Z jednej strony miała OCME, znajome, bezpieczne miejsce, takie, w którym przez lata zdążyła wypracować sobie pozycję. Z drugiej NYPD dawało jej możliwość wyjścia poza laboratorium i uczestniczenia bezpośrednio w sprawach. Ostatecznie jednak nie zmieniało się nic, co mogłoby być dla niej niewygodne, oprócz początkowego small talku i próby wejścia w zespół, bo to akurat wydawało się Minie najbardziej przerażające i męczące.
— Poza tym to nie tak, że od poniedziałku każą mi biegać po ulicach z odznaką i łapać przestępców — dodała.
— Szkoda. — June odłożyła widelec i napiła się swojego soku pomarańczowego. Uśmiechnęła się szeroko, zdecydowanie z rozbawieniem, przez chwilę wyobrażając sobie Sallow i jej metr pięćdziesiąt dziewięć w akcji. — A skoro już mówimy o bieganiu po ulicy z odznaką… twój brat wciąż jest singlem? — spytała, stukając paznokciami w szklankę. Miała przy tym minę niewiniątka, choć jej ciemne oczy zdradzały, że to pytanie nie pojawiło się bez przyczyny. — To dziwne, nie? Jest hot, naprawdę hot… i pewnie wie, jak używać kajdanek…
Wilhelmina spojrzała w jej stronę znad talerza. W całym tym chaosie, który łączył Dawsonów, Palmerów i Sallowów, rzeczywiście traktowała Branta jak rodzinę. Pojawił się w jej życiu razem z Tate, trochę przypadkiem, aż w pewnym momencie stał się kimś bliskim, kimś, do kogo mogła zadzwonić, komu ufała i kogo obecność stała się z czasem czymś zupełnie naturalnym. Co jednak w żaden sposób nie zmieniało faktu, że był cholernie przystojnym facetem. I właśnie to było najbardziej irytujące.
— Mhm, przy najbliższej okazji zapytam, czy faktycznie umie używać kajdanek, bo moja przyjaciółka jest bardzo zainteresowana — stwierdziła i roześmiała się, widząc, jak June zaczęła się czerwienić.
Dojadła swoją sałatkę, wypiła do końca wodę z cytryną i miętą, a potem rozsiadła się wygodniej. Nie minęła jednak chwila, a w restauracji pojawiła się Tate. Mina uśmiechnęła się, widząc siostrę, i pokiwała w jej stronę. Były umówione, żeby kupić prezent urodzinowy dla Jake’a, który byłby od niej, Palmer i Branta. Przy takich okolicznościach Mina i Tate odruchowo przejmowały stery: ustalały, co kupić, gdzie tego szukać, pilnowały terminów i zajmowały się pakowaniem, podczas gdy Brant zwykle ograniczał się do zaakceptowania pomysłu, przelania pieniędzy i pojawienia się z prezentem już gotowym do wręczenia. Układ sprawdzał się od lat, więc nikt nie próbował niczego zmieniać.
Usuń— Hej — rzuciła Tate, kiedy podeszła do stolika, najpierw pochylając się, żeby objąć Minę, a potem przywitać się z June. — Mam nadzieję, że nie jestem za wcześnie?
Porozmawiały jeszcze chwilę, a potem pożegnały się z June przed restauracją i ruszyły kilka przecznic dalej, do sklepu, w którym wcześniej wypatrzyły prezent dla Jake’a. Wybrały dla solenizanta porządny zestaw barmański, butelkę naprawdę dobrej whisky z wyższej półki i elegancką, srebrną zapalniczkę. Prezent został profesjonalnie zapakowany w sklepie, więc właściwie mogły wracać do domu. Mogły, gdyby Tate nie zatrzymała się nagle przed witryną niewielkiego butiku.
Wilhelmina nie wiedziała, dlaczego dała się namówić i kupiła sukienkę, której normalnie by nie wybrała. W pracy najczęściej chodziła dość elegancko, ale wygodnie; sięgała raczej po ciemniejsze kolory i bardziej zakryte ubrania, co wynikało przede wszystkim z przyzwyczajenia i charakteru jej obowiązków. Nie potrzebowała dekoltów ani krótkich spódnic, kiedy większość dnia spędzała pochylona nad stołem, szkicownikiem czy szczątkami, a luźniejsza koszula, materiałowe spodnie i marynarka sprawdzały się znacznie lepiej niż cokolwiek, co wymagało ciągłego poprawiania. Tymczasem sukienka, którą Tate praktycznie jej wcisnęła, nie miała w sobie niczego z wygody. Była czarna, więc przynajmniej pod tym względem Palmer się złamała, ale dopasowany krój podkreślał talię i biodra zdecydowanie bardziej, niż Mina była przyzwyczajona, a odsłonięte plecy sprawiały, że co kilka sekund odruchowo próbowała naciągnąć materiał wyżej.
— Przestań ją poprawiać — odezwała się Tate. — Wyglądasz świetnie!
— Ty też — odpowiedziała Mina, oglądając siostrę w lustrze. — Chociaż to akurat żadna nowość.
Uśmiechnęła się lekko, podziwiając prawie dwudziestojednoletnią Tate Palmer, doskonale pamiętając, że jeszcze nie tak dawno była rozgadaną szesnastolatką, która zawsze mierzyła wysoko. Od momentu, w którym się spotkały, minęło już trochę czasu, ale Mina chyba już zawsze będzie widzieć w Tate swoją małą siostrę.
Gdy dotarły do mieszkania Jake’a, było tam już kilka osób. Impreza zaczynała się rozkręcać, a muzyka zdecydowanie zagłuszała już większość rozmów, choć może i dobrze, bo niektóre zapewne nie były zbyt cenzuralne. Po przekroczeniu progu zostały przywitane przez solenizanta, więc Mina wręczyła Sanchezowi prezent, wspominając, że to drobny upominek od niej, Tate i Branta. Zaraz potem Wilhelmina rozejrzała się wokół, jakby chciała sobie znaleźć dobre miejsce, a widząc Dawsona, uśmiechnęła się i odmachała mu, uznając, że skoro zdradził swoją pozycję, to powinien liczyć się z tym, że zabierze mu trochę miejsca.
— Brant — rzuciła od razu, gdy usłyszała swoje pełne imię. Doskonale znała ten ton. Dawson używał go właściwie wyłącznie wtedy, kiedy zamierzał się z nią podroczyć, a Wilhelmina w jego wykonaniu zawsze brzmiało tak, jakby zrobiła coś, przez co powinna trafić do aresztu i być przesłuchiwana przez dobrego i złego glinę. Kącik jej ust uniósł się lekko, co zdradzało, że tak właściwie wcale jej to nie przeszkadza.
— Lepsze plany? — powtórzyła z rozbawieniem. — Proszę cię. Co mogłoby być lepszego od darmowego alkoholu i jedzenia? — I to nie tak, że Mina piła wyjątkowo dużo albo często, to po prostu była okazja, żeby móc sobie nieco pofolgować. Ostatecznie miała prawie dwadzieścia osiem lat, a nie pięćdziesiąt. — Poza tym ktoś musi pilnować, żebyś nie spędził całego wieczoru pod ścianą, udając, że przypadkiem obserwujesz wszystkich dookoła.
UsuńPrzy tym pozwoliła sobie przyjrzeć mu się nieco dokładniej i szybko doszła do wniosku, że tego wieczoru obserwowanie Branta wcale nie należałoby do najgorszych sposobów spędzania czasu. Ciemnogranatowa koszula była zdecydowanie dobrym wyborem; podkreślała kolor jego oczu, choć Mina prędzej odgryzłaby sobie język, niż przyznała Tate, że wszystkie jej wykłady o odpowiednich kolorach najwyraźniej miały jakiś sens. Wyglądał naprawdę dobrze.
— Chociaż… — odezwała się, przesuwając wzrokiem po jego sylwetce, nawet nie próbując udawać, że tego nie robiła, i wracając spojrzeniem do jego twarzy z ledwie zauważalnym uśmiechem — dzisiaj jestem skłonna przymknąć nieco oko.
Zaraz potem spojrzała w stronę, w którą zerknął Brant. Tate. Wyglądała dzisiaj naprawdę pięknie, ale w tym wszystkim wcale nie chodziło tylko o wygląd. Palmer była miła, pogodna i wygadana – i właśnie dlatego podobała się innym. Mina doskonale to rozumiała, choć – podobnie jak Brant – nie zawsze była tym zachwycona. Może nie znała jej od dziecka i nie miała wobec niej tego samego odruchu starszego rodzeństwa co Dawson, ale przez ostatnie lata zdążyła wyrobić sobie własny. Pilnowała, czy Tate wróciła bezpiecznie do domu, pytała, czy wszystko jest w porządku, dzwoniła, była zawsze pod telefonem, i choć najczęściej robiła to mniej ostentacyjnie niż Brant, w gruncie rzeczy chodziło dokładnie o to samo. Chciała ją chronić, i to nie dlatego, że uważała Tate za bezradną. Wiedziała, że potrafiła o siebie zadbać, po prostu była jej siostrą, a to najwyraźniej usprawiedliwiało to, że Mina odruchowo zaczynała mówić o tym, że zawodowo zajmuje się kośćmi trochę częściej, niż było to towarzysko konieczne. Wystarczało czasem mimochodem wspomnieć, jak długo utrzymują się ślady urazów na szkielecie, jak łatwo odróżnić złamanie przedśmiertne od pośmiertnego albo że ludzkie kości potrafią powiedzieć o człowieku zaskakująco dużo. Zwykle wtedy chłopcy przypominali sobie, że mają bardzo dobre maniery.
— A jeśli chodzi o Tate, to chyba możemy dać jej pięć minut swobody, zanim uruchomisz policyjną obławę. W najgorszym razie ty postraszysz śmiałka odznaką, a ja opowiem mu, ile właściwie zrasta się złamanie. — Zerknęła w stronę Branta z niewinnym uśmiechem, akurat kiedy Tate wybuchnęła głośnym śmiechem w towarzystwie kilku znajomych. — Poza tym daj jej trochę pożyć. Jak ktoś zacznie zachowywać się jak idiota, wtedy wkroczymy do akcji. Zaklepuję rolę złego gliny.
Wilhelmina Sallow 🦴👀
[Z zaproszenia chętnie skorzystam, chyba że to była czysta kurtuazja i grzeczność :D Gorzej z pomysłem sensownym, ale posłałam maila! Może uda się coś nam wykminić.]
OdpowiedzUsuńLen Weston
Na oddziale ratunkowym specyfika pracy polegała na tym, że wiele złych rzeczy działo się tuż obok, człowiek mógł się naoglądać potwornych wypadków, a przy tym musiał stać na rzęsach i walczyć o ludzkie życie, ale w całym tym stresie i chaosie była jednak ekscytacja. Było też dużo wyzywania się i kłótni, nie tylko z roszczeniowymi pacjentami, ale Mattie skłamałaby, że oczy jej się nie świeciły jakoś żywiej ilekroć przyjeżdżał ktoś z wypadku, po jakiejś grupowej masakrze czy transportowany był wyjątkowy przypadek z innego szpitala. Musiała lubić te wysokimi adrenaliny, nawet jest ER odwiedzała sporadycznie.
OdpowiedzUsuńByć może właśnie głód tego hormonu pchał ją w podróże w odległe, niepopularne zakątki świata, co wprawdzie tłumaczyła sobie chęcią poznania brudnej prawy o globie, a tak naprawdę mogły stawiać ją w sytuacji zagrożenia życia. Obecnie plany na odwiedzenie Sudanu, wcześniej Somalia, Kuba, Jemen, Syria…
Kiedyś była bardziej szalona, obecnie Mattie nie miała już w zwyczaju szwendać się po podejrzanych spelunach czy tanich barach. Te naście lat wstecz nie zwracała w ogóle uwagi na ryzyko, próbowała różnych substancji psychoaktywnych, chodziła w wiele podejrzanych miejsc w celu poszukiwaniu rozrywki wszelako pojętej, może jedynie igieł i wstrzykiwania sobie czegokolwiek uniknęła, uznając to zawsze za zbyt wiele i zbyt obrzydliwe. Tym samym nigdy nie zdecydowała się na żaden tatuaż.
Teraz z kolei prowadziła spokojne i ułożone życie, którego lwią część spędzała w pracy. Lubiła swoją rutynę, spokój i przewidywalność, przynajmniej w tym jednym aspekcie życia. Dobrze się czuła w swoim małym mieszkaniu, zupełnie sama. Spędzając ten czas wolny dokładnie tak, jak miała na to ochotę.
— A więc przyjaciel krzeseł. — podsumowała historię z incydentu i uśmiechnęła się.
Tak go zapamięta. Zaraz po tym, że to policjant od postrzału, bardzo znanego w sieci.
Trzeba przyznać, brzmiało to nawet ładnie, a na pewno było wyjątkowe.
— Musiałeś mieć ogrom szczęścia, że kula nie trafiła w tętnicę, ani kość, ani w sumie nie dostałeś nigdzie w kolano. To dobrze. — przyznała, samej się dziwiąc jak bardzo mężczyźnie udało się uniknąć trwałego kalectwa.
— Tilly podaj mi lidokainę i igłę 5-0. — zaordynował lekarz, a Mathilde od razu wręczyła mu potrzebne narzędzia pracy, mając wszystko już przygotowane na wózku opatrunkowym w rogu pomieszczenia. — Znieczulę miejscowo, ale nie obiecuję, że nic nie poczujesz. To mało przyjemna okolica. — zwrócił się do sierżanta lekarz, przykładając najpierw do łuku brwiowego gazik nasączony substancją znieczulającą, a dopiero po chwili zabierając się za szycie.
Mathilde w tym czasie obserwowała uważnie Dawsona, a jej ciekawski wzrok nieustająco zmierzał w kierunku jego nóg. Zastanawiała się, która jest po postrzale i czy w ogóle widać różnice między nabitymi kończynami. Czy masa mięśniowa któregoś uda była mniejsza? Czy któraś z kończyn układała się w pozycji spoczynkowej jakoś inaczej? Ciężko było stwierdzić. To tylko potwierdzało dwie rzeczy - 1. Brant miał niebywałe szczęście i 2. Ratowali go naprawdę dobrzy specjaliści.
— Za tydzień widzimy się na zdjęciu szwów. — poinformował lekarz i uśmiechnął się do Dawsona, wstając z miejsca, by wyrzucić sprzęt medyczny, rękawiczki i udać się do kolejnego pacjenta. — Radziłbym do tego czasu nie pakować się w żadne bójki. Do zobaczenia. — pożegnał się z Brantem mężczyzna, kierując jeszcze tylko na odchodnym słowa do pielęgniarki. — Obejdzie się bez opatrunku, Tilly. Wydaj tylko zalecenia i pan Dawson może iść do domu. Rano pewnie ma służbę.
Mathilde skinęła porozumiewawczo głową na słowa lekarza i przesiadła się na jego wcześniejsze miejsce, by mieć dobry kontakt wzrokowy ze swoim pacjentem, nie zaś patrzeć na niego z góry.
Usuń— Jak słyszałeś, zostajesz bez opatrunku, tylko ze szwami, więc pamiętaj żeby na nie uważać. — zaczęła swój wywód. — Nie moczyć ich pierwsze 24 h, potem możesz delikatnie to przemywać wodą z mydłem, gazą albo wacikiem. Co więcej… nie pocieraj, nie skub, nie zrywaj strupów. Uważaj z treningami i potem z czoła. Basen i saunę musisz sobie odpuścić na ten czas. — nie omieszkała wtrącić zaleceń odnośnie aktywności fizycznej, bo na pierwszy rzut oka Brant musiał coś ćwiczyć, nie musiała być geniuszem, żeby wiedzieć że od siedzenia w domu nie ma się takiej sylwetki.
— A gdyby puchło to wiadomo - okład z lodu, mrożonki, kompresy, ale przez szmatkę czy cienki ręcznik, nie bezpośrednio na ranę. Zobaczysz, tydzień szybko zleci i będziesz miał piękną, nową brew. Wygląda na to że nawet nie zmieni Ci się szczególnie wygląd łuku brwiowego. — uśmiechnęła się do mężczyzny.
W zasadzie to było wszystko. Brant mógł wracać już do domu, a ona resztę dyżuru mogła spędzić na niedowierzaniu w fakt, że poznała policjanta z filmiku, który jakiś czas temu widziała w sieci relaksując się przy kolacji. Czasami zbieg okoliczności był naprawdę niesamowity.
— Miło było Cię poznać, przyjacielu krzeseł. — wyciągnęła w jego kierunku dłoń na pożegnanie, uśmiechając się przy tym zdawkowo, choć szczerze i ciepło.
Mathilde Stevenson
Ostatecznie zarówno ona, jak i Brant chcieli, żeby Tate była po prostu szczęśliwa. I oczywiście, że nie dało się jej ochronić przed wszystkim co złe, ale nawet jeśli w jej życiu wydarzyłoby się coś niefajnego, miała kogoś, kto zawsze stanie po jej stronie. Mina była siostrą od pięciu lat i wcześniej brak rodzeństwa w ogóle jej nie przeszkadzał. Mieszkała z mamą, robiła swoje i żyła swoim życiem, wybierając to, co dla siebie najlepsze, a potem pojawiła się Tate, a z nią Brant i to, co sobie zbudowała, nagle musiało się jeszcze trochę powiększyć, żeby zmieścić tę dwójkę. Z ojcem miała raczej neutralne relacje, choć poprawne, z jego obecną partnerką również – Mina wiedziała, że ludzie czasem po prostu się rozstawali, niekiedy przyczyna była bardzo konkretna, a czasem chodziło o coś, czego nie dało się nazwać. Rodzina najwyraźniej nie była konstrukcją tak prostą, jak lubiano to przedstawiać. Nie dało się jej rozłożyć, obejrzeć pod odpowiednim kątem i na podstawie kilku cech ustalić, gdzie dokładnie wszystko powinno się znajdować. Kość pękała w określony sposób, zrastała się według pewnych zasad i nawet po latach zostawiała po sobie ślad, który dało się odczytać. Z ludźmi było gorzej.
OdpowiedzUsuńMina uniosła brew, przyglądając mu się przez chwilę z rozbawieniem.
— Rozumiem. Czyli prowadzisz selekcję — stwierdziła, powstrzymując się przed rzuceniem tekstu o tym, że to trochę jak oględziny, tylko że zamiast oglądania szkieletu, Brant oceniał, kto jest zbyt nudny. Poza tym June zawsze powtarzała, żeby ograniczyła te swoje tekściki o kościach, szczególnie w towarzystwie, bo bywało to nieco makabryczne.
— Widzę w tym sens. — Kiwnęła lekko głową. — I po czym poznajesz, że ktoś jest nudziarzem? Są jakieś zmienne? — zapytała z rozbawieniem. — Częstotliwość ziewania? Liczba zdań zaczynających się od „w mojej pracy”? A może po prostu siadasz obok i sprawdzasz, czy po pięciu minutach masz ochotę uciec? Pytam czysto naukowo. Lubię wiedzieć, według jakiej metodologii jestem oceniana.
Odwróciła się nieco w stronę siostry, która ciągnęła za rękę jedną ze swoich koleżanek.
— Aha, czyli Tate ma pełną swobodę, tylko reszta świata funkcjonuje pod nadzorem — podsumowała, śmiejąc się cicho, ale powiedziała to tak, żeby tylko Brant to usłyszał. — Uczciwie.
Mina uśmiechnęła się miło, bo kojarzyła idącą z siostrą Verę – właściwie mimowolnie poznała wszystkie dziewczyny, z którymi przyjaźniła się Tate, bo Palmer miała talent do wciągania innych w swoje życie tak skutecznie, że nie dało się tego zignorować. Najpierw były pojedyncze imiona przewijające się w rozmowach, potem zdjęcia, później szybkie spotkania przy okazji, aż w końcu Mina orientowała się, że wie już, która z nich pije prosecco, która nienawidzi oliwek i która zawsze odpisuje Tate po pięciu sekundach, niezależnie od pory dnia. Z Verą było podobnie. Widziały się wcześniej kilka razy, na tyle często, że powitanie nie musiało ograniczać się do uprzejmego skinienia głową.
— Hej, miło cię widzieć — rzuciła więc ciepło, przerzucając spojrzenie z jednej
na drugą.
Zaraz potem odwróciła głowę w stronę Jake’a, który wyszedł do wszystkich z małym komunikatem, prosząc o pomoc. Mina dołączyła do Tate, przenosząc to, co wydawało się najbardziej odpowiednie – Sanchez był przygotowany, bo lodówka pękała w szwach, a i tak usłyszała coś o tym, że później będzie pizza. I dobrze. Mina uwielbiała pizzę.
Parsknęła pod nosem, obserwując całą operację z winem, i pokręciła głową, kiedy Brant z miną człowieka, który właśnie uratował całą imprezę przed katastrofą, oddawał Jake’owi butelkę.
— Imponujące — rzuciła, mijając go z miską chipsów w rękach. — Pięć lat studiów, dwa dyplomy, doktorat w toku, a jednak to ty dzisiaj zostałeś lokalnym ekspertem od fizyki stosowanej.
Nie czekała, aż jej odpowie, tylko przeniosła miskę na stolik i wróciła do kuchni. Tate już zdążyła wyjąć z lodówki pół zawartości, Vera pomagała ustawiać talerzyki, a Jake co chwilę przechodził między nimi, zabierając coś i odstawiając w zupełnie inne miejsce, czym właściwie bardziej przeszkadzał, niż pomagał. Kilka minut później wszystko mniej więcej znalazło swoje miejsce, muzyka zrobiła się głośniejsza, a do zebranych dołączyło kilka nowych osób – wtedy rozmowy połączyły się ze sobą w imprezowy szum.
UsuńMina stanęła przy kuchennym blacie i przez chwilę przyglądała się temu, co Jake tam upchał. Wino zostawiła innym, piwo nie bardzo jej się uśmiechało, więc sięgnęła po tequilę, limonkę i jedną z butelek stojących bliżej ściany. Znalazła jeszcze lód, więc sięgnęła po kilka kostek, które wrzuciła do fikuśnego, kolorowego kieliszka, i zaczęła przygotowywać dla siebie coś mocniejszego. Butelka tequili, którą złapała, wywołała jednak wspomnienie z czasów studiów, kiedy po oddaniu jednego z większych projektów cała grupa uznała, że po kilkutygodniowej analizie materiału kostnego trzeba to uczcić. Wtedy ktoś wyciągnął opakowanie nowych, pięćdziesięciomililitrowych probówek wirówkowych typu Falcon, ktoś inny przyniósł tanią tequilę i jeszcze przed północą rozeszły się pierwsze szoty z wysokich, stożkowych naczyń, które normalnie służyły im do przechowywania próbek. Mina pamiętała to głównie przez to, że po piątej probówce ktoś zaczął tłumaczyć wszystkim przy stole, dlaczego kość klinowa była najbardziej niedocenianą kością ludzkiego szkieletu, a chwilę później wywiązała się całkiem poważna dyskusja o tym, która kość byłaby najgorsza do złamania. Po kolejnej rundzie większość była już zgodna, że odpowiedź brzmiała mniej więcej tak, że każda, jeśli rano trzeba iść na zajęcia. Uśmiechnęła się pod nosem, przypominając sobie, że wtedy jeszcze nie myślała o pracy aż tak poważnie i że nie planowała pracować aż tak bezpośrednio dla policji. Cóż, sporo się od tamtego czasu zmieniło.
— Ostrożnie z tym — odezwał się ktoś obok. — Jeszcze ktoś zauważy, co tutaj robisz, i spędzisz całą imprezę, serwując innym fikuśne drinacze.
Mina odwróciła głowę. Stał przy niej chłopak, którego wcześniej widziała gdzieś w salonie, choć nie potrafiła jeszcze przypisać mu imienia. Był chyba mniej więcej w jej wieku, może trochę młodszy.
— To był jednorazowy eksperyment — stwierdziła, unosząc kieliszek. — Nie mam zamiaru robić kariery za barem.
— Szkoda. Wygląda całkiem profesjonalnie — uznał i wyciągnął do niej rękę, przedstawiając się: — Liam.
— Wilhelmina — odpowiedziała, ściskając krótko jego dłoń.
Liam nie zdążył powiedzieć nic więcej, bo ktoś z salonu zawołał go po imieniu. Chłopak odwrócił głowę i odpowiedział coś znajomemu, który najwyraźniej koniecznie potrzebował jego opinii w sprawie kolorowych szotów. Rozmowa rozrosła się właściwie sama; po chwili obok nich pojawiły się jeszcze dwie osoby, Liam został wciągnięty w dyskusję, a Mina uznała, że to idealny moment, żeby się ulotnić. Upiła łyk drinka i rozejrzała się za miejscem. Branta dostrzegła bez większego trudu. Zajmował jedną z dużych dmuchanych puf przy stoliku, rozparty tak wygodnie, jakby od początku wieczoru planował właśnie tam urządzić sobie stanowisko obserwacyjne. Co ważniejsze, obok niego nadal było wystarczająco dużo miejsca, więc ruszyła właśnie w tamtą stronę.
— Mina. — Usłyszała, więc zatrzymała się i obejrzała przez ramię. Liam wskazywał na drugą pufę, którą zajął z kilkoma znajomymi. Jedna z osób właśnie wstała, zostawiając obok niego sporo wolnego miejsca.
— Tutaj się zmieścisz — powiedział, przesuwając się odrobinę. — Chyba że uciekasz ode mnie po dwóch minutach.
— Nie uciekam — odpowiedziała z lekkim uśmiechem. — Jeszcze.
Podeszła i usiadła obok Liama, ostrożnie pilnując, żeby nie wylać drinka. Pufa zapadła się pod jej ciężarem bardziej, niż się spodziewała, przez co mimowolnie przesunęła się odrobinę bliżej niego. Chwilę później jej spojrzenie mimowolnie powędrowało ponad jego ramieniem, w stronę pufy Branta. I dopiero wtedy przyszło jej do głowy, że może powinna była po prostu usiąść tam, gdzie zamierzała od początku. Ostatecznie jednak, gdy w salonie zrobiło się cieplej, zdjęła marynarkę, w której tutaj przyszła, odsłaniając plecy i ramiona. Jej skóra była bardzo jasna, niemal mlecznobiała, przez co rozsiane po niej piegi od razu rzucały się w oczy. Miała ich dużo; ozdabiały ramiona, dekolt, górną część pleców, szyję, twarz, uda, niektóre były drobne, inne większe i miejscami zagęszczone tak mocno, że wyglądały jak plamy po tuszu. Gdy była dzieckiem, piegowatość należała do jej cholernie głębokich kompleksów, teraz jednak po prostu akceptowała swój wygląd.
UsuńParę drinków później Jake nagle stanął na środku salonu z szeroką miską w dłoniach i szerokim uśmiechem. Ktoś ściszył nieco muzykę, żeby solenizant nie zdarł sobie gardła.
— Dobra, zanim wszyscy będą zbyt pijani, żeby czytać — oznajmił, potrząsając naczyniem wypełnionym złożonymi karteczkami. — Urodzinowa ruletka. — Jake uniósł palec. — Zasady są proste. Losujesz, robisz to, co jest napisane, albo pijesz. Możesz odmówić, jeśli nie masz ochoty czegoś robić, ale wtedy czeka cię kolejka. I nie, nie przyjmuję reklamacji, bo połowę tych rzeczy pisała Tate.
Mina natychmiast odnalazła siostrę wzrokiem. Tate uśmiechała się jak niewiniątko, chichocząc. Miska ruszyła w obieg. Pierwsze zadania były niewinne; ktoś musiał pokazać ostatnie zdjęcie w telefonie, a ktoś inny mówić do osoby obok wyłącznie „Wasza Wysokość”. Dopiero po kilku minutach kartki zaczęły robić się wyraźnie mniej przyzwoite. Miska zatrzymała się przy Verze. Dziewczyna chwilę pogrzebała między złożonymi papierkami i wyciągnęła jeden.
— No dobra — mruknęła, a potem przeczytała treść zadania: — „Wybierz osobę w pokoju, którą uważasz za najbardziej atrakcyjną, i usiądź obok niej tak blisko, jak pozwoli ci przez następną rundę”.
Po salonie natychmiast poniosło się przeciągłe „uuu”, a ktoś zagwizdał. Mina uniosła kieliszek do ust, obserwując to wszystko z lekkim rozbawieniem. Właściwie spodziewała się, że dziewczyna wybierze któregoś z chłopaków siedzących bliżej niej, ale Vera wstała i z niemal bezczelną pewnością siebie usiadła obok Branta, ocierając się ramieniem o jego ramię. Cóż, przynajmniej miała dobry gust, choć Minie ani trochę nie podobało się, że siedziała aż tak blisko.
Miska powędrowała dalej i po kilku kolejnych osobach trafiła w końcu do Miny. Wyciągnęła pierwszą lepszą karteczkę i rozłożyła ją, czytając:
— „Wskaż osobę w tym pokoju, z którą najchętniej obudziłabyś się jutro rano w jednym łóżku, albo wypij dwa szoty”.
Przez salon przetoczyło się kolejne przeciągłe „uuu”, a Mina rozejrzała się wokół z rozbawioną miną, jakby naprawdę zamierzała kogoś wybrać. Jej wzrok wędrował po zebranych i tylko przez sekundę dłużej zatrzymał się przy Dawsonie.
— Dwa szoty — zdecydowała bez większego namysłu, wyciągając rękę po kieliszek.
— Serioooo? — odezwał się ktoś z niedowierzaniem.
— Dwa szoty dla Miny! — zawołał Jake.
Wypiła pierwszego szota, lekko się krzywiąc, a po chwili sięgnęła po następnego – miska ponownie ruszyła w obieg.
Wilhelmina Sallow 🍸🎉
Mina nigdy nie była w takiej sytuacji jak Brant, a choć przecież nie dało się przeżyć tego samego życia, pewnie zrozumiałaby, co musiał wytrzymać i co osiągnąć, aby być w tym miejscu, w którym się znalazł. Miał ciężej od innych i mógł poddać się temu, co znał, bo łatwiej było zrobić coś głupiego, gdy ktoś też to robił. Tak zwany owczy pęd. Wiedziała trochę o historii Branta, bo sporo ze sobą rozmawiali, co było przecież nieuniknione. Mina tylko z początku podchodziła do niego z ostrożnością i rezerwą, chcąc poznać faceta, którego Tate nazywała bratem i mówiła o nim same dobre rzeczy. Nie wątpiła w to, że Brant był w porządku gościem, ale musiała się o tym przekonać – i przekonała. I pewnie byłoby jej znacznie łatwiej, gdyby zaczęła postrzegać Dawsona jak starszego brata, do którego zawsze może się zwrócić, tylko że brat nie powinien krążyć po jej głowie tak często, a już z pewnością nie jako mężczyzna, który ją pociągał.
OdpowiedzUsuńOrientowała się w imionach i twarzach, więc jej komentarz o selekcji był raczej zaczepny. Poza tym wątpiła w to, aby Brant bawił się w takie rzeczy – pewnie, gdyby mu coś nie pasowało, po prostu by o tym powiedział albo zmienił miejsce, bo w jej oczach nie był człowiekiem, który znosił coś dla samego znoszenia, jakby miał za to dostać order.
Po szotach zrobiło jej się cieplej, a przy policzkach pojawiła się delikatna czerwień. Nie była pijana i nie zamierzała doprowadzać się do stanu, w którym ktoś musiałby ją prowadzić do domu. Była dorosła, miała poważną pracę i zdecydowanie nie tę wątrobę, która pozwoliłaby jej wypić nieco więcej. Podczas studiów i tak zaliczyła sporo zakrapianych imprez, których mniej lub bardziej później żałowała. Z czasem jednak bardziej oddała się pracy i odkryciom naukowym, więc stała się mądralą od kości i chyba całkiem nieźle jej szło, skoro robiła teraz doktorat. Pamiętała dzień, w którym otwierała e-maila, aby przekonać się, czy w ogóle się dostała; obok była jej mama, Tate i Brant. Tate przygotowała wtedy dwie wersje tortu; smutną z napisem, żeby się nie poddawać, i wesołą z gratulacjami. To było miłe wspomnienie.
Rozejrzała się wokół i pomyślała, że spotkania towarzyskie były w gruncie rzeczy całkiem wdzięcznym materiałem do obserwacji antropologicznych. Kilkanaście osób zamkniętych w małym mieszkaniu bardzo szybko stworzyło własny mały system: ktoś naturalnie przejmował rolę gospodarza, a ktoś skupiał wokół siebie innych. Powstawały chwilowe sojusze, hermetyczne żarty, małe rytuały i niepisane zasady, których nikt nigdy oficjalnie nie ustalał. Alkohol tylko przyspieszał cały proces i pomagał się przełamać, jeśli chodziło o fizyczność – sprawiał też, że sympatie stawały się łatwiejsze do zauważenia, podobnie jak antypatie. Mina lubiła takie obserwacje; było w nich coś znajomego, nie tak precyzyjnego i dokładnego jak kości, które można było zmierzyć, opisać i porównać, ale równie dużo mówiły o człowieku. Tyle że tym razem miała jeden problem, bo sama była częścią tego wytworzonego systemu.
Mina zerknęła w stronę Tate znad swojego drinka, a kiedy ta uciekła spojrzeniem do Branta, kącik jej ust drgnął w rozbawieniu. Nie musiała znać szczegółów, żeby zrozumieć, że gdzieś za tą odpowiedzią kryło się konkretne nazwisko, a Dawson najwyraźniej wiedział o sprawie odrobinę więcej niż ona.
Potem miska ruszyła dalej i zatrzymała się przed Brantem. Mina odruchowo wyprostowała się odrobinę, opierając szklankę o udo, a gdy przeczytał zadanie i wskazał Liama, przechyliła lekko głowę. Wytypuj osobę, która musi przez następną rundę siedzieć z dala od osoby, która najbardziej ją interesuje – czy Dawson właśnie użył gry urodzinowej, żeby przesadzić faceta, który siedział obok niej? Nie miała pojęcia, ale jeśli tak, to musiała przyznać, że było to wyjątkowo kreatywne nadużycie chwilowej władzy.
Usuń— Zdecydowanie nie podoba mi się ta gra — skwitował Liam, śmiejąc się i podnosząc z pufy. Zrobił to jednak z wyraźnym ociąganiem, a zamiast od razu odejść, pochylił się jeszcze trochę w stronę Miny. — Jedna runda to długo. Zwłaszcza wtedy, gdy zostawia się najlepsze miejsce.
W pokoju znów było słychać przeciągłe „uuu”, a ktoś zażartował sobie, że Liam totalnie nie umie w subtelny podryw. Mina przewróciła delikatnie oczami – nie była zainteresowana Liamem tak, żeby jego uwaga stała się jakimś punktem zapalnym do reakcji chemicznej w jej mózgu. Tak właściwie był jej całkowicie obojętny i pewnie gdyby zapytał ją wprost, czy da mu swój numer, powiedziałaby, że nie. Nie zdążył zresztą odejść zbyt daleko, kiedy rozdzwonił się jego telefon. Wyjął komórkę i westchnął.
— Muszę odebrać. Zaraz wracam — rzucił do Miny, jakby właśnie jej należało złożyć oficjalne wyjaśnienie, po czym przecisnął się między ludźmi w stronę wyjścia.
— Jak wrócisz, może już być po wszystkim! — zawołał za nim Jake, a kiedy drzwi wejściowe zamknęły się za Liamem, ten od razu wykorzystał chwilę zamieszania, żeby przejąć miskę. — Dobra, zmiana zasad! Teraz pary.
— Jakie pary? — spytała Ivy.
— Takie, które mają sobie nawzajem trochę uprzykrzyć życie. Każdy dobiera się z osobą siedzącą najbliżej. Bez negocjacji, bez zamiany i bez marudzenia. Przez trzy rundy losujecie zadania jako duet. Jeśli ktoś został bez pary, bierze osobę, której partner zniknął — wyjaśnił.
— Wymyśliłeś to pięć sekund temu, co? — mruknął któryś ze znajomych.
Wilhelmina rozejrzała się wokół. Po odejściu Liama miejsce obok niej pozostało puste, a większość pozostałych osób zdążyła już dobrać się zgodnie z nowymi zasadami. Vera, która poprzednią rundę spędziła przy Brancie, wróciła na swoją pufę, przez co Dawson również został bez partnera, dlatego Mina wzięła swój drink, podniosła się z siedziska i podeszła do Branta.
— Wygląda na to, że zostałeś moim zastępstwem za Liama — stwierdziła, choć uśmiech czający się w kącikach jej ust zdradzał, że wcale nie uważała tego za szczególnie tragiczny obrót wydarzeń. — Zrób mi trochę miejsca.
Pufa była duża, ale kiedy usiadła, powietrze wewnątrz przesunęło się pod ich ciężarem i Mina automatycznie osunęła się odrobinę w jego stronę. Jej nagie ramię zetknęło się z jego przedramieniem.
Jake potrząsnął miską i uśmiechnął się szeroko.
Usuń— No dobra, ludziska! Każda para losuje jedno zadanie. Robicie je razem albo oboje pijecie — powiedział, rozglądając się, a potem rzucił jeszcze: — I uprzedzam, że te kartki są gorsze niż poprzednie.
Miska ruszyła po pokoju, a Wilhelmina obserwowała, jak kolejne pary wyciągają zadania, a z każdą następną kartką te robiły się coraz mniej niewinne. Kiedy przyszła ich kolej, Mina sięgnęła po złożony papierek.
— „Jedna osoba z pary musi przesiedzieć następną rundę na kolanach drugiej. Wybór należy do was” — przeczytała, a po salonie od razu podniosło się kilka gwizdów i śmiechów. Zerknęła w stronę Branta, uśmiechając się pod nosem, a potem uniosła lekko brew. — Biorąc pod uwagę różnicę gabarytów, chyba oboje wiemy, jak to się skończy.
Odłożyła szklankę i podniosła się z pufy, zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć. Poprawiła sukienkę przy biodrach, a potem bez większego ceremoniału zajęła jego kolana. Jedną dłonią oparła się o jego ramię, żeby złapać równowagę, drugą ulokowała przy swoim udzie. Pufa ugięła się pod ich wspólnym ciężarem, przez co Mina mimowolnie przesunęła się jeszcze odrobinę bliżej jego klatki piersiowej. Dopiero wtedy dotarło do niej, że z tej odległości wyraźnie czuła ciepło jego ciała i zapach perfum, a każdy najmniejszy ruch Branta, nawet ten, który robił, gdy brał oddech, był nagle zdecydowanie zbyt łatwy do zauważenia.
Wilhelmina Sallow 🤭
— Nawet zbyt sprawne — zgodził się z Brantem, a skoro zwolniło się miejsce, w którym blisko baru stał Jason, to Ian płynnie wsunął się w opustoszałą po znajomym przestrzeń, tym samym usuwając się z drogi tym z gości, którzy zechcieliby przejść dalej.
OdpowiedzUsuńBar, za którym urzędowało dwóch barmanów, mieścił się mniej więcej pośrodku dostępnej przestrzeni. W przyzwoitej odległości od wejścia, tak, że w zimowe wieczory na pewno nie powiewało przy nim chłodem, kiedy drzwi otwierały się i zamykały nieustannie w miarę tego, jak napływali kolejni goście. Za centralną częścią, zajmowaną przez ładnie wyeksponowany, wspomniany bar, który można było obsiąść niemalże w koło, bo z trzech stron, znajdowała się dalsza część sali z okrągłymi stolikami i kilkoma wciśniętymi przy ścianie lożami. Podobno dalej, skryte za węższym przejściem, znajdowało się jeszcze jedno pomieszczenie z parkietem i stanowiskiem dla DJ’a, bo kiedy Barbara i Garett zapraszali na tę imprezę, mówili także, że będą tańce, co zapewne zaważyło o przyjściu co poniektórych gości, ale nie Iana. Nie był wielkim fanem pląsania po parkiecie, ale nie oznaczało to, że nie tańczył w ogóle. Po prostu rzadko kiedy miał ku temu okazję, bo kiedy jeszcze często odwiedzał kluby, to nie po to, żeby się pobawić, a po to, aby popracować.
— Nie ma sprawy — wtrącił, kiedy Brant podziękował mu za pomoc Tate. Ian pomógłby każdej innej osobie, która znalazłaby się w tej samej sytuacji, co młoda kobieta, a to, że była to akurat siostra Dawsona, stanowiło przypadek. Może nie do końca, ponieważ gdyby Brant nie chodził na THE GYM, to Tate by na nią nie dotarła, za to podążyła za starszym bratem na inną siłownię, na którą ten by uczęszczał, a na którą nie uczęszczał Ian. Tymczasem padło na THE GYM.
— Naprawdę? — Hunt zdziwił się na wieść o tym, że nadgarstek jednak okazał się zwichnięty. — Nie wyglądało to tak poważnie, chociaż… — Uśmiechnął się lekko do myśli, która pojawiła się w jego głowie, a którą postanowił podzielić się ze znajomym. — Jak zobaczyłem te jej szczupłe rączki, to przyszło mi na myśl, że to może źle się skończyć.
Nie dało się nie zauważyć, że Tate miała świetną formę, a także, że była atrakcyjną kobietą. Gdyby nie to, że Jasonowi wcześniej wpadła w oko Karla, być może uganiałby się teraz za Tate, a nie za brunetką, na rzecz której porzucił męskie towarzystwo i cóż, nie można było mu się dziwić. Niemniej, widać było także, że forma Tate nie wzięła się z przerzucania ciężarów, a na pewno nie takich, na które porwała się, kiedy tamtego dnia pojawiła się na siłowni.
— Wyobrażam sobie, że musi być poirytowana — zauważył, bo on by był, gdyby uszkodził się w tak głupi sposób. Nic nie bolało Iana Hunta tak, jak konsekwencje, które spadały na niego w wyniku jego własnej głupoty. Całe szczęście, że zaćmienia umysłu zdarzały mu się rzadko, przez co równie rzadko musiał mierzyć się z podobnym upokorzeniem. To, że Brant twierdził, że Ian miał głowę na karku, nie było tylko pustą obserwacją. Był stosunkowo bystry i inteligentny, a gdyby dane mu było zdobyć wykształcenie, mógłby być w czołówce tych lepszych studentów na roku, ale jego życie potoczyło się tak, a nie inaczej, czego zresztą Ian nie żałował. W tym konkretnym względzie żal był mu pojęciem obcym.
Zagadnięty o to, czego się napije, omiótł wzrokiem wystawkę alkoholi, standardowo wyeksponowaną za plecami barmanów, choć wiedział, że robi to na próżno i że w takim miejscu jak to, miał do wyboru jedną słuszną opcję.
— Może być piwo — powiedział i namierzył sobie najbliższy, barowy stołek. — Bezalkoholowe — dodał, usiadłszy. — Nie wiem, co konkretnie mają dostępne, więc nie podpowiem ci, jakie dokładnie.
Brak podpowiedzi ze strony Iana nie powinien stanowić problemu, bo przecież został tuż przy Brancie i miał być pod ręką, kiedy ten będzie składał zamówienie. To, że się rozsiadł, sugerowało, że z powodzeniem mogą zostać właśnie przy barze, zamiast szukać jakiegoś stolika. Nie mieli mieć wiele czasu na rozmowę, nie teraz, bo z tego, co zdążył się dowiedzieć, Garett planował jakąś przemowę. Chciał z tym poczekać, aż zbierze się więcej osób, co było zrozumiałe, ale na pewno nie miał czekać w nieskończoność na spóźnialskich.
UsuńIAN HUNT 🍺
Mieszkanie Lena potrafiło zagubić rzeczy w sposób całkiem niedorzeczny. Jakby było zbyt małe, by zdołać przechować je wszystkie w swojej pamięci. I gdy tylko odłożyło się coś na stół, stół od razu o tym zapominał – i coś zamieniało się w nic, wnikając w senną nicość.
OdpowiedzUsuńCzasem, szczególnie w niedzielne popołudnia, gdy słońce głaskało przeróżne zakamarki, przeszłość potrafiła się nagle pokazać. Człowiek sięgał za komodę, gdzie przed chwilą poturlał się ołówek, ale palce zamiast niego – chwytały pojedynczy złoty kolczyk z zielonym oczkiem. W głębi szuflady ze szpargałami kciuk przygryzały ząbki czarnej spinki, a gdy rozchyliły się okładki zdobionego albumu, spomiędzy stronnic wyleciał stary bilet do teatru, służący za zakładkę.
Balaclava, którą Len odkrył w szafie, też należała do jego byłej dziewczyny. Przechodziła całą zeszłą zimę, tej sobie już jednak nie pochodzi – przynajmniej nie w tym konkretnym modelu. Miękka, bordowa, z wełny merino i z dwoma sznureczkami, by w razie potrzeby ją sobie zaciągnąć, a w razie innej potrzeby poluzować i modnie wędrować nowojorskimi ulicami.
Okazało się, że balaclavie jego byłej dziewczyny było najbliżej do klasycznej kominiarki, której poszukiwał. Nie znalazł u siebie jednak żadnej, ale – nie założy przecież balaclavy. Nie może zorganizować napadu, wyglądając jak Czerwony Kapturek! Trudno. Trzeba będzie nasunąć na głowę prawdziwy kaptur, i tak skryć uszy, a usta ukryć pod jakimś szalikiem. We wrześniu. Bez sensu.
Prawdziwie bez sensu było jednak zadanie, które przed Lenem stało.
Rupert miał dwadzieścia parę lat i bardzo wąskie, chude nadgarstki, które nawet dzieciak zdołałby objąć między kciukiem a palcem wskazującym. Miał też ogromne serce, które żarliwie biło do jego koleżanki ze studiów o onieśmielającym spojrzeniu i śmiejących się ustach. Brakowało mu z kolei śmiałości, aby ją poderwać, więc ich znajomość ograniczała się tylko do zdawkowych zdań wymienianych między ćwiczeniami.
– Nie jestem dostatecznie dla niej męski, rozumiesz – powiedział Lenowi.
Len nie do końca rozumiał. Różne rozterki były akurat mu bliskie, nawet jeśli nie teraz, to przecież – kiedyś, więc łatwo do tego wrócić emocjami. Nie rozumiał tylko, czemu Rupert przyszedł z tym do niego. Ear Me Out było agencją aktorów niestandardowych, których można sobie wynająć na, dajmy na to, rodzinną uroczystość, pogrzeb nawet. Do gabinetów terapeutycznych jednak nie należało.
– Muszę jej jakoś zaimponować – mówił Rupert. – Pokazać siłę. Ochronić przed światem.
Pomysł był durny, tak durny, że uszy Lena od dawna nie słyszały niczego głupszego – a nasłuchały się niejednego już kretyństwa. Nie chciał brać w tym udziału. Kasa, którą jednak oferował Rupert, durna już nie była. Choć właściwie to nie – była bardzo durna, bo młody stanowczo przesadził, nie orientując się w stawkach.
W ten sposób w niedzielne popołudnie Len wylądował w parkingu podziemnym Battery Parking Garage na dolnym Manhattanie, choć wcale nie zostawiał tam samochodu. W czarnym aucie czekał Rupert, gotowy w każdej chwili wyskoczyć. Z naprzeciwka maszerowała jego miłość, beztrosko poprawiająca jasne włosy.
Len przyczaił się za słupem. Nasunął kaptur, zawiązał szalik – i ruszył.
Trzy susy, może cztery, i już znalazł się u boku dziewczyny, która spojrzała na niego przelotnie za pierwszym razem, za drugim już z przerażeniem. Powiększyły się oczy, otworzyły usta i kiedy Len szarpnął za za skórzany pasek jej torby, a dziewczyna wydała z siebie wysoki krzyk, który rykoszetem odbił się od betonowych ścian. Zamiast walczyć, puściła torebkę i dopiero wtedy spróbowała go kopnąć, ale Len dał już nogę i uskoczył.
Zgodnie ze scenariuszem, z czarnego sedana wyleciał Rupert.
– Hej! – zawołał mężnie. – Stój!
Jego bohaterska szarża skończyła się, zanim na dobre się zaczęła; chude nogi chłopaka haczyły jedna o drugą i Rupert się zachwiał. Gdy walczył z grawitacją, Len klął sobie w duchu. No, wstawaj, zjebie, pomyślał. Ale show must go on, więc zaczął biec dramatycznym, celowo trochę tylko zwolnionym truchtem, markując ucieczkę w stronę rampy wyjazdowej. Goń mnie, debilu.
UsuńI wtedy wszystko potoczyło się zupełnie dziwacznie. Len poczuł nagłe szarpnięcie za kołnierz, a ułamek sekundy później jego ręka została wykręcona na plecy i ktoś docisnął jego twarz do zimnej, brudnej maski czyjegoś SUV-a. Tym kimś stanowczo nie był jednak Rupert, bo Len kątem oka widział, jak ten wciąż gramoli się jakieś trzydzieści stóp dalej.
Len Weston
Przestymulowana ostatnimi zdarzeniami Mattie, chciała się gdzieś zaszyć w nadziei, że nikogo nie spotka. Dlatego na wieczorny jogging wybrała park oddalony kilka kilometrów od jej mieszkania, w nadziei, że będzie mogła w zapomnieniu oddać się ciężkiemu treningowi. Chciała dzisiaj dobić do 10 kilometrów, żeby spocona i zdyszana po prostu wrócić do mieszkania i paść. O niczym nie myśleć, niczego nie analizować, zwyczajnie zasnąć i odciąć się od tego świata.
OdpowiedzUsuńRobiąc pierwsze okrążenie po parku mignął jej przed oczami wolnobiegajacy pies na trawniku, ale póki nie był blisko, nie interesowała się tym na tyle by wzbudziło to jej zainteresowanie. Była czujna, bo niestety większość właścicieli spuszczała psy, które następnie były zaaferowane jej gonieniem lub kąsaniem po kostkach, czego niestety miała przyjemność doświadczyć, a co skończyło się wielką awanturą i wydzwanianiem do Animal Service. Mathilde wolała mieć pewność, że nie skończy z wścieklizną, a poza tym miała nadzieję, że takim ludziom zabierają zwierzęta za ich brak opieki nad nimi i swoją bezmyślność.
Ludzie potrafili być skrajnie nieodpowiedzialni pod tym względem.
Przy kolejnym okrążeniu mignęła jej postać w sąsiedztwie wspomnianej psiny, co zwróciło jej uwagę na dłuższy moment.
I wtedy go rozpoznała. Mężczyznę z którym ledwo co zdążyła się pożegnać na ER. Minęło wprawdzie kilkanaście godzin, ale dla niej to była chwila.
Przyjaciel krzeseł.
Gdyby nie pies, pewnie w ogóle by go nie zauważyła w półmroku.
Zrobiła co prawda 8 z planowanych 10 kilometrów, a choć nie lubiła odpuszczać, uznała to za wciąż akceptowalny wynik, zwłaszcza że wypadało się odezwać w odpowiedzi na przywitanie.
— Dziwny ten świat. — zgodziła się wyjmując słuchawki z uszu i próbując uspokoić oddech. Zastopowała trening na wielkim wyświetlaczu zegarka, wyraźnie odznaczającym się na jej chudym nadgarstku. Cała była zlana potem, który czuła w różnych mniej przyjemnych zakamarkach swojego ciała, rumieńce żywo rozpalały jej twarz, ale mimo to uśmiechała się serdecznie. To musiał być wystrzał endorfin przy wysiłku fizycznym. W innym wypadku mogłaby mieć zgoła odmienny grymas. Ostatnio narzekała przyjaciółce na tego typu spotkania, które zdarzały jej się ostatnio zdecydowanie zbyt często, czym zaczynała się niepokoić. Ceniła sobie swoją prywatność i nie lubiła, gdy pacjentów spotykała zbyt często na mieście i w cywilu. Była przekonana, że Dawson musi mieć podobnie. — Dzień, a i owszem doskonały na bieganie. Uwielbiam taką pogodę.
Faktycznie, preferowała aktywność w okresie jesiennym, zwłaszcza jogging, kiedy powietrze było rześkie i nie istniała aż taka obawa, że człowiek za chwilę dostanie udaru albo zapaści z tytułu zbyt szybkiego odwodnienia.
— A stosujesz się do zaleceń? — zapytała śmiertelnie poważnie lustrując szczegółowo całą jego osobę, od czubka głowy, aż po palce stóp. Sądząc po tym jak był ubrany mogła mieć w tym względzie dużo wątpliwości. Sportowe ubranie raczej nie świadczyło o tym, że tak ubierał się na co dzień lub dla wygody. Chociaż… na dobrą sprawę nic o nim nie wiedziała.
— Zasadzałeś się na mnie? — zażartowała, obracając się dookoła jakoby w poszukiwaniu innych funkcjonariuszy i ich samochodów. Było jednak cicho, a przestrzeni nie rozpraszało żadne agresywne światło. W międzyczasie podwinęła swoją sportową, opinającą brzuch koszulkę, żeby zetrzeć pot z twarzy. Poprawiła też kucyk, który jeszcze przed chwilą dyndał na każdą możliwą stronę, gdy biegała.
— Trenowałeś tylko z psem? — wolała się upewnić wskazując na zwierzę, a samej wciąż próbując odzyskać normalny rytm oddechowy. — Pamiętaj, że jak szwy puszczą, a tkanka ci się brzydko zrośnie, będziesz jak Quasimodo.— postraszyła go jeszcze, przymrużając w tej chwili oczy, próbując to sobie zwizualizować. — Będziesz lokalnym postrachem, jeśli na tym Ci zależy.
Stanęła w zakroku, potrzebując rozciągnąć łydki.
Usuń— Jakieś ciekawe pościgi albo akcje w których ostatnio brałeś udział? Wiesz, chcę wiedzieć czy będę miała co oglądać do kolacji w najbliższym czasie. — zagadnęła, zmieniając pozycję na inną, by równomiernie rozciągnąć obie kończyny.
W sumie to nawet nie żartowała. Popularne seriale, filmy czy operacje nie były tak interesujące, co pościgi i nagrania z bodycamów, uświadamiające ją tym bardziej o ludzkiej ułomności i patologii. Niestety było w tym coś pociągającego.
Korzystając z chwili, gdy pobierznie próbowała rozciągnąć przepracowane mięśnie, popatrzyła na Branta uważniej, na jego dobrze zbudowane ciało, wzrok zatrzymując trochę zbyt długo na udach, na jednym z których miała znajdować się sławetna rana. Oczywiście, że była jej ciekawa. Taka samo jak innych kwestii i być może utrzymywała wzrok w jeszcze innych rejonach jego ciała o ciut przyzwoitości za długo, w głowie analizując szybko zbyt wiele scenariuszy.
— Dobrze wyglądasz. — wymamrotała bezwiednie, wciąż skupiona na jego ciele, dopiero po chwili reflektując się i z nieco zakłopotanym uśmiechem wracając ku jego twarzy.
To na pewno było zmęczenie fizyczne.
— Jak się wabi? — zmieniła szybko temat, spoglądając czule na psa. Nie była fanką zwierząt, co nie znaczy, że nie mogła wykazywać cienia sympatii czy zainteresowania ich względem. Ten, pomimo swoich rozmiarów wydawał się przyjazny.
Mathilde Stevenson
Mina prychnęła cicho, słysząc jego komentarz o byciu na górze, gotowa odpowiedzieć czymś równie zaczepnym, ale wtedy Brant wcisnął jej w dłoń złożoną karteczkę. Spojrzała w jego stronę podejrzliwie, a potem rozprostowała papier. Przeczytała zdanie: Wybierz osobę, z którą chciałbyś spróbować czegoś nowego. Jej brwi ściągnęły się lekko, bo przez krótką chwilę próbowała dopasować słowa do tego, co pamiętała z poprzedniej rundy. Nie pasowały. Ani trochę. A potem… och. Brant zwyczajnie wymyślił poprzednie zadanie. Przeczytał coś, czego nie było, wskazał Liama i z niewinną miną kazał mu się przesiąść, zapewne wiedząc, że chłopak wstanie, żeby pokazać swoje zainteresowanie Sallow.
OdpowiedzUsuń— Ty kłamco — powiedziała cicho. Nie brzmiało to jednak nawet odrobinę jak oskarżenie. Ponownie wbiła wzrok w karteczkę, przypominając sobie Liama podnoszącego się z pufy i Branta obserwującego to wszystko, który teraz przyznawał się do wszystkiego, jakby właśnie zdradzał jej szczegóły planu, z którego był całkiem zadowolony. I chyba miał powód. Mina poczuła, jak coś przyjemnie ścisnęło ją gdzieś w dole żołądka. Mogła oczywiście uznać, że zrobił to dla żartu. Że Liam był po prostu najłatwiejszym celem, a Brant skorzystał z okazji, żeby trochę namieszać, tylko że wtedy nie musiałby pokazywać jej prawdziwej treści zadania. Nie musiałby też patrzeć w jej stronę w ten sposób, czekając, aż sama połączy fakty. Wybierz osobę, z którą chciałbyś spróbować czegoś nowego. Przesunęła kciukiem po brzegu karteczki. To było niemal irytujące, jak szybko jej mózg porzucił wszelką naukową bezstronność. Jeszcze kilka minut wcześniej analizowała innych jak wygodny materiał badawczy, wychwytywała spojrzenia, dystans, przypadkowe dotknięcia i obserwowała całą tę społeczną grę, a teraz zajmowała kolana faceta, którego obecność od dawna wywoływała u niej reakcje zupełnie nieprzydatne do zachowania obiektywizmu.
Dłoń Branta nadal spoczywała przy jej kolanie, a ramię obejmowało ją tak pewnie, że doskonale czuła ciepło jego ciała. Siedziała dostatecznie blisko, żeby wyłapywać każdy mikroruch z jego strony. Serce przyspieszyło jej odrobinę, jakby zapomniało, że nie powinno tego robić, i Mina od razu spróbowała obwinić za to alkohol, choć doskonale wiedziała, że nie wypiła zbyt wiele. Przesunęła się minimalnie, chcąc usiąść wygodniej, i od razu pożałowała tego ruchu, bo tylko bardziej zanurzyła się w Brancie; i nic dziwnego, był od niej większy i wyższy. Mina za każdym razem, gdy ją przytulał, mruczała, że to uścisk niedźwiedzia grizzly – nie dało się z niego wyrwać, ale też Sallow nigdy nie chciała tego zrobić. Poczuła delikatne ciepło przy policzkach i miała nieprzyjemne podejrzenie, że jej rumieniec był trochę bardziej widoczny. Jeszcze gorsza była gęsia skórka, która pojawiła się przy jej ramionach, choć w mieszkaniu wcale nie było chłodno. To było absurdalne. Znała Branta, rozmawiała z nim setki razy i widywała go w najbardziej zwyczajnych sytuacjach, był jej przyjacielem, rodziną, ale nie bratem. I właśnie w tym tkwił cały problem, bo chyba przez jakiś dłuższy czas próbowała wcisnąć tę relację w znacznie prostszą kategorię, niż dało się to ostatecznie sklasyfikować.
— Czyli... — zaczęła. — Nie dość, że wykorzystałeś urodzinową grę do pozbycia się faceta siedzącego obok mnie, to jeszcze sfałszowałeś materiał dowodowy? — Kącik jej ust uniósł się delikatnie. — I mam rozumieć, że mam sobie sama wyciągnąć z tego wniosek?
UsuńOdwróciła do niego głowę, aby móc spojrzeć mu w oczy. Z tej odległości odcień jego hazel eyes był jeszcze wyraźniejszy, przełamany ciepłym brązem bliżej źrenic. Mina znała te oczy bardzo dobrze. Widziała je rozbawione, zmęczone, zirytowane, wkurwione, skupione i czułe. Teraz jednak było w nich coś innego. Pochyliła się lekko, aby jej usta znalazły się tuż przy jego uchu, i szepnęła:
— Jesteś niemożliwy.
Nie zdążyła powiedzieć nic więcej, bo Jake właśnie zarządził koniec rundy. Po salonie rozszedł się zbiorowy jęk, kilka osób natychmiast zaczęło się od siebie odsuwać, a Mina przez sekundę została dokładnie tam, gdzie była, zanim przypomniała sobie, że też powinna się ruszyć. Podniosła się więc z pewnym opóźnieniem, poprawiając sukienkę, i usiadła obok Branta.
— No to co? Gramy dalej! — zawołał Jake.
Tym razem zadania losowano już szybciej. Tate z Williamem musieli usiąść naprzeciwko siebie, zetknąć kolana i przez pełną minutę patrzeć sobie w oczy bez odwracania wzroku. Wytrzymali może dwanaście sekund, zanim Tate parsknęła śmiechem, William zaraz za nią, a po chwili śmiał się już cały salon. Ostatecznie miska znów wylądowała przy Minie i Brancie.
— Tym razem ty losuj — odezwała się, zerkając w stronę Branta, i oparła się wygodnie o jego ramię. Ostatnią karteczkę wyjęła ona, więc uznała, że tak będzie sprawiedliwie.
Wilhelmina Sallow 👀✨
Nie była fanką niespodzianek, szczerze mówiąc, to nawet ich nie lubiła, ale życie zaskakiwało i czasami, należało tę okazję wykorzystywać. Tak było i w tym wypadku, bo jakkolwiek przystojny pan sierżant ze swoim uroczym psem by nie byli, w swoim pierwotnym planie Tilly nie zakładała spotkań, rozmów, w ogóle przerw w wytyczonym na dzisiaj treningu. Myślała i działa zadaniowo, gdy tymczasem los pokrzyżował jej plany. A mimo to, była pozytywnie oczarowana.
OdpowiedzUsuń— Przykro mi to mówić, ale się spóźniłeś, bo tabor cyganów gościliśmy w szpitalu w zeszłym tygodniu. Gdybym tylko wiedziała… — pokręciła głową, przypominając sobie jednocześnie całe zamieszanie związane z obecnością rodziny romskiej na szpitalnym korytarzu. Na szczęście to nie był ich pacjent, ale ilekroć zjeżdżała windą na dół, tyle razy widziała ten tabun kolorowych ludzi. Całe szczęście byli bez akordeonu i nikt nie zbierał pieniędzy.
— Masz na myśli mnie? — parsknęła wręcz śmiechem, gdy się jej przyglądał i postanowił zaryzykować komplementem. Oczywiście, było to miłe i chciała nawet pociągnąć dalej zaczepnie ten temat, jednak wygrała podświadoma reakcja w postaci rozbawienia.
Owszem, Tilly była genetycznie chuda, ale skutecznie pracowała nad tym, by posiadać dobrze rozwiniętą tkankę mięśniową. Raz w formie zdrowotnej profilaktyki, dwa by mieć siłę dźwigać ludzi w pracy. Poza tym lubiła dowodzić swego i podnosić ciężary na siłowni, przełamywać ograniczenia oraz nie dawać satysfakcji mądrzącym się za plecami mężczyznom.
Kontynuując tą farsę Mathilde dumnie napięła przedramiona, chwaląc się swoim wcale nie byle jakim bicepsem, najpierw w rotacji zewnętrznej, a potem wewnętrznej, zupełnie jak kulturyści na swoich pokazach. Ustawiła się również bokiem, napinając dumnie udo do pokazu, a potem znów się zaśmiała, ścierając ponownie koszulką pot z czoła.
— Okaz zdrowia jak się patrzy. — skomentowała swoje wyczyny wesoło, na koniec klepiąc się jeszcze po jednym z bicepsów.
Na dobrą sprawę nie kłamała. Nie chorowała na nic przewlekle, regularnie się ruszała, dbała o to co je, stroniła od papierosów, a po alkohol sięgała naprawdę okazjonalnie, głównie w przypadkach towarzyskich spotkań. Skutecznie jednak unikała ilości, które nie dałyby jej funkcjonować na kolejny dzień. Wolała rzeczywistość filtrowaną przez wyostrzone zmysły.
— Cześć Koda, jesteś takim grzecznym psem. — Mattie przykucnęła, mimowolnie podnosząc ton głosu, nadając mu zupełnie słodsze i delikatniejsze zabarwienie. Zaczęła głaskać podekscytowane zwierzę, podrapała je z uszami, pod brodą, by ostatecznie przeczesać sierść palcami, z ożywieniem patrząc na Kodę i szczerze się do niego uśmiechając. — Nie mam niestety dla Ciebie żadnych smaczków kolego.
Po dłuższej chwili pieszczot z czworonogiem podniosła się do pionu i zaczerpnęła głębszy haust powietrza. Rozejrzała się jeszcze dookoła, po czym skupiła spojrzenie na Brancie.
— Przepraszam Was bardzo, ale skoczyłabym tylko po wodę. Oba flaski z izotonikiem poszły mi w trakcie biegania, a dłużej już nie wytrzymam. — wskazała na swoją nerkę do biegania, która płasko przylegała do brzucha. Szybko wyciągnęła z niej telefon żeby mieć jak zapłacić za planowany zakup.
— Sklep widziałam na rogu, potowarzyszycie mi? — zaproponowała. Mógł jej oczywiście odmówić lub zasugerować, że poczeka tu na nią, ale zdaniem dziewczyny była to niegroźna i mało angażująca Dawsona propozycja. Co prawda nie czuła się najlepiej, będąc prosto po treningu, ze świadomością tego jak bardzo jest spocona i pewnie nie pachnie wiosną, ale nie chciała przerywać jeszcze rozmowy, skoro już zdarzyło się, że na siebie wpadli. Wieczór był przyjemny, nic nie stało więc na przeszkodzie żeby pociągnąć rozmowę jeszcze trochę, choć Mattie łapała się na tym, że ciężko było jej utrzymać zainteresowanie Dawsonem, gdy obok był jego pies, który w całym swoim przyjacielskim obyciu, bardzo łatwo skradał atencję i sympatię. Być może serce Tilly, niechętnej do posiadania zwierząt, powolutku również.
Usuń— Nic dla Ciebie nie było Koda, bardzo Cię przepraszam. Nie wiem nawet czy twój pan by mi pozwolił Cię dokarmiać. — wytłumaczyła się w pierwszej kolejności psinie, gdy tylko wyszła ze sklepu, dopiero po chwili zerkając na jego właściciela. — Wspaniały pies, ale ja bym go rozpuściła jak dziadowski bicz.
Nie kłamała. Koda był lepem na płeć piękną i Mathilde z przyjemnością by tej psinie nieba przychyliła. Wyprostowała się żeby popić kilka porządnych łyków wody z litrowej butelki, z racji szalonego pragnienia, gdy nagle usłyszała w oddali dwa strzały, przez które prawie się nie zakrztusiła. Spojrzała z niepokojem na Branta, zauważając jak Koda nastroszył uszy.
— Myślisz, że powinniśmy dzwonić na policję?
Nie wiedziała jaki jest protokół postępowania, zwłaszcza gdy obok stał policjant, co prawda po służbie. Ona jako pielęgniarka, umiała pomóc komuś w ratowaniu życia, ale nie wiedziała co robić w takich chwilach. Przede wszystkim nie miała pojęcia czy powinni się niepokoić?
Mathilde Stevenson
Bawił się jej włosami, co było przyjemne, i Mina chętnie posiedziałaby w ten sposób jeszcze chwilę, ale zadania się nie skończyły, więc musiała pozwolić Brantowi sięgnąć po karteczkę. Gdy usłyszała treść wyzwania, zacisnęła usta w wąską kreskę, ukrywając rozbawienie. Mina wątpiła, aby zadanie było trudne do wykonania – zapewne udałoby im się przejść ten kawałek, trzymając między sobą piłeczkę pingpongową, ale Brant odmówił, kiedy Jake przedstawił karę za odrzucenie wyzwania. Pięć minut w ciasnym, ciemnym składziku tylko z Brantem i dwusetką tequili. To miała być gorsza opcja? Zerknęła w stronę Dawsona i uśmiechnęła się lekko, a potem odwróciła głowę do Jake’a i reszty.
OdpowiedzUsuń— W takim razie ja też odmawiam — oznajmiła, wzruszając niewinne ramieniem.
Jake zmrużył oczy, jakby właśnie odkrył poważną lukę we własnym systemie kar, podczas gdy Tate zaczęła śmiać się jeszcze głośniej.
— Serio? Oboje? — jęknął i potrząsnął głową.
— Kara to kara! — rzucił ktoś.
— Dokładnie! — podchwycił Jake, odzyskując nagle dobry humor. — Skoro sami się zgłosiliście, to nie ma już odwrotu.
Tate poderwała się z kanapy z małą butelką tequili i wskazała korytarz z miną kogoś, kto zdecydowanie zbyt dobrze bawił się cudzym kosztem.
— No to co? Chodźcie! — zawołała ze śmiechem Palmer.
Mina przewróciła z rozbawieniem oczami i podniosła się z pufy, poprawiając sukienkę. Zerknęła też w stronę Branta, który również wstał. Kilka osób ruszyło za nimi, najwyraźniej uznając doprowadzenie skazańców do składziku za integralną część zabawy. Jake otworzył jasne drzwi przy końcu korytarza. W środku było dokładnie tak, jak zapowiadał: ciasno i ciemno, i zdecydowanie przestrzeń ta nie była przystosowana do przebywania tam dwóch dorosłych osób jednocześnie. Na półkach stały środki czystości, jakieś pudełka i zapas papierowych ręczników.
— Pięć minut. Dwusetka do podziału. Bez oszukiwania — przypomniał Jake, wręczając Brantowi butelkę z alkoholem.
Mina weszła pierwsza i już po przekroczeniu progu zorientowała się, że określenie ciasny składzik było wyjątkowo trafne. Gdy Jake zamknął za nimi drzwi, ostatnia smuga światła z korytarza zniknęła i przez moment zapadła prawie całkowita ciemność.
— Pięć minut! — krzyknął jeszcze Jake. Potem rozległ się charakterystyczny szczęk zamka, a kroki i śmiechy zaczęły oddalać się w stronę salonu.
Mina stała nieruchomo przez sekundę, aż jej oczy zaczęły przyzwyczajać się do mroku. Nie widziała wiele, zaledwie zarys półek, jasną linię pod drzwiami i sylwetkę Branta stojącego zdecydowanie bliżej niż zwykle. Chciała cofnąć się o pół kroku, ale niemal od razu poczuła za plecami półkę, uświadamiając sobie, że właściwie nie miała dokąd się odsunąć.
W składziku było duszno. Powietrze stało nieruchomo, przesycone zapachem kartonów, detergentów i czymś lekko cytrusowym, ale Mina i tak znacznie wyraźniej czuła Branta. Jego perfumy i ciepło skóry – wzięła głębszy oddech, a potem, dla własnej wygody, oparła jedną z rąk o jego ramię. Przez chwilę próbowała sobie wmówić, że chodziło wyłącznie o brak miejsca i równowagę, ale prawda była taka, że chciała to zrobić. Pod palcami czuła jego ubranie i twarde mięśnie, które poruszyły się lekko, kiedy Brant zmienił pozycję. Uniosła wzrok do jego twarzy – jej rysy były mniej wyraźne, ale dzięki temu każdy detal, który potrafiła wychwycić, wydawał się jeszcze bardziej przyciągać uwagę.
— No dobrze, Brant — odezwała się cicho. — To był twój pomysł. Masz pięć minut, żeby udowodnić, że warto było odmawiać.
UsuńPrzesunęła palcami odrobinę wyżej po jego ramieniu i poczuła, jak jej serce przyspiesza. Oddech również zrobił się odrobinę płytszy, a wzdłuż kręgosłupa przebiegło przyjemne mrowienie – i nie mogła za to winić alkoholu ani dusznego powietrza w składziku.
— I uprzedzam — dodała z ledwie widocznym uśmiechem, pochylając się nieco. — Sama tequila raczej mnie nie przekona.
Kciukiem musnęła kołnierzyk jego ubrania. Cóż, doskonale wiedziała, że go prowokowała. I to całkiem świadomie, niemal bezczelnie. Ale podobało jej się to wszystko, to napięcie i to, że Brant stał tak blisko, że wystarczyło lekko unieść głowę, aby niemal znaleźć się przy jego twarzy. Poza tym Mina bardzo chciała zobaczyć, jak wykorzysta te pięć minut w ciemnym, ciasnym składziku, skoro odmówił wykonania zadania jako pierwszy.
Wilhelmina Sallow 🔥
[Po imiona byłych też przychodzą niestety, ale Philip ma taki kink, że jak ktoś przyjdzie z projektem napisu "your my sunshine" albo innego fajnego błędu to nie poprawia tylko tatuuje, co dostał. Trzeba skądś czerpać radość! Dziękuję za powitanie Philipa! Jeśli byłaby chęć na wątek to zapraszam - myślę, że oni akurat mogli mieć ze sobą styczność, bo o ile Philip żadnej kartoteki nie ma to z pewnością kilka razy podpadł i mógł skończyć z pouczeniem albo ktoś miał soft spot dla typa. Ale to tylko w razie chęci!]
OdpowiedzUsuńPhilip/Magnus
Owszem, prowokowała go, choć on ją też, i w jakiś sposób żadne z nich jeszcze nie uznało, że to za dużo. Nigdy jednak nie doszło do tego, żeby owe granice zostały przekroczone – czasem jedynie jej ręce były za blisko jego ciała, niekiedy jego ramię obejmowało ją za długo, a te rozmowy i przekomarzanie się bywały tak samo podniecające, jak komiczne i po prostu urocze. Mina nigdy nie próbowała udawać idealnej. Tak naprawdę Brant znał ją już tak dobrze, że wiedział, kiedy była zła, zirytowana albo głodna, a jeśli była głodna, podsuwał jej jedzenie. Doceniała to, że miał świadomość tego, jaką osobą była, a mimo to wciąż brał jej stronę. Mogłaby to oczywiście tłumaczyć tym, że są rodziną, ale nawet w rodzinie czasem miało się kogoś dość.
OdpowiedzUsuńLubiła jednak droczyć się z nim tak samo, jak uwielbiała po prostu spędzać z Brantem czas. Niekiedy było to siedzenie w domu i oglądanie horrorów przy misce popcornu, a potem kłócenie się o to, kto powinien przeżyć masakrę, a innym razem Mina dawała się przekonać, żeby wyjść wspólnie poćwiczyć, choć tego nienawidziła – odwiedzała jednak siłownię raz w tygodniu, żeby móc jeść to, co lubiła, i wciąż wyglądać dobrze. Z Brantem nawet to było odrobinę mniej irytujące. Głównie dlatego, że potrafił ją rozśmieszyć dokładnie wtedy, kiedy była już gotowa porzucić ćwiczenie w połowie, chociaż równie często działał jej na nerwy, dokładając jej jeszcze jedno powtórzenie tylko po to, żeby usłyszeć kolejną groźbę z jej ust. Bywały też znacznie prostsze rzeczy. Wspólna kawa złapana po drodze czy późna kolacja po pracy. Mina nie musiała przy nim niczego szczególnie planować. Po prostu dobrze jej było z tym, jak wyglądała ta relacja. I może właśnie dlatego to, co działo się teraz, wcale nie wydawało się tak nagłe, jak powinno. Nie pojawiło się przecież znikąd, a rosło już od paru ładnych lat.
Słowo dziewczynka powinno ją zirytować i normalnie pewnie by zirytowało. Teraz jednak, wypowiedziane niższym tonem i z jego dłonią obejmującą jej żuchwę, sprawiło, że Mina niemal zamruczała.
— Uważaj, Dawson — szepnęła, ale ostrzeżenie straciło swoją moc, kiedy jego kciuk przesunął się po jej szczęce. Pozwoliła mu skierować swoją twarz w bok, a potem poczuła jego usta przy szyi. Wciągnęła powietrze odrobinę gwałtowniej, niż zamierzała. Jej palce mocniej złapały jego ramię, zanim zdążyła nad tym zapanować, a gęsia skórka natychmiast objęła jej skórę. Ten kontakt był ledwie muśnięciem, prawie niczym, a mimo to jej ciało zareagowało tak, jakby Brant odkrył jej najczulszy punkt. Przez moment Mina bardzo brzydko pomyślała o tym, że chciałaby poczuć jego usta gdzieś indziej – była pewna, że wtedy straciłaby oddech.
Najbardziej jednak podobało jej się to, że robił to wszystko, nie spiesząc się. Dawał jej wystarczająco dużo czasu, żeby mogła się odsunąć, odwrócić głowę albo powiedzieć mu, żeby przestał. Nie zrobiła żadnej z tych rzeczy. Po prostu przechyliła głowę jeszcze odrobinę, odsłaniając mu więcej szyi, zanim zdążyła zastanowić się nad tym gestem. Przymknęła nieco oczy, słysząc jego ciche mruknięcie. Ten dźwięk z jego ust był absurdalnie skuteczny; przeszedł przez nią przyjemnym dreszczem i sprawił, że jej dłoń przesunęła się z jego ramienia bliżej karku.
— Coraz odważniejsza? — powtórzyła ciszej. Otworzyła oczy i spojrzała w jego stronę spod lekko opuszczonych powiek, a przy jej ustach pojawił się zaczepny uśmiech. — Jestem pewna, że nie masz z tym problemu.
UsuńByła pewna, że mu to nie przeszkadzało, bo jej ani trochę. Znała Branta wystarczająco długo, żeby wiedzieć, jak wyglądał, kiedy żartował, kiedy tylko się z nią droczył i kiedy próbował sprowokować ją dla samej reakcji. Teraz jednak rozmawiał z nią tak, jak być może tego chciał, tylko że od początku imprezy raczej było mało okazji, aby złapać się gdzieś, gdzie nie było świadków. Przesunęła palcami po jego karku, już bez udawania, że potrzebowała tego kontaktu wyłącznie po to, żeby zachować równowagę. Gdy powiedział, że chętnie dowie się, z kim najchętniej obudziłaby się jutro rano w jednym łóżku, poczuła, jak coś przyjemnie ścisnęło ją pod żebrami. Ze wszystkich pytań, które mogły paść podczas tamtej gry, musiał wrócić właśnie do tego jednego, przed którym uciekła w dwa szoty. Teraz jednak nie mogła wybrać kary za milczenie, zresztą tym razem nie potrzebowała koła ratunkowego. W tym momencie Brant stał tak blisko niej, że przy każdym oddechu prawie czuła ruch jego ust przy swoich, a po krótkim otarciu nosów jej serce zdecydowanie biło zbyt głośno, więc nie było sensu próbować się wywinąć, choć to nie oznaczało, że nie będzie próbować.
— Wiesz, że te wcześniejsze dwa szoty miały sprawić, żebym nie musiała odpowiadać? — wymruczała, przechylając lekko głowę. — To trochę nieuczciwe wracać do pytania, o którym większość już by zapomniała.
Tak, nieco bezczelnie wytykała mu tę dobrą pamięć. Zaraz potem odkręcona tequila znalazła się przy jej ustach, a Mina wzięła pierwszego łyka. Alkohol był ostry, cytrusowy i natychmiast rozgrzał jej język oraz gardło. Przełknęła powoli, nie odrywając od Branta swojego spojrzenia. W półmroku wszystko wydawało się bardziej intensywne. Jego twarz znajdowała się zdecydowanie za blisko, zapach perfum mieszał się z ostrą wonią alkoholu, a Mina miała wrażenie, że nawet cisza pomiędzy zrobiła się cięższa. Obróciła buteleczkę lekko w palcach. Doskonale wiedziała, z kim chciałaby obudzić się jutro rano w jednym łóżku, ale zdecydowanie nie mogła powiedzieć tego głośno przy wszystkich. Teraz jednak był tylko Brant. Przesunęła spojrzeniem po jego twarzy, pozwalając sobie zatrzymać je przy jego ustach odrobinę dłużej.
— Może wolę zostawić ci trochę pracy z wyciąganiem wniosków? — spytała szeptem, mówiąc to tak, żeby z każdym słowem jej usta otarły się bardzo delikatnie i niewinnie o jego dolną wargę.
Wilhelmina Sallow 🔥💋
Miał rację, była ostrożna, może trochę niepewna i z całą pewnością podchodziła do tej relacji dość zachowawczo, nie wiedząc, jak właściwie się zachować, bo tak naprawdę był przede wszystkim bratem Tate. Chciała, że to wszystko było poprawne właśnie dla niej – nie dało się wyciąć z życia Palmer Branta czy Miny, więc ostatecznie to musiało po prostu kliknąć, a jeśli tak by się nie stało, zapewne każde starałoby się nie wchodzić sobie w drogę i być tak neutralnym, żeby nie pokazywać negatywnego nastawienia. To jednak nie było konieczne, bo z każdym kolejnym spotkaniem dynamika tej relacji nieco się zmieniała. Brant poznał ją, gdy miała dwadzieścia jeden lat, ogarniała studia, pracowała i próbowała zdobyć stypendium – była wtedy w swojej erze studenckiej, trochę randkowała, trochę pragnęła ułożyć sobie życie, jakoś to wszystko ogarnąć, ale ostatecznie wybrała karierę i nie żałowała, że w wieku prawie dwudziestu ośmiu lat, bo te kończyć będzie w październiku, nie miała swojej własnej rodziny. W końcu jej nazwisko było znane w wąskim gronie najlepszych antropologów, a o tym marzyła; chciała być ceniona, prowadzić badania i mieć swój zespół. Nie przeszkadzało jej więc to, że grała z Brantem w tę grę, choć nie do końca wiedziała, kto zaczął ją pierwszy – może przegapiła ten moment? Pewne było jednak jedno: nie chciała tego kończyć, choć gdyby podczas jednego z rodzinnych obiadów, przedstawił wszystkim swoją dziewczynę, raczej nie miałaby zbyt wielkiego pola do popisu. Mina bywała zazdrosna; kiedyś, niby przypadkiem, potknęła się i wylała piwo, mocząc jakąś blondynkę, która od pół godziny uwieszała się ramienia Branta – nie wiedziała wtedy, czy Dawson był równie zainteresowany co ta dziewczyna, ale blondynka bardzo się oburzyła, zaczęła krzyczeć, a koniec końców, przeklinając, poszła w swoją stronę. Czy więc zniosłaby to, że ktoś zajął jej miejsce? I tak, i nie. Jeśli Brant miałby być szczęśliwy, to zapewne by się wycofała, zacisnęła zęby i pogodziła z tym najlepiej, jak umiała. Tylko że sama myśl o tym była paskudna. Nie dlatego, że uważała go za swoją własność, nie był nią, miał prawo chcieć kogokolwiek, spotykać się z kimkolwiek i układać sobie życie według własnych zasad. Najgorsze było jednak to, że w jej głowie miejsce obok Branta od dawna zaczęło wydawać się podejrzanie jej i gdyby ktoś nagle wszedł w tę przestrzeń, może i potrafiłaby się cofnąć, ale nie oznaczało to, że zrobiłaby to ot tak. W końcu każdy, kto znał Wilhelminę Sallow, wiedział, że jest ona uparta i raczej rzadko przyznawała się do porażek, bo takowe nie wchodziły w grę.
OdpowiedzUsuńPrzez sekundę tylko patrzyła w jego stronę. To było zdecydowanie bardziej bezczelne, niż się spodziewała, choć nie takie bardzo zaskakujące. Z całą pewnością jednak, gdyby powiedział to ktoś inny, nie skończyłoby się to zbyt przyjemnie, ale problem tkwił w tym, że naprzeciwko niej stał Brant Dawson, a jego słowa najpierw odbiły się w jej głowie dokładnie takim znaczeniem, jakie najwyraźniej zamierzał im nadać, a dopiero chwilę później palące ciepło rozlało się po jej karku, policzkach i niżej, tuż pod podbrzuszem. Przez moment nie wiedziała, co powiedzieć, bo wszystko wydawało się miałkie, i chyba właśnie to zirytowało ją najbardziej. Brant odsunął się, jakby przed chwilą nie powiedział niczego szczególnego, zabrał butelkę i napił się tequili z miną człowieka absolutnie zadowolonego z tego, co zrobił. Mina zmrużyła oczy. No dobrze, Dawson. Tak chciał grać? Obserwowała, jak przełyka alkohol, a kiedy oblizał dolną wargę, jej spojrzenie zatrzymało się tam odrobinę zbyt długo. Natychmiast przypomniała sobie wcześniejsze muśnięcia własnych ust o tę samą wargę i przeklęła w myślach fakt, że jej pamięć sensoryczna potrafiła być aż tak skuteczna.
— Mhm — mruknęła cicho, odbierając od niego buteleczkę. — Bardzo odważne słowa, szczególnie po tym, jak po ich wypowiedzeniu uciekłeś aż pod same drzwi.
UsuńUniósłszy szkło do ust, wzięła swój łyk. Tym razem alkohol zapiekł mocniej, a ona przełknęła wolno, krzywiąc się nieznacznie. Kiedy ostatnio tyle wypiła? Nie pamiętała, ale nie czuła się z tym źle. Była w towarzystwie, w którym wiedziała, że nic złego się nie wydarzy i że prędzej ktoś skończy z obitą mordą niż spadnie jej włos z głowy. Odstawiła pustą już buteleczkę i zrobiła krok w jego stronę, który wystarczył, żeby w ciasnym składziku znacząco zmniejszyć dystans, który przed chwilą tak demonstracyjnie stworzył.
— Myślałam, że oboje bardzo lubimy dochodzić do pewnych rzeczy samodzielnie — szepnęła, uśmiechając się niemal słodko. Uniosła dłoń i oparła palce o jego klatkę piersiową. Przez chwilę po prostu trzymała je nieruchomo, patrząc mu w oczy, jakby nie było w tym nic szczególnego. Poruszyła jednak nadgarstkiem, a palce przecięły mostek w stronę rozpiętego kołnierzyka – musnęła odsłoniętą skórę tuż pod szyją, kciukiem zataczając leniwy łuk. Chwilę później przesunęła dłoń odrobinę wyżej, aż odnalazła jego puls. Szybszy, niż powinien. To było wyjątkowo satysfakcjonujące odkrycie. Wygięła się nieco w jego stronę, jakby chcąc docisnąć usta do jego ust, ale nie zrobiła tego – pozwoliła tylko, aby Brant poczuł jej oddech przy swoich wargach, a potem złożyła pocałunek tuż przy jego brodzie, nosem szturchając jego żuchwę, aby móc zjechać niżej, wzdłuż jej linii, aż do szyi.
— Dwie minuty! — zawołał Jake, który uderzył pięścią w drzwi, aż zagrzmiało w całym składziku.
Dwie minuty. Mina uśmiechnęła się pod nosem, a jej usta zjechały jeszcze niżej – skoro miała jeszcze dwie minuty, chciała wykorzystać je jak najlepiej. Odnalazła przy jego obojczyku takie miejsce, które po tym, jak się odsunie, będzie zasłonięte przez koszulę i nikt się nie dowie, co tam po sobie zostawiła. Zbrodnia doskonała. Przycisnęła usta mocniej do jego skóry i zassała tak, aby po chwili pojawiło się wyraźne zaczerwienienie. Nie spieszyła się. Przez kilka sekund trzymała usta dokładnie w tym samym miejscu, czując ciepło jego skóry i napięcie w mięśniach. Dopiero kiedy uznała, że efekt powinien być wystarczająco widoczny, odsunęła się odrobinę i obejrzała swoje dzieło. Teraz, nawet jeśli wyszedłby z imprezy z kimś innym, ten ktoś z pewnością zauważyłby ślad i przynajmniej przez chwilę zastanowił się, skąd się tam wziął. Sama ta myśl wywołała u Miny bardzo satysfakcjonujący uśmieszek. Było w tym coś odrobinę zaborczego, czego normalnie pewnie nie chciałaby przed sobą przyznać. Nie oznaczało to jednak, że Brant należał do niej, wiedziała o tym doskonale, ale podobała jej się świadomość, że zostawiła na nim coś swojego. Mały, prawie niewidoczny dowód tego, co wydarzyło się w składziku.
Wilhelmina Sallow 🫦😈
Ian i jego starszy bart, Louis nie mieli zasad, których musieliby przestrzegać, choć Ian byłby więcej niż zadowolony, gdyby Louis zaczął przestrzegać tylko jednej, którą starał mu się wpoić od lat – nie wpierdalać się do jego życia. W zasadzie, Lou stosował się do tej zasady całkiem nieźle, ponieważ jedynym, co robił, było dawanie Ianowi cynku, kiedy ten powinien bardziej na siebie uważać. Pojawiał się wtedy pod drzwiami jego mieszkania, jedynie w ostateczności pisząc lub dzwonią, jakby nie chciał zostawiać śladów po tym, jak pomagał dilerowi.
OdpowiedzUsuńIch relacja w żaden sposób nie przypominała tej, którą musieli mieć Brant i Tate. Relacja Iana i Louisa była w strzępach, choć starszy Hunt jeszcze starał się związać ze sobą poszarpane końce. To Ian pozostawał tym, który biernie się temu przyglądał i nie wydawało mu się, aby to miało kiedykolwiek się zmienić, ale to nie tak, że Ian nienawidził swojego starszego brata. Można nawet było pokusić się o stwierdzenie, że go kochał – na swój pokręcony sposób, nie tym szczególnym rodzajem braterskiej miłości, a tym, który sam wymyślił i którego sam się nauczył, bo w ich rodzinie nie było miejsca na zwyczajną miłość. Nigdy jednak nie mieli być typowymi braćmi. Rodzeństwem, które w dzieciństwie tłukło się nieustannie, by w dorosłym życiu mieć ze sobą wyśmienity lub chociaż przyzwoity kontakt. Nie po tym, jak w ich konkretnym przypadku to dzieciństwo wyglądało. Nie po tym, jak walczyli o to, by przetrwać każdy kolejny dzień. Nie po tym, jak trafili do dwóch różnych domów dziecka, na długo tracąc ze sobą kontakt.
O to, że ich rozdzielono, Ian obwiniał Louisa. Choć dziś doskonale wiedział, że w niczym z tego, co się wydarzyło, nie było jego winy, ten tkwiący w nim sześciolatek, który nigdy nie miał zapomnieć, nadal chował urazę. Ponieważ w domu dziecka Ianowi wcale nie było lepiej. Ponieważ wolał znaną beznadzieję z Louisem, niż nieznaną bez niego. Ponieważ Louis obiecał mu, że zawsze będą razem i tej obietnicy nie dotrzymał, nawet jeśli mieli wtedy po dziesięć i sześć lat, i na dobrą sprawę nie mogli obiecać sobie niczego.
Dlatego Ian może odrobinę zazdrościł Brantowi i Tate tego, że mieli siebie. Że nie było pomiędzy nimi tego wszystkiego, co było pomiędzy nim, a Louisem, a nawet jeśli było, to potrafili to przeskoczyć. Jednak, nawet jeśli im tego zazdrościł, była to zazdrość nieuświadomiona. Taka, z której istnienia Ian nie zdawał sobie sprawy, bo wiele emocji i wiele rzeczy, które czuł, pozostawało dla niego zagadką, której nie, że nie chciał, a nie potrafił rozwiązać. Nie wyposażono go we właściwe do tego narzędzia. Przecież z tego samego powodu nadal tkwił w nim ten dawny żal, przez który Louis był dla niego jak rana w boku.
Kiedy barman zapytał, czy przelać im piwo do kufli, Ian przecząco pokręcił głową. Skinieniem podziękował za podsunięcie mu otwartej butelki, którą ustawił na uprzednio podsuniętej mu podkładce. Ta praktyka nie uchroniła lakierowanego blatu od księżycowatych odbarwień.
— Nie, nie przyjechałem samochodem — zaprzeczył z lekkim uśmiechem, bo wydawało się, że Ian nigdzie nie rusza się bez swojego Cadillaca i jakkolwiek często można było go w nim zobaczyć, było to wrażenie mylne. Ian bowiem nie pojawiał się samochodem w miejscach, z którymi nie chciał, by jego Cadillac – dość rozpoznawalny dla fanów motoryzacji, bo tego konkretnego modelu wyprodukowano mocno ograniczoną liczbę sztuk – był kojarzony. Jeśli tylko ktoś chciał, łatwo mógł dodać dwa do dwóch i uzyskać poprawny wynik. Kierowcy Ubera nie powinno być stać na taki samochód, nie tylko po pięciu czy dziesięciu latach pracy. Nigdy.
Z tym że dobre samochody były jedyną słabością Iana. W związku z tym Cadillac CT5V Blackwing stał się jedyną przyjemnością, której z pełną premedytacją sobie nie odmówił. Wystawiał się przez to jak na świeczniku, ale nikt nie był idealny, prawda?
Na pewno nie Ian, dlatego wspomnianej zasady nie przestrzegał w stu procentach. Bywał swoim samochodem tam, gdzie nie powinien. Woził nim klientów, jednych i drugich. Zajeżdżał nim pod komisariat, na którym pracowali Debbie i Louis. Odwoził nim Debbie pod samą klatkę.
UsuńAle akurat dziś wybrał metro.
— W ogóle nie piję — wyjaśnił więc i upił łyk bezalkoholowego piwa. — Jak już zacznę, to miewam problem z tym, żeby przestać — dodał, choć nie musiał tego robić. Z powodzeniem mógł poprzestać na tym oszczędnym stwierdzeniu, ale coś podkusiło go, aby powiedzieć więcej. Prawdopodobnie nie miałoby to miejsca, gdyby siedział przy nim ktoś inny, niż Brant. Ian lubił Branta. W znajomości z nim cenił to, że nie padał na nią cień rzucany przez to, że Ian był dilerem. Tylko dlatego, że Brant nie wiedział i miał się nie dowiedzieć. Pozostał jedną z nielicznych osób, które nie patrzyły na Hunta przez pryzmat tego, jakim nielegalnym zajęciem ten się pałał i było w tym coś tak lekkiego, tak odświeżającego, że aż miłego. W końcu dla większości pozostawał dilerem. Nawet dla Debbie nim był, a to rzucało na ich relację cień tak głęboki, że często błądzili w otaczającym ich mroku.
IAN HUNT
Ulewa nie powinna mieć wstępu do parkingu podziemnego, a jednak wślizgnęła się pod zadaszenie. Wjechała na dachach samochodów, na ich bocznych lusterkach i nawet – a może przede wszystkim – wciśnięta w rowki bieżników opon. Zatrzęsła się pojedyncza kropla, gdy głowa Lena uderzyła w maskę auta. Deszczowa łezka przycupnęła przed jego okiem i pokazała mu kawałek parkingu do góry nogami – szary sufit, białe jarzeniówki, fragmenty jakichś tablic.
OdpowiedzUsuńRozpłaszczyła się i wniknęła w lakier dopiero wtedy, gdy sprzątnął ją – jak się okazało – sierżant Dawson, podstawiając policyjną odznakę. Len odrobinę przesunął głowę, żeby orzeł z herbu nie wydziobał mu oczu albo nie połaskotał piórami w nos.
Może nie ptasi pierz, ale za to włókna szalika wchodziły mu w usta – kaszmirowe, więc niby miłe, ale tylko dla szyi; gdy się lepiły do języka, nie były już tak przyjemne. Kiedy kilkanaście minut wcześniej się nim owijał, nie przypuszczał, że sam siebie tak głupio zaknebluje.
Wypuścił z wolnej ręki torebkę i spróbował poluzować węzeł – chociaż na tyle, by móc coś powiedzieć. W rozkroku, pochyleniu i głową na masce przynajmniej środek ciężkości miał nieźle ustawiony, więc zachowywał równowagę; gorzej, że nijak nie mógł nawet bioder skręcić i się obrócił. Lubił motoryzację. Ale nie w tak bliskim kontakcie.
– Moje uszanowanie – mruknął do sierżanta Dawsona.
Kurwa mać, że też ze wszystkich dzielnic miłość Ruperta musiała akurat przebywać na Dolnym Manhattanie. I że ze wszystkich miejsc na Dolnym Manhattanie wybrała parking, a ze wszystkich parkingów – właśnie ten. W dodatku ze wszystkich niedzielnych popołudni wydarzyło się to w akurat takie, w którym po tym konkretnym parkingu pałętała się jebana pała z odznaką w kieszeni. I jeszcze ze wszystkich możliwych kierunków ucieczki Len pobiegł dokładnie w jego stronę.
Gdzieś przy rampie woda kapała miarowo z podwozia któregoś samochodu i rozbijała się o beton w regularnych odstępach, odliczając czas do momentu, w którym Len rozpierdoli się na części pierwsze. Do kapania wkrótce dołączył odgłos kroków – lekkich, z małym stukotem, wolniejszych; i drugich, cięższych, szybszych, a bardziej człapiących.
– Dobra, dobra – sapnął Len. – Współpraca. Ale pozwolisz mi się obrócić? Łatwiej będzie wytłumaczyć, stojąc przodem.
Rupert dobiegł wreszcie i zatrzymał się gwałtownie, aż podeszwy zapiszczały na wilgotnym betonie. Chyba oddychał przez otwarte usta; tak przynajmniej brzmiał. Bohater przybył. Trochę późno i bez konia, za to z zadyszką.
– Nie! – zawołał. – Znaczy… po co taka a-a-agresja, lepiej porozmawiać i roztłumaczyć sobie to zwyczajne ludzkie nieporozumienie – mówił bez zawahania, ale drżący głos go zdradzał.
– Co? – zabrzmiał wysoki ton z oddali. – Rupert, nieporozumienie?! Zostałam okradziona! Napaść!
– Za-zaraz tam napaść – odparł Rupert. – Nic się nie stało-o. To tak tylko. O.
Len stuknął czołem o maskę.
Len Weston
Tilly zupełnie nie znała się na zwierzętach, psach tym bardziej, kotach w ogóle, co nie znaczy, że żywiła względem nich jakkolwiek negatywne uczucia. Co do zasady były jej obojętne. W swoim życiu nie chciała mieć dodatkowych zobowiązań i odpowiedzialności, choć nie ukrywała, że zwierzaki znajomych mogły dać jej trochę radości i uśmiechu. Tak też było w przypadku Kody, którego obserwowała chętnie, odbierając nader pozytywnie i korzystając z nadarzających się okazji aby zaserwować mu małą gamę pieszczot, których tak łaknął.
OdpowiedzUsuń— Rozumiem. — Tilly uśmiechnęła się, zdobywając nowe informacje na temat Kody, którego w przelocie pogłaskała raz jeszcze, zanim ten nie zaczął czujnie obserwować otoczenia po strzałach. Na przyszłość, o ile będą mieli jeszcze okazję się spotkać we trójkę, wiedziała już jak powinna zachowywać się w obecności psiny. Albo raczej, czego unikać.
— Ciężko w to uwierzyć… — zgodziła się odnośnie słów dotyczących rozpuszczenia psa. Nie wyglądał na takiego, ale może w tym tkwił szkopuł, że doskonale maskował swoje przywary. Sprawiał wrażenie przyjacielskiego, momentami przypominając usposobieniem wręcz labradora, a przecież był to pies szkolony. Tej jego części umiejętności nie miała jednak okazji zaobserwować.
Być może Tilly łączyło z Kodą o wiele więcej niżby mogła mieć tego świadomość. Wprawdzie nie stroiła mieszkania w girlandy z papieru toaletowego, ani nie podgryzała dla wrażeń zmysłowych kabli, ale czasami, bez konkretnego wycieńczenia nie mogła zasnąć i też wpadała na głupie pomysły. W większości na szczęście spalały się one na panewce, ale gdy nuda faktycznie jej dokuczała, lubiła wysyłać fotki i prowokować męską fantazję, jeśli tylko oczywiście miała w tym kierunku delikwenta. Wiele frajdy sprawiało jej zawsze to, jak niewiele informacji i zdjęć kawałka zupełnie przeciętnej części kobiecego ciała lub garderoby jest w stanie rozbudzić męskie popędy. W tym wypadku, wyznacznikiem był fakt jak szybko wybrzmiewał dzwonek do jej drzwi. A wtedy już nie było mowy o nudzie.
Posłusznie zeszła na bok, zgodnie z zaleceniami Branta, rozglądając się mimo to uważnie dookoła. Oczywiście miała do niego zaufanie i niewątpliwie wiedział co robi, ale mimo wszystko wolała mieć też sytuację pod kontrolą. Brak paniki i histerii na ulicy, tym bardziej budził jej niepokój, bo nie był zrozumiały. Z jednej strony to dobrze, że nie zapanował wszechobecny chaos, a z drugiej, czy ludzka znieczulica była już aż tak ogromna?
— Uh, a więc szansa na poznanie dzisiaj jakiś twoich przystojnych kolegów jest raczej mała? — westchnęła Tilly w udawanym rozczarowaniu, rzucając mu zaczepne spojrzenie i sugestię, jakoby on sam w zupełności jej nie wystarczał, a przecież nie było to prawdą.
Do tego Mattie być może przez ułamek chwili żyła marzeniami o byciu częścią filmu, których skrawki sama nałogowo oglądała w zaciszu domowym. To by dopiero była atrakcja!
— Za mundurem, baby sznurem czy jakoś tak…
Przystawiła ponownie butelkę z wodą do ust, pozwalająca teraz by niewielka strużka ściekła jej po brodzie, by następnie wyznaczyć smukłą ścieżkę swojej wędrówki po koszulce, idealnie w zagłębieniu jej małych piersi, przez brzuch aż do spodenek, wprost do miejsca, gdzie mogły się spełnić wszystkie skrywane głęboko fantazje.
— Mieszkasz gdzieś w okolicy? — to wcale nie było tak niewinne pytanie jak mogłoby się wydawać. Na razie Mattie sprawdzała teren, upewniając się na co i na ile może sobie pozwolić, a kiedy lepiej odpuścić droczenie się, które przecież miało zmierzać w jednym, konkretnym celu.
UsuńOboje jednak byli dorośli i co do tego była przekonana, że zdawali sobie z tego doskonale sprawę. Tego typu przekomarzanki budowały jednak pociągającą, gorącą atmosferę i były pasjonującą zabawą.
— Nigdy nie byłam zakuta w kajdanki. — rzuciła jakby była to zupełnie błaha informacja z jej życia, jednak spojrzenie dawało znać, że w jej głowie skrytej pod ciemnymi włosami kłębią się zupełnie niegrzeczne pomysły z tym związane. Sama też nie należała do najgrzeczniejszych, wręcz przeciwnie. Bywała pyskata, wulgarna i lubiła ostry seks.
— Zawsze zastanawiałam się jak to jest… — przygryzła sugestywnie dolną wargę na dłuższą chwilę, by wypuścić ją następnie i rozejrzeć się dookoła, a Dawsonowi posłać zalotny uśmiech.
Z przyjemnością dałaby mu się sponiewierać. W kajdankach lub bez.
Mathilde Stevenson
Ona i Tate były zdecydowanie różne, choć to nie przeszkadzało w tym, aby zbudować siostrzaną więź. Mina miała czasem wrażenie, że młodsza siostra trochę ją podziwia, a trochę szuka jej aprobaty, więc kiedyś miały poważną rozmowę przy pizzy o tym, że Tate jest idealna w swój własny sposób i że nie potrzebuje akceptacji innych, jeśli to, czego się podejmowała, było zgodne z nią samą i nikogo nie krzywdziło. Mina była jedynaczką do dwudziestego pierwszego roku życia i wcale nie było jej łatwo odnaleźć się w relacji, w której się znalazła. To wszystko wymagało czasu, rozmów i otwartej głowy. Przede wszystkim jednak Mina porozmawiała o tym z mamą. Nie chciała, żeby Eleonor czuła się źle z tym wszystkim albo dowiedziała się o siostrze przypadkiem, bo nigdy niczego przed sobą nie ukrywały. Reakcja nie była zaskakująca; mama przyjęła to z uśmiechem, bo najwidoczniej nie czuła urazy do byłego partnera, a potem zaproponowała wspólne spotkanie. To wtedy Tate poznała Eleonor i obie bardzo się polubiły. Z tą upartością Miny bywało jednak różnie, ale zdecydowanie nie była kobietą, która odpuszczała. Czasem dawała się przekonać argumentom, nie bez powodu miała raczej etykietkę rządzącej się – lubiła, gdy wszystko miało swoje miejsce. Przez studia, a późniejszą pracę nauczyła się jednak, że nie jest w stanie zapanować nad całym chaosem, bo jeśli by próbowała, zapewne spędzałaby w pracy z czternaście godzin. Jej ulubiony profesor powtarzał zawsze, że dobrej pracy przewodził wypoczęty mózg – i coś w tym było. Pod tym względem była zdecydowanie podobna do ojca, choć tak ogólnie miała z niego raczej mało. Gdyby tak postawić ją obok niego, podobieństwo nie było ot tak widoczne z zewnątrz. Mina bardzo wdała się w matkę, tylko miała więcej piegów niż ona.
OdpowiedzUsuńGdy złapał ją za kark, sapnęła cicho. Do tej pory Brant pozostawał nieco bierny, choć była pewna, że to nie dlatego, że nagle się wstydził – pewnie próbował zobaczyć, czy to ona przekroczy kolejną granicę, której jakimś cudem nikt nie zbezcześcił.
— Pewność siebie to całkiem podniecająca cecha u mężczyzny — rzuciła, słysząc jego komentarz o tym, że z nim nie będzie już chciała dochodzić do pewnych rzeczy samodzielnie. Kiedy przyciągnął ją bliżej siebie, mimowolnie oparła się o jego ciało, wiedząc, że za chwilę to wszystko się skończy, zniknie napięcie i wrócą do reszty. Zadrżała, czując jego usta przy swoim uchu. Gdy wspomniał o innej, posłała mu całkiem poważne spojrzenie. Och, Dawson naprawdę wiedział, gdzie wbić szpileczkę. Mina poczuła natychmiastowe, nieprzyjemne ukłucie gdzieś pod żebrami, choć przecież doskonale wiedziała, że Brant mógł flirtować, całować się i wychodzić z imprezy z kimkolwiek chciał. To była oczywistość. Tyle że sama wizja, że jakaś kobieta mogłaby później rozpiąć tę jego granatową koszulę i znaleźć pod nią ślad, który zostawiła Mina, wywołała w niej bunt.
Nie zdążyła jednak odpowiedzieć, bo w drzwiach pojawił się Jake, uśmiechając się szeroko. Światło bijące z żarówek po pięciu minutach półmroku było niemal brutalne. Mina zmrużyła oczy i wyszła pierwsza, czując jeszcze przy karku palce Branta. Z jakiegoś powodu miała też świadomość własnych ust, które oznaczyły Dawsona, oddechu i rozgrzanych policzków – to jednak nic nie znaczyło, w składziku było duszno, a ona wypiła może nie tak dużo, ale dość, żeby zrobiło jej się gorąco.
— No i jak? — zapytał Jake, wciąż szeroko się uśmiechając.
— Misja wykonana. — Mina uniosła pustą buteleczkę, którą solenizant złapał, aby upewnić się, czy faktycznie wszystko zostało wypite.
— No nieźle! — skwitował i zagwizdał pod nosem, a potem pokazał ręką salon, w którym dalej toczyła się impreza.
Mina nie zdążyła nawet sięgnąć po wodę lub w ogóle się czegoś napić, bo Tate złapała ją za ramię i pociągnęła tam, gdzie Ivy zdążyła już odsunąć pufy, a przestrzeń pomiędzy kanapą i stołem zaczęła pełnić funkcję prowizorycznego parkietu. Ktoś włączył stroboskop, neonowe serpentyny wisiały z lampy i półek, a muzyka została podkręcona tak, że rozmowa zaczynała wymagać pochylania się do ucha drugiej osoby. Początkowo stawiała symboliczny opór, a potem dała się wciągnąć pomiędzy pozostałych. Po kilkunastu sekundach wśród tańczących Mina odkryła, że tequila trochę uderzyła jej do głowy. Tate natomiast tańczyła naprzeciwko niej bez najmniejszych zahamowań, śmiejąc się i łapiąc ją co jakiś czas za dłonie, aby wykonać obrót – Mina już się nie buntowała, po prostu dobrze się bawiła.
UsuńPo chwili jednak za Tate pojawił się William, który pochylił się do jej ucha i powiedział coś, czego Mina nie usłyszała przez muzykę, ale wystarczył jej wyraz twarzy siostry, żeby zrozumieć, że propozycja nie była szczególnie skomplikowana. Tate uśmiechnęła się szeroko.
— Idź — rzuciła Mina, zanim tamta zdążyła zrobić tę swoją niewinną minkę, i uśmiechnęła się delikatnie, obserwując, jak William wyciągnął rękę do Tate, a ta ją schwyciła. Chciała się wycofać i poszukać sobie miejsca, ale nie zrobiła nawet jednego kroku, gdy podszedł do niej Liam.
— Wygląda na to, że odzyskałem swoje miejsce — powiedział z uśmiechem, zbliżając się nieco, żeby przekrzyczeć muzykę.
— Nie przypominam sobie, żebym ci je rezerwowała — odparła, unosząc lekko brew.
— Auć — syknął z rozbawieniem.
— Przeżyjesz — mruknęła, uśmiechając się mimowolnie.
— Mogę spróbować. — Wyciągnął do niej dłoń. — Zatańczysz?
Wiedziała, że nie było w tym nic zobowiązującego; zwykły taniec podczas urodzinowej imprezy, w dodatku przy kilkunastu osobach. Nie miała powodu odmawiać. Po chwili więc złapała jego rękę.
— Jedna piosenka — zaznaczyła.
— Wiedziałem, że dasz mi szansę.
— Nie rozpędzaj się.
Liam zaśmiał się i pociągnął ją nieco bliżej środka prowizorycznego parkietu. Mina zaczęła poruszać się w rytm, nadal przyjemnie rozluźniona po tequili. Początkowo trzymała między nimi bezpieczny dystans, ale przy szybszym refrenie Liam złapał ją lekko za dłoń i obrócił pod swoim ramieniem. Chłopak poruszał się całkiem dobrze i, ku jej uldze, nie próbował wykorzystywać tańca jako pretekstu do wciskania jej się w przestrzeń. Kiedy kładł dłoń przy jej boku, robił to lekko i pilnował się, żeby jego palce nie zsunęły się zbyt nisko, choć z każdą sekundą ośmielał się coraz bardziej. Wiedziała o tym. Pozwoliła mu obrócić się razem z nią, a potem sama pociągnęła go za rękę, zmuszając do zmiany kierunku. Liam roześmiał się i bez protestu podążył za ruchem. Gdy znalazła się twarzą w stronę reszty salonu, jej spojrzenie odruchowo przesunęło się ponad ramieniem Liama, szukając Branta. I znalazła go niemal od razu; siedział z Verą, która o czymś opowiadała, intensywnie gestykulując. Już miała odwrócić głowę, gdy Brant spojrzał w jej stronę – złapał jej wzrok w swój i przez moment wszystko inne przestało mieć większe znaczenie. Muzyka dudniła dalej, światła migały, a Liam powiedział coś do jej ucha, ale nie usłyszała ani słowa. Posłała Dawsonowi uśmieszek, który nie był szczególnie niewinny. Pozwoliła, żeby trzymał się przy jej ustach, kiedy Liam przesunął dłoń po jej boku i poprowadził ją w kolejnym obrocie. Mina jednak nadal patrzyła ponad jego ramieniem, prosto w stronę Branta, jakby taniec nagle stał się częścią rozmowy prowadzonej bez słów.
Wilhelmina Sallow 💃🏻👀
To nie tak, że Liam był mało przystojny lub zachowywał się źle, po prostu nie był w jej typie, choć Mina tak naprawdę takowego typu nie miała. Może problem leżał w tym, że tuż obok był Brant? I że to Dawson interesował ją bardziej niż każdy facet tutaj? Próbowała sobie przypomnieć, kiedy ostatnio tak właściwie pomyślała o jakimś mężczyźnie w kategorii randkowej z przedłużeniem spotkania do śniadania – może trzy lata temu? Gdy miała dwadzieścia jeden lat była w burzliwym związku, który ostatecznie zakończyła, bo Charles, choć ogarnięty i wykształcony, miał problem z gniewem, a to kończyło się zawsze awanturą i siniakami. Przez jakiś Charles próbował nawet do niej zagadywać, aż Mina w pewnym momencie rozkleiła się przed Brantem, a potem? Potem były chłopak przestał się odzywać. Mogła się tylko domyślać, co się stało, i jeśli faktycznie Dawson maczał w tym palce, to była mu za to wdzięczna. Od tamtej pory jednak przede wszystkim poświęcała czas pracy i badaniom oraz niewinnej grze między nią a Brantem. Może jednak miała swój typ?
OdpowiedzUsuńObróciła się raz jeszcze w ramionach Liama, patrząc, jak Dawson rozmawia z Verą. Mina była pewna, że Vera nie podeszła do niego po to, żeby tylko zagadać, a raczej aby zbadać teren. Liam przyciągnął ją do siebie i ułożył ręce przy jej biodrach, a Wilhelmina skorzystała z okazji, żeby całkowicie się odwrócić – poczuła za sobą klatkę piersiową Liama, a gdy się do niej pochylił, jego oddech owiał jej ucho.
— Dobrze się bawisz? — spytał, uśmiechając się mimowolnie. Odetchnął cicho słodkimi perfumami Miny, które miały w sobie coś cynamonowego.
— Całkiem nieźle — odparła. Nie kłamała, choć nie mówiła też całej prawdy. Zrobiła gwałtowny obrót, odrywając wzrok od Branta i Very. Była teraz bliżej Liama. Jego dłonie przesunęły się po jej talii, a te jej oparły się o jego ramiona. Przez chwilę pozwoliła sobie po prostu tańczyć, ale gdy Liam przyciągnął ją do siebie odrobinę mocniej, mimowolnie zerknęła ponad jego ramieniem. Pochwyciła spojrzenie Branta i zamiast odwrócić wzrok, jej palce dotknęły karku Liama. Uśmiechnęła się do chłopaka, z którym tańczyła, kiedy coś powiedział, choć znów nie usłyszała słów. Po chwili muzyka zmieniła rytm, a Mina, korzystając z okazji, odsunęła się od Liama.
— Zaraz wracam, muszę się czegoś napić — rzuciła, doskonale wiedząc, że żeby to zrobić, będzie musiała zahaczyć o kuchnię i nieco przeszkodzić parce w rozmowie.
Minęła Tate, które właśnie zajęła kolana Williama, i lekko dotknęła jej ramienia, posyłając jej spojrzenie, które mówiło o tym, że jeśli Will zrobiłby się nieco za odważny, Mina osobiście dopilnuje, żeby bardzo szybko przypomniał sobie o dobrych manierach. Tate odpowiedziała jej rozbawionym uśmiechem i ledwie zauważalnym przewróceniem oczami, jakby chciała powiedzieć, że naprawdę potrafiła o siebie zadbać. Mina, oczywiście, w to nie wątpiła, ale nie zamierzała jednak całkowicie rezygnować z obowiązków starszej siostry.
Podeszła do jednego z blatów, rzucając krótkie hej, ale nie za bardzo patrzyła w stronę Branta czy Very. Raczej przysłuchiwała się rozmowie, robiąc dla siebie coś do picia. Sięgnęła po wódkę, sok żurawinowy, limonkę i syrop cukrowy – Jake miał wszystko, aby przygotować Cranberry Sour. Do tego dorzuciła jeszcze kilka kostek lodu. Drink wyszedł kwaśny, intensywnie czerwony i zdecydowanie mocniejszy, niż sugerował jego niewinny wygląd. Mina uniosła szklankę, upiła mały łyk i zamruczała cicho. Był idealny. Odwróciła się od blatu, jakby zamierzała po prostu wrócić do reszty, ale wystarczył jednak jeden mały kroczek i lekkie, pozornie przypadkowe zahaczenie ramieniem, żeby szklanka się przechyliła i drink zmoczył kieckę Very.
— O cholera! — zawołała. — Przepraszam! — Sięgnęła po kilka serwetek i podała je dziewczynie, przybierając minę szczerze przerażonej własną niezdarnością. Tylko że Wilhelmina Sallow w ogóle nie była niezdarna. Pracowała z kośćmi, potrafiła godzinami rekonstruować drobne uszkodzenia, rozpoznawać kierunek działania siły po śladach na materiale kostnym i z niemal absurdalną precyzją oceniać, jak niewielka zmiana kąta może zmienić ostateczny raport. Jej dłonie były małe, delikatne i nigdy nie drżały. Zdecydowanie więc potrafiła utrzymać szklankę z drinkiem, zwłaszcza że doskonale wiedziała, gdzie znajduje się Vera, jak blisko niej będzie przechodzić i pod jakim kątem musiałaby poruszyć ramieniem, żeby kilka sekund później czerwony drink znalazł się dokładnie tam, gdzie powinien. Przypadek. Tak powinno to wyglądać dla każdego, kto akurat patrzył. Cóż, niektóre rekonstrukcje wymagały bycia cierpliwym, a inne… potrzebowały bardziej nieszablonowego podejścia.
Usuń— No świetnie... — mruknęła Vera i obejrzała najpierw swoją sukienkę, a później wbiła wzrok w Sallow.
— Wiem, przepraszam. — Mina pokręciła głową ze skruszoną miną, a potem dodała luźno, żeby jakoś rozładować atmosferę: — To był zdecydowanie mój najlepszy drink.
— Widzę. — Parsknęła cicho, choć najwyraźniej nie było jej szczególnie do śmiechu, i zanim Mina podała jej kolejną serwetkę, po prostu oddaliła się nerwowo, zdecydowanie poirytowana niezdarnością Sallow, choć zaraz potem wytłumaczyła to sobie wypitym przez Minę alkoholem.
Przez moment patrzyła za Verą, po czym westchnęła cicho i zabrała się za sprzątanie. Sięgnęła po ręcznik papierowy, starannie wycierając blat i kilka czerwonych kropelek, które pobrudziły podłogę. Robiła to z przesadną dokładnością, czekając, że całe zamieszanie nieco się uspokoi. Kucając, spojrzała w stronę Branta, a kącik jej ust drgnął ledwie zauważalnie. Nie powiedziała ani słowa. Nie musiała. W końcu byłoby wyjątkowo nieprofesjonalne komentować własne... dzieło przed zakończeniem oględzin. Poza tym czuła, że za to małe wykroczenie Brant nie użyłby kajdanek, przynajmniej nie w sposób, w który zakuwa się przestępców.
Wilhelmina Sallow 🩸😈
Mathilde doskonale zdawała sobie, że nie była typem kobiety, która przyciągałaby męskie spojrzenia i ich uwagę. Nie miała wyjątkowej figury ani urody. Nie stroiła się też prowokacyjnie, ani nadto nie pracowała nad makijażem i fryzurą, by te powodowały skupienie na jej osobie. Tilly byla przeciętna, na pewno szczupła, ani niska, ani wysoka, również słabo obdarzona przez matkę naturę pod względem najbardziej pociągających płeć przeciwną aspektów, z czym też nie miała najmniejszego problemu. Podobała się sobie taką, jaką była, a jedyne do czego mogła dążyć to wzrastanie w siłę fizyczną i wydolność. Nigdy wygląd, który był gdzieś na drugim planie, co nie znaczy, że o siebie nie dbała. Lubiła dobrze wyglądać, ale w kontekście kobiecego piękna, chciała to robić możliwie najmniejszym nakładem wysiłku. Szybki makijaż, wygodne, luźne i często sportowe ubrania, w których niknęła jej chudość. Sukienki zakładała od wielkiego dzwonu. Wyglądała co do zasady zawsze dobrze, ale nie ponadprzeciętnie. Chyba, że jakimś wyjątkowym zbiegiem okoliczności naprawdę chciała.
OdpowiedzUsuńSzczerze mówiąc była wdzięczna za taki stan rzeczy. Nie chciała atencji, nie znosiła sprośnych komentarzy, ani co do zasady nie walczyła o uwagę mężczyzn, którzy na co dzień raczej ją irytowali. Na pewno nie desperacko. Potrafiła jednak być hipnotyzująca i intrygująca niczym kadry Sorrentino.
Pierwsze, z czym każdy chętny do jej poznania delikwent spotykał się z jej strony, było ostre i gniewne spojrzenie, które łagodniało tylko dla wybranych. Wolała być z góry ostrożna i odstraszać. Chyba, że sama chciała inaczej, jak w tym wypadku, ale z drugiej strony Branta zdążyła już poznać. Bardzo pobieżnie i mało wyjątkowo, choć mogła się poszczycić rzadką wiedzą o parametrach jego zdrowia, do których miała przecież dostęp w szpitalnym systemie. O takich aspektach jego osoby raczej mało kto z kręgu jego najbliższych wiedział, prawda?
— Czyli mówisz, że mam szansę… — uśmiechnęła się lekko, poprawiając swój kucyk i w międzyczasie przeczesując mokre od wysiłku włosy, a swojemu rozmówcy posyłając pełne zalotnych chochlików spojrzenie. — Tylko ocenić muszę sama… — zyskując na czasie powtarzała jego słowa nie spuszczając z niego wzroku. Musiała w końcu podjąć dość ciężką decyzję, a w międzyczasie zastanowić się czy faktycznie gra jest warta świeczki.
Czy funkcjonariusz naprzeciwko niej był w jej typie czy jednak sprawiał wrażenie zbyt grzecznego i ułożonego? Czy ktoś z jego kolegów mógł robić lepsze wrażenie? Czy warto było ryzykować?
Zerknęła przez ramię w stronę z której jeszcze niedawno dobiegły wystrzały aby przeanalizować sytuację. Musiała się zastanowić, co robiła przez delikatne przygryzanie naprzemiennie dwóch stron dolnej wargi, zupełnie tak jakby się nią nerwowo bawiła.
Szansa na spotkanie niemłodego i w nienajlepszej kondycji mężczyzny była wysoka. Pytanie tylko czy było to ryzyko na które gotowa była przystać, zwłaszcza, że na ten moment miała przed sobą towarzystwo. W najgorszym razie wróci do domu sama i weźmie upragniony prysznic, a następnie pójdzie spać. Może mało ekscytujące, ale dla niej też zupełnie dobre rozwiązanie.
— Uh, też nie jestem stąd. Do domu mam kilka kilometrów, a wypadałoby się gdzieś schronić, gdyby jednak to było coś poważniejszego. — zauważyła tym razem już bardziej sensownie niż w dwuznacznym kontekście, choć gdyby przyszło im się schować w jakimś ciemnym i ciasnym miejscu, to mogłoby być ciekawie. Albo przeciwnie, duża, otwarta przestrzeń gdzieś wysoko. Pełno tu było wieżowców.
Uśmiechnęła się półgębkiem do własnych myśli nie spuszczając z niego wzroku choćby na chwilę.
Lubiła wprowadzać napięcie i czekać na moment, aż druga strona tego nie wytrzyma.
Oczywiście, że flirtowała z nim otwarcie. Nie lubiła tracić czasu na długie i zawiłe podchody, zwłaszcza jeśli cel był oczywisty i wcale nie górnolotny. A Mattie lubiła działać sprawnie i szybko, co do zasady dostając to, na co miała ochotę. To przecież nie były miłosne zaloty, nie walczyła o nic naprawdę cennego w życiu, co mogłoby zaważyć nad jego dalszym przebiegiem. To tylko próba znalezienia rozrywki na wieczór, może nawet kilka. Nic więcej. Ceniła sobie swoją niezależność i nie potrzebowała by ktoś jej niepotrzebnie mącił w jej małym, dobrze ułożonym świecie. Lubiła być sama. Swobodna i bezpieczna. Nie bawiła się w randki, przytulania, nocowanki, wspólne śniadania czy czułe gesty. Brała pełnymi garściami to na co miała ochotę, a potem znikała do prozy własnego życia. Tak było najwygodniej.
Usuń— Prywatne lekcje… — zastanowiła się poważnie. — Rozumiem, że Ty takich nie udzielasz? — zlustrowała go uważnie, zmniejszając dystans między nimi tylko o pół kroku, by następnie przeciągnąć się mocno niczym kotka. Tak po prostu.
— Umiem się odwdzięczyć. — dodała z uśmiechem.
Czy faktycznie kajdanki ją tak podniecały? Raczej nie. Co do zasady nie lubiła być całkiem zdominowana, zdecydowanie nie akceptowała bycia poniżaną, natomiast nigdy nie zamykała się na nowe doświadczenia, bo nigdy nie wiadomo co mogłoby zaskoczyć. Lubiła próbować i mieć otwartą głowę. Ale zabawnie było prowokować i z równie wielką frajdą gotowa była spróbować.
Mathilde Stevenson
Mina uniosła lekko brew, nadal trzymając w ręku pomięty ręcznik papierowy. Była pewna, że wiedział, że to żaden przypadek, ale nie skomentował tego w żaden sposób. I może lepiej, bo tak właściwie nie zamierzała się do niczego przyznawać, a jej niewinna mina sugerowała tylko, że absolutnie nie chciała, żeby to się stało. Gdy Brant się roześmiał, zacisnęła usta w wąską linię, żeby również tego nie zrobić – wiedziała, że taka zagrywka była godna zachowania nastoletniej Miny, która w tamtym okresie bardzo nie lubiła być ignorowana. Było to, oczywiście, niedojrzałe i nie powinno mieć miejsca, ale nikt nie ucierpiał jakoś bardzo, więc nie czuła wyrzutów sumienia. Poza tym ten wypadek był tak subtelny, że nikt by jej nie zarzucił, że zrobiła to specjalnie.
OdpowiedzUsuń— Pomóc? — powtórzyła i przewróciła oczami. — Oczywiście. To byłoby bardzo... rycerskie z twojej strony. — Wyprostowała się wolno, a kącik jej ust drgnął. — Chociaż nie sądzę, żeby twoja koszula była tym, czego potrzebuje Vera. — Zmierzyła jego sylwetkę wzrokiem, niejako dopowiadając w ten sposób, że dziewczyna bardziej ucieszyłaby się z czegoś innego.
— Jake pewnie znajdzie jej coś do przebrania — dodała, bo kątem oka widziała, jak solenizant pobiegł za Verą. Odwróciła głowę w stronę Branta, gdy wspomniał o tym, żeby poprosić Liama o wsparcie dla poszkodowanej, i parsknęła cicho śmiechem, zasłaniając usta palcami. — Cieszę się, że w tym momencie mamy tylko takie problemy — rzuciła z rozbawieniem i wzruszyła ramieniem. — Ale jak widać, czasem jedna mała katastrofa wystarczy, żeby rozwiązać kilka innych problemów.
Posłała mu znaczące spojrzenie i uśmiechnęła się szeroko. Oprócz tego, że Brant ewidentnie ją pociągał, lubiła też jego poczucie humoru i to, że często dawał się wplątać w jej pomysły, które czasem niekoniecznie były w porządku. Tak jak kiedyś, podczas Halloween, Mina zdecydowała się obrzucić jeden z domów jajkami, bo z Tate dostały od starego pryka przeterminowane słodycze, więc mała zemsta była wskazana, szczególnie że dziad rzucał jeszcze niezbyt ciekawymi komentarzami, sugerując, że by je schrupał. Mina niczego tak bardzo nienawidziła jak starych oblechów.
Zanim jednak zdążyła dodać coś jeszcze, Jake zawołał głośno:
— Pizza!
Kilka osób niemal natychmiast ruszyło w jego stronę. Po chwili stół ugiął się nieco pod kilkoma kartonami gorącej pizzy, a po mieszkaniu rozszedł się zapach roztopionego sera, pomidorowego sosu i oregano. Była klasyczna margherita, pepperoni, jedna z kurczakiem i ostrymi papryczkami oraz hawajska. Rozmowy przez moment skupiły się wokół jedzenia. Ktoś narzekał, że dostał za mały kawałek, ktoś inny bez pytania sięgnął po kolejny, a Jake próbował przekonać wszystkich, że zamówił idealną ilość, choć puste kartony zaczynały świadczyć przeciwko niemu. Pizza zdążyła już niemal zniknąć, zanim solenizant przypomniał sobie o jeszcze jednej rzeczy.
— Dobra, dobra. To teraz najważniejsze! — stwierdził i zniknął, by chwilę później wrócić z tortem. Kilka osób zaczęło klaskać, a ktoś zagwizdał i zaczął skandować jego imię. Tate przejęła od Jake’a zapalniczkę, nie pozwalając, aby zrobił to samodzielnie, bo to podobno przynosiło pecha, a potem rozmowy ucichły i wszyscy zaczęli śpiewać sto lat. Mina dołączyła do śpiewania, obserwując, jak solenizant zdmuchuje każdą ze świeczek. Chwilę później Jake zaczął kroić tort – ciasto miało smakować wanilią, przełożone było lekkim kremem mascarpone i kwaśnymi owocami, które całkiem nieźle równoważyły jego słodycz.
Mina zajęła miejsce obok Branta, robiąc to tak, jak wcześniej, czyli niemal wciśnięta w jego bok. Nikt się tym jednak nie przejął – każdy był zajęty albo tortem, albo rozmową. Oparła się wygodniej o jego ramię, a potem sięgnęła po widelec i odkroiła kawałek ciasta. Przez chwilę po prostu jadła, zupełnie jakby siedzenie tak blisko niego było czymś całkowicie naturalnym. I właściwie dla niej było, może tylko odrobinę zbyt przyjemnym.
Usuń— Przez ten tort będę musiała zrobić dłuższe cardio — mruknęła z buzią pełną ciasta. Zazwyczaj nie liczyła kalorii i rzadko odmawiała sobie rzeczy, bo, mimo że tego nie lubiła, to ćwiczyła, odwiedzając siłownię raz w tygodniu. Robiła to nie dlatego, żeby dobrze wyglądać, ale przede wszystkim po to, aby o siebie zadbać; jej praca była zazwyczaj siedząca i dużo się pochylała, a że nie robiła się coraz młodsza, plecy niekiedy dawały jej w kość. Musiała więc się ruszyć.
— Może zrobimy w następnym tygodniu wspólny trening? — spytała, zerkając w jego stronę. — Chociaż po ostatnim razie ledwo mogłam chodzić — wytknęła, marszcząc lekko nos, bo Brant jej nie odpuszczał, a Mina chciała sobie udowodnić, że może wykonać powtórzenie więcej niż zazwyczaj.
Wilhelmina Sallow 🎂🎉
Mina zazwyczaj używała perfum zgodnie z pogodą za oknem. Jesienią zawsze to były zapachy cynamonowe lub rozgrzewające, które dało się wyczuć. Nie pryskała się mocno, ale zdecydowanie lubiła ładnie pachnieć, i to nie miało nic wspólnego z jej pracą, która bywała dość wymagająca pod tym względem, bo nie dało się ot tak zamaskować smrodu rozkładu. Tak naprawdę pomagał wtedy tylko prysznic.
OdpowiedzUsuńWciśnięcie się w bok Branta nie było jakoś spektakularne, po prostu tam pasowała – znalazła sobie to miejsce pięć lat temu i jeszcze nigdy nie musiała ustępować. Uśmiechnęła się lekko, gdy przełożył rękę za jej plecami. Lubiła tę niewymuszoną bliskość. W przypadku tej relacji, przynajmniej według Miny, istniała zarówno bliskość związana ze znajomością trwającą już od pięciu lat, a więc czymś czułym, jak np. odgarnianie włosów, dotknięcie ramienia, jak i bliskość nieco mniej grzeczna, taka, która powodowała przyjemnie ciepło w podbrzuszu.
— Oczywiście, że nie — mruknęła z rozbawieniem, bo doskonale o tym wiedziała. Ćwiczenia z Brantem zawsze wyciskały z niej resztę sił, ale po wszystkim była z siebie całkiem zadowolona, bo zazwyczaj wtedy osiągała kilka powtórzeń więcej. I to było dla Miny jej osobiste osiągnięcie. Raczej nie należała do umięśnionych kobiet czy takich, które mogłyby się pochwalić idealnie płaskim brzuchem, ale kto powiedział, że sport jest tylko dla takich osób?
Zjadła jeszcze trochę tortu i podniosła wzrok, gdy Tate się odezwała. Mina już wiedziała, że to nie będzie coś, co spodoba się Brantowi, ale była też świadoma tego, że nie potrafiłby odmówić młodszej siostrze. Zresztą ona również by tego nie umiała. Zerknęła w stronę Jake’a, który pochwycił propozycję Tate z zagraniem czegoś dla solenizanta. Mina milczała, tak właściwie też chciała usłyszeć, jak Brant gra – lubiła, gdy to robił, wyglądał wtedy bardziej jak gwiazda rocka niż policjant. Poza tym jednak wtedy bezkarnie mogła przyglądać się jego twarzy i palcom.
Wolny taniec w kółeczku brzmiał jak horror, więc Mina próbowała się nieco ukryć za ramieniem Branta, co pewnie by się jej udało, bo Dawson był wielkim gościem, ale Jake’a wyciągnął do niej rękę, więc wstała. Był solenizantem, więc chyba nie wypadało mu odmówić. Zerknęła w stronę Dawsona, gdy zaczął grać – uśmiechnęła się mimowolnie, rozpoznając piosenkę, a potem zaczęła poruszać się w rytm, w głowie przywołując tekst. Właśnie w takich chwilach przypominała sobie, że pod mundurem i policyjną odznaką kryje się jeszcze całkiem sporo rzeczy, których nie dało się zobaczyć ot tak. Dawson nie był tylko przystojnym dupkiem, który zawsze wiedział, co powiedzieć; był przede wszystkim facetem, który był po prostu obok, gdy naprawdę tego potrzebowała. Nie robił z tego wielkiej sceny ani nie oczekiwał za to orderu. Czasem wystarczyło jedno spojrzenie, krótka wiadomość albo to, że pojawiał się w odpowiednim momencie. Chyba właśnie to ceniła w nim najbardziej: obecność. Może dlatego tak łatwo było jej zapominać, że powinna uważać, bo przy Brancie wszystko wydawało się dziwnie naturalne. Jego obecność, jego głos, ten charakterystyczny uśmiech, którym doprowadzał ją do szału, a także sposób, w który jednym spojrzeniem potrafił sprawić, że nagle przestawała myśleć o czymkolwiek innym.
Piosenka w końcu dobiegła końca, taniec również, a kiedy wybrzmiał ostateczny akord, rozległy się brawa i kilka głośniejszych okrzyków. Mina również klaskała, posyłając przy tym Brantowi wesoły uśmiech. Po chwili muzyka z głośników wróciła, rozmowy znów zaczęły się mieszać, a impreza wróciła do swojego wcześniejszego rytmu. Była to jedna z tych urodzinowych imprez, gdzie nikt specjalnie nie pilnował czasu. Trochę jedzenia, zdecydowanie za dużo alkoholu, głośna muzyka i grupa osób, które najwyraźniej bardzo dobrze umiały się bawić. Jake co chwilę znikał gdzieś w tłumie, Tate zdążyła porozmawiać chyba ze wszystkimi, a Mina miała wrażenie, że jeszcze długo nikt nie zamierzał się stąd ruszać, ale w końcu nadszedł ten czas.
UsuńJake stał w korytarzu, uśmiechnięty i trochę pijany, ale wydawał się szczęśliwy.
— Dzięki, że przyszliście — powiedział i klasnął w dłonie. — Brant twój występ… no, stary, jeśli cię kiedyś pogonią z tej policji, to możesz zacząć grać, serio. — Pokiwał przy tym głową. — Dziewczyny, jesteście nieocenione!
— Jeszcze raz wszystkiego najlepszego — odezwała się Mina i uśmiechnęła się lekko, zakładając swoją marynarkę. Odrzuciła włosy do tyłu, a zawieruszony kosmyk przy policzku zawinęła za ucho.
Trochę niespodziewanie do rozmowy wtrącił się Liam, który też najwidoczniej zbierał się do domu. Wymienił się z solenizantem uściskiem rąk, a potem przesunął spojrzeniem po reszcie, ostatecznie wbijając wzrok w twarz Miny.
— Hej. — Zrobił krok w jej stronę. — Możemy wrócić razem, odprowadzę cię. Jest już późno, a ja będę spokojniejszy, jeśli będę wiedział, że dotarłaś bezpiecznie.
Jake zagwizdał cicho, mamrocząc coś o tym, że Liam nie próżnuje, a Mina przez moment nie wiedziała, jak zareagować, a ostatecznie rzuciła tylko:
— Nie musisz.
— Ale chcę — odparł od razu i uśmiechnął się, przechylając lekko głowę, jakby sądził, że jego urok będzie w stanie zmusić Minę do zmiany zdania.
Wilhelmina Sallow 🏠🌙
Być może Louis, wstępując w szeregi policji, miał motywację podobną do Branta? Tego Ian miał się nie dowiedzieć. Bracia Hunt nie rozmawiali ze sobą na tak głębokie tematy, a w zasadzie rozmawiali ze sobą tyle, co nic. Z kolei odkąd Ian zaczął spotykać się z Debbie, praktycznie przestali ze sobą rozmawiać. Ian nie roztrząsał tego ani nie zastanawiał się nad tym często, ale kiedy już jego myśli wędrowały w tym kierunku, nabierał przekonania, że Lou miał mu za złe, że wciągnął w to Grayson. Starszy Hunt tak w pracy, jak i w życiu prywatnym mógł być gburem i mógł być szorstki, nie oznaczało to jednak, że nie troszczył się o swoją partnerkę z pracy i że nie zależało mu na jej bezpieczeństwie. Przeciwnie, choć Louis traktował Debbie jak kompletnego żółtodzioba, bo poniekąd ta przecież wciąż nim była, mając prac staży krótszy, niż on, jednocześnie miał o niej jak najlepsze zdanie. Dlatego Louis przestrzegł Debbie przed Ianem, a Ianowi powiedział, żeby przestał myśleć kutasem, a zaczął głową i żeby się wycofał, bo zniszczy Debbie karierę, nim ta na dobre się rozpoczęła.
OdpowiedzUsuńOd tego czasu minął ponad rok, sposób myślenia Iana zmienił się diametralnie i był on tak daleki od wycofania się, jak tylko było to możliwe. Tylko jedno się nie zmieniło – kariera Debbie, która zdążyła się rozkręcić, wciąż mogła zawisnąć na włosku właśnie przez Iana. To był kolejny temat, na który Ian i Louis nie rozmawiali, ale tak jak Ian podejrzewał, że Louis miał mu za złe kwestię Debbie, tak podejrzewał, że także nad nią otworzył swój ochronny parasol. Nie miał co prawda dużych możliwości, nie oznaczało to jednak, że nie miał ich wcale. Młodszy Hunt mógł jedynie domyślać się, co robił ten starszy. Nigdy – cóż za zaskoczenie – go o to nie zapytał. Nigdy też nie poprosił go o to, żeby przestał, za to regularnie mówił mu, aby spierdalał, w ten czuły sposób wyrażając, że wolałby, aby Lou przestał robić to, co robi. Raz, że Ian tego nie potrzebował. Dwa, że Lou wiele tym ryzykował.
Ian spodziewał się, że Brant będzie zaskoczony jego małym wyznaniem i jednocześnie spodziewał się, że uraczenie go tekstem w stylu stary, no weź, ze mną się nie napijesz? nawet nie przyjdzie mu na myśl. Być może dlatego dodał od siebie więcej, niż wymagało tego pytanie, na które udzielał odpowiedzi. Teraz z lekkim rozbawieniem przyglądał się reakcji znajomego z siłowni, a kiedy ten powiedział, że Hunt nie wyglądał na takiego, co by wpadał w ciągi, pochylił lekko głowę i zacisnął usta w ten charakterystyczny sposób, jak ktoś, kto może nie za wszelką cenę, ale jednak próbował uśmiech powstrzymać, co z powodzeniem mogło przypominać grymas tłumionego zawstydzenia otrzymanym… komplementem? Pochwałą?
— Trochę eksperymentowałem jakieś… — urwał, przymrużył oczy i pokiwał głową, przeprowadzając odpowiednie obliczenia. — Dziewięć, dziesięć lat temu? — oszacował, spoglądając na Branta. — Byłem młody, ale nie na tyle głupi, by nie zorientować się, że to eksperymentowanie coś za bardzo mi się podoba i za dobrze mi wychodzi — przyznał, wzruszył ramionami i pociągnął kolejny łyk swojego bezalkoholowego piwa, swoją drogą całkiem dobrego. Wiele osób było zdania, że bezalkoholowe piwo było ohydne w smaku i może kiedyś rzeczywiście tak było, ale odpowiadając na potrzeby dzisiejszego rynku, przemysł browarniczy odrobił zadanie domowe i tworzył naprawdę dobre trunki bez procentów.
— Tak — przytaknął na wzmiankę o Cadillacu, nieznacznie przeciągając samogłoskę. — Znakomicie — odparł i mimowolnie rozparł się na barowym stołku tak, jakby rozpierał się w fotelu swojego samochodu. Oczywiście barowy stołek nie był w ułamku tak komfortowy jak rzeczony fotel, ale zmiana tematu na ten, który Ian lubił odpowiednio na niego podziałała, przez co Hunt tak rozluźnił się, jak i trochę ożywił.
— Ma manualną skrzynię biegów — podkreślił. — Większość wypuścili w automacie, więc tym trudniej było go dorwać. Co prawda w nowojorskich korkach automat ma rację bytu, ale ja jednak wolę i lubię czuć swój samochód — rozgadał się, bo należało podkreślić, że Ian Hunt rzadko kiedy wypowiadał więcej, niż pięć słów pod rząd. Brant, zważywszy na czas trwania ich znajomości, może już to zauważył. Ian nie mówił dużo, budował krótkie zdania, a jeśli odpowiedź na zadawane mu pytania sprowadzała się do tak lub nie, to nawet jej nie artykułował tylko w odpowiedni sposób poruszał głową.
UsuńByły jednak takie tematy, kiedy Hunt kompletnie zapominał o swojej małomówności. Brant właśnie trafił na jeden z nich. Drugim była chociażby siłownia i po części bieganie, choć w tym konkretnym przypadku należało więcej robić, niż gadać i zarówno Ian, jak i Brant podzielali to zdanie. W końcu przy tym barze, wystrojeni w koszule, przyciągali spojrzenia, a choć w zasadzie dziś zakrywali więcej, niż na co dzień pokazywali w THE GYM, nie można było nie zauważyć, że byli stałymi, a w dodatku zaangażowanym klientami tej siłowni.
Siłowni, która, jak się okazywało, miała tych klientów całkiem sporo.
— Nie zakładałem, że przyjdzie aż tyle osób — zauważył, kiedy przestrzeń wokół nich wyraźnie zgęstniała, wypełniając się ludźmi. Zajmowane były kolejne stoliki i loże, także bar przyciągał zainteresowanie, bo praktycznie każdy chciał zamówić coś do picia. Zrobiło się cieplej, ale też nieco duszno, przez co Ian zdecydował się na ściągnięcie marynarki i rzucenie jej na sąsiedni, wolny stołek. Oczywiście, gdyby ktoś zechciał go zająć, przełożył by marynarkę na własne uda, a w ostateczności pewnie odszukałby jakiś wieszak. Chyba widział takowy w pobliżu wejścia.
IAN HUNT
Mina nie zamierzała iść z Liamem, bo po pierwsze, miała wracać z Brantem i Tate, a po drugie, obiecała Tate, że będzie dzisiaj u nich nocować, co nie byłoby pierwszym razem. Sallow miała tam kilka swoich ubrań, piżamę czy szczoteczkę do zębów, a nawet ulubiony żel pod prysznic. Spała wtedy z Tate w jej łóżku, a podczas tych nocowanek zazwyczaj długo ze sobą rozmawiały i plotkowały. Mina naprawdę to lubiła; te szepty, chichoty i snucie wielkich planów, które czasem były zbyt optymistyczne, ale za marzenia nie karano, więc robiły to dość często.
OdpowiedzUsuńSpojrzała w stronę Branta, gdy się wtrącił, mówiąc o rodzinnym transporcie. To powinno załatwić sprawę, ale… tak się nie stało. Liam spróbował zaznaczyć teren, a jej starszy brat uznał, że to dobry moment, żeby przypomnieć chłopakowi, że nie znaczyło nie. Zanim ktokolwiek zareagował, Brant złapał Liama za koszulę i mocno zacisnął pięść. To było tak szybkie, że Mina musiała najpierw przetrawić, co się właśnie stało – czy Liam w ogóle wiedział, że naprzeciwko siebie ma faceta, który zapewne mógłby złamać mu szczękę?
— Brant… — Mina złapała za jego ramię, nie chcąc, aby doszło do czegokolwiek poważnego, bo była niemal pewna, że jeśli chłopak by się postawił, nie skończyłoby się to dobrze, a po co Dawsonowi były jakieś kłopoty? Myślała więc przede wszystkim o tym, żeby nie brudził sobie rąk.
Liam uniósł dłonie w obronnym geście, łamiąc się nieco pod naporem słów, które miały w sobie pewną zapowiedź tego, co się stanie, jeśli będzie dalej próbował namawiać Minę, aby ta dała się odprowadzić do domu.
— Okej, dobra — mruknął chłopak, odsuwając się o kilka kroków. Przyjrzał się też Brantowi, jakby nie do końca rozumiał jego reakcję, ale nie zamierzał tego komentować. Chyba spodziewał się, że ten wieczór skończyłby się wtedy niezbyt miło. Poza tym lepiej było zagadać do Miny, gdy jej brat będzie daleko, najlepiej bardzo daleko.
— Chodźmy. — Wilhelmina pociągnęła lekko za ramię Branta, a potem objęła Tate, która nie do końca wiedziała, co się stało, zdecydowanie nieco zbyt pijana, choć w ten uroczy sposób, a potem dopytywała, dlaczego atmosfera stała się taka napięta.
Pożegnanie się z resztą było krótkie, a Mina słyszała tylko, jak Jake pyta Liama, czy ten zwariował. W drodze do domu starała się za bardzo nie myśleć o tej sprzeczce; wiedziała, że Brant był opiekuńczy, tylko że chyba tym razem nie chodziło tylko o troskę. Spojrzała w stronę Dawsona, nagle żałując, że nie może dowiedzieć się, co siedziało w jego głowę. Zaraz potem odwróciła głowę do Tate, która siedziała obok i najwyraźniej zdążyła już przejść z etapu analizowania sytuacji do bardzo poważnego zastanawiania się, czy księżyc zawsze wygląda tak samo. Westchnęła cicho i uśmiechnęła się lekko. Alkohol potrafił czasem skutecznie wyłączyć mózg, ale w przypadku Tate było do gadanie o pierdołach.
— Zajmę się nią — odezwała się, gdy tylko przekroczyli próg domu, a kiedy Brant skinął głową, Mina pomogła Tate dotrzeć do łazienki. Posadziła ją na zamkniętej desce toalety i pierwsze, co zrobiła, to zmyła jej makijaż. Palmer co chwilę zamykała oczy, a potem otwierała je tylko po to, żeby sprawdzić, czy Mina nadal tam jest.
— Nie ruszaj się — rzuciła Wilhelmina.
— Nie ruszam — jęknęła z oburzeniem, choć zdecydowanie się ruszała. Marszczyła nos, przechylała głowę i uśmiechała się.
Po kilku minutach jej twarz była już czysta i umyta wodą – Mina asekurowała Tate nad umywalką, gdy ta opłukiwała się zimną wodą. Potem pomogła jej przebrać się w piżamę i zaprowadziła do pokoju, który zajmowała, i odchyliła kołdrę, aby ta zajęła łóżko. Tate od razu wtuliła się w poduszkę.
— Mina? — wymamrotała cicho.
— Hmm? — Odgarnęła włosy z jej czoła.
— Nic się nie stało, prawda?
Mina stanęła obok łóżka i poprawiła kołdrę, aby Tate była dobrze przykryta, a potem rzuciła luźno:
— Wszyscy żyją. I wszystko jest w porządku, jesteś w domu. Możesz spać.
Dopiero kiedy upewniła się, że Tate naprawdę zasnęła, wzięła swoją piżamę i zamknęła się w łazience. Zmyła makijaż i weszła pod prysznic, sięgając po swój kokosowy płyn do mycia ciała, ale butelka była prawie pusta. I wiedziała, że to sprawka jej młodszej siostry. Uśmiechnęła się pod nosem z rozbawieniem, potrząsnęła głową i dokończyła prysznic, myjąc też włosy. Przebrała się w piżamę, która składała się ze zwykłych spodenek i przylegającej bluzeczki z koronką przy dekolcie. Opuszczając łazienkę, wzięła ze sobą ręcznik, aby po drodze wysuszyć nim włosy.
UsuńPrzechodząc obok pokoju Branta, zwolniła kroku. Drzwi były uchylone, więc zerknęła do środka, chcąc tylko rzucić krótkie „dobranoc”, choć chyba próbowała oszukać samą siebie, myśląc o tym w ten sposób. Weszła do środka bezszelestnie, boso, z jeszcze mokrymi włosami i skórą pachnącą kokosem i żelem, który należał do Branta, bo ten jej już się skończył.
— Chciałam tylko powiedzieć dobranoc — odezwała się i uśmiechnęła niewinnie. Zrobiła jeszcze kilka kroków, aż dotarła do jego łóżka i przysiadła lekko, wbijając wzrok w ścianę naprzeciwko. — Chcesz porozmawiać o Liamie? — spytała, ostatecznie zerkając w jego stronę z ukosa
Wilhelmina Sallow 🚿
To, że coś było łatwe nie znaczyło z automatu, że było złe. Tilly co do zasady wolała proste rozwiązania, od męczenia się i użerania z kimkolwiek. Nie wynikało to z desperacji, raczej z braku posiadania chęci do długich podchodów i czarowania drugiej osoby, skoro cel sam w sobie nie był wzniosły. Szukała rozrywki, co prawda dobrej oraz satysfakcjonującej, ale niczego więcej. Od zawiłych i egzystencjalnych problemów oraz rozmów na ich temat byli przyjaciele, w najgorszym razie psycholog, w żadnym wypadku osoba poznana przypadkiem i z którą spędziła upojną noc, nawet jeśli mogła ich powtórzyć parę pod rząd. W to za żadne skarby Stevenson nie chciała się pakować. Dla niej taka sytuacja wiązała się tylko z większą ilością problemów i ograniczeń. A ona nie marzyła o miłości, pragnęła wolności.
OdpowiedzUsuńCo prawda, pociągały ją rzeczy w pewien sposób niebezpieczne, sprawiając wrażenie lepszych w takim wydaniu, tak czuła gdzieś głęboko w środku, choć rozum starał się przeczyć tym absurdalnym pomysłom. A jednak po nie sięgała, nie potrafiąc całkiem nad nimi zapanować. Miała swoje potrzeby i zwykłe, ludzkie rządze, które czasem nią kierowały. W końcu była tylko człowiekiem.
Mimo to od potencjalnego towarzysza nocnych harcy niechętniej dostałaby przy pierwszym spotkaniu wykaz badań o profilu wenerycznym, żeby upewnić się o swoim bezpieczeństwie, niestety nie działało to tak pięknie w rzeczywistości. Musiała zawsze dać komuś pewien kredyt zaufania, nigdy jednak nie bawiła się w seks bez zabezpieczeń, bo to mogło się źle skończyć. Mathilde bała się wszelkiego typu chorób przenoszonych drogą płciową, natomiast mocno wystrzegała się przed jakąkolwiek wpadką w tym temacie. Miała jasno postawione granice, na co się nie zgadza i co jest dopuszczalne, bo były choroby, które przyprawiały ją o ciarki. W takich momentach zawsze stawiała siebie na piedestale potrzeb, zarówno pod względem bezpieczeństwa, jak i zadowolenia z sytuacji.
— Na przykład… — zastanowiła się dłuższą chwilę uśmiechając się pomału, coraz bardziej zalotnie, a może po prostu powoli coraz bardziej zaczynała ją bawić ta sytuacja, która nie wiadomo w jaką stronę zmierzała. Mattie nie bała się jednak głupich rzeczy, ryzykowania czy ośmieszenia się. Z tego typu sytuacji zawsze łatwo było wyjść obronną ręką. — Najpierw pozwolę Ci poczuć, że jesteś w dobrych rękach… Odwdzięczę się pomału, subtelnie, tak, żebyś chciał jeszcze jednej pomocy z mojej strony, a potem, kto wie, może zrobi się jeszcze przyjemniej… I będę musiała odwdzięczyć się jeszcze raz. — wzruszyła niewinnie ramionami, jakby sugerowane przez nią działania, były zupełnie pozbawionym podtekstów sposobem radzenia sobie z sytuacją wymagającą podziękowania za udzieloną pomoc. Cóż, tego typu zachowanie na pewno mogło by się skończyć happy endem.
Mathilde przede wszystkim nie była typem desperatki, raczej chłodno ważącej kalkulację osoby, która chciała po prostu zjeść ciastko, nie mylić z jego posiadaniem. Nie interesowały ją związki, głębsze relacje i bawienie się w dom, chciała mieć spokojną głowę i kogoś kto czasem wyrwie ją z wiru codziennego życia w coś bardziej urozmaicającego zmysły. Oczywiście, oczekując przy tym pełnej satysfakcji, w końcu nie oddawała się komuś bezinteresownie. Największy biznes miała w tym celu ona sama.
— Jesteś bardzo porządny i grzeczny, Brant.
Skwitowała z uśmiechem po dłuższej chwili ciszy, nie robiąc mu pretensji ani nie przedrzeźniając. Taki się po prostu wydawał, przynajmniej teraz w parku. Czy to przez wzgląd na odgłosy strzałów sprzed kilku minut czy może jej nietrafioną ocenę, której dokonała przy ich drugim spotkaniu dzisiaj. Sprawiał wrażenie zdystansowanego i niechętnego do słownych przepychanek w ramach niezobowiązującego flirtu. Na pewno nie w tempie, które Mattie uznałaby za ciekawe.
— Dziewczyna musi być z Ciebie bardzo dumna. — skwitowała spokojnie, obserwując go bacznie, tym razem bardziej ciekawa jak zareaguje na jej słowa. Nie miała przecież najmniejszego pojęcia czy kogoś miał, czy jego ostrożność wynikała z czegoś innego, a tym samym sprawdzała na ile jego męskie ego nie pozwoli być stłamszone takimi pomówieniami.
UsuńByła to jednak informacja ważna, poniewaz pewnych granic, nawet ona nigdy nie przekraczała. Nie sięgała po rozwiązania w postaci zajętych mężczyzn, bo nie w jej interesie było zaraz użerać się nie z jednym, a z dwójką ludzi, plus co do zasady nie widziała siebie w roli niszczycielki związków. Ani w przypadku małżeństw, ani wcześniejszych etapów relacji. Przede wszystkim nie chciała ranić kobiety po drugiej stronie historii, której zwyczajnie było jej szkoda, nigdy w drugą stronę. Zdawała sobie jednak sprawę, że puszczalski mąż zrobi to pewnie z kimś innym. Mimo wszystko, to nie ona będzie musiała dźwigać to brzemię. Nie po jej myśli boli komplikowanie sobie życia.
Przestąpiła z nogi na nogę i z ciekawości przechyliła głowę, niczym pies przyglądający się nowemu osobnikowi na jego drodze z wyraźnym zaciekawieniem, gdy w ich pobliżu pojawiła się dwójka funkcjonariuszy.
— Czy słyszałam głosy? Znaczy strzały… Tak, a i owszem, mocno wytrąciły mnie z równowagi. Na szczęście kolega Dawson był w pobliżu i poinformował kogo trzeba. — puściła do niego oczko, jednocześnie przyglądając się uważnie i zalotnie obydwu nowo przybyłym policjantom. Przygryzła delikatnie język, niby w geście zapomnienia się w słowach i zabłądzeniu we własnych zeznaniach, ale była szczerze podekscytowana całą tą sytuacją, jakkolwiek mogła przecież przerodzić się w coś niebezpiecznego.
Noc jednak była jeszcze młoda.
Wtem, miejski zgiełk, tłumiony otoczeniem parku przeszył odgłos kolejnych wystrzałów, tym razem już nie dwóch, a czterech. Tilly mimowolnie skuliła się w sobie na ich dźwięk, tak niespodziewany i przeszywający. Może jednak nie było to aż tak zabawne jak jej się pierwotnie wydawało. Pomału zaczynała się szczerze niepokoić.
Zwłaszcza, że robiło się coraz ciemniej i chłodniej, w związku z czym jeszcze trochę, a zapewne zacznie trząść się jak osika na wietrze w swoich sportowych, krótkich ciuchach. Wypadałoby pomyśleć nad schronieniem, nie wspominając o prysznicu.
Mathilde Stevenson
Wiedziała, że pytanie o Liama było nieco ryzykowne i z całą pewnością istniały teraz o wiele ciekawsze tematy, jednak chciała się upewnić, że wszystko w porządku. I nie chodziło o to, że wątpiła, że Brant umiał sobie poradzić sobie z emocjami, a o to, że po prostu się martwiła. Ot, zwykła, ludzka troska – zresztą zawsze mimowolnie to robiła. Troszczyła się zarówno o niego, jak i Tate, czasem podrzucając gotowy obiad, aby móc zjeść wspólnie, gdy wiedziała, że oboje są w domu, a w okresie jesienno-zimowym dbała o to, żeby żadne nie wydmuchało sobie mózgu przez katar. Robiła wtedy pikantną, rozgrzewającą zupę i syrop z cebuli, który śmierdział w całym domu, ale potrafił zdziałać cuda. Nie potrzebowała do tego jakiegoś specjalnego powodu – po prostu to robiła. Tym razem też tak było i wcale nie chodziło o Liama.
OdpowiedzUsuńPodążyła za męską sylwetką wzrokiem, gdy Brant wstał i zamknął drzwi. Dopiero wtedy pozwoliła sobie spojrzeć w jego stronę bez udawania, że interesuje ją powiedzenie mu grzecznego dobranoc. Brant był wysportowany. Nie w ten przesadnie napompowany sposób, który sugerowałby, że całe jego życie kręciło się wokół ciężarów, ale wystarczająco, żeby każdy ruch zdradzał wypracowaną sylwetkę. Szerokie ramiona, mocne plecy, wyraźnie zarysowana klatka piersiowa i brzuch. Mina przesunęła spojrzeniem po jego torsie, nie czując, że robiła coś złego, choć jej zdrowy rozsądek próbował jej przypomnieć, że powinna gapić się nieco mniej.
Podniosła wzrok do jego twarzy, kiedy do niej podszedł i położył dłonie po obu stronach jej bioder. Nie spodziewała się, że znajdzie się tak blisko, ale wcale jej to nie przeszkadzało. Czuła zapach jego żelu pod prysznic, którym teraz też pachniała. Przechyliła lekko głowę, przesuwając spojrzeniem po jego czole, nosie i ustach, korzystając z okazji, że nie było tutaj nikogo, kto mógłby to odnotować, oprócz Branta.
— Nie — odpowiedziała niemal od razu, czując jego wzrok przy sobie. Nie odsunęła się ani nie zrobiła nic, aby się zdystansować. Przez chwilę milczała, posyłając mu rozbawione spojrzenie. Oczywiście, że musiał znaleźć sposób, żeby odwrócić sytuację i zasugerować, że przejmuje się Liamem, choć dobrze wiedział, że wcale tak nie było.
— Po prostu chciałam sprawdzić, czy następnym razem, jak go spotkasz, nie wlepisz mu mandatu za to, że za głośno oddycha. — Uśmiechnęła się pod nosem i wyciągnęła rękę, aby dotknąć chłodnymi palcami męskiego policzka. Zawsze miała zimne dłonie. — I to nie tak, żebym się tym przejęła.
Liam nie był facetem, który w jakikolwiek sposób zawrócił jej w głowie. Był sympatyczny, całkiem przystojny i zdecydowanie potrafił pięknie mówić. Taniec był przyjemny, jego flirt nawet zabawny, jednak nie czuła tego charakterystycznego napięcia, które pojawiało się przy kimś, kto naprawdę ją interesował, a już z pewnością nie tego, które czuła teraz. Jej palce nadal spoczywały przy policzku Branta, a Mina nagle uświadomiła sobie, że właśnie porównuje obu mężczyzn. I wynik tego porównania był niemal irytująco oczywisty. 1:0 dla Dawsona. Nie chodziło nawet o wygląd, choć i tutaj Brant zdecydowanie nie miał powodów do kompleksów, a o coś znacznie bardziej problematycznego. Znała jego głos, sposób, w który się śmiał, jego poczucie humoru, drobne przyzwyczajenia i te wszystkie szczegóły, które przez lata zdążyły stać się jej dziwnie bliskie. Wiedziała, kiedy naprawdę coś go bawiło, a kiedy tylko udawał rozbawienie. Wiedziała, gdy był zmęczony, nawet jeśli twierdził, że wszystko jest w porządku. Wiedziała też, jak wyglądał chwilę po prysznicu, co tak właściwie było wiedzą absolutnie zbędną, a mimo to wyjątkowo przyjemną.
Opuściła dłoń z jego policzka do czerwonego śladu, który zostawiła mu przy obojczyku. Przesunęła po nim opuszkami, jakby chciała sprawdzić, czy rzeczywiście nadal tam był. Był. Wyraźny i zdecydowanie zbyt łatwy do zauważenia, jeśli tylko ktoś wiedział, gdzie patrzeć. Nie czuła wyrzutów sumienia, że to zrobiła; właściwie miała z tego małą satysfakcję.
Usuń— Wspomniałeś, że jesteś przekonany o tym, że jest wiele ciekawszych tematów do poruszenia — odezwała się, spoglądając Brantowi w oczy. Jej ręka podążyła do jego karku, a chwilę później dołączyła do niej druga; Mina objęła jego szyję, kciukami drażniąco przesuwając po linii włosów — Więc może rzeczywiście powinniśmy porozmawiać o czymś… innym — dodała ciszej i wyciągnęła się tak, aby trącić nosem jego nos.
Wilhelmina Sallow 😏
Oboje wykonywali zawody społecznie ważne, cieszące się dużym zaufaniem i poważaniem, co nie znaczyło, że którekolwiek z nich musiało prowadzić się nieskazitelnie po godzinach pracy. Tilly była zdania, że będąc poza budynkiem szpitala odzyskiwała zupełnie anonimowe życie, z którym mogła robić co jej się żywnie podobało i nikt nie powinien wsadzać do tego swojego nosa. Tak samo Dawson miał prawo do tego by czas po służbie przeznaczać na rzeczy, które jego interesowały. Cokolwiek by to było, choć nie brzmiało jakby faktycznie mieściły się tutaj kajdanki i podporządkowanie drugiej osoby. Co tym bardziej budziło ciekawość w kontekście, jakim był mężczyzną pod fasadą porządnego i odpowiedzialnego funkcjonariusza, z czego ewidentnie był dumny.
OdpowiedzUsuńMusiał jej jednak wybaczyć, ale aż prosił się o to, by mogła go testować i badać granice. Choć sam dawał zdawkowe odpowiedzi, czasami w sposób pełen rezerwy, czasami odrobinę bardziej figlarny, to ciekawie było go odkrywać warstwa po warstwie, właśnie w ten sposób. Być może nie dowiedziała się o nim niczego konkretnego, ale podobał jej się ten styl bycia, którym emanował. Czuła się przy nim bezpiecznie, tak jakby mogła się między nimi nawiązać nić większego zrozumienia, w kontekście podejścia do wielu życiowych aspektów. To dawało Tilly jakieś poczucie spokoju, pewność że Dawson nie wyskoczy z żadnym głupim pomysłem, że mimo tych wszystkich prób i sztuczek z jej strony, dalej ją szanuje. To było ważne. Nawet jeśli chwilowe próby podrywania Branta miały zejść na dalszy plan. Przynajmniej tymczasowo, w tej wyjątkowej sytuacji, gdy znaleźli się w pośrednim niebezpieczeństwie.
Nie ręczyła jednak za siebie w kontekście dalszej ich znajomości i tego wieczoru. Wiele zależało tutaj od niego.
Pewnie gdyby wiedziała więcej o jego wcale nie tak nieskazitelnej przeszłości byłaby nim podwójnie zainteresowana. Niegrzeczni chłopcy niezdrowo ją podniecali. Może dlatego, że życie zawsze miała tak nieskazitelnie poprawne. A może to był jakiś jej defekt. Miała niestety ten niezdrowy nawyk wypakowywania się w przelotne znajomości z podejrzanymi osobnikami. Czy wynikało to z potrzeby mocnych wrażeń, czy było po prostu czymś nowym i nieznanym, trudno było stwierdzić. Lubiła jednak tego typu relacje. Proste, dynamiczne, pełne ostrego seksu i kończące się dość szybko. Wiązały się z pewnego rodzaju ryzykiem i stąpaniem po niepewnym gruncie. Strasznie to jednak było kuszące.
Oczywiście, że niewiele o niej wiedział, ale czy w zasadzie musiał? Czy nie było czegoś pociągającego w pewnej nieświadomości i byciu tylko przelotną znajomością? Mathilde nie miałaby problemu z tym by kiedyś wpadli na siebie ponownie. Przecież nie odmówiła by mu pomocy w warunkach szpitalnych. Z resztą czemu niby miała? Traktowałaby go zawsze przyjaźnie, w końcu niczym jej w życiu nie zaszkodził, a nie zanosiło się na to żeby miał. Zdecydowanie mógł być bardzo miłym, życiowym wspomnieniem.
Jasne, mogła mu zaproponować coś konkretnego, nawet to rozważała, ale nie wyczuła od niego realnej chęci usłyszenia pruderyjnej formy odwdzięczania się. Gdyby była pewna, że może sobie na to pozwolić, pewnie sypnęłaby kilkoma propozycjami, gdzie i jak mogłaby się mu odwdzięczyć. Albo raczej, jak mógłby ją wziąć z największą przyjemnością. Kto pierwszy padłby na kolana?
Uśmiechnęła się z satysfakcją, gdy z jego ust padły mocne, beznamiętne słowa. Zbyt łatwo było go podejść. Doskonale wyczuła sarkazm w tej wypowiedzi, ale nie chciała dawać mu od razu satysfakcji z tego tytułu. Co nieco wolała zachować dla siebie.
Czy był już na nią zły w tym momencie?
— Czyli słowem szczęściara. — skwitowała wypowiedź Branta na temat dziewczyny, która była aż nadto szczegółowa i konkretna, by mogła w nią uwierzyć. Zabawne było jednak, że nie pominął żadnego elementu z ich dzisiejszych przekomarzanek.
— Zazdroszczę. — dodała ciszej i z uśmiechem, najchętniej by go pewnie jeszcze poklepała po ramieniu, w końcu kto by nie chciał takiej dziewczyny; ale ostatecznie skończyło się na potulnym skinieniu głową i podążaniu wraz z nim oraz Kodą w kierunku stadionu.
Usuń— Myślisz, że długo to potrwa? — zapytała go już zwyczajnie, z zainteresowaniem rozglądając się po pomieszczeniu do, którego weszli, żeby się schować. Wnęka pod trybunami nie była specjalnie ciekawym miejscem, w dodatku dość chłodnym, co skłoniło Tilly do objęcia się za ramiona i żywszego marszu wzdłuż betonowej konstrukcji. Zdecydowanie wolała być tutaj niż być teraz zmuszoną do biegu do domu.
— Nigdy nie byłam w takim miejscu. — przyznała całkiem szczerze, po obejściu fragmentu przestrzeni, by stanąć bliżej Branta i jego pupila. Uśmiechnęła się ciepło do Kody, a następnie spojrzała na Dawsona. — A Ty, Brant? Często się chowasz pod trybunami? — zagadnęła zaczepnie.
Po chwili namysłu wpadła jednak na pewien pomysł.
— Myślisz, że jest tu jakaś szatnia do której moglibyśmy się włamać? — zagadnęła. Być może głupio było pytać funkcjonariusza bezpośrednio o łamanie prawa, ale w tej chwili zupełnie o tym nie myślała, traktując go jak zwykłego człowieka, który też mógł lubić trochę nabroić, jak i ona. Ostatecznie skorzystanie z szatni, poza nabiciem potencjalnych rachunków dla przestrzeni użytku publicznego, nie wiązało się z bardzo groźnym wykroczeniem. A Tilly wiele by teraz dała za szybki, ciepły prysznic i możliwość skorzystania z toalety. Chyba, że istniały alternatywne sposoby podgrzania atmosfery w pomieszczeniu.
Mathilde Stevenson
Mina nie do końca wiedziała, kto to wszystko zaczął, ale zanim się obejrzała, zaczęła czuć się w tej relacji dość swobodnie, a potem przyszła cała reszta. To kuszenie i przeciąganie liny do tej pory opierało się raczej o pewne granice; nigdy do niczego wielkiego nie doszło, bo wtedy skomplikowałoby się kilka rzeczy. Tate zapewne nie byłaby zbyt zadowolona, szczególnie że stałoby się to za jej plecami i być może czułaby się nawet zraniona, że została wykluczona z tego chaosu, ale Mina nie miała pojęcia, co to wszystko właściwie oznaczało. Brant był jej rodziną i trzymała się tego, wiedząc, że ta więź jest po prostu silna, bo nie dało się z tego wypisać albo zupełnie odciąć. I to było jednocześnie najlepsze, bo wiedziała, że Dawson nie chciał jej skrzywdzić, i najgorsze, bo gdyby coś się za bardzo skomplikowało, raczej trudno by było się nie spotykać czy nawet siebie unikać. Ostatecznie wszystko zależało od tego, czy chcieliby coś z tym robić. Mina nie była dziewczyną, która sypiała z facetami ot tak, nawet jeśli czasem po prostu brakowało jej seksu. Lubiła mieć poczucie, że to wszystko to nie jest jakiś mechaniczny akt, po którym wstydziłaby się spojrzeć w lustro. Nie zniosłaby też tego, gdyby ktoś miał ją za łatwą, dlatego swoje relacje z facetami budowała raczej wolno, ale dbała o jakieś fundamenty, żeby czuć, że naprawdę chce iść z kimś do łóżka, a nie ulegać presji.
OdpowiedzUsuń— Mhm. To przez Tate, najwyraźniej polubiła się z moim żelem — odparła, uśmiechając się lekko. Nie zrobiła tego specjalnie, choć jej też nie przeszkadzało, że pachniała nim. Spojrzała w dół, gdy przeniósł swoje ręce i dotknął jej ud, a potem je rozsunął i wsunął między nie swoje udo. Zanim się spostrzegła, jej plecy dotknęły materaca, a dłonie Branta oparły się po jej bokach. Przez krótką chwilę po prostu obserwowała jego twarz, jakby jej mózg potrzebował dodatkowych kilku sekund, żeby nadążyć za tym, co właśnie się wydarzyło. Jej serce przyspieszyło, a ciepło rozlało się po jej ciele znacznie szybciej niż powinno. To zdecydowanie nie był już temat niewinnej rozmowy. Czuła, że Brant odebrał jej możliwość odsunięcia się, gdy zbliżył się do niej jeszcze bardziej – miała wrażenie, że jego skóra bucha żarem, które dotyka jej policzków, a te delikatnie się zaczerwieniły. Wciągnęła gwałtownie powietrze, kiedy jego usta dotknęły jej szyi. Przez chwilę patrzyła w jego stronę bez słowa, próbując nie odpłynąć, gdy zaczął pieścić jej skórę. Nie miała pojęcia, jakim cudem trafił idealnie w czuły punkt, ale jej ciało kompletnie to zdradziło; pojawiła się gęsia skórka, a gdyby Brant zerknął teraz w dół, dostrzegłby zarys jej sutków.
— Zaskoczyć cię? — powtórzyła cicho i mimowolnie przechyliła lekko głowę, aby miał lepszy dostęp do jej szyi. Była jak kot, który ustawiał się odpowiednio, aby człowiek drapał dokładnie tam, gdzie lubił najbardziej. Spojrzała mu w oczy, łapiąc głębszy oddech przez lekko rozchylone usta, a potem, zamiast cokolwiek powiedzieć, wysunęła dłoń i ujęła jego podbródek. Jej kciuk przesunął się wolno po jego dolnej wardze. Przez moment trzymała tam palec, przyglądając się twarzy Dawsona z uważnością niemal taką samą, z jaką zwykle przyglądała się dowodom, które badała i opisywała, tyle że tym razem nie szukała śladów przestępstwa. Chyba że przestępstwem można było nazwać całą tę sytuację, w której się właśnie znalazła.
— Myślałam, że ta noc już jest dobra — wytknęła, sunąc wzrokiem po jego twarzy. — Ale najwyraźniej nie tak dobra, jak chciałby Brant Dawson… — Uśmiechnęła się do niego zaczepnie, mocniej dociskając kciuk do jego ust, poznając fakturę warg, które były teraz tak kusząco blisko niej. Cofnęła jednak dłoń, a potem wyciągnęła szyję tak, aby móc szepnąć do jego ucha: — Pocałuj mnie w końcu.
UsuńOdchyliła głowę tylko nieznacznie, żeby sprawdzić jego reakcję. Przez chwilę obserwowała jego twarz, wiedząc, że miała przed sobą człowieka, którego znała od lat, a który wciąż potrafił wybić ją z rytmu jednym spojrzeniem. I właśnie dlatego postanowiła zostawić mu wybór. Jej dłoń delikatnie oparła się o jego ramię, ale Mina nie przyciągnęła go do siebie. Cała jej praca nauczyła ją, że najważniejsze w dobrej analizie było oddzielenie obserwacji od założeń. I to nie tak, że się wycofała – powiedziała coś, czego naprawdę chciała, ale to jej chciejstwo nie było żądaniem ani oczekiwaniem. Było jedynie informacją, którą właśnie mu przekazała. Reszta należała do niego. Jej kciuk przesunął się leniwie po jego ramieniu, a spojrzenie pozostało utkwione w jego oczach.
Wilhelmina Sallow 🔥👄
Mogła się spodziewać, że Brant złapie ją za słówko i wytknie jej niedoprecyzowanie. Pocałuj mnie w końcu było dość obszerne i mógł docisnąć usta gdziekolwiek – chciała jednak, żeby miał wybór, bo może i ta relacja wydawała się intensywna, może momentami Mina nie nadążała za tym, jak szybko przesuwały się między granice, to zawsze istniała szansa, że któreś powie stop, cofając się w stronę zdrowego rozsądku, choć była niemal pewna, że w tym momencie nie było w ogóle takiej opcji.
OdpowiedzUsuńSapnęła cicho, gdy jednym zdecydowanym ruchem przerzucił ją bliżej środka łóżka, jakby nic nie ważyła. Zerknęła w jego stronę i zanim odzyskała oddech, jej ręce zostały uziemione. Zadrżała mimowolnie. Przez krótką chwilę po prostu patrzyła w jego stronę spod przymrużonych powiek – długie rzęsy łaskotały nieco jej skórę i rzucały cień po policzkach, podkreślając tylko to, jak cudownie były teraz zaczerwienione. Czuła, jak jej przez jej ciało przemknął kolejny dreszcz, schodząc w dół i zmieniając się w przyjemne pulsowanie, które sprawiało, że Minie coraz trudniej było ignorować własne podniecenie. Wzięła głębszy oddech, patrząc Brantowi prosto w oczy. Jeszcze przed momentem to ona rozdawała karty, świadomie zostawiając mu wybór, mówiąc, żeby ją pocałował, a teraz to Dawson miał całkowitą kontrolę i… cholernie jej się to podobało.
Przygryzła lekko dolną wargę, patrząc, jak pochylił twarz w stronę jej dekoltu. Najpierw poczuła jego gorący oddech, który jeszcze dodatkowo podrażnił delikatną skórę, a jej ciało znów ją zdradziło, stając się bardziej rozgrzane. Mina wiedziała, że nie będzie w stanie nad tym zapanować; była zbyt wrażliwa, a poza tym wcale nie chciała walczyć z własną reakcją, bo jeśli Brant miał kiedykolwiek zobaczyć, jak bardzo pragnęła, żeby zniknęły wszystkie granice, to właśnie teraz. Nie było też nikogo, kto mógłby dostrzec, jak bardzo zaczynała robić się dla niego mokra.
Wstrzymała oddech, czując, jak jego usta dociskają się do jej sutka, a potem pojawiły się zęby. Mina wydała z siebie ciche jęknięcie i poruszyła nieco rękoma pod naciskiem palców Branta, choć nie dlatego, że chciała się wyrwać i uciec, zrobiła to zupełnie mimowolnie, jakby szukała jakiegoś dodatkowego oparcia. Czuła gorąco rozlewające się po skórze i przyjemne mrowienie w miejscu, w którym przed chwilą były jego zęby. Przełknęła ślinę, próbując złapać spokojniejszy oddech. Bezskutecznie.
Mogłaby poprosić, aby pocałował ją w usta, że naprawdę tego chciała, ale przypomniała sobie, że Brant mówił wcześniej o tym, żeby go zaskoczyła. Nie była pewna, czy jest w stanie to zrobić, ale dmuchnęła sobie w twarz, by odgarnąć z policzków zawieruszone włosy, i złapała jego spojrzenie w swoje oczy. Te jego były intensywne, ciemne i miały w sobie przyciąganie dwóch wielkich czarnych dziur. Czuła, że wystarczyłoby zrobić jeszcze jeden krok, żeby przekroczyć tę niewidzialną granicę, ten własny horyzont zdarzeń, zza którego nie byłoby już odwrotu.
Uniosła wolno nogę, przesuwając kolano po jego boku, aż znalazła wygodniejszą pozycję. Wiedziała, że nie byłaby w stanie teraz objąć Branta udami, bo ten trzymał ją mocno, a poza tym zdominował ją totalnie – był wielkim facetem, a już z pewnością wydawał się olbrzymem przy jej metrze pięćdziesięciu dziewięciu. Jego ciało zasłaniało jej niemal całe pole widzenia, ale to akurat wcale jej nie przeszkadzało. Było jej dobrze, tu chciała być, ale wiedziała, że może być jeszcze lepiej, że to tylko wstęp.
— Brant… — wymamrotała jego imię, przełykając ślinę i przechylając głowę w bok. Miała lekko rozchylone usta, czerwień przy policzkach i przez chwilę wahała się, czy powinna to powiedzieć. Zaskocz mnie, Wilhelmino. Przygryzła dolną wargę tak, aby to dostrzegł, a potem zwilżyła ją językiem. — Zrób mi dobrze ustami — poprosiła nieco już drżącym głosem, formułując konkretne pragnienie i czując gwałtowny dreszcz wzdłuż kręgosłupa, gdy powiedziała to głośno. Doskonale umiała sobie wyobrazić moment, w którym użyłby języka, aby dać jej orgazm, a ona mogłaby się temu przyglądać i dojść od samego patrzenia. Brant Dawson między jej udami i jego silne palce przy jej jasnej, piegowatej skórze? Ile razy wyobrażała sobie właśnie to? Była cholernie niepoprawna, bezkarnie myśląc o tym, gdy był zbyt blisko, ale do tej pory nie miała okazji, by spełnić tę małą fantazję. Wiedziała jednak, że tego chciała, że była mokra i jeśli Brant jej tam nie dotknie, chyba oszaleje. Potrzebowała czegoś więcej – chciała, aby miał świadomość, co z nią robił, jak jej ciało uginało się pod jego ustami, bliskością i ciepłem. Mina przestała myśleć o granicach, o byciu siostrą, o Tate, rodzinie czy o tym, że była poważną prawie panią doktor. Teraz chciała tylko poczuć język i usta Brana, a potem i jego w sobie, aż do samego końca, aż zgarnie dla siebie wszystko, nie zostawiając niczego i nie biorąc żadnych jeńców.
UsuńWilhelmina Sallow 😈😈😈
Brant mógł chłodno ważyć kalkulację i cenę swojej osoby, tudzież ocenę strat i zysków z potencjalnej znajomości, podczas gdy Tilly szła na żywioł i korzystała z okazji jaka się natrafiała, chwytając los za nogi. Czy miała plan? Absolutnie nie. Nie miała jednak również oczekiwań, więc tak długo, jak było przyjemnie i bezpiecznie, uważała dyskusje za wartą swojej uwagi i zainteresowania. Poza tym lubiła się bawić, a dzisiaj zdecydowanie chciała się odstresować. Z nim czas mijał jej naprawdę dobrze, czy tego chciał, czy nie.
OdpowiedzUsuńGdyby wiedziała, co się w nim kryje, najpewniej pokiwałaby ze zrozumiem głową, odnajdując w jego rezerwie niejako siebie, chociaż oczywiście nie miała zakorzenionych w sobie żadnych ciężkich doświadczeń. Nie ścigały ją demony przeszłości, raczej pragmatyczne, może nawet egoistyczne podejście do życia, co swoją drogą uznawała za prawo każdego człowieka. Dlatego żadne z nich nie musiało się nikomu tłumaczyć z własnych potrzeb i pomysłów na siebie. A życie w pojedynkę też potrafiło być przyjemne.
Pytanie zatem, czy istniała jakakolwiek szczęściara, skoro Dawson ewidentnie nie kwapił się do dłuższych relacji. A skoro coś go przed nimi wstrzymywało, to czy potrafiłby komuś przychylić nieba? Tak naprawdę i tak jak dana osoba by tego potrzebowała, jeśli sam miał z czym walczyć? Czasami życie w pojedynkę było bezpieczniejsze i na pewno mniej raniące dla innych. Stevenson nawet się nie łudziła, że miłość i związek wchodzi w rachubę na jakimś etapie jej życia, prędzej kupiłaby sobie kota. Wciąż sporo problemów, ale mniej niż w relacji.
Wierząc jakkolwiek w wyjątkowość uczuć, w tym przede wszystkim miłość, nie należało jednak się łudzić, że ona sama jest rozwiązaniem wszelkich problemów. Mając po trzydzieści lat na karku, raczej oboje zdawali sobie sprawę z faktu, że to czas, praca nad sobą i swoimi emocjami, niewykluczone zatem że i terapia, leczyły głęboko ukryte rany. Czasami robili to też przypadkowo spotkani ludzie.
— Nie będziemy tu siedzieć pięciu godzin, wykluczone. — pokręciła głową, nie dopuszczając do siebie takiego scenariusza. Zrobiła kółko po pustej przestrzeni ukrytej pod trybunami, by finalnie stanąć przy drzwiach i ostrożnie przez nie wyjrzeć, tylko na krótką chwilę. Park w którym się spotkali wyludnił się do nienaturalnego stanu, na co tym dziwniej było patrzeć, gdy wieczorową porą nie było w nim widać żywej duszy. Wychodzenie z pomieszczenia celem poszukiwania szatni wydawało się zatem mało odpowiedzialne, choć jeśli faktycznie będą musieli tu spędzić kilka godzin, niestety w jej przypadku było nieuniknione. Może i pracowała w stresujących warunkach, ale nie potrafiła wstrzymywać potrzeb fizjologicznych w nieskończoność. Pod tym względem Dawson miał o wiele łatwiejszą sytuację.
Myśl jednak o tym, że mogłaby się przy nim rozebrać i wejść pod prysznic była w jakiś sposób pociągająca. Czy wtedy też byłyby niezainteresowany?
— Miejmy nadzieję, że to będzie tylko pół godziny… — westchnęła, a następnie znowu nerwowo zaczęła bawić się dolną wargą przygryzając ją naprzemiennie raz z jednej, raz z drugiej strony. — A potem sprawdzę czy szatnia nie jest otwarta.
Na jego sugestie o sprawdzaniu drzwi, czy przypadkiem nie będą otwarte, jedyne jak mogła zareagować to przewrócić oczami. I gdyby tylko był to słyszalny gest, rozniósłby się echem po całej przestrzeni ukrytej pod trybunami. Za kogo niby ją miał? Po co się włamywać gdzieś, gdzie droga jest otwarta, a wręcz zapraszająca do środka? Nie była tak napalona na łamanie prawa, by utrudniać sobie życie.
— Dobrze jednak żeby ktoś mnie osłaniał, chyba, że się boisz?
Skoro nie chciał robić głupot w obawie przed kamerami i czując się na tyle odpowiedzialnym profesjonalistą, Tilly mogła posunąć się tylko do tak niskich lotów argumentów, jak męski strach, który godził co do zasady okrutnie w męskie ego. Było to może bardzo banalne zagranie, ale na poziomie włamywania się przez otwarte drzwi, więc chyba byli kwita.
Mathilde ściągnęła z siebie koszulkę, zostając tylko w staniku sportowym i szortach, a następnie usiadła na niej po turecku. Nie będzie w końcu siadać na ziemnej nawierzchni bezpośrednio, nie chcialaby nabawić się problemów z pęcherzem, bo tylko tego w całym tym dziwnym obrazku do szczęścia jej brakowało. Korzystając z okazji, że Koda kręci się po pomieszczeniu, wykorzystała moment gdy był najbliżej niej i obdarowała go szczodrą gamą słodkich pieszczot.
Usuń— Ok, a więc ciemne, zimne, schowane i nietypowe pomieszczenia to twój kink. Zapamiętam. — uśmiechnęła się figlarnie do Branta. Niech nie myśli, że o tym zapomni. Wyciągnie to w którymś momencie, tak jak on kwestę kajdanek i grzecznie podporządkowanej dziewczyny. A kto wie, może rzeczona ciemna i skryta kitka znajdzie się jeszcze na trasie ich wieczornego spaceru, kiedy w końcu stąd wyjdą?
Gdyby zapytał ją o jej własne guilty pleasure, najpewniej odpowiedziałaby mu, że to cała rozmowa z nim. To spotkanie i droczenie się od kiedy tylko rozpoznał ją biegająca po parku dawało jej wiele frajdy i bardzo jej się podobało. Choć póki co, wydawało się że była jedyną osobą z ich dwójki, która czerpie z tego taką satysfakcję.
— Uh, skoro mamy tu już trochę czasu spędzić, to spędźmy go jakoś kreatywnie. Pokażesz mi swoją bliznę? — wskazała brodą w kierunku jego uda, skąd spod materiału spodenek i owłosionej kończyny dolnej mogła zobaczyć jedynie skrawek linii, która była jego pamiątką po sławetnym postrzale. Pamiętając jednak ich rozmowę na oddziale ratunkowym, wiedziała, że blizna musi być o wiele dłuższa. A poniewaz mieli teraz chwilę, perfidnie chciała ją wykorzystać i zaspokoić swój głód ciekawości. Poza tym, skoro ona częściowo się rozebrała, nic nie stało na przeszkodzie, żeby i on pokazał trochę więcej swojego ciała. Tak było zawsze ciekawiej.
— Jak myślisz, jak szybko dałbyś radę mnie obezwładnić? — zadała zaraz drugie pytanie, ponownie próbując wciągnąć go w grę, tym razem być może już z pokazywaniem, w formie bardziej fizycznej, zmuszającą do bezpośredniego kontaktu.
Mathilde Stevenson
Ian miał do swojego dzieciństwa ambiwalentny stosunek, a jedyną żywą emocją powiązaną z tamtym okresem jego życia był żal żywiony wobec Louisa. Żal, którego Ian obawiał się porzucić, jakoby dziś, w dorosłym życiu była to jedyna rzecz, która z Louisem go łączyła. Nie była to jednak konkluzja, do której mógłby dojść sam. Pozostawała raczej taką, którą mógłby wskazać mu odpowiedni specjalista, a do takowego Hunt nie planował się wybrać. Ian nie negował tego, że z powodu wychowania przez dwójkę ćpunów, którzy bardziej interesowali się tym, by mieć co wziąć, niż własnymi, spłodzonymi mimochodem dziećmi, posiadał pewne rażące braki tak w osobowości, jak i w umiejętnościach społecznych, ale nigdy nie stanowiło to dla niego problemu, który mógłby zechcieć rozwiązać. Pozostawał w tym wyjątkowo samoświadomy i o ile mógł mieć sobie wiele do zarzucenia, zazwyczaj tego nie robił.
OdpowiedzUsuńJego pogląd w tej kwestii zaczął się zmieniać, odkąd poznał Debbie. Mógł obserwować, że relacja z nim była dla niej trudna, bynajmniej nie dlatego, że Ian był dilerem, choć to przecież nie pozostawało bez znaczenia. Oprócz tego jednakże Ian najczęściej nie komunikował tego, co myślał i nie dzielił się tym, co czuł, ponieważ w zasadzie czuł niewiele, a kiedy już zdarzało mu się czuć więcej, najczęściej tego nie rozumiał, by następnie niezrozumienie przekuć w złość, ponieważ to było proste. Na co dzień jednak pozostawał spokojnym człowiekiem i niektórych ten jego spokój potrafił wkurwiać.
I o ile w relacji Debbie starał się, aby koncertowo tego nie spierdolić, ponieważ kochał Debbie i zależało mu na niej, o tyle w większości przypadków po prostu się nie przejmował. Miał jeszcze kilka wyjątków od tej reguły i jednym na swój sposób był Louis, a drugim Zane, ale ten ostatni zachowywał się jak nie do końca normalna ex, odkąd dowiedział się, że Ian jest z Debbie i że chce przestać handlować.
Tym razem to Ian pokiwał głową, uśmiechając się przy tym lekko, ale zaraz skrył ten uśmiech za szyjką butelki piwa, którą przytknął do ust. Lubił, a wręcz uwielbiał jeździć samochodem i nie bez powodu był kierowcą Ubera, to właśnie to zajęcie wybierając jako przykrywkę dla swojej prawdziwej działalności. W posiadaniu Cadillaca był dopiero od kilku lat, wcześniej rozbijał się przypadkowymi gruchotami, bo przecież nie od razu było go stać na takie cacko. Kiedy zaczynał, musiał stawać na głowie, żeby sprzedać wszystko, co miał do sprzedania Marcus i jeszcze mieć z tego coś dla siebie. Po ośmiu latach w branży nic podobnego nie spędzało mu snu z powiek. W zasadzie, Ian sypiał bardzo dobrze, zdecydowanie lepiej, niż przeciętny, ustatkowany Smith, który w przeciwieństwie do Hunta raczej nie martwił się tym, że z dnia na dzień może okazać się, że spędzi kilka lub kilkanaście najbliższych lat w więzieniu. Nie, żeby Ian się tym przejmował.
— Może — zgodził się, odruchowo rozglądając się po wnętrzu. — Ale trzeba też przyznać, że Garett robi dobrą robotę.
Ian przepadał za tym gościem. Nie byli w zażyłych stosunkach, bo Ian z mało kim był w zażyłych stosunkach, ale nie mógł powiedzieć o Garecie złego słowa. Właściciel THE GYM każdego witał uśmiechem, dla każdego miał dobre słowo, każdemu był gotów pomóc, a przy tym pozostawał zupełnie zwyczajnym gościem. Był tak bardzo w porządku, jak tylko było to możliwe, a przy tym świecił przykładem. Był lekko po czterdziestce, ale formy i przerzucanych ciężarów mógł mu pozazdrościć niejeden dwudziestolatek.
Dlatego Ian uśmiechnął się, kiedy Garett wyszedł na środek. Do tej pory siedział zwrócony bokiem do baru, a przodem do Branta, ale teraz obrócił się jeszcze bardziej i podparł łokciem o kontuar za sobą tak, by mieć dobry widok na Garetta i nie przegapić nic z tego małego widowiska.
— Słuchajcie — zaczął Garett, kiedy na Sali trochę przycichło. — Chciałbym coś powiedzieć.
— Byle nie za długo! — krzyknął ktoś z tłumu, co spotkało się z cichymi śmiechami, w tym samego Garetta.
— Nie, spokojnie. Dobrze wiecie, że słaby ze mnie mówca.
Tym sposobem zupełnie spontaniczna mowa właściciela THE GYM trwała niecałe pięć minut. Ian wiedział, bo pozwolił sobie zerknąć na zegarek. Garett opowiedział krótko o tym, jak to wszystko się zaczęło, że cieszy się, że siłownia funkcjonuje już tak długo i że to oczywiście zasługa jej klientów. Mniej więcej w tym momencie to Barbara przejęła pałeczkę, bezczelnie, acz z charakterystycznym dla niej urokiem wychodząc przed męża, by zmienić jego narrację. Teraz to Garett był chwalony i to Garettowi dziękowano, ktoś nawet postarał się o kwiaty, a bukiet był tak duży, że nie stracił na wielkości nawet w kontraście z sylwetką tak rosłego faceta, jak Garett. Uhonorowany, raz jeszcze podziękował za tych dziesięć wspólnych lat, bo to właśnie z okazji dziesięciolecia istnienia THE GYM została zorganizowana impreza, po czym zachęcił gości do picia i jedzenia, bo jak zapowiedział, niedługo miały pojawić się jeszcze przekąski, co przyjęto z powszechnym entuzjazmem.
Usuń— No ładnie — skomentował Ian, kiedy pomieszczenie ponownie wypełnił gwar rozmów. — Fajnie, że pośród sieciówek są jeszcze takie perełki. — Okręcił się na stołku, żeby przyjąć wcześniejszą pozycję, kiedy w oczy rzucił mu się Jason. Stał po ich prawej, za zakrętem kontuaru, nonszalancko o niego oparty i bajerował zwróconą do nich tyłem Karlę.
— Myślisz, że coś z tego będzie? — spytał, nachylając się nieco ku Brantowi, podczas gdy oszczędnym ruchem dyskretnie wskazał szyjką butelki na rozmawiającą parę. Ciężko było mu ocenić, jaki Karla miała stosunek do Jasona. Kiedy miał okazję obserwować ich na siłowni, kobieta wydawała się być zaangażowana w rozmowę z Jasonem w ten uprzejmy, ale nie obiecujący wiele więcej sposób.
IAN HUNT
Być może było to odważne, nawet zbyt odważne, ale Mina przestała o tym myśleć, gdy zobaczyła jego spojrzenie. Chciał, aby go zaskoczyła, więc być może to zrobiła, choć teraz bardziej chodziło o to, że naprawdę tego pragnęła i potrzebowała – musiał jej coś dać, zanim zupełnie oszaleje, bo napięcie stawało się nie do zniesienia, a Mina nie mogła już tego zignorować. Wydała z siebie mruknięcie, gdy schwycił za jej bluzkę i odrzucił gdzieś w bok. Jej klatka piersiowa, brzuch, a nawet piersi były pokryte mniejszymi i większymi piegami, które wydawały się jeszcze bardziej widoczne w kontraście z jasną skórą. Mina przestała się już tego wstydzić, taka była po prostu jej uroda. Chciała poruszyć rękoma, wyciągnąć dłonie do Branta i dotknąć jego szyi i ramion, ale był szybszy i unieruchomił jej ręce nad głową. Szarpnęła się lekko, bardziej po to, aby dać sobie i Brantowi fun z tego, że w ogóle próbowała, bo wiedziała, że raczej miała marne szanse, żeby ot tak się wyrwać. Z jej ust wyrwał się jęk, który zdusiła, gdy zassał jej pierś, zostawiając po sobie ciepło i wilgoć języka, odwracając gwałtownie głowę i wbijając zęby w ramię – powinna być cicho, Tate może i twardo spała, ale lepiej nie kusić losu. Jak niby miałaby się wytłumaczyć z tego, co się teraz działo? I że ani trochę nie żałowała, że do tego doszło?
OdpowiedzUsuńWstrzymała oddech, kiedy zsunął dłoń w dół, a gdy docisnął palce do jej spodenek, idealnie w miejsce, które teraz potrzebowało go najbardziej, Mina wydusiła z siebie ciche kurwa. Czując jego palce, zrobiła się jeszcze bardziej mokra, jeśli to w ogóle było możliwe. Poruszyła lekko biodrami, jakby to miało zmusić Branta do kolejnego kroku. W tym momencie naprawdę nie potrzebowała tych spodenek i nie miałaby nic przeciwko temu, gdyby zostały ściągnięte i rzucone gdzieś w kąt. Nie była w stanie odpowiedzieć, bo Brant wsunął dłoń pod jej piżamę, a potem jego palce znalazły się tam, gdzie powinny być jego usta. To odebrało jej oddech – spięła się słodko, ściskając mocno uda, jakby broniąc się przed własną reakcją. Kiedy ostatnio była tak blisko z jakimś facetem? Od rozstania z Charlesem z nikim nie randkowała ani nie zaangażowała się w nic poważnego, a teraz? Teraz czuła palce Branta przy swoim wrażliwym, mokrym przez niego i dla niego miejscu, które drżało tak jak Mina – miała tego świadomość; tego, że jej ciało wyłapuje najmniejszy gest, oddech czy czułość, sprawiając, że jej cały układ nerwowy rozbłyskiwał jak supernowa. Oddychała niespokojnie, próbując jakoś zapanować nad tym wszystkim, tylko jak miała to zrobić, gdy Brant tak bez trudu sprawiał, że się rozpływała? W codziennym życiu była raczej przyzwyczajona do tego, aby kontrolować emocje. Jako antropolożka potrafiła godzinami oglądać ludzkie szczątki, analizować najdrobniejsze ślady, zrekonstruować historię czyjejś śmierci i zachowywać przy tym chłodny, niemal beznamiętny profesjonalizm. Wiedziała, jak oddzielić fakty od emocji, jak nie pozwolić, by to, co widziała i czuła, przeszkodziło jej w pracy. Przy Brancie ta umiejętność najwyraźniej przestawała działać. Wystarczył delikatny, niewinny dotyk, jedno spojrzenie, bliskość, a cała ta pieczołowicie wypracowana kontrola rozpadała się w jednej chwili.
Przygryzła usta, gdy poczuła, jak zwiększył intensywność pieszczot, a jej ciało, zupełnie zdradziecko, się temu poddało. Wzięła głębszy wdech przez nos i odwróciła głowę, jakby to miało jej w czymś pomóc. Spojrzała jednak w jego stronę, gdy usłyszała głos, w którym dało się wyczuć coś wyzywającego. Powiedz mi jeszcze raz, czego tak bardzo ode mnie chcesz. Przesunęła ciężkim od pożądania wzrokiem po jego przystojnej twarzy i rozchyliła nieco usta – jej dolna warga lśniła od śliny, była zaczerwieniona od gryzienia i delikatnie drżała. Była pewna, że Brant doskonale wiedział, co z nią robił, że przeciągał to wszystko i czerpał satysfakcję z jej reakcji. I właśnie to doprowadzało ją do szaleństwa.
Usuń— Zrób. Mi. Dobrze. Ustami — powtórzyła, cedząc nieco słowa, które przeciskały się przez jej zaciśnięte gardło. Przełknęła szybko ślinę i zerknęła w dół, aby zobaczyć jego dłoń pod jej piżamą, a potem przerzuciła wzrok do jego twarzy. Widząc tę jego pewność siebie w tych ładnych oczach, które miały jej ulubiony czekoladowy odcień, Mina jęknęła niemal niemo: — Brant…
Wilhelmina Sallow 🔞💦
Ciekawe, że w Dawsonie była taka rezerwa i strach, głęboko ukryte i zaszyte pod maską pewności oraz rozsądnych kalkulacji. Tego Mathilde nie mogła powiedzieć o sobie. Czy była to ułomność charakteru czy też pewnego rodzaju spektrum nie wykryte zawczasu przez mamę psycholog, tego nie wiedziała, ale ludzi w swoim życiu traktowała w zależności od potrzeb. Potrafiła być zupełnie swobodna i kochana dla bliskich przyjaciół, pełna ciepłych uczuć i chęci wsparcia, nigdy jednak nie doświadczając podobnie wysokich emocji w towarzystwie płci przeciwnej - mężczyzn traktowała bardzo przedmiotowo, chyba że wkradał się tam cień sympatii, a więc nie można było wtedy już mówić o harcach i swawolach. Rozróżniała bardzo konkretnie, kto i w jakim celu był w jej życiu. Nigdy jednak w nim nie pojawiła się miłość, na pewno nie ta romantyczna. Co zabawniejsze, nigdy też jej nie chciała, ani się nad nią nie zastanawiała. Generalnie nie sądziła by była kiedykolwiek zdolna do silniejszych uczuć, a z biegiem lat zupełnie jej na tym nie zależało.
OdpowiedzUsuńNie rozumiała tej pogoni za miłością, facetem czy poczuciem przynależności. Nic z tych aspektów życia jej nie pociągało. Lubiła swoją niezależność, a ewentualne potrzeby seksualne załatwiać w sposób dla niej wygodny, tak żeby sama miała kontrolę nad całą sytuacją, nigdy na odwrót.
Zależało jej na tym, aby jako kobieta była w stanie się obronić, nie być w położeniu bez wyjścia, przygnieciona ciężarem traumy bądź nieszczęść. Dlatego zależało jej tak nie tylko na własnym wyemancypowaniu, ale również wszystkich kobiet, o co zaciekle walczyła przy każdej możliwej okazji. Brant jako posiadacz sióstr, a dodatkowo funkcjonariusz policji tym bardziej powinien być świadom niebezpieczeństw czających się na kobiety z każdego zakamarka tego bardzo wyjątkowego kraju.
Stevenson nie raz, nie dwa wzywała policję w sprawie przestępstw na tle seksualnym i przemocy domowej na ER. Dobijające było to jak niewielkie było egzekwowanie tego typu spraw. To chyba w tym wszystkim irytowało ją najmocniej. Brak opieki nad ofiarą, bezsilność i pozostawienie jej samej sobie. Gdyby tylko mogła być postacią z kreskówki z przyjemnością brałaby prawo w swoje ręce. Brutalność życia niestety na tym nie polegała i ona też miała ograniczone możliwości. Mogła co najwyżej pokłócić się z organami ścigania.
Oho! Nie chciał jej osłaniać, chociaż przecież na zewnątrz wcale mogło nie być bezpiecznie. Lubiła ryzyko, ale niekoniecznie takie, kiedy miała dostać kulką w ważną życiowo część ciała i wracać do domu z raną postrzałową. Przynajmniej nie we własnym mieście i w tak abstrakcyjnych warunkach. Co innego w odległym kraju z toczącą się wojną domową, to chociaż jakiś element egzotyczny i poczucie bycia częścią walki o coś, tutaj to głupota nieszczelnego systemu albo raczej prawa pozwalającego zbyt łatwo na posiadanie broni. Choć i tak większość sytuacji miała miejsce raczej przy użyciu nierejestrowanych maszyn.
— Nie? A widzisz, mógłbyś. — stwierdziła bez cienia zmieszania, spoglądając na niego z uśmiechem. Zdecydowanie nadawałby się na prywatnego ochroniarza. A choć poziom adrenaliny i ekscytacji z wykonywanej pracy byłby zupełnie inny, powinien rozważyć kiedyś tą opcję. Dobrze by wyglądał w garniturze i ciemnych okularach. — Myślę, że byłby z Ciebie niezły prywatny ochroniarz. Tylko ze mnie marna osoba do ochraniania. Nie jestem mafijnym bossem ani nikim ważnym… Konto też mam o wiele szczuplejsze, zwłaszcza przy spłacaniu kredytu. — westchnęła z rozczarowaniem opuszczająca z impetem ręce wzdłuż ciała.— A Ty? Dorobiłeś się już własnego mieszkania? — zagadnęła, ot tak, żeby jakoś pociągnąć rozmowę, skoro nie chciał bawić się w żadne przepychanki, ani robić z nią innych rzeczy w oczekiwaniu na uspokojenie się sytuacji na zewnątrz.
— Ok, ok. — uniosła do góry ręce w geście kapitulacji, dając tym samym jasny komunikat, że dotarło do niej co mówi mężczyzna i nie ma zamiaru dłużej go już prowokować. Przynajmniej przez jakiś czas, na ile jej niewyparzony język jej na to pozwoli.
UsuńI choć w pomieszczeniu robiło się coraz chłodniej, tym samym przyozdabiając jej ciało w gęsią skórkę, za żadne skarby nie chciała pokazać, że robi jej się zimno, ani tym bardziej nie miała zamiaru jeszcze się ubierać. Raz, że dobrze jej się tu siedziało, dwa nie mogła już teraz pokazać mu za żadne skarby swojej ułomności w tym względzie. Jej uparta natura na to nie pozwalała. Nie chciała być zależna od jakiegokolwiek mężczyzny i to w jakikolwiek sposób. Szczególnie Dawsonowi nie mogła dać tej satysfakcji.
Najważniejsze tylko, żeby szczęka mimowolnie nie zaczęła jej chodzić, a zęby dzwonić o siebie. Resztę jakoś przetrzyma.
— Jednak jesteś bardzo porządnym funkcjonariuszem. — skwitowała z figlarnym uśmiechem. Ciężko było go wziąć za gbura, sprawiał zupełnie inne wrażenie, chociaż na nudziarza zdecydowanie już się nadawał. Po tym względem Tilly się przeliczyła, ale nic to, każdy miał prawo do błędów. — Trochę szkoda. — zacmokała z widocznym rozczarowaniem, choć wcale nie z gorszym nastrojem. Wzruszyła obojętnie ramionami, bo przecież nie miała już na tą sytuację najmniejszego wpływu.
Czy się myliła względem niego? Najwidoczniej. Każdy jednak miał prawo do pomyłek. A może czas i miejsce nie grały na jej korzyść? Cóż, nie było to już istotne.
— To naprawdę ładna blizna. Wcale jej tak mocno nie widać. Musiałeś mieć dużo szczęścia. — skwitowała po uważniejszych oględzinach blizny, której kolor i faktura wcale znacząco nie wyróżniały się na tle owłosionej skóry. Powstrzymała się też szybko przed pierwszym odruchem w swoim wykonaniu, czyli wyciągnięciu rąk w jego stronę i chęci dotknięcia miejsca. Miała być w końcu grzeczna, jeszcze znowu zrobiłby się markotny.
Ktoś zrobił tutaj kawał porządnej roboty, Dawson swoje pewnie też, ponieważ rehabilitacja musiała trwać miesiącami, a noga wydawało się, że odbudowała się w znaczącym stopniu, a on nawet nie kulał. Nie było śladu po infekcji czy bliznowcu, co też wskazywało na ogrom powodzenia.
Pokiwała na to z uznaniem głową.
— Rozważałeś jakieś alternatywy, gdyby uraz był na tyle poważny, że nie dałbyś rady wrócić do służby? — zapytała przez zwykłą ciekawość, podnosząc się powoli z ziemi. Musiało mu to przemknąć przez myśl.
Mathilde Stevenson
Nie zgodziłaby się z nim raczej czy faktycznie było to przedmiotowe traktowanie. Uważała to raczej za jasne i przejrzyste reguły działania, choć patrząc na to z innej strony, mógł mieć trochę racji. Nie uważała siebie za łatwą, raczej świadomą, tego czego chce i w jakim celu. Nie interesowały ją też długie podchody, ani słodki czas razem. Na samą myśl o takich rzeczach ją skręcało. Lubiła stawiać sprawy jasno od samego początku. Nigdy też nie działała w desperacji.
OdpowiedzUsuńZabawne, że łatka „łatwej” mogła jednakowo przylgnąć tylko do kobiety, nigdy nie na odwrót. A to przecież co do zasady, nie ta strona była prowodyrem całego zamieszania. Kto inny z reguły nie umiał utrzymać pewnych części ciała w spodniach.
— Działa, nie działa, schlebia, nie schlebia. Ok. — wzruszyła ramionami, na ten moment nie było to już istotne, skoro jasno dał jej do zrozumienia, co myśli na jej temat. A mimo to, oczy jej się zaświeciły i uśmiechnęła się figlarnie. — Zawsze wiesz, że są alternatywy. — mrugnęła do niego sugestywnie, naprawdę już ostatni raz, dając ostatecznie za wygraną.
Trzeba przyznać, że jakkolwiek nie zainteresowany nią Dawson, przynajmniej był szczery, co należało docenić.
— Masz ziemię? — powtórzyła za nim zaskoczona, mierząc jego postawę od góry do dołu i doszukując się w nim odpowiedzi na to skąd miał takie pokłady kapitału. — Widzę, że z nas dwojga, to ja powinnam być twoim ochroniarzem…
Westchnęła z lekkim uśmiechem, szczerze zaskoczona takim obrotem spraw. Być może jednak nie był takim nudziarzem jakkolwiek bardzo chciał jej to udowodnić, może skrywał naprawdę warte odkopania tajemnice? Wypadało to zgłębić.
— Gdzie masz ten swój kawałek ziemi? — zainteresowała się żywo, ciekawa czy to jeszcze ten stan, czy coś bardziej odleglejszego. A może się okaże, że tak naprawdę Brant jest potentatem naftowym albo posiada własną wyspę? Nie mogła przecież tego wykluczać. Kawałek ziemi to bardzo szerokie pojęcie.
Musiał jej wybaczyć, ale Mathilde przywykła do zadawania pytań. Miała to wyrobione zarówno przez nawyk pracowniczy, jak i wrodzoną dociekliwość, która kiedyś potrafiła wpakować ją w tarapaty. Teraz jednak była lekko zaskoczona faktem, że jakieś z pytań zostało skierowane do niej. Musiała się chwilę zastanowić nad odpowiedzią.
— Pielęgniarstwo? Nie… To nie był mój wybór od zawsze, miałam wiele pomysłów na siebie od dziecka. Chciałam po prostu zrobić coś dobrego dla świata, kiedyś myślałam nawet o jeżdżeniu na misje, ale życie szybko mnie zweryfikowało. — wykrzywiła usta w poprzecznym uśmiechu, wyrażającym grymas bezsilności wobec realiów świata. — Miałam różne plany, od zostania astronautką, strażakiem, zabawą w politykę, policja chyba też wchodziła w grę… Bycie lekarzem rozważałam tylko przez krótką chwilę. Stwierdziłam jednak, że to zbyt spektakularne. Chciałam dobrą pracę, ale jednocześnie taką brudną, prawdziwą, blisko ludzi. Wiele się przez to nauczyłam.
Zrobiła krótką przerwę w swojej opowieści, przeszła parę kroków przed siebie, by za chwilę obrócić się na pięcie i wrócić na wcześniej zajmowane miejsce. Skoro już zaczęła, zamierzała kontynuować mu tę krótką opowieść o sobie, kiedy wykazał zainteresowanie jej osobą. Była gotowa uszczknąć mu rąbka tajemnicy o własnej osobie.
Usuń— Głód świata równoważę sobie w wolnych chwilach, lubię jeździć w mniej popularne, niekoniecznie bezpieczne rejony. Można powiedzieć, lubię po prostu oglądać prawdziwe życie, nie kurortowe wakacje i wędrowanie po utartych szlakach. Chcę żyć pełnią życia, ale po swojemu. Śmierci naoglądam się na codzień. Z czasem robi to na Tobie coraz mniejsze wrażenie. — zerknęła na niego w przelocie, sprawdzając czy w jego mimice znajdzie potwierdzenie, że też ma podobnie.
— A poza tym, staram się udzielać na rzecz aborcji. Straszne cyrki są z nią związane w tym kraju. A osobiście uważam to za prawo każdej kobiety. — zakończyła swoją opowieść lekkim westchnieniem, łapiąc się pod boki i marszcząc czoło. Niekoniecznie było to zaproszenie do dyskusji, raczej wyrzucenie z siebie frustracji związanej z tym tematem, a dodatkowo pełne podsumowanie najważniejszych informacji z jej bardziej prywatnego CV.
Mathilde Stevenson
[Ponoć człowiek może przyzwyczaić się do wszystkiego, ale czy to wyjdzie jej na dobre? Sama jestem ciekawa, jak szybko będzie chciała uciec z miasta. A jeśli o uciekaniu mowa, to może ona i Brant spotkaliby się na jakimś campingu? W jakiejś głuszy, z dala od miasta, gdzie moja panna mogłaby szukać wytchnienia i inspiracji. Jeśli masz ochotę ich połączyć w jakimś wątku, to ślicznie zapraszam. Twój Pan jest cudny i chętnie poznamy go bliżej. I wow, ta karta, podziwiam Twoje umiejętności. :D]
OdpowiedzUsuńLove Iris Anderson
[Jasne, jak najbardziej rozumiem tą perspektywę. Wpadło mi jeszcze do głowy, że pies Branta mógłby zaginąć i on szukając go, trafiłby na nią. Może jakieś wspólne poszukiwania, kilka godzin wspólnej wędrówki, rozmowy, wzajemne poznawanie się? Ewentualnie Love mogłaby się wspinać gdzieś w górach i spaść z jakiegoś niskiego urwiska, a on by ją znalazł i pomógł? Któryś z tych scenariuszy Ci odpowiada?]
OdpowiedzUsuńLove Anderson
Akurat w tym momencie ani trochę nie przeszkadzało jej to, że nazwał ją grzeczną dziewczynką. Zrobiła to, czego chciał, jednocześnie dobrze się bawiąc, bo właśnie o to chodziło. Grała w tę grę, chcąc o wiele więcej. Poza tym jednak podobało jej się, jak Brant się rządził, jak potrafił to wszystko przeciągać, pozwalając jej poczuć, jak bardzo pragnęła, aby wykonał kolejny gest. To oczekiwanie rodziło zniecierpliwienie, które objawiało się uporczywym pulsowaniem w dole brzucha i potrzebą, żeby zostało ono zauważone. Krótkie muśnięcie w kącik ust było urocze i delikatne, tak inne od tego, co teraz działo się z Miną, niemal niewinne; pomyślała jednak o tym, że chciałaby, żeby ją pocałował. Tak naprawdę pocałował, odbierając jej oddech i niszcząc jej wizję o smaku swoich warg. Była pewna, że smakował dobrze.
OdpowiedzUsuńGdy się od niej odsunął, jej oczy przesunęły się po jego sylwetce, sięgając spojrzeniem do miejsca, które teraz bardzo się odznaczało. Mimowolnie przełknęła ślinę, przez moment żałując, że w ogóle Brant miał jeszcze spodnie – chciała zobaczyć jego nagie ciało, zobaczyć to, co do tej pory mogła sobie tylko wyobrazić, a przynajmniej tę konkretną część jego ciała. Nie zdążyła jednak pomyśleć nic więcej, bo została pozbawiona spodenek. Mimowolnie zacisnęła uda, nie próbując się jednak zakryć ani udawać, że jest zawstydzona. Owszem, trochę była, bo Brant po raz pierwszy widział ją w takiej wersji, jednak nie martwiła się tym, co mógł sobie pomyśleć – wiedziała, że podobało mu się to, co widział, gdyby było inaczej, nie leżałaby w jego łóżku. Sapnęła cicho, gdy przyciągnął ją bliżej siebie. Obserwowała, jak oparł się kolanem o materac i zniżył się do jej brzucha. Pierwsze, co poczuła, to jego ciepły oddech przy skórze, a potem usta. Przymknęła nieco oczy, mimowolnie drżąc – nie umiała tego opanować. Przygryzła lekko dolną wargę, kiedy zniżył usta do jej uda, a gdy zassał skórę, syknęła lekko, choć zdecydowanie nie z bólu.
Wzięła głębszy oddech, czując jednocześnie ulgę, a z drugiej strony większe oczekiwanie, gdy Brant w końcu docisnął język do jej czułego miejsca, bo chciała, aby całkowicie ją pożar, by dał jej to, czego chciała od dość dawna, choć nigdy nie było okazji, żeby spełnić tę fantazję. Tylko czy mogłaby to tak nazwać? Nie, to było coś innego, bardziej… skomplikowanego, czego nie dałoby się zamknąć w żadnych ramach, bo znajdowało się w tym zbyt wiele zmiennych, by móc to opisać; zbyt wiele niewypowiedzianych słów, spojrzeń, gestów i niebezpiecznego napięcia, które pojawiało się za każdym razem, gdy znajdowali się zbyt blisko siebie. Minie to nie przeszkadzało, choć może powinno. Była antropolożką, przywykła do obserwowania, analizowania i wyciągania wniosków z najdrobniejszych szczegółów. Potrafiła dostrzec to, czego nikt inny nie zauważał, odtworzyć historię człowieka z fragmentu kości, z układu obrażeń, z niemal niewidocznych śladów. A przy Brancie nagle przestawało to wszystko działać. Nie potrafiła przewidzieć jego następnego ruchu ani tego, czy bardziej bała się tego, że ją dotknie, czy tego, że jednak by tego nie zrobił. Przysunęła się nieco do niego, aby znaleźć wygodną pozycję i czuć jego pieszczoty w idealnym punkcie. Jego język robił to jednak idealnie, sprawiając, że traciła zmysły – jej ciało wydawało się teraz napięte do wszelkich granic, a klatka piersiowa unosiła się chaotycznie, a i tak z każdym kolejnym oddechem brakowało jej tlenu. Mógł wziąć od niej wszystko, bo chętnie mu to dawała; każdy spięcie, każdy dreszcz i stłumiony jęk.
Odchyliła nieco głowę, próbując nad tym zapanować, ale ani trochę się to nie udawało. Zerknęła w dół zamglonym spojrzeniem, ale widok Branta robiącego jej dobrze ustami wywołał w niej tak gwałtowną falę, która rozbiła się o każde zakończenie nerwowe w jej ciele, że z jej ust uciekł głośniejszy jęk. Kolejny spazm sprawił, że Mina mimowolnie próbowała zacisnąć uda, ale nie udało jej się tego zrobić – Brant unieruchomił jej talię, zatrzymując ją w miejscu, a potem? Potem poczuła w sobie jego palec. Wydała z siebie ciche, zawodzące kurwa i zacisnęła się na nim niemal od razu, co zdradzało tylko to, jak bardzo była spragniona. Wyciągnęła się lekko, aby musnąć palcami włosy Branta i rozchylić się przed nim jeszcze bardziej. Gdyby noc nie miała w sobie tych kilku godzin, najchętniej zostałaby tak przez wieczność, z Brantem między swoimi udami, z jego ciepłym, idealnym językiem, miękkimi ustami i dłońmi, które wydawały się doskonale znać jej ciało. Nie potrzebowała też długich pieszczot, by dojść, więc gdy pojawił się moment, w którym Mina doskonale czuła, że jest blisko, wydusiła z siebie:
Usuń— Nie przestawaj…
Zupełnie jakby obawiała się, że Brant zaraz się odsunie, że zabierze jej to, na co czekała od tak dawna, i zakończy wszystko dokładnie w momencie, gdy przestawała nad sobą panować. Przymknęła oczy, ale po chwili znów je otworzyła, przechylając głowę. Była blisko, naprawdę blisko; potrzebowała tylko jednego bodźca, jednego gestu, aby dojść. Sięgnęła dłonią do swoich ust, opierając o dolną wargę palce, żeby móc się uciszyć, choć najchętniej pokazałaby Brantowi, jak dobrze jej było.
Wilhelmina Sallow 😏🔞
[Tak właśnie czułam, że Koda może być mu stuprocentowo posłuszna, ale myślałam, że mógłby być cień szansy, że puściła się za jakimś dzikim zwierzem. Ale drugi scenariusz też mi jak najbardziej pasuje. Możemy założyć, że Love utknęła noga pośród skał, albo nie wiem, wpadłaby do jakiegoś dołu, a Brant pomógłby jej się wydostać? Może połączymy wieczór z pogorszeniem pogody? Czy zgotowanie im burzy to jest too much? :D]
OdpowiedzUsuńLove Anderson
[No tak, w sumie racja :D Ale błyskawicznie wysłałaś początek, dziękuję. :D]
OdpowiedzUsuńSpędziła w Nowym Jorku zaledwie chwilę, ledwo co wynajęła mieszkanie w Riverdale na Bronxie, a już czuła, że miasto wysysa z niej energię. Była przyzwyczajona do dźwięków natury, pobudki przez nawoływanie ptaków o świcie, szumu wiatru przechodzącego przez korony drzew, dźwięki kropel deszczu, uderzające o okno. Dlatego codzienność gdzie słychać głośne klaksony aut, syreny policyjne, gwar i harmider. Nowa rzeczywistość nieco ją przytłaczała, dlatego weekend postanowiła spędzić za miastem. Wybór padł na park stanowy Harriman i zamiast wybrać publiczne pole campingowe, sama wytyczyła sobie trasę z kilkoma opcjami na nocleg. Spakowała duży, czarny plecak, który pomieścił wszystko czego potrzebowała: namiot, śpiwór, latarkę, zapalniczkę, krzesiwo, kompas, lornetkę, ubrania na zmianę, baterie, mini apteczkę, powerbank, mały scyzoryk, jedzenie i kilka innych, bardziej osobistych pierdół.
Wędrowała już kilka dobrych godzin, kiedy zatrzymała się u szczytu góry i chwyciła lornetkę, chcą poobserwować ptaki widoczne na horyzoncie. Chyba zagapiła się za bardzo, albo zbocze było zbyt strome, bo po chwili poczuła jak grunt osuwa jej się spod stóp. Spadła kilka metrów w dół, w trakcie upadku próbując złapać się skałki, jednak na marne, bo tylko poraniła sobie dłonie. Wylądowała na trawie, jej plecak kilkanaście metrów od niej, a lornetka gdzieś dalej, najprawdopodobniej doszczętnie zniszczona. Jęknęła z bólu, poobijana i zaskoczona tym niefortunnym wypadkiem. Rozejrzała się wokół, próbując znaleźć jakieś wyjście z sytuacji, ze świadomością że musi sobie samodzielnie poradzić z tym problemem. Nie spodziewała się bowiem, że spotka tu jakiegokolwiek człowieka. Zresztą i tak była beznadziejna w przyjmowaniu pomocy od innych, zawsze wolała sobie radzić sama. Niemal natychmiast się podniosła, ignorując pulsujący ból w kostce, nie zaszła jednak zbyt daleko. Jeśli skręciła kostkę to była jedna z gorszych rzeczy, która ją tutaj mogła spotkać. Westchnęła i oparła się plecami o jeden z większych głazów, próbując ułożyć swoje myśli. Była raczej typem zadaniowca, nie panikowała i podchodziła do większości rzeczy ze spokojem. Zlokalizowała swój plecak i kiedy już chciała po niego sięgnąć, nawet się czołgając, to usłyszała męski głos. Miała wrażenie, że się przesłyszała. W końcu możliwość spotkania tu innych ludzi była zerowa, właśnie dlatego wybrała to miejsce. Zmrużyła oczy w oddali dostrzegając wysokiego mężczyznę i jego psa. Jesteś prawdziwy? Mruknęła bardziej do siebie niż do niego, zastanawiając się czy jej umysł nie płata jej figli.
— Wiesz, podziwiam widoki — zaśmiała się nerwowo. To pewnie jedna z głupszych rzeczy, które mogła mu odpowiedzieć. — Chwilę temu byłam tam — wskazała na górę za siebie — i szczerze mówiąc tam był o niebo lepszy widok. — uśmiechnęła się słabo, poprawiając potargane włosy, w których zaplątały się pojedyncze liście i igiełki z drzew, miała podrapaną twarz od gałęzi, dłonie zranione od skał, obite ciało i najprawdopodobniej zwichniętą kostkę, więc wyglądała raczej nędznie, ale i tak starała się myśleć pozytywnie. — Potrzebuję tylko chwili, żeby dojść do siebie. Jakoś się stąd wydostanę — odkrzyknęła mu, zastanawiając się czy w ogóle słyszał jej wcześniejsze słowa. Choć jego pomoc zdecydowanie by jej się przydała, to nie śmiała o nią prosić. Love zawsze miała problemy z proszeniem kogoś o cokolwiek, nawet jeśli były to drobnostki. A jego ewentualna pomoc na pewno nie byłaby niczym drobnym, bo same zejście do niej nie było zbyt bezpieczne, a ona zdecydowanie nie chciała go narażać.
Love Anderson
Ian zdążył zauważyć, że Brant nie pierdoli głupot i to dlatego tak chętnie z nim gawędził, w dodatku o wszystkim i o niczym. Zarówno jako kierowca Ubera, jak i jako diler miał do czynienia z ludźmi. W ciągu dnia bynajmniej nie zamykał się w swoim boksie, wygrodzonym pośród innych boksów w przepastnym open space, przez długich dziesięć godzin będąc wpatrzonym w monitor, także podczas spotkań na Teamsie. Miał nieustanny kontakt z ludźmi, najczęściej jeden na jeden i przez to był zdania, że większość osób mówiła tak bardzo od rzeczy, że nie dało się tego słuchać. Nie wiedział, z czego to wynikało. W dzisiejszych czasach, z powszechnym dostępem do informacji, ludzie potrafili pozostawać wyjątkowo ograniczeni. I nie chodziło tutaj o różnicę zdań, ponieważ Ian nie miał nic przeciwko temu, że ktoś myślał i uważał inaczej od niego. Ian miał problem z tym, że ludzie pozostawali tak bardzo skupieni na sobie, iż nie dostrzegali niczego wokół siebie. Z klapkami na oczach, często bez refleksji powtarzali to, co gdzieś usłyszeli, a co akurat im przypasowało i często szukali nie tyle rozmówców, co potakiwaczy.
OdpowiedzUsuńOczywiście, że tak jak od każdej reguły, tak i od tej istniały potwierdzające ją wyjątki, a nawet było ich całkiem sporo, jednakże Ian nie narzucił sobie żadnej misji poszukiwania tych wyjątków. Raczej jeszcze bardziej był wierny swojej zasadzie, aby niepotrzebnie nie wchodzić w interakcje z innymi osobami i o ile stali bywalcy THE GYM już wiedzieli, że mimo wyrazu twarzy Hunta, można było podejść do niego i zagadać bez obaw o własne zdrowie, o tyle nowa osoba mogłaby ominąć go szerokim łukiem i nie byłoby w tym nic dziwnego. Może Ian nie odstręczał, ale czasem jedno jego spojrzenie wystarczyło, by zdusić w potencjalnym rozmówcy wszelaki zapał na rozpoczęcie pogawędki.
Czasem podobnym spojrzeniem gromił kogoś, kto zajmował zbyt długo ławeczkę, bo w trakcie przerw między seriami zbyt dobrze oglądało mu się roleczki czy inne tiktoki. Na szczęście na siłownię Garreta uczęszczało niewielu tego typu delikwentów, a większość z nich po czasie potrafiła nauczyć się manier i kultury niezbędnych do koegzystowania na przeznaczonej do wspólnego użytku przestrzeni.
— Jest jeszcze szansa, że razem wyjdą — zauważył Ian, pozostając konspiracyjnie nachylonym ku Brantowi. Jednocześnie nie oderwał wzroku od Jasona i Karli. — A na pewno Jason robi wszystko, żeby tak było — dodał żartobliwym tonem. — Jeszcze chwila i stanie na głowie — dorzucił już z nieukrywanym rozbawieniem, parsknął cicho i napił się. Nie wątpił, że Jason potrafił stać na głowie i nie wątpił, że zrobiłby to nawet z ortezą na kolanie, bo ta, choć ograniczała jego ruchy, nie stanowiła dla niego żadnej przeszkody, ani w wystartowaniu w triatlonie, ani w podrywaniu Karli.
To, że Brant zagadnął go o Debbie, wydawało się być dla niego pewnym zaskoczeniem. Ian wyprostował się, łypnął na kumpla i uśmiechnął się zza butelki z piwem, w żaden sposób nie potrafiąc nad tym uśmiechem zapanować. Tak już miał, kiedy mowa była o Debbie, a ten jego uśmiech zdradzał więcej, niż Ian był gotów powiedzieć.
— Nie — zaprzeczył zaraz. — Poznaliśmy się przypadkiem, poniekąd przez mojego brata — wyjaśnił, wracając myślami do tamtego lutowego poranka, kiedy natknął się na Louisa i Debbie w kawiarni, gdzie on już stał w kolejce po swoją flat white, a oni wkroczyli do środka. Lou szedł pierwszy, całkowicie przesłaniając Grayson swoją sylwetką, ale kiedy ta już się zza niego wyłoniła, Ian patrzył praktycznie wyłącznie na nią.
— Pracują razem — uściślił po chwili, nie zdradzając jednak, gdzie pracowali. W tym momencie nie było mu to do niczego potrzebne, bo istniało ryzyko, że wzmianka o policji mogła uprzykrzyć mu ten miło zapowiadający się wieczór.
— A ty? Będziesz przyprowadzał na siłownię tylko Tate? — zagadnął, w ten sposób poniekąd odbijając piłeczkę. — Swoją drogą, nie chciała dzisiaj przyjść? Pewnie miała lepsze rzeczy do roboty? — podpytywał, zakładając, że ze zwichniętym nadgarstkiem lepszą rzeczą do roboty z powodzeniem mogło być także siedzenie w domowym zaciszu.
UsuńIAN HUNT
To jak wyglądał i jakie życie prowadził Brant na co dzień, zupełnie nie przesądzało o tym, jakie mógł mieć zaplecze majątkowe. Zwłaszcza, że często ci najbardziej zamożni ludzie, wcale nie obnosili się ze swoim bogactwem na zewnątrz. Inna sprawa, że dobrze było mieć po prostu zabezpieczenie własnego dobrobytu. Tego Tilly nie mogła powiedzieć o sobie. Zdecydowała się na kredyt, który jeszcze wiele lat będzie ciążył nad jej wszech pojętą wolnością, ograniczając w tym konkretnym rejonie życia. Mimo to, nie chciała stać w miejscu i dalej szukała siebie oraz własnego kawałka ziemi, lepszego bytu, jeśli to gdziekolwiek istniało.
OdpowiedzUsuńPosiadanie miejsca do którego można by było wracać było ważne, istotne nawet dla samej Mattie z jakiegoś powodu, choć nie da się ukryć, stanowiło też duże ograniczenie i przywiązanie. Nie chodziło o samą rodzinę, która niewątpliwie entuzjastycznie przyjęłaby informację o jej chęci wyjazdu gdzieś daleko w poszukiwaniu siebie, bardziej rzecz dotyczyła aspektów finansowych. A te wiadomo, często w codziennej kalkulacji wiązały mocniej niż niejedno uczucie. To się już Stevenson podobało zdecydowanie mniej. Ale inaczej nigdy nie miałaby nic swojego. Czas miał tylko pokazać czy była to słuszna decyzja. Bo może wcale nie warto było mieć własne mieszkanie?
Nie interesowało ją też bogactwo samo w sobie, raczej możliwość prowadzenia bezpiecznego życia, dlatego przechwałki wielkością portfela czy konta bankowego nie robiły na niej wrażenia, co innego odpowiedzialne myślenie o swojej przyszłości, która też obejmowała rodzinę. Patrząc po Dawsonie, jeśli miał się o kogo troszczyć, to na pewno to robił.
— Mhh, Oklahoma… — zmarszczyła lekko czoło, zastanawiając się nad lokalizacją, o której właśnie wspomniał, by umiejscowić ją na mapie i zastanowić się nad tym rejonem. Nie mogła się niestety wykazać w tym temacie, co poniekąd tym mocniej ją zaciekawiło. Nie spodziewała się tego po nim. — Nigdy nie byłam w Oklahomie.
Podsumowała z lekki westchnieniem rozmażenia, a może tęsknoty za nieznanym, choć nie wnosiło to nic istotnego do dyskusji. Niewiele jednak mogła powiedzieć o stanie, ani tym bardziej o Tailihinie. Bo nawet jeśli coś jej świtało, nie do końca była przekonana, że wie o który neon chodzi. Mogła wiele wiedzieć o świecie, ale czasami najgorzej znała własne państwo. Z resztą, nikt nie wiedział wszystkiego.
Wzruszyła ramionami, odpowiadając w pierwszym odruchu w ten sposób na ciekawość Dawsona. Nie była tak spektakularna jak mógłby podejrzewać.
— Większość życia i tak spędzam w pracy. Coś jeszcze chciałabym z niego mieć. — przyznała podnosząc się z miejsca i chwytając swoją koszulkę w dłoń. Jeszcze kilka minut i na pewno ją założy. Czuła, że palce rąk zaczynają robić się nieprzyjemnie zimne, a wargi pewnie powoli zmieniają kolor na bardziej siny, więc tym chętniej nerwowo je przygryzała, żeby pobudzić napływ krwi w ten rejon ciała.
Lubiła swoją pracę, jej pęd, trudy, czasami przytłoczenie, ale jednak uznawała to za pracę, nie życiową misję. Nie poświęcała się nad to, ile wynosił jej grafik, ani nie robiła wszystkiego dla wszystkich. Pomagała jak umiała najlepiej, ale szanowała własne granice oraz czas. Koniec końców robiła to dla pieniędzy.
— Instagram to tylko odmóżdżenie od pracy, ale nie, to o zupełnie nie mój świat. — przyznała. Jak każdy czasem zagubiła się w feedzie na kontrolowanej przez big tech platformie, ale głównie śmiejąc się tam z medycznych realiów, gagów, czasem szukając inspiracji na lunch albo swoją nową destynację podróży. Sama jednak nie udzielała się tam w ogóle. Poza wymianą memów z bliskimi znajomymi, oczywiście. To był fundament podtrzymywania relacji dzisiejszych czasów.
Usuń— Lubię jeździć tam gdzie nie ma wielu turystów i oglądać życie jak wygląda w innych zakamarkach świata. Tak po prostu. Zderzyć się z jego brutalnością. Faktem, jak ludzie sobie radzą. Do czego może prowadzić wiele wcale nie tak banalnych decyzji gospodarczo-politycznych. Nie sądzę byśmy żyli w najlepszym kraju na ziemi, ale warto też wiedzieć że nie w najgorszym. Oczywiście cenię sobie sztukę i kulturę, ale lubię dociekać prawdy i oglądać ją taką jaka jest.
Podeszła bliżej wyjścia, gotowa przez nie wyjrzeć. Po upływie czasu zdecydowanie bardziej optymistycznie widziała trucht w drodze powrotnej do domu.
— Myślisz, że możemy już iść?
Mathilde Stevenson
Przez chwilę naprawdę myślała, że zabierze psa i odejdzie, a ona zostanie sama ze swoimi problemami, jak to zawsze było. Jakoś sobie radziła, choć była w różnych sytuacjach. Przez te dwadzieścia cztery lata swojego życia los niemiłosiernie ją testował i gdyby nie fakt, że nie wierzyła w przeznaczenie, jakieś głupie przesądy czy zwyczajnego pecha, to byłaby pewna, że wisi nad nią jakieś cholerne fatum. Wierzyła, że podjęła złą decyzję i musiała mierzyć się z jej konsekwencjami, które w tym przypadku były dość bolesne. W milczeniu obserwowała mężczyznę, to jak przywiązuje linę do drzewa i ostrożnie schodzi ze zbocza. Początkowo chciała zaprotestować, bo i po co miałby pchać się razem z nią w pułapkę, ale z drugiej strony, obserwując jego sprzęt to był naprawdę dobrze przygotowany. Zaskoczyło ją też jak posłuszny był jego pies, miała wrażenie że każdy inny byłby już przy niej, tam na dole. Ten jednak cierpliwie czekał na swojego pana, nawet nie ruszając się z miejsca. Gdy był już na dole, przyjrzała mu się dokładniej, jej intensywnie niebieskie oczy lustrowały jego twarz i sylwetkę. Zdawało się, że był od niej starszy, ale ciężko było jej ocenić o ile lat. Zauważyła też, że był wysportowany, wysoki, miał ciemne oczy i był diabelnie przystojny.
OdpowiedzUsuń— Na pewno nie warto było tu schodzić, to mogę powiedzieć na pewno. A ten widok jest dość beznadziejny — wskazała na samą siebie, uśmiechając się z przekąsem. — Niemniej jestem wdzięczna. Dziękuję. Na pewno jesteś odważny. — nie chciała by pomyślał o niej, że jest niewdzięczna, czy nie docenia jego pomocy. — Jestem Love. Love Iris Anderson. — przedstawiła się. Warto by wiedzieli o sobie chociaż tyle.
Kiedy wspomniał o burzy, zerknęła na niebo na którym widać było kilka ciemnych chmur. Czuła też ochłodzenie, słońce zniknęło gdzieś za chmurami, wszystko działo się tak szybko, bo jeszcze niedawno czuła jego promienie na skórze.
— Wiem. Wcale nie zamierzałam rozbijać tu namiotu. — mruknęła. — W końcu nie znalazłam się tu celowo. Byłam tam, u góry i obserwowałam ptaki, kiedy zbocze osunęło mi się pod stopami. I wylądowałam tutaj, na dole, w miejscu, w którym naprawdę nie chciałam być. — wyjaśniła szybko, choć to wydawało się być oczywiste. Nieznajomy na pewno domyślił się, że spadła. W końcu nie była na tyle nieodpowiedzialna i głupia by zejść tu z własnej woli. Chyba nikt by nie był.
— Faktycznie, nie czuję się zbyt dobrze. — przyznała, choć nie przyszło jej to zbyt łatwo. — Boli mnie ciało, kręci mi się w głowie, chyba zwichnęłam kostkę. Tak więc sprawy mają się dość kiepsko. — oparła głowę o głaz, przymykając na chwilę powieki, które zrobiły się nagle wyjątkowo ciężkie. — Mógłbyś podać mi apteczkę? Jest w moim plecaku, o tam… — wskazała na swój sprzęt, który leżał kilka metrów od niej. — Och, i moja lornetka! — zawołała, przypominając sobie o niej, jakby była w tym momencie rzeczą wyjątkowo istotną. Love była jednak sentymentalna i każdą rzecz, którą miała po matce traktowała niemal z czcią. Tymczasem jedna z nich leżała gdzieś zgubiona, najprawdopodobniej doszczętnie zniszczona, jednak Love wciąż nie umiała jej zlokalizować. — Najpewniej spadła razem ze mną! Ale gdzie ona może być? — fuknęła na samą siebie. Zmrużyła oczy, jeszcze raz rozglądając się po terenie, ale miała wrażenie że ją ćmi. Jej percepcja była w tym momencie dość ograniczona.
Love Anderson
Nie dopuszczała do siebie momentu, w którym to się wydarzy. Seks z Brantem wszystko by skomplikował, wiedziała o tym, a mimo to teraz ani trochę tego nie żałowała. Jej ciało zdradziecko poddawało się każdemu muśnięciu, liźnięciu czy naciskowi, udowadniając, że ręce i język jej przybranego brata pasowały do niej idealnie. Powinna być tym zaskoczona, ale chyba nie potrafiła, bo zbyt wiele razy wyobrażała sobie to wszystko, choć fantazje zdecydowanie nie oddawały tego, co działo się teraz. Powstrzymała głośniejszy jęk, gdy Brant dołożył drugiego palca, gładko się w nią wsuwając. Jej oczy uciekły nieco w czaszkę, odlatując w tył, a jej tyłek nieco się uniósł, aby Brant trafiał idealnie w ten konkretny punkt, któremu nie trzeba było zbyt wiele, żeby napęczniał pod wpływem pieszczot i stał się wrażliwy. Zerknęła w dół, otworzyła szczerzej usta, łapiąc oddech i wydała z siebie niemy okrzyk, mocno zaciskając oczy. Nagły spazm przeszedł przez jej ciało, sprawiając, że wszystko w niej wybuchło, aż zapiszczało jej w uszach. Orgazm sprawił, że jej ręce powędrowały po bokach łóżka, a palce mocno złapały za kołdrę – gdyby nie to, że Tate spała w innym pokoju, Mina wcale by się nie powstrzymała, żeby ogłosić to, jak dobrze jej było. A było cholernie dobrze. Dyszała ciężko, czując, jak mocno i szybko bije jej serce.
OdpowiedzUsuńPrzez chwilę miała jeszcze zamknięte oczy, a kiedy je otworzyła, Brant uniósł się nad nią. Nie zdążyła nawet pomyśleć o tym, co dalej ani uspokoić do końca oddechu, gdy rozepchnął jej kolana, a potem w nią szedł. Czuła go całą sobą, każdy centymetr – objęła go ciasno, wciąż pulsując, wciąż rozgrzana i zbyt tkliwa. W jej oczach pożądanie zmieszało się z paniką, kiedy poczuła, jak w jej gardle rośnie jęk, który bardzo chciał odbić się od ścian. Nic jednak nie uciekło z jej ust, bo Brant pochylił się do niej i gwałtownie pocałował – wydała z siebie ciche sapnięcie, czując jego usta i swoje własne spełnienie. Słodycz mieszała się ze słoną przyjemnością i świadomością tego, że Brant właśnie docisnął usta do jej ust. Jej dłonie przemknęły po jego ramionach i szyi, palce zahaczyły o brodę i żuchwę, a potem Mina oparła ręce o jego plecy i wbiła w nie paznokcie. Oddała pocałunek równie gwałtownie i głęboko, pozwalając, aby jego język zaczepił jej – walka nie trwała długo, bo Brant ją sobie podporządkował, ale tak naprawdę wcale nie chodziło o wygraną; w tym momencie nie istniał żaden zwycięzca. Zaciskała się wokół niego, przyjmowała każde pchnięcie, drżąc i coraz mocniej wbijając paznokcie w jego skórę. Nie wstydziła się tego, co teraz czuła, ani że była tak mokra, że jej wilgoć wydawała się być wszędzie – Brant robił z jej ciałem coś niezwykłego, zupełnie jakby trzymał w rękach kawałek gliny, który poddawał się odpowiedniemu naciskowi. Mina nie próbowała z tym walczyć.
— To… — próbowała coś powiedzieć, ale nie była w stanie, a już szczególnie, gdy Brant przyciągnął ją mocno do siebie i przyspieszył swoje ruchy. Doskonale słyszała, jak jego ciało odbijało się od jej ciała, skóra przy skórze – ta erotyczna symfonia jedynie podniecała ją jeszcze bardziej. Nie miała już pojęcia, gdzie to wszystko się kończyło; nie było początku ani końca, tylko ta jedność, dla której Mina w tym momencie zaprzedałaby duszę. Chciała tego wszystkiego; każdego jego ruchu, akceptując tę intensywność i dominację. Nie traktowała jednak seksu z Brantem jak czegoś mechanicznego czy pozbawionego emocji – jej ciało nie byłoby tak rozpalone i złaknione jego dotyku, gdyby liczyło się tylko jej własne spełnienie.
— Brant… — wymamrotała cicho, czując jak znów rośnie w niej to znane napięcie, ten supeł, który mógł zostać rozwiązany tylko przez jego ręce. Spojrzała w jego stronę błyszczącymi, nieco pociemniałymi z pożądania oczami, a gdy przez jej całe ciało przebiegł gwałtowny dreszcz, straciła przez moment kontakt z rzeczywistością. Nie liczyło się nic ani nikt, oprócz tego, co teraz miała. Pozwoliła sobie całkowicie poddać się tej chwili, bez analizowania i bez myślenia o tym, co będzie później. Mocno objęła jego szyję i wzięła głębszy oddech, omiatając wzrokiem sufit. Chciała więcej, bardziej, intensywniej – znów odnalazła spojrzeniem jego oczy, a potem wykorzystała moment i oderwała plecy od materaca, aby zmusić Branta do zmiany pozycji. Musiał złapać za jej tyłek, żeby w ogóle do tego doszło, pomagając jej utrzymać równowagę, a ona mocno objęła go udami w pasie. Teraz był w niej głębiej, docierając w ten idealny punkt – zacisnęła się na nim jeszcze mocniej. Otarła się nosem o jego nos, gdy jej twarz wpadła w jego, i zainicjowała pocałunek, który miał odebrać oddech zarówno jej, jak i jemu.
UsuńWilhelmina Sallow 😈💦
Etat, a właściwie długoterminowy kontrakt, który miała z MET, był przyjemną, bezpieczną przystanią. Grali umiarkowanie ambitne kawałki, mieli umiarkowaną liczbę prób i umiarkowane terminy, bez wszelkiej pilności, którą charakteryzowały się chałtury. I chociaż nie musiała chwytać tylu dodatkowych zleceń, to nie wydawała się nienasycona. W swoim chaosie, tym, w którym zapominała zabrać ze sobą telefonu, miała na bakier z porządkowaniem swoich rzeczy i wiecznie zapominała o rzeczach, które nie były związane z muzyką, potrafiła się niezwykle zorganizować, gdy chodziło o granie. Nuty miała zawsze uporządkowane, schludnie posklejane, zawsze z dokładnie opisanymi palcowaniami i smyczkami, zanotowanymi automatycznym ołówkiem marki Parker o grubości 0,7 mm i twardości HB, który miała niezmiennie od dwudziestu lat. Zawsze miała przy sobie gumkę do włosów, schludnie zapakowaną kalafonię marki Kolstein, której złote opakowanie już od dawna miało poprzecierane na srebrno brzegi. Nigdy, obojętne, jak bardzo by się nie spieszyła, nie chowała instrumentu zaraz po graniu – z czułością przecierała z kalafoniowego pyłu gryf, podstrunnicę i same struny, te ostatnie dodatkowo czyszcząc alkoholem izopropylowym, podkładając pod nie jednorazowy ręcznik, by nawet odrobina nie skapnęła na lakier, na punkcie odcienia miała niemałego bzika. Zawsze wycierała też drzewce smyczka, tuż po tym, jak poluzowała włosie, w ostatnim geście troski przecierając skórzany uchwyt, zastanawiając się przy tym, czy lutnik zrobił ją w konia, czy faktycznie miała na niej skórę warana, znacznie wytrzymalszą od klasycznej kozy. Wkładając smyczek do futerału, zawsze oglądała go z każdej strony, szukając zerwanych końskich włosów, zapobiegliwie przyglądając się karafułce, czy aby na pewno wypełniająca ją masa perłowa jest na miejscu.
OdpowiedzUsuńPomimo tego, jak długo zajmowało jej spakowanie instrumentu, i tak rzadko wychodziła z próby ostatnia, sporadycznie wdając się w dyskusje z pozostałymi członkami zespołu, w którym akurat grała.
— Ale to jest bez sensu! Przecież nic nie będzie… — odwróciła głowę, przypinając rzepem główkę instrumentu do miękkiej, stabilizującej ją gąbki.
— Będzie, musicie mi zaufać. Grałem tam już i to dobrze wyjdzie. Musicie na to patrzeć trochę jak na kościół, ale bez kamienia… — tłumaczył dyrygent, zaciekle broniąc ustawienia, które zaproponował w trakcie próby. Tamsin, podobnie jak reszcie, nie było wszystko jedno, tyle że ona często siedziała przed instrumentami dętymi, wielokrotnie mając tubę za swoimi plecami lub suwak puzonu tuż obok głowy. Siedzenie za głośniejszymi instrumentami, szczególnie że smyczki były w większości, wydawało się wygodnym pomysłem. Nie wiedziała jeszcze, czy dobrym – to dopiero miało wyjść na pokładzie lotniskowca – ale z całą pewnością wygodnym, bo dzięki temu miała pewność, że wyjątkowo skończy koncert bez śladu po bólu głowy.
— Przecież echo będzie się w cholerę ciągnąć! — jęknęła jedna ze skrzypaczek.
— Mówię, że kościół bez kamienia! Akustyka będzie podobna do tej w kościele, ale bez kamiennych ścian. Jeszcze dojdą stoły, tekstylia, mundurowi, ich garniaki…
— Dobrze, że nie bez garniaków — rzuciła z rozbawieniem Tamsin, tym samym ściągając na siebie uwagę kolegów. — Wyluzujcie, akustyka musi być niezła. W tej części, w której będziemy grać, jest chyba podwieszany sufit albo przynajmniej coś jest podwieszone, bo przecież mają zarówno oświetlenie, jak i profesjonalne nagłośnienie.
— Tamsin ma rację, poza tym będziemy mieć próbę przed. Gdyby się okazało, że jednak jest pogłos, to… Wtedy będziemy się martwić. Mamy trzy sety na początku, nad kolejnością się zastanowię, później wchodzi DJ. Możemy korzystać z napojów bezalkoholowych, nie róbcie siary i nie rzucajcie się na jedzenie, co więcej…
— Będzie garderoba? — zapytał saksofonista, który zdaniem Tamsin wziął bardzo do siebie powiedzenie co nie dograsz, to dowyglądasz, przy nawet najmniejszej frazie robiąc pełne emocji miny. Zastanawiała się, czy więcej frajdy daje mu gra na instrumencie, czy ta aktorska.
— Będzie, normalnie z podziałem i kluczem. To impreza policjantów, więc instrumenty…
Usuń— Na scenie będą bezpieczne, hm? Już widzę, jak jakiś nawalony glina… — zaczął kontrabasista, ale dyrygent uciszył go ruchem ręki.
— Odpuść. Wiedziałeś, dla kogo gramy, więc nie ma miejsca na gówniarskie żarty. Między setami możemy zostawić instrumenty na scenie. Ja się będę tam kręcił, część pewnie też zostanie na miejscu. Gramy do kotleta, moi mili, więc nie trzeba się bardziej spinać niż to konieczne — uśmiechnął się dyrygent i podrapał po czaszce, przykrytej na słowo honoru resztką siwych włosów, jaka jeszcze trzymała się skóry. — Jeszcze jakieś pytania?
— Fraki czy smokingi?
— Smokingi, dziewczyny czarne, proste sukienki, mogą być na ramiączka, bez ramiączek, z rękawami, bez… Wszystko mi jedno, byle długie, mogą być z rozcięciem. Jak chcecie, możecie też przyjść w smokingach. Coś jeszcze? — rozejrzał się, ale nie wyglądało na to, by ktokolwiek miał jeszcze jakieś pytania, a nawet jeśli miał, to był prawdopodobnie zbyt zmęczony, by je zadać. Nad materiałem siedzieli od rana, mając raptem jedną przerwę na lunch, a dochodziła godzina dwudziesta, więc nikt nie miał siły pytać o cokolwiek więcej.
Na próbę generalną Tamsin przyjechała prawie pół godziny za wcześnie, będąc święcie przekonaną, że droga zajmie jej więcej czasu, dzięki czemu miała chwilę, aby przejść się po obiekcie, który robił niesamowite wrażenie. Idąc od jednego samolotu do drugiego, z przepustką wydaną gościnnej obsłudze i obowiązkiem poruszania się po wyznaczonych obszarach, co jakiś czas zerkała na telefon, który jasno informował o minutach płynących nieubłaganie, nie pozwalając jej nacieszyć oka maszynami, przyprawiającymi o mimowolną gęsią skórkę, gdy przypominała sobie o ich pierwotnym przeznaczeniu. Cuda techniki, w których całą cudownością były w rzeczywistości umysły ludzi, którzy je wymyślili – czasami zastanawiała się, czy projektanci broni miewają wyrzuty sumienia, że przez ich dzieła można było zabić człowieka. Z drugiej strony zawsze można było do tego podejść od drugiej strony – dzięki ich pracy można było tego samego człowieka obronić.
Do garderoby zawędrowała na tyle wcześnie, by spokojnie odwiesić suknię w pokrowcu, rozpakować instrument i sprawnie rozłożyć pulpit, który na pierwszy rzut oka mógł wyglądać jak przewymiarowany szwajcarski scyzoryk. W trakcie próby nie zdążyliby zagrać wszystkich utworów, więc przećwiczyli jedynie newralgiczne momenty, które miały potencjał do tego, żeby się nie udać, i wrócili do niewielkich pomieszczeń, by tam się przebrać i ewentualnie jeszcze chwilę pograć. Konferansjer ich nie zapowiadał – nie grali w końcu koncertu, a tworzyli jedynie tło, za to i tak musieli z nim współpracować, bo to oni mieli dać znać o rozpoczęciu wydarzenia tak, by nikt nie miał co do tego wątpliwości.
Elegancka impreza wymagała, żeby Tamsin ubrała się także elegancko. Lubiła w swojej pracy to, że tworzyła doskonałą wymówkę dla odrobiny próżności, pozwalając jej bez wyrzutów sumienia kupować kolejne suknie, zazwyczaj czarne, które większość ludzi miała okazję założyć raz do roku, na sylwestrowy bal lub okazję taką jak ta. Grubsze ramiączka schodzące do dekoltu karo, materiał lekko opinający tułów, przechodzący w delikatne marszczenie u dołu brzucha i nieznacznie rozkloszowana spódnica z rozcięciem, dzięki któremu mogła swobodnie usiąść przy instrumencie. No i pokazać nogę w niewysokiej, wygodnej szpilce. A swoje nogi lubiła, to czemu nie miała się dzielić tym widokiem z innymi?
Po krótkim wstępie, gdy policjanci zajęli miejsca, rozejrzała się po przybyłych, kiedy ci byli zajęci słuchaniem przemówień. Gdy uwaga skoncentrowała się na dwójce z nich, wyraźnie niezainteresowanych, może trochę speszonych wywołaniem do tablicy, uśmiechnęła się do wtóru reszty sali, wyraźnie rozbawionej ich wykręcaniem się, starając się namierzyć tę dwójkę wzrokiem. Brant i Gabriel siedzieli obok siebie, ale nie było opcji, by mogła imię połączyć z twarzą – była spostrzegawcza, ale nie była wszystkowiedzącym medium.
Muzyka klasyczno-rozrywkowa, taka do potańczenia, miała to do siebie, że nie była wirtuozowsko trudna, za to należało przy niej trzymać wewnętrzny metronom na wodzy, mocno skupiając się na zapisanych w nutach rytmach, w dużej mierze opierając się na batucie dyrygenta. Każda nuta zagrana w dobrym miejscu była kolejnym punkcikiem sumującym się do wygranej, jakim był udany występ, a Tamsin tę grę uwielbiała, własne bicie serca zagłuszając pulsem podanym przez maestra na samym początku.
UsuńChociaż w obiekcie nie było szczególnie gorąco, to po całym secie czuła, jak przyjemne ciepło rozchodzi się po jej wnętrzu, przypominając to, które biegacze czują po pokonanym dystansie, a wspinacz po zaliczonym etapie wspinaczki – szczytu jeszcze nie było, ale jedna trzecia była za nią.
Zamówiła wodę z cytryną, wykorzystując chwilę, gdy przy barze znalazło się wyraźnie mniej ludzi. Kątem oka zauważyła dwójkę mężczyzn, którzy kilkanaście minut wcześniej wzbraniali się przed powiedzeniem kilku słów przed publicznością, i musiała przyznać przed sobą, że był to widok całkiem przyjemny. Mężczyźni, młodzi i w formie, w smokingach i ze świadomością tego, że na co dzień chodzili w mundurach… Co tu mogło się nie podobać?
Nie miała zamiaru żadnego z nich zaczepiać, może maksymalnie posłać lekki uśmiech, jeden z tych porozumiewawczych, mówiących jasno, że ona wie i oni wiedzą, że są jednymi z bardziej atrakcyjnych osób na sali, chociaż to spojrzenie raczej skierowałaby tylko do jednego z nich – tego, który został sam, bardziej zajęty przyglądaniem się sali niż czymkolwiek innym. Nie zrobiła jednak nic, bo do funkcjonariusza podszedł starszy mężczyzna z młodą kobietą, a Tammy doskonale pamiętała, że wciąż była w pracy.
Właśnie miała dołączyć do swoich koleżanek, wyraźnie zajętych dyskusją, gdy poczuła cudzą dłoń zaciskającą się na jej nadgarstku i było to tak zaskakujące, że przez chwilę nie wiedziała, co powinna zrobić. Gdyby ktoś zaczepił ją tak w klubie, prawdopodobnie zostałby oblany drinkiem albo dostałby ze szpilki prosto w śródstopie, tylko że teraz była niezwykle wręcz rozluźniona, wręcz lekko zaspana na skutek schodzącej adrenaliny, która towarzyszyła każdemu występowi. Całkowicie skonsternowana, z miną jasno mówiącą, że nie ma absolutnie zielonego pojęcia, co tu się właśnie odwala, patrzyła na mężczyznę z wysoko uniesionymi brwiami, bo słyszała słowa, ale nie była pewna, czy dobrze rozumie. Aż w końcu w jej głowie coś przeskoczyło, gdy oderwała wzrok od oczu, które w tym świetle wyglądały na orzechowe, i skupiła je na młodej kobiecie i starszym mężczyźnie. Pokiwała głową, dodając sobie trochę odwagi, by już po chwili uśmiechnąć się szeroko, kiedy tylko mężczyzna puścił jej nadgarstek. Dłoń natychmiast przysunęła do swojego boku, w geście tym szukając zabranego jej komfortu, ale postanowiła zagrać w tę grę – co jej szkodziło?
— Ach, oczywiście, że pamiętam, skarbie. Bardzo mi miło, Tamsin Passalis — uścisnęła wyciągniętą w jej kierunku dłoń, po czym w ten sam sposób przywitała się z Lauren, uśmiechając się przy tym niezwykle serdecznie, przesadnie wręcz, podobnie do tego, jak chwilę wcześniej uśmiechał się mężczyzna stojący obok.
— Brant, czemu nie wspomniałeś, że twoja dziewczyna gra? Widziałem cię na scenie, Tamsin, i muszę przyznać, że świetnie wam to wyszło — powiedział mężczyzna, za wszelką cenę próbując przy tym ukryć pewnego rodzaju rozczarowanie. Po minie Lauren Tamsin nie była w stanie określić, czy bardziej było to rozczarowanie, czy ulga, że udało jej się uciec przed swatami ojca, ale na zastanawianie się nad tym Tamsin nieszczególnie miała czas. Brant, czyli tak miał na imię jej ledwo poznany wybranek, na którego nie miała teraz nawet odwagi spojrzeć, bo to mogłoby się zakończyć głośnym wybuchem śmiechu z absurdalności tej sytuacji.
— Bardzo dziękuję. Cieszę się, że się spodobało. Jeszcze przez dwa sety trzeba będzie słuchać naszego rzępolenia, ale później już czeka na wszystkich sama zabawa — zapewniła, przeskakując spojrzeniem pomiędzy Robertem a Lauren.
Usuń— Mam w takim razie nadzieję, że zobaczymy się na parkiecie, jak już będziesz po pracy. Połamania… Chyba nóg, to życzy się aktorom, a tobie… To chyba smyczka, prawda? — uśmiechnęła się Lauren, wyraźnie chcąc uczestniczyć w rozmowie.
— Może być noga, może być i smyczek, w każdym razie wolę nie dziękować — skinęła Tamsin głową w wyrazie grzecznościowej wdzięczności.
— Miło było cię poznać, Tamsin. Dobrze, że Brant przestał cie w końcu przed nami ukrywać — mężczyzna uśmiechnął się wymownie, posyłając Brantowi spojrzenie, którego znaczenia Tamsin mogła jedynie się domyślać.
— Cóż mogę powiedzieć, to była już najwyższa pora — spojrzała w stronę Branta, nie powstrzymując się od wymownego uniesienia kąciku ust i intensywnego spojrzenia. — Was również było przemiło poznać — ponownie zwróciła się do pary rozmówców, których odprowadziła wzrokiem, kiedy nachylili się do siebie, wyraźnie zaczynając dyskusję.
Odwróciła głowę w stronę skarba i gdyby twarz była w stanie układać się w znak zapytania, to jej właśnie tak by w tej chwili wyglądała.
— Masz dwie minuty, żeby to wyjaśnić, i oby to było dobre — oparła rękę na biodrze, patrząc na niego w oczekiwaniu na dobrą wymówkę.
Tamsin Passalis 👀👠
Jej policzki mimowolnie nabrały czerwonego koloru, kiedy stwierdził, że widoki są fantastyczne i chyba chodziło mu o nią, a nie o cudowną naturę, która ich otaczała. Jej blada twarz nabrała nieco kolorów, ale bardziej z zawstydzenia niż poprawy samopoczucia.
OdpowiedzUsuń— Bez przesady, nie jest aż tak tragicznie — odparła, kiedy Brant stwierdził, że jej stan jest niepokojący. — Może i wyglądam źle, ale nie jest tak źle jak to wygląda. — wyjaśniła szybko, bo gdyby nie ta przeklęta kostka to już dawno sama by się stąd wydostała i to bez żadnej liny.
— Nie, nie uderzyłam się w głowę. Zadrapałam się, spadając… — odgarnęła burzę kręconych, poplątanych włosów z twarzy, jakby chciała mu pokazać, że wszystko jest okej. Być może nie powinna była przyznawać się, że nie czuje się najlepiej. Mogła iść w zaparte, zaprzeczać i udawać że wszystko jest w porządku. Love była naturalna, a kłamanie totalnie jej nie wychodziło. Miała wrażenie, że od razu dało się wyczytać kłamstwo z jej oczu, tonu głosu czy gestów.
— Proszę, nie — dotknęła jego dłoni, kiedy sięgnął po telefon i gwałtownie wyrwała mu go z dłoni, zaraz jednak kładąc na ziemi przed sobą. Wiedziała, że nie powinna mu go zabierać, ale to był impuls, nad którym nie zapanowała. Często bywała lekkomyślna i impulsywna, co było źródłem jej późniejszych kłopotów. Jednak, krew to nie woda, prawda?
— Przepraszam. — mruknęła, przesuwając telefon w jego stronę. Nienawidziła ratowników, lekarzy, szpitali, igieł i lekarstw. Być może była to trauma, bo jako dziecko spędziła prawie miesiąc w szpitalu, kiedy zachorowała i matka siłą ją tam zaprowadziła, mimo protestów Love i jej ojca. Teraz kiedy była już dorosła, to wisiało nad nią jak cień i nie dałaby się zaciągnąć tam nikomu, nawet jeśli miałaby umrzeć w tym dole. Zawsze leczyła się naturalnie, głównie ziołami i roślinami, które naprawdę miały ogromną moc, jeśli tylko miało się odpowiednią wiedzę. — Skoro podjąłeś ryzyko i tu zszedłeś, to Ty mi pomożesz. — nie zapytała, nie poprosiła, tylko stwierdziła, jakby to był fakt. — Zresztą, nie wiadomo jak długo byśmy czekali na pomoc, a w końcu jesteśmy w środku lasu, z dala od turystycznych szlaków i campingów pełnych ludzi. Więc może nie marnujmy czasu i wydostańmy się stąd, zanim zaskoczy nas burza i zaleje nas w tym dole, hm? — jego chęć wezwania pomocy było jak kubeł lodowatej wody wylany prosto na jej głowę i nieco ją otrzeźwiło. — Ostrzegam Cię, Brancie Dawsonie, jeśli gdziekolwiek zadzwonisz, to skorzystam z Twojej liny i sama stąd wyjdę, choćbym miała się czołgać. — mówiła śmiertelnie poważnie i było to widać na jej twarzy. Może była zbyt uparta, a może głupia i nieodpowiedzialna, ale i tak miała zamiar postawić na swoim. Mógł próbować ją przegadać, ale i tak to by spełzło na niczym, bo kiedy coś sobie ubzdurała, to dążyła do tego za wszelką cenę. Tak było też z jej przeprowadzką do Nowego Jorku, która była wręcz absurdalna, patrząc na jej styl życia, nawyki i przyzwyczajenia. A jednak pragnienie odzyskania rodziny było silniejsze niż cokolwiek innego.
Choć z jednej strony Love była delikatną i kruchą duszą, z wysoką wrażliwością na świat i jego piękno, to jednocześnie była cholernie zawzięta i zdeterminowana.
Love Anderson
Ian był ciekaw, czy kilka drinków zmiękczy Karlę na tyle, że ta ulegnie nieodpartemu urokowi Jasona. Jednocześnie nie przyglądał się tej dwójce wyłącznie z czystej ciekawości. Żywił także nadzieję, że Jason nie okaże się chujem, który wykorzysta to, że tych kilka drinków zmiękczy Karlę. Nie przewidywał, by coś podobnego miało prawo mieć miejsce, ponieważ zdążył trochę poznać Jasona i ten nie wydawał się creepem, który wykorzystywał pijane dziewczyny, ale nigdy nic nie wiadomo, prawda? Ian, który sam nie pił, poniekąd był wyczulony na takie sytuacje. Nie miał nic przeciwko temu, kiedy ludzie kupowali od niego towar i sami, na własne życzenie, robili sobie krzywdę, za to nie znosił sytuacji, w których ktoś zostawał ubezwłasnowolniony przez drugą osobę. Nie brakowało przecież świrów, którzy dorzucali dziewczynom pigułki gwałtu do drinków. Hunt, kiedy jeszcze handlował po imprezach, wielokrotnie bywał świadkiem podobnych sytuacji. Raz coś podobnego spotkało nawet Debbie, w dodatku na domówce, w gronie teoretycznie zaufanych osób. Typ, którego Ian przyłapał na majstrowaniu przy szklance rudej, nieomal skończył z rozbitą o kamienny blat głową i doprawioną zawartością szklanki siłą wlaną w gardło. Gdyby nie interwencja samej Debbie i innych imprezowiczów, pewnie nie byłoby żadnego nieomal.
OdpowiedzUsuń— Za Jasona i Karlę — zażartował, a że przyszły triathlonista akurat popatrzył na nich ponad ramieniem swojej rozmówczyni, to Ian uniósł butelkę z piwem w geście toastu i pociągnął łyk. Spostrzegłszy to, Jason wywrócił oczami, na co z kolei Karla obróciła się przez ramię, obrzuciła Iana oraz Branta spojrzeniem, po czym pokręciła głową i zaśmiała się dźwięcznie. Najwidoczniej była doskonale świadoma istoty sprawy i nie czuła się tym ani trochę skrępowana, przeciwnie, chyba całkiem nieźle się bawiła, jednocześnie nie przekraczając tej cienkiej granicy, która pozwoliłaby Jasonowi na zarzucenie jej, że dawała mu sprzeczne sygnały. Być może to, że Jason się za nią uganiał, po prostu jej schlebiało, starała się jednak w żaden sposób tego nie wykorzystywać.
— No tak, lepiej nie ryzykować — skomentował ze śmiechem, krótkim i cichym, kiedy Brant podważył sens przyprowadzania na siłownię tak Tate, jak i kogokolwiek innego. Wbrew pozorom, przy podnoszeniu ciężarów łatwo było o wypadek, choć przed poznaniem Tate Ian spodziewałby się raczej naderwania lub naciągnięcia jakiegoś z mięśni, niż zwichnięcia nadgarstka. — Chyba powinienem bardziej uważać na Debbie — dodał, choć akurat ona radziła sobie bardzo dobrze. Musiała być w formie, aby podołać pracy w policji. Nie siedziała przecież za biurkiem, a jeździła na patrole, na których mogło wydarzyć się wszystko. Już raz dostała kulkę w ramię – Ian miał ogromną nadzieję, ze był to zarazem pierwszy i ostatni raz – i wracała po tym do sprawności, a choć od postrzału minął już przeszło rok, ramię nadal potrafiło ją boleć, w dodatku mocno, najczęściej w nocy.
— Kanał na You Tube? A o czym? — zainteresował się, bo ani Brant nie wspomniał w rozmowie, że Tate takowy prowadziła, ani sama Tate się tym nie pochwaliła. Mogła po prostu nie zdążyć, bo wydawało się, że zwichnęła ten nadgarstek, ledwo przyszedłszy na siłownię. Stąd Ian skupił się raczej na udzielaniu pomocy, niż na dowiadywaniu się, czym Tate zajmowała się w wolnym czasie, a wyglądało na to, że hobby miała ciekawe. Choć to zależało od tematyki samego kanału. Kontent beauty raczej nie był tym, który Ian wybierał na co dzień.
Omiótł wzrokiem salę. Pod jedną ze ścian ustawiono długi stół, na którym teraz pracownicy pubu rozkładali wspomniane przez Garreta przekąski.
— Myślę, że część ludzi się rozejdzie, a część spędzi tutaj większość nocy — odparł dyplomatycznie, popatrując przy tym to na krzątających się pracowników, to na Branta, przy czym do tego drugiego uśmiechał się lekko. — Na przykład tamci. — Wskazał na sporą mieszaną pod względem płci grupę, która zajmowała dwie przylegające do siebie loże, a która odpowiedzialna była za większość wypełniającego przestrzeń hałasu w postaci rozmów i śmiechu.
— Wyglądają na takich, co będą siedzieć długo. To chyba grupa Barb z treningu funkcjonalnego — zauważył, bo kojarzył parę twarzy. Parokrotnie zdarzyło mu się trafić na te zajęcia, z których wyszedł zlany potem, bo długa praca na wysokim tętnie dała mu się we znaki.
Usuń— A tamci — kontynuował, obróciwszy się w drugą stronę, gdzie kilka osób stało i luźno gawędziło, równie luźni popijając piwko. — Pewnie dopiją to piwo i sobie pójdą — ocenił. Sam nie przydzielił się do żadnej z tych grup, choć bliżej było mu do tych, którzy zmyją się po kilku piwach czy drinkach. Nie był typem imprezowicza, bynajmniej nie dlatego, że prowadził nie wiadomo jak zdrowy tryb życia. Po prostu spędzanie czasu pośród dużej grupy osób nigdy nie sprawiało mu szczególnej przyjemności.
IAN HUNT
Można powiedzieć, że , jeśli chodziło o talent i umiejętność improwizacji. Tamsin nie dorastała w tak okrutnej, bezwzględnej dla dziecka rzeczywistości. Nie mogła narzekać na to, że nie miała co włożyć do ust, bo zawsze była zapisana na szkolne obiady, a i jej mama starała się, by w wynajmowanym przez nie mieszkaniu albo domku dla gości któregoś z jej pacjentów, w którym akurat się zatrzymały, była chociaż puszka zupy. Możliwe, że to właśnie dlatego ta puszka z zupą do podgrzania kojarzyła się Tamsin z najgorszą życiową porażką, jaką kiedykolwiek mogłaby odnieść. Zatoczyć koło – zacząć od zupy i na zupie skończyć; dlatego robiła wszystko, byle tylko tego uniknąć. Ale tak jak Brant był człowiekiem pewnych zachowań, które wżarły mu się pod skórę wraz z doświadczeniem, tak i Tamsin nie była w stanie zmienić tego, kim się stała przez swoje dorastanie. Z perspektywy czasu uważała, że i tak nie było najgorzej, bo wychowując się na kartonach i potrafiąc zamknąć życie w jednej walizce, człowiek uczył się dużej elastyczności. Czasami miała wrażenie, że kręgosłup ma z gumy, chociaż kilka zasad pozostawało dla niej żelaznych, co kłóciło się z tym, że jak kameleon potrafiła zmieniać kolor, wciąż pozostając sobą. Przez liczne przeprowadzki, zmiany szkół, późniejsze podróże, aż w końcu wejście w towarzystwo drapieżników, które atakowały, gdy tylko poczuły krew, Tamsin nauczyła się szybko dostosowywać, wyłapując niuanse w zachowaniu innych i wyczuwając, w którą strunę powinna uderzyć, by otrzymać oczekiwany dźwięk. Oczywiście miało to swoje ograniczenia i sprawdzało się jedynie przy krótkich, płytkich rozmowach o niczym, z ludźmi, którzy zazwyczaj nie mieli dla niej większego znaczenia, ale z jakiegoś powodu chciała przed nimi dobrze wypaść, jak chociażby teraz. Zgodziła się dla hecy. Już raz udawała cudzą żonę, chociaż było to solidnie omówione wcześniej, a teraz musiała improwizować i było to o tyle trudne, że nie znała imienia tego, który ją zaczepił. Miała pięćdziesiąt procent szansy na to, że trafi dobrze, ale pomyłka raczej nie przeszłaby niezauważona. Skoro miała grać tak, żeby nikt się nie domyślił, musiała się postarać, bo Tamsin lubiła dobrze robić rzeczy, których się podejmowała. Nawet jeśli miało to być granie dziewczyny funkcjonariusza, który nawet nie zapytał jej o zgodę. A może właśnie dlatego? Tak jak Branta siostra upominała go, że była najwyższa pora na to, aby się z kimś związał, tak w przypadku Tamsin nikt raczej jej w to nie pchał. Najbliższe jej osoby, przyjaciele, których zdobyła w przeciągu ostatnich kilku lat, znały jej historię, a z takim bagażem… No cóż, nikt raczej nie zdecydowałby się wywierać na niej jakiejkolwiek presji, nie tylko w obawie, że mogłaby jej się przytrafić powtórka z rozrywki, ale raczej dlatego, że dopiero od kilku miesięcy zdawała się w pełni zostawić to za sobą. Nie zamierała już, gdy ktokolwiek podnosił w pomieszczeniu głos, nie odsuwała się odruchowo, gdy ktoś niespodziewanie poruszył się w jej otoczeniu zbyt szybko. Kilka miesięcy to niewiele, a były to jedynie reakcje ciała; co było z głową Tamsin, tego nie wiedział nikt, bo o takie rzeczy nie pyta się wprost, a Tamsin nie poruszała tego tematu. Łatwiej było udawać, że nic takiego się nie stało, gdy nie mówiło się o tym głośno, więc milczała, ciesząc się tymczasowymi rozwiązaniami, które udało jej się wypracować, a których prowizoryczność zaczynała ustępować miejsca pełnej konstrukcji, która trzymała ją w ryzach. Przyjaciele byli przyjaciółmi, mężczyzna, z którym okazjonalnie sypiała, był tylko kimś, z kim spędzała noc, najczęściej naciskając, by wyszedł tuż po, bo nie chciała z nim rozmawiać. Znała swoją naturę. Wiedziała, że gdyby zaczęli rozmawiać więcej, a jej by się to spodobało, prawdopodobnie by się w nim zauroczyła, a nie chciała mieć złamanego serca.
OdpowiedzUsuńZ tego powodu na randki chodziła okazjonalnie, zazwyczaj na te pierwsze, sporadycznie na drugie, ale później przestawała odpisywać na wiadomości bądź wprost mówiła, że to , czymkolwiek miałoby być. Tanner, jeden z serdecznych przyjaciół, wznosił ostatnio toast za to, by poznała , i była przekonana, że nie myślał przy tym o przypadkowym facecie w galowym mundurze, który jednym zdaniem obsadził ją w roli dziewczyny, ale na ten wieczór nie miała zamiaru narzekać. Może nie świadczyło o niej to najlepiej, ale gdyby Brant nie był przystojnym gościem, istniało prawdopodobieństwo, że zastanawiałaby się nad tym fortelem nieco dłużej, a tak? Weszła w to na całego, ale nie miała zamiaru odmówić sobie kilku uwag.
Usuń— Brant, misiaczku, w dwie minuty byś się z tą sukienką nie uporał — zaśmiała się, odpowiadając na zaczepkę, której nie mogła ot tak pozostawić bez odpowiedzi. — Ranisz moje uczucia, robiąc z tego taką przypadkowość. Już myślałam… Już myślałam, że od pierwszego wejrzenia wiedziałeś, że to muszę być ja… — zatrzepotała rzęsami, z trudem powstrzymując parsknięcie śmiechem, co zdradzało drżenie jej klatki piersiowej. Komizm całej sytuacji był dla niej jeszcze większy, gdy zaproponował, że jej się odwdzięczy. Niby jak? Nawet mandatów nie miała, bo po Nowym Jorku poruszała się jedynie komunikacją miejską i Uberem. Nie odwracając od niego spojrzenia, uniosła lekko brew, bo jedyne, co na ten moment przyszło jej do głowy, to przyklejenie tych cholernych płytek w łazience, do których nie miała serca ani głowy. — Niech będzie, że jesteśmy kwita za mój ubaw, który przez chwilę miałam. Może kiedyś będę potrzebowała czegoś od stróża prawa — mógłby w zasadzie pogadać z Noahem. W zasadzie to faktycznie nie był taki głupi pomysł, żeby opowiedział chłopakowi o swojej pracy, bo chłopak w ostatnim czasie mocno interesował się związaniem swojego życia ze służbą. Było tak od momentu, kiedy poznał policjantkę Debbie Grayson i zobaczył, że funkcjonariusz też mógł być człowiekiem – nie tylko stróżem prawa, które niekoniecznie zawsze działało tak, jak należy.
Z chwilowej zadumy i, jak jej się zdawało, trochę zbyt długiego utrzymywania kontaktu wzrokowego z Brantem wyrwało ją pojawienie się przy nich jego kolegi.
— Tamsin Passalis — uścisnęła dłoń wyciągniętą w swoim kierunku, na chwilę zerkając w prawo, wyraźnie czując na sobie czyjeś spojrzenie. — Ach, nic takiego się nie stało, tylko… Chyba właśnie… — zawiesiła głos, ponownie zerkając szybko w bok. — Właśnie zadałeś Robertowi pytanie, czemu jako dobry kumpel Branta też mnie nie znałeś — powiedziała z uśmiechem, jakby właśnie rozmawiali o pogodzie. — Przygląda nam się, chłopaki. Brant, lepiej mnie zdradź dzisiaj, to wyjdziesz na strasznego palanta i wtedy już na bank nie będzie chciał cię za zięcia, ale może też przestać cię lubić. Gabrielu, przemiło było cię poznać, ale muszę wracać do pracy… Pa, — mrugnęła do Dawsona, Gabrielowi posłała szeroki uśmiech i dołączyła do muzyków idących w stronę sceny.
Następny set grała w profesjonalnym skupieniu, rozproszonym jedynie w krótkich, kilkutaktowych pauzach, gdy mimowolnie rozglądała się po słuchaczach, wzrokiem szukając Branta. Było to głupie, przypominające zabawę w , tym bardziej że wszyscy mieli na sobie niemal takie same mundury. Może nie było to racjonalne, ale ta gra całkiem jej się spodobała i chociaż skończyła się w momencie, gdy Robert i Lauren od nich odeszli, to zwyczajnie wciąż bawiła Tamsin.
Przestała, gdy schodząc ze sceny, dostrzegła, że w jej stronę zmierza starszy mężczyzna. Udając, że go nie widzi, starała się możliwie szybko namierzyć Branta, ostrzec go lub przywołać w jakiś sposób spojrzeniem, ale jak na złość nie miała go w zasięgu wzroku, gdy Robert zrównał się z nią krokiem.
Usuń— Tamsin, muszę powiedzieć, że świetnie wam to wyszło. Tak jak mówiłem wcześniej, bardzo się cieszę, że w końcu mogłem cię poznać — uśmiechnął się grzecznie i miło, w ten sposób, od którego przebiegał wzdłuż kręgosłupa dreszcz. — Jak się poznaliście? Ile to już trwa? — zagaił, jakby nigdy nic, a Tamsin nie miała wyboru, jak się przy nim zatrzymać i zacząć zmyślać.
Tamsin Passalis 💭
Mathilde miała ten przywilej w życiu, że nie była na służbie, a sam pomysł chwytania się zajęcia w obrębie tego typu organizacji zdecydowanie ją odstręczał. Zbyt mocno ceniła sobie własną niezależność, by dać się ujarzmić w ramach profesji skłaniającej do służby innym. Ceniła sobie zatem swój zawód w sektorze ochrony medycznej, choć zdawała sobie sprawę, że w razie realnego zagrożenia sytuacji kraju, nie miałaby gdzie uciekać jako osoba z wiedzą strategicznie kluczową dla przetrwania, musiałaby zostać na miejscu i udzielać pomocy innym. Jasne, że było jej to nie w smak, jednak nie zakładała najczarniejszych scenariuszy i na co dzień w ogóle o tym nie myślała, choć nikt nie mógł przewidzieć co szykuje nowy dzień, ani obecne rządy. Z kolei potegujące się wątpliwości względem życia w tym kraju, Stevenson próbowała przekuć w poszukiwania ofert pracy na starym kontynencie. Do tej pory bezskuteczne, choć nie traciła nadziei.
OdpowiedzUsuńBrak posiadania kont na portalach społecznościowych w obecnych czasach i ich wieku było osiągnięciem co najmniej wybitnym. Jakim cudem ta sztuka Brantowi się udała? Ukrywanie się przed światem i technologią cyfrową tak długo? Patrząc na niego, nie mógł być młodszy od samej Tilly, a więc świat social medii był niejako wpisany w krwioobieg ich pokolenia. A mimo to, uchował się taki Dawson. Nie wiadomo jak i dlaczego, ale Tilly mu zazdrościła, a gdyby tylko o tym wiedziała, poprosiłaby go o wskazówki. Często łapała się na tym, że bardzo chciała ograniczać czas przed ekranem, ale na chęciach tylko się kończyło. A przecież i tak nie była nagminnym użytkownikiem udogodnień smartfona. Młodsze koleżanki siedziały wpatrzone w swoje telefony o wiele dłużej.
Jedyne co wyłamywało ją na tle technologicznie zafascynowanego dogodnościami społeczeństwa, był fakt, że Mattie nie była zupelnie na bierząco z platformami streamingowymi, preferując w wolnych chwilach oglądać jednak nagrania z pościgów i zatrzymań oraz przesłuchania policyjne. W najgorszym razie przełomowe operacje, gdy już nie było w czym wybierać.
— Dzięki. — skwitowała, choć nie wiedziała co o tym myśleć. Czy jego słowa były szczere? I czy w ogóle go to interesowało? Potrafiła dużo opowiadać o swoich podróżach i zdobytych doświadczeniach, choć nie były one tak słodkie i urokliwie, jak większość rolek na Instagramie. Faktycznie zdobyła wiele niezapomnianych wspomnień ze swoich wyjazdów. Wiele przykrych widoków również nie było jej obcych. Te z kolei wracały do niej często, pozwalając zachować trzeźwość myślenia w emocjonalnych chwilach. Wiedziała wtedy, jak tragicznie ludzkie życie może wyglądać.
— Robię to zwyczajnie dla siebie. Egoistycznie chcę wiedzieć więcej. Poza tym, lubię podróżować sama. — wzruszyła lekko ramionami, uznając to za rzecz zupełnie błahą i zwyczajną, następnie jednak zwróciła swoje zainteresowanie w jego kierunku. — A Ty nigdzie nie wyjeżdżasz? Nie masz dość tego miasta? Nie wracasz do rodzinnej Oklahomy czasem? — zdziwiła się, bo sama chętnie szukała sposobności na wyrwanie się z Wielkiego Jabłka, a gdy tylko nadarzyła się okazja na wyjazd, czy to dalszy, czy też bliższy, nie miała w zwyczaju jej odrzucać.
— Ok. — zgodziła się, kierując się w stronę, którą wskazał jej Dawson, jako bezpieczniejszy kierunek szukania wyjścia z trybun. To on tutaj był specem od bezpieczeństwa. Ona była raptem dziewczyną z zapędami na włamywanie się do męskiej szatni. A jak oboje się przekonali, bardzo nikłe były to chęci do forsowania zamkniętych przestrzeni. Co innego zamykanie się w nieoczywistych, ciemnych miejscach. Choć to już były preferencje jej towarzysza.
Usuń— Zapraszam oczywiście, ale czeka Was wtedy naprawdę dłuższy spacer. — zauważyła na propozycję Dawsona, który chciał ją podprowadzić wraz ze swoim pupilem. Nie zamierzała się sprzeciwiać, choć wolała ostrzec przed faktem, że to nie są trzy przecznice, a o wiele dłuższa wyprawa. Ostatecznie nie bez powodu wybrała się na trening na taką odległość od swojego mieszkania. Chciała zmienić otoczenie. — 3 kilometry do zrobienia przed nami. O ile oczywiście, chcesz sprawdzić gdzie mieszkam. — uśmiechnęła się zaczepnie do Branta, choć darowała sobie już dalsze przekomarzanki oraz podteksty, skoro obiecała być już grzeczna dzisiaj. Może zatem powinna odezwać się do Hunta, czy nie podrzuci jej odrobiny trawy na relaks dzisiejszego wieczoru?
— Koda jest naprawdę strasznym słodziakiem. — uśmiechnęła się do pupila Branta, widząc jak energicznie reaguje na słowa swojego pana. Z ich dwóch, zdecydowanie to psina zdobywała bardzo sprytnie i szybko jej względy.
Mathilde Stevenson
Love przez chwilę przyglądała mu się z pewnym zainteresowaniem, jakby próbowała dopasować jego zachowanie do jakiejś znanej sobie kategorii. Nie przychodziło jej to łatwo. Miał w sobie coś, co przywodzi jej na myśl ludzi przyzwyczajonych do podejmowania decyzji bez oglądania się na innych, ale nie potrafiła rozstrzygnąć, czy wynikało to z zebranego w życiu doświadczenia, czy po prostu z charakteru. Może z jednego i drugiego? W każdym razie nie wyglądał na kogoś, kto łatwo dawał się przekonać, więc była szczęśliwa i poniekąd dumna, że jej się to w pewnym sensie udało. Była ciekawa, jak wiele kryło się za tym spokojem i skąd brała się pewność, z jaką przejmował kontrolę nad sytuacją. Oczywiście dostrzegała wartość w tym, że znalazł się obok ktoś, kto nie wpadał w panikę na widok skręconej kostki i nadciągającej burzy.
OdpowiedzUsuń— Na pewno nie jest tak źle, żebym potrzebowała helikoptera. Zresztą, po co mi helikopter, skoro mam Ciebie? — zapytała z rozbrajającym uśmiechem, wzruszając delikatnie ramionami. Zupełnie jakby chciała go udobruchać po wyrwaniu mu telefonu. Chyba jednak nie był na nią zły, bo dostrzegła na jego twarzy rozbawienie.
Nie zamierzała tłumaczyć, dlaczego perspektywa sprowadzenia na górski szlak całej ekipy ratunkowej napawała ją większym niepokojem niż perspektywa samodzielnego zejścia. Nie chodziło o pieniądze ani o ubezpieczenie, choć z pewnością łatwiej byłoby uwierzyć właśnie w taką wersję. Problem leżał gdzie indziej, wynikał z jego traumy, co więcej Love nie lubiła robić z siebie widowiska, nie lubiła też przyznawać, że znalazła się w sytuacji, z której nie potrafiła wybrnąć bez czyjejś pomocy. A już szczególnie nie znosiła świadomości, że wystarczyła chwila nieuwagi, by jej własne ciało odmówiło posłuszeństwa. Poza tym sama myśl o lekarzach, szpitalu i igłach napawała ją ogromnym lękiem. Przeniosła wzrok na telefon, który zniknął w kieszeni Branta i westchnęła cicho, z widoczną ulgą, wymalowaną na jej twarzy. W duchu ucieszyła się, że udało jej się go przekonać, choć być może zareagowała zbyt impulsywnie na jego chęć wezwania pomocy.
— Lewy. Wydaje mi się, że wystarczy unieruchomić kostkę, nie powinna być złamana, bo skala bólu jest.. średnia — odparła, mimowolnie zerkając na swoją kostkę. — Znasz się na udzielaniu pierwszej pomocy? — zapytała, chcąc dowiedzieć się o nim czegoś więcej. Była typem obserwatorki, która w milczeniu zbierała informacje, teraz jednak pragnęła dowiedzieć się czegoś więcej, więc wyjście z inicjatywą było konieczne.
Niebo nad koronami drzew przybrało ołowiany odcień, gdzieś w oddali rozległ się niski pomruk grzmotu, a wiatr szarpnął gałęziami, strącając na ziemię garść suchych liści. Love spojrzała na ciemniejący szlak, potem znów na mężczyznę. Nie miała pojęcia, jak długo zajmie im dotarcie do bezpiecznego miejsca, ale na pewno musieli się pospieszyć.
Love Anderson
Wilhelmina szybko polubiła tę pozycję, bo Brant znalazł się głęboko w niej, docierając do punktu, który sprawiał, że traciła zmysły. Czuła, jak w nią uderzał, jak zaciskał palce i nadawał im ciałom rytm, sprawiając, że nie mogła złapać oddechu. Poza tym jego usta idealnie wypełniały jej – przez to każdy jęk był nieco stłumiony i nie odbijał się głucho od ścian. Ten seks, który nigdy nie miał się wydarzyć, był dla Miny niemal uzależniający – wiedziała już, jak smakował Brant, jak do niej pasował i jak reagował, gdy mocno się na nim zaciskała. Nie miała pojęcia, czy kiedykolwiek będzie okazja, żeby móc to powtórzyć, czy może po tym wszystkim nadejdzie moment otrzeźwienia, ale teraz chciała być pijana właśnie tą konkretną bliskością.
OdpowiedzUsuńJęknęła głośniej, gdy złapał za jej włosy i odchylił jej głowę. Zerknęła w stronę Branta z lekko rozchylonymi ustami, a widząc jego ciężkie od pożądanie spojrzenie, uśmiechnęła się niewinnie, bo jeśli kiedykolwiek będzie miał w ten sposób jakąś kobietę, powinien pamiętać o jej twarzy; lekko zaczerwienionej, z włosami przyklejonymi do czoła i policzków oraz ozdobionej mnóstwem piegów, których nie dało się policzyć. Przygryzła lekko dolną wargę, żeby stłumić kolejny jęk, ale nie zdołała powstrzymać sapnięcia, gdy Brant sprawnym ruchem zmienił pozycję – gdy z niej wyszedł, odwróciła do niego głowę z zniecierpliwieniem, czekając, aż znów będzie tak blisko. Nie musiała długo czekać, a kiedy przyciągnął ją mocno do siebie i otarł się o nią, Mina przymknęła oczy. Zadrżała mimowolnie. Naprawdę niewiele było trzeba, aby Brant doprowadził ją do szaleństwa. Może powinno ją to zmartwić, może właśnie teraz w jej głowie powinien rozbrzmieć alarm, ale nic takiego się nie wydarzyło.
Dotknęła zimnymi palcami jego palców, gdy złapał ją za szyję, i przyciągnął jej plecy do siebie. Cholera. Zamruczała cicho, kiedy wsunął się w nią leniwie, pozwalając, aby poczuła każdy jego centymetr. Jej druga dłoń przemknęła do jego twarzy i musnęła policzek w momencie, w którym zniżył się, żeby pocałować jej ramię. Ten gest, pomimo tego, co się działo, był uroczy i sprawił, że Mina zrozumiała, że nie chodziło tylko o fizyczność tego aktu.
Jego ruchy były coraz głębsze, szybsze, niemal rozdzierające. Czuła, jak drżą jej uda, jak jej ciało poddaje się narzuconemu rytmowi. Jej oczy uciekły w tył, a plecy mocniej przywarły do męskiego torsu – wtedy Brant zasłonił jej usta dłonią. Wciągnęła gwałtownie powietrze przez nos, mając wrażenie, że się rozpada. I może właśnie tak było. Wyciągnęła język, aby dotknąć koniuszkiem palców, a potem przygryzła nieco jeden z opuszków. Słysząc jego przekleństwo i swoje imię z jego ust, zrobiła się ciaśniejsza. Tylko Brant mógł sprawić, że te kilka słów odbierze jej rozum. Syknęła cicho, gdy wymierzył jej krótkiego, ostrego klapsa i posłała mu ciężkie spojrzenie; było zamglone i błyszczące od pożądania. Pieszczota niemal od razu sprawiła, że Mina zadrżała w jego ramionach, będąc u kresu. Wiedziała, że jeszcze chwila, a Brant będzie musiał ją zbierać z własnego łóżka. Jego dłoń przy jej ustach pomagała jej tłumić to, co z nią robił, a mając świadomość tego, że Brant dba o dyskrecję, pozwoliła sobie być trochę głośniejsza; chciała, żeby doskonale wiedział, co z nią robił i jak bardzo właśnie tego chciała.
— Dojdź we mnie… — powiedziała słabo drżącym głosem, a gdy zaczął pieścić jej najczulszy punkt palcami, wzięła gwałtowny oddech, mając wrażenie, że zaraz złamie się pod wpływem tych wszystkich doznań; wilgoć była wszędzie, jej pot i jego pot, jej podniecenie i jego podniecenia. — Proszę… — Mina spięła się mocno, a gdy coś nią szarpnęło, zacisnęła mocno oczy i przyjęła spełnienie, które wprawiło w ruch każdy jej atom. Wybuch tej supernowej w niej i gdzieś poza nią sprawił, że miała ochotę wykrzyczeć to tu i teraz, ale powstrzymała się, szybko odwracając głowę do Branta. Posłała mu krótkie spojrzenie, a potem gwałtownie docisnęła usta do jego ust, ściskając uda, gdy zdała sobie sprawę, że doszedł w niej. I to było kurewsko dobre, bo czuła wszystko; jego orgazm, moment, gdy był tak twardy i o krok od spełnienia, a potem chwilę, kiedy ciśnienie z niego schodziło.
Usuń— To było… — Odsunęła się odrobinę od jego ust, łapiąc chaotyczny oddech. Przełknęła ślinę, a jej spojrzenie przesunęło się po męskiej twarzy. Uśmiechnęła się leniwie, a potem trąciła nosem jego policzek. Nie czuła się zawstydzona ani nie zdążyła zwątpić w to, co się stało. Niczego nie żałowała. I choć można by było spodziewać się, że będzie niezręcznie, to wcale tak tego nie postrzegała; to wszystko musiało się w końcu wydarzyć.
Wilhelmina Sallow 💦🤤😈
Uśmiechnęła się mimowolnie, gdy pociągnął ją w dół, przygniatając sobą. Jego ciężar wydawał się w tym momencie idealny. Wzięła głębszy oddech, a kiedy się z niej wysunął, niemal od razu poczuła się pusta. Zdecydowanie wolała poprzednią bliskość, ale wiedziała, że dzisiejsza noc wycisnęła z niej i Branta wszystko, co najlepsze. Zamruczała cicho, przyjmując jego leniwy dotyk, leżąc w jego łóżku i zostawiając swój zapach.
OdpowiedzUsuńZerknęła w bok, obserwując, jak Brant zdejmuje z siebie spodnie, których najwidoczniej nie pozbył się gdzieś w trakcie tego chaosu. Mimowolnie się zaśmiała i posłała mu rozbawione spojrzenie, bo akurat to było całkiem zabawne.
— Dobrze wiedzieć, że mam moc doprowadzania funkcjonariusza Branta do szaleństwa. — Uśmiechnęła się szerzej, choć wiedziała, że gdyby jego spodnie były powodem, dla którego czegoś nie mogliby zrobić, Brant pozbyłby się ubrania ot tak. Ale lubiła tę myśl, że umiała sprawić, aby o czymś zapomniał, nawet jeśli były to tylko głupie spodnie.
Patrzyła, jak się do niej zbliżył i pochylił, pozwalając, żeby pocałował jej obojczyk. Przechyliła lekko głowę w bok. Nocowanie u Branta i Tate nigdy nie było niczym trudnym; miała dobrą relację z siostrą i bratem, więc wspólne spędzanie czasu było po prostu naturalne, zapewne jak u każdej rodziny. Nie musiała zastanawiać się nad każdym słowem ani pilnować, by czegoś nie dotknąć. Czuła się u nich prawie jak u siebie, znała ich przyzwyczajenia, wiedziała, gdzie szukać ulubionego kubka i które miejsce na kanapie Tate najchętniej zajmowała. Zresztą Mina miała w tym mieszkaniu szczoteczkę do zębów, kilka swoich kosmetyków czy ubrań, więc mimowolnie przejmowała tę przestrzeń.
— Oczywiście, że byś nie narzekał — mruknęła z rozbawieniem, bo pomijając to, co się dzisiaj stało, Mina byłaby naprawdę dobrą współlokatorką. Potrafiła gotować, nie miała problemu z utrzymywaniem porządku, a do tego należała do osób, które wolały wstać wcześniej i załatwić wszystko przed rozpoczęciem dnia, niż to odkładać. Nie zostawiała brudnych naczyń w zlewie, pamiętała o zakupach i raczej nie trzeba było jej przypominać, że śmieci same się nie wyniosą. Miała, oczywiście, swoją rutynę i była beznadziejną pracoholiczką, ale przynajmniej nie oczekiwała, że świat dostosuje się do jej grafiku.
Wzięła kolejny głębszy oddech i odgarnęła włosy do tyłu. Wiedziała, że powinna wrócić do Tate i że gdyby tutaj została, nie byłaby w stanie wyjaśnić tego siostrze. Bo co niby miałaby powiedzieć? Że nie mogła spać? Poza tym szczerze wątpiła w to, że gdyby została, nie zrobiliby tego jeszcze raz. Brant miał w sobie coś, co skutecznie odbierało jej zdolność trzeźwego myślenia, a przecież nie należała do kobiet, które łatwo traciły głowę. Zwykle potrafiła oddzielić pragnienia od rozsądku, ocenić sytuację i podjąć właściwą decyzję, nawet jeśli niekoniecznie była tą najprzyjemniejszą.
Zdążyła już nabrać powietrza, żeby mu odpowiedzieć, kiedy ponownie przyciągnął ją do siebie. Wypuszczone z cichym westchnieniem powietrze utknęło jej w gardle i jeszcze przez tę jedną chwilę pozwoliła sobie przymknąć oczy. Odwzajemniła pocałunek, unosząc dłoń do jego policzka, aby musnąć skórę, a gdy się odsunął, dotknęła kciukiem jego ust.
— Nie pozwoliłabym Kodzie czekać — szepnęła i uśmiechnęła się, wstając z miejsca. Znów odgarnęła włosy do tyłu, a potem poszukała swoich ubrań i ubrała się sprawnie. Zerknęła jeszcze w stronę Branta, gdy chwyciła za klamkę. — Dobranoc.
UsuńChwilę później wymknęła się z pokoju i ostrożnie zamknęła za sobą drzwi. Przesunęła dłonią po twarzy, próbując uporządkować narastający w głowie chaos, choć doskonale wiedziała, że tej nocy nie będzie to łatwe. Nie żałowała tego, co się wydarzyło, ale była pewna, że coś się zmieniło, tylko nie miała jeszcze pojęcia co dokładnie. Mina przeszła do Tate cicho i ostrożnie, aby jej nie obudzić. W półmroku dostrzegła jej sylwetkę pod kołdrą; spała głęboko, pochrapując co jakiś czas, więc nie było szans, żeby otworzyła oczy. Wsunęła się do łóżka i przez chwilę leżała nieruchomo, wpatrując się w ciemność, a potem odwróciła głowę w stronę siostry.
Obudziła się, zanim zadzwonił jakikolwiek budzik. Przez moment leżała pod kołdrą, próbując rozpoznać znajome otoczenie, aż wreszcie przypomniała sobie, gdzie jest. Tate spała obok niej, wtulona w poduszkę, a za oknem dopiero zaczynało świtać. Mina sięgnęła po telefon; wczesna godzina nie była dla niej niczym niezwykłym, bo od zawsze wstawała dość szybko. Ostrożnie zwlekła się z łóżka, uważając, żeby nie obudzić siostry. Wyszła z pokoju, po drodze zgarniając komplet ubrań, które kiedyś tutaj zostawiła. W domu panowała przyjemna cisza, przerywana jedynie odległym szumem ulicy i cichym stukotem jej kroków. Zahaczyła o łazienkę, wzięła prysznic i doprowadziła się do porządku. Związała wilgotne jeszcze włosy w luźny kucyk, pozostawiając kilka pasm okalających twarz, a następnie użyła kosmetyków Tate, aby zrobić bardzo delikatny makijaż. Ubrała ciemne, proste jeansy z wysokim stanem i jasną, dopasowaną bluzkę z długim, nieco rozkloszowanym rękawem. Nic wyszukanego. W lustrze widziała swoje odbicie i zdecydowanie wyglądała na bardziej wypoczętą, niż faktycznie się czuła, co uznała za wystarczający sukces, biorąc pod uwagę wczorajszą imprezę i to, co stało się po niej.
Gdy opuściła łazienkę, zajęła kuchnię. Włączyła ekspres i wyjęła z lodówki produkty, z których mogłaby zrobić śniadanie dla siebie, Tate i Branta. Uznała, że najlepszym pomysłem będą omlety. Nie lubiła zaczynać dnia od byle czego, a skoro wstała wcześniej od pozostałych, równie dobrze mogła zrobić z tego pożytek. Wyciągnęła jajka, mleko, ser, paprykę i kilka pieczarek, po czym zabrała się za smażenie, choć nie wymagało to od niej jakiegoś wielkiego wysiłku. W międzyczasie przygotowała grzanki i pokroiła kilka pomidorów, które zamierzała podać do omletów. Wymieniła też wodę w misce Kody, zapewne wyręczając w tym Branta, ale Mina miała słabość do tego psa, więc chętnie to robiła.
Kiedy śniadanie było gotowe, oparła się biodrem o kuchenny blat i upiła pierwszy łyk swojej kawy. Zamruczała cicho i przymknęła oczy, czując, że właśnie tego potrzebowała. Odwróciła głowę, gdy usłyszała szelest, a widząc Branta, uśmiechnęła się mimowolnie.
— Dzień dobry — rzuciła cicho, unosząc filiżankę w geście powitania. Jej wzrok przesunął się po jego twarzy, próbując wychwycić ślady niewyspania. — Mam nadzieję, że dobrze spałeś.
Dopiero po chwili uświadomiła sobie, jak swobodnie zabrzmiało to wszystko. Jakby wspólne poranki były czymś zupełnie zwyczajnym, jakby poprzednia noc niczego nie komplikowała. Wskazała brodą stół, na którym czekały talerze z omletami, grzankami i świeżymi pomidorami oraz kawa. W kuchni wciąż unosił się zapach mielonych ziaren i smażonych jajek, a przez okno wpadało coraz więcej porannego światła.
— Zrobiłam śniadanie — dodała, choć było to całkowicie oczywiste. Zwinęła kosmyk włosów za ucho. — Tate jeszcze śpi. Wczoraj trochę wypiła, więc pewnie wstanie dopiero przed południem.
UsuńUpiła kolejny łyk kawy, obserwując jego sylwetkę. W porannym świetle wyglądał nieco inaczej niż poprzedniej nocy, a może po prostu teraz miała okazję, by przyjrzeć mu się bez dodatkowych rozpraszaczy. Tak czy inaczej, jego obecność sprawiała, że jej ciało mimowolnie reagowało delikatnym dreszczem i napięciem, które przechodziło wzdłuż kręgosłupa. Wystarczyło, że znalazł się w zasięgu jej wzroku, a wróciły do niej wspomnienia jego dotyku i pocałunków, przez co musiała przypominać sobie, że to jutro, o które wczoraj się nie martwiła, właśnie przyszło. I że wszystko powinno wrócić do normy.
Wilhelmina Sallow ☕☀️
Spojrzała prosto w jego oczy, zupełnie jakby chciała wyczytać jego intencje. Zazwyczaj szła za głosem intuicji, a ta tym razem podpowiadała jej, że trafiła na odpowiednią osobę. Czy się myliła, czy miała rację, to pewnie wyjdzie z czasem.
OdpowiedzUsuń— Rzadko mam… — zaczęła, ale urwała w pół zdania. Okazje komuś zaufać, dokończyła w myślach. Właściwie odkąd mieszkała w Nowym Jorku to miała tylko jedną koleżankę, którą poznała na wystawie przyrodniczej. Poza tym miała stały kontakt z wydawcą, któremu sprzedała swoje ilustracje do albumów, podręczników i książek. A tak to… w jej życiu nie było nikogo. Rodzina opuściła ją powoli, ciągnęło się to od kiedy była dzieckiem, aż do wieku nastoletniego. A ona z całych sił pragnęła ją odnaleźć, szczególnie matkę i starszego brata, który byli gdzieś blisko, ale wciąż nie wiedziała gdzie dokładnie. Ich poszukiwania były dość intensywne i jednocześnie, niestety, bezowocne — Myślę, że każdy zasługuje na choć jedną szansę — odparła, wzruszając ramionami. — A ja jestem najwyraźniej głupia, bo daje niektórym niezliczoną ilość szans. — żywym przykładem na to była jej rodzina. Ojciec, który był agresywnym pijakiem, a i tak zawsze mu wybaczyła i próbowała łagodzić jego gniew. Matka, która odeszła jako pierwsza, a za którą tęskniła każdego dnia i aż do wieku nastoletniego wypatrywała jej sukni w kwiaty na kamiennej dróżce. Brat, który po prostu pragnął lepszego życia, ale ona to zrozumiała, choć dla niej najlepsze życie było w Manns Harbor, w Karolinie Północnej, a nie w Nowym Jorku. — Zresztą, gdybyś chciał mnie zaatakować to i tak byś to zrobił, a ja nie miałabym większych szans. — stwierdziła, to było brutalne ale po prostu realne. Co prawda mogłaby próbować się bronić, dotrzeć do plecaka i wyciągnąć z niego nóż, aczkolwiek jej szanse z postawnym, wysportowanym mężczyzną były dość małe. — Poza tym jest dość duży argument, który mówi mi, że mogę Ci zaufać. Masz psa. — zerknęła przez ramię Branta na kochanego zwierzaka, który wciąż czekała na górze. Dla niej dość oczywiste było, że zwierzęta nie trwają przy złych ludziach.
— Jesteś policjantem? — powtórzyła po nim, marszcząc brwi. Jeszcze raz spojrzała na psa, teraz rozumiejąc jego ślepe posłuszeństwo. Na pewno był porządnie wytresowany i nauczony różnych zachowań. Zastanawiała się jakie istniało prawdopodobieństwo, że natknie się tu na człowieka i w dodatku funkcjonariusza. Uśmiechnęła się pod nosem. — Więc chyba powinnam czuć się z Tobą bezpieczna, prawda? — ludzie co prawda mieli różne opinie na temat policji, ale ona właściwie nigdy nie miała kontaktu z żadnym z nich. Nie popełniła nigdy żadnego wykroczenia, a nawet nie dostała mandatu.
— Nie, jest dobrze. — odpowiedziała, zerkając na nogę która była już w szynie. Obserwowała cały ten proces. — Dziękuję. — wymamrotała. Próbowała się podnieść, wspierając się na jego barku. Wyprostowała się, otrzepując się z piachu, który osadził się na jej ubraniu. — Podasz mi plecak? — poprosiła, kiedy schował apteczkę do jednej z przegródek. Właściwie była niemal gotowa, żeby stąd wyjść. Kostkę co prawda ją bolała, jednak nie ból to aż tak duży ból by uniemożliwić jej chodzenie. Oczywiście mogła zapomnieć o poruszaniu się szybko i bezszelestnie, jak to miała w zwyczaju, ale nie zamierzała się nad sobą użalać.
Love Anderson
Przeszłość potrafiła wpływać na zdefiniowanie przyszłości, ale Tamsin nie chciała pozwolić się temu poddać drugi raz, błądząc w poszukiwaniu ciepła w ramionach, które nie miały prawa okazać się tymi właściwymi. Właściwie to niczyje ramiona nie mogły nimi być, bo to coś musiała najpierw znaleźć w sobie i zdawało jej się, że albo była już coraz bliżej, albo zdołała już to dotknąć. Był czas w jej życiu, w którym posmakowała domowych babeczek z kawałkami czekolady, które jej mama wypiekała w każdy weekend, mieszając kilka torebek, które wcześniej wyciągnęła z dużego pudełka, i pozwalając jej wylizać szpatułkę, zanim wsadziła je do pieca. Wiedziała, jak to jest, kiedy, chwiejąc się na rowerze, czuła, że nad jej jazdą czuwa tata, biegnący za nią i kurczowo trzymający długi kij wciśnięty w ramę. Znała i pamiętała tamte momenty, które były ledwie kropkami na obrazie całego dzieciństwa, w którym w centralnym punkcie była wiolonczela i długie godziny samotności, kiedy ćwiczyła godzinami. W domu nie czekały na nią domowe babeczki z paczki, ale nie czekał już też pijany tata, który udawał, że wszystko gra i że wcale nie chodzi wiecznie na rauszu. Pan Passalis nie był człowiekiem agresywnym fizycznie — mówił rzeczy, które raniły matkę, co Tamsin poznawała po jej płaczu, ale nigdy nie podniósł na żadną z nich ręki. A przynajmniej tak się Tamsin wydawało, bo nawet jeśli to robił, jej matka dobrze to ukrywała albo Tammy wyparła tamte wspomnienia ze swojej głowy. Jej ojciec szybko z niewinnego pijaczka, takiego, co po trzech piwach wraca lekko podchmielony do domu, zmienił się w zawodowego pijaka i Tamsin w tamtym czasie bardzo cieszył fakt, że do szkoły jeździła autobusem. Wstydziłaby się pewnie, gdyby jej ojciec, średnio pachnący, zawsze zaróżowiony na twarzy, odbierał ją ze szkoły, podczas gdy ojcowie innych dzieci wydawali się być… bardziej odpowiedni. Ale za to jej ojciec umiał zawsze znaleźć dla niej czas, nigdy nie nudziły go jej opowieści, nie zwracał jej ciągle uwagi, że przeskakuje między pytaniami jak pasikonik przedostający się z kwiatka na kwiatek. Godzinami potrafił siedzieć przy niej, kiedy ćwiczyła, uważnie czytając uwagi od nauczycieli, z całym skupieniem obserwując, jak prawa ręka zachowuje pronację, czy nie siedzi za głęboko na krzesełku ani czy nie leniuchuje, lewą rękę przytulając do boku. Może to właśnie dlatego, przez więź, jaką Tamsin miała ze swoim ojcem, jej matka miała taki dystans po jego śmierci? A może tak było od zawsze, tylko Tamsin tego nie widziała?
OdpowiedzUsuńStwierdzenie, że targały nią różne emocje, było sporym nadużyciem, bo raczej lubiły one zmącić ciężko wypracowany spokój, pewnego rodzaju równowagę, którą udało jej się osiągnąć w ciągu ostatnich lat, ale Tamsin starała się im nie poddawać. Nie oznaczało to, że na wszystko pozostawała obojętna — lubiła się głośno śmiać, tak, że aż bolał ją od tego brzuch i szczęka; zawstydzała się, gdy palnęła głupotę, i ogólnie zwyczajnie odczuwała, tylko nie pozwalała, by to przejmowało władzę nad jej decyzjami. Przynajmniej tymi ważnymi, bo drobnostki pozostawiała sporej przypadkowości, wychodząc z założenia, że jeśli ma spaść, to i tak spadnie na cztery łapy, bo tak postrzegała całe swoje dotychczasowe życie. Bardziej jako ciąg pozytywnego rozwiązywania spraw niż spraw samych w sobie. Umniejszała wszystkim krzywdom, jakich kiedykolwiek doznała, za wszelką cenę unikając nazywania ich po imieniu, bo gdy coś już się nazwało, określiło, to nie można było się z tego wycofać. W szpitalnych dokumentach miała informację o przyjęciu, kiedy to spadła ze schodów i dotkliwie poobijała żebra, ale nawet wtedy, zapytana przez młodą pielęgniarkę wprost o to, co się stało, zgodnie ze słowami męża przyznała, że się poślizgnęła, to był tylko wypadek.
Na inne siniaki machała niedbale dłonią, bez zająknięcia tłumacząc koleżankom ze studiów, że jest straszną niezdarą i wciąż się o wszystko obija, na przemian z twierdzeniem, że to taka jej uroda, że nawet kwiatkiem jej dotknąć nie można. Nigdy nie przeszło jej przez usta przyznanie się do tego, że człowiek, który wydawał się być centrum jej świata, ją bije, bo nawet wtedy, kiedy musiała się do tego przyznać, jakby to ona była temu winna, nie umiała powiedzieć tego głośno.
UsuńWywróciła oczami na to bezpardonowe spojrzenie, które przesunęło się po jej sylwetce, ale nim zdążyłaby cokolwiek powiedzieć, podszedł do nich Gabriel, a i nie widziała specjalnie powodu, dla którego miałaby się z żartu tłumaczyć. Musiała przyznać jednak, że spojrzenie to należało do tych z rodzaju schlebiających, chociaż wystawiła się na nie jak prosie podane na tacy.
Ratunek ze strony Gabriela przyjęła z ulgą, ale na ponowne złapanie nadgarstka była gotowa zareagować buntem, gdyby nie wymowne spojrzenie Branta. Zdążyła się już zacząć całkiem dobrze bawić, gdy ta dwójka wyszła jej na ratunek, i pewnie byłoby jej nawet do śmiechu, gdyby nie to, że Robert pod płaszczykiem uprzejmości zaczął zadawać jej coraz więcej pytań, na które odpowiedzi musiała rzucać jak z rękawa.
— Nie wiem, Brant. Na ten moment wiem, że poznałeś mnie w barze z karaoke i byłeś na tyle uparty, żeby zdobyć mój numer, że ostatecznie wygrałeś go, śpiewając „Love At First Sight” Michaela Bublé, co niekoniecznie ci wyszło, ale stwierdziłam, że liczą się chęci. A! Chodzimy ze sobą od jakichś dwóch miesięcy, bo wcześniej tylko się spotykaliśmy… — wymieniła wszystko, co powiedziała, mając nadzieję, że niczego nie przekręciła. W zasadzie to im więcej podawało się szczegółów w kłamstwie, tym łatwiej było się w nim pogubić, ale było ono też jednocześnie bardziej wiarygodne. Przez te kilka zdań, które wymieniła z Robertem, nie mogła przecież wciąż pływać po powierzchni, bo ani nie było to jej kłamstwo, które miałaby idealnie zaplanowane, ani nie była to osoba, która łyknęłaby wszystko, co by jej powiedziała.
— Z tym ci raczej nie pomogę, ale… To duża impreza, jest sporo ładnych dziewczyn. Zawsze możesz z którąś pogadać i najwyżej zrobić ze mnie zazdrosną wariatkę, najlepiej zaznaczając, że taniec z inną kobietą to przecież nie jest żadna zdrada. Jeśli Lauren jest córeczką tatusia, to tym chyba powinieneś osłabić jego zapędy — mówiła tak, jakby plan wcale nie powstał kilkanaście minut wcześniej, w chwili, gdy poznała stojącego naprzeciwko niej mężczyznę, na którego patrzyła teraz uważnie, z lekkim uśmiechem, którego nie była w stanie powstrzymać przez komizm sytuacji, ale też ze skupieniem. Chociaż to nie była jej sprawa i było jej zupełnie obojętne, jak ta sytuacja się rozwiąże, czuła niezdrowe podniecenie tym, że była jedną z głównych uczestniczek całego tego przedstawienia rodem z taniej komedii, a samo kombinowanie, jak Brant może wyjść z potrzasku, w którym się znalazł, było zwyczajnie interesujące.
— Albo mnie pilnuj — stwierdziła w końcu, wzrok kierując na sukienkę, którą odruchowo postanowiła wygładzić. Podniosła na niego spojrzenie, powoli przesuwając nim od czubków butów aż do wyraźnie zarysowanej linii szczęki, ust i oczu, na których się zatrzymała. — Mam jeszcze dziesięć minut przerwy, po następnym secie kończę i mogę właściwie uciekać. Chciałam się jeszcze trochę rozejrzeć po obiekcie, ale mogę to zrobić najwyżej innym razem. Wytłumaczysz, że byłam zmęczona po pracy i wróciłam do domu, a jako wspaniałomyślna dziewczyna nakazałam ci zostać i bawić się z kolegami. Anioł, nie kobieta — uśmiechnęła się krzywo, unosząc brew w niemym pytaniu i oczekując odpowiedzi na pytanie, co myślał o jej planie.
Kiwnęła lekko głową, gdy uznał, że spał dobrze, a kiedy dodał, że spałby lepiej, gdyby została, posłała w jego stronę delikatny uśmieszek. Czaruś. Dawson zawsze wiedział, jak mówić, a przede wszystkim, kiedy mówić, aby miało to jak najlepszy efekt. A może uważała tak, bo mimowolnie wchodziła w tę narrację, odpowiadając tym samym? Nie miała pojęcia, ale ani trochę jej to nie przeszkadzało.
OdpowiedzUsuń— Gdybym została, nie zmrużyłbyś oka — wytknęła, bo szczerze wątpiła w to, aby poszedł grzecznie spać. Zresztą nie mogłaby o tę bezsenną noc obwiniać tylko Branta, bo doskonale wiedziała, że wcale nie trzymałaby rąk daleko od niego. — Cieszę się. Moja mama zawsze powtarza, że śniadanie to najważniejszy posiłek w ciągu dnia, więc… smacznego. — Upiła jeszcze łyk kawy, a potem wzięła się za jedzenie swojego omleta. Był dobrze przysmażony, z chrupiącym wierzchem. Mina lubiła gotować, choć nie miała zbytnio czasu, aby urządzać wielkie uczty, a podczas studiów nauczyła się robić coś szybkiego i z niczego. W tamtym okresie jej popisowym daniem była zapiekanka z makaronu z zupek chińskich, pomidorów i sera, którą uwielbiała nawet Tate.
Przełknęła gryz placka i wzięła głębszy oddech, gdy zapytał o jej plany. Zawsze było coś do zrobienia; badania, konferencje, artykuły, wywiady. Mina uchodziła zazwyczaj za tę ambitną i zdecydowanie za bardzo przejmującą się wszystkim wokół. Co jednak najbardziej było w niej irytujące, to to, że jednocześnie dało się ją po prostu lubić. Dzieliła się notatkami, chętnie pomagała i nie uważała, że pozjadała wszystkie rozumy. A potem przyszedł doktorat, który obecnie ciążył jej chyba najbardziej.
— Muszę zadzwonić do sekretariatu, po raz setny chyba, i zapytać o wniosek o mój grant — odpowiedziała. Brant wiedział o tym, że starała się o dofinansowanie do swoich badań i że już dwa razy wcześniej dostała odmowę. Była jednak zdeterminowana, żeby przeprowadzić badania tak, jak to sobie założyła i nic innego nie wchodziło w grę. — Wiem, że powinnam być cierpliwa, ale ile można procesować cholerny wniosek?
Zmrużyła lekko oczy, zapychając usta kolejnym kawałkiem omleta. Przy okazji schowała jedzenie dla Tate pod drugim talerzykiem, aby było świeże, gdy w końcu zwlecze się z łóżka.
— A potem? Pewnie spędzę trochę czasu w laboratorium — rzuciła. Każdy z jej rodziny wiedział, że Mina uwielbiała swoją pracę. Dla niej było to jednak czymś więcej. Nie pomagała zapomnianym odzyskiwać twarze wyłącznie dlatego, że fascynowały ją ludzkie szczątki, tajemnice czy możliwość odtworzenia przebiegu wydarzeń na podstawie pozornie nieistotnych szczegółów. Chodziło o coś znacznie głębszego. Za każdym fragmentem kości kryła się historia człowieka, który kiedyś miał swoje plany, bliskich i dom. Ktoś, kto być może zniknął bez śladu albo przez lata pozostawał jedynie kolejną nierozwiązaną sprawą w aktach. Mina nie potrafiła przejść obok tego obojętnie. Wiedziała, że nie zawsze uda jej się znaleźć odpowiedź, której szukają rodziny ofiar, ale mogła przynajmniej spróbować. Czasami identyfikacja oznaczała kres wieloletniej niepewności, innym razem pozwalała zamknąć śledztwo, które utknęło w martwym punkcie. I to zupełnie wystarczało, by poświęcać pracy kolejne godziny, nawet kosztem własnego snu. Być może właśnie dlatego tak trudno było jej odpuszczać. Nie umiała twardo stwierdzić, że zrobiła już wystarczająco dużo, jeśli wciąż istniała szansa, że gdzieś w dokumentacji przeoczyła istotny szczegół. Zdarzało się, że przy obiedzie nagle przypominała sobie o wynikach badań, a przed snem układała w głowie kolejne etapy analizy. Wiedziała, że nie zawsze było to zdrowe podejście, ale to było częścią jej rutyny.
I to był powód, dla którego przyjęła ofertę pracy w policji. To nie ona zabiegała o to stanowisko ani nie rozsyłała CV z nadzieją, że ktoś dostrzeże jej potencjał. Propozycja pojawiła się ze strony osób, które znały jej dorobek i najwyraźniej uznały, że jej umiejętności mogą okazać się przydatne w prowadzonych sprawach.
Początkowo podchodziła do tego z rezerwą. Miała już własne obowiązki, badania i projekty, którym poświęcała mnóstwo czasu. Jednak im więcej dowiadywała się o charakterze tej pracy, tym trudniej było odmówić. Nie chodziło wyłącznie o możliwość wykorzystania wiedzy w praktyce, lecz także o dostęp do spraw, w których analiza antropologiczna mogła rzeczywiście coś zmienić. W laboratorium mogła godzinami badać materiał i rekonstruować zdarzenia, ale współpraca z policją pozwalała jej działać i być częścią śledztwa. Ostatecznie przyjęła propozycję, choć doskonale wiedziała, że nie będzie to praca dla kogoś, kto cenił sobie przewidywalny harmonogram. Zresztą, gdyby rzeczywiście ceniła sobie przewidywalność, prawdopodobnie wybrałaby zupełnie inną ścieżkę kariery.
UsuńDokończyła śniadanie, pozmywała po sobie, a kiedy i Brant zjadł, odprowadzając ją do wyjścia, odwróciła się w jego stronę. Oparła dłoń o jego klatkę piersiową, poprawiła kołnierzyk przy szyi, a potem wyciągnęła się, aby niewinnie musnąć ustami jego policzek.
— Miłego dnia, Dawson, i pogłaskaj ode mnie Kodę — odezwała się i cofnęła o krok, uśmiechając się szerzej.
Następny tydzień minął dość szybko. Mina musiała przekazać swoje projekty i dopilnować, by żadna z prowadzonych przez nią spraw nie utknęła gdzieś po drodze. Przygotowała szczegółowe raporty, uporządkowała dokumentację i spędziła długie godziny z ludźmi, którzy mieli przejąć część jej obowiązków. Nie lubiła zostawiać po sobie niedokończonych rzeczy, a już szczególnie nie w pracy, w której jeden pominięty szczegół mógł mieć znaczenie dla całego śledztwa. Nawet świadomość, że wkrótce nie będzie już musiała pojawiać się w laboratorium o określonych godzinach, nie powstrzymywała jej przed sprawdzaniem wszystkiego po raz kolejny. Ostatniego dnia przyszła do pracy jak zwykle z kubkiem kawy kupionej w automacie i torbą przewieszoną przez ramię. Nie spodziewała się żadnego wielkiego pożegnania. Przede wszystkim dlatego, że pożegnania nigdy nie były jej mocną stroną, a perspektywa wygłaszania przemówień o tym, jak wspaniale było z kimś współpracować, nieco ją stresowała. Wolała konkrety, a poza tym nie odchodziła przecież dlatego, że miała dość pracy tutaj, przeciwnie, przez ostatnie lata zdążyła przywiązać się do osób, z którymi dzieliła niekończące się analizy i te wszystkie chwile, kiedy kolejna filiżanka kawy wydawała się jedyną rzeczą trzymającą ich przy zdrowych zmysłach. Już od progu zauważyła, że coś jest nie tak, a potem, gdy podeszła do biurka, zobaczyła niewielkie pudełko z ciemnozieloną wstążką, a na monitorze komputera ktoś przykleił kartkę z napisem: Nie myśl, że tak łatwo się nas pozbędziesz. Mina roześmiała pod nosem.
— Naprawdę? — rzuciła, rozglądając się po pomieszczeniu. — Ktoś mi wyjaśni, co tu się dzieje?
Odpowiedział jej chóralny śmiech dobiegający zza drzwi sąsiedniego pokoju. Chwilę później pojawiło się kilka znajomych twarzy, w tym jej najbliżsi współpracownicy. Jeden z nich, Ethan, trzymał papierowe talerzyki, Marcus dzierżył butelkę bezalkoholowego cydru, a Lauren usiłowała nie upuścić małego tortu.
— Nie patrz tak na nas — odezwała się jedna z koleżanek, obejmując ją ramieniem. — Naprawdę myślałaś, że pozwolimy ci wyjść stąd bez pożegnania?
— Myślałam, że wszyscy będziecie zbyt zajęci pracą, żeby zauważyć, że znikam — odparła Mina, przewracając oczami.
Po tym, jak zjadła ciasto i porozmawiała z każdym, wręczono jej prezent. Przez chwilę obracała paczkę w dłoniach, próbując odgadnąć, co znajduje się w środku. Rozwiązała wstążkę i ostrożnie odchyliła papier. Znalazła tam skórzany notes z wygrawerowanymi inicjałami oraz krótkim napisem na wewnętrznej stronie okładki: Dla Miny – bo każda historia zasługuje, aby zostać opowiedziana. Do tego dołączono naprawdę porządne wieczne pióro, wykonane z ciemnego, lakierowanego metalu, ze złotymi detalami i subtelnie wygrawerowanym nazwiskiem. Było cięższe, niż się spodziewała, ale doskonale wyważone. Na dnie pudełka leżała jeszcze niewielka ramka ze zdjęciem całego zespołu.
— Czy wyście powariowali? — zapytała, a jej głos wyraźnie zmiękł od wzruszenia. — Przecież… nie mogę przyjąć czegoś takiego.
Usuń— Możesz i właśnie to robisz — odparł luźno Ethan. — Poza tym uznaliśmy, że skoro i tak zapisujesz wszystko, co wpadnie ci do głowy, powinnaś robić to czymś, co nie wygląda, jakby zostało ukradzione z recepcji.
— Marcus, to twoja zasługa? — Mina uniosła pióro, podejrzliwie mrużąc oczy.
— No coś ty, ja chciałem kupić ci długopis za trzy dolary. — Prychnął z rozbawieniem.
Mina roześmiała się cicho i przycisnęła pudełko do siebie, czując, że trudno jej powstrzymać łzy. Nie chodziło nawet o sam prezent, choć pióro i notes rzeczywiście były przepiękne, podobnie jak zdjęcie. Najbardziej poruszyło ją jednak to, że ludzie, z którymi pracowała, znali ją na tyle dobrze, by wybrać coś tak osobistego; coś, co pasowało do niej, do jej przyzwyczajeń i do wszystkiego, co zamierzała robić dalej. I chyba właśnie dlatego tak trudno było jej się z nimi pożegnać.
Kiedy w końcu stawiła się w nowej pracy, czuła się lekko zestresowana. Nigdy nie była dobra w small talku, więc nie miała pojęcia, jak pójdzie jej pierwszy dzień i czy nikt nie uzna, że nie ma kija w tyłku. Tego ranka poszła w klasyczną elegancję; ubrała czarne spodnie z wysokim stanem, zaprasowane w kant, i jedwabną bluzkę w kolorze kości słoniowej, której rękawy kończyły się tuż nad nadgarstkami. Do tego założyła dopasowaną marynarkę w odcieniu ciemnego granatu, a całość uzupełniła skórzanym paskiem i trampkami. Lubiła wyglądać poważnie, ale ceniła sobie przede wszystkim wygodę. Włosy upięła w niski kok, pozostawiając przy skroniach kilka luźnych pasm. Makijaż miała dyskretny, podkreślający oczy i wyrównujący cerę. Poprawiła pasek swojej skórzanej torby, w której miała chyba wszystko, co potrzebne i niepotrzebne, po czym ruszyła przez hol komisariatu. W środku panował typowy poranny rozgardiasz. Telefony dzwoniły bez przerwy, ktoś rozmawiał podniesionym głosem przy recepcji, a dwóch funkcjonariuszy w mundurach próbowało jednocześnie dopić kawę i przejrzeć dokumenty. Mina odruchowo zaczęła rejestrować szczegóły otoczenia, jakby przeprowadzała oględziny. Zauważyła kamerę nad wejściem, tablicę ogłoszeń przy windzie i kilka osób, które wyglądały, jakby od dawna nie zaznały porządnego snu. Przy jednym z biurek piętrzyły się teczki, przy innym ktoś jadł śniadanie nad klawiaturą, nie odrywając wzroku od monitora. To wszystko nie różniło się od tego, co widziała w poprzedniej pracy, tylko że tym razem nie pojawiła się tutaj jako konsultantka wezwana do konkretnej sprawy, a jako część zespołu.
Jeśli chodziło jednak o rodzinę, wspomniała o tym, że zamierza zmienić pracę, ale nie przyznała się głośno, co to właściwie oznaczało. Nie chciała zapeszać, zanim wszystko nie zostanie dopięte, a poza tym doskonale znała swoich bliskich. Tate natychmiast zaczęłaby zadawać pytania, mama chciałby poznać każdy szczegół, a Brant… Cóż, w jego przypadku sprawa była nieco bardziej skomplikowana. Jako policjant z pewnością znał specyfikę tej pracy, wiedział, z czym wiąże się współpraca ze śledczymi i jak wiele może się zmienić w ciągu zaledwie kilku minut. Mina nie miała jednak pojęcia, czy ucieszyłby się, słysząc, że odtąd będzie częścią policyjnego światka. Mogli przecież prędzej czy później dostać tę samą sprawę, mijać się w korytarzach i spędzać ze sobą jeszcze więcej czasu. Nie była pewna, co o tym myśleć. Z jednej strony perspektywa częstszych spotkań wydawała się całkiem kusząca, z drugiej doskonale wiedziała, że mieszanie życia prywatnego z zawodowym potrafiło skomplikować nawet najprostsze relacje, a jej relacja z Brantem i tak była już dość skomplikowana, szczególnie od pamiętnej nocy. Dlatego postanowiła zachować tę informację dla siebie. Nie chodziło jednak o brak zaufania ani próbę ukrywania czegokolwiek, po prostu chciała najpierw poznać zespół i przekonać się, czy podjęła właściwą decyzję.
— Ej, to chyba ona — odezwał się jeden z policjantów stojących przy automacie z kawą.
UsuńJego kolega, brunet o nieco zbyt pewnym siebie uśmiechu, odprowadził Minę wzrokiem, gdy ta zniknęła za drzwiami gabinetu szefa.
— Nowa rekonstruktorka? — mruknął. — Nikt mi nie powiedział, że będzie taka ładna.
— Bo nie zatrudniali jej do poprawiania ci humoru, Tyler.
— Po prostu zauważam fakty, Frank— stwierdził luźno.
— Jasne. Ty zawsze jesteś bardzo dobry w zauważaniu faktów, zwłaszcza kiedy mają długie nogi. — Starszy funkcjonariusz prychnął, upijając łyk kawy.
— A ty jesteś zazdrosny, bo twoja żona zabrała ci prawo do komentowania atrakcyjnych kobiet — skwitował.
— Moja żona zabrała mi prawo do wielu rzeczy. Między innymi do słuchania takich idiotów jak ty przed dziewiątą rano — stwierdził z rozbawieniem.
— Dobra, dobra. Mów, co wiesz — ponaglił.
— Niewiele. Szef coś wspominał, że dostaniemy nową rekonstruktorkę, która ma pomóc przy trudniejszych sprawach — oznajmił. — Podobno jest w tym naprawdę dobra i ma spore doświadczenie. Nie wiem, skąd ją wyciągnęli, ale podobno poprzedni zespół nie chciał jej puścić.
— Stawiam, że po trzech dniach złoży wypowiedzenie — stwierdził Tyler.
— Ja stawiam, że po trzech dniach będzie miała dość, ale ciebie. — Frank uśmiechnął się pod nosem.
— Zazdrościsz mi, bo jestem duszą tego zespołu.
— Jesteś powodem, dla którego szef pije drugą kawę przed ósmą — wytknął, a potem parsknął śmiechem.
Tyler również się roześmiał i pokręcił głową. Chwilę później zauważył Dawsona, któremu kiwnął głową i do którego postanowił zagadać:
— Słyszałeś o naszym nowym nabytku? — Uśmiechnął się, jakby przekazywał jakąś ściśle tajną informację. — Właśnie weszła do gabinetu szefa i powiem ci jedno, stary, jest cholernie hot.
— Widziałeś ją przez jakieś trzy sekundy — zauważył Frank i spojrzał na niego z politowaniem.
— Wystarczyły mi dwie, żeby stwierdzić, że chyba jednak lubię rude — stwierdził z rozbawieniem. Uniósł wzrok, gdy wokół zrobiło się jakoś bardziej ciasno, a z gabinetu najpierw wyszła Ruda, a potem szef, który wypinał pierś tak dumnie, jakby za chwilę miał odsłonić przed zgromadzonymi złotą figurkę, którą znalazł, a nie przedstawić im nową współpracowniczkę.
— Oho — mruknął Tyler, trącając Dawsona łokciem. — Proszę państwa, oto ona, nasza osobista bogini od kości.
— Dobra, skoro już wszyscy postanowiliście przerwać pracę i urządzić sobie poranne zgromadzenie, równie dobrze możemy wykorzystać tę okazję — odezwał się przełożony i wskazał w stronę kobiety stojącej obok. — Chciałbym wam przedstawić doktor Wilhelminę Sallow, naszą nową specjalistkę od antropologii sądowej i rekonstrukcji. Od dzisiaj będzie współpracowała z naszym zespołem przy bieżących i przyszłych sprawach, więc liczę na to, że pomożecie jej się tutaj zadomowić.
Wilhelmina Sallow 👮🦴💀
Zabawne, że pomimo całej tej dziwnej sytuacji i osobliwej wymiany zdań, Brant miał jeszcze ochotę ją odprowadzić do domu. Być może była to zwykła ciekawość i nie należało tego wiązać z niczym innym, może też staroświecka kurtuazja, wciąż jednak było to miłe zaskoczenie dla Mattie. Uśmiechnęła się na ten fakt delikatnie, podążając za Dawsonem i jego pupilem, nasłuchując jednocześnie tego co miał jej do powiedzenia.
OdpowiedzUsuńRozumiała doskonale zacięcie bushcraftowe, choć sama nie należała do fanów tego typu wypoczynku. Lubiła wprawdzie zaszyć się w lesie, miała też świadomość tego co może być w tym zajęciu pociągającego, w byciu samowystarczalnym i samodzielnym. Był to jakiegoś typu powrót do korzeni, zdanie się na własną kreatywność, a tym samym sprawdzenie własnych sił. Zupełnie pasowało to do człowieka jakim wydawał się być Brant, tworząc spójną wizję jego osoby.
Tilly bez większego zamiłowania do wyjazdów pod namiot i na łono natury, nie decydowała się na tego typu atrakcje często, ale doceniała zawsze odcięcie od współczesności wśród uroków przyrody. Było to coś zbawiennego dla ludzkiego umysłu i ciała, pomimo nawet swego wielowymiarowego dyskomfortu. W takich wyjazdach było coś szalenie oczyszczającego. Zdecydowanie lepiej rozumiała tego typu zapędy już jako trzydziestoletnia kobieta, bo będąc jeszcze dwudziestokilkulatką potrzebowała najpierw się zniszczyć, by móc narodzić się na nowo kolejnego dnia. Teraz nie przesadzała z używkami, raczej ich unikając, choć nie do granic celibatu.
Po upartym wyziębnieciu pod trybunami przyjemnie było rozgrzać ciało w truchcie, choć pierwotnie zakładała spacer w kierunku jej mieszkania. Nie grymasiła jednak, gdy mężczyzna przyspieszył kroku, bez trudności zrównując z nim tempo, które było mile rekreacyjne.
— 3 piętro. Numer 21. Jakbyś kiedyś chciał wpaść. — odpowiedziała, gdy znaleźli się już pod jej kamienicą, choć żadne pytanie z ust Dawsona nie padło, ale widziała jak przygląda się budynkowi. Nawet jeśli nigdy miałby nie skorzystać, ta informacja nie kosztowała ją nic. Ostatecznie wylegitymowała się funkcjonariuszowi policji. A gdyby jednak kiedyś zmienił zdanie… Zawsze był mile widziany.
— Cześć, Koda. — pożegnała się przede wszystkim z psiakiem, głaszcząc ochoczo zwierzaka, do którego przykucnęła i pozwoliła oblizać się po twarzy. Choć normalnie nie tolerowała tego typu czułości, w tym konkretnym wypadku wyjątkowo jej nie przeszkadzały. Zwłaszcza, że zaraz i tak wskoczy pod prysznic.
— Miło było Cię spotkać Brant. — uśmiechnęła się szczerze, nie rezygnując jednak z odrobiny zadziorności, zarówno w spojrzeniu, jak i grymasie twarzy, kryjącym się w kącikach jej ust. — Wiesz już gdzie mnie szukać! — zawołała jeszcze za nim i pomachała na pożegnanie.
***
Już dawno temu obiecała, że piątek spędzą razem. Gabriel zatruwał jej dupę o wspólnego drinka w cywilizowanych warunkach, a że dawno już nie byli w Bembie, uznał, że warto odwiedzić stare, bezpieczne śmieci. Przy okazji znajdą jej jakiegoś przystojniaka na noc, bo po chodzeniu do queerowych miejsc musiała obejść się smakiem, a przecież chodziło o to, żeby wilk był syty i owca cała. On z kolei, był już poza nawiasem, planując teraz najważniejszą uroczystość swojego życia wraz ze swoim partnerem.
Gabriela znała już od lat, pracowali razem na oddziale intensywnej terapii i los tak chciał, że kliknęło od pierwszych wymienionych zdań. Był szalenie przystojnym, długowłosym Filipińczykiem, gejem, bo jakżeby inaczej, a przede wszystkim jej najlepszym przyjacielem z roboty. We dwoje tworzyli niesamowicie zgrane duo, które potrafiło ratować ludzkie życie najmniejszym nakładem słów, poza tym jednak stanowiąc wybitną, choć raczej zabawną lożę szyderców.
Zaszachowana zawczasu, że ma się z tej okazji odwalić, bo on tak sobie wymarzył, że chce ją zobaczyć w wydaniu sexy wywłoki, czego nie miał okazji na co dzień oglądać, potrzebowała trochę czasu, by po porannej zmianie ogarnąć najpierw mieszkanie, a potem siebie. Tego typu prośby traktowała poważnie, choć wywracała oczami na przymus strojenia się na tak błahą okazję. Gdyby jednak nie naciski Gabriela, sama zapewne rzadko miałaby jakąkolwiek motywację do podobnych przebieranek, bo dobrze się czuła w luźnych ciuchach na modę japońską/obecnej generacji Z.
UsuńDlatego dzisiejszego wieczoru zdecydowała się założyć beżową sukienkę mini na ramiączka, której częścią był czarny gorset, odcinający się tuż pod biustem oraz klasycznie na spojeniu łonowym, na co zarzuciła skórzaną, oversizowa kurtkę. Stylizację wieczorową Mattie uzupełniały ciężkie martensy, biżuteria w postaci drobnych kolczyków, licznych pierścionków i dwóch bransoletek oraz mocniejszy makijaż. Skoro już wychodziła na miasto, warto było czasem zmienić swój wygląd. Chociażby dla trywialnej niepoznaki.
Wieczór mijał im spokojnie na sączeniu alkoholu, plotkach i oczywiście ciężkich dywagacjach na temat wesela Gabriela, które miało się odbyć niemal za rok, ale razem ze swoim partnerem już na tym etapie chcieli mieć wszystko dopracowane. Tilly zupełnie to nie obchodziło, ale jako jedna z druhen i przyjaciółka, udzielała się i wykazywała tyle zainteresowania ile mogła, pomimo faktu, że naprawdę zupełnie jej to nie zajmowało i kompletnie się na tym nie znała.
Z założoną jedną nogą na drugą, machała stopą w rytm muzyki, w masywnym bucie odznaczającym się wyraźnie na jej chudej nodze, gdy oboje siedzieli na wysokich stołkach przy barze.
— Tilly, czy ty mnie wogóle słuchasz?
— Słucham. — odpowiedziała po chwili ciszy, przystawiając szklaneczkę ze swoim ulubionym rumem pod etykietą Takamaki do ust i ostrożnie sącząc alkohol. Jednocześnie mrużyła oczy przyglądając się scenie, która miała miejsce na parkiecie. Widziała zdecydowanie zbyt nachalnego mężczyznę, próbującego co i rusz swoich sił w stosunku do ciemnej blondynki. Od niewinnych prób zagadania, gdzie bywał uprzejmie odprawiany, ewidentnie nie chciał odpuścić, tak teraz próbował swoich sił na parkiecie, przysuwając się do kobiety zdecydowanie zbyt zuchwale.
Gabriel podążył za jej spojrzeniem, ale nie widząc niczego niezwykłego, szybko wrócił ze swoją uwagą na przyjaciółkę.
— To o czym niby mówiłem?
— Zastanawiałeś się nad kolorem wykładziny do ołtarza. Czy róż to nie przesada. — odpowiedziała mu, przenosząc z powrotem wzrok na swojego rozmówcę.
— No właśnie, myślisz że to przesada? — zastanowił się, przeczesując palcami swoje lśniące, długie włosy.
— Myślę, że srebrny brokat byłby fajniejszy. — zażartowała Tilly, choć w sumie… oczami wyobraźni zdecydowanie to widziała. Gabriel by do tego pasował. — I karły biegające w przebraniach wróżek.
Za to oberwało się jej kuksańcem.
— Skąd ja niby mam coś takiego wytrzasnąć?!
— Nie wiem, to nie mój ślub.
— Wiem, na twoim nigdy się nie spotkamy. Myślę że to z korzyścią dla świata. — odpyskował jej przyjaciel, zastanawiając się dlaczego w ogóle się z tą wariatka zadaje.
— O tototo. — uśmiechnęła się Mathilde, stukając się szkłem z przyjacielem.
Jedno oko mimowolnie uciekało jej na parkiet, w celu obserwacji sytuacji, czy nie wypada już przypadkiem interweniować. Choć nie znała dziewczyny, na którą co i rusz spoglądała, nie znaczyło że nie mogła pomóc jej w ramach kobiecej solidarności.
— Zaraz wracam. — powiedziała do Gabriela, gdy uznała, że zachowanie mężczyzny robi się już obrzydliwe, uprzednio dopijając resztkę swojego rumu i zeskoczyła energicznie ze stołka. Ten widząc poczynania przyjaciółki, westchnął tylko ciężko, wiedząc co się za chwilę wydarzy.
— Błagam Cię Mattie, znowu nie to samo…
— Rób mu zdjęcia. — przypomniała mu jeszcze, gdy oddalała się od baru.
— Stevenson, nie zgrywaj bohaterki. Mogliby nas chociaż z tego lokalu nie wywalać! — krzyknął za nią, choć głośna muzyka nie pozwalała dotrzeć już jego słowom do Mathilde. — Kurwa. — przeklął tylko i uregulował rachunek, a następnie wyciągnął telefon w celu dokumentacji wydarzeń, tak jak został o to poproszony.
UsuńMężczyzna faktycznie dość nachalnie przystawiał się do tańczącej z grupą znajomych dziewczyny, co wyglądało okrutnie niezręcznie i źle. Z każdą chwilą prezentowało się jednak coraz gorzej, gdy chłop pozwalał sobie na coraz więcej, uznając brak reakcji kobiety za ciche przyzwolenie.
— Dziewczyna ma Ciebie już zwyczajnie dosyć, kolego. — zauważyła Mathilde, chwytając gościa za ramię i próbując odciągnąć od zakłopotanej, a jednocześnie mocno zaskoczonej pojawieniem się kolejnej obcej osoby w tej niezręcznej sytuacji dziewczyny.
— Daj mi spokój. — usłyszała w odpowiedzi, a jej ręka została brutalnie zrzucona z ramienia jej właściciela.
— Nie, nie, to Ty daj spokój jej, póki jeszcze proszę grzecznie. — zauważyła, ponownie próbując go odciągnąć.
— Kim Ty niby jesteś, co? — zdenerwowany obrócił się raptownie w jej stronę, chcąc złapać za włosy, na co Tilly sprytnie zareagowała z wyprzedzeniem, robiąc pół kroku w tył.
— To akurat najmniej ważne. — złapała go mocno za nadgarstek próbując odciągnąć w stronę wyjścia. Dla niego zabawa w tym miejscu zdecydowanie powinna już być skończona. — Albo dasz jej spokój, albo pogadamy inaczej.
— Tak? A jeśli ona sama chce?
Mathilde zmarszczyła brwi spoglądając na mężczyznę jak na idiotę, którym niewątpliwie był i zaśmiała się w całym swoim niedowierzaniu do tego co właśnie usłyszała.
— Gwarantuje Ci, że żadna sama z siebie nie chce z takim pajacem jak Ty.
— Głupia suko. — Mathilde zdążyła się uchylić przed pięścią, która wymierzona była w jej twarz, jednocześnie chwytając za butelkę po piwie z pobliskiego stolika. Momentalnie stłukła ją na pół o brzeg stolika, a zakończoną ostro część szkła wycelowała w stronę mężczyzny, którego wyraz twarzy momentalnie się zmienił.
— Prosiłam. — przypomniała mu, przystawiając przedmiot bliżej jego piersi, wciąż pilnując jednak tego, żeby nie naruszyć ciągłości tkanek, ani materiału w tym miejscu. — Albo sobie stąd pójdziesz i dasz dziewczynie na zawsze spokój, albo pogadamy inaczej. — zerknęła sugestywnie w dół, uśmiechając się ironicznie pod nosem. — To nie ja zaraz się posikam z emocji. Chyba nie chcesz być tak zapamiętany w tym barze, co?
— Kurwa, idiotka jebana. — usłyszała jeszcze pod swoim adresem, gdy mężczyzna dał za wygraną, zabierając swoją kurtkę i zmierzając do wyjścia.
— Nic Ci nie jest? Nic Ci nie zrobił? — ton głosu Tilly momentalnie zmienił się na łagodniejszy, a jej zatroskane spojrzenie spoczęło na dziewczynie, którą grupą znajomych magicznie opuściła. Odstawiła też stłuczone szkło bezpiecznie na stolik. — Jestem Mattie i jeśli jeszcze mogę coś dla Ciebie zrobić…
— Myślę, że zrobiłaś już wystarczająco. — przy boku Tilly pojawił się magicznie Gabriel, jednocześnie korzystając z okazji, by airdropem przesłać jej wszystkie zdjęcia typa, które udało mu się w międzyczasie zrobić. — Nie wygląda to dobrze Tilly… — mruknął, wiedząc jak wiele kamer ze smartfonów było odpalonych w ostatnich minutach.
— Trudno. — Tilly wzruszyła ramionami, nie będąc póki co w ogóle w stanie zajmować się takimi rzeczami. Bardziej interesowała ją przestraszona, a może wręcz zszokowana całym wydarzeniem dziewczyna stojąca przed nią. — Odwieźć Cię do domu? Jak masz na imię?
— Tate. — usłyszała po chwili ciszy.
Niewątpliwie nowo poznana kobieta była mocno zszokowana wydarzeniami, które działy się w zawrotnym tempie. Oglądając się też za grupą swoich znajomych, westchnęła z bezsilności, a następnie spojrzała na Mattie bardziej przytomnym spojrzeniem. — Tate. I tak, chyba wolałabym już wrócić do domu. — zgodziła się ze swoją rozmówczynią, z nutą pewnego zawodu w głosie. Niewątpliwie nie tak wyobrażała sobie dzisiejszy wypad na miasto.
Jakkolwiek mogło ją to pocieszyć, Mathilde również się tego nie spodziewała, choć przywykła do podobnych scen.
— Gdzie są Twoje rzeczy? — zainteresował się Gabriel. — Zabierz wszystko, a ja spróbuję złapać taksówkę. — powiedział do dziewczyn, samemu wychodząc przed lokal, by wywiązać się z obietnicy.
Usuń— Chodź, weźmiemy twoje rzeczy i ochłoniemy trochę na zewnątrz. — zaproponowała Mattie, obejmując dziewczynę ramieniem, dając jej czas by znalazła swoją kurtkę lub płaszcz, ubrała się, a następnie mogły skierować się do wyjścia.
Na chłodnym, jesiennym powietrzu, Mathilde szybko zabrała od przyjaciela swoją kurtkę, mocno się nią opatulając, choć czuła nadal energiczne pulsowanie naczyń krwionośnych z racji wystrzału chwilowej adrenaliny.
Chwilę później podjechała taksówka.
— Przyrzekam, że nigdy już z Tobą nigdzie nie wyjdę, Stevenson. — odgrażał się na pożegnanie Gabriel, kiedy przytulał przyjaciółkę, by finalnie i tak wycałować ją w oba policzki i czoło. — Pierdolnięta jesteś, wiesz?
— Wiem. — odpowiedziała mu wesoło, wyraźnie dumna z siebie, krzywiąc się nieco jak kilkulatek na okazywane jej czułości.
— Bardzo Cię za nią przepraszam, Tate. Ona tak prawie zawsze. Uwielbia być bohaterką i ratować dziewczyny z opresji. Oczywiście bez podtekstów. Z tego co mi wiadomo, to mężczyzn zjada w ramach swoich seksualnych deprawacji.
W całym tym zamieszaniu, ta informacja wywołała cień nikłego uśmiechu na ustach ciemnowłosej blondynki. Dawało to poczucie jakiegoś bezpieczeństwa, a przy tym było zabawna historią.
Zapakowane do taksówki, siedziały w głównej mierze w ciszy, bo Tilly, nie chciała już wyskakiwać nadto przed szereg, skoro była pewna, że dziewczyna bezpiecznie wróci do domu. Nie czuła się też w obowiązku nawiązywać jakikolwiek small talk dla zasady, po może miały nie mieć już nigdy więcej okazji się spotkać.
— Obiecaj, że nic nie powiesz mojemu bratu. — spokój jazdy przerwał nagle głos Tate, która poprosiła Tilly o drobną przysługę. — Obiecaj, że nic mu nie powiesz. Zdjęć też mu nie pokażesz.
— Obiecuję. To wyłącznie twoja sprawa i nie zamierzam się nią z nikim dzielić, jeśli tego nie chcesz. — zgodziła się bez większych trudności Mattie, rozumiejąc potrzebę dyskrecji ze strony dziewczyny. Miała prawo do własnych sekretów, jak i tego kogo chciała nimi obdarować. — Swoją drogą zdjęcia… Chcesz żeby Ci je przesłać? Gdybyś jednak miała ochotę wybrać się na policję i wnieść oskarżenia, nawet na mnie, jeśli uznałabyś mnie za psychotyczną wariatkę, co totalnie bym zrozumiała…
Tate pokręciła przecząco głowa, ponownie odpływając w świat własnych myśli.
— Dzięki.
Tilly uśmiechnęła się do niej łagodnie i pogłaskała po ramieniu w ramach przyjaznego odruchu.
Gdy znalazły się już pod kamienicą, zerknęła na budynek, a następnie na Tate. W zasadzie mogłaby ją tutaj już zostawić i jakoś wrócić do domu, korzystając z dobrodziejstw komunikacji, ale dla pewności wolała odstawić ją pod same drzwi.
Tym samym poczuła, że oprócz odstawienia jej do mieszkania, z przyjemnością skorzystałaby jeszcze z toalety, skoro czekała ją długa droga do domu.
— Pozwolisz, że zrobię tylko szybkie siku i już mnie nie ma? — Mathilde spojrzała na dziewczynę, która sprawnie przekręcała klucz w zamku. Doskonale zdawała sobie sprawę w jak niekorzystnym położeniu ją stawia, ponieważ wydarzenia z baru, zdecydowanie dotkliwsze były dla niej, niż Tilly, która jak Tate zdążyła usłyszeć, wprost specjalizowała się w tego typu akcjach. Ale jeśli dzięki temu jakaś dziewczyna mogła wrócić bezpiecznie do domu, nie obchodziło jej jak wielkim pośmiewiskiem czy viralem stałaby się jej twarz. Mogła spać spokojnie, wiedząc że ohydny typ nie zrobił krzywdy chociaż jednej kobiecie. Totalnie było to warte chwili głupiej sławy.
Niemniej były dla siebie obce i Mattie nie czuła się w obowiązku zmieniać ten stan rzeczy, jeśli dziewczyna nie czuła się z tym komfortowo. Grzecznie skorzysta z toalety i ucieknie z jej życia, jakby zupełnie nic się nie stało.
Po wejściu do mieszkania, niezdarnie ściągnęła masywne martensy, chcąc przemknąć czym prędzej do toalety we wskazanym jej kierunku, choć już na wstępie zadanie to udaremniło jej wielkie psisko, które radośnie lawirowało to między jej, a Tate nogami. Wyglądało podejrzanie znajomo, ale Mathilde była zbyt zajęta wydostaniem się z małego przedpokoju, by doszukiwać się imienia psiaka na obroży.
UsuńOstatecznie zdecydowała się na nieporadny przeskok nad grzbietem zwierzęcia, ponieważ sukienka mini skutecznie ograniczała jej ruchy i nie pozwalała na naturalną zwinność jak w trakcie ćwiczeń. I chciała, ba, wręcz usilnie potrzebowała pobiec do toalety, gdy w trakcie tej czynności po jej prawej stronie mignęła jej sylwetka mężczyzny z bronią siedzącego na kanapie.
Momentalnie się zatrzymała, nie kryjąc śmiechu, czego szybko pożałowała czując jak tylko bardziej boli ją od tego pełny pęcherz, ale widok znajomej twarzy wprost wzbudził w niej rozbawienie dla tej kuriozalnej sytuacji.
— Sierżancie Dawson, nie spodziewałam się Ciebie w takim wydaniu. — zmierzyła go wzrokiem od stóp do głów, oblizując w rozbawieniu wargi, widząc jego nagi tors. Nie było w tym wiele kokieterii, raczej nawiązanie do ich wcześniejszego spotkania. W mniemaniu Mattie dzisiejsza noc stawała się coraz bardziej nieprawdopodobna. — Widzę, że tym razem to Ty się rozbierasz… — zauważyła zaczepnie, wprowadzając też Tate w lekkie zaskoczenie. — Zaraz do was wrócę, a wy sobie wszystko wyjaśnijcie. — przeprosiła oboje i poszła najpierw załatwić swoje potrzeby fizjologiczne, jednocześnie unikając przynajmniej na chwilę niezręcznej atmosfery.
Kto by przypuszczał?
crazy bitch, Mathilde Stevenson
Od razu zauważyła, że nie odniósł się do jej wywodu o dawaniu szans innym. Obstawiała, że u niego działało to zupełnie inaczej. Mimo wszystko nie wyglądał na osobę, która każdemu jest w stanie dać czystą kartę.
OdpowiedzUsuń— Skoro jesteś policjantem, to pewnie Twoje zaufanie do innych jest mocno ograniczone? — zapytała, domyślając się, że w pracy spotyka różnych, dziwnych ludzi i na pewno niebezpieczne sytuacje są dla niego, niestety, normą.
— Mhm. — mruknęła tylko, kiedy wspomniał że Koda jest psem służbowym. — Coś w tym jest, bo ponoć za najpiękniejszą twarzą może kryć się psychopata. — wzruszyła ramionami. Jej osobiście nigdy to nie spotkało. Każde zło, które napotykała w swoim życiu było efektem motyla. Drobne i niby nieznaczące zmiany miały później kolosalny wpływ na jej życie. — Być może dlatego mama zawsze ostrzegała mnie przed ładnymi chłopcami. — choć jej ton był obojętny, to na ustach, na których jeszcze przed chwilą widniał grymas bólu, teraz czaił się nieco przekorny uśmiech.
— Dobrze. — zgodziła się, kiedy stwierdził że pójdzie pierwszy. Założyła plecak i kiedy wspomniał o lornetce, westchnęła ciężko. — Nie wiem gdzie przepadła… — omiotła wzrokiem teren wokół siebie, mając nadzieję, że z tej perspektywy prędzej rzuci się w jej oczy niż wtedy, kiedy siedziała. Rozglądała się dłuższą chwilę i zauważyła coś dziwnego, jakby słońce odbite od szkła w złocistych liściach. To mógł być tylko cień, ale kiedy to sprawdziła. — Och, jest! Znalazłam ją! — krzyknęła podekscytowana, chwytając ją w dłonie. — O nie.. — jej ekscytacja opadła, kiedy dostrzegła że prawa soczewka z przodu była zbita, przesunęła powoli palcami po rysach. — Będę musiała ją naprawić — stwierdziła, mając nadzieję, że da się to zrobić. Zabezpieczyła ją i schowała do plecaka. — Jestem gotowa. — stwierdziła, podchodząc bliżej niego i poprawiając szelki plecaka.
Jego propozycja, by poszedł pierwszy, była rozsądna. Gdyby znalazła się w trudniejszym miejscu, mógłby przynajmniej spróbować jej pomóc. Uważnie obserwowała, jak sprawdza mocowanie, a potem zabiera się do wspinaczki. Nie spuszczała z niego wzroku, w głębi duszy podziwiając jego siłę i opanowanie. Kiedy znalazł się na górze, spojrzała na niego i lekko się uśmiechnęła.
— Wchodzę. — chwyciła linę obiema dłońmi i pociągnęła ją lekko, sprawdzając napięcie. Materiał był szorstki, miejscami wilgotny, a jego włókna nieprzyjemnie ocierały się o skórę. Pierwsze metry okazały się trudniejsze, niż się spodziewała. Lina kołysała się nieznacznie przy każdym ruchu, a plecak odciągał ją do tyłu, zmuszając do mocniejszego napinania mięśni ramion. Chwytała linę, podciągała się i przesuwała nogę wyżej, starając się utrzymać ciało blisko zbocza. Przeniosła ciężar ciała na prawą nogę i sięgnęła wyżej. Westchnęła głośno kiedy jej but ześlizgnął się z wilgotnej skały, a serce podskoczyło jej do gardła. Zacisnęła palce na linie i przywarła do zbocza, czekając aż odzyska równowagę. Wspinała się dalej, tym razem jeszcze uważniej dobierając kolejne punkty podparcia. Z każdym metrem czuła coraz wyraźniej pracę mięśni ramion i ud. Jej oddech przyspieszył, a kosmyki ciemnych włosów wpadały jej do oczu. Będąc na samej górze poczuła dłoń Branta i skorzystała z jego pomocy, pozwalając aby ją wciągnął na górę. Opadła na ziemię, uspokajając oddech i patrząc na niebo pełne granatowych chmur.
— Boże.. — jęknęła. — Był moment w którym sądziłam że się stamtąd nie wydostanę. — zaśmiała się nerwowo. To była ta chwila, kiedy siedziała pod skałą i myślała jak wyjść z tej patowej sytuacji, jeszcze zanim pojawił się on. Odkąd mieszkała w Nowym Jorku nie miała takich przygód. Poczuła pojedyncze krople wody na twarzy i to był impuls świadczący o tym, że czas się ruszyć. Powoli się podniosła, odgarniając niesforne kosmyki włosów z twarzy.
Love Anderson
Cała ta sytuacja Tamsin w zasadzie głównie bawiła, bo to nie ona miała ponieść ewentualne konsekwencje, gdyby cokolwiek wyszło na jaw. Podejrzewała, że próby swat Roberta wynikały ze zwykłej nadopiekuńczości i troski o córkę, wynikającej z przekonania starszych pokoleń, że prawdziwe szczęście i spełnienie można było odnaleźć głównie dzięki dzieleniu życia z drugim człowiekiem. Tamsin ani tego nie wyśmiewała, ani nie próbowała tego usilnie trywializować, bo w pewnym stopniu rozumiała, skąd to przekonanie się brało, ale z własnego doświadczenia wiedziała też, że to nie zawsze w związku można było odnaleźć to, czego się szukało i potrzebowało. Może przełożony Branta widział w nim przyzwoitego człowieka? Może obiektywnie był w stanie też przyznać, że był przystojnym mężczyzną, na którym pewnie niejedna zawiesiła oko, więc czemu miałby nie spodobać się Lauren? Passalis nie miala prawa wiedzieć o psiarskim wątku, który potencjalnie mógł tę dwójkę połączyć, ale gdyby wiedziała, wówczas źródło narodzin pomysłu zapoznania Lauren z Brantem, byłoby dla niej dość oczywiste, bo wspólne pasje potrafiły łączyć. Ona sama nigdy nie spotykała się z muzykami z którymi grała; nie dlatego, że nie było wśród nich ludzi interesujących – Tammy zdarzyło się dłużej zawiesić oko na którymś z przystojnych pianistów o długich palcach, albo trębaczy, którzy podobno całowali cudownie (tak przynajmniej mówiły jej koleżanki) — ale nie chciała łączyć przyjemnego z pożytecznym. Wiele było związków udanych wśród muzyków, jednak ona nie próbowała ryzykować, a i do samych związków niespecjalnie się rwała, więc problem rozwiązywał się sam. Im starsza była, też było zwyczajnie łatwiej, bo większość muzyków zbliżonych do niej wiekiem, była albo przed ślubem, albo w szczęśliwym okresie małżeństwa, albo właśnie się rozwiodła i potrzebowała czasu dla siebie.
OdpowiedzUsuńNiespecjalnie czuła się winna, gdy zobaczyła jego zaskoczoną minę. W końcu mógł to zaplanować lepiej, mógł faktycznie jej dosłownie pilnować przed Robertem, albo samemu pomyśleć o ustaleniu jakieś wspólnej wersji. Dwa miesiące to nie było przecież jakoś strasznie długo, po dwóch tygodniach raczej nie przedstawiało się dziewczyny przełożonemu, ale to też mogło być bzdurne wyobrażenie o relacjach, jakie miała Tamsin na podstawie… No właśnie, czego? Przeczytanych romansideł, obejrzanych filmów, czy może wyobrażenia zbudowanego na podstawie doświadczeń znajomych?
Im bardziej Brant wydawał się osłupiały, tym Tamsin bardziej nie mogła pohamować drżenia spowodowanego przez tłumiony śmiech. Przecież nie było znowu aż takiej tragedii – skoro chciał obrzydzić swój obraz w oczach potencjalnego teścia, to właśnie podała mu to na tacy, jeśli przez ostatnie dwa miesiące zachowywał się tak, jakby w jego życiu nikogo nie było.
— Nie zdążyłam mu powiedzieć od kiedy się znamy. Możemy znać się dwa miesiące i tydzień, bo byłeś szalenie przekonujący — już nie powstrzymywała tego, co dusiło się w jej klatce, tylko śmiała się bezgłośnie, próbując przypomnieć sobie sama swoje ostatnie dwa miesiące. Nawet, gdyby Robert chciał pobawić się w nastoletnią stalkerkę i prześwietlić social media Tamsin, to niewiele by tam znalazł, a że pracowała wręcz absurdalnie dużo i często, to i na potencjalne domysły nie było za dużo miejsca.
— Słuchaj, za następne trzy miesiące, to ty byś już pierścionka szukał — zaśmiała się już całkowicie otwarcie, nie próbując nawet tego powstrzymać.
Uniosła wysoko brew, jakby w odpowiedzi na jego własną, gdy wspomniał o swoim śpiewaniu i założyła ręce na piersi, odchylając się lekko do tyłu w czymś, co śmiało mogło sugerować niedowierzanie.
— Ah tak? A co takiego byś mi zaśpiewał? — może i była muzykiem, standardy oceny cudzego śpiewu w związku z tym powinna była mieć wysokie, a jednak coś podpowiadało jej, że faktycznie mógł brzmieć dobrze. No i ona sama szczególnie czepliwa nie była, bo śpiewała czysto, ale w swojej własnej ocenie lepiej jej szło z metalowymi strunami, niż z tymi, którymi obdarzyła ją matka natura.
Przez chwilę poczuła się tak, jakby to faktycznie jej problemem była cała ta farsa i to ona powinna była się tłumaczyć przez Lauren. Stojąc ramię w ramię z Brantem, zdawała się zatrzymać w kataleptycznym stanie, w którym ręce spuściła wzdłuż ciała, a usta zacisnęła w cienką linię, jakby to miało uchronić ją przed powiedzeniem następnych głupot. Dopiero, gdy spojrzenie Lauren powędrowała w jej stronę, rozluźniła się i nawet lekko uśmiechnęła z miną mówiącą jasno o tym, że wcale się Lauren nie dziwi tego stanu rzeczy.
UsuńPatrzyła jednak na Lauren z pewnego rodzaju niepewnością, może trochę niedowierzaniem, albo raczej nieufnością, która nakazała jej w tej chwili powściągliwość. Skinęła głową, oblizała usta i uśmiechnęła się do niej lekko.
— Mów tacie, co uważasz… Jeśli taki masz pomysł, to mi pasuje — odpowiadała ostrożnie, zupełnie tak, jakby dawała sobie dwie furtki wyjścia w zależności od tego, czy dziewczyna właśnie ich podpuszczała, co byłoby wybitnie durne, czy mówiła szczerze. Nie znała jej.
— Ja po graniu i tak będę raczej uciekać, więc jest dodatkowy powód dla którego Brant mnie nie wpisał…
— Spokojnie Tamsin, to żadna podpucha. Uznaję, że jesteśmy dogadani, bawcie się dobrze… Skarby — mrugnęła to Tammy, Brantowi jedynie skinęła głową w geście pożegnania i odeszła, najpewniej w celu znalezienia swojego ojca.
Tamsin wypuściła głośno powietrze i dopiero, kiedy dziewczyna zniknęła jej całkowicie z pola widzenia, odsunęła się od Branta o krok, do tej pory wciąż stojąc jak słup.
— No… Widzisz? Sprawa sama się rozwiązała. Przerwa kończy mi się za dziesięć minut, gram set i uciekam do domu, a ty zawsze możesz powiedzieć, że byłam zbyt zmęczona, żeby zostać potańczyć, czy popatrzeć na Midtown z pokładu lotniskowca — trochę chciała tak spędzić czas, ale bywała na wielu tego typu przyjęciach. W ostatnich latach częściej jako obsługa, niż uczestnik, ale i tak nie uważała, że ma powody do narzekań. Zwyczajnie do mieszkania niespecjalnie jej się spieszyło, ale tego nie miała zamiaru przyznawać przed obcym mężczyzną, jak i tego, na co właściwie miała ochotę.
— To… Nie wiem, co się robi, jak się kończy nieistniejący związek, ale ustalmy, że to ja z tobą zerwałam, tak, jak to było w pierwszej wersji. Mogłam… Nie móc wytrzymać z twoim śpiewaniem — uśmiechnęła się, może troszkę złośliwie, ale zwyczajnie nie mogła tego powstrzymać. — Wisisz mi przysługę, ale nie martw się. Nie wykorzystam tego na nic niezgodnego z prawem.
Tamsin Passalis😁
Mina wiedziała, że prędzej czy później spotka Branta, tylko chyba nie przewidziała, że będzie to tak oficjalne. Jednym z powodów, dla których nic nie mówiła, było to, że podejrzewała, że Dawson próbowałby ją przekonać, żeby nie brała tej roboty i że lepiej by było, gdyby została w laboratorium. Poza tym jednak chodziło jednak o to, że przychodząc tutaj, miała czystą kartę i właściwie brak jednoznacznych powiązań, bo Mina nie chwaliła się tym, że ma brata, który jest policjantem, chyba że wymagała od tego sytuacja. Tym razem chodziło o coś więcej – o jej karierę. Nie chciała, żeby ktoś pomyślał, że dostała tę fuchę po znajomościach i że tak właściwie to nic pewnie nie musiała robić, żeby się tutaj znaleźć. Świat naukowców i tak był dość mały i niewiele było kobiet, o których mówiło się głośno, więc Mina nie miała zamiaru pozwolić, żeby ktoś opowiedział jej historię za nią. Poza tym brała pod uwagę to, że może jej zwyczajnie nie iść – to nie będzie już tylko laboratorium, ale praca w terenie, gdy trzeba będzie zidentyfikować ciało. Więcej spraw, więcej zmiennych i zdecydowanie więcej obowiązków, w tym kontakt z policjantami prowadzącymi śledztwa, udział w odprawach i konieczność konsultowania wyników z ludźmi, którzy nie zawsze mieli cierpliwość do naukowych wyjaśnień. Wiedziała, że ta praca będzie różnić się od tego, do czego przywykła, ale właśnie ta perspektywa ją ekscytowała. Nie chciała ograniczać się do analizowania materiału dowodowego w laboratorium, szczególnie kiedy mogła mieć większy wpływ na przebieg całego dochodzenia.
OdpowiedzUsuńReakcja Branta nie był zaskakująca i była pewna, że w ogóle się nie cieszył, że ją tutaj widział. O jej nowej pracy wiedział tylko jej zespół i June, ale nikt inny. Nie chodziło jednak o żadne wyrachowanie ani celowe trzymanie bliskich w niewiedzy. Po prostu chciała najpierw oswoić się z tą sytuacją, zanim zaczną się pytania. Nie przewidziała tylko, że Brant dowie się o wszystkim tak po prostu, choć tak właściwie nie miała pojęcia, czy istniał dobry moment, aby to sobie uświadomił. Zerknęła w jego stronę kątem oka, próbując ocenić, jak bardzo był zły. Znała go wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że milczenie w jego wykonaniu rzadko oznaczało spokój.
Odwróciła głowę w stronę Tylera i posłała mu miły uśmiech. Nie zdążyła jednak nawet odpowiedzieć, gdy wtrącił się Dawson, skutecznie zatrzymując kolegę i przypominając mu o raporcie, który najwyraźniej powinien być gotowy już jakiś czas temu. Mina powstrzymała rozbawienie, przysłuchując się tej krótkiej wymianie zdań. Kiedy do rozmowy dołączył porucznik, Mina przygryzła policzek od środka. Cała sytuacja zaczynała przybierać nieco absurdalny obrót, a ona coraz bardziej żałowała, że nie mogła po prostu chwycić za przepustkę i zająć się tym, po co właściwie tutaj przyszła. Tak naprawdę wystarczyłoby, żeby ktoś pokazał jej laboratorium. Słyszała, że było naprawdę zaawansowane, wyposażone w nowoczesny sprzęt, który mógłby znacząco ułatwić jej pracę. To właśnie ta perspektywa najbardziej ją ekscytowała; nowe możliwości i dostęp do technologii, czasem tej jeszcze w fazie testów. Nie potrzebowała uroczystego powitania ani wielkiego oprowadzania, ale nie miała zamiaru protestować przeciwko poleceniu porucznika. Skoro uznał, że Brant powinien poświęcić jej chwilę, to chyba lepiej było skorzystać z tej okazji i porozmawiać z braciszkiem, choć nie miała pojęcia, czego się spodziewać.
Uśmiechnęła się więc uprzejmie do porucznika, który odwzajemnił gest, po czym podziękowała wszystkim wokół za powitanie, dodając, że cieszy się, że będzie miała okazję tutaj pracować. Zaraz potem ruszyła przodem, gdy Brant kiwnął głową w stronę przejścia. Zarejestrowała, oczywiście, jego niezadowoloną minę i była pewna, że będzie musiała się nieźle z tego wszystkiego wytłumaczyć, szczególnie że w ogóle nie spodziewał się, iż jej nowa posadka będzie związana z policją.
UsuńPoprawiła torbę i zaczesała kilka rudych pasemek do tyłu, prostując się mimowolnie, jakby ten drobny gest miał ją przygotować do nadchodzącej rozmowy, nawet jeśli miałoby to być tylko kilka zdań. Nie zamierzała dać po sobie poznać, że perspektywa konfrontacji z Brantem odrobinę ją stresowała. W pracy była przede wszystkim specjalistką, a nie jego siostrą, i chciała, żeby od samego początku było to jasne. Nie oczekiwała taryfy ulgowej, ale też nie zamierzała pozwolić, by Brant traktował ją jak kogoś, kogo trzeba nieustannie pilnować, gdyby chciał to robić. Miała odpowiednie kwalifikacje, doświadczenie i wystarczająco dużo ambicji, by udowodnić swoją wartość. To, że prywatnie łączyło ich znacznie, znacznie więcej, nie powinno mieć żadnego znaczenia dla ich zawodowej relacji. Przynajmniej w teorii. Nie oznaczało to jednak tego, że spodziewała się po nim bezwarunkowego entuzjazmu, bo wiedziała, że będzie miał mnóstwo pytań i że przynajmniej połowa prawdopodobnie będzie brzmieć jak zarzuty. Zerknęła przez ramię, upewniając się, że za nią idzie. Przez krótką chwilę miała ochotę rzucić jakąś lekką uwagę, rozładować napięcie i udawać, że cała ta sytuacja nie jest niczym szczególnym. Szybko jednak z tego zrezygnowała; tym razem pewnie nie dałaby rady oczyścić atmosfery jednym uśmiechem.
Wilhelmina Sallow 😅👉👈
Tilly skorzystała z łazienki w ekspresowym tempie, nauczona załatwiać swoje potrzeby tak szybko jak to możliwe, z racji pracy w szpitalu, gdzie nie było na to zwykle czasu, wolała jednak pozostać w pomieszczeniu jeszcze chwilę, by przeczekać wymianę zdań między rodzeństwem, co założyła, wnioskując po sposobie w jaki rozmawiali oraz tym, o co prosiła ją w taksówce Tate. Zabawnie było słyszeć Baranta w roli starszego brata, choć zdaniem Mathilde było w tym zdecydowanie zbyt wiele niezdrowej opiekuńczości ze strony Dawsona. Były zatem w ich dyskusji momenty, w których Mattie zwyczajnie chciała wyskoczyć z toalety, objąć Tate ramieniem i brnąć w jakiekolwiek kłamstwo, dla samej zasady, że skoro ta nie chce się tłumaczyć nikomu, to ma do tego prawo. Była przecież dorosła, w zasadzie cała ich trójka była. Nikt nikomu nie musiał się spowiadać ze swoich dokonań.
OdpowiedzUsuńNie zrobiła tego jednak. Stevenson zdecydowała się ostatecznie opuścić toaletę w chwili, gdy usłyszała zamykane drzwi i przedłużającą się ciszę. Gasząc światło i zamykając drzwi liczyła na szybką akcję ewakuacyjną, choć szkoda było przepuścić taką okazję do podręczenia funkcjonariusza. Z racji jednak na powagę sytuacji i Tate, była w stanie sobie darować te chwile egoistycznej przyjemności.
Tymczasem natknęła się na mężczyznę, podpartego pod boki, oczekującego od niej wyjaśnień. Przekrzywiła głowę, poprawiając spódnicę sukienki i zaśmiała się cicho pod nosem. Szybko jednak przestała, widząc jak groźnie na nią patrzył.
Urocze.
— Mam z tym dokładnie tyle wspólnego, ile sam zauważyłeś. Odstawiłam dziewczynę bezpiecznie do domu. — Tilly wzruszyła obojętnie ramionami, nie zamierzając wchodzić głębiej w dyskusję. Obiecała dochować tajemnicy i nie było mowy tego pod żadnym pozorem zmieniać. Nie było chyba nic co Brant mógłby zrobić, do jakich tortur się posunąć żeby z niej coś wydusić. — Swoją drogą, jeśli nie stała jej się krzywda, to chyba wszystko ok? W tym akurat mogę Cię upewnić.
Poklepała mężczyznę po ramieniu, wyminęła, by rozejrzeć się po mieszkaniu, a następnie usadowić się na hookerze przy wyspie, o którą oparła się łokciami, siadajac do niej tyłem.
— Poznałyśmy się w barze. Zwykła, głupia, pijacka, dziewczyńska znajomość. Nie wiem co między wami jest kochani, ale najważniejsze chyba, że Tate jest cała i zdrowa. — zauważyła z przekąsem, zakładając jedną nogę na drugą. Sukienka którą miała na sobie była skrajnie niewygodna w swojej długości, ale na marudzenie w tym temacie nie było już sensu. Wiedziała co zakłada na siebie, choć nie spodziewała się skończyć w obcym mieszkaniu w takich okolicznościach. — W każdym razie, nic więcej ode mnie nie wyciągniesz. Bez względu na zastraszania czy inne swoje szalone metody policyjne. Może jednak poczęstowałbyś mnie jakąś małą porcją alkoholu na rozgrzanie i obiecuję, że sobie pójdę. — pomimo faktu, że dla Branta zostałaby tutaj trochę dłużej, wiedziała że Tate jest za drzwiami i nie chciała jej dokładać dyskomfortu czy nieprzyjemnych wspomnień z uwagi na swoją osobę.
— Całkiem nieźle sobie tutaj mieszkasz. Nie spodziewałam się takiego widoku. — zmieniła zwinnie temat, wskazując palcem po całym mieszkaniu, zataczając nim kółko, niczym magiczną różdżką, uśmiechając się przy tym wesoło. Brant mieszkał w zdecydowanie lepszym standardzie niż ona, mieszkanie też było o wiele prostsze i spójniejsze w stosunku do jej metrażu, dekorowanego rozmaitymi stylami wnętrzarskimi. Nigdy nie mogła stwierdzić czy woli japoński minimalizm czy jednak sentyment do art deco.
Usuń— Swoja drogą… Zabawny jesteś, że się tak unosisz w tym swoim zatroskaniu. Ale to dobrze. Dziewczyna ma szczęście, że ktoś o nią dba. — skwitowała, mówiąc całkiem szczerze. — Ale jako starszy brat mógłbyś trochę wyluzować. Jest dorosła, ty z resztą też. Ok, rozumiem — podniosła ręce do góry w geście kapitulacji. — złe rzeczy dzieją się kobietom bez względu na wiek, ale czy warto od razu zakładać najgorsze scenariusze? Może właśnie zostałam nową koleżanką twojej siostry i będziesz mnie musiał oglądać częściej. — zauważyła z przekornym uśmiechem. — To co? Doczekam się małej szklaneczki czegoś mocniejszego?
Zastukała palcami o blat wyspy w oczekiwaniu na działania mężczyzny.
— A więc to tam chowasz dziewczynę i kajdanki? — zauważyła zaczepnie, wychylając się na swoim stołku by zerknąć w kierunku sypialni, której drzwi pozostały uchylone.
Mathilde Stevenson
Brant się nie odzywał, więc ona także milczała. Może i lepiej, bo nie było sensu zaczynać rozmowy, która z pewnością nie skończyłaby się w dwóch zdaniach. Nie miała pojęcia, co właściwie myślał o całej tej sytuacji, ale podejrzewała, że uznał, iż najlepiej będzie zachować profesjonalizm. I, szczerze mówiąc, było to chyba najlepsze wyjście. Szła więc obok niego, przyglądając się mijanym pomieszczeniom. Z korytarza dobiegały przytłumione głosy, dźwięk dzwoniącego telefonu i inne odgłosy. Rozgardiasz, który dla kogoś z zewnątrz mógł wyglądać jak kompletny brak organizacji, w jej oczach miał swój urok. Rozłożone akta, tablice pełne notatek, ludzie pochłonięci pracą i rozmowy urywane tylko po to, by odebrać połączenie – nikt tutaj nie marnował czasu. Zauważyła też zaciekawione spojrzenia, które podążały za nią zza biurek. Nie było w tym nic dziwnego. Nowa osoba w zespole zawsze wzbudzała zainteresowanie, szczególnie jeśli pojawiała się w towarzystwie jednego z tutejszych funkcjonariuszy. Odwzajemniła kilka uśmiechów i skinęła głową tym, którzy wyraźnie próbowali przywitać ją choćby w ten sposób. Nie zamierzała od razu przerywać nikomu pracy, by przedstawiać się każdemu z osobna, ale doceniała ten gest. W końcu miała spędzić tu sporo czasu, a dobre relacje ze współpracownikami potrafiły znacznie ułatwić codzienność, jednak to nie oznaczało, że Mina bardzo chciała, aby każdy ją lubił – wystarczyłby jej zwykły szacunek.
OdpowiedzUsuńPrzed gabinetem Mina poprawiła pasek torby i dyskretnie wygładziła marynarkę. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że właśnie za chwilę pozna osobę, z którą prawdopodobnie będzie musiała najściślej współpracować. O ile dobrze pamiętała, Veronica miała odpowiadać za wprowadzenie jej w pracę i zapoznanie z obowiązującymi tutaj procedurami. To właśnie od niej chciała dowiedzieć się więcej o laboratorium, możliwościach współpracy z detektywami i tym, jak w praktyce wygląda przepływ materiału dowodowego między poszczególnymi zespołami. Brant zapukał krótko, po czym niemal natychmiast nacisnął klamkę. Mina przeszła przez próg, a jej wzrok powędrował ku siedzącej za biurkiem kobiecie. Veronica wyglądała jak ktoś, kto potrafił utrzymać porządek nawet wtedy, gdy cały wydział zdawał się tonąć w papierach, a poza tym prezentowała się świetnie. Zauważyła też zmianę przy jej twarzy; to krótkie zaskoczenie, a potem rozbawienie. Nie powstrzymała lekkiego uśmiechu, słysząc wymianę zdań. Już po kilku minutach spędzonych tutaj zaczynała rozumieć, że każdy miał do siebie sporo dystansu, a przekomarzanie się stanowiło najwyraźniej nieodłączny element obowiązków. Zerknęła w stronę Branta, którego mina mówiła więcej niż jakakolwiek odpowiedź, i musiała przyznać, że wizja jego cierpliwego oprowadzania kogokolwiek po budynku rzeczywiście miała w sobie coś zabawnego. Nie zamierzała jednak dolewać oliwy do ognia. Wystarczyło, że przez ostatnie kilkanaście minut musiał znosić jej obecność, bo została mu przydzielona jako przykry obowiązek.
— Nie mogę narzekać. Przewodnik był oszczędny w słowach, ale przynajmniej nie próbował zgubić mnie po drodze — odparła z uprzejmym rozbawieniem, odwracając głowę do starszej kobiety. — Chociaż podejrzewam, że to zasługa porucznika McCane'a, który wyraźnie zaznaczył, że nie była to prośba.
Uśmiechnęła się nieco szerzej, po czym przyjęła wyciągniętą dłoń kobiety i uścisnęła ją pewnie. Victoria od razu wzbudziła w niej sympatię. Miała w sobie swobodę i profesjonalizm, a jej poczucie humoru sugerowało, że współpraca może okazać się przyjemniejsza, niż Mina początkowo zakładała. Co ważniejsze, nie sprawiała wrażenia osoby, która zamierzałaby traktować ją wyłącznie jako nowy nabytek wymagający oprowadzenia po budynku i odhaczenia kilku punktów na liście obowiązków.
— Mnie również miło cię poznać, Victorio. I bardzo chętnie omówię wszystkie kwestie organizacyjne. Przyznam, że najbardziej nie mogę się doczekać zobaczenia laboratorium, ale domyślam się, że zanim zacznę się tam panoszyć, mamy kilka spraw do ustalenia — dodała ze śmiechem, a potem odwróciła się jeszcze do Branta, który stał z boku. — Dziękuję za eskortę, sierżancie.
UsuńW jej głosie pobrzmiewała niewinna uprzejmość i narzucony przez profesjonalizm dystans. Podejrzewała, że i tak prędzej czy później dojdzie do tego, że będzie musiała wytłumaczyć wszystkim, że Brant Dawson jest jej bratem, tylko że nie bratem-bratem, a przybranym bratem. Nie myślała jednak o tym teraz, gotowa dać się wciągnąć w wir pracy. Miała przeczucie, że czeka ją sporo informacji do przyswojenia, a im szybciej pozna zasady funkcjonowania wydziału, tym szybciej będzie mogła zająć się tym, po co właściwie tutaj przyszła.
Victoria już otwierała usta, gdy w gabinecie pojawił się Reid Wagner. Był wysokim, szerokim facetem o brązowych włosach i mocno zarysowanej szczęce – zdecydowanie nie wyglądał jak ktoś, kto łatwo ginął w tłumie. Kilkudniowy zarost i wyraziste rysy nadawały mu nieco surowego wyglądu, choć w jego spojrzeniu kryła się pewna nonszalancja. Był ubrany w ciemne spodnie i koszulę z podwiniętymi rękawami, a sposób, w który wszedł do gabinetu, sugerował, że nie zamierza tracić czasu. Tutaj każdy znał Reida Wagnera – pochodził z rodziny tych Wagnerów, jego ojciec był policjantem, podobnie jak dziadek i pradziadek. Nazwisko od pokoleń kojarzyło się ze służbą, a Reid nie zamierzał być tym, który przerwie tę tradycję. Przez lata wyrobił sobie własną renomę, był szanowany i w miarę lubiany, choć uchodził za skurwiela. Miał kilka odznaczeń i wyróżnień, a w aktach personalnych znalazłyby się pochwały za działania, które wykraczały poza zwykłe wykonywanie obowiązków. Pewnym więc było, że nie zdobył stanowiska dzięki nazwisku.
— Moore, mamy problem — rzucił zamiast zwykłego dzień dobry, zatrzymując się przy biurku Victorii. — Patrol dostał cynk w sprawie ciała znalezionego w okolicach Woodside. Ktoś próbował zatrzeć tożsamość ofiary. Twarz… cóż, ktoś porządnie się nią zajął. Nie znaleźliśmy też przy ciele dokumentów. Zgłaszający twierdzi, że znał zmarłego, ale nie chce rozmawiać z mundurowymi. Nie podał nazwiska przez telefon, za to uparł się, że będzie rozmawiać tylko z detektywem.
Victoria odłożyła dokumenty, a rozbawienie zniknęło z jej twarzy, ustępując miejsca chłodnej kalkulacji.
— Gdzie dokładnie znaleziono ciało? — zapytała Victoria.
— W bocznej alejce za magazynami. Miejsce jest zabezpieczone, technicy pracują na miejscu, a świadek czeka na nasz przyjazd.
Reid dopiero wtedy zwrócił uwagę na Branta, stojącego nieopodal drzwi, a jego twarz rozjaśnił swobodny uśmiech.
— Dawson. Myślałem, że nadal użerasz się z psem. Co tutaj robisz? — Przywitał się z nim mocnym, ale serdecznym uściskiem rąk, po czym przeniósł wzrok w stronę Miny, która do tej pory przysłuchiwała się rozmowie w milczeniu. Jego spojrzenie przesunęło się po jej twarzy, rejestrując rude włosy i miliony piegów. — A ty musisz być Wilhelmina Sallow — stwierdził, wyciągając do niej dłoń. — Reid Wagner, detektyw. Słyszałem, że dostajemy specjalistkę od rekonstrukcji i antropologii sądowej. Nie sądziłem tylko, że zostanie nam przedstawiona w pakiecie z Dawsonem.
— Nie było innej opcji — stwierdziła niewinnie Mina i uśmiechnęła się, ujmując jego dłoń. — Miło cię poznać, detektywie.
Reid uśmiechnął się pod nosem, kiwnął głową i odwrócił się do Victorii.
— Mogę zabrać kogoś do tej sprawy? Jeśli mamy ciało z tak rozległymi obrażeniami twarzy, nasza nowa specjalistka może się przydać. Chciałbym też jak najszybciej porozmawiać ze świadkiem, zanim uzna, że jednak nic nie wie — oznajmił, a potem dodał: — Ty też się przydasz, Dawson. Jeśli sprawca próbował zatrzeć ślady albo przeniósł ciało, twój partner może wywęszyć coś, co umknęło patrolowi. Poza tym dobrze wiesz, że czasem nos psa jest wart więcej niż pół tuzina ludzi.
Victoria westchnęła, a potem spojrzała w stronę Miny. Przez chwilę przyglądała jej się w milczeniu, jakby rozważała, czy to dobry moment, by od razu rzucić ją na głęboką wodę. Ostatecznie jednak kącik jej ust uniósł się lekko.
Usuń— Wiesz co, Reid? Zabierz Wilhelminę ze sobą — powiedziała, zanim zdążył odejść od biurka. — Jeśli twarz ofiary została tak poważnie uszkodzona, jej wiedza może okazać się nieoceniona. Będzie mogła ocenić, czy rekonstrukcja czaszki pomoże nam w identyfikacji, a przy okazji zobaczy, jak wygląda praca w terenie. Oczywiście nie oczekuję, że rozwiąże sprawę w pierwszym dniu, ale nie ma sensu trzymać jej z dala od prawdziwej roboty.
— Nie mam nic przeciwko — stwierdził Reid. — O ile jesteś gotowa na nieco mniej oficjalne powitanie niż to, które zaplanowała Victoria — rzucił w stronę Miny, uśmiechając się pod nosem.
— Jestem pewna, że da sobie radę — zapewniła Moore. — Nie zatrudniliśmy jej po to, żeby przez pierwszy tydzień siedziała za biurkiem. A skoro ma pracować z detektywami, równie dobrze może od razu zobaczyć, z czym mamy do czynienia.
Victoria sięgnęła do szuflady biurka i wyjęła przygotowaną wcześniej przepustkę, którą podała Minie wraz z plikiem dokumentów do przejrzenia.
— Tutaj masz identyfikator i tymczasową przepustkę. Zadbaj o to, żebyś miała je przy sobie, kiedy będziesz poruszać się po budynku. Resztę formalności dokończymy po powrocie. — Uśmiechnęła się zachęcająco. — Reid wprowadzi cię w sprawę, a ja dopilnuję, żebyś dostała dostęp do systemów i laboratorium, gdy tylko wrócicie.
— Dziękuję — Mina odebrała dokumenty i identyfikator, po czym przypięła go do klapy marynarki.
Do Woodside pojechała z detektywem Wagnerem, który przez całą drogę milczał. Nie przeszkadzało jej to jednak – w tym czasie sprawdziła dokumenty, które dostała od Victorii. Miejsce znalezienia ciała znajdowało się za rzędem niewielkich magazynów, w bocznej alejce, której asfalt popękał od lat zaniedbań. Z jednej strony ciągnęła się ceglana ściana pokryta graffiti, z drugiej stały metalowe kontenery. W powietrzu unosił się zapach wilgoci, starego oleju i śmieci, a gdzieś w oddali słychać było jednostajny szum ruchliwej ulicy. Przy sprawie pracowało już dwóch funkcjonariuszy patrolu. Jeden rozmawiał przez radio, drugi pilnował, by ciekawscy przechodnie nie zbliżali się do taśmy. Nie było ich wielu, ale kilku mieszkańców okolicznych budynków zdążyło zatrzymać się po drugiej stronie ulicy, próbując dostrzec coś między policyjnymi pojazdami. Reid zaparkował za radiowozem i wysiadł, zapinając kurtkę.
— Uprzedzam, że widok nie należy do najprzyjemniejszych — rzucił, choć spodziewał się, że Sallow widziała już gorsze rzeczy.
Mina skinęła głową, poprawiając torbę. Zwęglone tkanki mogły utrudnić ocenę obrażeń i ustalenie przyczyny śmierci, ale to nie oznaczało, że wszystkie możliwości identyfikacji zostały wyczerpane. Jeśli czaszka zachowała się w wystarczająco dobrym stanie, być może uda się przygotować rekonstrukcję przyżyciowego wyglądu ofiary. Potrzebowała jednak najpierw zobaczyć, z czym dokładnie mają do czynienia.
— Zabezpieczono już dokumentację fotograficzną? — zapytała, ruszając za detektywem w stronę taśmy.
— Technicy są na miejscu. Nie chcieliśmy niczego ruszać przed ich przyjazdem.
Po okazaniu identyfikatora przeszli pod taśmą, a Mina sięgnęła po parę rękawiczek. Dopiero potem podeszła bliżej, uważając, by nie naruszyć zabezpieczonych śladów. Widok zwłok potwierdził słowa Reida. Twarz mężczyzny była poważnie zwęglona, a tkanki miękkie uległy tak rozległym uszkodzeniom, że nie sposób było wiarygodnie ocenić jego rysów. Mina nie próbowała zgadywać, jak mógł wyglądać za życia. Zamiast tego przyjrzała się ułożeniu głowy i widocznym fragmentom czaszki, starając się ocenić, czy późniejsza rekonstrukcja będzie w ogóle możliwa.
— Jeśli kości twarzoczaszki nie zostały zniszczone, możemy spróbować odtworzyć jego przyżyciowy wygląd — powiedziała, nie odrywając wzroku od zwłok. Przesunęła się nieco w bok, przyglądając się ciału pod innym kątem, a chwilę później podeszła do techników, prosząc o to, aby przed przetransportowaniem zwłok wykonać dokładną dokumentację fotograficzną głowy i wszystkich widocznych obrażeń.
Usuń— Proszę też zwrócić uwagę na paznokcie i skórę wokół — dodała, pokazując dłonie ofiary. — Jeśli doszło do szarpaniny, możemy znaleźć materiał biologiczny, który okaże się przydatny. I chciałabym, żeby dokładnie udokumentowano ułożenie kończyn, zanim ktokolwiek zacznie przemieszczać ciało.
Technik skinął głową, a Mina cofnęła się o krok, by nie przeszkadzać mu w pracy. Dopiero wtedy ponownie spojrzała w stronę Reida.
— Na razie nie da się powiedzieć, czy sprawca celowo zniszczył twarz, żeby utrudnić identyfikację. Nie wiemy nawet, czy mężczyzna zmarł przed podpaleniem. Ale jeśli kości zachowały się w wystarczająco dobrym stanie, będę mogła ocenić, czy rekonstrukcja ma sens. Potrzebuję tylko kompletnego materiału i dostępu do wyników badań, kiedy będą gotowe.
Reid przez chwilę przyglądał się Minie w milczeniu. Spodziewał się, że nowa specjalistka będzie potrzebowała czasu, by się odnaleźć, tymczasem ona po prostu się tutaj rządziła i robiła to tak, jakby to wcale nie był jej pierwszy dzień.
— Dopilnuję, żebyś dostała dostęp do materiałów, kiedy tylko trafią do laboratorium. Jeśli rekonstrukcja może pomóc nam ustalić, kim był ten człowiek, chcę, żebyśmy ruszyli z tym jak najszybciej. — Zawiesił na moment głos. — Tylko uprzedzam, że nasi świadkowie potrafią być znacznie bardziej kłopotliwi niż zwłoki… A skoro już o świadkach mowa, nasz znajomy nadal siedzi w radiowozie i najwyraźniej nie zamierza czekać wiecznie. Pójdę z nim porozmawiać. Może uda mi się ustalić, skąd wie, kim jest ofiara, skoro jej twarz praktycznie nie nadaje się do rozpoznania.
Ruszył w stronę auta, ale po kilku krokach obejrzał się jeszcze przez ramię i rzucił:
— Dobra robota, Sallow. Całkiem niezły ten twój pierwszy dzień.
Resztę dnia Mina spędziła w laboratorium, zapoznając się z procedurami i dostępną dokumentacją dotyczącą znalezionego w Woodside mężczyzny. Przejrzała zdjęcia wykonane na miejscu, oceniając, czy uszkodzenia czaszki pozwolą przeprowadzić rekonstrukcję twarzy. Przy okazji omówiła z technikami kolejne etapy pracy i ustaliła, jakich materiałów będzie potrzebowała, gdy ciało zostanie oczyszczone. I tak czekały ją jeszcze oględziny szkieletu.
Dopiero późnym popołudniem udało jej się zamknąć wszystkie sprawy organizacyjne i zebrać swoje rzeczy. Idąc korytarzem, rozmasowywała kark, a w drugiej ręce trzymała telefon, pisząc z Tate i przeklikując się przez apkę z jedzeniem. Nie spodziewała się jednak, że przy wyjściu zobaczy sierżanta Branta Dawsona. Nie umiała też niczego wywnioskować z jego miny; wyraz jego twarzy równie dobrze mógł oznaczać irytację, co zwykłe zmęczenie po pracy.
— Hej, Sallow! Porzucić cię do domu? — W korytarzu pojawił się Wagner, który najwyraźniej też zamierzał skończyć dzisiaj z robotą. Pod pachą trzymał jednak grubą teczkę, więc pewnie zabierał część sprawy ze sobą. — Dawson. — Kiwnął głową do sierżanta.
— Nie, dziękuję. — Uśmiechnęła się uprzejmie. — Brant właśnie zaproponował mi podwózkę — rzuciła to kłamstewko, mając nadzieję, że uda jej się porozmawiać z braciszkiem i omówić temat jej pracy, nawet jeśli tak naprawdę wcale nie chciał zawieźć jej do domu ani w ogóle z nią gadać.
— Jasne, rozumiem. Do zobaczenia, Sallow, Dawson. — Wagner kiwnął głową, uśmiechnął się krótko i opuścił posterunek szybkim krokiem.
Mina za to wzięła głębszy oddech, poprawiła kosmyk włosów, który łaskotał ją w czoło, i wbiła wzrok w twarz Branta, czekając, aż coś powie. Bo mógł powiedzieć wszystko.
Wilhelmina Sallow 🕵🏻♀️🦴💀
Z orkiestrą Posh Pop, grywała dość często, a przynajmniej na tyle, że znała imiona wszystkich muzyków, kojarzyła, kto ma własną rodzinę, czy kogo należało unikać, bo rozmową potrafił zamęczyć na śmierć. Lubiła grać powszechnie znane hity, bo patrzenie na ludzi, którzy mogą jej wykonania nie tylko słuchać, ale też przy nim tańczyć, było zwyczajnie przyjemne i sprawiało jej sporo frajdy. Ze względu na stałą współpracę, na to, że nie był to jej pierwszy koncert w tym gronie domyślała się, że mogą się pojawić drobne, nieszkodliwe plotki na temat tego, że rozmawiała dłużej z jednym z funkcjonariuszy, podczas gdy sami muzycy byli znacznie bardziej zainteresowani własnym towarzystwem. Jednak tak, jak w przypadku Dawsona wiedziała, że plotki te znikną równie szybko, co się pojawiły zastąpione niekoniecznie nowym tematem, a raczej przejściem do następnego zlecenia, bo tak wyglądał naturalny cykl pracy w tego typu grupie. Grało się jeden projekt, znajdowało powód do rozmów po, a później zapominało, wracając do stałych zajęć, innych zespołów, często zupełnie innych ludzi, spotykało za kilka tygodni przy okazji następnej fuchy i tak to się kręciło. Istniało też spore prawdopodobieństwo, że nikt nawet słowem nie wspomni o jej rozmowie z Dawsonem, bo większość założy, że przecież każdy miał znajomych spoza muzycznego świata, więc naturalnym było, że i taka Tammy będzie takich posiadać, a to, że koledzy i koleżanki Dawsona mogli gadać, Tamsin całkowicie nie interesowało. Ba! To, że nie wpisał jej na listę działało jedynie na korzyść, bo zachowali pełen profesjonalizm – w końcu świadczyła na imprezie, na której on był gościem.
OdpowiedzUsuń— Masz zamiar zaskoczyć mnie znowu? Co za dużo, to niezdrowo — zaśmiała się, kręcąc głową w lekkim niedowierzaniu, ale wiedziałą już, że mężczyzna stojący naprzeciwko niej był pewnie zdolny, by zaskoczyć ją jeszcze wiele razy. Tyle tylko, że Tamsin z góry założyła, że nigdy więcej się nie spotkają – jakie było prawdopodobieństwo, że do tego dojdzie w tym ogromnym, wielomilionowym mieście? W szczególności, że Tamsin pracowała w profesji, która z policją miała dokładnie tyle wspólnego, co na tym przyjęciu – niewiele i rzadko, a już szczególnie, gdy chodziło o funkcjonariusza K9. Oprócz rutynowych kontroli w MET nigdy nie widziała policjanta z psem.
Wbrew swoim słowom nie miała zamiaru rozliczać Branta z tej przysługi, za zapłatę traktując własne rozbawienie, nie mając najmniejszego zamiaru inkomodować mu w przyjemnym spędzeniu reszty wieczoru.
— Trzymaj się Brant, baw się dobrze — skinęła mu na pożegnanie i odwróciła się na pięcie, by skorzystać z łazienki przed końcem przerwy, bo taki miała już zamiar przed drugim setem, a jednak los miał wtedy dla niej inne plany. Los, albo raczej Dawson potrzebujący przysługi.
Branta nie widziała aż do momentu, kiedy usiadła za pulpitem, ale nie próbowała złapać z nim kontaktu wzrokowego, uśmiechając się jedynie do siebie na wspomnienie ściemy, w której brała udział. Poprawiła materiał sukinii, odgarnęła włosy na plecy, by przypadkiem żaden kosmyk nie znalazł się nieproszony na gryfie i zaczęła grać na znak dyrygenta, wyraźnie dobrze się bawiąc. Przechodzące przez nią wibracje, ruch, to, że nie musiała próbować grać ciszej, jak to miało miejsce wielokrotnie, gdy grała w klasycznych orkiestrach poruszała się odwrotnie względem smyczka, próbując usprawnić jego zmiany, wibrowała tak, jakby miała niedługo odlecieć i aż uniosła nogę na koniec Mamma Mia, które DJ w moment podchwycił i puścił ponownie, nim orkiestra zdążyła wybrzmieć, co najwyraźniej spodobało się zgromadzonym na parkiecie. Orkiestrze zaś kupiło czas na wygodne spakowanie i wyjście.
Tamsin została nieco dłużej na scenie – dokładnie złożyła pulpit, deskę, którą musiała podłożyć pod nóżkę, upewniła się też, czy nikt nie potrzebuje pomocy, a futerał i jej torbę przyniósł kolega, informując ją przy tym, że ochrona chciała już zamknąć szatnię. Trudno, nie pierwszy raz miała wracać w wieczorowej kreacji w nocy, ale trochę ją to poirytowało.
— Hej, Tamsin! — odwróciła się zaskoczona, marszcząc przy tym brwi,które zmarszczyła tylko mocniej, gdy zauważyła, że to Brant ją woła. Nie mogła na żart odpowiedzieć inaczej, niż szczerym śmiechem i teatralnym wywróceniem oczami. Popukała się w czoło, no dureń, ale musiała przyznać, że tym głupim gestem spowodował, że uśmiech towarzyszył jej, gdy machała Brantowi na pożegnanie, aż do momentu, gdy wsiadła do ubera i uświadomiła sobie, jak bardzo jest zmęczona. Intensywne próby, dość długi program i jeszcze zabawa w dziewczyną na niby zwyczajnie ją wypompowały.
UsuńNie była za to wcale zmęczona, kiedy znajomi zaproponowali jej kilka tygodni później wyjście do baru, który znajdował się dosłownie kilka przecznic od jej domu. Zarówno koncert, jak i wszyscy poznani w trakcie niego ludzie, zaczęli jej się zamazywać, pozostając jedynie jednym z wielu wspomnień
Nie lubiła tam za bardzo chodzić, bo było zawsze tłoczno, a sam lokal był zwyczajnie ogromny, ale miejsce to miało jeden, ogromny plus – mogła z niego wrócić spacerem i nie musiała tego liczyć w godzinach. Bar znany był powszechnie z tego, że zatrudnieni w nim barmani niespecjalnie pilnowali wieku, w jakim były bawiące się w nim osoby, ani czy aby były one pełnoletnie, przez co w lokalu było sporo bardzo młodych dziewczyn i wyraźnie od nich starszych mężczyzn, żywo będących nimi zainteresowanymi. Pomimo to, miejsce i tak było atrakcyjne – nieco oldschoolowe neony, LED’y na każdym kroku, kilka miejscówek, gdzie śmiało można było zrobić sobie modne zdjęcie na sociale, by pochwalić się znajomym, gdzie spędzało się noc. No i drinki. Średnie jakościowo, ale podawane albo w fikuśnym szkle, albo w czerwonych kubkach, jak na domówkach i przede wszystkim duże. Tamsin wystarczył tam jeden drink, żeby wracając do domu zdarzyło jej się podskoczyć w radości, albo czuć łzy napływające do oczu, w zależności od tego w jakim nastroju rozstawała się ze znajomymi, a wcale nie miała takiej słabej głowy.
— Idziesz zajarać? — spytał ją Tayler, kolega z zespołu, w którym najczęściej grali na ślubach, korzystając z tego, że jego dziewczyna tego wieczoru nie była obecna i nie mogła mu suszyć głowy o nałóg.
— Buszka — Tamsin nie paliła na co dzień, ale lubiła pociągnąć dymka, kiedy była ku temu okazja, odnajdując w tym zakazany smak z nastoletnich lat, który chociaż był paskudny, zabierał ją w nostalgiczną podróż. Zgarnęła skórzaną kurtkę i torbę, widząc, że przy ich stoliku nikt nie siedzi. Wzięła też swojego drinka, wypitego dopiero w połowie – szkoda było wyrzucać, a jednocześnie nie było opcji, żeby zostawiła go bez własnego nadzoru.
W drodze do wyjścia rozmawiali o planowanym przez Taylera i Caitlyn przyjęciu z okazji Święta Dziękczynienia, na które pierwszy raz zaprosili swoich rodziców. Wszystkich czworo, chcąc im przy tej okazji wspomnieć o planowanym przez nich wyjeździe do Europy, z którego nie mieli zamiaru szybko wrócić.
— Powiedzcie im lepiej po jedzeniu — stwierdziła Tamsin, biorąc od kolegi papierosa, którego dość sprawnie odpaliła i zaciągnęła się dymem.
— Czemu wtedy? — spytał Tayler, przejmując od niej tytoniowe zawiniątko, wolnym krokiem odchodząc od drzwi lokalu, zmierzając tam razem z Passalis.
— Jak się nawcinają to wywali im cukier i będą tak zaspani, że nie będą nawet mieć siły, żeby się na was złościć, czy prawić morały — stwierdziła, wydmuchując dym i lekko marszcząc brwi, na krawężniku dostrzegając siedzącą dziewczynę, która widocznie walczyła o utrzymanie pionu. Spojrzała na Taylera, ruchem głowy wskazując na to, co przyciągnęło jej uwagę. Dziewczyna przede wszystkim siedziała sama. Nie było obok chłopaka, ani koleżanek, które może pozwoliłyby jej tak przez chwilę odpocząć, a w odległości kilku metrów, Tamsin nie dostrzegła nikogo, kto by się nią zainteresował.
— Hej, wszystko gra? — spytała, ostrożnie pochylając się w jej stronę. Dziewczyna spojrzała na nią jednym z najsmutniejszych spojrzeń, jakie Tamsin widziała – miała rozmazany makijaż, wyraźnie zaczerwieniony od płaczu nos i mocno przekrwione oczy.
Usuń— Niee… Nie wiem… Beznadzieja… Chce do domu… — wybełkotała.
— A gdzie masz dom? Może zamówię ci ubera, co?
— Nie… Ja nie wiem… Oj… — na to oj, Tamsin odskoczyła szybko, bo dziewczyna właśnie zwymiotowała na chodnik obok niej.
— Co robimy? — spytał Tayler, patrząc na dziewczynę, jakby nieznajoma nagle stała się ich problemem i chyba to był jeden z powodów, dla których Tammy wiedziała, że będzie za nim cholernie tęsknić.
— Nie wiem, czy jest pijana, czy naćpana, ale nie zostawimy jej tu. Jeśli przyszła ze znajomymi, to też jej z nimi nie zostawię… Ale trzeba być chujowym, żeby zostawić tak koleżankę — westchnęła Tammy, z torebki wyciągając mokrą chusteczkę, którą pomogła wytrzeć dziewczynie buzie, wcześniej oddając trzymanego drinka koledze. — Pomożesz mi ją zaprowadzić do mnie? Nie będę z nią tu tkwić do rana, a zaraz sobie tyłek odmrozi.
— No dobra. Ty z prawej, ja z lewej. Zwiąż jej lepiej włosy przed — powiedział, wyciągając z kieszeni spodni gumkę do włosów. Za tym Tammy też miała tęsknić, bo coraz mniej było mężczyzn z długimi włosami na tym świecie, którzy mogliby poratować frotką.
Kucnęła przed, w ocenie Tammy, bardzo młodziutką dziewczyną i odgarnęła kosmyki włosów z jej twarzy.
— Pomogę ci teraz wstać. Ja i mój kolega, pójdziemy do mnie do mieszkania…
— Tylko ty.
— Co proszę? — spytała zaskoczona Tamsin, pomagając jej związać włosy.
— Tylko ty, bez kolegi.
— No dobrze, a wstaniesz sama i dasz radę iść sama? Nie dam rady cię w razie co ponieść — stwierdziła Tamsin, patrząc to na nieznajomą, to znowu na kolegę. Dziewczyna złapała za wyciągniętą w jej stronę dłoń Passalis i powoli, bardzo powoli się podniosła, całym ciężarem opierając się na Tamsin, która bardzo w tej chwili cieszyła się, że na co dzień dżwigała ciężki instrument.
— Okej… Tayler, poradzimy sobie. Nie chce jej stresować dodatkowo — niemal wyszeptała, czując, jak dziewczyna dosłownie się w nią wtula. Bez słowa pożegnała się z kolegą, by po kilkunastu minutach poczuć wibrowanie telefonu w tylnej kieszeni spodni, będąc przy tym w pełni przekonaną, że właśnie dostała wiadomość o tym, jak to ma dać znać, co z dziewczyną i czy wszystko z samą Tamsin jest okej.
— Nazywam się Tamsin, a ty? — spytała, gdy przeszły kilka metrów i upewniła się, że dziewczyna jest w stanie iść, chociaż wyraźnie kosztowało ją to wiele wysiłku.
— Tate… — wyszeptała dziewczyna i załkała cicho.
— Heej, nie ma co płakać. Każdemu może się zdarzyć. Zobacz, mieszkam tutaj w tym budynku. Chcesz wysłać komuś informację, gdzie jesteś? — spytała spokojnie, palcem wskazując na miejsce, do którego dosłownie zostało im kilkadziesiąt stóp.
— Tak, nie… Nie wiem… — westchnęła ciężko i jęknęła tak głośno, tak żałośnie, że Tamsin przez chwilę nie była pewna, czy najpier pęknie jej serce, czy bębenki. — Potłukłam telefon!!! — zawyła.
— Jest okej, nie ma co rozpaczać. Znasz numer do kogoś bliskiego? — spytała Tammy, uśmiechając się przy tym najmilej, jak tylko umiała.
Usuń— Do brata — powiedziała dziewczyna przytomniejąc, na chwilę zapominając o rozpaczy i przybierając minę, która jasno mówiła o tym, że nie miała ochoty do niego dzwonić, ani dawać mu znać, ale gdy Tamsin wyciągnęła swój aparat i czekała, aż jej go poda, wyrecytowała odpowiednie cyfry głosem pełnym niezadowolenia. Tamsin pokazała jej numer, by ta sprawdziła, czy był poprawny, mrużąc przy tym oczy jak ślepiej. Pokiwała energicznie głową, od czego najwyraźniej znowu zrobiło jej się niedobrze, bo odwrócona od Passalis kilka razy powstrzymała odruch wymiotny. Tammy w tym czasie napisała krótką wiadomość.Cześć, jeśli Twoja siostra to Tate…
— Jak masz na nazwisko?
— Palmer — wydukała.
.Cześć, jeśli Twoja siostra to Tate Palmer, to zapraszam po odbiór przesyłki w najszybszym, dogodnym terminie spod tego adresu pinezka.
Gdy znalazły się w mieszkaniu, Tamsin pomogła Tate zdjąć buty i kurtkę. Zmyła jej też resztki makijażu i pozwoliła jej zasnąć na kanapie, bo i tak nie rozumiała połowy z tego, co dziewczyna próbowała jej przekazać. Dotarło do niej jedynie to, że prosiła, by nie informować jej brata – na co było już za późno, że już nigdy więcej nie pije i że to wszystko wina tych czerwonych kubków.
Korzystając z tego, że sytuacja wydawała się być opanowana, dziewczyna zaopiekowana, leżąc na boku z miską w zasięgu ręki, Tamsin wskoczyła pod prysznic, uprzednio sprawdzając, czy przyszła do niej jakakolwiek wiadomość. Nic. Może brat też już spał?
Tamsin Passalis🥤🚿
Mathilde była w stanie zrozumieć chęć opieki, wiedziała jednak również, że nadmierna troska i przesłuchiwania, często miały skutek odwrotny od zamierzonego. Poza tym, też kiedyś była młodą dziewczyną, musiała popełniać głupstwa i błędy, żeby nauczyć się prawdy zarówno o sobie, jak i o świecie. Niewątpliwie jednak podstawą dla wszystkiego było bezpieczeństwo. Tu zgodziłaby się z Brantem, że płeć piękna miała pod tym względem pod górkę. On, jako funkcjonariusz zapewne znał to z autopsji, widując niejedną makabryczną historię, choć tych zazwyczaj nie było trzeba daleko szukać. Mężczyźni co i rusz popełniali zbrodnie względem kobiet. Dawson miał też jednak narzędzia i wiedzę, by zadbać o bezpieczeństwo siostry przy jednoczesnym poszanowaniu jej samodzielności.
OdpowiedzUsuń— Niewiarygodne? — kładąc dłoń na swojej dość płaskiej klatce piersiowej, zapowietrzyła się niejako w udawanym geście urazy, zerkając cały czas zaczepnie z prowokacyjnym uśmieszkiem na swojego rozmówcę. — Sierżancie Dawson, to mocne pomówienie! Pamiętaj, że stroną konfliktu jest tutaj twoja siostra i to ją oskarżasz o takie rzeczy.
Wycelowała w niego palcem wskazującym znad blatu.
Podchodziła do całej sytuacji z humorem, bo uważała, że Brant naprawdę powinien dać spokój. Tate poszła spać, raczej nie będzie chciała mu o niczym powiedzieć, a Tilly dotrzyma danego słowa.
Choćby skały srały.
Mogli zatem zmienić temat dyskusji.
— Masz naprawdę piękną siostrę. — zauważyła po chwili ciszy, jako zupełnie luźną obserwację. Tate była wyjątkowo ładną dziewczyną, co warto było zauważyć. A Mattie lubią doceniać, to co wyjątkowe i piękne, zupełnie bez podtekstów.
Podobieństwa jednak między rodzeństwem trudno było szukać.
— Skąd u Ciebie taka pewność? — zmierzyła go uważnym spojrzeniem. Nie podobała jej się ta determinacja z jaką przemawiał, na temat tego, że wszystko wyciągnie z siostry w swoim czasie. Tilly wcale nie była co do tego taka pewna i szczerze, wolałaby żeby Tate nie mówiła bratu wszystkiego. Byli dorośli i nie musiała mu się spowiadać jak szkolny brzdąc po wywiadówce. Niektóre rzeczy warto było trzymać dla siebie. — Ty niby nie masz przed nią sekretów?
Wygodnie było stawiać siebie wyżej, pozwalać sobie na więcej, ale nie uwierzyłaby, że mężczyzna pokroju Dawsona spowiada się ze wszystkiego siostrze. Nie było mowy!
Świdrującym spojrzeniem znad szklanki patrzyła na niego, próbując wyczytać z tej postawy, co może się kryć pod fasadą porządnego gościa. Na pewno miał w sobie jakieś mroczne, fascynujące historie, a jednak na bardzo chciała być na ich tropie.
— A jakby hipotetycznie był winny, to co wtedy? — zastanowiła się na głos, bawiąc się swoją szklaneczką z alkoholem, nie widząc zwyczajnie sensu jego podejrzeń, bo co niby miało to zmienić? Szczerze była ciekawa, co się wiązało z tym, że dowie się prawdy. Miał jakiś plan? Wiedział co potencjalnemu winnemu chciałby zrobić? A jeśli działałby wtedy tylko na własną szkodę? Łatwo było się nakręcić, ale ciężej potem wytłumaczyć całe zagmatwanie.
Zaśmiała się natomiast głośno i szczerze, naprawdę rozbawiona jego odpowiedzią na temat haremu. Musiała przyznać, że nie brakowało mu wyobraźni.
— Szybko zmieniasz zdanie. Aż strach pomyśleć, jaki rodzaj seksualnego niewolnictwa będzie panował w tym mieszkaniu w przyszłym tygodniu.
Była obca, on też był jej obcy, ale i tak go lubiła. Potrafiła się przy nim dobrze bawić, choć nie wiązało się to z żadnymi seksualnymi przepychankami, nawet jeśli tematy nieustająco oscylowały w ramach dwuznaczności. Był jednak nielicznym z mężczyzn, przy których czuła się w ten sposób. Niejako bezpiecznie. I umiał ją szczerze rozbawić, choć zdawało się, że wychodzi mu to całkowicie spontanicznie, nigdy intencjonalnie, niczym produkt uboczny wypowiedzi, która powinna dotyczyć czegoś innego.
Na pytanie o mescal, pokręciła przecząco głową. Nie musiał jej uczyć, bo swoje w latach dwudziestoletnich Tilly przeżyła. O alkoholu i narkotykach wiedziała zdecydowanie więcej niż to co zakładała podstawa programowa jej studiów. Z autopsji, oczywiście, no bo skąd?
UsuńNa raz, na dwa, na trzy.
Wystarczyło jednak zwilżyć lekko usta, by z trudem się nie skrzywić, w stosunku do mocy trunku. Nie było to chyba wydanie dymnej agawy, które szczególnie by sobie upodobała, ale już pałace ciepło rozchodzące się od przełyku po resztę ciała po tym jednym skosztowaniu, był wyjątkowo przyjemne.
Komu jak komu, ale akurat Brantowi nie chciała dać tej przyjemności by widział z jakim trudem przechodzi jej to przez gardło, dlatego wyraz jej twarzy na moment był zupełnie martwy. Zręcznie więc wstała z hokera, by leniwym krokiem ze szklaneczką w ręce przejść się po pomieszczeniu.
— To dzisiaj samotny wieczór z bronią? — zagadnęła wskazujac w kierunku maszyny, która leżała na stoliku przy kanapie, a która do niedawna jeszcze była przez niego czyszczona w momencie, gdy Tilly pojawiła się w jego mieszkaniu.
Była ciekawa tego metrażu i faktu jak sobie żyje, co może się kryć w zakamarkach tych kilkudziesięciu metrów.
Mathilde Stevenson
Mogła się spodziewać, że to usłyszy. I przez chwilę naprawdę pożałowała, że nie pojechała z Wagnerem, przynajmniej zaoszczędziłaby sobie tego komentarza. Podejrzewała, że Brant nie będzie po całym dniu milszy ani bardziej wyrozumiały, a choć rozumiała jego obawy, to nie miała najmniejszej ochoty spędzić całego wieczoru, usprawiedliwiając się z decyzji, którą podjęła sama i z pełną świadomością konsekwencji. I nie miała zamiaru pozwolić, by jego słowa całkiem zepsuły jej humor. Nie po pierwszym dniu, który okazał się znacznie lepszy, niż zakładała.
OdpowiedzUsuń— Och, wybacz, nie wiedziałam, że muszę składać raport z każdej mojej decyzji życiowej — odparła, ruszając za nim. Wiedziała jednak, że nie chodziło o tłumaczenie się, po prostu była zła, że odezwał się do niej w ten sposób. Wyciągnęła do niego rękę, by móc porozmawiać, a Brant i tak musiał rzucić tekstem, który dolewał oliwy do ognia.
Przykucnęła, aby pogłaskać Kodę za uchem, i uśmiechnęła się do psa. Zawsze zastanawiało ją to, jak dogadywał się z Brantem, skoro obaj potrafili być równie uparci, a mimo to tworzyli zgrany duet. Koda przynajmniej nie próbował udawać, że mu nie zależy. Wystarczyło kilka pieszczot, by okazał jej całą swoją sympatię, bez wypominania przemilczanych spraw i decyzji. Może właśnie dlatego jego entuzjazm był teraz tak odświeżający. W przeciwieństwie do człowieka, który stał obok, pies nie oczekiwał od niej żadnych wyjaśnień.
— Tate i tak dowie się ode mnie — rzuciła i pokazała telefon, bo właśnie napisała siostrze o nowej pracy. — Nie musisz robić za rodzinnego kuriera.
Spojrzała w jego stronę z ukosa. Rozumiała, dlaczego był zły. Naprawdę. Nie chodziło przecież o samą pracę, a przynajmniej nie wyłącznie o nią. Brant dowiedział się o wszystkim w najgorszy możliwy sposób i to nie było w porządku.
— Brant, nie chciałam, żebyś dowiedział się w ten sposób — odezwała się. Nie zamierzała przepraszać za podjętą decyzję, bo nie o to chodziło. — Wiedziałam, że będziesz miał swoje zdanie o tej pracy… A ja po prostu chciałam najpierw się upewnić, że to właściwy krok, zanim zacznę się z niego komukolwiek tłumaczyć. — Przesunęła dłonią po włosach, odgarniając je z twarzy. — I to nie tak, że twoje zdanie nic dla mnie nie znaczy.
Znaczyło. Był jedynym facetem, któremu tak naprawdę ufała i który znał ją od każdej strony. Właśnie dlatego tak bardzo zależało jej, by nie patrzył w jej stronę wyłącznie przez pryzmat własnych obaw. Nie chciała, żeby widział w niej kogoś, kogo trzeba chronić przed każdym potencjalnym zagrożeniem, ani żeby jej decyzje stawały się kolejnym powodem do zmartwień. Potrzebowała jego wsparcia, ale jeszcze bardziej chciała mieć pewność, że potrafiła samodzielnie o siebie zadbać. Wiedziała, że Brant nigdy nie próbowałby celowo podcinać jej skrzydeł. Nie chciała też odsuwać go od siebie albo żeby jej nowa praca stała się jakimś murem nie do przeskoczenia.
Ledwie zapięła pas, a jej telefon zawibrował. Wiadomość głosowa od Tate. Mina zerknęła w stronę Branta, który właśnie zajmował miejsce za kierownicą, po czym kliknęła przycisk, a w aucie rozbrzmiał głos Palmer, w którym słychać było lekkie oburzenie: Nowa praca? W policji? I dowiaduję się o tym, jakbym była jakąś znajomą z internetu? Mina, błagam cię, naprawdę… dlaczego nic mi nie powiedziałaś wcześniej?
Mina przygryzła wewnętrzną stronę policzka, bo choć Tate wydawała się oburzona, to ją łatwiej było udobruchać niż Branta. Dalsza wiadomość brzmiała: I zanim powiesz, że chciałaś najpierw się upewnić, czy to właściwy krok, oszczędź sobie. Rozumiem, naprawdę. Ale chyba mogłaś mi chociaż wspomnieć, że coś takiego rozważasz. Poza tym… poznałaś już jakichś przystojnych detektywów? Bo jeśli już postanowiłaś rzucić się w wir policyjnych dramatów, chciałabym przynajmniej wiedzieć, czy są jakieś plusy. Zadzwoń do mnie, jak tylko będziesz mogła. Kocham cię, nawet jeśli jesteś okropną siostrą.
OdpowiedzUsuńMina parsknęła śmiechem i oparła głowę o zagłówek, potrząsając nią. Mogła się tego spodziewać. Odpisała szybko, że odezwie się wieczorem, a potem wbiła wzrok w twarz Branta.
— Naprawdę… nie chciałam, żeby tak wyszło — powiedziała ciszej, poważniejąc. — Pomyślałam, że chcę zrobić to sama, żeby nikt nie próbował mi wmówić, że mam specjalne traktowanie dzięki wstawiennictwu brata… A po dzisiaj… poczułam, że to jest to, że to chcę robić, że to uczucie, kiedy pomogłam ująć mordercę Kwiatuszka, znowu powróciło. Wiem, to było samolubne i masz prawo być zły.
Spuściła wzrok, obracając telefon w dłoniach. Nie miała już siły wymieniać się uszczypliwością za uszczypliwość. Chciała tylko, żeby Brant zrozumiał, że ta decyzja nie była wymierzona w niego, nawet jeśli właśnie tak to mogło wyglądać z jego perspektywy.
— Ale to już nieważne. Nie musisz mnie odwozić. Pojadę metrem, naprawdę. Nie chcę, żebyś czuł się do czegokolwiek zobowiązany tylko dlatego, że jestem ci bliska.
Zanim zdążył odpowiedzieć, odpięła pas i sięgnęła klamkę.
Wilhelmina Sallow 😮💨
Sapnęła z zaskoczenia, gdy złapał ją za nadgarstek i pociągnął w swoją stronę. Nie zdążyła nawet wystawić stopy ani zrobić niczego innego, a Brant zareagował tak, jakby pomysł, że mogłaby wysiąść i pojechać metrem, był największą niedorzecznością, jaką usłyszał tego dnia. Choć wiele było dzisiaj tego, co niedorzeczne. Podejrzewała jednak, że chodziło przede wszystkim o rozmowę, bo od rana każde walczyło z chaosem w głowie, a potem przyszła praca i śledztwo, a ostatecznie dopiero teraz znalazł się moment, w którym dało się normalnie porozmawiać, tylko że Mina nie lubiła się kłócić z Brantem o poważne rzeczy. O wiele bardziej ceniła sobie dyskusje o tym, czy wołowina lepiej smakuje z rozmarynem, czy tymiankiem, albo kto miał ostatnio gorszy gust filmowy. Takie sprzeczki kończyły się zwykle przewracaniem oczami, złośliwymi komentarzami i śmiechem, a nie poczuciem, że jedno zawiodło drugie. Nie chciała, żeby jej praca stała się powodem, przez który coś się zepsuje. Brant był dla niej zbyt ważny, by pozwoliła, żeby niewypowiedziane pretensje rosły z każdym dniem, ale wolałaby, żeby ta rozmowa nie miała w sobie tego napięcia.
OdpowiedzUsuńZamarła, wpatrując się w niego z niedowierzaniem. Przez ułamek sekundy nie była nawet pewna, czy dobrze go usłyszała. Wymówkę? Naprawdę uważał, że odmówiła Wagnerowi tylko po to, żeby zacząć jakąś gierkę? Poczuła, jak narasta w niej złość, a jej twarz skrzywiła się nieładnie.
— Puść mnie, Brant. — Jej głos był ostry. Szarpnęła nadgarstkiem, próbując wyswobodzić się z jego uścisku, a kiedy to nie przyniosło efektu, spojrzała mu prosto w oczy. — Odmówiłam Wagnerowi, bo chciałam porozmawiać z tobą, do cholery! — syknęła, pochylając się w jego stronę. — Z tobą. Nie z nim, nie z nikim innym. Pomyślałam, że może wreszcie będziemy mieć chwilę, żeby wyjaśnić sobie to całe gówno, które ciągnie się za nami od rana.
Koda zapiszczał cicho, a Mina odruchowo zerknęła w jego stronę. Przełknęła ślinę i odwróciła głowę z powrotem do Branta.
— Więc nie mów mi, że zrobiłam z ciebie wymówkę, kiedy jedyną rzeczą, której chciałam, było spędzenie z tobą tych pieprzonych kilkunastu minut i dojście do jakiegoś porozumienia. Jeśli nie potrafisz tego zrozumieć, to przynajmniej nie udawaj, że to ja nie próbuję.
Słuchała jego słów w milczeniu, z zaciśniętymi ustami i wzrokiem utkwionym gdzieś za przednią szybą. Najgorsze było to, że pod koniec przestał brzmieć jak złośliwy dupek, a zaczął jak Brant, którego znała od lat. Ten, z którym zawsze potrafiła dojść do porozumienia, nawet jeśli wcześniej odbyła się ostra wymiana zdań. Miał rację. Nie powinna była stawiać go przed faktem dokonanym. Mogła powiedzieć mu wcześniej, choćby jednym zdaniem, że dostała propozycję pracy i zamierza ją przyjąć. Nie musiała pytać o zgodę ani czekać, aż kiwnie głową. Wystarczyło, że potraktowałaby go jak kogoś, kto zasługuje, by dowiedzieć się tego od niej samej. Ale jego słowa nie sprawiały, że nagle przestawała czuć się potraktowana jak dzieciak, któremu trzeba przypominać o podstawowych zasadach bezpieczeństwa.
— Wiem — odpowiedziała w końcu. — Wiem, że nie możemy udawać, że się nie znamy. I nie zamierzam tego robić. Nie chcę też, żebyś musiał się tłumaczyć z tego, że mnie znasz, ani żeby ktokolwiek pomyślał, że dostałam tę pracę dzięki tobie.
Odwróciła głowę w jego stronę. Złość nie zniknęła całkiem, ale ustąpiła miejsca zmęczeniu i szczerości, na którą od rana nie potrafiła się zdobyć.
— Po prostu chciałam mieć pewność, że to moja decyzja — dodała. Patrzyła mu w oczy, kiedy to mówiła. — A co do strachu… bałam się chyba, że zanim zdążę się przekonać, czy się do tego nadaję, ty już będziesz wiedział lepiej ode mnie i że być może przyznam tobie rację, odmówię tej posady i zostanę w laboratorium.
Nie chciała, żeby zabrzmiało to jak zarzut. Brant zawsze miał w zwyczaju dostrzegać zagrożenia tam, gdzie ona widziała jakąś możliwość, i choć przez większość czasu ceniła jego rozsądek, tym razem potrzebowała się przekonać, co tak właściwie potrafiła. Nie chciała wracać do laboratorium z poczuciem, że zrezygnowała, zanim w ogóle spróbowała, zwłaszcza że już po pierwszym dniu wiedziała, że podjęła właściwą decyzję. Przygryzła wewnętrzną stronę policzka, zastanawiając się, jak wiele powinna jeszcze powiedzieć.
Usuń— Porozmawiam z Victorią — powiedziała. Brant nie był jej biologicznym bratem, a jedynie przybranym, i gdyby nie Tate, równie dobrze mogliby uchodzić za parę zwykłych znajomych, których nie łączyły żadne rodzinne więzy. Tyle że Dawson był jej rodziną, niezależnie od tego, jak skomplikowane stało się to wszystko ostatnio, a Mina, mimo wszystkich nieporozumień i niewypowiedzianych pretensji, wciąż była gotowa zrobić wiele, byle tylko wiedzieć, że jest szczęśliwy.
Zerknęła w stronę radia, wsłuchując się w kod wezwania, a potem w aucie zrobiło się niemal upiornie cicho. Gdy usłyszała głos Branta, wbiła wzrok w jego twarz, wciąż pamiętając jego: Skoro już się wprosiłaś, to cię odwiozę, ale zrobię to tylko dlatego, że jesteś mi bliska. Prychnęła mimowolnie i zmrużyła oczy.
— Wiesz co? — odezwała się po chwili, przekrzywiając głowę. — Zaczynam się zastanawiać, czy ty w ogóle chcesz mnie odwieźć, czy po prostu uznałeś, że skoro się już wprosiłam, to masz obowiązek dopilnować, żebym bezpiecznie dotarła do domu.
Przyjrzała mu się uważnie, próbując wyczytać coś z jego twarzy.
— Bo jeśli robisz to wyłącznie z poczucia obowiązku, naprawdę nie musisz. Nie jestem twoim kolejnym zadaniem do odhaczenia pod koniec zmiany. — Poprawiła torbę przy ramieniu. — Chciałam z tobą porozmawiać, Brant, a nie zmuszać cię do spędzania ze mną czasu, więc…
Urwała, nie czekając, aż jej odpowie. Sięgnęła klamkę i sprawnie wyszła z auta, bo jazda metrem to nie było nic strasznego, a poza tym może Brant potrzebował jednak kilku sekund dla siebie, zamiast użerać się z antropolożką, która miała problem z podejmowaniem decyzji uwzględniających nie tylko jej własne potrzeby, ale i uczucia innych. Zatrzasnęła drzwi, poprawiła pasek torby i ruszyła w stronę chodnika, starając się nie oglądać za siebie. Nie była pewna, co właściwie chciała osiągnąć. Może liczyła, że Brant ją zatrzyma, a może po prostu miała dość tej rozmowy, która od początku przypominała przeciąganie liny. Wiedziała tylko, że nie chciała być dla niego kolejnym powodem do frustracji.
your stubborn little storm, Wilhelmina Sallow 🌩️
Zdawała sobie sprawę z tego, że to wszystko musiało zostać załatwione dla dobra kolejnych spraw i ogólnego rytmu pracy. Brant był jej przybranym bratem, więc gdyby potrzebował jej pomocy, zrobiłaby wszystko, aby mu ją zapewnić. Czy byłoby to faworyzowanie? I tak, i nie. Właśnie dlatego Victoria, podobnie jak porucznik McCane, musieli wiedzieć o ich pokrewieństwie, zanim ktokolwiek zacząłby mącić. Nie zamierzała udawać, że nic ich nie łączyło, ale nie chciała też, by ktokolwiek uznał, że swoją obecność w wydziale zawdzięczała rodzinnym znajomościom. Zależało jej, by od początku ustalić jasne granice. Jeśli mieli razem pracować, musieli udowodnić, że potrafią oddzielić życie prywatne od obowiązków. Nie oznaczało to, że przestanie mu pomagać, gdy będzie tego potrzebował, ale pomoc nie mogła oznaczać naginania zasad. W końcu oboje wiedzieli, jak ważne w ich pracy były zaufanie i odpowiedzialność. Mina miała więc zamiar otwarcie porozmawiać o tym z Victorią i porucznikiem. Wolała, żeby dowiedzieli się o wszystkim od niej, zamiast usłyszeć lawinę plotek i zastanawiać się, co jeszcze wyjdzie.
OdpowiedzUsuńNie zadała sobie trudu, aby o to zapytać, bo sądziła, że to doby moment, żeby zaaranżować tę rozmowę i jakoś się pogodzić. Nie użyła Branta, żeby odmówić Wagnerowi, bo nie chodziło tutaj o to, czy kogoś wybierała, czy też nie – z góry wiedziała, że chce złapać się z Dawsonem, więc propozycja Reida nawet nie zdążyła stać się dla niej realną alternatywą. Nie przewidziała jedynie, że Brant odbierze to tak, jakby próbowała zastawić na niego pułapkę albo wymusić wspólny powrót, więc teraz po prostu się wycofywała, żeby pojechać do domu metrem. Wzdrygnęła się, gdy usłyszała trzaśnięcie drzwiami od auta, a potem doszedł do niej ostry ton Branta. Odwróciła się przez ramię, żeby posłać mu spojrzenie, ale nawet nie zdążyła tego zrobić, bo złapał ją w pasie i przerzucił sobie przez ramię, jakby nic nie ważyła.
— Brant! — wrzasnęła, uderzając otwartą dłonią w jego plecy. — Postaw mnie, do cholery!
Krew napłynęła jej do twarzy, a w głowie natychmiast rozpętała się burza. Nie wierzyła, że naprawdę to zrobił. Była dorosłą kobietą, a nie zbuntowaną nastolatką, którą należało w jakiś sposób spacyfikować. Dopiero po chwili dotarło do niej, jak absurdalnie to wszystko musiało wyglądać. Nie wiedziała, czy ktoś ich obserwował, ale myśląc o tym, miała ochotę zapaść się pod ziemię. Pierwszy dzień pracy, a ona już miała szansę stać się lokalną anegdotką o tym, jak traktować kobietę, która miała zamiar ot tak się wycofać. Mina nie pamiętała, kiedy ostatnio była tak wściekła. Szarpała się przez całą drogę do samochodu, rzucając przekleństwa, których nie powstydziłby się niejeden funkcjonariusz po wyjątkowo paskudnej zmianie.
— Jesteś niemożliwy! — syknęła i sapnęła cicho, gdy złapał ją za przedramiona i unieruchomił. Przez moment patrzyła mu prosto w oczy, oddychając szybko i nierówno. Nie zamierzała odwracać wzroku, choć jego bliskość i siła, z jaką ją przytrzymywał, sprawiały, że cała sytuacja wydawała się jeszcze bardziej absurdalna. To był Brant. Człowiek, któremu ufała, na którego mogła liczyć i którego obecność zwykle wystarczała, by poczuła się bezpiecznie. Zacisnęła palce, czując pod skórą pulsującą frustrację, i przechyliła głowę, nie spuszczając z niego wzroku. Ta nagła bliskość, którą narzucił Brant, była jak gwóźdź do trumny – czuła jego oddech i zapach, a świadomość, jak niewiele dzieliło ich twarze, wcale nie pomagała jej w tym wszystkim. Była wściekła, wciąż miała ochotę wygarnąć mu kilka rzeczy, a jednak przez tę krótką chwilę trudno było jej tylko się gniewać. Znała go przecież tak dobrze, że potrafiła rozpoznać najmniejszą zmianę w wyrazie jego twarzy. A kiedy zarejestrowała jego spojrzenie przy swoich ustach, przełknęła mimowolnie ślinę.
Mina przez chwilę milczała, przyglądając się jego oczom, nosowi i wargom, jakby próbowała ustalić, czy właśnie naprawdę usłyszała przeprosiny, czy może po prostu się przesłyszała.
Usuń— Wiesz, że gdybyś od początku powiedział to w ten sposób, zaoszczędzilibyśmy sobie tego całego przedstawienia? — wymamrotała, a potem dodała jeszcze: — Ja… też przepraszam.
Nie przychodziło jej łatwo przyznawanie się do błędów, szczególnie kiedy emocje wciąż buzowały pod skórą, ale Brant był ostatnią osobą, z którą chciała przeciągać tę kłótnię do późnego wieczora.
— Nie powinnam była trzymać tego przed tobą w tajemnicy. I… obiecuję, że to już się więcej nie powtórzy — wyznała po chwili, patrząc mu prosto w oczy, a potem kiwnęła lekko głową.
Jej mieszkanie znajdowało się w budynku, który nie wyróżniał się niczym szczególnym. Z zewnątrz nie zdradzało wiele, ale wnętrze było dokładnie takie, jakiego można było się po Minie spodziewać: uporządkowane, funkcjonalne i dość minimalistyczne. Dominowały tutaj jasne ściany, naturalne drewno, stonowane beże i szarość przełamana czernią. Meble miały proste formy, dekoracji nie było zbyt wiele, a każda rzecz zdawała się mieć swoje miejsce. Podłogę ozdabiał duży, jasny dywan, a przy kanapie stał stolik z ciemnego drewna. Salon łączył w sobie wygodę z oszczędną estetyką. Szara kanapa z kilkoma poduszkami znajdowała się naprzeciwko telewizora, a obok niej regał z książkami. Na jednej z półek stała niewielka ramka ze zdjęciem Miny, Tate i Branta, zrobionym podczas jednego z rodzinnych spotkań, oraz fotografia jej i mamy. Zdjęć było zresztą więcej; na jednym Mina i Tate śmiały się do obiektywu, na innym był Brant z gitarą. Było też kilka ujęć z przyjaciółmi czy pamiątkowa fotografia z czasów studiów. Z salonu można było wyjść na balkon; nie był duży, ale wystarczał, by zmieścić dwa składane krzesła, niewielki stolik i kilka doniczek z ziołami i warzywami. Kuchnia była połączona z jadalnią i stanowiła najbardziej praktyczną część mieszkania. Proste, matowe fronty szafek, ciemny blat, stalowe dodatki i otwarte półki z kubkami oraz słoikami z przyprawami tworzyły uporządkowaną całość. Przy wyspie stały dwa wysokie krzesła, a tuż obok drewniany stół dla czterech osób. Sypialnia znajdowała się po drugiej stronie mieszkania, za prostymi drzwiami w kolorze jasnego drewna. Była utrzymana w podobnym stylu: duże łóżko z szarą narzutą, dwie szafki nocne, szafa wnękowa i niewielka komoda. Sypialnia miała przy sobie łazienkę, z której korzystała tylko Mina; była tam duża wanna, którą uwielbiała. Druga, uniwersalna łazienka dla wszystkich znajdowała się tuż przy salonie. Jednak najbardziej osobistym pomieszczeniem było jej biuro; oddzielny pokój, który urządziła z myślą o pracy – ustawiła tam duże biurko, ergonomiczny fotel i dwa monitory oraz sporo półek z książkami i albumami, a w kącie stał model ludzkiego szkieletu z wyjmowanymi narządami.
Wchodząc do środka, Mina odłożyła torbę na komodę, po czym najpierw zahaczyła o kuchnię i sięgnęła po miskę dla Kody. Napełniła ją świeżą wodą i postawiła na podłodze w kącie, który od dawna należał do psa. W szafce, tam, gdzie trzymała miseczkę, miała również pojemnik z ulubionymi smaczkami Kody, uzupełniany regularnie na wypadek, gdyby Brant wpadł z wizytą z psem.
— Proszę bardzo, paniczu — mruknęła, wyciągając jeden przysmak i podając go Kodzie, który kręcił się wokół, jakby był u siebie. Pogłaskała psa za uchem, po czym wbiła wzrok w Branta. — Może… zanim wypijemy kawę, zjemy coś konkretnego? Możemy coś razem ugotować albo zamówić, no chyba że nie masz za bardzo czasu.
Zaraz potem zdjęła z siebie marynarkę, którą przewiesiła przez krzesło, i stanęła przy ekspresie, żeby uzupełnić sprzęt wodą.
Wilhelmina Sallow ☕️🍜
Gdyby tylko chciał wchodzić w dyskusję, z przyjemnością znalazłaby statystyki i odwoływała się do nich, że jakkolwiek zbrodnie popełniają wszyscy, tak szala ta zdecydowanie przechyla się na niekorzyść mężczyzn. Zwłaszcza, gdy chodziło o przemoc domową. A jeśli martwił się o siostrę, gdy ta wychodziła wieczorami, zrozumiałe musiało być to, że raczej nie obawiał się tego, że Tate wypije za dużo, a tego, czy ktoś nie będzie chciał zrobić jej krzywdy. Bo magicznie, wszyscy byli tymi dobrymi mężczyznami, do momentu aż nie trafiała się okazja, a cała reszta nie widziała problemu. To nie kobiety kobietom robiły wtedy piekło. Na to miały zupełnie inne pola do popisu, co samo w sobie też było strasznym kurestwem.
OdpowiedzUsuń— Oh, oczywiście, że jestem jedynaczką. Państwo Stevenson nie chcieli nigdy się bawić w projekt nr 2. — przyznała mu rację, krążąc po salonie, wyglądając przez wysokie okna i lustrując całe pomieszczenie, nawet jeśli brakowało w nim zdjęć czy drobnych bibelotów świadczących o sentymencie do pewnych miejsc czy ludzi. — Poza tym, śmiem twierdzić, że debiut wyszedł im nie najgorzej. — zaśmiała się, dłonią prezentując mu swój profil. Uważała siebie za całkiem udany projekt genetyczny-społeczny.
Nie wiedziała jak to mieć rodzeństwo, miała za to skromną, lecz pewną paczkę bliskich przyjaciół i to ich traktowała jak przedłużenie rodziny. Z rodzicami nie utrzymywała szczególnie bliskich i zażyłych relacji, co nie znaczy, że nie byli dla niej ważni. Po prostu, dorosłe życie wyglądało tak, że wciąż chciała spędzać czas z młodszymi ludźmi, słuchać o ich problemach i przygodach, niż notorycznie być bombardowana tematami geopolitycznymi czy odkryciami z dziedziny psychologii, choć oba tematy uważała za szalenie ciekawe.
— A mi się wydaje, że czasem przeceniasz swoje możliwości.
Uśmiechnęła się nieznacznie, wąchając swoją szklaneczkę z mezcalem, a spojrzenie kierując na Branta.
Wtedy w parku, jak i teraz był cholernie pewny siebie. Co było zarówno w jakiś sposób pociągające, jak i irytujące. Bo na dobrą sprawę nie dało się wyczuć czy dopuszczał do siebie jakąkolwiek możliwość zmiany zdania lub nie posiadania racji.
Krążąc po mieszkaniu, rozglądając się po korytarzach oraz drzwiach, zarówno tych otwartych i zamkniętych, Mattie ostatecznie wróciła do kuchennego blatu, stając obok mężczyzny.
— A kto decyduje o konsekwencjach? Ty? — zapytała z subtelnym uśmiechem, wąchając trunek w swojej szklance i prowokacyjnie, na dłużej zatrzymując spojrzenie na jego oczach.
Dawson był klasycznym przykładem mężczyzny, który prezentował osobliwy dualizm. Bo chociaż był nudziarzem i służbistą, jak widać widział dla siebie odstępstwa od reguły. Zupełnie jakby w niektórych kwestiach świat patrzył na niego łaskawiej, albo niektóre kwestie zupełnie go nie dotyczyły.
Choć nie był typem narwańca, jakiego poznała ostatnio dzięki wspaniałomyślności swojej przyjaciółki, wciąż miał swoją ciemną stronę, która w ciężkich chwilach mogła ujrzeć światło dzienne. Oczywiście, był tylko człowiekiem, ale jako funkcjonariusz policji powinien wiedzieć i potrafić trochę więcej. Wiedział jak działa prawo, musiał więc zdawać sobie też sprawę z wymierzania konsekwencji na własną rękę.
— Konsekwencje smakują tym lepiej, im sprytniej są zaplanowane. — zasugerowała tak, jakoby miała w tym już doświadczenie. Pozostawiła to jednak owiane tajemnicą.
Wzruszyła natomiast leniwie ramionami na pytanie o jej wieczór. Miała wygodne i bezpieczne alibi, więc nie widziała potrzeby by kłamać. Mogła mu nawet pokazać zdjęcia Gabriela, przedzwonić do niego, czy zanudzić informacjami o przygotowaniach do wesela dwóch gejów, jeśli tylko miał ochotę posłuchać.
Usuń— Byłam na drinku z przyjacielem. — odpowiedziała zgodnie z prawdą. — Ale skończyłam z nową koleżanką.
Może gdyby miały szansę na dłuższą rozmowę z Tate, zawiązałaby się między nimi jakaś znajomość, zdecydowanie głębsza ponad damską komitywę. Nie miały jednak na to okazji, a poza tym, pytanie czy siostra Branta w ogóle miałaby o czym rozmawiać z kobietą ponad 10 lat starszą od niej. Z prespektywy Mattie to była przepaść. Nie miała styczności z tak młodymi osobami, nie da się ukryć, że opinie ich na wiele tematów traktowała z rezerwą, wiedząc jak niewiele miała pojęcie o życiu w swoich dwudziestych latach. Teraz wciąż wiedziała mało, a wiele rzeczy było skrajnie przytłaczających, ale brnęła śmiało na przód w poszukiwaniu nie wiadomo czego.
Mathilde Stevenson
Każdy wiek rządził się swoimi prawami i Tamsin wcale naiwność Tate nie dziwiła. Jeśli do tej pory dziewczyna dorastała w przyzwoitym środowisku, w którym przynajmniej jej samej nie stała się krzywda, czemu miała z góry zakładać, że ktokolwiek by jej źle życzył? Niektóre lekcje trzeba było odebrać samemu i Tammy, patrząc na śpiącą u niej na kanapie dziewczynę wiedziała, że to będzie jedna z tych, których Tate może nie będzie pamiętać doskonale, ale będzie pamiętać, jak się po tym czuła. A kac nigdy nie był czymś przyjemnym.
OdpowiedzUsuńW swojej, bo tylko taką znała, raczej nie dzieląc się specjalnie doświadczeniami z młodości z nikim, perspektywie, postrzegała własne nastoletnie wybryki za stosunkowo niewinne. Nigdy nie uciekła z domu, bo właściwie była w nim gościem, a i atmosfera nie była w nim znowu taka najgorsza. Twardych narkotyków nie dotykała, bo zwyczajnie się ich bała, ale pamiętała też dobrze, jak szkolna pogadanka o konsekwencjach ich zażywania, mocno na nią wpłynęła. Przez następne kilka tygodni myła zęby dosłownie po każdym posiłku, mając obraz gnijących dziąseł u osób uzależnionych od metamfetaminy. Oczywiście święta nie była – chociaż już wtedy spotykała się , jeśli można było tak to nazwać, z Carterem, to jednak wciąż sporo wyjeżdżała sama na kursy muzyczne, czy warsztaty, gdzie nikt dorosły nie czuwał nad gromadką zdolnych, pracowitych, ale przede wszystkim, młodych muzyków. Na tych wyjazdach pierwszy raz piła alkohol, pierwszy raz rzygała też jak kot, kiedy okazało się, że picie wściekłych psów na zmianę z parszywym, butelkowanym mohito, nie było najlepszym pomysłem. Były pierwsze papierosy, kilka razy zapaliła zioło, ale nic więcej – wszystko w granicach, które dla zasady naginała większość nastolatków. Raz jeden włamała się z kilkoma innymi uczestnikami do opuszczonego, hotelowego spa, gdzie leżąc na dnie basenu mogli podziwiać gwiazdy przez ogromne świetliki, ale nie robili tym nikomu krzywdy. Ani nie dali się złapać.
Prysznic wzięła szybko, bojąc się, że Tate może obudzić się w każdej chwili i zwyczajnie wystraszyć miejsca, w którym się znalazła. Nie dlatego, że mieszkanie Tamsin przypominało norę, bo było raczej standardowe na warunki Nowego Jorku, ale nie znała tego miejsca, a Tammy nie była przekonana, czy pamiętała, jak spod lokalu znalazła się w jej czterech ścianach. Ubrała się w za duży o kilka rozmiarów t-shirt zespołu System Of a Down, jakby dla równowagi dobierając do tego różowe dresy i skarpetki we wzorki. Wysmarowana ulubionym balsamem o słodkim, brzoskwiniowym zapachu, z włosami jedynie odciśniętymi z wody, bo nie chciała budzić suszarką śpiącej Tate, zaszyła się w sypialni z książką, niemal zapominając o tym, że podała swój adres bratu Śpiącej Królewny.
Domofon odebrała szybko, spodziewając się gościa i równie szybko zareagowała na pukanie, które w jej odczuciu mogłoby obudzić zmarłego. Zamarła dopiero, patrząc przez wizjer. A on tu czego? Wiele dziwnych przypadków i zbiegów okoliczności spotkało w życiu Tamsin, ale zobaczenie, w środku nocy, przed jej drzwiami, swojego chłopaka na niby nie było w bingo na ten wieczór. Szybko otworzyła drzwi, mierząc mężczyznę od stóp do głów spojrzeniem, którym jasno szukała wyjaśnienia.
— Nie, robię za statystkę — odpowiedziała nieco kąśliwie, zakładając ręce na piersi. Palmer. Dawson. Mieli różne nazwiska, ale takie rzeczy się przecież zdarzały, bo mogli mieć dwóch ojców, albo Palmer mogła być mężatką, chociaż Tamsin wydawała się na to za młoda. O ironio.
Nim odpowiedziała Dawsonowi, wyciągnęła z kieszeni dresów telefon i wybrała numer, który podała jej Tate. Dopiero, kiedy usłyszała wibracje aparatu Branta, wyraz jej twarzy nieco złagodniał i odsunęła się od drzwi, by zrobić mu przejście.
— Wejdź — zaprosiła go do środka, a gdy tylko znalazł się obok niej, zamknęła drzwi i przekręciła zamek, robiąc to całkowicie odruchowo. — Dotarła, bo ją tu przyprowadziłam… Chyba trochę za dużo wypiła, biedna gorzej się poczuła, obok nie było jej znajomych… To ją zgarnęłam do siebie — powiedziała cicho, tym samym i jemu dając znać, by nie mówił zbyt głośno, gdy szli przez krótki korytarz do części, którą można było określić jako salono-kuchnio-jadalnię. Mieszkanie było wyraźnie stare i bardziej odświeżone, niż wyremontowane, w tej części oświetlone jedynie przez leda pod kuchennymi szafkami.
Usuń— Młoda śpi jak zabita, właściwie… Trochę bez sensu cie tu ciągnęłam, ale jeszcze w drodze wydawało mi się, że da radę zaczekać aż ją ktoś odbierze, ale dosłownie poszłam zamknąć drzwi, a jak wróciłam, ona już spała, a ja… No nie miałam serca jej budzić — przyznała, opierając się o blat kuchennego aneksu. — Możesz ją spokojnie zostawić do rana Brant, włos jej tutaj z głowy nie spadnie — stwierdziła pewnie, bo nie po to zgarniała dziewczynę dosłownie z ulicy, żeby teraz miało jej się coś stać.
— Chcesz się czegoś napić? Nie wiem… Zaczekać, jak trochę prześpi ten najgorszy moment…— nikt nie pisał instrukcji, jak zachować się w takiej sytuacji, więc Tamsin nie miała zielonego pojęcia, co powinna była zrobić. Dlatego tylko stała i patrzyła na mężczyznę z wyczekiwaniem.
Tamsin Passalis🛌
— Rutynowe badania? — Zerknęła w stronę psa, który śmiało wciskał nos w zasłonę, zapewne czując nowy środek do prania. Uśmiechnęła się lekko. — Mam nadzieję, że wszystko pójdzie gładko i pewnie tak będzie, zaczęłabym się martwić dopiero wtedy, gdyby ten urwis odmówił smaczka albo głasków.
OdpowiedzUsuńMina naprawdę szczerze uwielbiała Kodę. Może nie był jej psem, bo akurat zbyt dużo pracowała, żeby faktycznie zająć się jakimś zwierzakiem, ale zdecydowanie nazwałaby się kimś, kto rozpieszczał tego uparciucha. Lubiła też czuć ciepełko bijące od Kody, gdy się w nią wtulał, albo kiedy kładł łeb po jej kolanach, jakby właśnie ona była osobą odpowiedzialną za rozwiązanie wszystkich jego psich problemów.
— To zależy od tego, co takiego chciałbyś zjeść — stwierdziła, sięgając po kubek, aby przygotować kawę. Ustawiła naczynie, kliknęła przycisk od ekspresu i pozwoliła, żeby maszyna zrobiła swoje. Zaraz potem otworzyła lodówkę. Mina nie należała do osób, które przypominały sobie o zakupach dopiero wtedy, gdy ostatnie opakowanie mleka się kończyło. Regularnie uzupełniała zapasy, pilnowała terminów i starała się zaplanować obiady tak, żeby nic się nie marnowało. Wszystko miało swoje miejsce, podobnie jak w szafkach, gdzie słoiki z kaszami, ryżem i makaronem były opisane, więc jeśli ktoś urzędował w jej kuchni, zazwyczaj bardzo szybko się tutaj odnajdywał.
Zrobiła trochę miejsca dla Branta, żeby zerknął po składniach, a potem obrzuciła jego sylwetkę wzrokiem. Wciąż był w kamizelce i roboczym wydaniu, co akurat nie było dziwne, skoro tak właściwie kilkanaście minut temu skończył pracę, zresztą tak jak ona.
— Zamierzasz gotować w tym wszystkim? — zapytała, unosząc brew. Nie chodziło o to, że wyglądał źle, ale raczej o to, że kamizelka taktyczna i służbowe ubranie nie należały do najwygodniejszych strojów do stania przy garach. — Poczekaj, przyniosę jakąś twoją koszulkę, którą ostatnio u mnie zostawiłeś.
Choć oficjalnie mieszkała sama, trudno było powiedzieć, że całe mieszkanie należało wyłącznie do niej. W różnych zakamarkach znajdowały się rzeczy zarówno Branta, jak i Tate; szczoteczka, garść kosmetyków, a nawet prostownica do włosów, którą jej siostra kiedyś tutaj przywlekła. Nie wspominając już o kolorowych kubkach, których sama nigdy by nie kupiła, ale które Tate uparła się zostawić u niej po jednym ze wspólnych wieczorów. W przedpokoju trzymała dodatkowe kapcie dla niego i Tate, a w szafie w jej sypialni znalazło się trochę wolnego miejsca na ich rzeczy, gdyby któreś z nich musiało zostać na noc. Mina nie miała nic przeciwko temu; odkąd zyskała dodatkową rodzinę, kupowała ulubione przekąski Tate i Branta, żeby móc poczęstować ich czymś, co naprawdę lubili, gdy tylko wpadali z wizytą, albo dbała o to, żeby czuli się dobrze i swobodnie w jej mieszkaniu.
Odwróciła się jeszcze do ekspresu, gdy jedna z kaw była gotowa, a potem podłożyła inny kubek. Zaraz potem ruszyła w stronę sypialni, gdzie w jednej z szuflad komody trzymała kilka rzeczy Branta. Właściwie nawet nie pamiętała, kiedy dokładnie zdecydowała, że powinna zrobić mu trochę miejsca. Jego ubrania pojawiały się u niej stopniowo, zostawiane po dłuższych wizytach, nocowaniu czy zwyczajnym lenistwie, kiedy nie chciało mu się zabierać wszystkiego ze sobą. W pewnym momencie przestała nawet to rejestrować, po prostu składała je i układała. Wyciągnęła jedną z ciemnych koszulek i przez krótką chwilę przyglądała się jej. Gdyby jakiś facet, z którym próbowałaby się umówić, zobaczyłby męskie ubrania, sytuacja mogłaby być dość zabawna. Trudno byłoby jej wyjaśnić, że w jej szafie leżą męskie ubrania, w łazience stoi dodatkowa szczoteczka, a w kuchni czekają przekąski kupowane specjalnie dla innego mężczyzny, i że nie ma w tym absolutnie niczego dziwnego.
Gdy wróciła, Brant stał przed lodówką. Podeszła więc do niego i wyciągnęła w jego stronę koszulkę.
Usuń— Proszę bardzo. — Uśmiechnęła się lekko, po czym spojrzała mu z rozbawieniem w oczy, tłumacząc zaraz, skąd się one wzięło: — A jeśli przypadkiem znowu zostawisz u mnie kolejne ubranie, to uprzedzam, że niedługo będę musiała zorganizować dla ciebie osobną szufladę.
Potrząsnęła głową i rzuciła krótkie zaraz wracam, żeby też móc się przebrać w coś wygodniejszego. W łazience umyła najpierw ręce, a potem przemyła twarz i związała włosy w wysokiego, niechlujnego koka. Zrzuciła eleganckie ubrania, wrzucając je do kosza, a potem wciągnęła czarne legginsy i krótką, jasnoszarą bluzę, której rękawy od razu podciągnęła. Upewniła się jeszcze w lustrze, że pod oczami nie został jej tusz, po czym przeszła do kuchni, zastając Branta w koszulce, którą mu przyniosła. Oparła się biodrem o blat i sięgnęła po kubek z kawą, upijając łyk.
— Dobra, skoro oboje jesteśmy już w wersji domowej, możemy przejść do konkretów. — Posłała mu pytające spojrzenie. — Co gotujemy?
Wilhelmina Sallow 🥣 🍽️
Tamsin próbowała swoją przeszłość wyprzeć. Część niej, tą przyjemną, pielęgnowała w ogrodzie wspomnień, podlewała wracając myślami do tych wszystkich chwil, gdy czuła się rzeczywiście szczęśliwa, każdy z płatków głaszcząc z czułością opuszkami palców. Miała przy tym pełną świadomość, że czasami niesłusznie gloryfikowała pewne wydarzenia, nadając im często większą wartość, niż powinny mieć, ale gdy ma się niewiele kwiatów w dużym, zapuszczonym chwastami ogrodzie, dobrze się pamięta, gdzie rosną hortensje ciężkich, pięknych kwiatostanach, czy róże o pięknym zapachu. Chwasty omijała, bardzo niechętnie zerkając niekiedy w ich stronę, zazwyczaj całkowicie przez przypadek, kiedy wdzierały się w zwykłą codzienność, jak pojedyncze źdźbło trawy między chodnikowe płyty. Gdyby tylko istniała taka możliwość, Passalis najchętniej zalałaby wszystko betonem, pozostawiając jedynie rabaty z kwiatami, ale niestety nie tak działała ludzka pamięć.
OdpowiedzUsuńW samym charakterze Tamsin jej doświadczenia odcisnęły swoje piętno i miały pozostać tam już na zawsze, ale wychodziła z założenia, że zawsze mogło być gorzej. Mogła znienawidzić ludzi w nich dopatrując się przyczyn własnego nieszczęścia, ściągając na nich ciężar win popełnionych, w dużej mierze, przez jednego człowieka, ale tak, jak Tate, Tamsin ludzi lubiła. Lubiła ich poznawać, nawiązywać przyjaźnie i miała w tym całkiem dużą łatwość, jak na kogoś, kto przez kilka lat życia praktycznie nie miał znajomych. Chociaż siedziała w tym czasie w ciasnej, złotej klatce, za którą życie toczyło się jakby bez niej, to gdy tylko otworzyły się drzwiczki, wyfrunęła, jakby nigdy nie zapomniała, jak się lata. W obyciu była raczej przystępna, nie próbowała udawać, że kryje się w niej jakaś wielka tajemnica, chociaż ta właściwie była ciągle obecna, ale tak, jak Brant, też była raczej bezpośrednia. Raczej, bo gdy brakowało jej na taką bezpośredniość odwagi, zwykle milczała. Zagryzała wargi, kiwała głową, albo wzruszała ramionami, nie tylko nie chcąc kogoś urazić, ale też uniknąć niewygodnych pytań, na które nie chciała dawać odpowiedzi. Robiła to zazwyczaj dla siebie, dla innych nieco rzadziej, ale jej słowa sporadycznie mogły kogoś rzeczywiście zaboleć. Z przyjaciółmi żyła w zgodzie, oni sami też nie należeli do osób, którym trzeba byłoby przekazywać gorzką prawdę, bo tej prawdy zwyczajnie niebyło, a i Tamsin nie czuła się w sile, by kogokolwiek potępiać za jego postępowania. Za co, skoro ci, według wszelkiej jej wiedzy, z reguły postępowali dokładnie tak, jak należy? Gdy chodziło o obcych, nie wierzyła za bardzo w to, by jej słowy mogły spowodować jakikolwiek skutek, więc zwyczajnie zamykała buzię, bo nie warto było strzępić języka na kogoś, kogo prawdopodobnie miała nigdy więcej nie spotkać.
Dziwnie było jej gościć Branta w swoim mieszkaniu, ale nie tylko dlatego, że właściwie był dla niej kimś zupełnie obcym. Pora sama w sobie też nie była tu czymś, co na tą dziwność wpływało, tylko kiedy ostatni raz się widzieli, nie była w domowych ciuchach, zupełnie bez makijażu, z włosami wciąż mokrymi po prysznicu, a w eleganckiej sukni balowej, gdzie czuła, że ma znacznie większą kontrolę nad wszystkim, niż miała teraz, chociaż były to jej cztery ściany. Wpuszczanie kogoś, kto pojawił się bez zapowiedzi, a kogo już znało się wcześniej z zupełnie innego miejsca było dla Tammy nieco krępujące. Z drugiej strony, spodziewała się przecież, że ktoś przyjdzie i było bardzo prawdopodobne, że wtedy czułaby się podobnie, chociaż pewnie trochę mniej nieswojo, bo ten ktoś nie znałby już innej jej wersji. Tej, w której czuła się najpewniej na świecie.
— Myślę, że Tate po dzisiaj nie będzie się z nimi za bardzo zadawać— stwierdziła, chociaż nie mogła być przecież tego taka pewna. W końcu w tym wieku robiło się różne głupstwa, łącznie z zadawaniem się z ludźmi, którzy wcale nie byli najlepszym wyborem. Tamsin coś o tym wiedziała.
— Sama zdecydowałam się ją tutaj przyprowadzić. Gdyby to był problem, raczej bym tego nie zrobiła, Brant — stwierdziła pewnie, przesuwając dłonią po kuchennym blacie, wzrokiem kursując między Dawsonem a jego siostrą śpiącą na kanapie. Pierwszy raz była w takiej sytuacji, ale nie pierwszy raz pomagała dziewczynie, która potrzebowała pomocy, absolutnie niczego nie oczekując w zamian. Tammy wiedziała, że postępując słusznie, łatwiej będzie jej później spojrzeć sobie w oczy w lustrze z wiarą, że nie jest złym człowiekiem, bo wystarczająco dużo było ich na świecie, a ona nie chciała być jednym z nich.
Usuń— Przestań, Brant – poprosiła, chociaż zabrzmiało to nieco ostrzej, niż chciała. — Tak się głupio gada, poza tym to nie jest żadna przysługa, tylko zwykłe przenocowanie pijanej dziewczyny. Spokojnie może zostać. Jeśli się uprzesz to też możesz. Mam dmuchany materac, więc to serio nie jest problem. Jedna osoba w tą, czy w tą – machnęła ręką, bo to rzeczywiście nie był dla niej kłopot. Wiele osób przewijało się przez to mieszkanie, bo u Tamsin często nocowali zarówno znajomi muzycy, jak i Noah, kiedy akurat jego matka robiła imprezę, na której niekoniecznie chciał być. A Passalis to nie przeszkadzało, a nawet łapała się na tym, że lubiła, gdy w domu było więcej ludzi. Nie wydawało się wtedy, że panująca w nim pustka zabiera całą przestrzeń, nic dla niej nie zostawiając.
— Słaba ze mnie gospodyni, gdzie moje maniery. Napijesz się czegoś? — spytała, wskazując palcem w kierunku czajnika, chociaż sam Brant wyglądał w tej chwili tak, jakby potrzebował czegoś mocniejszego. Tym też mogła go ugościć.
Tamsin Passalis 🌘
Mathilde zdawała sobie bardzo dobrze sprawę z tego, jak wiele było w niej sprzeczności i dziwactw jednocześnie, ale tak, lubiła siebie taką jaką była. Nie widziała najmniejszych powodów by coś w sobie zmieniać, na pewno nie pod względem urody, ani osobowości. Psychiki może nie miała tak mocnej jakby chciała wierzyć w to że ma, bo zawiodła ją już kilkukrotnie na życiowej drodze, ale poza tym… Było jej naprawdę dobrze w tym ciele i życiu, które sama sobie stworzyła. W bezpiecznym świecie, gdzie pozwalała sobie na bezpośredniość, chwytanie tego na co miała ochotę, próbowania nowych rzeczy i nie cofania się przed niczym, gdy już była na czymś skupiona. Tyczyło się to tak samo doświadczeń, rzeczy, miejsc, jak i ludzi. A ten element egocentryzmu w życiu jedynaczki zupełnie jej nie wadził.
OdpowiedzUsuń— Ok, w takim razie się poznajmy. — zaoferowała entuzjastycznie, bo faktycznie Brant miał rację. Niewiele wiedzieli o sobie nawzajem, niewiele też wspólnie spędzili czasu, by móc się czegoś o sobie dowiedzieć. A Tilly była ciekawa. Zarówno jego, jak i jego siostry, która spała już pewnie w najlepsze.
— Zadaj mi jakieś pytanie. Cokolwiek. Czego byś chciał się o mnie dowiedzieć. Wiem, że pora jest okropna, ale tylko kilka pytań. Dopije swoją porcję i wyjdę. — obiecała i uniosła szklankę do góry w geście toastu, nie chcąc się stukać i robić niepotrzebnego hałasu, skoro jeden z domowników smacznie spał. — Coś niesztampowego, ale też nie nazbyt oczywistego. No wiesz… patrzysz mi w oczy, ja tobie i tak sobie myślę, że… chciałabym wiedzieć co miało wpływ na to że zostałeś policjantem? To też strasznie niewdzięczna profesja…
Zaczęła tą zabawę, jednocześnie decydując się na wzięcie pełniejszego łyku do ust, przymykając do tego lekko jedną powiekę i walcząc ze wszystkich sił, by się nie skrzywić.
— Smakuje. — przyznała, gdy odzyskała moc sprawczą nad własną mimiką, a woltaż napitku ponownie przyjemnie rozgrzał ciało, choć potrzebowała chwilę by się z nim oswoić. — Choć, nie spodziewałam się, że zaszczycisz mnie czymś tak mocnym. Sama nie wiem czego się w sumie spodziewałam… — uśmiechnęła się lekko pod nosem. Szczerze mówiąc nie miała żadnych pomysłów jak to ich kolejne spotkanie będzie przebiegać. Nie zakładała niczego, a i starała się być grzeczna po ostatnim razie. — Swoją drogą nie piłam mezcala chyba z dziesięć lat. — przyjrzała się kolorowi trunku z pewną nostalgią. Niesamowite ile ją dzieliło od Tilly, którą była wtedy, a która siedziała teraz przed nim. Na pewno wiele rozczarowań i trzy wypalenia zawodowe.
Ludzie chyba generalnie byli tak skonstruowani, a zatem i zabawni. Nikt nie potrafił się w pełni pozbyć pewnego zalążka hipokryzji. Dotyczyło to najwidoczniej i samej Mattie, która uparcie nie chciałaby się do tego przyznać, a przecież nie odbiegała aż tak daleko od ogółu. Miała inne cechy, które wyróżniały ją zdecydowanie na tle tłumu.
— Samotny spacer to żaden problem. — stwierdziła z uśmiechem, machając ręką w potwierdzającym własne słowa geście. Nie przeszkadzało jej włóczenie się po mieście po ciemku, a jeśli nawet nie miałaby na to ochoty, zawsze mogła zamówić taksówkę. — Mam słuchawki, mogę jeszcze przeżyć najlepszą imprezę w drodze do domu. Przynajmniej z muzyką, którą lubię. Takie włóczenie się po mieście w nocy bywa czasami naprawdę wyjątkowe. — przyznała, bo zawsze uwielbiała tego typu powroty do domu, choć nie robiła tego już od dłuższego czasu. Wydawało się to jednak dobrym pomysłem, powrotem do dawno odstawionych rozrywek, które choć proste, dostarczały wiele frajdy.
— Wiesz… — położyła w pewnym momencie głowę na blacie, przyglądając się bez większego sensu w jeden punkt gdzieś przed sobą, jedną ręką leniwie głaszcząc Kodę między uszami, gdy ten pojawił się przy niej. — W jednej z moich ulubionych książek, która wiele nauczyła mnie o ludziach i świecie, jest taka kuriozalna sytuacja, gdy dorosła dziewczyna poznaje małego chłopca w niebezpiecznej części miasta, gdzieś w jakiejś dziurze w Libanie. Jedno wymyśla dla drugiego alternatywne imię i cała historia to tak naprawdę dialog między tą dwójką. Na końcu powieści pojawia się jednak pytanie „Ilu ludzi zabiłeś, ile żyć ocaliłeś?”. I lubię sobie o tym myśleć czasem. — podniosła głowę, uśmiechając się nieporadnie i przeczesując dłonią włosy. — Zabrzmiało trochę ponuro, ale nie martw się, nikomu bezpośredniej krzywdy nie zrobiłam. Po prostu w szerszym kontekście życia, to mocno refleksyjne pytanie. — poczuła się w obowiązku wytłumaczyć, w tym nagłym przypływie wylewności i odsłonięcia jakiegoś wyjątkowego skrawka własnej osoby. Po co mu w ogóle o tym mówiła? To było głupie. Zwłaszcza w obliczu policjanta, nie miało to absolutnie żadnego sensu. — Nie wiem w sumie po co Ci o tym mówię, ale… gorąco polecam książkę. Miguel i Sahar Sófii Silvy Harrington. Zajebista. Mocno miesza w głowie i na moralności. Dostała chyba nawet Pulitzera.
UsuńNie mogła jednak mieć żadnego pojęcia o tym, że pisarka słowa te wypowiedziała faktycznie, do najważniejszego dla niej człowieka w jej życiu i że miało to moment na chwilę przed osobistą tragedią dwójki osób, które skończyły ze złamanym sercem, będąc brutalną lekcją o tym, że być może sama miłość, jakkolwiek szczera i gorąca, nie wystarcza.
Mathilde Stevenson i subtelny cień Sówki
Dzisiaj pracowała z domu. Nie musiała iść do biura, za co była wdzięczna twórcom hybrydowej wersji pracy, bo nie idąc do siedziby Cosmopolitanu, mogła z większym skupieniem i z większą prędkością napisać wiele interesujących tekstów. Tam zawsze coś rozpraszało jej uwagę. To koleżanka zajmująca biurko obok. To ktoś przemykający z innego działu. To kierownik magazynu. Dzwoniące telefony. Hałasujące drukarki. Głośniejszy stukot w klawiaturę. Chrupanie paluszków przez Stanleya. Obgryzanie paznokci przez Danielle. Siorbanie kawy przez Coco. Po prostu większe skupienie zdobywała w swoim osobistym bałaganie. Obrót głowy w lewo. Regał z butami, który aktualnie miał odsunięte drzwiczki. Obrót głowy w prawo. Otwarta szafa z większością butów, a nie odzieży. Głowa pochylona w dół. Na stopach klapki, które kupiła trzy dni temu i były liczone jako sto dwudziesta siódma para. Były ciemnojeansowe z elementami złota; takimi związanymi z wakacjami, ale były na wyprzedaży, więc czemu miałyby się Dianie nie przydać?
OdpowiedzUsuńSkończyła szybciej niż mogło jej się wydawać, a skoro miała ponad godzinę czasu wolnego w zapasie, ugotowany obiad i względny porządek w mieszkaniu, stwierdziła, że trzeba wyjść, dotlenić się i wypocić swoje. Ubrana w komplet o limonkowym odcieniu, składający się ze stanika sportowego i legginsów, narzuciła dodatkowo czarną bluzę bez logo i z największą rozkoszą, sięgnęła do pudełka po buty z metką, w których jeszcze nie miała okazji biegać. To była marka Reebok. Siatkowe. W większości czarne, lecz ich podeszwa była ombre, utworzona z jasnoróżowego i ciemnoróżowego połączenia. Zabierając ze sobą wodę o pojemności pięćset mililitrów, które zapakowała w klasyczny mały plecak, załączyła muzykę na słuchawkach i wyszła z domu, kierując się w bliżej nieokreśloną stronę.
Było tak akurat. Nie za zimno. Nie za ciepło. Chmury nie zwiastowały deszczu. Aplikacja pogodowa również nie wróżyła intensywności opadów. Po rozgrzewce przy ławce postawionej przy wejściu do budynku mieszkalnego, w którym miała swoje cztery kąty, jakże bogate kąty, bo sama wartość stu dwudziestu ośmiu par butów do najniższych nie należała, ruszyła powoli do przodu. Czy dziś przebiegnie luźny półmaraton? Wątpiła bardzo, bo trzy dni temu zaliczyła dwadzieścia jeden kilometrów, więc dzisiaj, jeśli się uda zrobi tylko połowę lub nieco więcej, ale nie aż tyle, co ostatnio.
Po drodze mijała wiele osób. Pomachała siostrze ciotecznej, która z wózkiem szła w stronę przychodni ze swoim rocznym synkiem. Kiwnęła na powitanie biegaczce, z którą obie należały do nowojorskiej grupy biegowej. Wspólnie zaczynały przygodę od spaceru o kijkach, aż powoli wkręciły się skutecznie w bieganie.
Skręciła z uśmiechem w boczną uliczkę, prowadzącą do parku. Jej kucyk podskakiwał od lewej do prawej i od prawej do lewej strony. Nie utrzymywała równego tempa. To miał być bieg bez konkretnego wyniku. Ani czas, ani kilometry się nie liczyły. Chciała tylko się wybiegać. Trochę zmęczyć. Rozruszać się po tym, jak wysiedziała swoje przed laptopem.
Mrużąc oczy, uśmiechnęła się szerzej, bo już z daleka rozpoznała pewien duet. Mężczyznę z psem. To był Brant z Kodą. Policjant i jego nie tylko służbowy towarzysz. Lubiła ich spotykać. Poznali się kilka miesięcy temu, gdy Diana przeprowadziła się w te okolice z Manhattanu. Tam akurat wynajmowała mieszkanie, a to, które zajmowała aktualnie kupiła za pomocą oszczędności, których jakimś magicznym cudem nie wydała na buty, dokładając większą część ze spadku otrzymanego po śmierci bezdzietnej cioci, która swój duży dom przepisała na nią i jej braci.
— Cześć — zatrzymała się przy nich, zatrzymując czas w aplikacji monitorującej bieg. — Miło was widzieć. Chyba z dwa tygodnie na siebie nie wpadliśmy. Co słychać? — przykucnęła i zaczęła powoli głaskać Kodę za prawym uchem. — Dzisiaj wolne, przed pracą czy już po pracy?
Nie przestając głaskać Kody, uniosła głowę do góry, żeby spojrzeć też na obecnego Branta, bo nie chciała sprawić, aby w jakikolwiek sposób poczuł się zignorowany.
DIANA MORENTZ
Gdyby to nie Brant zastała przed swoimi drzwiami, a kogoś zupełnie nieznajomego, prawdopodobnie wcale nie wpuściłaby go do mieszkania, a przynajmniej nie tak szybko. Była samotną kobietą w Nowym Jorku i chociaż daleko było jej do panikary, która dostrzegałaby we wszystkim i wszystkich potencjalne zagrożenie, pewnie poprosiłaby taką osobę, żeby zaczekała na zewnątrz i dopiero, po potwierdzeniu przez Tate jej tożsamości, zaprosiłaby ją do środka. Może Branta nie znała, bo ciężko było mówić, by był jej znajomym, gdy dłuższe rozmowy potrafiła przeprowadzać z baristką w kawiarni, niż z nim na bankiecie, ale wiedziała, że jest policjantem, poznała jego przełożonego, i zwyczajnie wydał jej się przyzwoitym facetem. Na tyle przyzwoitym, że skoro przyjechał w środku nocy po siostrę, znaczyło to jednoznacznie, że jakiś kredyt zaufania mu się należy, chociaż i tak musiała sprawdzić. Tak dla własnego spokoju ducha.
OdpowiedzUsuńWiedziała, że kiedy Tate obudzi się rano, sama Tammy nie będzie gryzła się w język w odniesieniu do jej znajomych, którzy zachowali się dokładnie tak, jak nie powinni, chociaż nie do końca była to jej sprawa. Nie znaczyło to jednak, że może, usłyszenie od nieznajomej, że tak nie powinno wyglądać wychodzenie z paczką, że pomimo spokojnej okolicy Tate realnie mogło się to stać, w jakiś sposób sprawi, że Tate zastanowi się odrobinę dłużej nad decyzją o wspólnym wyjściu. Domyślała się, jak paskudnie dziewczyna będzie się czuła następnego dnia i nie miała jej zamiaru tego specjalnie utrudniać, ale to miał być jeden z tych momentów, kiedy Tamsin uważała, że milczenie nie było dobrym rozwiązaniem. Nieprzyjemny dreszcz przeszedł ją po plecach na myśl, że podsypiającą na krawężniku dziewczyną, mógł zainteresować się ktoś nieodpowiedni, kto realnie mógłby ją bardzo skrzywdzić.
Jej samej, wcale nie w tak odległej przeszłości, też zdarzały się imprezy, które w jakimś stopniu wymykały się spod kontroli, a jednak miała na tyle szczęścia do swoich przyjaciół, że nigdy w tych momentach nie była sama. Nie zaszła w niej jakaś dramatyczna zmiana od tamtych wydarzeń, ale zwyczajnie trochę dojrzała, jej znajomi też, a codzienne obowiązki przekreślały szanse na dawne harce, za czym Passalis miała wrażenie, że będzie tęsknić, a jednak nie tęskniła wcale. Zwyczajnie zaczęła odnajdywać radość w mniejszych ekstremach, dobrą imprezę rozumiejąc jako taką, po której bolał ją brzuch ze śmiechu, nogi od tańca, a gardło od śpiewania, a nie, po której bolało całe ciało przez strucie się za dużą ilością alkoholu. Byłaby jednak hipokrytką, gdyby patrzyła teraz na Tate z góry tak, jakby sama była ponad tym, do jakiego stanu doprowadziła się dziewczyna.
Jedynym śladem, który mógłby świadczyć, o potencjalnej obecności w życiu Tamsin, jakiegoś mężczyzny, były ciuchy, w których chodziła po domu. W przedpokoju nie stały męskie buty, przez żadne z krzeseł nie było przewieszonej męskiej kurtki, a gdyby Brant odwiedził łazienkę, mógłby zauważyć obecność tylko jednej szczoteczki w kubeczku, gdzie znajdowała się też pasta do zębów. Po obrączce, która kiedyś symbolizowała miłość, ostatecznie parząc niechęcią, od dawna nie miała śladu, bo skóra na palcach zdążyła w tym miejscu zapomnieć, że kiedykolwiek był tam jakiś pierścionek, ale tak. Brant nie znał jej historii, tak jak i ona zupełnie nie znała jego, poza tym, że nawet jeśli kogoś miał, to nie zabrał tej osoby ze sobą na bankiet, ani nie chwalił się tym faktem w pracy, ale to akurat wcale by jej nie dziwiło. Ona w pracy zazwyczaj odzywała się niewiele, a gdy już to robiła, raczej przyłączała się do rozmów o bzdurach, a nie prywatnym życiu, to zostawiając w sferze, do której dostęp mieli tylko jej bliscy, bo lubiła mieć kontrolę nad tym, co wiedzieli o niej inni, ale też to, jak ją widzieli. Można było uznać ją za próżną, ale przejmowała się swoim wyglądem na zewnątrz domu, szczególnie w pracy, biorąc bardzo dosłownie powiedzenie “co nie dograsz, to dowyglądasz”, starannym makijażem i ładną sukienką dodając sobie pewności siebie, która tylko połowicznie była prawdziwa.
Tego jednak Brant, Gabriel, Robert, czy ktokolwiek inny z ludzi, którzy wcale nie byli jej bliscy, wcale nie musieli wiedzieć, a ona nie miała zamiaru nikogo w tym uświadamiać.
Usuń— Mówiłam ci Brant, serio to nic takiego — wywróciła oczami, bo chociaż nie speszyła się nawet na chwilę na bankiecie, to teraz zaczynała, co ani trochę jej się nie podobało, ale nie miała zamiaru dyskutować na ten temat dalej wiedząc, że to pewnie jedynie pogorszyłoby sytuację. Mimowolnie zaśmiała się pod nosem, gdy wspomniał o Tate, nie mając zamiaru napomykać jej bratu o małym pokazie prawdziwej rozpaczy z powodu potłuczonego telefonu. Jakby dziewczyna zupełnie nie zdawała sobie sprawy, że zbita szybka była najmniejszym problemem, jaki mógł ją tej nocy spotkać.
Wstawiła wodę i wyciągnęła z jednej szafek metalowe pudełko z herbatą, kubek ściągając z drewnianego uchwytu, mającego pewnie tyle lat, co ona i Brant razem wzięci. Pokiwała głową na zgodę, że faktycznie jego przyjazd rano ma więcej sensu, niż rozstawianie dmuchanego materaca, ale dopiero na słowa o tym, że ktoś na niego czeka, mimowolnie spojrzała w jego kierunku. Nie powinno jej to obchodzić, a jednak poczuła się zaciekawiona w szczególności przez dobór słów, których użył. Czyżby w domu czekała na niego nerwowa dziewczyna, gotowa roznieść pół mieszkania z powodu jego nieobecności w nocy?
Uniosła lekko brew, ale gdy usłyszała jego wyjaśnienie, momentalnie uśmiechnęła się szeroko. No tak, K9.
— Jak wpadniesz jutro po Tate, możesz wziąć Kodę ze sobą — stwierdziła, dziecinnie licząc, że właśnie to zrobi, bo wprost uwielbiała zwierzęta i gdyby nie to, że miała pracę, która wymagała wyjazdów i skutkowała tym, że w domu często jedynie bywała gościem, z całą pewnością miałaby swojego pupila.Przy prowadzonym przez siebie trybie życia, nie uważała jednak, by wzięcie odpowiedzialności za czworonoga, było dobrym i odpowiedzialnym pomysłem, bo zwierzak całe dnie spędzałby sam. A to wydawało się Tamsin zwyczajnie okrutne.
— Proszę — powiedziała, podsuwając do niego kubek z zaparzaczem, obok którego postawiła ceramiczną cukierniczkę i talerzyk z pokrojonymi plasterkami cytryny. Sobie też przyszykowała ciepły napój i przez chwilę skupiła się na miarowym poruszaniu metalowymi szczypcami, zastanawiając się, o czym mogłaby właściwie z Brantem rozmawiać przez ten czas, z pewnego rodzaju ulgą czując, że cisza wcale nie była szczególnie ciążąca, chociaż to wrażenie mogło być jednostronne i spowodowane tylko tym, że miała czym zająć ręce.
— Już z tobą zerwałam? — spytała, przypominając sobie o planie, który uknuła Lauren, a który w tamtym momencie zdawał się spaść im dosłownie z nieba. — Było potem jakoś niezręcznie między tobą, a Robertem, czy rozeszło się po kościach? — spojrzała na niego pytająco, wsuwając się na blat zupełnie, jakby zapomniała o stojącym kilka metrów dalej stoliku z krzesełkami.
Tamsin Passalis🪑
— Jestem za. — Uśmiechnęła się i kiwnęła głową. Wzięła jeszcze jeden łyk kawy, po czym odłożyła kubek, żeby pomóc przy obiedzie. Mina lubiła gotować, ale zazwyczaj miała dość mało czasu, żeby to robić. Przy jej trybie życia przygotowywanie posiłków często przegrywało z pracą, a kiedy wracała do domu po długim dniu, nie zawsze miała ochotę spędzać kolejną godzinę przy garach. Zdarzało jej się więc przygotowywać coś na kilka dni z góry albo sięgać po najprostsze rozwiązania, czy zamówienie czegoś przez apkę. Czasem po prostu jadła obiad u mamy, co było nie tylko wygodne, ale również stanowiło doskonały pretekst, żeby spędzić z nią trochę więcej czasu. Mina miała z Eleanor naprawdę dobrą i bliską relację i nawet jeśli nie zawsze widywały się tak często, to starała się nie zaniedbywać wspólnych chwil.
OdpowiedzUsuńPodeszła do wolnego blatu i zajęła się papryką. Od czasu do czasu zerkała w jego stronę, obserwując, jak sprawnie obchodził się z nożem. Może i Brant nie był wybitnym kucharzem, ale też nie powiedziałaby, że źle gotuje. Lubiła, gdy przejmował kuchnię i robił coś swojego, szczególnie gdy zapowiadał się wspólny wieczór. Wtedy Mina najczęściej mu w tym pomagała, a Tate podjadała co nieco. Kiedy skończyła kroić paprykę, sięgnęła po garnek i postawiła go na płycie kuchennej. Włączyła konkretny palnik, wlała odrobinę oleju i przesunęła naczynie w stronę Branta, żeby mógł od razu zabrać się za podsmażanie cebuli. W międzyczasie wytarła blat z drobnych kawałków warzyw i odłożyła nóż do zlewu. Lubiła, kiedy podczas gotowania wszystko miało swoje miejsce, i uchodziła raczej za pannę porządnicką, choć miała w swoim życiu etap, że jej pokój przypominał pobojowisko. Z biegiem lat nauczyła się jednak, że porządek ułatwiał funkcjonowanie, a dorosłe życie rządziło się swoimi prawami i jeśli ona tego nie ogarnie, to nikt inny.
Korzystając z okazji, sięgnęła po telefon komórkowy i odpisała Tate, a potem włączyła Spotify i wybrała playliste, którą kiedyś zrobiła; były tam utwory wybrane przez nią, Branta i Tate. Każde z nich dorzucało do niej coś od siebie, dlatego składanka była dość chaotyczna gatunkowo, ale właśnie to najbardziej jej się w niej podobało. Zdarzało się, że niektóre z kawałków wywoływały u niej wspomnienia konkretnych wieczorów i rozmów, które przeciągały się do późna. Właściwie właśnie dlatego wciąż trzymała tę playlistę. Gdy wokół rozbrzmiał głos wokalisty Sleep Token w utworze Alkaline, odłożyła telefon, zwiększyła nieco głośność i wróciła do przygotowywania składników. Zanuciła pod nosem fragment piosenki, którą rozpoznała już po pierwszych sekundach: I'm caught up in her design and how it connects to mine. I see in a different light the object of my desire.
— Więc… — odezwała się. — Wspominałeś o tym, że chcesz usłyszeć o moim dniu. — Sięgnęła po drewnianą łyżkę i zamieszała zawartość garnka, kiedy Brant wrzucił do niego kolejne składniki. Zapach smażonej cebuli i przypraw szybko zaczął rozchodzić się po kuchni, sprawiając, że Mina momentalnie poczuła się głodna.
— Przede wszystkim Victoria okazała się dokładnie taka, jak myślałam. Konkretna i rzeczowa, i chyba się polubimy. — Uśmiechnęła się pod nosem, a potem zerknęła do garnka. — Co do Wagnera… nadal nie wiem, co o nim myśleć. Jest doświadczony, ale myślę, że to nie będzie łatwa współpraca.
Oparła się biodrem o blat i przez chwilę obracała łyżkę w palcach. Wiedziała, że budowanie relacji wymagało czasu, szczególnie w środowisku, w którym zaufanie często miało równie duże znaczenie, co kompetencje. Wagner nie sprawiał wrażenia łatwego człowieka. Miał swoje metody, przyzwyczajenia i wyrobioną pozycję, a ona dopiero zaczynała i choć nie brakowało jej wiedzy ani dobrej opinii przełożonych, doskonale zdawała sobie sprawę, że będzie testowana.
Usuń— Mam wrażenie, że najpierw będzie chciał sprawdzić, czy rzeczywiście wiem, co robię — dodała po chwili. Nie martwiła się tym jednak. Była cholernie dobra w swojej pracy i nie zamierzała pozwolić, żeby ktoś podkopał jej pewność siebie. Nie oczekiwała, że Wagner od razu obdarzy ją zaufaniem, ale liczyła, że z czasem jej kompetencje przemówią same za siebie. Nie potrzebowała taryfy ulgowej ani specjalnego traktowania. — Ta sprawa w Woodside... — Westchnęła cicho, mimowolnie rozmasowując kark wolną dłonią.
Obraz zwęglonej twarzy mężczyzny wrócił do niej niemal od razu. W ciągu dnia wielokrotnie oglądała fotografie, analizując każdy szczegół, który mógłby pomóc w ustaleniu tożsamości ofiary. Mimo to wciąż miała więcej pytań niż odpowiedzi. Zniszczenia były rozległe, a możliwość odtworzenia rysów twarzy zależała od tego, w jakim stanie zachowały się struktury kostne.
— Nie znamy jeszcze nazwiska, nie wiemy, dlaczego ofiara znalazła się akurat w tej alejce ani co wydarzyło się przed śmiercią — oznajmiła. — Najbardziej irytuje mnie to, że nie mogę jeszcze niczego potwierdzić, bo jeśli kości czaszki zachowały się wystarczająco dobrze, będę mogła spróbować przygotować rekonstrukcję, a jeśli nie… trzeba będzie poszukać innych sposobów identyfikacji.
W jej głosie nie było słychać zniechęcenia, raczej chłodną kalkulację. Nawet teraz, w domowej bluzie, przy garnku z chili i muzyce grającej w tle, jej mózg wracał do toczącej się sprawy, co raczej nie powinno nikogo dziwić. Nawet kiedy zajmowała się czymś innym, gdzieś z tyłu głowy analizowała zebrany materiał. Odłożyła łyżkę, oddając resztę w ręce Branta, a potem zajęła tyłkiem jeden z blatów, patrząc w stronę brata.
— A jak twój dzień? — spytała, przechylając lekko głowę. — Oprócz tego, że rano skutecznie przetestowałam twoją cierpliwość do mnie. — Wyciągnęła stopę, aby szturchnąć jego udo i zrobiła to tylko po to, żeby nieco mu poprzeszkadzać, a przy tym uśmiechnęła się bardzo niewinnie.
Wilhelmina Sallow 🔎🌶️
— Narzekanie mnie demotywuje. — przyznała z uśmiechem. Nigdy nie była typem marudy, nawet kiedy była w jakiejś kryzysowej sytuacji to zamiast użalać się nad sobą, szukała rozwiązań. Nie oznaczało to, że nie zdarzało jej się przeklinać pod nosem, kiedy coś szło nie po jej myśli, ale uważała, że skoro i tak nie mogła cofnąć czasu ani zmienić okoliczności, nie było sensu dokładać sobie kolejnego powodu do niezadowolenia. Zresztą, wspinaczka okazała się całkiem przyjemnym wyzwaniem, nawet jeśli jej usztywniona noga co jakiś czas przypominała o swoim istnieniu, a kamienie usuwały się spod podeszew przy najmniej odpowiednich ruchach. Nie zamierzała jednak przyznawać, że ostatnie metry kosztowały ją więcej wysiłku, niż chciałaby pokazać. Wystarczyło, że Brant wyciągnął do niej rękę, a ona skorzystała z pomocy bez zbędnego udawania, że wcale jej nie potrzebowała.
OdpowiedzUsuńKiedy stwierdził, że czas im ucieka Love skinęła delikatnie głową na znak, że jest to dla niej zrozumiałe. Uniosła głowę, przyglądając się niebu, na którym ciężkie, szare chmury zdążyły już zasłonić większość światła. Powietrze miało w sobie ten charakterystyczny, wilgotny chłód, który Love znała aż za dobrze, bowiem w jej rodzinnym domu pogoda zmieniała się bardzo często.
— Mam. — odpowiedziała na pytanie o namiot, ruszając za nim i Kodą. — Wodoodporny, przynajmniej według producenta. Nie miałam jeszcze okazji sprawdzić, jak bardzo można wierzyć w tę obietnicę. — zerknęła na niego z ukosa, przytrzymując dłonią pasek plecaka, który z każdym krokiem obijał się o jej biodro. — Twój pewnie niejednokrotnie został sprawdzony w boju? — zagadnęła, ale skoro miał nawet linę, to wierzyła że jego zaopatrzenie jest w pełni profesjonalne i pewnie pomogłoby mu przetrwać w każdych warunkach.
Szlak, którym ruszyli, szybko okazał się znacznie mniej przyjazny niż jego początkowy odcinek. Wąska ścieżka wiła się między drzewami, miejscami ginąc pod warstwą mokrych liści i plątaniną korzeni. Z jednej strony wyrastały omszałe głazy, z drugiej teren opadał łagodnie w kierunku gęstniejącego lasu, gdzie paprocie i krzewy uginały się pod ciężarem wilgoci. Love starała się stawiać stopy ostrożnie, wybierając stabilniejsze fragmenty podłoża. Usztywniona noga ograniczała swobodę ruchów, a każdy większy krok wymagał od niej odrobiny więcej uwagi. Nie zamierzała jednak prosić o zwolnienie, nie chciała być dla nikogo ciężarem, poza tym miała poczucie, że póki co to naprawdę dawała radę.
Wiatr nasilał się z każdą minutą. Najpierw poruszał jedynie końcówkami gałęzi, później zaczął szarpać koronami drzew, strącając z nich krople, które spadały na nich znacznie większymi porcjami niż te z nieba. Deszcz szybko zagęścił się do równomiernego szumu, wypełniając przestrzeń między pniami i tłumiąc odgłosy ich kroków. Całkowicie skupiła się na ścieżce, która zaczęła łagodnie opadać, prowadząc ich między dwoma gęsto porośniętymi mchem głazami. Kilkadziesiąt metrów dalej dostrzegła niewielkie wypłaszczenie terenu, osłonięte od strony wiatru przez grupę wysokich świerków. Nie była to polana w pełnym tego słowa znaczeniu, raczej niewielka przestrzeń między drzewami, na której ziemia wydawała się nieco równiejsza. Woda spływała po zboczu w wąskich strużkach, ale samo miejsce leżało odrobinę wyżej niż najbliższe zagłębienie, co dawało nadzieję, że nie zamieni się w błotnistą kałużę, gdy ulewa potrwa dłużej. Zwolniła, przyglądając się okolicy. Zwróciła uwagę na rozłożyste korzenie jednego ze świerków, które tworzyły naturalną osłonę przy krawędzi wypłaszczenia, oraz na gruby dywan igliwia zalegający pod drzewami. Nie był to może najbardziej komfortowy nocleg, jaki można sobie wyobrazić, ale przynajmniej nie musieli rozstawiać namiotu na gołej skale ani na pochyłym, podmokłym podłożu.
Love Anderson
Ian nie zamierzał karmić swojej ciekawości przez cały, póki co leniwie toczący się wieczór. Stąd, po wniesieniu toastu, odwrócił wzrok od Jasona oraz Karli i skupił spojrzenie na swoim rozmówcy, robiąc to w zupełnie naturalny, nienachalny sposób. Jego wzrok ślizgał się po sylwetce Branta, wracał do jego twarzy, ale też uciekał od niej ku kręcącemu się w pobliżu barmanowi czy innych osobach, które na moment zdołały przyciągnąć jego uwagę. Ian lubił obserwować otoczenie, ponieważ lubił wiedzieć, co działo się bezpośrednio wokół niego. Czujności uczył się przez całe życie, smakując jej na różne sposoby, aż ta weszła mu w krew tak bardzo, że w zasadzie rzadko kiedy pozwalał sobie na całkowite rozluźnienie, na pewno nie w przestrzeni publicznej. Między innymi dlatego zareagował tak sprawnie, kiedy Tate dorobiła się kontuzji. Spostrzegł, że coś jest nie tak, nim siostra Branta choćby pomyślała o tym, by poszukać pomocy. O ile jednak wypracowana latami czujność pozwalała mu odpowiednio reagować na różne sytuacje z otoczenia, o tyle Ian nie posiadał umiejętności czytania ludziom w myślach i nijak nie mógł przygotować się na padające z ich ust słowa.
OdpowiedzUsuńStąd na to, że Brant poinformuje go, że na swoim kanale Tate poniekąd opowiadała o pracy policji, nie był przygotowany ani trochę. Może Hunt nie reagował na każdą wzmiankę o policji alergicznie, a wręcz przez fakt posiadania brata-policjanta był z tematem więcej, niż oswojony, to wciąż pozostawał zupełnie zwyczajnym człowiekiem, który mógł dać się zaskoczyć i tak, Brant zdecydowanie go zaskoczył, ponieważ Ian nie spodziewał się, że akurat dzisiejszego wieczora, w otoczeniu ludzi, z którymi sympatyzował, rozmowa w którymkolwiek momencie stoczy się na tak niewygodny dla niego tor. Na szczęście zaskoczenie, które odmalowało się na jego przystojnej twarzy, z powodzeniem można było uznać za naturalne i przy tym ani trochę podejrzane. W końcu czy mógł podejrzewać, że słodka Tate będzie fanką akurat takiej tematyki? Skądże. O tym z kolei, że ta tematyka była mu bardzo nie w smak, nikt nie musiał się dowiedzieć.
— Wow — wyrwało mu się, nie tak zupełnie niekontrolowanie, ponieważ coś powiedzieć musiał, a na ten moment nic bardziej konkretnego nie przyszło mu do głowy. Uśmiechnął się przy tym, bardziej do siebie niż do Branta, pozostając rozbawionym czymś, co ewidentnie tylko on rozumiał. Czy on był jakimś magnesem na policjantów lub ludzi, którzy z pracą w policji mieli coś wspólnego? Czasem, a szczególnie w takich chwilach, jak ta, wydawało mu się, że tak i że jego magnes miał siłę tego neodymowego.
— Nagrania z tych kamerek chyba nie tak łatwo zdobyć? I skąd w ogóle u niej zainteresowanie akurat tym tematem? — drążył, uważnie przyglądając się znajomemu. To, że został zaskoczony, bynajmniej nie oznaczało, że się spłoszył. Ian nie uciekał w popłochu na widok każdego radiowozu i każdego gliniarza, na jakiego przyszło mu wpaść, szczególnie, kiedy pozostawał w cywilu, nie zjawił się tutaj przecież w charakterze dilera. Tym bardziej nie miał uciec na wieść o hobby Tate. Gdyby tylko wiedział, dokąd ta rozmowa mogła go zaprowadzić, pewnie ciągnąłby ją mniej chętnie i nie zadawał pytań. Pozostając w błogiej niewiedzy, przeszedł więc wpłynie do kolejnego, poruszanego przez nich tematu.
— Pewnie posiedzę trochę i będę spadał — przyznał, pozostając szczerym zarówno wobec Branta, jak i samego siebie. Popatrywał przy tym na grupkę z treningu funkcjonalnego. Na pewno nie był jedną z tych osób, która na imprezach chodziła od stolika do stolika, zabawiając towarzystwo. A odkąd przestał ćpać i pić, w ogóle rzadko chodził na imprezy, chyba że musiał. Czasem wyskoczył gdzieś z Zanem, ale najczęściej spędzali czas we dwójkę. Póki jeszcze razem go spędzali, bo w przeciągu ostatnich miesięcy było im ze sobą nie po drodze.
Skinął głową, kiedy Brant zasugerował wybadanie stolika z przekąskami. Kręciło się tam coraz więcej osób, więc chyba było w czym wybierać. Idąc w ślady znajomego, Hunt wyzerował swoje piwo i po chwili był gotowy do odejścia od baru, a przejścia dalej. Zerknąwszy na Branta, zgrabnie zsunął się z barowego stołka i tylko przerzucił swoją marynarkę z tego sąsiedniego na ten, który dotąd zajmował. Ciuch raczej nie miał tutaj zaginąć, a Ian nie był do niego na tyle przywiązany, by mieć wszędzie nosić go ze sobą.
UsuńDługi stół zastawiony był typowo imprezowymi przekąskami, takimi na kęs lub dwa. Ian, choć na co dzień lubił jadać bardziej konkretnie, nie miał nic przeciwko temu. Przyszedł tutaj w celu towarzyskim i po to, by zrobić przyjemność właścicielom THE GYM. Gdyby miał bardzo zgłodnieć, zawsze po drodze do mieszkania mógł wstąpić na chamskiego kebaba. Tymczasem złapał za tartaletkę w słonym wydaniu i wciągnął ją na raz. Gdzieś po drodze zgarnął jeszcze serwetkę, w którą teraz otarł palce.
— Dobre — ocenił, bo miał do czynienia z najzwyklejszą w świecie przekąską. — Ale masy na tym nie zrobimy — dodał żartobliwie.
— Chyba, że zjesz wystarczająco dużo tartaletek — wtrącił luźno mężczyzna stojący za nim.
— To znaczy wszystkie — dodał kolejny, na co zgodnie zaśmiali się wszyscy ci, którzy akurat przy tartaletkach się zakręcili.
IAN HUNT
Tamsin nigdy nie miała rodzeństwa, ale wiedziała, jak potrafiły wyglądać przejawy nadopiekuńczości ze strony przyjaciół i było w tym coś, że im bliższy ktoś był, im więcej widział zagrożeń w codzienności, tym mniej Tammy brała sobie do serca jego uwagi odnośnie swojego postępowania. Były to jednak nieproporcjonalnie mniejsze sprawy, mniejsze rangą przez potencjalne niebezpieczeństwo przede wszystkim, względem tej, która dotyczyła samej Tate, więc nie można było tego porównywać. Nie zmieniało to jednak faktu, że usłyszenie kilku uwag, niekoniecznie przyjemnych, od właściwie obcej osoby, miałoby prawo wywrzeć jakikolwiek efekt.
OdpowiedzUsuńNie dało się też ukryć, że Tamsin była od Branta młodsza niemal o tyle samo, co starsza od samej Tate, więc w oczach samej Palmer mogła wypadać bardziej wiarygodnie. Była samotną kobietą, która sama musiała dbać o swoje bezpieczeństwo bez możliwości liczenia na brata, który pewnie przybiegłby na każde wołanie o pomoc, nawet, gdyby to dotyczyło sięgnięcia po kubek z najwyższej półki. Sama Tamsin też pracowała w zawodzie, który z zabawą raczej się kojarzył – może i była to kultura wysoka, głównie wiązany z podstarzałymi panami w garniturach i kobietach w sukniach z tafty, ale wciąż, jako muzyk nie patrzyła każdego dnia na ludzką krzywdę, nie spotykała niebezpiecznych ludzi i pozornie nie powinna była wiedzieć, jak wielu zwyrodnialców krążyło po ulicach Nowego Jorku. Passalis za to wiedziała, że nie każdy drań wygląda jak antagonista w filmie, bo niektórzy ukrywali się pod szerokim uśmiechem i białym kołnierzem eleganckiej, wyprasowanej koszuli.
Jakby nie patrzeć, z perspektywy Tate, Tamsin powinna była być wystawiona na podobne pokusy do niej, kiedy była w jej wieku i nie było to znowu aż tak dawno, dodatkowo też była dziewczyną – może to wystarczyło? To wiedziała już tylko sama Tate, albo dopiero miała się dowiedzieć w najbliższej, kilkugodzinnej perspektywie, kiedy w końcu się obudzi i usiądzie z Tamsin do stołu.
Tammy w Nowym Jorku nie wzięła się znikąd, więc w środowisku, które było stosunkowo niewielkie, wszyscy powszechnie wiedzieli o tym, że była wdową, dzięki życzliwości koleżanek ze studiów, którym nie umknął ani fakt noszonej przez nią obrączki, ani, że nazywała się inaczej – a to rodziło pytania. Przy zatrudnieniu, gdzie musiała dostarczyć dyplom z uczelni, też nie dało się ukryć, że nosiła w tamtym czasie inne nazwisko niż teraz, chociaż to właśnie ono było tym, które miała wpisane w akcie urodzenia, więc istniały pewne rzeczy, których nie była w stanie zamieść pod dywan, jakkolwiek bardzo by się starała. Jej fart w tym wszystkim polegał na tym, że gdy ktoś już dowiadywał się o tym, że straciła męża w wieku zaledwie dwudziestu czterech lat, to nie dopytywał – samo w sobie brzmiało to tragicznie, więc ludzie byli z reguły zbyt zakłopotani, żeby drążyć temat, a sama Tamsin nigdy go nie ciągnęła. Dryfowała po gładkich, przyjemnych historiach i anegdotach, którymi sypała jak z rękawa, a gdy brakowało jej sił wymawiała się pracą do późna, co bardzo często było prawdą.
Mieszkanie Tamsin nie mogło pochwalić się ciekawym widokiem zza okna, ale nie narzekała. Przez kuchenne okno można było próbować wyjść na schody przeciwpożarowe, co często robiła jeszcze jako dziecko, gdy spędzała wakacje u babci, jednak od długiego czasu było to zabronione przez rdzę, która wżarła się w starą konstrukcję. Sam widok wychodził na ulicę, gdzie widać było zaparkowane samochody i budynek na przeciwko, znajdujący się na tyle blisko, że Tamsin doskonale wiedziała, jakie kafelki mają jego sąsiedzi w kuchni. Nie, żeby się jakoś specjalnie przyglądała, ale widząc ruch w oknie zdarzało jej się zajrzeć, będąc jednocześnie pewną, że i do jej mieszkania zerka czasami ciekawskie oko. Dlatego z tej strony we wszystkich oknach znajdowały się drewniane żaluzje, w tej chwili swobodnie rozwinięte, ale nie postawione na sztorc, by całkowicie zasłonić szklaną taflę, przez co do pomieszczenia wkradało się ciepłe światło latarni.
Uśmiechnęła się do siebie, gdy przystał na jej propozycję wzięcia ze sobą psa, ale tylko po tym geście było widać, jak bardzo rzeczywiście cieszy się na ten pomysł. Nie miała alergii na psią sierść, wychodziła z założenia, że mieszkanie jest po to, aby w nim żyć, więc nawet, gdyby Koda upodobał sobie jakąś z poduszek, albo którąś z nóg od stołu, najpewniej jedynie machnęłaby na to ręką, bardziej martwiąc się, czy przypadkiem nie nawcinał się owaty, albo czy lakier mu nie zaszkodzi. Poza tym, nie sądziła, by pies miał na to szansę, skoro Brant miał być obok. Niewiele wiedziała o policyjnych psach, właściwie tylko to, co widziała w telewizji, czy naoglądała się z bodycamów, gdy algorytm zaprowadził ją w niespodziewanym kierunku, ale domyślała się, że praca z żywym stworzeniem była znacznie bardziej wymagająca, niż z samą bronią. Tym bardziej była zwyczajnie ciekawa, jak psy, do których nigdy nie pomyślałaby, żeby wyciągnąć rękę, zachowywały się w domowych warunkach – jasne, w jej domu Koda pewnie nie będzie czuł się tak swobodnie, jak u Branta, ale jednak nie spodziewała się, by był tak czujny i uważny, jak miało to miejsce w trakcie służby. A przynajmniej taką miała nadzieję, bo liczyła, że będzie mogła posmyrać zwierzaka za uchem.
UsuńZ zainteresowaniem, ale nie tak, by Brant mógł pomyślał, że się na niego gapi, patrzyła na to co robi z plasterkiem cytryny, a gdy wyciągnął go z ust i zaczął rozglądać, małym palcem wskazała w kierunku kosza pod zlewem, nieprzerwanie mieszając w kubku.
— Lauren pewnie dała nieźle ojcu popalić. Nie wyglądała na taką, która daje sobie w kaszę dmuchać — stwierdziła nie bez rozbawienia. Ostrożnie upiła łyk herbaty, żeby się przypadkiem nie poparzyć, po czym przesunęła się na tyle, że gdyby Brant też miał ochotę usiąść na blacie, to znalazłoby się tam dla niego miejsce. — Nie musisz. Pewnie już zapomnieli, a jeśli nie, to zaraz zapomną — machnęła ręką i wykorzystując moment, gdy Brant zniżył wzrok do jej skarpet, sama pozwoliła sobie nieco dłużej zawiesić wzrok na czarnej koszulce, którą odsłonił zdejmując kurtkę.
— Całe szczęście, że ładnie, bo inaczej raczej ciężko byłoby mi się z tego utrzymać…— zaśmiała się lekko, przesuwając spojrzenie w kierunku twarzy Branta. – Ale dziękuję — skinęła głową, dłońmi obejmując kubek, opuszką palca wskazującego przejeżdżając po nierównościach ceramiki. — Gram dorywczo na takich spędach, ślubach, jakiś festiwalach organizowanych przez miasto. Zależy, co się trafi. Dodatkowo mam kontrakt w MET, jako uzupełnienie składu — upiła łyk, powtarzając rytuał z dmuchaniem. — Jak ktoś się pochoruje, ma urlop, kontuzję, albo potrzebują więcej osób, to wtedy gram — wyjaśniła, zakładając nogę na nogę. Przekrzywiła lekko głowę, unosząc kąciki ust i wskazała palcem na jedne z zamkniętych drzwi, gdzie też podążyła oczami.
— Sąsiedzi raczej przywykli, do tej pory nikt nie pukał mi z tego powodu w drzwi, ale staram się ćwiczyć w rozsądnych porach i tamten pokój mam… Powiedzmy, że wyciszony. Dywan, kartony po jajkach na ścianie… Je z resztą zbierałam po sąsiadach, więc wiedzą, że próbuję im maksymalnie nie przeszkadzać — wzruszyła nieznacznie ramionami, po czym szybko dodała, jakby właśnie sobie przypomniała jeszcze jeden, dość istotny fakt. — No i gram z tłumikiem, więc można powiedzieć, że gram piano. Z tą głośnością jest tak, że możesz ją stopniować, co zazwyczaj jest w zapisie nutowym. Taka… Instrukcja obsługi nut. Piano oznacza cicho, pianissimo ciszej niż cicho, a piano pianissimo najciszej, jak się da. Przy wiolonczeli wszystko zależy od tego, jak szybko pociągniesz smyczkiem i ile włożysz w to nacisku, więc… Nie mogłabym grać cały czas pianissimo, bo ćwiczyłabym ciągle ze zbyt małym naciskiem i za wąskim smyczkiem w niektórych partiach, więc nie mogłabym tego później przełożyć na wykonanie, bo to trochę tak, jakby śpiewak uczył się całej piosenki nucąc pod nosem i… — zamilkła, czując, że się w tym swoim wywodzie zagalopowała, a przecież to nie musiało wcale być dla Branta w równym stopniu interesujące, co dla niej. A o tym Tamsin mogła rozmawiać godzinami, łącznie z dzieleniem się naręczem ciekawostek.
Usuń— Wybacz, zamieniam się w katarynkę, kiedy mowa o wiolonczeli i wszystkim wokół niej, bo bardzo lubię to, co robię — potrzebowała się usprawiedliwić z nagłego gadulstwa, na które Dawson wcale nie musiał mieć ochoty, ba! Musiała się zatrzymać, bo to jej opowiadanie mogłoby się zamienić w długi monolog, który nie miałby końca, tym bardziej, że wciąż była nieco rozluźniona połową drinka, którą wypiła w barze. Uśmiechnęła się przepraszająco i zmrużyła lekko oczy.
— A ty? Lubisz być policjantem? — spytała i ponownie się napiła, tym razem już nie dmuchając w do wnętrza kubka, patrząc na niego z uwagą.
Tamsin Passalis👮
— Możemy uznać, że lubię cię trochę prowokować. — Posłała mu rozbawiony uśmieszek, delikatnie przekrzywiając głowę. Zazwyczaj to prowokowanie było dość grzeczne, wpisujące w niewidzialne granice, których nie należało przekraczać, ale Mina szybko przypomniała sobie o wczorajszej nocy i o tym, jak owa prowokacja się dla niej skończyła. Omiotła spojrzeniem twarz Branta, usadawiając się tak, aby bez problemu znalazł się między jej nogami.
OdpowiedzUsuń— Czyżby? — Wyciągnęła ręce, żeby oprzeć je o jego tors, i mimowolnie wygładziła jego koszulkę przy obojczykach, słuchając tego, co miał jej do powiedzenia. Wiedziała już, że źle to rozegrała i przeprosiła za to, więc teraz rozmowa była o wiele bardziej rzeczowa, bez negatywnych emocji czy pretensji. Kiwnęła lekko głową, gdy mówił, radząc jej odnośnie współpracy i szacunku. Milczała, nie przerywając ani nie zbywając jego słów. Znała jego intencje i była świadoma tego, że za tym wszystkim kryła się przede wszystkim troska.
— Dziękuję... i doceniam, że mi to mówisz. Naprawdę. — Przesunęła dłonią po jego ramieniu, a potem przemknęła palcami do karku, głaszcząc skórę i linię włosów, przyglądając mu się z ciepłym uśmiechem. Brant miał czasem irytujący zwyczaj mówienia rzeczy, które trafiały w środek jej obaw, zanim zdążyła je przed sobą nazwać. Jakby potrafił dostrzec napięcie, które ukrywała, i rozładować je kilkoma prostymi zdaniami, zanim zdążyło przerodzić się w coś większego. Najgorsze było to, że często nawet nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo potrzebowała tych słów. I może właśnie dlatego to łatwo było się godzić po kłótniach.
— Nie zamierzam się przed nim kłaniać tylko dlatego, że jest bardziej doświadczony. Wiem, czego się nauczyłam i ile pracy włożyłam w to, żeby znaleźć się w tym miejscu. — Westchnęła cicho, przesuwając palcami po jego karku. Nie zamierzała udawać, że nie obawiała się współpracy z Wagnerem. Nie chodziło nawet o to, czy będzie w stanie ją polubić, bo nie potrzebowała, żeby detektyw zapraszał ją na kawę albo chwalił jej pracę przy każdej możliwej okazji. Chciała po prostu, żeby ta współpraca dobrze się układała. Nie miała też jakiegoś ogromnego problemu z Wagnerem. Prawda była taka, że wciąż próbowała go rozgryźć. Był doświadczony, pewny siebie i najwyraźniej przyzwyczajony do tego, że potrafił samodzielnie ocenić sytuację. Nie wiedziała jeszcze, jak zareaguje, kiedy okaże się, że w kwestiach związanych z jej specjalizacją będzie musiał poczekać, aż wyda opinię.
— Poza tym nie zamierzam dać mu satysfakcji, jeśli okaże się, że rzeczywiście mnie nie docenia. — Uśmiechnęła się jak mały, złośliwy chochlik i zmarszczyła przy tym nos. Każdy, kto znał Minę, wiedział, że Sallow była uparta i jeśli chodziło o aspekt niedoceniania jej w pracy, potrafiła zamienić tę cechę w prawdziwą broń.
Spojrzała mu w oczy, gdy powiedział, że zawsze może do niego przyjść. Przez ostatnie tygodnie tak bardzo skupiła się, by podjąć dobrą dla siebie decyzję, że niemal zapomniała, że niezależność nie oznaczała radzenia sobie ze wszystkim w pojedynkę. Wybrała tę pracę i chciała udowodnić przede wszystkim samej sobie, że potrafiła odnaleźć się w nowym środowisku, nawet jeśli nie wszystko od początku układało się tak, jak sobie wyobrażała. Nie oznaczało to jednak, że musiała tłumić każdą wątpliwość i udawać, że nic jej nie ruszało. Brant przypominał jej o tym bez zbędnego moralizowania, jakby chciał dać jej przyzwolenie, że może okazać słabość, niepewność i poprosić o pomoc, jeśli będzie taka potrzeba. Przygryzła lekko dolną wargę, znów kiwając głową.
— Wiem, że mogę do ciebie przyjść w każdym momencie i z każdą pierdołą — powiedziała szczerze, bo tak było niemal od samego początku, gdy Brant stał się jej rodziną. — I dziękuję za to, że we mnie wierzysz, nawet kiedy pewnie uważasz, że podejmuję ryzyko…
Uśmiechnęła się do niego i objęła jego szyję, zsuwając się tyłkiem tak, aby móc otoczyć Branta nogami w pasie. Zerknęła w stronę gotującego się garnka, a potem wyciągnęła się, żeby musnąć ustami jego dolną wargę. Patrzyła mu przy tym w oczy, podczas gdy jej ręce musnęły jego kark i ramiona.
Usuń— Mówiłeś coś o tym, że ten dzień może być jeszcze lepszy? — wymruczała przy jego ustach. — Może powinniśmy się postarać, żeby faktycznie tak było?
Uśmiechnęła się z niewinną miną, która w jej wykonaniu rzadko zwiastowała cokolwiek niewinnego. Przesunęła nosem po jego policzku, po czym ponownie musnęła jego usta, tym razem nieco śmielej, jakby celowo sprawdzała, ile miękkich pocałunków wytrzyma, zanim naprawdę się pocałują. Poza tym jednak to była prawdziwa okazja; nikogo nie tuż było obok, oprócz psa, który był właśnie zbyt zajęty gryzieniem swojego gryzaka w salonie, który Mina kupiła jakiś czas temu i odkładała w to samo miejsce.
— Oczywiście, jeśli nie jesteś zbyt zajęty pilnowaniem obiadu — dodała, zerkając wymownie w stronę garnka. — Nie chciałabym, żebyś później obwiniał mnie o przypalenie swojego popisowego chili con carne.
your sweet little temptation, Wilhelmina Sallow 😈🌶️
Wilhelmina zdawała sobie sprawę z tego, że kiedyś ta praca może okazać się niewystarczająca lub ograniczająca, ale chyba wolała dojść do takiego momentu, niż odrzucić tę propozycję ot tak, a później zastanawiać się, co by było gdyby. Dodatkowo i tak wciąż miała do ogarnięcia doktorat, który stanowił niemałe wyzwanie i pochłaniał wystarczająco dużo jej czasu oraz zasobów. Poza tym jednak zawsze mogła zmienić kierunek, jeśli uznałaby, że przestała się rozwijać. Nie traktowała tej decyzji jak zobowiązanie do końca życia, a raczej jak kolejny krok, który miała prawo wykonać. Nie bez powodu nie zrezygnowała z badań, udziałów w konferencjach czy pisania artykułów dla czasopism naukowych – robiła to wszystko, aby wiedzieć, co się działo w środowisku antropologicznym, bo ostatecznie nadal była panną porządnisią. Wiedziała, że pogodzenie obowiązków zawodowych z doktoratem, publikacjami i życiem prywatnym nie będzie proste, ale nigdy nie należała do osób, które rezygnowały z czegoś tylko dlatego, że wymagało to więcej wysiłku. Musiała jedynie nauczyć się rozsądnie gospodarować własnym czasem i zaakceptować, że nie zawsze będzie w stanie zrobić wszystko od razu. Nie wykluczała oczywiście tego, że za jakiś czas przeniesie się gdzieś wyżej. Byłoby to całkiem uzasadnione, ale co najlepsze – miałaby jakieś zaplecze, pchając się na przykład do pracy w FBI. Doświadczenie zdobyte w departamencie, udział w rzeczywistych śledztwach i współpraca z detektywami mogłyby okazać się atutami, których nie zapewniłaby jej sama praca naukowa. FBI pozostawało jednak jedną z możliwości, nie konkretnym celem, do którego musiała za wszelką cenę dążyć. Na razie chciała sprawdzić, ile może osiągnąć tutaj, zanim zacznie rozglądać się za czymś nowym i faktycznie poczuje, że dotknęła już sufitu.
OdpowiedzUsuńTeraz jednak była zdecydowanie zbyt zajęta droczeniem się z Brantem i zamierzała poświęcić uwagę czemuś przyjemniejszemu, choć było to jedynie wykorzystanie okazji, bo takowych było dość niewiele, i sprawienie, żeby jego dzień był trochę lepszy, skoro tak właściwie to ona była powodem, dla którego poranek okazał się niemiły. Nie chodziło jednak o to, żeby mu to po prostu wynagrodzić, bo Mina czerpała z tego wszystkiego podniecającą satysfakcję. Uwielbiała tę miękką bezczelność, gdy sprawdzała jego granice i obserwowała, jak długo będzie próbował zachować pozory, że jest opanowany – a choć był w tym świetny, to znał ją wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że jeśli już postanowiła się z nim podroczyć, nie zamierza odpuścić przy pierwszej okazji. Poza tym trudno było nie docenić tego, że mimo całego zamieszania potrafili znaleźć dla siebie chwilę, w której nic innego nie miało większego znaczenia; dla Miny zupełnie wystarczające było to, że była tu z nim, że w garnku gotował się obiad, kuchnia pachniała pomidorami i przyprawami, a w salonie roznosił się odgłos jednej z zabawek Kody.
Uniosła brew, a jej usta ułożyły się w kolejny niewinny uśmiech. Brant najwyraźniej postanowił podjąć wyzwanie i zagrać w jej grę, a raczej wziąć udział w misji poprawienia tego dnia. Dzielnie jednak opierał się jej muśnięciom, choć mina doskonale wiedziała, że to, co robiła, nie było mu obojętne. Przygryzła lekko dolną wargę, czując, jak jego dłonie przesunęły się po jej udach aż do bioder. Spojrzała mu w oczy, gdy złapał ją za podbródek – znowu się rządził, a Mina mimowolnie poczuła nagły dreszcz spowodowany tym, jak ją dotykał i jak pewny siebie był.
— Wymagającym odbiorcą? — powtórzyła, przeciągając ostatnie słowo, jakby rozważała, czy aby na pewno powinna podejmować się tak odpowiedzialnego zadania. Przesunęła palcami po jego karku, zatrzymując je we włosach, po czym pochyliła się i pocałowała go mocno, bez cienia wcześniejszej przekory. Przyciągnęła go bliżej, pogłębiając pocałunek, a jej palce delikatnie złapały kilka krótkich kosmyków. Nie spieszyła się z odsunięciem, czerpiąc przyjemność z tego, że jego usta tak dobrze pasowały do jej ust. Westchnęła cicho przy jego twarzy, spoglądając mu w oczy, które zawsze przypominały jej dwie czarne dziury – przyciągały ją i coraz częściej myślała o tym, że już dawno niepostrzeżenie przekroczyła granicę, zza której nie było już powrotu. A może wcale nie chciała wracać? W końcu nie każdy rodzaj grawitacji należało przezwyciężać, niektórym wystarczyło się poddać. Jej ręce zsunęły się z jego ramion, podążając po klatce piersiowej, aż do zapięcia przy spodniach. Złapała w zęby dolną wargę Branta i zassała lekko, podczas gdy jej drobna dłoń wsunęła się pod materiał jego ubrania, dotykając czułego miejsca przez bieliznę. Mina nie czekała dłużej, znów docisnęła usta do jego ust, nie chcąc przeciągać gry – zbyt długo bawiła się w czekanie, wycofując się za każdym razem, gdy mogło do czegoś dojść, ale to była już przeszłość, bo do czegoś już doszło i nijak nie dało się tego zignorować. Piętnaście minut – czas wydawał się wyzwaniem, ale Mina nie zamierzała ot tak się poddać, szczególnie gdy poczuła, jak Brant twardnieje. Uśmiechnęła się pod nosem, zadowolona z tego, że jej dotyk przyniósł zamierzony efekt, i ponownie przywarła ustami do jego warg. Lubiła tę grę, wymianę spojrzeń i drobnych gestów; nie zależało jej jednak, by wygrać, bo tak naprawdę nie o to tutaj chodziło. Chciała po prostu sprawić mu przyjemność, odciągnąć jego myśli od chaotycznego poranka i pokazać, że potrafiła zatroszczyć się o niego równie dobrze, jak on troszczył się o nią. A jeśli przy tym miała okazję przekonać się, jak szybko mogą poprawić sobie dzień, nie zamierzała z niej rezygnować.
Usuń— Jak bardzo doprowadzam cię do szaleństwa, Brant? — spytała tuż przy jego ustach; jej dłoń poruszała się w górę i w dół, a kciuk zataczał małe kółeczka, sprawiając, że robił się w jej palcach coraz twardszy. Mina przełknęła ślinę, próbując zapanować nad własnym podnieceniem. Zamruczała cicho, wodząc nosem po jego policzku, a potem zsunęła się ustami do jego szyi, wdychając zapach jego perfum i skóry.
Wilhelmina Sallow 😏🥵
Mina także nie próbowała określić całej tej relacji, bo byłoby to po prostu trudne. Brant był jej rodziną i kimś naprawdę bliskim, znał ją i wiedział o niej to, co sprawiało, że była zadowoloną z siebie, ambitną kobietą, jak i czasem dość niepewną siebie dziewczyną, która zanim cokolwiek mówiła głośno, musiała mieć pewność, że to wyjdzie. Znał jej upór, dumę i skłonność do pracoholizmu, ale też tę jej stronę, którą pokazywała niewielu osobom. Tę, która potrzebowała czasem odpuścić i spędzić wieczór w piżamie z kubkiem lodów miętowo-czekoladowych. Ich bliskość miała w sobie coś, czego nie potrafiła łatwo zamknąć w jednej definicji, a próba nadania jej konkretnej nazwy mogłaby jedynie skomplikować coś, co dotąd przychodziło im naturalnie. Nie oznaczało to, że nie dostrzegała złożoności tego wszystkiego, wręcz przeciwnie, była jej świadoma, ale nie czuła potrzeby, by rozkładać na czynniki pierwsze każdą emocję i szukać dla niej odpowiedniego określenia. Na razie wystarczało jej to, że Brant był obok, że mogła na niego liczyć i że potrafiła być dla niego oparciem. Reszty wolała nie dookreślać, bo niektóre rzeczy były zbyt ważne, by definiować je na siłę.
OdpowiedzUsuńNie umiałaby też powiedzieć, w którym momencie ich wzajemne droczenie się zaczęło nabierać konkretnego charakteru, ale nie zamierzała udawać, że nie miała z tego satysfakcji. Brant od zawsze miał w sobie coś, co sprawiało, że trudno było jej przejść obok niego obojętnie. Może chodziło o jego pewność siebie, może o skłonność do przejmowania inicjatywy, a może o to, że doskonale wiedział, kiedy odpuścić, a kiedy naciskać. Gdyby jednak liczyła się tylko satysfakcja, raczej żadne z nich nie zaryzykowałoby rodziną. Mina dostrzegała, jak wiele mogliby stracić, gdyby to wszystko się popsuło. I wiedziała, że granica między czymś, co dawało im obojgu satysfakcję, a czymś, co mogłoby skomplikować ich życie, była znacznie cieńsza, niż chciałaby przyznać. Nie zamierzała jej przekraczać bez zastanowienia, ale nie chciała też wycofywać się wyłącznie ze strachu przed tym, co mogłoby się wydarzyć. Brant nie był dla niej przelotną znajomością, którą można było zakończyć i zostawić za sobą bez oglądania się za siebie. Był częścią jej życia, kimś, kogo obecność miała znaczenie i właśnie dlatego nie potrafiła traktować tego, co ich łączyło, jak zwykłej zabawy.
Posłała mu niemal urażone spojrzenie, gdy usłyszała jego odpowiedź. Średnio. Pamiętała, że wspomniał o tym, że był wymagający, ale teraz zapewne czerpał przyjemność z tego, że tak bardzo się dla niego starała i jego oczekiwania były większe, przynajmniej tak myślała. Czy ją testował? Być może. A choć Mina była kimś, kto zostawiał sobie jakieś pole do popisu, to przy Brandzie bywało to trudne – jego rządzenie się ścierało się z tym, jak niezależna lubiła być, ale w tym przypadku nie chodziło o to, aby wygrać. Mina uwielbiała moment, w którym mogła przestać wszystko analizować i odpuścić sobie potrzebę decydowania o każdym kolejnym kroku.
— To może powinieneś dokończyć to, co zaczęłam, sam? — spytała zaczepnie, odchylając się, aby spojrzeć mu w oczy. — Pewnie świetnie byś sobie poradził beze mnie…
Jego prowokacje były podniecające, ale Mina nie wchodziła w tę grę tak od razu. Ale zanim cokolwiek dodała, poczuła jego usta przy swoich w krótkim, zachłannym pocałunku, który sprawił, że przestała myśleć o obiedzie i o tych nieszczęsnych piętnastu minutach. Wzięła głębszy oddech, odsuwając się od Branta, a potem zsunęła się z kuchennego blatu, opierając dłonie o jego tors. Spojrzała mu w oczy, żeby pozwolił jej się trochę porządzić, bo gdyby się jej nie poddał, nie byłaby w stanie sprawić, żeby zrobił choć krok; gdy miała tę zgodę, popchnęła go w stronę wyspy kuchennej, robiąc sobie trochę więcej miejsca, aby uklęknąć. W tej pozycji uniosła głowę i uśmiechnęła się z zadowoleniem, obserwując jego twarz z mieszaniną czułości i przekory. Lubiła tę chwilę, w której mogła przejąć prowadzenie i to nie dlatego, że potrzebowała udowodnić mu swoją rację, po prostu wiedziała, że pozwalał jej to robić z własnej woli. Było w tym coś intymnego; wzajemne zaufanie, które nie wymagało wielkich deklaracji, a jednocześnie dawało jej swobodę, by odkrywać własne pragnienia bez żadnych obaw. Zsunęła jego spodnie wraz z bielizną, żeby uwolnić jego twardą męskość. Tym razem Mina nie zamierzała się spieszyć; w końcu Brant powiedział, że powinna zrobić to tak, żeby naprawdę musiał się natrudzić z zachowaniem zimnej krwi. Wystawiła język, aby najpierw delikatnie polizać czubek i złożyła kilka mokrych pocałunków, a jej dłonie objęły trzon, przesuwając się wolno w górę i w dół, pieszcząc każdy milimetr skóry. Zerknęła w górę, obserwując jego reakcję, a widząc, jak jego oddech przyspiesza, otworzyła szerzej usta i pozwoliła sobie docisnąć głowę do jego bioder; wtedy jego członek wypełnił jej gardło i otarł się o język, którym zatoczyła kilka kółeczek, więc musiała oddychać przez nos. Zaraz potem jednak wycofała się i wróciła do drażnienia Branta językiem i dłońmi, dając mu jedynie przedsmak tego, co mogła dla niego zrobić.
UsuńWilhelmina Sallow 🍦😈
Zastygła przez chwilę bez ruchu, z twarzą uniesioną ku niebu, na którym złowieszczo czaiły się granatowe chmury. Deszcz wsiąkał we włosy, spływał po skroniach i zbierał się na końcu nosa, a kolejne krople rozbijały się o ramiona kurtki. Nie przeszkadzało jej to szczególnie, od dziecka była przyzwyczajona do zabawy w deszczu, błocie i wodzie. Znała jednak potężną moc natury i nie zamierzała jej lekceważyć. Burza choć piękna, to była niebezpieczna. Uwielbiała obserwować pioruny spod koca, choć huki błyskawic nieraz przyprawiały ją o dreszcze.
OdpowiedzUsuń— To dobrze — przyznała z lekkim uśmiechem — Często tutaj przyjeżdżasz? Mieszkasz niedaleko? — zapytała, mimo że była beznadziejna w small talku, czego twardym dowodem było to że przez całą drogę tu praktycznie się nie odezwała, nie wynikało to jednak z braku sympatii czy braku chęci do poznania go, po prostu kiepsko radziła sobie z przełamywaniem lodów. — Ja właściwie jestem tu pierwszy raz — mruknęła, zrzucając plecak na trawę. — Niedawno przeprowadziłam się do Nowego Jorku, jakieś dwa miesiące temu i już miałam dość miasta. Musiałam odetchnąć i tak oto jestem tutaj — mimo wszystko stanie w deszczu, z unieruchomioną kostką, w lesie, z nim i z Kodą było znacznie przyjemniejsze niż tkwienie w tłumie.
— Też lubię deszcz. — jej kącik ust drgnął, ale uśmiech szybko ustąpił miejsca skupieniu, kiedy wiatr szarpnął materiałem namiotu, próbując wyrwać go z rąk mężczyzny. Love odruchowo przytrzymała najbliższy fragment tropiku, zanim zdążył podwinąć się na tyle, by utrudnić mu pracę. Przyklękła ostrożnie, starając się nie obciążać nadmiernie usztywnionej nogi i przycisnęła materiał do ziemi dłonią. — Ale masz rację, warunki do rozkładania namiotu, mogłyby być lepsze. Pomogę Ci. — zaoferowała, nie zamierzała bowiem stać bezczynnie. Nie czekała na szczegółowe instrukcje, tylko przesunęła się na drugą stronę tropiku, przytrzymując go w miejscu. Nie była szczególnie wprawiona w rozstawianiu namiotów, zdarzyło jej się to w życiu kilka razy, gdy ruszała w dalsze wędrówki, jednak zazwyczaj nie opuszczała rejonów, które były jej dobrze znane i były dość blisko jej domu.
Właściwie mogłaby w tym czasie zabrać się za rozstawianie swojego namiotu, jednak patrząc na aktualny stan nieba, nie była pewna, czy zdążą rozłożyć oba przed burzą. A składając jeden we dwójkę na pewno poradzą sobie szybciej. Nie przeszkadzało jej też spanie w jednym namiocie z Brantem i Kodą, miała nadzieję, że w razie takiej konieczności dla niego też nie będzie to problemem. Nie ociągając się, złapała za jeden z pałąków i ostrożnie wsunęła jego koniec w mocowanie. Materiał naprężył się pod wpływem wiatru, więc musiała przytrzymać go obiema rękami, opierając ciężar ciała na zdrowej nodze. Przez moment miała wrażenie, że namiot usiłuje wzbić się w powietrze, a ona sama jest jedyną rzeczą, która stoi mu na przeszkodzie. Nad ich głowami rozległ się kolejny grzmot, tym razem na tyle donośny, że Love mimowolnie uniosła wzrok. Dźwięk przetoczył się nad lasem, odbijając od drzew i niknąc gdzieś w oddali. Zaraz potem wiatr przybrał na sile, a deszcz zaczął uderzać o ziemię z jeszcze większą zawziętością. Krople bębniły o liście, spływały po pniach i rozpryskiwały się na ciemnym podłożu. Love poczuła, jak chłód przesiąka przez rękawy kurtki, ale nie pozwoliła sobie na narzekanie. W końcu, niewiele dzieliło ich od wykonania zadania. Pomogła mu naprężyć tropik, przytrzymując materiał, podczas gdy on mocował kolejne elementy konstrukcji. Kiedy jeden z rogów zaczął się podwijać, przycisnęła go kolanem, zapominając na krótką chwilę o własnym urazie. Ból przeszył nogę na tyle gwałtownie, że syknęła cicho i natychmiast zmieniła pozycję, zaciskając zęby. Nie chciała jednak odpuszczać w połowie pracy, dlatego ograniczyła ruchy do niezbędnego minimum, starając się znaleźć taki sposób, by nadal być pomocną, nie robiąc sobie przy tym większej krzywdy.
Brant najwyraźniej wiedział, co robi. Konstrukcja zaczynała nabierać kształtu, a materiał, dotychczas szarpany przez wiatr na wszystkie strony, powoli układał się zgodnie z przeznaczeniem. Przejęła od niego jeden z narożników i przytrzymała go mocno, kiedy mocował następny. W pewnym momencie ich dłonie spotkały się na mokrym materiale, ale Love odsunęła swoją dopiero wtedy, gdy upewniła się, że Brant bez problemu przejął ciężar.
Usuń— Całkiem nieźle nam idzie — powiedziała z dumą, zerkając na niego spod mokrych pasm włosów, które przykleiły jej się do policzka.
Love Anderson
W przypadku pracy Tamsin zależności między ludźmi były zbudowane na nieco innych zasadach, innych zależnościach, które między nimi były. Dobrze było mieć wielu znajomych z branży, bo ci wzajemnie ciągnęli się od zlecenia, do zlecenia – ktoś poznał kogoś, kto akurat potrzebował zespołu na event, ktoś inny słyszał o castingu, na który mieli szukać kogoś innego i chociaż żyli w dobie internetu, to wiele rzeczy rozchodziło się, i przychodziło, drogą pantoflową. Przy większych projektach wypadało dogadywać się z dyrygentem, bo to często on reprezentował zespół przy podpisywaniu umów, ale tak poza tym, najważniejsze było być niezawodnym i względnie sympatycznym, reszta nikogo nie interesowała, bo koniec końców, wszystkim zależało na dobrym wykonaniu, wynagrodzeniu i sprawnym powrocie do domu.
OdpowiedzUsuńLata doświadczenia nie miały tak dużego znaczenia, szczególnie, gdy patrzyło się na młodych-zdolnych, którzy często grali zwyczajnie dużo lepiej od tych, którzy od dawna utknęli w orkiestrowych partiach, które z zasady nie były aż tak wymagające, jak te występujące przy solowej grze. Nic więc dziwnego, że spora część muzyków klasycznych swój peak umiejętności zaliczała pod koniec studiów, kiedy broniło się dyplom trudnym, trzyczęściowym koncertem, suitami i technicznymi kaprysami, przy których ćwiczeniu u wielu pojawiały się pierwsze siwe włosy. Tamsin z całych sił starała się utrzymać formę – chociaż nie zarabiała na życie jako solistka, to i tak sporo ćwiczyła utworów, gdzie pierwsze skrzypce grała wiolonczela, partie akompaniamentu z reguły mając włączoną na słuchawkach, by nie musieć nikogo prosić o pomoc. Robiła to też głównie dla siebie, bo chociaż nie było szans na to, by zasłynęła jako samodzielna artystka, niespecjalnie jej też na tym zależało, to lubiła ten moment tuż po. Kiedy ostatni raz pociągała smyczkiem, kończąc utwór, czując pot skroplony na skroni, przyspieszone bicie serca, ciepło w palcach zmęczonych graniem i przyjemną ciężkość głowy, gdy przez kilkadziesiąt minut skupiała się jedynie na budowaniu fraz i emocji za nimi podążającymi, w dużej mierze polegając na pamięci mięśniowej, wypracowanej przez wielokrotnie powtórzenia. Często łapała się na tym, że palce zdawały się pamiętać nuty lepiej od głowy, szczególnie, gdy myślami na chwilę zabłądziła w tylko sobie znanych rejonach i to też była część, która sprawiała jej zwykłą, dziecięcą wręcz, frajdę. Kiedy grała, nie było wtedy, teraz, ani kiedyś, jakby czas przestawał na trochę istnieć. Były za to malowane w głowie obrazy, historie do opowiedzenia i uczucia, których nie dało się zamknąć w słowie, czy pędzlu, bo bazowały na wszystkim tym, co nieuchwytne i trwające dokładnie tyle, ile trwała grana przez nią nuta. Tak przynajmniej lubiła o tym myśleć, i myśl ta pozwalała jej uciekać w ten świat fantazji, ilekroć w jej życiu coś, cokolwiek, było nie tak; pomagało jej to bardziej, niż rozmawianie o problemach. Opowiadanie o przeszłości nie powodowało w końcu, że ta z każdym wypowiedzianym słowem, zaczynała znikać, jak cień, gdy skierowało się na niego lampkę, bo słowa nie były światłem, a problemy dnia dzisiejszego wolała ignorować, licząc, że te rozwiążą się same. Z reguły to działało.
– Jestem – potwierdziła, doskonale zdając sobie sprawę ze swojego uprzywilejowania, szczególnie, że nie wisiało nad nią widmo tego, że jeśli kiedykolwiek nie będzie mogła więcej zagrać, to nie będzie miała z czego żyć. A tego bał się każdy muzyk, zazwyczaj nie potrafiąc wiele więcej, niż grać. –Z reguły Ci, którzy napisali coś, czego nie mogę ugrać nie żyją od dawna, więc ciężko byłoby zabić ich ponownie, ale… Chyba większość z nas do tego przywykła. Zaczynasz grać w bardzo młodym wieku, od samego początku jesteś uczony, że jeśli coś wyszło ci za pierwszym razem, to był to przypadek, a żeby powiedzieć, że umiesz jakiś utwór, on nie może wyjść raz, dwa, czy nawet trzy, tylko trzydzieści. Wypracowujesz pewien rodzaj cierpliwości, który nosi pewne znamiona masochizmu z którego jeśli zaczniesz czerpać przyjemność, to dobrze, a jeśli nie… Zazwyczaj nie zostajesz muzykiem, bo szybko masz tego dość. Tak mi się wydaje, ale to tylko moja perspektywa – wzruszyła lekko ramionami, nie dodając do tego, że są to godziny cierpienia w samotności, bolesna nauka przebywania z własną głową przez długie godziny, w trakcie których często nie zamienia się z nikim słowa. Gdyby przyjrzeć się z boku i próbować narysować w jakiś sposób, jak wyglądała jej praca, stanowiłaby wykres słupkowy o dwóch wysokościach, gdzie albo przebywała wśród ludzi bardzo dużo, albo wcale, gdzie należało pamiętać, że przebywając z nimi i tak nie było nawet potrzeby, by mówili w jednym języku, bo uniwersalne oznaczenia nutowe były po włosku, a wszystko poza nimi stanowiło jedynie dodatek.
Usuń– Czasami praca jest po prostu pracą i też nie ma w tym nic złego. Pod koniec dnia i tak wszyscy chcemy zwyczajnie żyć – stwierdziła, dokładnie wysłuchawszy jego słów i realnie w to wierzyła, bo długi czas jej samej towarzyszyło zwątpienie, czy będzie w stanie zostać zawodowym muzykiem. Konkurencja była duża, zapotrzebowanie niewielkie, więc całkiem logicznym był fakt, że dorastając często zastanawiała się nad tym, co jeśli jej się nie uda. Dochodziła wtedy do wniosku, że jedyną alternatywą, jaką dla siebie przewidywała, było zostanie nauczycielką – w swoim naiwnym wyobrażeniu była przekonana, że to mogłoby jej dawać satysfakcję, chociaż rzeczywistość mogła być zupełnie inna. Może pracowałaby jako asystentka stomatologiczna? Była bardzo sprawna manualnie i dokładna, więc może to byłoby jej alternatywą? Nie sądziła, by kiedykolwiek przyszło jej się o tym przekonać, ale życie było długie, a jakieś zajęcie trzeba było mieć.
Zeskoczyła z blatu, uprzednio odstawiając na nim kubek i ruszyła w kierunku drzwi, na których wcześniej spoczął wzrok mężczyzny.
— Jest szansa, ale uprzedzam, że nie jest to nic spektakularnego — powiedziała, w kilku krokach pokonując dzielącą ich, od wejścia do pomieszczenia, odległość.
Pokój był wielkości średniej sypialni. Na podłodze leżała beżowa wykładzina, a na niej prostokątny dywan w kobaltowym kolorze, który kupiła podczas likwidacji sklepu kilka przecznic dalej. W oknie wisiały ciężkie, welurowe zasłony, o, równie przypadkowej, barwie czerwonego wina, a ściany pokryte były od ziemi, aż po sufit, tekturowymi wytłaczankami po jajkach.
Pulpit z maleńką lampką i drewniane krzesełko, z deską założoną na jego przednią nogę, zajmowały środek pokoju, w którym po prawo od wejścia stało elektryczne pianino ze stołkiem i jeden z dwóch futerałów. Drugi znajdował się w rogu, cały w przypadkowych naklejkach, z otwartymi kieszonkami wewnątrz, pusty, bo wiolonczela, która powinna była się w nim znajdować leżała na boku przy ścianie, wraz z ułożonym na niej smyczkiem.
— Chcesz sobie usiąść i zobaczyć? — spytała, ruszając w stronę instrumentu, bo wcale nie byłby to pierwszy raz, kiedy kogoś zwyczajnie zaciekawiłoby, jak to jest. Sama Tamsin miała w dłoniach wszystkie instrumenty z orkiestry, nie potrafiąc oprzeć się pokusie zobaczenia, jak to jest czuć ciężar tuby na kolanach, czy ogrom kontrabasu, na którym nie umiała zagrać więcej, niż kilka utworów dla dzieci, chociaż pozornie wcale tak bardzo od wiolonczeli się nie różnił. Nie proponowała, że coś zagra, bo Brant widział ją już przy instrumencie, pora była późna, a w pokoju obok spała Tate, jednak nic nie stało na przeszkodzie, by funkcjonariusz sprawdził, jak to jest mieć instrument między nogami. Wiolonczela w końcu nie gryzła. Jej właścicielka też z reguły nie.
UsuńTamsin Passalis 🎻