Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

13/09/2026

[KP] I swear to God, I'll survive If it kills me to



Brant Dawson Dodatkowe zdjęcie Brant Dawson

Brant Dawson

NYPD K-9 HANDLER · SERGEANT
Urodzić się w miejscu, w którym pieniądze kończą się szybciej niż miesiąc, a ulica potrafi wychować lepiej niż własny dom, to od dziecka wiedzieć, że nikt nie będzie czekał, aż dorośniesz. Świat, w którym trzeba było nauczyć się trzymać język za zębami i pilnować własnych pleców, tłumaczył najlepiej, dlaczego nie warto ufać każdemu, komu spojrzy się w oczy, i kiedy należy odejść, zanim będzie za późno. W dzielnicy, w której dorastał, nic nie było za darmo, ale to słabość wypadała najdrożej, bo to właśnie ją wykorzystywano bez wahania. Nie od dziś wiadomo, że naiwność kosztuje więcej niż urażona duma czy kilka tygodni bólu przy złamanym nosie. Nauczył się więc nie prosić o wiele i nie oczekiwać zbyt dużo, a przede wszystkim nie dawać innym powodów do pomyślenia, że mogą zrobić z nim, co tylko zechcą. Dorastanie w takim miejscu może szybko odbierało złudzenia, ale w zamian dawało coś, czego nie można było kupić za żadne pieniądze. Instynkt, który podpowiadał, kiedy zostać, kiedy walczyć, a kiedy bez słowa odwrócić się na pięcie, nawet jeśli za plecami zostawało kogoś, kogo chciało się ocalić. Lose family.
Urodzić się w miejscu, które od najmłodszych lat uczyło przetrwania, nie oznaczało jednak godzić się na życie, które zostało dla niego wyznaczone. Wśród przemocy i ciągłej walki o swoje znalazła się potrzeba, żeby pewnego dnia znaleźć się po drugiej stronie. Nie chodziło o wielkie marzenia ani łatwe życie. Nie oczekiwał przecież zbyt dużo. Chodziło o to, żeby mieć wybór, którego wcześniej tak często brakowało, i nie pozwolić, żeby miejsce urodzenia stało się wyrokiem. Każdy kolejny krok prowadził go więc coraz dalej od ulic, które nauczyły przetrwania, a bliżej życia, na które trzeba było zapracować samemu. Leave home.
Urodzić się w miejscu, w którym więcej jest braków niż możliwości, to zrozumieć, że nie wszystko zostanie podane na wyciągnięcie ręki. Że czasem trzeba zacząć od zera, czasem zabrać się do pracy, zanim jeszcze zdąży się pomyśleć o odpoczynku, a czasem udowodnić swoją wartość tam, gdzie absolutnie nikt nie zamierza jej dostrzec. To właśnie brak nauczył go doceniać to, na co inni nigdy nie musieli czekać. Każdy krok naprzód miał swoją cenę, ale żaden nie był powodem, żeby się zatrzymać. Bo jeśli można było wyrwać się z miejsca, które od początku próbowało zatrzymać człowieka przy sobie, można było również zbudować coś własnymi rękami. Earn respect.
Imiona i nazwisko
Brant Dawson
Data urodzenia
1 styczeń 1990 r.
Miejsce urodzenia
Oklahoma City, OK, USA
Zawód
NYPD Police Officer
Stopień
sierżant
Specjalizacja
przewodnik psa służbowego
Miejsce pracy
New York City Police Department
Miejsce zamieszkania
2BR 3rd floor, Astoria, Queens
18-5 Ditmars Blvd
Uczelnie
Oklahoma City Police Department Academy
Oklahoma City Community College: Criminal Justice
Wzrost
188 cm
Hobby
bieganie i siłownia
gitara i śpiew
camping i hiking
bull riding i strzelectwo
Inne
szkolenia psów
szkolenia first aid
twarz kanału BlueFrame
Motto
„Zawsze wracam.”
Szczegółowe informacje

Wychowany w North Creston Hills, jednej z uboższych dzielnic Oklahoma City, znanej z wysokiej przestępczości i trudnych warunków życia. Ponieważ w ich domu często odcinano prąd z powodu niezapłaconych rachunków, od najmłodszych lat dorabiał, gdzie tylko było to możliwe. Zaczynał od pracy przy sprzedaży roślin i kwiatów na lokalnych targach, pomagając także przy ich pielęgnacji, a z czasem zaczął pracować jako ochroniarz w klubach i na lokalnych imprezach, szybko przyzwyczajając się do nocnych zmian i ludzi, którzy rzadko potrafili zachowywać się spokojnie. Mimo kolejnych wyroków ojca i jego powrotów do przestępczego życia, jego matka przez lata próbowała utrzymać rodzinę. Odeszła, gdy skończył szesnaście lat, a niedługo później związała się z innym mężczyzną, z którym doczekała się córki, Tate Palmer.

Był dobrym uczniem i osiągał wysokie wyniki w nauce, co otworzyło mu drogę do dalszej edukacji, jednak ze względu na ojca, wielokrotnego recydywistę, miał poważny problem z dostaniem się do akademii policyjnej. Jego nazwisko budziło wątpliwości, a przeszłość ojca sprawiała, że jego kandydaturę z marszu odrzucano. Szansę otrzymał dopiero po zdarzeniu, gdy pomógł młodej kobiecie zaatakowanej na ulicy, nie wiedząc, że jest córką miejscowego komendanta. Ten, poznawszy okoliczności, osobiście wystawił mu rekomendację i przekonał komisję, żeby oceniła go na podstawie jego własnych czynów, a nie nazwiska jego ojca.

Po ukończeniu akademii rozpoczął służbę w Oklahoma City Police Department, trafiając do patrolu w jednej z najbardziej wymagających części miasta. Mimo ambicji i kolejnych prób awansu przez długi czas nie pozwalano mu wyjść poza prewencję. Nazwisko wciąż otwierało stare akta, a historia ojca wracała przy każdej próbie postawienia kolejnego kroku w przód. Lata spędzone na ulicy nauczyły go jednak więcej niż niejeden kurs, bo dzięki temu poznał miasto od najgorszej strony, nauczył się czytać ludzi, reagować pod presją i działać wtedy, gdy na myślenie zostawały sekundy. W tym samym czasie przyszło mu zmierzyć się z własną przeszłością. Śledztwo w sprawie zabójstwa w North Creston Hills zaczęło prowadzić do człowieka, którego znał aż zbyt dobrze. Jego własny ojciec stał się głównym podejrzanym, a on, mimo więzi rodzinnej, doprowadził do jego zatrzymania i ostatecznie skazania za zabójstwo drugiego stopnia. Człowiek, którego nazwisko przez lata zamykało przed nim drzwi, stał się również powodem, dla którego jedne z nich musiał zatrzasnąć własnymi rękami.

Sprawa jego ojca odbiła się szerokim echem w policyjnych kręgach. Dzięki temu mógł wystąpić z podaniem do jednostki specjalnej, jednak zanim doszło do jego przeniesienia, podczas jednego z patroli został postrzelony w prawe udo. Mimo odniesionej rany zachował pełne opanowanie i sam udzielił sobie pierwszej pomocy, zakładając na nogę opaskę uciskową, zanim na miejsce dotarło wsparcie. Całe zdarzenie zostało zarejestrowane przez bodycam, a nagranie w krótkim czasie obiegło internet. Materiał trafił również na prowadzony przez jego młodszą siostrę kanał BlueFrame, specjalizujący się w publikowaniu nagrań z policyjnych kamer, dzięki czemu Brant stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych funkcjonariuszy pojawiających się na kanale. Po pobycie w szpitalu i po zakończeniu rehabilitacji oraz śledztwa, które dotyczyło zastrzelenia podejrzanego, wrócił do służby, jednak zamiast ponownie trafić do patrolu, zdecydowano się dopuścić go do selekcji do jednostki K-9.

Jednak w tym samym czasie, w 2021 roku, pojawiła się możliwość dołączenia do NYPD i to z niej Brant postanowił skorzystać. Razem z Tate przeprowadził się do Nowego Jorku, początkowo trafiając do służby patrolowej. Jego doświadczenie i umiejętności szybko zwróciły uwagę przełożonych, którzy zaproponowali mu przystąpienie do selekcji K-9. Zdał wymagane testy i po ukończeniu szkolenia został przydzielony do służby jako K-9 handler. I tak do ich rodziny dołączył kolejny członek, a jego najlepszy przyjaciel i jednocześnie największy pieszczoch Koda .

Zdążył już przywyknąć do tego, że Tate regularnie znosi do mieszkania zdechłe rośliny i stare meble, które jej zdaniem jeszcze da się uratować, a następnie z pełnym przekonaniem oddaje mu je pod opiekę. Wieczorami, kiedy nie mają ochoty nigdzie wychodzić, często zaszywają się na dachu swojej kamienicy z kawą albo czymś do jedzenia i potrafią przesiedzieć tam pół nocy. Za to na campingach Brant nie uznaje kompromisów — im dalej od miasta i cywilizacji, tym lepiej. Zdarza mu się więc wylądować pośrodku niczego, z namiotem, ogniskiem i zerowym zasięgiem, co Tate zwykła określać jako jego bardzo specyficzny sposób na odpoczynek. Tate ciągle próbuje wymusić na nim pokaz gry na gitarze i śpiewu dla swoich koleżanek. Brant zdążył nauczyć się już jednak jednej rzeczy – nie mówić, że nie gra charytatywnie, bo cwaniary momentalnie wyciągają pieniądze i zaczynają licytację. Zgodnie z kowbojskim dziedzictwem Oklahomy całkiem nieźle radzi sobie na rodeo. Koda czasem budzi go w środku nocy bez wyraźnego powodu, ale Brant nigdy tego nie ignoruje, bo zdarzało się, że pies reagował na coś, czego on sam jeszcze nie zauważył. I z przyzwyczajenia nigdy nie siada plecami do drzwi. Nawet w restauracji, w barze czy u znajomych wybiera miejsce, z którego widzi wejście. Zboczenie zawodowe, a może zwykła przezorność, której przez lata nauczyła go ulica.

Relacje
Relacja 1
KODA
2020 r. MALINOIS · K9 PARTNER
Służbowo bezwzględny, prywatnie wierny aż do przesady. Po pracy pieszczoch, łasuch i największy fan kanapy, który za chrupka sprzedałby nawet godność. Wychowany przez Branta od szczeniaka, od początku uczony posłuszeństwa, pracy i zaufania, bez których żaden z nich nie przetrwałby długo na służbie. Znają swoje ruchy na pamięć i potrafią odczytać się bez jednego słowa.
Relacja 2
TATE PALMER
25.12.2005 · PRZYRODNIA SIOSTRA
Jest najlepszą siostrą, jaką mógł sobie wymarzyć, choć czasami robi wszystko, żeby przypomnieć mu, dlaczego jednak wolałby być jedynakiem. Potrafi nieźle wyprowadzić go z równowagi, ale gdyby ktoś spróbował zrobić jej krzywdę, pierwszy stanąłby w jej obronie i nigdy nie pozwoliłby, żeby z jej głowy spadł choćby włos. Marzy o karierze dziennikarki, studiuje na NYU, pracuje jako kelnerka w kawiarni i prowadzi BlueFrame – kanał na YouTube poświęcony nagraniom z policyjnych bodycamów, który zdobył 550 tysięcy obserwatorów. Brant, choć niechętnie, po swoim postrzeleniu został jednym z głównych bohaterów kanału, a nagrania z jego kamery nasobnej trafiają tam regularnie. Są dziećmi z tej samej matki.
Relacja 3
WILHELMINA SALLOW
31.10.1998 · PRZYBRANA SIOSTRA
Relacja skomplikowana, momentami słodka jak wata cukrowa, pełna ciepła i beztroski, by chwilę później stać się cierpką jak dzika żurawina. Łączy ich powinowactwo, choć samo drzewo genealogiczne mogłoby się w tym miejscu lekko zaplątać. W teorii są rodziną, więc z tej emocjonalnej karuzeli nie tak łatwo wysiąść, nawet kiedy rozsądek podpowiada, że może jednak wysiąść by należało. W praktyce to właśnie to, co najbardziej niepoprawne, przychodzi im z największą łatwością. Siostra przyrodnia Tate z jednego ojca. Dla niego siostra przybrana wyłącznie dlatego, że jej ojciec ożenił się z jego matką.
Relacja 4
GABRIEL BROWN
14.02.1990 · PRZYJACIEL · NYPD OFFICER
To relacja prosta w swojej sile, ale niezwykle głęboka i taka, w której nie trzeba niczego udawać. Choć nie łączą ich więzy krwi, mówi o nim brat, bo w policyjnych butach przetrwali razem wystarczająco dużo, żeby sobie ufać. Jest w tym męska solidarność i szorstka troska, jest w tym też poczucie humoru zrozumiałe tylko dla nich dwóch, ale i absolutna pewność, że w razie kłopotów stoją za sobą murem.
Relacja 5
IAN HUNT
29.01.1999 · KUMPEL Z SIŁOWNI
Zaczęło się od wspólnych treningów i głupich komentarzy, a kończyło, jak to zwykle bywa, na klasycznym jeszcze tylko jedna seria, po której obaj ledwo żyli. Dobrze się dogadują, bo Brant ceni ludzi, przy których nie trzeba specjalnie pilnować języka ani udawać, że wszystko traktuje się poważnie. Potrafią pogadać sobie o pierdołach, potrafią trochę też rywalizować, ale i wzajemnie się motywować. W gruncie rzeczy niewiele o sobie wiedzą i żaden z nich nie ma potrzeby zaglądania drugiemu w życie, ale widocznie wcale nie jest to potrzebne, żeby dobrze się dogadywać. Czasem wystarczy tylko wspólny trening.
Relacja 6
HELEN PALMER
& HECTOR DAWSON
RODZICE
Ona pochodziła z ubogiej rodziny i ledwie wiązała koniec z końcem. On za swoje przewinienia został wykluczony ze społeczności Choctaw w Oklahomie. Oboje znaleźli się w tym samym miejscu i czasie, każde z własnymi problemami i powodami, żeby zacząć od nowa. Z czasem stali się dla siebie oparciem, choć trudno powiedzieć, czy kiedykolwiek połączyło ich prawdziwe uczucie. Bardziej potrzebowali siebie nawzajem, a jednak on potrzebował jej do takiego stopnia, że brał i nawet nie prosił o pozwolenie. Z tej relacji narodził się Brant. Zamieszkali w starym domku holenderskim w możliwie najgorszej dzielnicy Miasta Oklahoma. Ona zaczęła sprzątać na dyskotekach, on zarabiał na przemycie i innych szemranych interesach. On zapijał rzeczywistość i uderzał mocno, a ona uciekała, szukając dla siebie lepszego jutra. I uciekła, gdy on odsiadywał pierwszy wyrok za napaść na kobietę. Jej życie obróciło się o sto osiemdziesiąt stopni, gdy poznała ojca Tate, a ten wyciągnął ją z biedy, dosłownie jak w filmie Pretty Woman. Jego życie zatrzymało się w więzieniu, gdy trafił tam ponownie za zabójstwo drugiego stopnia. Wyrok nie jest dożywotni, dlatego wciąż pozostaje szansa, że kiedyś wyjdzie na warunkowe zwolnienie.
no hej, popełnimy jakieś wykroczenie? 🤭 zdaniezlozone@gmail.com

83 komentarze:

  1. [No, są ciężary – muszę to przyznać 😅 Bardzo miło przywitać na blogu kolejną Twoją postać. Trudne i ciężkie życie miał Brant, więc tym bardziej można spojrzeć na niego z uznaniem, że udało mu się jakoś poukładać życie pomimo wszelkich niedogodności. Tak jak można uznać Branta za przystojniaka, tak, sorki, ale Koda – to jest dopiero przystojniaczek! Baw się cudownie na blogu, a w razie chęci na wątek wiesz, gdzie mnie znaleźć ;) ]

    Tamsin Passalis, Ivan Voronin

    OdpowiedzUsuń
  2. [Twoje chłopy to jednak mają to coś! I Brant też :D Podoba mi się ta narracja w karcie o budowaniu od zera i braniu życia we własne ręce – to jest tak spójnie i pasuje do kreacji postaci, że szok! No i, piesek!!! Słodkie pieski są słodkie, nie ma co się kłócić! Dużo głasków i chrupków dla niego 🥰 A siostra cudowna xD Trzeba dobrze wykorzystywać rodzinne zasoby 🤣 No a w razie chęci, wiesz, gdzie z Rei rozdajemy autografy 😎]

    Rei Bothwell 🧚🏻‍♀️🖊️

    OdpowiedzUsuń
  3. [Wykroczenia? Wykroki to się robiło na wuefie! I wszyscy razem, w jednym tempie – skip A, skip C, skip A, skip B. Pozdrawiamy Señor Brant Managera, oby ulice Nowego Jorku stały się spokojne i czyste. Zdziałać pewnie może wiele, choć wiadomo, że ostatnie słowo zawsze musi mieć Koda. Dzień dobry!]

    Leif & Len

    OdpowiedzUsuń
  4. [Dzień dobry, cześć i czołem! Jest mi bardzo miło powitać Twoją kolejną postać i za każdym jednym razem zachwycam się tym, jak bardzo są one przemyślane i dopracowane ☺️ Mi osobiście brakuje zacięcia, aby tak dokładnie sobie wszystko rozpisać, ale też częściowe chodzenie na żywioł chyba aż tak źle mi nie wychodzi 😁
    Myślę, że Brant mógłby przybić sobie piątkę ze starszym bratem Iana, Louisem, a może mógłby przybić ją sobie nawet z Ianem? Widzę w ich historii kilka drobnych punktów zaczepiania, a Ian i Louis są dobrym przykładem na to, jak różne drogi można obrać po wyjściu z tego samego środowiska. I choć mogliby sobie te piątki poprzybijać, to Ian na pewno nie będzie tego robił 😅 Wiadomo, jak by się to dla niego skończyło, już Koda wyniuchałby, co trzeba!
    Życzę udanej zabawy z nowym panem, a gdyby miał nam się w głowach urodzić jakiś pomysł na wątek, który dla Iana nie skończy się więzieniem (co chyba jest mało prawdopodobne 😅), to zapraszam 😁 Jak nie teraz, to kiedyś, bo ten mój diler w końcu przestanie być dilerem 😁]

    IAN HUNT & MAXINE RILEY

    OdpowiedzUsuń
  5. [No hej! Właśnie zrobiłam korale z grzybów, więc przyszłam popełnić wykroczenia :) A tak naprawdę to Tate i Koda nas tu ściągnęli.
    Niemniej z nowym panem łatwiej o konotacje i nić zaczepienia, więc dalej zapraszam na stworzenie czegoś razem; wiadomo gdzie mnie szukać.
    Mnóstwa weny i frajdy z tego jegomościa!]

    Mathilde Stevenson

    OdpowiedzUsuń
  6. [Z całym szacunkiem dla pana sierżanta, ale żadnych wykroczeń popełniać nie będziemy! Wystarczy, że na blogu grasuje szajka dilerów! :D
    Świetny ten Brant. Podoba mi się. Tak samo, jak podoba mi się karta, ale to akurat nic odkrywczego, bo kto, jak kto, ale Ty potrafisz w ładne, zgrabne karty z dobrą, wciągającą treścią.
    Jak tylko się uporam z remontem i przeprowadzką, to Debbie porywa kolegę po fachu na wątek! ♥]

    Andrea Wilson, Debbie Grayson & Evan Roth

    OdpowiedzUsuń
  7. To był ten jeden z niespodziewanych dyżurów, które wpadają w ostatniej chwili. Nie zdążyła nawet na dobre wrócić po nocce do domu i odespać, by dostać wiadomość z zapytaniem o jej dyspozycyjność w nocy na ER. Choć bardzo jej się nie chciało, chłodna kalkulacja pieniężna, postawiła ją na nogi i dodała motywacji do ogarnięcia się do wieczora. Pora roku, też zbytnio nie zachęcała do wychodzenia z domu. Mogła więc albo zaszyć się w mieszkaniu lub, co wolała, pójść zarobić na ratę kredytu. Liczyła z resztą, że nie będzie to nic z ciężkich przypadków, a przepracowane ostatnie godziny odeśpi w kolejne, wolne dni. W gruncie rzeczy większość życia i tak spędzała w szpitalu. I szczerze mówiąc, specjalnie nie narzekała. Umiała całkiem nieźle funkcjonować w tym specyficznym ekosystemie.
    Godziny wieczorne mijały stosunkowo szybko, jak zwykle było co robić i kogo przyjmować, choć większość przypadków na ten moment stanowiły raczej łagodne urazy, parę twarzy z zeszłego tygodnia wróciło, byli również starzy bywalcy, ale szło to jeszcze ze spokojem udźwignąć. Na szczęście nie doszło do żadnej poważnej bójki, strzelaniny, ani poważnego wypadku. Przynajmniej póki co, a jak wiadomo, noc była jeszcze młoda.
    Dostając wytyczne, kogo sprowadzić w poczet szczęśliwców na oddział, wyszła do poczekalni, skąd został po nazwisku wezwany jej nowy pacjent. W międzyczasie zamieniła kilka zdań z rejestratorką i w całkiem pozytywnym nastroju zaprowadziła mężczyznę do kabiny, w której przyjdzie mu poczekać na lekarza i badanie.
    — Ok, ja jestem Mathilde Stevenson, jestem pielęgniarką i będę się dzisiaj Tobą zajmować. — powiedziała z automatu, gdy tylko znaleźli się sami, wskazując mu leżankę, a samej zakładając od razu rękawiczki. Bezpieczeństwo w końcu to podstawa, nawet jeśli osobnik obok niej wydawała się zadbany i porządny, jedynie z niefortunną nagrodą w postaci poturbowania. Nigdy jednak nie wiadomo, co ta krew na czubku głowy nosiła w sobie.
    — Dobrze, kogo my tu mamy… Brant Dawson. Co Cię do nas sprowadza, poza oczywistym kamuflażem z krwi? — zagaiła na wstępie z lekkim uśmiechem, chcąc rozładować atmosferę, jednocześnie zaglądając w jego kartę. Podeszła bliżej do jego głowy, szukając źródła problemu, widząc skąd zaczyna się źródło krwawej rzeki Yellostowne na jego czaszce. Na szczęście krwotok powoli ustawał, sama rana zaś nie wydawała się szczególnie głęboka. Przynajmniej na pierwszy rzut oka.
    — Boli Cię coś? Głowa? Zauważasz jakieś zmiany w widzeniu, samopoczuciu, ruchy rąk, nóg, jakkolwiek się pogorszyły? — zaczęła wypytywać, siadając na taborecie naprzeciwko niego, uważnie lustrując jego twarz, by mieć pewność, że oczy ma przytomne, kącik ust, ani powieka nie opadają. — Nudności, wymioty? Pamiętasz co się wydarzyło?
    Przyglądała mu się dalej, a im dłużej to robiła, przepełniało ją niejasne wrażenie, że skądś go kojarzy, jednak połączenia neuronowe w głowie nie mogły skojarzyć skąd. Czy można rozpoznawać ludzi po ich częściach ciała? Pewnie tak, choć Tilly tej magicznej zdolności nie posiadała. Po kroku, już prędzej, większość osób chodziła w dość specyficzny dla siebie sposób. Ale po kształcie czaszki, nodze lub ręce? W tym wypadku graniczyłoby to z cudem.
    No nic, będzie się musiała obejść smakiem i zasnąć z tym niejasnym poczuciem, które każe jej analizować twarz mężczyzny, by w końcu doznać oświecenia i odpowiedzieć sobie na swoją dociekliwość w najdziwniejszym momencie dnia lub nocy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zbierając od niego poszczególne informacje, wiedziała już co wpisać do systemu i przekazać lekarzowi, który następnie zdecyduje co dalej z nim zrobić.
      — Rana wydaje się płytka. — skwitowała, wstając, przyglądając się ponownie jego głowie i zabierając się za jej oczyszczanie. — Przyjdzie lekarz, założy szwy i pewnie pójdziesz do domu. — dodała uspokajająco, ściągając rękawiczki i wrzucając je do kosza na odpady medyczne wraz z zakrwawionymi gazami. Nie wyglądało na to, że dodatkowe badania będą w jego przypadku potrzebne.
      Miło, szybko i na temat. Tak jak lubiła.
      — Sierżancie Dawson znowu się spotykamy. Tym razem w lepszych okolicznościach. — usłyszała za sobą głos lekarza i na moment zamarła.
      Wtedy właśnie Mathilde połączyły się kropki i doznała oświecenia w trybie ekspresowym.
      — To ten z postrzału? — niezdrowo się podekscytowała.
      — Zgadza się, to ten z postrzału. — lekarz jej przytaknął, jednak po chwili refleksji spojrzał na nią z konsternacją. — Ale, nie było Cię chyba wtedy z nami?
      — Widziałam wszystko w domu. Jestem wielką fanką. A raczej, jestem fanką kanału na którym to oglądałam, co i tak brzmi trochę dziwnie. — zaśmiała się nerwowo, bawiąc się przy okazji związanymi w kitkę włosami. Nie chciała przecież wyjść na patologiczną obserwatorkę ludzkich wypadków, choć ewidentnie trochę nią była. — Obstawiałam, że będą Ci szyli czworoglowy i rekonwalescencja będzie trudna, ale jak widać nic z tych rzeczy. Musiałeś mieć dużo szczęścia. — skwitowała, chowając ręce w kieszenie mundurka i uśmiechając się niezręcznie do obu wpatrzonych w nią mężczyzn. — To ja pójdę po sprzęt. Zszywki czy igla?

      Mathilde Stevenson

      Usuń
  8. Barbara, żona właściciela THE GYM, stała przed usytuowanym pół metra poniżej poziomu chodnika wejściem do pubu. Opierała się o stalową barierkę u szczytu stromych schodków i kiedy tylko wypatrzyła kogoś znajomego, kierowała go do środka.
    — Ian! — Pomachała mu. — Cieszę się, że przyszedłeś. Wchodź. — Wskazała na schodki i na wejście. — W środku jest już trochę osób, widziałam też Branta.
    — Dzięki, Barb. — Ian uśmiechnął się, a potem obejrzał na kobietę, bo kiedy przechodził obok, podążając schodkami w dół, ta przesunęła dłonią po jego ramieniu. Wymienili uśmiechy i podczas gdy Barbara została na zewnątrz, chcąc upewnić się, że wszyscy, którzy nie znali dokładnej lokalizacji baru, nie przeoczą wywieszonego wysoko ponad wejściem szyldu, Ian wszedł do środka.
    Wnętrze przywitało go uderzeniem ciepła i gwarem rozmów. Wieczory były już chłodne, jeśli nawet nie po prostu zimne, przez co różnica temperatur pomiędzy nagrzanym pomieszczeniem, a otwartą przestrzenią była znacząca i odczuwalna, nie na tyle jednak, by Hunt ściągnął marynarkę.
    Barbara i Garett polecili im ubrać się ładnie, ale nie za ładnie. Nie obowiązywał strój wieczorowy, ale krocząc powoli przez lokal, Ian odnotował, że mężczyźni ubrali koszule – nawet jeśli te miały pozostawione rozpięte dwa guziki i podwinięte rękawy – a kobiety włożyły sukienki czy też kostiumy, lub przyodziały się w inne wariacje damskiej garderoby, których Ian nie potrafił nazwać. Te ładne, ale nie za ładne ubrania dobrze prezentowały się na mniej lub bardziej wysportowanych ciałach. THE GYM, siłownia o tak prostolinijnej nazwie, jak tylko Garett mógł wymyślić, była kameralną siłownią osiedlową na Long Island City, która zrzeszała klientów wszelakiej maści. Chodzili na nią zarówno nastolatkowie, jak i starsi panowie, przy czym ten szeroki przedział wiekowy kształtował się tak samo w przypadku kobiet. W ofercie siłowni, oprócz udostępnienia przestrzeni oraz sprzętu do ćwiczeń, znajdowały się także zajęcia grupowe takie jak kick boxing i trening funkcjonalny z podziałem na grupy, w zależności od zaawansowania. Dla kogoś o innych upodobaniach niż Ian oferta ta mogła uchodzić za okrojoną, bo brakowało w niej popularnych w dużych klubach fitness zajęć typu zdrowy kręgosłup czy modelowanie pośladków, ale właśnie dlatego od około pięciu lat Hunt pozostawał wierny THE GYM. Tam przychodziło się ćwiczyć, a nie strzelić fotkę na Insta czy nagrać TikToka.
    Teraz Ian mijał te różne osoby, a zarazem osobowości i witał się z tymi, których znał, a jednocześnie wypatrywał Branta, skoro zdaniem Barb ten już tutaj był. Wiele twarzy było mu znanych choćby z widzenia, ale równie wielu nie kojarzył, o co nie było przecież trudno. Nawet, jeśli byli to stali bywalcy, mogli pojawiać się na THE GYM o zupełnie innych porach i w zupełnie innych dniach, niż Ian.
    Wypatrzył Branta przy barze. Nie siedział, a stał przy kontuarze, podbierając na nim bok ciała. Daleki był od zawiśnięcia na nim w ten mało elegancki sposób, raczej tylko lekko oparł na nim ciężar ciała. Gawędził z kimś, kogo ze swojego miejsca Ian nie widział, ponieważ sylwetka Branta przesłaniała sylwetkę rozmówcy. O tym, z kim Brant rozmawia, Ian miał zaraz się przekonać, ponieważ ruszył w stronę tej dwójki, wydłużywszy krok i stanął przy mężczyznach.
    — Cześć — przywitał się i wyciągnąwszy rękę, najpierw uścisnął dłoń Branta, a zaraz potem Jasona.
    Jason, podobnie jak Ian i Brant, związał się z THE GYM na dłużej. Mieli za sobą niejedną pogawędkę tak w szatni, jak i w strefie wolnych ciężarów. Byli mniej więcej w podobnym wieku, to znaczy Jason plasował się gdzieś pomiędzy Ianem, a Brantem. Jason, blondyn o niebieskich oczach, był aktywną osobą. Jego przygotowania do triatlonu przerwała kontuzja – kilka tygodni temu Jason zerwał więzadło w prawym kolanie podczas gdy w koszykówkę z kolegami, bo przecież grali w każdy piątkowy wieczór i Jason nie mógł odpuścić, nawet kiedy przygotowania do triatlonu pożerały lwią cześć jego wolnego czasu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Jak kolano? — zagadnął Ian, skinieniem głowy wskazując na zabezpieczony ortezą staw.
      — Całkiem dobrze. W przyszłym tygodniu chcę wrócić do treningów.
      — W przyszłym tygodniu? — Hunt z zaskoczeniem i powątpiewaniem zerknął na Branta, jakby szukał w nim wsparcia. — Nie za szybko? Co mówi lekarz?
      — Lekarz mówi, że powinienem odpuścić sport w stopniu, w jakim przywykłem go uprawiać i robić to jedynie rekreacyjnie, bo kolano nie wytrzyma. I wiesz, co, Ian? — Jason położył dłoń na ramieniu Hunta i zacisnął na nim palce. — Jebać tego lekarza! — Uśmiechnął się promiennie, po czym wyminął Iana, kuśtykając całkiem zręcznie. — A teraz wybaczcie, chłopaki, ale przyszła Karla — rzucił na odchodnym. — Karla! — zawołał do brunetki, do której zaczął robić podchody jeszcze przed zerwaniem więzadła i tyle go widzieli.
      — Wariat — skomentował Ian, odprowadzając go wzrokiem i pokręcił głową. Pomyślał o własnym kolanie, które nie działało tak, jak trzeba, odkąd oberwał w nie pałką. Pobolewało, czasem blokowało się w najmniej odpowiednich momentach. A jednak, mimo swojego komentarza, Ian podzielał zdanie Jasona co do lekarzy.

      gym buddy IAN HUNT 💪🏻

      Usuń
  9. Ostatnio sporo się działo. Trzymiesięczne wypowiedzenie umowy o pracę w OCME dobiegało końca, choć Mina nie żegnała się z tym miejscem ostatecznie. To tutaj dano jej szansę, aby rozwijała się jako antropolożka i artystka kryminalistyczna, i tak właściwie bardzo miło wspominała te długie lata, podczas których – bardziej sobie – udowodniła, że dobrze wybrała i że się do tego nadaje. Nie było wielkiej presji czy oczekiwań, ale jednak czułaby się nieco głupio, gdyby po kilku miesiącach pracy w laboratorium okazałoby się, że nie daje sobie rady.
    — No, muszę przyznać, że to całkiem śmiała decyzja — rzuciła
    June, posyłając jej spojrzenie, które wyrażało troskę. — Do tej pory siedziałaś
    tylko w laboratorium…
    Mina zerknęła w stronę Arden, przeżuwając wolno sałatkę,
    którą zamówiła chwilę wcześniej. Była pora lunchu i obie miały wolne
    popołudnie, spotkanie było więc dość spontaniczne, ale może właśnie dlatego
    Mina zgodziła się tutaj przyjść bez większego marudzenia. Nie musiały rezerwować
    stolika z tygodniowym wyprzedzeniem ani przekładać swoich planów; June napisała,
    że jest w okolicy, Mina odpowiedziała, że ma dwie godziny, i niespełna
    czterdzieści minut później siedziały naprzeciwko siebie w niewielkiej, klimatycznej
    restauracji.
    — Nie tylko w laboratorium — mruknęła, ocierając kącik ust serwetką.
    — Wiesz, o co mi chodzi. — June potrząsnęła lekko głową.
    — Wiem.
    Mina zdawała sobie sprawę z tego, że June nie mówiła o zmianie samego miejsca pracy. Gdyby chodziło wyłącznie o zamianę jednego laboratorium na drugie, prawdopodobnie nie zastanawiałaby się nad tym aż tak długo. Tym razem jednak decyzja, którą podjęła, miała być poważniejsza i zdecydowanie bardziej dotkliwsza w skutkach. Gdy dostała tę ofertę, nie wiedziała, co zrobić. Z jednej strony miała OCME, znajome, bezpieczne miejsce, takie, w którym przez lata zdążyła wypracować sobie pozycję. Z drugiej NYPD dawało jej możliwość wyjścia poza laboratorium i uczestniczenia bezpośrednio w sprawach. Ostatecznie jednak nie zmieniało się nic, co mogłoby być dla niej niewygodne, oprócz początkowego small talku i próby wejścia w zespół, bo to akurat wydawało się Minie najbardziej przerażające i męczące.
    — Poza tym to nie tak, że od poniedziałku każą mi biegać po ulicach z odznaką i łapać przestępców — dodała.
    — Szkoda. — June odłożyła widelec i napiła się swojego soku pomarańczowego. Uśmiechnęła się szeroko, zdecydowanie z rozbawieniem, przez chwilę wyobrażając sobie Sallow i jej metr pięćdziesiąt dziewięć w akcji. — A skoro już mówimy o bieganiu po ulicy z odznaką… twój brat wciąż jest singlem? — spytała, stukając paznokciami w szklankę. Miała przy tym minę niewiniątka, choć jej ciemne oczy zdradzały, że to pytanie nie pojawiło się bez przyczyny. — To dziwne, nie? Jest hot, naprawdę hot… i pewnie wie, jak używać kajdanek…
    Wilhelmina spojrzała w jej stronę znad talerza. W całym tym chaosie, który łączył Dawsonów, Palmerów i Sallowów, rzeczywiście traktowała Branta jak rodzinę. Pojawił się w jej życiu razem z Tate, trochę przypadkiem, aż w pewnym momencie stał się kimś bliskim, kimś, do kogo mogła zadzwonić, komu ufała i kogo obecność stała się z czasem czymś zupełnie naturalnym. Co jednak w żaden sposób nie zmieniało faktu, że był cholernie przystojnym facetem. I właśnie to było najbardziej irytujące.
    — Mhm, przy najbliższej okazji zapytam, czy faktycznie umie używać kajdanek, bo moja przyjaciółka jest bardzo zainteresowana — stwierdziła i roześmiała się, widząc, jak June zaczęła się czerwienić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dojadła swoją sałatkę, wypiła do końca wodę z cytryną i miętą, a potem rozsiadła się wygodniej. Nie minęła jednak chwila, a w restauracji pojawiła się Tate. Mina uśmiechnęła się, widząc siostrę, i pokiwała w jej stronę. Były umówione, żeby kupić prezent urodzinowy dla Jake’a, który byłby od niej, Palmer i Branta. Przy takich okolicznościach Mina i Tate odruchowo przejmowały stery: ustalały, co kupić, gdzie tego szukać, pilnowały terminów i zajmowały się pakowaniem, podczas gdy Brant zwykle ograniczał się do zaakceptowania pomysłu, przelania pieniędzy i pojawienia się z prezentem już gotowym do wręczenia. Układ sprawdzał się od lat, więc nikt nie próbował niczego zmieniać.
      — Hej — rzuciła Tate, kiedy podeszła do stolika, najpierw pochylając się, żeby objąć Minę, a potem przywitać się z June. — Mam nadzieję, że nie jestem za wcześnie?
      Porozmawiały jeszcze chwilę, a potem pożegnały się z June przed restauracją i ruszyły kilka przecznic dalej, do sklepu, w którym wcześniej wypatrzyły prezent dla Jake’a. Wybrały dla solenizanta porządny zestaw barmański, butelkę naprawdę dobrej whisky z wyższej półki i elegancką, srebrną zapalniczkę. Prezent został profesjonalnie zapakowany w sklepie, więc właściwie mogły wracać do domu. Mogły, gdyby Tate nie zatrzymała się nagle przed witryną niewielkiego butiku.
      Wilhelmina nie wiedziała, dlaczego dała się namówić i kupiła sukienkę, której normalnie by nie wybrała. W pracy najczęściej chodziła dość elegancko, ale wygodnie; sięgała raczej po ciemniejsze kolory i bardziej zakryte ubrania, co wynikało przede wszystkim z przyzwyczajenia i charakteru jej obowiązków. Nie potrzebowała dekoltów ani krótkich spódnic, kiedy większość dnia spędzała pochylona nad stołem, szkicownikiem czy szczątkami, a luźniejsza koszula, materiałowe spodnie i marynarka sprawdzały się znacznie lepiej niż cokolwiek, co wymagało ciągłego poprawiania. Tymczasem sukienka, którą Tate praktycznie jej wcisnęła, nie miała w sobie niczego z wygody. Była czarna, więc przynajmniej pod tym względem Palmer się złamała, ale dopasowany krój podkreślał talię i biodra zdecydowanie bardziej, niż Mina była przyzwyczajona, a odsłonięte plecy sprawiały, że co kilka sekund odruchowo próbowała naciągnąć materiał wyżej.
      — Przestań ją poprawiać — odezwała się Tate. — Wyglądasz świetnie!
      — Ty też — odpowiedziała Mina, oglądając siostrę w lustrze. — Chociaż to akurat żadna nowość.
      Uśmiechnęła się lekko, podziwiając prawie dwudziestojednoletnią Tate Palmer, doskonale pamiętając, że jeszcze nie tak dawno była rozgadaną szesnastolatką, która zawsze mierzyła wysoko. Od momentu, w którym się spotkały, minęło już trochę czasu, ale Mina chyba już zawsze będzie widzieć w Tate swoją małą siostrę.
      Gdy dotarły do mieszkania Jake’a, było tam już kilka osób. Impreza zaczynała się rozkręcać, a muzyka zdecydowanie zagłuszała już większość rozmów, choć może i dobrze, bo niektóre zapewne nie były zbyt cenzuralne. Po przekroczeniu progu zostały przywitane przez solenizanta, więc Mina wręczyła Sanchezowi prezent, wspominając, że to drobny upominek od niej, Tate i Branta. Zaraz potem Wilhelmina rozejrzała się wokół, jakby chciała sobie znaleźć dobre miejsce, a widząc Dawsona, uśmiechnęła się i odmachała mu, uznając, że skoro zdradził swoją pozycję, to powinien liczyć się z tym, że zabierze mu trochę miejsca.
      — Brant — rzuciła od razu, gdy usłyszała swoje pełne imię. Doskonale znała ten ton. Dawson używał go właściwie wyłącznie wtedy, kiedy zamierzał się z nią podroczyć, a Wilhelmina w jego wykonaniu zawsze brzmiało tak, jakby zrobiła coś, przez co powinna trafić do aresztu i być przesłuchiwana przez dobrego i złego glinę. Kącik jej ust uniósł się lekko, co zdradzało, że tak właściwie wcale jej to nie przeszkadza.

      Usuń
    2. — Lepsze plany? — powtórzyła z rozbawieniem. — Proszę cię. Co mogłoby być lepszego od darmowego alkoholu i jedzenia? — I to nie tak, że Mina piła wyjątkowo dużo albo często, to po prostu była okazja, żeby móc sobie nieco pofolgować. Ostatecznie miała prawie dwadzieścia osiem lat, a nie pięćdziesiąt. — Poza tym ktoś musi pilnować, żebyś nie spędził całego wieczoru pod ścianą, udając, że przypadkiem obserwujesz wszystkich dookoła.
      Przy tym pozwoliła sobie przyjrzeć mu się nieco dokładniej i szybko doszła do wniosku, że tego wieczoru obserwowanie Branta wcale nie należałoby do najgorszych sposobów spędzania czasu. Ciemnogranatowa koszula była zdecydowanie dobrym wyborem; podkreślała kolor jego oczu, choć Mina prędzej odgryzłaby sobie język, niż przyznała Tate, że wszystkie jej wykłady o odpowiednich kolorach najwyraźniej miały jakiś sens. Wyglądał naprawdę dobrze.
      — Chociaż… — odezwała się, przesuwając wzrokiem po jego sylwetce, nawet nie próbując udawać, że tego nie robiła, i wracając spojrzeniem do jego twarzy z ledwie zauważalnym uśmiechem — dzisiaj jestem skłonna przymknąć nieco oko.
      Zaraz potem spojrzała w stronę, w którą zerknął Brant. Tate. Wyglądała dzisiaj naprawdę pięknie, ale w tym wszystkim wcale nie chodziło tylko o wygląd. Palmer była miła, pogodna i wygadana – i właśnie dlatego podobała się innym. Mina doskonale to rozumiała, choć – podobnie jak Brant – nie zawsze była tym zachwycona. Może nie znała jej od dziecka i nie miała wobec niej tego samego odruchu starszego rodzeństwa co Dawson, ale przez ostatnie lata zdążyła wyrobić sobie własny. Pilnowała, czy Tate wróciła bezpiecznie do domu, pytała, czy wszystko jest w porządku, dzwoniła, była zawsze pod telefonem, i choć najczęściej robiła to mniej ostentacyjnie niż Brant, w gruncie rzeczy chodziło dokładnie o to samo. Chciała ją chronić, i to nie dlatego, że uważała Tate za bezradną. Wiedziała, że potrafiła o siebie zadbać, po prostu była jej siostrą, a to najwyraźniej usprawiedliwiało to, że Mina odruchowo zaczynała mówić o tym, że zawodowo zajmuje się kośćmi trochę częściej, niż było to towarzysko konieczne. Wystarczało czasem mimochodem wspomnieć, jak długo utrzymują się ślady urazów na szkielecie, jak łatwo odróżnić złamanie przedśmiertne od pośmiertnego albo że ludzkie kości potrafią powiedzieć o człowieku zaskakująco dużo. Zwykle wtedy chłopcy przypominali sobie, że mają bardzo dobre maniery.
      — A jeśli chodzi o Tate, to chyba możemy dać jej pięć minut swobody, zanim uruchomisz policyjną obławę. W najgorszym razie ty postraszysz śmiałka odznaką, a ja opowiem mu, ile właściwie zrasta się złamanie. — Zerknęła w stronę Branta z niewinnym uśmiechem, akurat kiedy Tate wybuchnęła głośnym śmiechem w towarzystwie kilku znajomych. — Poza tym daj jej trochę pożyć. Jak ktoś zacznie zachowywać się jak idiota, wtedy wkroczymy do akcji. Zaklepuję rolę złego gliny.

      Wilhelmina Sallow 🦴👀

      Usuń
  10. [Z zaproszenia chętnie skorzystam, chyba że to była czysta kurtuazja i grzeczność :D Gorzej z pomysłem sensownym, ale posłałam maila! Może uda się coś nam wykminić.]

    Len Weston

    OdpowiedzUsuń
  11. Na oddziale ratunkowym specyfika pracy polegała na tym, że wiele złych rzeczy działo się tuż obok, człowiek mógł się naoglądać potwornych wypadków, a przy tym musiał stać na rzęsach i walczyć o ludzkie życie, ale w całym tym stresie i chaosie była jednak ekscytacja. Było też dużo wyzywania się i kłótni, nie tylko z roszczeniowymi pacjentami, ale Mattie skłamałaby, że oczy jej się nie świeciły jakoś żywiej ilekroć przyjeżdżał ktoś z wypadku, po jakiejś grupowej masakrze czy transportowany był wyjątkowy przypadek z innego szpitala. Musiała lubić te wysokimi adrenaliny, nawet jest ER odwiedzała sporadycznie.
    Być może właśnie głód tego hormonu pchał ją w podróże w odległe, niepopularne zakątki świata, co wprawdzie tłumaczyła sobie chęcią poznania brudnej prawy o globie, a tak naprawdę mogły stawiać ją w sytuacji zagrożenia życia. Obecnie plany na odwiedzenie Sudanu, wcześniej Somalia, Kuba, Jemen, Syria…
    Kiedyś była bardziej szalona, obecnie Mattie nie miała już w zwyczaju szwendać się po podejrzanych spelunach czy tanich barach. Te naście lat wstecz nie zwracała w ogóle uwagi na ryzyko, próbowała różnych substancji psychoaktywnych, chodziła w wiele podejrzanych miejsc w celu poszukiwaniu rozrywki wszelako pojętej, może jedynie igieł i wstrzykiwania sobie czegokolwiek uniknęła, uznając to zawsze za zbyt wiele i zbyt obrzydliwe. Tym samym nigdy nie zdecydowała się na żaden tatuaż.
    Teraz z kolei prowadziła spokojne i ułożone życie, którego lwią część spędzała w pracy. Lubiła swoją rutynę, spokój i przewidywalność, przynajmniej w tym jednym aspekcie życia. Dobrze się czuła w swoim małym mieszkaniu, zupełnie sama. Spędzając ten czas wolny dokładnie tak, jak miała na to ochotę.
    — A więc przyjaciel krzeseł. — podsumowała historię z incydentu i uśmiechnęła się.
    Tak go zapamięta. Zaraz po tym, że to policjant od postrzału, bardzo znanego w sieci.
    Trzeba przyznać, brzmiało to nawet ładnie, a na pewno było wyjątkowe.
    — Musiałeś mieć ogrom szczęścia, że kula nie trafiła w tętnicę, ani kość, ani w sumie nie dostałeś nigdzie w kolano. To dobrze. — przyznała, samej się dziwiąc jak bardzo mężczyźnie udało się uniknąć trwałego kalectwa.
    — Tilly podaj mi lidokainę i igłę 5-0. — zaordynował lekarz, a Mathilde od razu wręczyła mu potrzebne narzędzia pracy, mając wszystko już przygotowane na wózku opatrunkowym w rogu pomieszczenia. — Znieczulę miejscowo, ale nie obiecuję, że nic nie poczujesz. To mało przyjemna okolica. — zwrócił się do sierżanta lekarz, przykładając najpierw do łuku brwiowego gazik nasączony substancją znieczulającą, a dopiero po chwili zabierając się za szycie.
    Mathilde w tym czasie obserwowała uważnie Dawsona, a jej ciekawski wzrok nieustająco zmierzał w kierunku jego nóg. Zastanawiała się, która jest po postrzale i czy w ogóle widać różnice między nabitymi kończynami. Czy masa mięśniowa któregoś uda była mniejsza? Czy któraś z kończyn układała się w pozycji spoczynkowej jakoś inaczej? Ciężko było stwierdzić. To tylko potwierdzało dwie rzeczy - 1. Brant miał niebywałe szczęście i 2. Ratowali go naprawdę dobrzy specjaliści.
    — Za tydzień widzimy się na zdjęciu szwów. — poinformował lekarz i uśmiechnął się do Dawsona, wstając z miejsca, by wyrzucić sprzęt medyczny, rękawiczki i udać się do kolejnego pacjenta. — Radziłbym do tego czasu nie pakować się w żadne bójki. Do zobaczenia. — pożegnał się z Brantem mężczyzna, kierując jeszcze tylko na odchodnym słowa do pielęgniarki. — Obejdzie się bez opatrunku, Tilly. Wydaj tylko zalecenia i pan Dawson może iść do domu. Rano pewnie ma służbę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mathilde skinęła porozumiewawczo głową na słowa lekarza i przesiadła się na jego wcześniejsze miejsce, by mieć dobry kontakt wzrokowy ze swoim pacjentem, nie zaś patrzeć na niego z góry.
      — Jak słyszałeś, zostajesz bez opatrunku, tylko ze szwami, więc pamiętaj żeby na nie uważać. — zaczęła swój wywód. — Nie moczyć ich pierwsze 24 h, potem możesz delikatnie to przemywać wodą z mydłem, gazą albo wacikiem. Co więcej… nie pocieraj, nie skub, nie zrywaj strupów. Uważaj z treningami i potem z czoła. Basen i saunę musisz sobie odpuścić na ten czas. — nie omieszkała wtrącić zaleceń odnośnie aktywności fizycznej, bo na pierwszy rzut oka Brant musiał coś ćwiczyć, nie musiała być geniuszem, żeby wiedzieć że od siedzenia w domu nie ma się takiej sylwetki.
      — A gdyby puchło to wiadomo - okład z lodu, mrożonki, kompresy, ale przez szmatkę czy cienki ręcznik, nie bezpośrednio na ranę. Zobaczysz, tydzień szybko zleci i będziesz miał piękną, nową brew. Wygląda na to że nawet nie zmieni Ci się szczególnie wygląd łuku brwiowego. — uśmiechnęła się do mężczyzny.
      W zasadzie to było wszystko. Brant mógł wracać już do domu, a ona resztę dyżuru mogła spędzić na niedowierzaniu w fakt, że poznała policjanta z filmiku, który jakiś czas temu widziała w sieci relaksując się przy kolacji. Czasami zbieg okoliczności był naprawdę niesamowity.
      — Miło było Cię poznać, przyjacielu krzeseł. — wyciągnęła w jego kierunku dłoń na pożegnanie, uśmiechając się przy tym zdawkowo, choć szczerze i ciepło.

      Mathilde Stevenson

      Usuń
  12. Ostatecznie zarówno ona, jak i Brant chcieli, żeby Tate była po prostu szczęśliwa. I oczywiście, że nie dało się jej ochronić przed wszystkim co złe, ale nawet jeśli w jej życiu wydarzyłoby się coś niefajnego, miała kogoś, kto zawsze stanie po jej stronie. Mina była siostrą od pięciu lat i wcześniej brak rodzeństwa w ogóle jej nie przeszkadzał. Mieszkała z mamą, robiła swoje i żyła swoim życiem, wybierając to, co dla siebie najlepsze, a potem pojawiła się Tate, a z nią Brant i to, co sobie zbudowała, nagle musiało się jeszcze trochę powiększyć, żeby zmieścić tę dwójkę. Z ojcem miała raczej neutralne relacje, choć poprawne, z jego obecną partnerką również – Mina wiedziała, że ludzie czasem po prostu się rozstawali, niekiedy przyczyna była bardzo konkretna, a czasem chodziło o coś, czego nie dało się nazwać. Rodzina najwyraźniej nie była konstrukcją tak prostą, jak lubiano to przedstawiać. Nie dało się jej rozłożyć, obejrzeć pod odpowiednim kątem i na podstawie kilku cech ustalić, gdzie dokładnie wszystko powinno się znajdować. Kość pękała w określony sposób, zrastała się według pewnych zasad i nawet po latach zostawiała po sobie ślad, który dało się odczytać. Z ludźmi było gorzej.
    Mina uniosła brew, przyglądając mu się przez chwilę z rozbawieniem.
    — Rozumiem. Czyli prowadzisz selekcję — stwierdziła, powstrzymując się przed rzuceniem tekstu o tym, że to trochę jak oględziny, tylko że zamiast oglądania szkieletu, Brant oceniał, kto jest zbyt nudny. Poza tym June zawsze powtarzała, żeby ograniczyła te swoje tekściki o kościach, szczególnie w towarzystwie, bo bywało to nieco makabryczne.
    — Widzę w tym sens. — Kiwnęła lekko głową. — I po czym poznajesz, że ktoś jest nudziarzem? Są jakieś zmienne? — zapytała z rozbawieniem. — Częstotliwość ziewania? Liczba zdań zaczynających się od „w mojej pracy”? A może po prostu siadasz obok i sprawdzasz, czy po pięciu minutach masz ochotę uciec? Pytam czysto naukowo. Lubię wiedzieć, według jakiej metodologii jestem oceniana.
    Odwróciła się nieco w stronę siostry, która ciągnęła za rękę jedną ze swoich koleżanek.
    — Aha, czyli Tate ma pełną swobodę, tylko reszta świata funkcjonuje pod nadzorem — podsumowała, śmiejąc się cicho, ale powiedziała to tak, żeby tylko Brant to usłyszał. — Uczciwie.
    Mina uśmiechnęła się miło, bo kojarzyła idącą z siostrą Verę – właściwie mimowolnie poznała wszystkie dziewczyny, z którymi przyjaźniła się Tate, bo Palmer miała talent do wciągania innych w swoje życie tak skutecznie, że nie dało się tego zignorować. Najpierw były pojedyncze imiona przewijające się w rozmowach, potem zdjęcia, później szybkie spotkania przy okazji, aż w końcu Mina orientowała się, że wie już, która z nich pije prosecco, która nienawidzi oliwek i która zawsze odpisuje Tate po pięciu sekundach, niezależnie od pory dnia. Z Verą było podobnie. Widziały się wcześniej kilka razy, na tyle często, że powitanie nie musiało ograniczać się do uprzejmego skinienia głową.
    — Hej, miło cię widzieć — rzuciła więc ciepło, przerzucając spojrzenie z jednej
    na drugą.
    Zaraz potem odwróciła głowę w stronę Jake’a, który wyszedł do wszystkich z małym komunikatem, prosząc o pomoc. Mina dołączyła do Tate, przenosząc to, co wydawało się najbardziej odpowiednie – Sanchez był przygotowany, bo lodówka pękała w szwach, a i tak usłyszała coś o tym, że później będzie pizza. I dobrze. Mina uwielbiała pizzę.
    Parsknęła pod nosem, obserwując całą operację z winem, i pokręciła głową, kiedy Brant z miną człowieka, który właśnie uratował całą imprezę przed katastrofą, oddawał Jake’owi butelkę.
    — Imponujące — rzuciła, mijając go z miską chipsów w rękach. — Pięć lat studiów, dwa dyplomy, doktorat w toku, a jednak to ty dzisiaj zostałeś lokalnym ekspertem od fizyki stosowanej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie czekała, aż jej odpowie, tylko przeniosła miskę na stolik i wróciła do kuchni. Tate już zdążyła wyjąć z lodówki pół zawartości, Vera pomagała ustawiać talerzyki, a Jake co chwilę przechodził między nimi, zabierając coś i odstawiając w zupełnie inne miejsce, czym właściwie bardziej przeszkadzał, niż pomagał. Kilka minut później wszystko mniej więcej znalazło swoje miejsce, muzyka zrobiła się głośniejsza, a do zebranych dołączyło kilka nowych osób – wtedy rozmowy połączyły się ze sobą w imprezowy szum.
      Mina stanęła przy kuchennym blacie i przez chwilę przyglądała się temu, co Jake tam upchał. Wino zostawiła innym, piwo nie bardzo jej się uśmiechało, więc sięgnęła po tequilę, limonkę i jedną z butelek stojących bliżej ściany. Znalazła jeszcze lód, więc sięgnęła po kilka kostek, które wrzuciła do fikuśnego, kolorowego kieliszka, i zaczęła przygotowywać dla siebie coś mocniejszego. Butelka tequili, którą złapała, wywołała jednak wspomnienie z czasów studiów, kiedy po oddaniu jednego z większych projektów cała grupa uznała, że po kilkutygodniowej analizie materiału kostnego trzeba to uczcić. Wtedy ktoś wyciągnął opakowanie nowych, pięćdziesięciomililitrowych probówek wirówkowych typu Falcon, ktoś inny przyniósł tanią tequilę i jeszcze przed północą rozeszły się pierwsze szoty z wysokich, stożkowych naczyń, które normalnie służyły im do przechowywania próbek. Mina pamiętała to głównie przez to, że po piątej probówce ktoś zaczął tłumaczyć wszystkim przy stole, dlaczego kość klinowa była najbardziej niedocenianą kością ludzkiego szkieletu, a chwilę później wywiązała się całkiem poważna dyskusja o tym, która kość byłaby najgorsza do złamania. Po kolejnej rundzie większość była już zgodna, że odpowiedź brzmiała mniej więcej tak, że każda, jeśli rano trzeba iść na zajęcia. Uśmiechnęła się pod nosem, przypominając sobie, że wtedy jeszcze nie myślała o pracy aż tak poważnie i że nie planowała pracować aż tak bezpośrednio dla policji. Cóż, sporo się od tamtego czasu zmieniło.
      — Ostrożnie z tym — odezwał się ktoś obok. — Jeszcze ktoś zauważy, co tutaj robisz, i spędzisz całą imprezę, serwując innym fikuśne drinacze.
      Mina odwróciła głowę. Stał przy niej chłopak, którego wcześniej widziała gdzieś w salonie, choć nie potrafiła jeszcze przypisać mu imienia. Był chyba mniej więcej w jej wieku, może trochę młodszy.
      — To był jednorazowy eksperyment — stwierdziła, unosząc kieliszek. — Nie mam zamiaru robić kariery za barem.
      — Szkoda. Wygląda całkiem profesjonalnie — uznał i wyciągnął do niej rękę, przedstawiając się: — Liam.
      — Wilhelmina — odpowiedziała, ściskając krótko jego dłoń.
      Liam nie zdążył powiedzieć nic więcej, bo ktoś z salonu zawołał go po imieniu. Chłopak odwrócił głowę i odpowiedział coś znajomemu, który najwyraźniej koniecznie potrzebował jego opinii w sprawie kolorowych szotów. Rozmowa rozrosła się właściwie sama; po chwili obok nich pojawiły się jeszcze dwie osoby, Liam został wciągnięty w dyskusję, a Mina uznała, że to idealny moment, żeby się ulotnić. Upiła łyk drinka i rozejrzała się za miejscem. Branta dostrzegła bez większego trudu. Zajmował jedną z dużych dmuchanych puf przy stoliku, rozparty tak wygodnie, jakby od początku wieczoru planował właśnie tam urządzić sobie stanowisko obserwacyjne. Co ważniejsze, obok niego nadal było wystarczająco dużo miejsca, więc ruszyła właśnie w tamtą stronę.
      — Mina. — Usłyszała, więc zatrzymała się i obejrzała przez ramię. Liam wskazywał na drugą pufę, którą zajął z kilkoma znajomymi. Jedna z osób właśnie wstała, zostawiając obok niego sporo wolnego miejsca.
      — Tutaj się zmieścisz — powiedział, przesuwając się odrobinę. — Chyba że uciekasz ode mnie po dwóch minutach.
      — Nie uciekam — odpowiedziała z lekkim uśmiechem. — Jeszcze.

      Usuń
    2. Podeszła i usiadła obok Liama, ostrożnie pilnując, żeby nie wylać drinka. Pufa zapadła się pod jej ciężarem bardziej, niż się spodziewała, przez co mimowolnie przesunęła się odrobinę bliżej niego. Chwilę później jej spojrzenie mimowolnie powędrowało ponad jego ramieniem, w stronę pufy Branta. I dopiero wtedy przyszło jej do głowy, że może powinna była po prostu usiąść tam, gdzie zamierzała od początku. Ostatecznie jednak, gdy w salonie zrobiło się cieplej, zdjęła marynarkę, w której tutaj przyszła, odsłaniając plecy i ramiona. Jej skóra była bardzo jasna, niemal mlecznobiała, przez co rozsiane po niej piegi od razu rzucały się w oczy. Miała ich dużo; ozdabiały ramiona, dekolt, górną część pleców, szyję, twarz, uda, niektóre były drobne, inne większe i miejscami zagęszczone tak mocno, że wyglądały jak plamy po tuszu. Gdy była dzieckiem, piegowatość należała do jej cholernie głębokich kompleksów, teraz jednak po prostu akceptowała swój wygląd.
      Parę drinków później Jake nagle stanął na środku salonu z szeroką miską w dłoniach i szerokim uśmiechem. Ktoś ściszył nieco muzykę, żeby solenizant nie zdarł sobie gardła.
      — Dobra, zanim wszyscy będą zbyt pijani, żeby czytać — oznajmił, potrząsając naczyniem wypełnionym złożonymi karteczkami. — Urodzinowa ruletka. — Jake uniósł palec. — Zasady są proste. Losujesz, robisz to, co jest napisane, albo pijesz. Możesz odmówić, jeśli nie masz ochoty czegoś robić, ale wtedy czeka cię kolejka. I nie, nie przyjmuję reklamacji, bo połowę tych rzeczy pisała Tate.
      Mina natychmiast odnalazła siostrę wzrokiem. Tate uśmiechała się jak niewiniątko, chichocząc. Miska ruszyła w obieg. Pierwsze zadania były niewinne; ktoś musiał pokazać ostatnie zdjęcie w telefonie, a ktoś inny mówić do osoby obok wyłącznie „Wasza Wysokość”. Dopiero po kilku minutach kartki zaczęły robić się wyraźnie mniej przyzwoite. Miska zatrzymała się przy Verze. Dziewczyna chwilę pogrzebała między złożonymi papierkami i wyciągnęła jeden.
      — No dobra — mruknęła, a potem przeczytała treść zadania: — „Wybierz osobę w pokoju, którą uważasz za najbardziej atrakcyjną, i usiądź obok niej tak blisko, jak pozwoli ci przez następną rundę”.
      Po salonie natychmiast poniosło się przeciągłe „uuu”, a ktoś zagwizdał. Mina uniosła kieliszek do ust, obserwując to wszystko z lekkim rozbawieniem. Właściwie spodziewała się, że dziewczyna wybierze któregoś z chłopaków siedzących bliżej niej, ale Vera wstała i z niemal bezczelną pewnością siebie usiadła obok Branta, ocierając się ramieniem o jego ramię. Cóż, przynajmniej miała dobry gust, choć Minie ani trochę nie podobało się, że siedziała aż tak blisko.
      Miska powędrowała dalej i po kilku kolejnych osobach trafiła w końcu do Miny. Wyciągnęła pierwszą lepszą karteczkę i rozłożyła ją, czytając:
      — „Wskaż osobę w tym pokoju, z którą najchętniej obudziłabyś się jutro rano w jednym łóżku, albo wypij dwa szoty”.
      Przez salon przetoczyło się kolejne przeciągłe „uuu”, a Mina rozejrzała się wokół z rozbawioną miną, jakby naprawdę zamierzała kogoś wybrać. Jej wzrok wędrował po zebranych i tylko przez sekundę dłużej zatrzymał się przy Dawsonie.
      — Dwa szoty — zdecydowała bez większego namysłu, wyciągając rękę po kieliszek.
      — Serioooo? — odezwał się ktoś z niedowierzaniem.
      — Dwa szoty dla Miny! — zawołał Jake.
      Wypiła pierwszego szota, lekko się krzywiąc, a po chwili sięgnęła po następnego – miska ponownie ruszyła w obieg.

      Wilhelmina Sallow 🍸🎉

      Usuń
  13. Mina nigdy nie była w takiej sytuacji jak Brant, a choć przecież nie dało się przeżyć tego samego życia, pewnie zrozumiałaby, co musiał wytrzymać i co osiągnąć, aby być w tym miejscu, w którym się znalazł. Miał ciężej od innych i mógł poddać się temu, co znał, bo łatwiej było zrobić coś głupiego, gdy ktoś też to robił. Tak zwany owczy pęd. Wiedziała trochę o historii Branta, bo sporo ze sobą rozmawiali, co było przecież nieuniknione. Mina tylko z początku podchodziła do niego z ostrożnością i rezerwą, chcąc poznać faceta, którego Tate nazywała bratem i mówiła o nim same dobre rzeczy. Nie wątpiła w to, że Brant był w porządku gościem, ale musiała się o tym przekonać – i przekonała. I pewnie byłoby jej znacznie łatwiej, gdyby zaczęła postrzegać Dawsona jak starszego brata, do którego zawsze może się zwrócić, tylko że brat nie powinien krążyć po jej głowie tak często, a już z pewnością nie jako mężczyzna, który ją pociągał.
    Orientowała się w imionach i twarzach, więc jej komentarz o selekcji był raczej zaczepny. Poza tym wątpiła w to, aby Brant bawił się w takie rzeczy – pewnie, gdyby mu coś nie pasowało, po prostu by o tym powiedział albo zmienił miejsce, bo w jej oczach nie był człowiekiem, który znosił coś dla samego znoszenia, jakby miał za to dostać order.
    Po szotach zrobiło jej się cieplej, a przy policzkach pojawiła się delikatna czerwień. Nie była pijana i nie zamierzała doprowadzać się do stanu, w którym ktoś musiałby ją prowadzić do domu. Była dorosła, miała poważną pracę i zdecydowanie nie tę wątrobę, która pozwoliłaby jej wypić nieco więcej. Podczas studiów i tak zaliczyła sporo zakrapianych imprez, których mniej lub bardziej później żałowała. Z czasem jednak bardziej oddała się pracy i odkryciom naukowym, więc stała się mądralą od kości i chyba całkiem nieźle jej szło, skoro robiła teraz doktorat. Pamiętała dzień, w którym otwierała e-maila, aby przekonać się, czy w ogóle się dostała; obok była jej mama, Tate i Brant. Tate przygotowała wtedy dwie wersje tortu; smutną z napisem, żeby się nie poddawać, i wesołą z gratulacjami. To było miłe wspomnienie.
    Rozejrzała się wokół i pomyślała, że spotkania towarzyskie były w gruncie rzeczy całkiem wdzięcznym materiałem do obserwacji antropologicznych. Kilkanaście osób zamkniętych w małym mieszkaniu bardzo szybko stworzyło własny mały system: ktoś naturalnie przejmował rolę gospodarza, a ktoś skupiał wokół siebie innych. Powstawały chwilowe sojusze, hermetyczne żarty, małe rytuały i niepisane zasady, których nikt nigdy oficjalnie nie ustalał. Alkohol tylko przyspieszał cały proces i pomagał się przełamać, jeśli chodziło o fizyczność – sprawiał też, że sympatie stawały się łatwiejsze do zauważenia, podobnie jak antypatie. Mina lubiła takie obserwacje; było w nich coś znajomego, nie tak precyzyjnego i dokładnego jak kości, które można było zmierzyć, opisać i porównać, ale równie dużo mówiły o człowieku. Tyle że tym razem miała jeden problem, bo sama była częścią tego wytworzonego systemu.
    Mina zerknęła w stronę Tate znad swojego drinka, a kiedy ta uciekła spojrzeniem do Branta, kącik jej ust drgnął w rozbawieniu. Nie musiała znać szczegółów, żeby zrozumieć, że gdzieś za tą odpowiedzią kryło się konkretne nazwisko, a Dawson najwyraźniej wiedział o sprawie odrobinę więcej niż ona.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Potem miska ruszyła dalej i zatrzymała się przed Brantem. Mina odruchowo wyprostowała się odrobinę, opierając szklankę o udo, a gdy przeczytał zadanie i wskazał Liama, przechyliła lekko głowę. Wytypuj osobę, która musi przez następną rundę siedzieć z dala od osoby, która najbardziej ją interesuje – czy Dawson właśnie użył gry urodzinowej, żeby przesadzić faceta, który siedział obok niej? Nie miała pojęcia, ale jeśli tak, to musiała przyznać, że było to wyjątkowo kreatywne nadużycie chwilowej władzy.
      — Zdecydowanie nie podoba mi się ta gra — skwitował Liam, śmiejąc się i podnosząc z pufy. Zrobił to jednak z wyraźnym ociąganiem, a zamiast od razu odejść, pochylił się jeszcze trochę w stronę Miny. — Jedna runda to długo. Zwłaszcza wtedy, gdy zostawia się najlepsze miejsce.
      W pokoju znów było słychać przeciągłe „uuu”, a ktoś zażartował sobie, że Liam totalnie nie umie w subtelny podryw. Mina przewróciła delikatnie oczami – nie była zainteresowana Liamem tak, żeby jego uwaga stała się jakimś punktem zapalnym do reakcji chemicznej w jej mózgu. Tak właściwie był jej całkowicie obojętny i pewnie gdyby zapytał ją wprost, czy da mu swój numer, powiedziałaby, że nie. Nie zdążył zresztą odejść zbyt daleko, kiedy rozdzwonił się jego telefon. Wyjął komórkę i westchnął.
      — Muszę odebrać. Zaraz wracam — rzucił do Miny, jakby właśnie jej należało złożyć oficjalne wyjaśnienie, po czym przecisnął się między ludźmi w stronę wyjścia.
      — Jak wrócisz, może już być po wszystkim! — zawołał za nim Jake, a kiedy drzwi wejściowe zamknęły się za Liamem, ten od razu wykorzystał chwilę zamieszania, żeby przejąć miskę. — Dobra, zmiana zasad! Teraz pary.
      — Jakie pary? — spytała Ivy.
      — Takie, które mają sobie nawzajem trochę uprzykrzyć życie. Każdy dobiera się z osobą siedzącą najbliżej. Bez negocjacji, bez zamiany i bez marudzenia. Przez trzy rundy losujecie zadania jako duet. Jeśli ktoś został bez pary, bierze osobę, której partner zniknął — wyjaśnił.
      — Wymyśliłeś to pięć sekund temu, co? — mruknął któryś ze znajomych.
      Wilhelmina rozejrzała się wokół. Po odejściu Liama miejsce obok niej pozostało puste, a większość pozostałych osób zdążyła już dobrać się zgodnie z nowymi zasadami. Vera, która poprzednią rundę spędziła przy Brancie, wróciła na swoją pufę, przez co Dawson również został bez partnera, dlatego Mina wzięła swój drink, podniosła się z siedziska i podeszła do Branta.
      — Wygląda na to, że zostałeś moim zastępstwem za Liama — stwierdziła, choć uśmiech czający się w kącikach jej ust zdradzał, że wcale nie uważała tego za szczególnie tragiczny obrót wydarzeń. — Zrób mi trochę miejsca.
      Pufa była duża, ale kiedy usiadła, powietrze wewnątrz przesunęło się pod ich ciężarem i Mina automatycznie osunęła się odrobinę w jego stronę. Jej nagie ramię zetknęło się z jego przedramieniem.

      Usuń
    2. Jake potrząsnął miską i uśmiechnął się szeroko.
      — No dobra, ludziska! Każda para losuje jedno zadanie. Robicie je razem albo oboje pijecie — powiedział, rozglądając się, a potem rzucił jeszcze: — I uprzedzam, że te kartki są gorsze niż poprzednie.
      Miska ruszyła po pokoju, a Wilhelmina obserwowała, jak kolejne pary wyciągają zadania, a z każdą następną kartką te robiły się coraz mniej niewinne. Kiedy przyszła ich kolej, Mina sięgnęła po złożony papierek.
      — „Jedna osoba z pary musi przesiedzieć następną rundę na kolanach drugiej. Wybór należy do was” — przeczytała, a po salonie od razu podniosło się kilka gwizdów i śmiechów. Zerknęła w stronę Branta, uśmiechając się pod nosem, a potem uniosła lekko brew. — Biorąc pod uwagę różnicę gabarytów, chyba oboje wiemy, jak to się skończy.
      Odłożyła szklankę i podniosła się z pufy, zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć. Poprawiła sukienkę przy biodrach, a potem bez większego ceremoniału zajęła jego kolana. Jedną dłonią oparła się o jego ramię, żeby złapać równowagę, drugą ulokowała przy swoim udzie. Pufa ugięła się pod ich wspólnym ciężarem, przez co Mina mimowolnie przesunęła się jeszcze odrobinę bliżej jego klatki piersiowej. Dopiero wtedy dotarło do niej, że z tej odległości wyraźnie czuła ciepło jego ciała i zapach perfum, a każdy najmniejszy ruch Branta, nawet ten, który robił, gdy brał oddech, był nagle zdecydowanie zbyt łatwy do zauważenia.

      Wilhelmina Sallow 🤭

      Usuń
  14. — Nawet zbyt sprawne — zgodził się z Brantem, a skoro zwolniło się miejsce, w którym blisko baru stał Jason, to Ian płynnie wsunął się w opustoszałą po znajomym przestrzeń, tym samym usuwając się z drogi tym z gości, którzy zechcieliby przejść dalej.
    Bar, za którym urzędowało dwóch barmanów, mieścił się mniej więcej pośrodku dostępnej przestrzeni. W przyzwoitej odległości od wejścia, tak, że w zimowe wieczory na pewno nie powiewało przy nim chłodem, kiedy drzwi otwierały się i zamykały nieustannie w miarę tego, jak napływali kolejni goście. Za centralną częścią, zajmowaną przez ładnie wyeksponowany, wspomniany bar, który można było obsiąść niemalże w koło, bo z trzech stron, znajdowała się dalsza część sali z okrągłymi stolikami i kilkoma wciśniętymi przy ścianie lożami. Podobno dalej, skryte za węższym przejściem, znajdowało się jeszcze jedno pomieszczenie z parkietem i stanowiskiem dla DJ’a, bo kiedy Barbara i Garett zapraszali na tę imprezę, mówili także, że będą tańce, co zapewne zaważyło o przyjściu co poniektórych gości, ale nie Iana. Nie był wielkim fanem pląsania po parkiecie, ale nie oznaczało to, że nie tańczył w ogóle. Po prostu rzadko kiedy miał ku temu okazję, bo kiedy jeszcze często odwiedzał kluby, to nie po to, żeby się pobawić, a po to, aby popracować.
    — Nie ma sprawy — wtrącił, kiedy Brant podziękował mu za pomoc Tate. Ian pomógłby każdej innej osobie, która znalazłaby się w tej samej sytuacji, co młoda kobieta, a to, że była to akurat siostra Dawsona, stanowiło przypadek. Może nie do końca, ponieważ gdyby Brant nie chodził na THE GYM, to Tate by na nią nie dotarła, za to podążyła za starszym bratem na inną siłownię, na którą ten by uczęszczał, a na którą nie uczęszczał Ian. Tymczasem padło na THE GYM.
    — Naprawdę? — Hunt zdziwił się na wieść o tym, że nadgarstek jednak okazał się zwichnięty. — Nie wyglądało to tak poważnie, chociaż… — Uśmiechnął się lekko do myśli, która pojawiła się w jego głowie, a którą postanowił podzielić się ze znajomym. — Jak zobaczyłem te jej szczupłe rączki, to przyszło mi na myśl, że to może źle się skończyć.
    Nie dało się nie zauważyć, że Tate miała świetną formę, a także, że była atrakcyjną kobietą. Gdyby nie to, że Jasonowi wcześniej wpadła w oko Karla, być może uganiałby się teraz za Tate, a nie za brunetką, na rzecz której porzucił męskie towarzystwo i cóż, nie można było mu się dziwić. Niemniej, widać było także, że forma Tate nie wzięła się z przerzucania ciężarów, a na pewno nie takich, na które porwała się, kiedy tamtego dnia pojawiła się na siłowni.
    — Wyobrażam sobie, że musi być poirytowana — zauważył, bo on by był, gdyby uszkodził się w tak głupi sposób. Nic nie bolało Iana Hunta tak, jak konsekwencje, które spadały na niego w wyniku jego własnej głupoty. Całe szczęście, że zaćmienia umysłu zdarzały mu się rzadko, przez co równie rzadko musiał mierzyć się z podobnym upokorzeniem. To, że Brant twierdził, że Ian miał głowę na karku, nie było tylko pustą obserwacją. Był stosunkowo bystry i inteligentny, a gdyby dane mu było zdobyć wykształcenie, mógłby być w czołówce tych lepszych studentów na roku, ale jego życie potoczyło się tak, a nie inaczej, czego zresztą Ian nie żałował. W tym konkretnym względzie żal był mu pojęciem obcym.
    Zagadnięty o to, czego się napije, omiótł wzrokiem wystawkę alkoholi, standardowo wyeksponowaną za plecami barmanów, choć wiedział, że robi to na próżno i że w takim miejscu jak to, miał do wyboru jedną słuszną opcję.
    — Może być piwo — powiedział i namierzył sobie najbliższy, barowy stołek. — Bezalkoholowe — dodał, usiadłszy. — Nie wiem, co konkretnie mają dostępne, więc nie podpowiem ci, jakie dokładnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Brak podpowiedzi ze strony Iana nie powinien stanowić problemu, bo przecież został tuż przy Brancie i miał być pod ręką, kiedy ten będzie składał zamówienie. To, że się rozsiadł, sugerowało, że z powodzeniem mogą zostać właśnie przy barze, zamiast szukać jakiegoś stolika. Nie mieli mieć wiele czasu na rozmowę, nie teraz, bo z tego, co zdążył się dowiedzieć, Garett planował jakąś przemowę. Chciał z tym poczekać, aż zbierze się więcej osób, co było zrozumiałe, ale na pewno nie miał czekać w nieskończoność na spóźnialskich.

      IAN HUNT 🍺

      Usuń
  15. Mieszkanie Lena potrafiło zagubić rzeczy w sposób całkiem niedorzeczny. Jakby było zbyt małe, by zdołać przechować je wszystkie w swojej pamięci. I gdy tylko odłożyło się coś na stół, stół od razu o tym zapominał – i coś zamieniało się w nic, wnikając w senną nicość.
    Czasem, szczególnie w niedzielne popołudnia, gdy słońce głaskało przeróżne zakamarki, przeszłość potrafiła się nagle pokazać. Człowiek sięgał za komodę, gdzie przed chwilą poturlał się ołówek, ale palce zamiast niego – chwytały pojedynczy złoty kolczyk z zielonym oczkiem. W głębi szuflady ze szpargałami kciuk przygryzały ząbki czarnej spinki, a gdy rozchyliły się okładki zdobionego albumu, spomiędzy stronnic wyleciał stary bilet do teatru, służący za zakładkę.
    Balaclava, którą Len odkrył w szafie, też należała do jego byłej dziewczyny. Przechodziła całą zeszłą zimę, tej sobie już jednak nie pochodzi – przynajmniej nie w tym konkretnym modelu. Miękka, bordowa, z wełny merino i z dwoma sznureczkami, by w razie potrzeby ją sobie zaciągnąć, a w razie innej potrzeby poluzować i modnie wędrować nowojorskimi ulicami.
    Okazało się, że balaclavie jego byłej dziewczyny było najbliżej do klasycznej kominiarki, której poszukiwał. Nie znalazł u siebie jednak żadnej, ale – nie założy przecież balaclavy. Nie może zorganizować napadu, wyglądając jak Czerwony Kapturek! Trudno. Trzeba będzie nasunąć na głowę prawdziwy kaptur, i tak skryć uszy, a usta ukryć pod jakimś szalikiem. We wrześniu. Bez sensu.
    Prawdziwie bez sensu było jednak zadanie, które przed Lenem stało.
    Rupert miał dwadzieścia parę lat i bardzo wąskie, chude nadgarstki, które nawet dzieciak zdołałby objąć między kciukiem a palcem wskazującym. Miał też ogromne serce, które żarliwie biło do jego koleżanki ze studiów o onieśmielającym spojrzeniu i śmiejących się ustach. Brakowało mu z kolei śmiałości, aby ją poderwać, więc ich znajomość ograniczała się tylko do zdawkowych zdań wymienianych między ćwiczeniami.
    – Nie jestem dostatecznie dla niej męski, rozumiesz – powiedział Lenowi.
    Len nie do końca rozumiał. Różne rozterki były akurat mu bliskie, nawet jeśli nie teraz, to przecież – kiedyś, więc łatwo do tego wrócić emocjami. Nie rozumiał tylko, czemu Rupert przyszedł z tym do niego. Ear Me Out było agencją aktorów niestandardowych, których można sobie wynająć na, dajmy na to, rodzinną uroczystość, pogrzeb nawet. Do gabinetów terapeutycznych jednak nie należało.
    – Muszę jej jakoś zaimponować – mówił Rupert. – Pokazać siłę. Ochronić przed światem.
    Pomysł był durny, tak durny, że uszy Lena od dawna nie słyszały niczego głupszego – a nasłuchały się niejednego już kretyństwa. Nie chciał brać w tym udziału. Kasa, którą jednak oferował Rupert, durna już nie była. Choć właściwie to nie – była bardzo durna, bo młody stanowczo przesadził, nie orientując się w stawkach.
    W ten sposób w niedzielne popołudnie Len wylądował w parkingu podziemnym Battery Parking Garage na dolnym Manhattanie, choć wcale nie zostawiał tam samochodu. W czarnym aucie czekał Rupert, gotowy w każdej chwili wyskoczyć. Z naprzeciwka maszerowała jego miłość, beztrosko poprawiająca jasne włosy.
    Len przyczaił się za słupem. Nasunął kaptur, zawiązał szalik – i ruszył.
    Trzy susy, może cztery, i już znalazł się u boku dziewczyny, która spojrzała na niego przelotnie za pierwszym razem, za drugim już z przerażeniem. Powiększyły się oczy, otworzyły usta i kiedy Len szarpnął za za skórzany pasek jej torby, a dziewczyna wydała z siebie wysoki krzyk, który rykoszetem odbił się od betonowych ścian. Zamiast walczyć, puściła torebkę i dopiero wtedy spróbowała go kopnąć, ale Len dał już nogę i uskoczył.
    Zgodnie ze scenariuszem, z czarnego sedana wyleciał Rupert.
    – Hej! – zawołał mężnie. – Stój!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jego bohaterska szarża skończyła się, zanim na dobre się zaczęła; chude nogi chłopaka haczyły jedna o drugą i Rupert się zachwiał. Gdy walczył z grawitacją, Len klął sobie w duchu. No, wstawaj, zjebie, pomyślał. Ale show must go on, więc zaczął biec dramatycznym, celowo trochę tylko zwolnionym truchtem, markując ucieczkę w stronę rampy wyjazdowej. Goń mnie, debilu.
      I wtedy wszystko potoczyło się zupełnie dziwacznie. Len poczuł nagłe szarpnięcie za kołnierz, a ułamek sekundy później jego ręka została wykręcona na plecy i ktoś docisnął jego twarz do zimnej, brudnej maski czyjegoś SUV-a. Tym kimś stanowczo nie był jednak Rupert, bo Len kątem oka widział, jak ten wciąż gramoli się jakieś trzydzieści stóp dalej.

      Len Weston

      Usuń
  16. Przestymulowana ostatnimi zdarzeniami Mattie, chciała się gdzieś zaszyć w nadziei, że nikogo nie spotka. Dlatego na wieczorny jogging wybrała park oddalony kilka kilometrów od jej mieszkania, w nadziei, że będzie mogła w zapomnieniu oddać się ciężkiemu treningowi. Chciała dzisiaj dobić do 10 kilometrów, żeby spocona i zdyszana po prostu wrócić do mieszkania i paść. O niczym nie myśleć, niczego nie analizować, zwyczajnie zasnąć i odciąć się od tego świata.
    Robiąc pierwsze okrążenie po parku mignął jej przed oczami wolnobiegajacy pies na trawniku, ale póki nie był blisko, nie interesowała się tym na tyle by wzbudziło to jej zainteresowanie. Była czujna, bo niestety większość właścicieli spuszczała psy, które następnie były zaaferowane jej gonieniem lub kąsaniem po kostkach, czego niestety miała przyjemność doświadczyć, a co skończyło się wielką awanturą i wydzwanianiem do Animal Service. Mathilde wolała mieć pewność, że nie skończy z wścieklizną, a poza tym miała nadzieję, że takim ludziom zabierają zwierzęta za ich brak opieki nad nimi i swoją bezmyślność.
    Ludzie potrafili być skrajnie nieodpowiedzialni pod tym względem.
    Przy kolejnym okrążeniu mignęła jej postać w sąsiedztwie wspomnianej psiny, co zwróciło jej uwagę na dłuższy moment.
    I wtedy go rozpoznała. Mężczyznę z którym ledwo co zdążyła się pożegnać na ER. Minęło wprawdzie kilkanaście godzin, ale dla niej to była chwila.
    Przyjaciel krzeseł.
    Gdyby nie pies, pewnie w ogóle by go nie zauważyła w półmroku.
    Zrobiła co prawda 8 z planowanych 10 kilometrów, a choć nie lubiła odpuszczać, uznała to za wciąż akceptowalny wynik, zwłaszcza że wypadało się odezwać w odpowiedzi na przywitanie.
    — Dziwny ten świat. — zgodziła się wyjmując słuchawki z uszu i próbując uspokoić oddech. Zastopowała trening na wielkim wyświetlaczu zegarka, wyraźnie odznaczającym się na jej chudym nadgarstku. Cała była zlana potem, który czuła w różnych mniej przyjemnych zakamarkach swojego ciała, rumieńce żywo rozpalały jej twarz, ale mimo to uśmiechała się serdecznie. To musiał być wystrzał endorfin przy wysiłku fizycznym. W innym wypadku mogłaby mieć zgoła odmienny grymas. Ostatnio narzekała przyjaciółce na tego typu spotkania, które zdarzały jej się ostatnio zdecydowanie zbyt często, czym zaczynała się niepokoić. Ceniła sobie swoją prywatność i nie lubiła, gdy pacjentów spotykała zbyt często na mieście i w cywilu. Była przekonana, że Dawson musi mieć podobnie. — Dzień, a i owszem doskonały na bieganie. Uwielbiam taką pogodę.
    Faktycznie, preferowała aktywność w okresie jesiennym, zwłaszcza jogging, kiedy powietrze było rześkie i nie istniała aż taka obawa, że człowiek za chwilę dostanie udaru albo zapaści z tytułu zbyt szybkiego odwodnienia.
    — A stosujesz się do zaleceń? — zapytała śmiertelnie poważnie lustrując szczegółowo całą jego osobę, od czubka głowy, aż po palce stóp. Sądząc po tym jak był ubrany mogła mieć w tym względzie dużo wątpliwości. Sportowe ubranie raczej nie świadczyło o tym, że tak ubierał się na co dzień lub dla wygody. Chociaż… na dobrą sprawę nic o nim nie wiedziała.
    — Zasadzałeś się na mnie? — zażartowała, obracając się dookoła jakoby w poszukiwaniu innych funkcjonariuszy i ich samochodów. Było jednak cicho, a przestrzeni nie rozpraszało żadne agresywne światło. W międzyczasie podwinęła swoją sportową, opinającą brzuch koszulkę, żeby zetrzeć pot z twarzy. Poprawiła też kucyk, który jeszcze przed chwilą dyndał na każdą możliwą stronę, gdy biegała.
    — Trenowałeś tylko z psem? — wolała się upewnić wskazując na zwierzę, a samej wciąż próbując odzyskać normalny rytm oddechowy. — Pamiętaj, że jak szwy puszczą, a tkanka ci się brzydko zrośnie, będziesz jak Quasimodo.— postraszyła go jeszcze, przymrużając w tej chwili oczy, próbując to sobie zwizualizować. — Będziesz lokalnym postrachem, jeśli na tym Ci zależy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Stanęła w zakroku, potrzebując rozciągnąć łydki.
      — Jakieś ciekawe pościgi albo akcje w których ostatnio brałeś udział? Wiesz, chcę wiedzieć czy będę miała co oglądać do kolacji w najbliższym czasie. — zagadnęła, zmieniając pozycję na inną, by równomiernie rozciągnąć obie kończyny.
      W sumie to nawet nie żartowała. Popularne seriale, filmy czy operacje nie były tak interesujące, co pościgi i nagrania z bodycamów, uświadamiające ją tym bardziej o ludzkiej ułomności i patologii. Niestety było w tym coś pociągającego.
      Korzystając z chwili, gdy pobierznie próbowała rozciągnąć przepracowane mięśnie, popatrzyła na Branta uważniej, na jego dobrze zbudowane ciało, wzrok zatrzymując trochę zbyt długo na udach, na jednym z których miała znajdować się sławetna rana. Oczywiście, że była jej ciekawa. Taka samo jak innych kwestii i być może utrzymywała wzrok w jeszcze innych rejonach jego ciała o ciut przyzwoitości za długo, w głowie analizując szybko zbyt wiele scenariuszy.
      — Dobrze wyglądasz. — wymamrotała bezwiednie, wciąż skupiona na jego ciele, dopiero po chwili reflektując się i z nieco zakłopotanym uśmiechem wracając ku jego twarzy.
      To na pewno było zmęczenie fizyczne.
      — Jak się wabi? — zmieniła szybko temat, spoglądając czule na psa. Nie była fanką zwierząt, co nie znaczy, że nie mogła wykazywać cienia sympatii czy zainteresowania ich względem. Ten, pomimo swoich rozmiarów wydawał się przyjazny.

      Mathilde Stevenson

      Usuń
  17. Mina prychnęła cicho, słysząc jego komentarz o byciu na górze, gotowa odpowiedzieć czymś równie zaczepnym, ale wtedy Brant wcisnął jej w dłoń złożoną karteczkę. Spojrzała w jego stronę podejrzliwie, a potem rozprostowała papier. Przeczytała zdanie: Wybierz osobę, z którą chciałbyś spróbować czegoś nowego. Jej brwi ściągnęły się lekko, bo przez krótką chwilę próbowała dopasować słowa do tego, co pamiętała z poprzedniej rundy. Nie pasowały. Ani trochę. A potem… och. Brant zwyczajnie wymyślił poprzednie zadanie. Przeczytał coś, czego nie było, wskazał Liama i z niewinną miną kazał mu się przesiąść, zapewne wiedząc, że chłopak wstanie, żeby pokazać swoje zainteresowanie Sallow.
    — Ty kłamco — powiedziała cicho. Nie brzmiało to jednak nawet odrobinę jak oskarżenie. Ponownie wbiła wzrok w karteczkę, przypominając sobie Liama podnoszącego się z pufy i Branta obserwującego to wszystko, który teraz przyznawał się do wszystkiego, jakby właśnie zdradzał jej szczegóły planu, z którego był całkiem zadowolony. I chyba miał powód. Mina poczuła, jak coś przyjemnie ścisnęło ją gdzieś w dole żołądka. Mogła oczywiście uznać, że zrobił to dla żartu. Że Liam był po prostu najłatwiejszym celem, a Brant skorzystał z okazji, żeby trochę namieszać, tylko że wtedy nie musiałby pokazywać jej prawdziwej treści zadania. Nie musiałby też patrzeć w jej stronę w ten sposób, czekając, aż sama połączy fakty. Wybierz osobę, z którą chciałbyś spróbować czegoś nowego. Przesunęła kciukiem po brzegu karteczki. To było niemal irytujące, jak szybko jej mózg porzucił wszelką naukową bezstronność. Jeszcze kilka minut wcześniej analizowała innych jak wygodny materiał badawczy, wychwytywała spojrzenia, dystans, przypadkowe dotknięcia i obserwowała całą tę społeczną grę, a teraz zajmowała kolana faceta, którego obecność od dawna wywoływała u niej reakcje zupełnie nieprzydatne do zachowania obiektywizmu.
    Dłoń Branta nadal spoczywała przy jej kolanie, a ramię obejmowało ją tak pewnie, że doskonale czuła ciepło jego ciała. Siedziała dostatecznie blisko, żeby wyłapywać każdy mikroruch z jego strony. Serce przyspieszyło jej odrobinę, jakby zapomniało, że nie powinno tego robić, i Mina od razu spróbowała obwinić za to alkohol, choć doskonale wiedziała, że nie wypiła zbyt wiele. Przesunęła się minimalnie, chcąc usiąść wygodniej, i od razu pożałowała tego ruchu, bo tylko bardziej zanurzyła się w Brancie; i nic dziwnego, był od niej większy i wyższy. Mina za każdym razem, gdy ją przytulał, mruczała, że to uścisk niedźwiedzia grizzly – nie dało się z niego wyrwać, ale też Sallow nigdy nie chciała tego zrobić. Poczuła delikatne ciepło przy policzkach i miała nieprzyjemne podejrzenie, że jej rumieniec był trochę bardziej widoczny. Jeszcze gorsza była gęsia skórka, która pojawiła się przy jej ramionach, choć w mieszkaniu wcale nie było chłodno. To było absurdalne. Znała Branta, rozmawiała z nim setki razy i widywała go w najbardziej zwyczajnych sytuacjach, był jej przyjacielem, rodziną, ale nie bratem. I właśnie w tym tkwił cały problem, bo chyba przez jakiś dłuższy czas próbowała wcisnąć tę relację w znacznie prostszą kategorię, niż dało się to ostatecznie sklasyfikować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Czyli... — zaczęła. — Nie dość, że wykorzystałeś urodzinową grę do pozbycia się faceta siedzącego obok mnie, to jeszcze sfałszowałeś materiał dowodowy? — Kącik jej ust uniósł się delikatnie. — I mam rozumieć, że mam sobie sama wyciągnąć z tego wniosek?
      Odwróciła do niego głowę, aby móc spojrzeć mu w oczy. Z tej odległości odcień jego hazel eyes był jeszcze wyraźniejszy, przełamany ciepłym brązem bliżej źrenic. Mina znała te oczy bardzo dobrze. Widziała je rozbawione, zmęczone, zirytowane, wkurwione, skupione i czułe. Teraz jednak było w nich coś innego. Pochyliła się lekko, aby jej usta znalazły się tuż przy jego uchu, i szepnęła:
      — Jesteś niemożliwy.
      Nie zdążyła powiedzieć nic więcej, bo Jake właśnie zarządził koniec rundy. Po salonie rozszedł się zbiorowy jęk, kilka osób natychmiast zaczęło się od siebie odsuwać, a Mina przez sekundę została dokładnie tam, gdzie była, zanim przypomniała sobie, że też powinna się ruszyć. Podniosła się więc z pewnym opóźnieniem, poprawiając sukienkę, i usiadła obok Branta.
      — No to co? Gramy dalej! — zawołał Jake.
      Tym razem zadania losowano już szybciej. Tate z Williamem musieli usiąść naprzeciwko siebie, zetknąć kolana i przez pełną minutę patrzeć sobie w oczy bez odwracania wzroku. Wytrzymali może dwanaście sekund, zanim Tate parsknęła śmiechem, William zaraz za nią, a po chwili śmiał się już cały salon. Ostatecznie miska znów wylądowała przy Minie i Brancie.
      — Tym razem ty losuj — odezwała się, zerkając w stronę Branta, i oparła się wygodnie o jego ramię. Ostatnią karteczkę wyjęła ona, więc uznała, że tak będzie sprawiedliwie.

      Wilhelmina Sallow 👀✨

      Usuń
  18. Nie była fanką niespodzianek, szczerze mówiąc, to nawet ich nie lubiła, ale życie zaskakiwało i czasami, należało tę okazję wykorzystywać. Tak było i w tym wypadku, bo jakkolwiek przystojny pan sierżant ze swoim uroczym psem by nie byli, w swoim pierwotnym planie Tilly nie zakładała spotkań, rozmów, w ogóle przerw w wytyczonym na dzisiaj treningu. Myślała i działa zadaniowo, gdy tymczasem los pokrzyżował jej plany. A mimo to, była pozytywnie oczarowana.
    — Przykro mi to mówić, ale się spóźniłeś, bo tabor cyganów gościliśmy w szpitalu w zeszłym tygodniu. Gdybym tylko wiedziała… — pokręciła głową, przypominając sobie jednocześnie całe zamieszanie związane z obecnością rodziny romskiej na szpitalnym korytarzu. Na szczęście to nie był ich pacjent, ale ilekroć zjeżdżała windą na dół, tyle razy widziała ten tabun kolorowych ludzi. Całe szczęście byli bez akordeonu i nikt nie zbierał pieniędzy.
    — Masz na myśli mnie? — parsknęła wręcz śmiechem, gdy się jej przyglądał i postanowił zaryzykować komplementem. Oczywiście, było to miłe i chciała nawet pociągnąć dalej zaczepnie ten temat, jednak wygrała podświadoma reakcja w postaci rozbawienia.
    Owszem, Tilly była genetycznie chuda, ale skutecznie pracowała nad tym, by posiadać dobrze rozwiniętą tkankę mięśniową. Raz w formie zdrowotnej profilaktyki, dwa by mieć siłę dźwigać ludzi w pracy. Poza tym lubiła dowodzić swego i podnosić ciężary na siłowni, przełamywać ograniczenia oraz nie dawać satysfakcji mądrzącym się za plecami mężczyznom.
    Kontynuując tą farsę Mathilde dumnie napięła przedramiona, chwaląc się swoim wcale nie byle jakim bicepsem, najpierw w rotacji zewnętrznej, a potem wewnętrznej, zupełnie jak kulturyści na swoich pokazach. Ustawiła się również bokiem, napinając dumnie udo do pokazu, a potem znów się zaśmiała, ścierając ponownie koszulką pot z czoła.
    — Okaz zdrowia jak się patrzy. — skomentowała swoje wyczyny wesoło, na koniec klepiąc się jeszcze po jednym z bicepsów.
    Na dobrą sprawę nie kłamała. Nie chorowała na nic przewlekle, regularnie się ruszała, dbała o to co je, stroniła od papierosów, a po alkohol sięgała naprawdę okazjonalnie, głównie w przypadkach towarzyskich spotkań. Skutecznie jednak unikała ilości, które nie dałyby jej funkcjonować na kolejny dzień. Wolała rzeczywistość filtrowaną przez wyostrzone zmysły.
    — Cześć Koda, jesteś takim grzecznym psem. — Mattie przykucnęła, mimowolnie podnosząc ton głosu, nadając mu zupełnie słodsze i delikatniejsze zabarwienie. Zaczęła głaskać podekscytowane zwierzę, podrapała je z uszami, pod brodą, by ostatecznie przeczesać sierść palcami, z ożywieniem patrząc na Kodę i szczerze się do niego uśmiechając. — Nie mam niestety dla Ciebie żadnych smaczków kolego.
    Po dłuższej chwili pieszczot z czworonogiem podniosła się do pionu i zaczerpnęła głębszy haust powietrza. Rozejrzała się jeszcze dookoła, po czym skupiła spojrzenie na Brancie.
    — Przepraszam Was bardzo, ale skoczyłabym tylko po wodę. Oba flaski z izotonikiem poszły mi w trakcie biegania, a dłużej już nie wytrzymam. — wskazała na swoją nerkę do biegania, która płasko przylegała do brzucha. Szybko wyciągnęła z niej telefon żeby mieć jak zapłacić za planowany zakup.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Sklep widziałam na rogu, potowarzyszycie mi? — zaproponowała. Mógł jej oczywiście odmówić lub zasugerować, że poczeka tu na nią, ale zdaniem dziewczyny była to niegroźna i mało angażująca Dawsona propozycja. Co prawda nie czuła się najlepiej, będąc prosto po treningu, ze świadomością tego jak bardzo jest spocona i pewnie nie pachnie wiosną, ale nie chciała przerywać jeszcze rozmowy, skoro już zdarzyło się, że na siebie wpadli. Wieczór był przyjemny, nic nie stało więc na przeszkodzie żeby pociągnąć rozmowę jeszcze trochę, choć Mattie łapała się na tym, że ciężko było jej utrzymać zainteresowanie Dawsonem, gdy obok był jego pies, który w całym swoim przyjacielskim obyciu, bardzo łatwo skradał atencję i sympatię. Być może serce Tilly, niechętnej do posiadania zwierząt, powolutku również.
      — Nic dla Ciebie nie było Koda, bardzo Cię przepraszam. Nie wiem nawet czy twój pan by mi pozwolił Cię dokarmiać. — wytłumaczyła się w pierwszej kolejności psinie, gdy tylko wyszła ze sklepu, dopiero po chwili zerkając na jego właściciela. — Wspaniały pies, ale ja bym go rozpuściła jak dziadowski bicz.
      Nie kłamała. Koda był lepem na płeć piękną i Mathilde z przyjemnością by tej psinie nieba przychyliła. Wyprostowała się żeby popić kilka porządnych łyków wody z litrowej butelki, z racji szalonego pragnienia, gdy nagle usłyszała w oddali dwa strzały, przez które prawie się nie zakrztusiła. Spojrzała z niepokojem na Branta, zauważając jak Koda nastroszył uszy.
      — Myślisz, że powinniśmy dzwonić na policję?
      Nie wiedziała jaki jest protokół postępowania, zwłaszcza gdy obok stał policjant, co prawda po służbie. Ona jako pielęgniarka, umiała pomóc komuś w ratowaniu życia, ale nie wiedziała co robić w takich chwilach. Przede wszystkim nie miała pojęcia czy powinni się niepokoić?

      Mathilde Stevenson

      Usuń
  19. Bawił się jej włosami, co było przyjemne, i Mina chętnie posiedziałaby w ten sposób jeszcze chwilę, ale zadania się nie skończyły, więc musiała pozwolić Brantowi sięgnąć po karteczkę. Gdy usłyszała treść wyzwania, zacisnęła usta w wąską kreskę, ukrywając rozbawienie. Mina wątpiła, aby zadanie było trudne do wykonania – zapewne udałoby im się przejść ten kawałek, trzymając między sobą piłeczkę pingpongową, ale Brant odmówił, kiedy Jake przedstawił karę za odrzucenie wyzwania. Pięć minut w ciasnym, ciemnym składziku tylko z Brantem i dwusetką tequili. To miała być gorsza opcja? Zerknęła w stronę Dawsona i uśmiechnęła się lekko, a potem odwróciła głowę do Jake’a i reszty.
    — W takim razie ja też odmawiam — oznajmiła, wzruszając niewinne ramieniem.
    Jake zmrużył oczy, jakby właśnie odkrył poważną lukę we własnym systemie kar, podczas gdy Tate zaczęła śmiać się jeszcze głośniej.
    — Serio? Oboje? — jęknął i potrząsnął głową.
    — Kara to kara! — rzucił ktoś.
    — Dokładnie! — podchwycił Jake, odzyskując nagle dobry humor. — Skoro sami się zgłosiliście, to nie ma już odwrotu.
    Tate poderwała się z kanapy z małą butelką tequili i wskazała korytarz z miną kogoś, kto zdecydowanie zbyt dobrze bawił się cudzym kosztem.
    — No to co? Chodźcie! — zawołała ze śmiechem Palmer.
    Mina przewróciła z rozbawieniem oczami i podniosła się z pufy, poprawiając sukienkę. Zerknęła też w stronę Branta, który również wstał. Kilka osób ruszyło za nimi, najwyraźniej uznając doprowadzenie skazańców do składziku za integralną część zabawy. Jake otworzył jasne drzwi przy końcu korytarza. W środku było dokładnie tak, jak zapowiadał: ciasno i ciemno, i zdecydowanie przestrzeń ta nie była przystosowana do przebywania tam dwóch dorosłych osób jednocześnie. Na półkach stały środki czystości, jakieś pudełka i zapas papierowych ręczników.
    — Pięć minut. Dwusetka do podziału. Bez oszukiwania — przypomniał Jake, wręczając Brantowi butelkę z alkoholem.
    Mina weszła pierwsza i już po przekroczeniu progu zorientowała się, że określenie ciasny składzik było wyjątkowo trafne. Gdy Jake zamknął za nimi drzwi, ostatnia smuga światła z korytarza zniknęła i przez moment zapadła prawie całkowita ciemność.
    — Pięć minut! — krzyknął jeszcze Jake. Potem rozległ się charakterystyczny szczęk zamka, a kroki i śmiechy zaczęły oddalać się w stronę salonu.
    Mina stała nieruchomo przez sekundę, aż jej oczy zaczęły przyzwyczajać się do mroku. Nie widziała wiele, zaledwie zarys półek, jasną linię pod drzwiami i sylwetkę Branta stojącego zdecydowanie bliżej niż zwykle. Chciała cofnąć się o pół kroku, ale niemal od razu poczuła za plecami półkę, uświadamiając sobie, że właściwie nie miała dokąd się odsunąć.
    W składziku było duszno. Powietrze stało nieruchomo, przesycone zapachem kartonów, detergentów i czymś lekko cytrusowym, ale Mina i tak znacznie wyraźniej czuła Branta. Jego perfumy i ciepło skóry – wzięła głębszy oddech, a potem, dla własnej wygody, oparła jedną z rąk o jego ramię. Przez chwilę próbowała sobie wmówić, że chodziło wyłącznie o brak miejsca i równowagę, ale prawda była taka, że chciała to zrobić. Pod palcami czuła jego ubranie i twarde mięśnie, które poruszyły się lekko, kiedy Brant zmienił pozycję. Uniosła wzrok do jego twarzy – jej rysy były mniej wyraźne, ale dzięki temu każdy detal, który potrafiła wychwycić, wydawał się jeszcze bardziej przyciągać uwagę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — No dobrze, Brant — odezwała się cicho. — To był twój pomysł. Masz pięć minut, żeby udowodnić, że warto było odmawiać.
      Przesunęła palcami odrobinę wyżej po jego ramieniu i poczuła, jak jej serce przyspiesza. Oddech również zrobił się odrobinę płytszy, a wzdłuż kręgosłupa przebiegło przyjemne mrowienie – i nie mogła za to winić alkoholu ani dusznego powietrza w składziku.
      — I uprzedzam — dodała z ledwie widocznym uśmiechem, pochylając się nieco. — Sama tequila raczej mnie nie przekona.
      Kciukiem musnęła kołnierzyk jego ubrania. Cóż, doskonale wiedziała, że go prowokowała. I to całkiem świadomie, niemal bezczelnie. Ale podobało jej się to wszystko, to napięcie i to, że Brant stał tak blisko, że wystarczyło lekko unieść głowę, aby niemal znaleźć się przy jego twarzy. Poza tym Mina bardzo chciała zobaczyć, jak wykorzysta te pięć minut w ciemnym, ciasnym składziku, skoro odmówił wykonania zadania jako pierwszy.

      Wilhelmina Sallow 🔥

      Usuń
  20. [Po imiona byłych też przychodzą niestety, ale Philip ma taki kink, że jak ktoś przyjdzie z projektem napisu "your my sunshine" albo innego fajnego błędu to nie poprawia tylko tatuuje, co dostał. Trzeba skądś czerpać radość! Dziękuję za powitanie Philipa! Jeśli byłaby chęć na wątek to zapraszam - myślę, że oni akurat mogli mieć ze sobą styczność, bo o ile Philip żadnej kartoteki nie ma to z pewnością kilka razy podpadł i mógł skończyć z pouczeniem albo ktoś miał soft spot dla typa. Ale to tylko w razie chęci!]

    Philip/Magnus

    OdpowiedzUsuń
  21. Owszem, prowokowała go, choć on ją też, i w jakiś sposób żadne z nich jeszcze nie uznało, że to za dużo. Nigdy jednak nie doszło do tego, żeby owe granice zostały przekroczone – czasem jedynie jej ręce były za blisko jego ciała, niekiedy jego ramię obejmowało ją za długo, a te rozmowy i przekomarzanie się bywały tak samo podniecające, jak komiczne i po prostu urocze. Mina nigdy nie próbowała udawać idealnej. Tak naprawdę Brant znał ją już tak dobrze, że wiedział, kiedy była zła, zirytowana albo głodna, a jeśli była głodna, podsuwał jej jedzenie. Doceniała to, że miał świadomość tego, jaką osobą była, a mimo to wciąż brał jej stronę. Mogłaby to oczywiście tłumaczyć tym, że są rodziną, ale nawet w rodzinie czasem miało się kogoś dość.
    Lubiła jednak droczyć się z nim tak samo, jak uwielbiała po prostu spędzać z Brantem czas. Niekiedy było to siedzenie w domu i oglądanie horrorów przy misce popcornu, a potem kłócenie się o to, kto powinien przeżyć masakrę, a innym razem Mina dawała się przekonać, żeby wyjść wspólnie poćwiczyć, choć tego nienawidziła – odwiedzała jednak siłownię raz w tygodniu, żeby móc jeść to, co lubiła, i wciąż wyglądać dobrze. Z Brantem nawet to było odrobinę mniej irytujące. Głównie dlatego, że potrafił ją rozśmieszyć dokładnie wtedy, kiedy była już gotowa porzucić ćwiczenie w połowie, chociaż równie często działał jej na nerwy, dokładając jej jeszcze jedno powtórzenie tylko po to, żeby usłyszeć kolejną groźbę z jej ust. Bywały też znacznie prostsze rzeczy. Wspólna kawa złapana po drodze czy późna kolacja po pracy. Mina nie musiała przy nim niczego szczególnie planować. Po prostu dobrze jej było z tym, jak wyglądała ta relacja. I może właśnie dlatego to, co działo się teraz, wcale nie wydawało się tak nagłe, jak powinno. Nie pojawiło się przecież znikąd, a rosło już od paru ładnych lat.
    Słowo dziewczynka powinno ją zirytować i normalnie pewnie by zirytowało. Teraz jednak, wypowiedziane niższym tonem i z jego dłonią obejmującą jej żuchwę, sprawiło, że Mina niemal zamruczała.
    — Uważaj, Dawson — szepnęła, ale ostrzeżenie straciło swoją moc, kiedy jego kciuk przesunął się po jej szczęce. Pozwoliła mu skierować swoją twarz w bok, a potem poczuła jego usta przy szyi. Wciągnęła powietrze odrobinę gwałtowniej, niż zamierzała. Jej palce mocniej złapały jego ramię, zanim zdążyła nad tym zapanować, a gęsia skórka natychmiast objęła jej skórę. Ten kontakt był ledwie muśnięciem, prawie niczym, a mimo to jej ciało zareagowało tak, jakby Brant odkrył jej najczulszy punkt. Przez moment Mina bardzo brzydko pomyślała o tym, że chciałaby poczuć jego usta gdzieś indziej – była pewna, że wtedy straciłaby oddech.
    Najbardziej jednak podobało jej się to, że robił to wszystko, nie spiesząc się. Dawał jej wystarczająco dużo czasu, żeby mogła się odsunąć, odwrócić głowę albo powiedzieć mu, żeby przestał. Nie zrobiła żadnej z tych rzeczy. Po prostu przechyliła głowę jeszcze odrobinę, odsłaniając mu więcej szyi, zanim zdążyła zastanowić się nad tym gestem. Przymknęła nieco oczy, słysząc jego ciche mruknięcie. Ten dźwięk z jego ust był absurdalnie skuteczny; przeszedł przez nią przyjemnym dreszczem i sprawił, że jej dłoń przesunęła się z jego ramienia bliżej karku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Coraz odważniejsza? — powtórzyła ciszej. Otworzyła oczy i spojrzała w jego stronę spod lekko opuszczonych powiek, a przy jej ustach pojawił się zaczepny uśmiech. — Jestem pewna, że nie masz z tym problemu.
      Była pewna, że mu to nie przeszkadzało, bo jej ani trochę. Znała Branta wystarczająco długo, żeby wiedzieć, jak wyglądał, kiedy żartował, kiedy tylko się z nią droczył i kiedy próbował sprowokować ją dla samej reakcji. Teraz jednak rozmawiał z nią tak, jak być może tego chciał, tylko że od początku imprezy raczej było mało okazji, aby złapać się gdzieś, gdzie nie było świadków. Przesunęła palcami po jego karku, już bez udawania, że potrzebowała tego kontaktu wyłącznie po to, żeby zachować równowagę. Gdy powiedział, że chętnie dowie się, z kim najchętniej obudziłaby się jutro rano w jednym łóżku, poczuła, jak coś przyjemnie ścisnęło ją pod żebrami. Ze wszystkich pytań, które mogły paść podczas tamtej gry, musiał wrócić właśnie do tego jednego, przed którym uciekła w dwa szoty. Teraz jednak nie mogła wybrać kary za milczenie, zresztą tym razem nie potrzebowała koła ratunkowego. W tym momencie Brant stał tak blisko niej, że przy każdym oddechu prawie czuła ruch jego ust przy swoich, a po krótkim otarciu nosów jej serce zdecydowanie biło zbyt głośno, więc nie było sensu próbować się wywinąć, choć to nie oznaczało, że nie będzie próbować.
      — Wiesz, że te wcześniejsze dwa szoty miały sprawić, żebym nie musiała odpowiadać? — wymruczała, przechylając lekko głowę. — To trochę nieuczciwe wracać do pytania, o którym większość już by zapomniała.
      Tak, nieco bezczelnie wytykała mu tę dobrą pamięć. Zaraz potem odkręcona tequila znalazła się przy jej ustach, a Mina wzięła pierwszego łyka. Alkohol był ostry, cytrusowy i natychmiast rozgrzał jej język oraz gardło. Przełknęła powoli, nie odrywając od Branta swojego spojrzenia. W półmroku wszystko wydawało się bardziej intensywne. Jego twarz znajdowała się zdecydowanie za blisko, zapach perfum mieszał się z ostrą wonią alkoholu, a Mina miała wrażenie, że nawet cisza pomiędzy zrobiła się cięższa. Obróciła buteleczkę lekko w palcach. Doskonale wiedziała, z kim chciałaby obudzić się jutro rano w jednym łóżku, ale zdecydowanie nie mogła powiedzieć tego głośno przy wszystkich. Teraz jednak był tylko Brant. Przesunęła spojrzeniem po jego twarzy, pozwalając sobie zatrzymać je przy jego ustach odrobinę dłużej.
      — Może wolę zostawić ci trochę pracy z wyciąganiem wniosków? — spytała szeptem, mówiąc to tak, żeby z każdym słowem jej usta otarły się bardzo delikatnie i niewinnie o jego dolną wargę.

      Wilhelmina Sallow 🔥💋

      Usuń
  22. Miał rację, była ostrożna, może trochę niepewna i z całą pewnością podchodziła do tej relacji dość zachowawczo, nie wiedząc, jak właściwie się zachować, bo tak naprawdę był przede wszystkim bratem Tate. Chciała, że to wszystko było poprawne właśnie dla niej – nie dało się wyciąć z życia Palmer Branta czy Miny, więc ostatecznie to musiało po prostu kliknąć, a jeśli tak by się nie stało, zapewne każde starałoby się nie wchodzić sobie w drogę i być tak neutralnym, żeby nie pokazywać negatywnego nastawienia. To jednak nie było konieczne, bo z każdym kolejnym spotkaniem dynamika tej relacji nieco się zmieniała. Brant poznał ją, gdy miała dwadzieścia jeden lat, ogarniała studia, pracowała i próbowała zdobyć stypendium – była wtedy w swojej erze studenckiej, trochę randkowała, trochę pragnęła ułożyć sobie życie, jakoś to wszystko ogarnąć, ale ostatecznie wybrała karierę i nie żałowała, że w wieku prawie dwudziestu ośmiu lat, bo te kończyć będzie w październiku, nie miała swojej własnej rodziny. W końcu jej nazwisko było znane w wąskim gronie najlepszych antropologów, a o tym marzyła; chciała być ceniona, prowadzić badania i mieć swój zespół. Nie przeszkadzało jej więc to, że grała z Brantem w tę grę, choć nie do końca wiedziała, kto zaczął ją pierwszy – może przegapiła ten moment? Pewne było jednak jedno: nie chciała tego kończyć, choć gdyby podczas jednego z rodzinnych obiadów, przedstawił wszystkim swoją dziewczynę, raczej nie miałaby zbyt wielkiego pola do popisu. Mina bywała zazdrosna; kiedyś, niby przypadkiem, potknęła się i wylała piwo, mocząc jakąś blondynkę, która od pół godziny uwieszała się ramienia Branta – nie wiedziała wtedy, czy Dawson był równie zainteresowany co ta dziewczyna, ale blondynka bardzo się oburzyła, zaczęła krzyczeć, a koniec końców, przeklinając, poszła w swoją stronę. Czy więc zniosłaby to, że ktoś zajął jej miejsce? I tak, i nie. Jeśli Brant miałby być szczęśliwy, to zapewne by się wycofała, zacisnęła zęby i pogodziła z tym najlepiej, jak umiała. Tylko że sama myśl o tym była paskudna. Nie dlatego, że uważała go za swoją własność, nie był nią, miał prawo chcieć kogokolwiek, spotykać się z kimkolwiek i układać sobie życie według własnych zasad. Najgorsze było jednak to, że w jej głowie miejsce obok Branta od dawna zaczęło wydawać się podejrzanie jej i gdyby ktoś nagle wszedł w tę przestrzeń, może i potrafiłaby się cofnąć, ale nie oznaczało to, że zrobiłaby to ot tak. W końcu każdy, kto znał Wilhelminę Sallow, wiedział, że jest ona uparta i raczej rzadko przyznawała się do porażek, bo takowe nie wchodziły w grę.
    Przez sekundę tylko patrzyła w jego stronę. To było zdecydowanie bardziej bezczelne, niż się spodziewała, choć nie takie bardzo zaskakujące. Z całą pewnością jednak, gdyby powiedział to ktoś inny, nie skończyłoby się to zbyt przyjemnie, ale problem tkwił w tym, że naprzeciwko niej stał Brant Dawson, a jego słowa najpierw odbiły się w jej głowie dokładnie takim znaczeniem, jakie najwyraźniej zamierzał im nadać, a dopiero chwilę później palące ciepło rozlało się po jej karku, policzkach i niżej, tuż pod podbrzuszem. Przez moment nie wiedziała, co powiedzieć, bo wszystko wydawało się miałkie, i chyba właśnie to zirytowało ją najbardziej. Brant odsunął się, jakby przed chwilą nie powiedział niczego szczególnego, zabrał butelkę i napił się tequili z miną człowieka absolutnie zadowolonego z tego, co zrobił. Mina zmrużyła oczy. No dobrze, Dawson. Tak chciał grać? Obserwowała, jak przełyka alkohol, a kiedy oblizał dolną wargę, jej spojrzenie zatrzymało się tam odrobinę zbyt długo. Natychmiast przypomniała sobie wcześniejsze muśnięcia własnych ust o tę samą wargę i przeklęła w myślach fakt, że jej pamięć sensoryczna potrafiła być aż tak skuteczna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Mhm — mruknęła cicho, odbierając od niego buteleczkę. — Bardzo odważne słowa, szczególnie po tym, jak po ich wypowiedzeniu uciekłeś aż pod same drzwi.
      Uniósłszy szkło do ust, wzięła swój łyk. Tym razem alkohol zapiekł mocniej, a ona przełknęła wolno, krzywiąc się nieznacznie. Kiedy ostatnio tyle wypiła? Nie pamiętała, ale nie czuła się z tym źle. Była w towarzystwie, w którym wiedziała, że nic złego się nie wydarzy i że prędzej ktoś skończy z obitą mordą niż spadnie jej włos z głowy. Odstawiła pustą już buteleczkę i zrobiła krok w jego stronę, który wystarczył, żeby w ciasnym składziku znacząco zmniejszyć dystans, który przed chwilą tak demonstracyjnie stworzył.
      — Myślałam, że oboje bardzo lubimy dochodzić do pewnych rzeczy samodzielnie — szepnęła, uśmiechając się niemal słodko. Uniosła dłoń i oparła palce o jego klatkę piersiową. Przez chwilę po prostu trzymała je nieruchomo, patrząc mu w oczy, jakby nie było w tym nic szczególnego. Poruszyła jednak nadgarstkiem, a palce przecięły mostek w stronę rozpiętego kołnierzyka – musnęła odsłoniętą skórę tuż pod szyją, kciukiem zataczając leniwy łuk. Chwilę później przesunęła dłoń odrobinę wyżej, aż odnalazła jego puls. Szybszy, niż powinien. To było wyjątkowo satysfakcjonujące odkrycie. Wygięła się nieco w jego stronę, jakby chcąc docisnąć usta do jego ust, ale nie zrobiła tego – pozwoliła tylko, aby Brant poczuł jej oddech przy swoich wargach, a potem złożyła pocałunek tuż przy jego brodzie, nosem szturchając jego żuchwę, aby móc zjechać niżej, wzdłuż jej linii, aż do szyi.
      — Dwie minuty! — zawołał Jake, który uderzył pięścią w drzwi, aż zagrzmiało w całym składziku.
      Dwie minuty. Mina uśmiechnęła się pod nosem, a jej usta zjechały jeszcze niżej – skoro miała jeszcze dwie minuty, chciała wykorzystać je jak najlepiej. Odnalazła przy jego obojczyku takie miejsce, które po tym, jak się odsunie, będzie zasłonięte przez koszulę i nikt się nie dowie, co tam po sobie zostawiła. Zbrodnia doskonała. Przycisnęła usta mocniej do jego skóry i zassała tak, aby po chwili pojawiło się wyraźne zaczerwienienie. Nie spieszyła się. Przez kilka sekund trzymała usta dokładnie w tym samym miejscu, czując ciepło jego skóry i napięcie w mięśniach. Dopiero kiedy uznała, że efekt powinien być wystarczająco widoczny, odsunęła się odrobinę i obejrzała swoje dzieło. Teraz, nawet jeśli wyszedłby z imprezy z kimś innym, ten ktoś z pewnością zauważyłby ślad i przynajmniej przez chwilę zastanowił się, skąd się tam wziął. Sama ta myśl wywołała u Miny bardzo satysfakcjonujący uśmieszek. Było w tym coś odrobinę zaborczego, czego normalnie pewnie nie chciałaby przed sobą przyznać. Nie oznaczało to jednak, że Brant należał do niej, wiedziała o tym doskonale, ale podobała jej się świadomość, że zostawiła na nim coś swojego. Mały, prawie niewidoczny dowód tego, co wydarzyło się w składziku.

      Wilhelmina Sallow 🫦😈

      Usuń
  23. Ian i jego starszy bart, Louis nie mieli zasad, których musieliby przestrzegać, choć Ian byłby więcej niż zadowolony, gdyby Louis zaczął przestrzegać tylko jednej, którą starał mu się wpoić od lat – nie wpierdalać się do jego życia. W zasadzie, Lou stosował się do tej zasady całkiem nieźle, ponieważ jedynym, co robił, było dawanie Ianowi cynku, kiedy ten powinien bardziej na siebie uważać. Pojawiał się wtedy pod drzwiami jego mieszkania, jedynie w ostateczności pisząc lub dzwonią, jakby nie chciał zostawiać śladów po tym, jak pomagał dilerowi.
    Ich relacja w żaden sposób nie przypominała tej, którą musieli mieć Brant i Tate. Relacja Iana i Louisa była w strzępach, choć starszy Hunt jeszcze starał się związać ze sobą poszarpane końce. To Ian pozostawał tym, który biernie się temu przyglądał i nie wydawało mu się, aby to miało kiedykolwiek się zmienić, ale to nie tak, że Ian nienawidził swojego starszego brata. Można nawet było pokusić się o stwierdzenie, że go kochał – na swój pokręcony sposób, nie tym szczególnym rodzajem braterskiej miłości, a tym, który sam wymyślił i którego sam się nauczył, bo w ich rodzinie nie było miejsca na zwyczajną miłość. Nigdy jednak nie mieli być typowymi braćmi. Rodzeństwem, które w dzieciństwie tłukło się nieustannie, by w dorosłym życiu mieć ze sobą wyśmienity lub chociaż przyzwoity kontakt. Nie po tym, jak w ich konkretnym przypadku to dzieciństwo wyglądało. Nie po tym, jak walczyli o to, by przetrwać każdy kolejny dzień. Nie po tym, jak trafili do dwóch różnych domów dziecka, na długo tracąc ze sobą kontakt.
    O to, że ich rozdzielono, Ian obwiniał Louisa. Choć dziś doskonale wiedział, że w niczym z tego, co się wydarzyło, nie było jego winy, ten tkwiący w nim sześciolatek, który nigdy nie miał zapomnieć, nadal chował urazę. Ponieważ w domu dziecka Ianowi wcale nie było lepiej. Ponieważ wolał znaną beznadzieję z Louisem, niż nieznaną bez niego. Ponieważ Louis obiecał mu, że zawsze będą razem i tej obietnicy nie dotrzymał, nawet jeśli mieli wtedy po dziesięć i sześć lat, i na dobrą sprawę nie mogli obiecać sobie niczego.
    Dlatego Ian może odrobinę zazdrościł Brantowi i Tate tego, że mieli siebie. Że nie było pomiędzy nimi tego wszystkiego, co było pomiędzy nim, a Louisem, a nawet jeśli było, to potrafili to przeskoczyć. Jednak, nawet jeśli im tego zazdrościł, była to zazdrość nieuświadomiona. Taka, z której istnienia Ian nie zdawał sobie sprawy, bo wiele emocji i wiele rzeczy, które czuł, pozostawało dla niego zagadką, której nie, że nie chciał, a nie potrafił rozwiązać. Nie wyposażono go we właściwe do tego narzędzia. Przecież z tego samego powodu nadal tkwił w nim ten dawny żal, przez który Louis był dla niego jak rana w boku.
    Kiedy barman zapytał, czy przelać im piwo do kufli, Ian przecząco pokręcił głową. Skinieniem podziękował za podsunięcie mu otwartej butelki, którą ustawił na uprzednio podsuniętej mu podkładce. Ta praktyka nie uchroniła lakierowanego blatu od księżycowatych odbarwień.
    — Nie, nie przyjechałem samochodem — zaprzeczył z lekkim uśmiechem, bo wydawało się, że Ian nigdzie nie rusza się bez swojego Cadillaca i jakkolwiek często można było go w nim zobaczyć, było to wrażenie mylne. Ian bowiem nie pojawiał się samochodem w miejscach, z którymi nie chciał, by jego Cadillac – dość rozpoznawalny dla fanów motoryzacji, bo tego konkretnego modelu wyprodukowano mocno ograniczoną liczbę sztuk – był kojarzony. Jeśli tylko ktoś chciał, łatwo mógł dodać dwa do dwóch i uzyskać poprawny wynik. Kierowcy Ubera nie powinno być stać na taki samochód, nie tylko po pięciu czy dziesięciu latach pracy. Nigdy.
    Z tym że dobre samochody były jedyną słabością Iana. W związku z tym Cadillac CT5V Blackwing stał się jedyną przyjemnością, której z pełną premedytacją sobie nie odmówił. Wystawiał się przez to jak na świeczniku, ale nikt nie był idealny, prawda?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno nie Ian, dlatego wspomnianej zasady nie przestrzegał w stu procentach. Bywał swoim samochodem tam, gdzie nie powinien. Woził nim klientów, jednych i drugich. Zajeżdżał nim pod komisariat, na którym pracowali Debbie i Louis. Odwoził nim Debbie pod samą klatkę.
      Ale akurat dziś wybrał metro.
      — W ogóle nie piję — wyjaśnił więc i upił łyk bezalkoholowego piwa. — Jak już zacznę, to miewam problem z tym, żeby przestać — dodał, choć nie musiał tego robić. Z powodzeniem mógł poprzestać na tym oszczędnym stwierdzeniu, ale coś podkusiło go, aby powiedzieć więcej. Prawdopodobnie nie miałoby to miejsca, gdyby siedział przy nim ktoś inny, niż Brant. Ian lubił Branta. W znajomości z nim cenił to, że nie padał na nią cień rzucany przez to, że Ian był dilerem. Tylko dlatego, że Brant nie wiedział i miał się nie dowiedzieć. Pozostał jedną z nielicznych osób, które nie patrzyły na Hunta przez pryzmat tego, jakim nielegalnym zajęciem ten się pałał i było w tym coś tak lekkiego, tak odświeżającego, że aż miłego. W końcu dla większości pozostawał dilerem. Nawet dla Debbie nim był, a to rzucało na ich relację cień tak głęboki, że często błądzili w otaczającym ich mroku.

      IAN HUNT

      Usuń
  24. Ulewa nie powinna mieć wstępu do parkingu podziemnego, a jednak wślizgnęła się pod zadaszenie. Wjechała na dachach samochodów, na ich bocznych lusterkach i nawet – a może przede wszystkim – wciśnięta w rowki bieżników opon. Zatrzęsła się pojedyncza kropla, gdy głowa Lena uderzyła w maskę auta. Deszczowa łezka przycupnęła przed jego okiem i pokazała mu kawałek parkingu do góry nogami – szary sufit, białe jarzeniówki, fragmenty jakichś tablic.
    Rozpłaszczyła się i wniknęła w lakier dopiero wtedy, gdy sprzątnął ją – jak się okazało – sierżant Dawson, podstawiając policyjną odznakę. Len odrobinę przesunął głowę, żeby orzeł z herbu nie wydziobał mu oczu albo nie połaskotał piórami w nos.
    Może nie ptasi pierz, ale za to włókna szalika wchodziły mu w usta – kaszmirowe, więc niby miłe, ale tylko dla szyi; gdy się lepiły do języka, nie były już tak przyjemne. Kiedy kilkanaście minut wcześniej się nim owijał, nie przypuszczał, że sam siebie tak głupio zaknebluje.
    Wypuścił z wolnej ręki torebkę i spróbował poluzować węzeł – chociaż na tyle, by móc coś powiedzieć. W rozkroku, pochyleniu i głową na masce przynajmniej środek ciężkości miał nieźle ustawiony, więc zachowywał równowagę; gorzej, że nijak nie mógł nawet bioder skręcić i się obrócił. Lubił motoryzację. Ale nie w tak bliskim kontakcie.
    – Moje uszanowanie – mruknął do sierżanta Dawsona.
    Kurwa mać, że też ze wszystkich dzielnic miłość Ruperta musiała akurat przebywać na Dolnym Manhattanie. I że ze wszystkich miejsc na Dolnym Manhattanie wybrała parking, a ze wszystkich parkingów – właśnie ten. W dodatku ze wszystkich niedzielnych popołudni wydarzyło się to w akurat takie, w którym po tym konkretnym parkingu pałętała się jebana pała z odznaką w kieszeni. I jeszcze ze wszystkich możliwych kierunków ucieczki Len pobiegł dokładnie w jego stronę.
    Gdzieś przy rampie woda kapała miarowo z podwozia któregoś samochodu i rozbijała się o beton w regularnych odstępach, odliczając czas do momentu, w którym Len rozpierdoli się na części pierwsze. Do kapania wkrótce dołączył odgłos kroków – lekkich, z małym stukotem, wolniejszych; i drugich, cięższych, szybszych, a bardziej człapiących.
    – Dobra, dobra – sapnął Len. – Współpraca. Ale pozwolisz mi się obrócić? Łatwiej będzie wytłumaczyć, stojąc przodem.
    Rupert dobiegł wreszcie i zatrzymał się gwałtownie, aż podeszwy zapiszczały na wilgotnym betonie. Chyba oddychał przez otwarte usta; tak przynajmniej brzmiał. Bohater przybył. Trochę późno i bez konia, za to z zadyszką.
    – Nie! – zawołał. – Znaczy… po co taka a-a-agresja, lepiej porozmawiać i roztłumaczyć sobie to zwyczajne ludzkie nieporozumienie – mówił bez zawahania, ale drżący głos go zdradzał.
    – Co? – zabrzmiał wysoki ton z oddali. – Rupert, nieporozumienie?! Zostałam okradziona! Napaść!
    – Za-zaraz tam napaść – odparł Rupert. – Nic się nie stało-o. To tak tylko. O.
    Len stuknął czołem o maskę.

    Len Weston

    OdpowiedzUsuń
  25. Tilly zupełnie nie znała się na zwierzętach, psach tym bardziej, kotach w ogóle, co nie znaczy, że żywiła względem nich jakkolwiek negatywne uczucia. Co do zasady były jej obojętne. W swoim życiu nie chciała mieć dodatkowych zobowiązań i odpowiedzialności, choć nie ukrywała, że zwierzaki znajomych mogły dać jej trochę radości i uśmiechu. Tak też było w przypadku Kody, którego obserwowała chętnie, odbierając nader pozytywnie i korzystając z nadarzających się okazji aby zaserwować mu małą gamę pieszczot, których tak łaknął.
    — Rozumiem. — Tilly uśmiechnęła się, zdobywając nowe informacje na temat Kody, którego w przelocie pogłaskała raz jeszcze, zanim ten nie zaczął czujnie obserwować otoczenia po strzałach. Na przyszłość, o ile będą mieli jeszcze okazję się spotkać we trójkę, wiedziała już jak powinna zachowywać się w obecności psiny. Albo raczej, czego unikać.
    — Ciężko w to uwierzyć… — zgodziła się odnośnie słów dotyczących rozpuszczenia psa. Nie wyglądał na takiego, ale może w tym tkwił szkopuł, że doskonale maskował swoje przywary. Sprawiał wrażenie przyjacielskiego, momentami przypominając usposobieniem wręcz labradora, a przecież był to pies szkolony. Tej jego części umiejętności nie miała jednak okazji zaobserwować.
    Być może Tilly łączyło z Kodą o wiele więcej niżby mogła mieć tego świadomość. Wprawdzie nie stroiła mieszkania w girlandy z papieru toaletowego, ani nie podgryzała dla wrażeń zmysłowych kabli, ale czasami, bez konkretnego wycieńczenia nie mogła zasnąć i też wpadała na głupie pomysły. W większości na szczęście spalały się one na panewce, ale gdy nuda faktycznie jej dokuczała, lubiła wysyłać fotki i prowokować męską fantazję, jeśli tylko oczywiście miała w tym kierunku delikwenta. Wiele frajdy sprawiało jej zawsze to, jak niewiele informacji i zdjęć kawałka zupełnie przeciętnej części kobiecego ciała lub garderoby jest w stanie rozbudzić męskie popędy. W tym wypadku, wyznacznikiem był fakt jak szybko wybrzmiewał dzwonek do jej drzwi. A wtedy już nie było mowy o nudzie.
    Posłusznie zeszła na bok, zgodnie z zaleceniami Branta, rozglądając się mimo to uważnie dookoła. Oczywiście miała do niego zaufanie i niewątpliwie wiedział co robi, ale mimo wszystko wolała mieć też sytuację pod kontrolą. Brak paniki i histerii na ulicy, tym bardziej budził jej niepokój, bo nie był zrozumiały. Z jednej strony to dobrze, że nie zapanował wszechobecny chaos, a z drugiej, czy ludzka znieczulica była już aż tak ogromna?
    — Uh, a więc szansa na poznanie dzisiaj jakiś twoich przystojnych kolegów jest raczej mała? — westchnęła Tilly w udawanym rozczarowaniu, rzucając mu zaczepne spojrzenie i sugestię, jakoby on sam w zupełności jej nie wystarczał, a przecież nie było to prawdą.
    Do tego Mattie być może przez ułamek chwili żyła marzeniami o byciu częścią filmu, których skrawki sama nałogowo oglądała w zaciszu domowym. To by dopiero była atrakcja!
    — Za mundurem, baby sznurem czy jakoś tak…
    Przystawiła ponownie butelkę z wodą do ust, pozwalająca teraz by niewielka strużka ściekła jej po brodzie, by następnie wyznaczyć smukłą ścieżkę swojej wędrówki po koszulce, idealnie w zagłębieniu jej małych piersi, przez brzuch aż do spodenek, wprost do miejsca, gdzie mogły się spełnić wszystkie skrywane głęboko fantazje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Mieszkasz gdzieś w okolicy? — to wcale nie było tak niewinne pytanie jak mogłoby się wydawać. Na razie Mattie sprawdzała teren, upewniając się na co i na ile może sobie pozwolić, a kiedy lepiej odpuścić droczenie się, które przecież miało zmierzać w jednym, konkretnym celu.
      Oboje jednak byli dorośli i co do tego była przekonana, że zdawali sobie z tego doskonale sprawę. Tego typu przekomarzanki budowały jednak pociągającą, gorącą atmosferę i były pasjonującą zabawą.
      — Nigdy nie byłam zakuta w kajdanki. — rzuciła jakby była to zupełnie błaha informacja z jej życia, jednak spojrzenie dawało znać, że w jej głowie skrytej pod ciemnymi włosami kłębią się zupełnie niegrzeczne pomysły z tym związane. Sama też nie należała do najgrzeczniejszych, wręcz przeciwnie. Bywała pyskata, wulgarna i lubiła ostry seks.
      — Zawsze zastanawiałam się jak to jest… — przygryzła sugestywnie dolną wargę na dłuższą chwilę, by wypuścić ją następnie i rozejrzeć się dookoła, a Dawsonowi posłać zalotny uśmiech.
      Z przyjemnością dałaby mu się sponiewierać. W kajdankach lub bez.

      Mathilde Stevenson

      Usuń
  26. Ona i Tate były zdecydowanie różne, choć to nie przeszkadzało w tym, aby zbudować siostrzaną więź. Mina miała czasem wrażenie, że młodsza siostra trochę ją podziwia, a trochę szuka jej aprobaty, więc kiedyś miały poważną rozmowę przy pizzy o tym, że Tate jest idealna w swój własny sposób i że nie potrzebuje akceptacji innych, jeśli to, czego się podejmowała, było zgodne z nią samą i nikogo nie krzywdziło. Mina była jedynaczką do dwudziestego pierwszego roku życia i wcale nie było jej łatwo odnaleźć się w relacji, w której się znalazła. To wszystko wymagało czasu, rozmów i otwartej głowy. Przede wszystkim jednak Mina porozmawiała o tym z mamą. Nie chciała, żeby Eleonor czuła się źle z tym wszystkim albo dowiedziała się o siostrze przypadkiem, bo nigdy niczego przed sobą nie ukrywały. Reakcja nie była zaskakująca; mama przyjęła to z uśmiechem, bo najwidoczniej nie czuła urazy do byłego partnera, a potem zaproponowała wspólne spotkanie. To wtedy Tate poznała Eleonor i obie bardzo się polubiły. Z tą upartością Miny bywało jednak różnie, ale zdecydowanie nie była kobietą, która odpuszczała. Czasem dawała się przekonać argumentom, nie bez powodu miała raczej etykietkę rządzącej się – lubiła, gdy wszystko miało swoje miejsce. Przez studia, a późniejszą pracę nauczyła się jednak, że nie jest w stanie zapanować nad całym chaosem, bo jeśli by próbowała, zapewne spędzałaby w pracy z czternaście godzin. Jej ulubiony profesor powtarzał zawsze, że dobrej pracy przewodził wypoczęty mózg – i coś w tym było. Pod tym względem była zdecydowanie podobna do ojca, choć tak ogólnie miała z niego raczej mało. Gdyby tak postawić ją obok niego, podobieństwo nie było ot tak widoczne z zewnątrz. Mina bardzo wdała się w matkę, tylko miała więcej piegów niż ona.
    Gdy złapał ją za kark, sapnęła cicho. Do tej pory Brant pozostawał nieco bierny, choć była pewna, że to nie dlatego, że nagle się wstydził – pewnie próbował zobaczyć, czy to ona przekroczy kolejną granicę, której jakimś cudem nikt nie zbezcześcił.
    — Pewność siebie to całkiem podniecająca cecha u mężczyzny — rzuciła, słysząc jego komentarz o tym, że z nim nie będzie już chciała dochodzić do pewnych rzeczy samodzielnie. Kiedy przyciągnął ją bliżej siebie, mimowolnie oparła się o jego ciało, wiedząc, że za chwilę to wszystko się skończy, zniknie napięcie i wrócą do reszty. Zadrżała, czując jego usta przy swoim uchu. Gdy wspomniał o innej, posłała mu całkiem poważne spojrzenie. Och, Dawson naprawdę wiedział, gdzie wbić szpileczkę. Mina poczuła natychmiastowe, nieprzyjemne ukłucie gdzieś pod żebrami, choć przecież doskonale wiedziała, że Brant mógł flirtować, całować się i wychodzić z imprezy z kimkolwiek chciał. To była oczywistość. Tyle że sama wizja, że jakaś kobieta mogłaby później rozpiąć tę jego granatową koszulę i znaleźć pod nią ślad, który zostawiła Mina, wywołała w niej bunt.
    Nie zdążyła jednak odpowiedzieć, bo w drzwiach pojawił się Jake, uśmiechając się szeroko. Światło bijące z żarówek po pięciu minutach półmroku było niemal brutalne. Mina zmrużyła oczy i wyszła pierwsza, czując jeszcze przy karku palce Branta. Z jakiegoś powodu miała też świadomość własnych ust, które oznaczyły Dawsona, oddechu i rozgrzanych policzków – to jednak nic nie znaczyło, w składziku było duszno, a ona wypiła może nie tak dużo, ale dość, żeby zrobiło jej się gorąco.
    — No i jak? — zapytał Jake, wciąż szeroko się uśmiechając.
    — Misja wykonana. — Mina uniosła pustą buteleczkę, którą solenizant złapał, aby upewnić się, czy faktycznie wszystko zostało wypite.
    — No nieźle! — skwitował i zagwizdał pod nosem, a potem pokazał ręką salon, w którym dalej toczyła się impreza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mina nie zdążyła nawet sięgnąć po wodę lub w ogóle się czegoś napić, bo Tate złapała ją za ramię i pociągnęła tam, gdzie Ivy zdążyła już odsunąć pufy, a przestrzeń pomiędzy kanapą i stołem zaczęła pełnić funkcję prowizorycznego parkietu. Ktoś włączył stroboskop, neonowe serpentyny wisiały z lampy i półek, a muzyka została podkręcona tak, że rozmowa zaczynała wymagać pochylania się do ucha drugiej osoby. Początkowo stawiała symboliczny opór, a potem dała się wciągnąć pomiędzy pozostałych. Po kilkunastu sekundach wśród tańczących Mina odkryła, że tequila trochę uderzyła jej do głowy. Tate natomiast tańczyła naprzeciwko niej bez najmniejszych zahamowań, śmiejąc się i łapiąc ją co jakiś czas za dłonie, aby wykonać obrót – Mina już się nie buntowała, po prostu dobrze się bawiła.
      Po chwili jednak za Tate pojawił się William, który pochylił się do jej ucha i powiedział coś, czego Mina nie usłyszała przez muzykę, ale wystarczył jej wyraz twarzy siostry, żeby zrozumieć, że propozycja nie była szczególnie skomplikowana. Tate uśmiechnęła się szeroko.
      — Idź — rzuciła Mina, zanim tamta zdążyła zrobić tę swoją niewinną minkę, i uśmiechnęła się delikatnie, obserwując, jak William wyciągnął rękę do Tate, a ta ją schwyciła. Chciała się wycofać i poszukać sobie miejsca, ale nie zrobiła nawet jednego kroku, gdy podszedł do niej Liam.
      — Wygląda na to, że odzyskałem swoje miejsce — powiedział z uśmiechem, zbliżając się nieco, żeby przekrzyczeć muzykę.
      — Nie przypominam sobie, żebym ci je rezerwowała — odparła, unosząc lekko brew.
      — Auć — syknął z rozbawieniem.
      — Przeżyjesz — mruknęła, uśmiechając się mimowolnie.
      — Mogę spróbować. — Wyciągnął do niej dłoń. — Zatańczysz?
      Wiedziała, że nie było w tym nic zobowiązującego; zwykły taniec podczas urodzinowej imprezy, w dodatku przy kilkunastu osobach. Nie miała powodu odmawiać. Po chwili więc złapała jego rękę.
      — Jedna piosenka — zaznaczyła.
      — Wiedziałem, że dasz mi szansę.
      — Nie rozpędzaj się.
      Liam zaśmiał się i pociągnął ją nieco bliżej środka prowizorycznego parkietu. Mina zaczęła poruszać się w rytm, nadal przyjemnie rozluźniona po tequili. Początkowo trzymała między nimi bezpieczny dystans, ale przy szybszym refrenie Liam złapał ją lekko za dłoń i obrócił pod swoim ramieniem. Chłopak poruszał się całkiem dobrze i, ku jej uldze, nie próbował wykorzystywać tańca jako pretekstu do wciskania jej się w przestrzeń. Kiedy kładł dłoń przy jej boku, robił to lekko i pilnował się, żeby jego palce nie zsunęły się zbyt nisko, choć z każdą sekundą ośmielał się coraz bardziej. Wiedziała o tym. Pozwoliła mu obrócić się razem z nią, a potem sama pociągnęła go za rękę, zmuszając do zmiany kierunku. Liam roześmiał się i bez protestu podążył za ruchem. Gdy znalazła się twarzą w stronę reszty salonu, jej spojrzenie odruchowo przesunęło się ponad ramieniem Liama, szukając Branta. I znalazła go niemal od razu; siedział z Verą, która o czymś opowiadała, intensywnie gestykulując. Już miała odwrócić głowę, gdy Brant spojrzał w jej stronę – złapał jej wzrok w swój i przez moment wszystko inne przestało mieć większe znaczenie. Muzyka dudniła dalej, światła migały, a Liam powiedział coś do jej ucha, ale nie usłyszała ani słowa. Posłała Dawsonowi uśmieszek, który nie był szczególnie niewinny. Pozwoliła, żeby trzymał się przy jej ustach, kiedy Liam przesunął dłoń po jej boku i poprowadził ją w kolejnym obrocie. Mina jednak nadal patrzyła ponad jego ramieniem, prosto w stronę Branta, jakby taniec nagle stał się częścią rozmowy prowadzonej bez słów.

      Wilhelmina Sallow 💃🏻👀

      Usuń
  27. To nie tak, że Liam był mało przystojny lub zachowywał się źle, po prostu nie był w jej typie, choć Mina tak naprawdę takowego typu nie miała. Może problem leżał w tym, że tuż obok był Brant? I że to Dawson interesował ją bardziej niż każdy facet tutaj? Próbowała sobie przypomnieć, kiedy ostatnio tak właściwie pomyślała o jakimś mężczyźnie w kategorii randkowej z przedłużeniem spotkania do śniadania – może trzy lata temu? Gdy miała dwadzieścia jeden lat była w burzliwym związku, który ostatecznie zakończyła, bo Charles, choć ogarnięty i wykształcony, miał problem z gniewem, a to kończyło się zawsze awanturą i siniakami. Przez jakiś Charles próbował nawet do niej zagadywać, aż Mina w pewnym momencie rozkleiła się przed Brantem, a potem? Potem były chłopak przestał się odzywać. Mogła się tylko domyślać, co się stało, i jeśli faktycznie Dawson maczał w tym palce, to była mu za to wdzięczna. Od tamtej pory jednak przede wszystkim poświęcała czas pracy i badaniom oraz niewinnej grze między nią a Brantem. Może jednak miała swój typ?
    Obróciła się raz jeszcze w ramionach Liama, patrząc, jak Dawson rozmawia z Verą. Mina była pewna, że Vera nie podeszła do niego po to, żeby tylko zagadać, a raczej aby zbadać teren. Liam przyciągnął ją do siebie i ułożył ręce przy jej biodrach, a Wilhelmina skorzystała z okazji, żeby całkowicie się odwrócić – poczuła za sobą klatkę piersiową Liama, a gdy się do niej pochylił, jego oddech owiał jej ucho.
    — Dobrze się bawisz? — spytał, uśmiechając się mimowolnie. Odetchnął cicho słodkimi perfumami Miny, które miały w sobie coś cynamonowego.
    — Całkiem nieźle — odparła. Nie kłamała, choć nie mówiła też całej prawdy. Zrobiła gwałtowny obrót, odrywając wzrok od Branta i Very. Była teraz bliżej Liama. Jego dłonie przesunęły się po jej talii, a te jej oparły się o jego ramiona. Przez chwilę pozwoliła sobie po prostu tańczyć, ale gdy Liam przyciągnął ją do siebie odrobinę mocniej, mimowolnie zerknęła ponad jego ramieniem. Pochwyciła spojrzenie Branta i zamiast odwrócić wzrok, jej palce dotknęły karku Liama. Uśmiechnęła się do chłopaka, z którym tańczyła, kiedy coś powiedział, choć znów nie usłyszała słów. Po chwili muzyka zmieniła rytm, a Mina, korzystając z okazji, odsunęła się od Liama.
    — Zaraz wracam, muszę się czegoś napić — rzuciła, doskonale wiedząc, że żeby to zrobić, będzie musiała zahaczyć o kuchnię i nieco przeszkodzić parce w rozmowie.
    Minęła Tate, które właśnie zajęła kolana Williama, i lekko dotknęła jej ramienia, posyłając jej spojrzenie, które mówiło o tym, że jeśli Will zrobiłby się nieco za odważny, Mina osobiście dopilnuje, żeby bardzo szybko przypomniał sobie o dobrych manierach. Tate odpowiedziała jej rozbawionym uśmiechem i ledwie zauważalnym przewróceniem oczami, jakby chciała powiedzieć, że naprawdę potrafiła o siebie zadbać. Mina, oczywiście, w to nie wątpiła, ale nie zamierzała jednak całkowicie rezygnować z obowiązków starszej siostry.
    Podeszła do jednego z blatów, rzucając krótkie hej, ale nie za bardzo patrzyła w stronę Branta czy Very. Raczej przysłuchiwała się rozmowie, robiąc dla siebie coś do picia. Sięgnęła po wódkę, sok żurawinowy, limonkę i syrop cukrowy – Jake miał wszystko, aby przygotować Cranberry Sour. Do tego dorzuciła jeszcze kilka kostek lodu. Drink wyszedł kwaśny, intensywnie czerwony i zdecydowanie mocniejszy, niż sugerował jego niewinny wygląd. Mina uniosła szklankę, upiła mały łyk i zamruczała cicho. Był idealny. Odwróciła się od blatu, jakby zamierzała po prostu wrócić do reszty, ale wystarczył jednak jeden mały kroczek i lekkie, pozornie przypadkowe zahaczenie ramieniem, żeby szklanka się przechyliła i drink zmoczył kieckę Very.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — O cholera! — zawołała. — Przepraszam! — Sięgnęła po kilka serwetek i podała je dziewczynie, przybierając minę szczerze przerażonej własną niezdarnością. Tylko że Wilhelmina Sallow w ogóle nie była niezdarna. Pracowała z kośćmi, potrafiła godzinami rekonstruować drobne uszkodzenia, rozpoznawać kierunek działania siły po śladach na materiale kostnym i z niemal absurdalną precyzją oceniać, jak niewielka zmiana kąta może zmienić ostateczny raport. Jej dłonie były małe, delikatne i nigdy nie drżały. Zdecydowanie więc potrafiła utrzymać szklankę z drinkiem, zwłaszcza że doskonale wiedziała, gdzie znajduje się Vera, jak blisko niej będzie przechodzić i pod jakim kątem musiałaby poruszyć ramieniem, żeby kilka sekund później czerwony drink znalazł się dokładnie tam, gdzie powinien. Przypadek. Tak powinno to wyglądać dla każdego, kto akurat patrzył. Cóż, niektóre rekonstrukcje wymagały bycia cierpliwym, a inne… potrzebowały bardziej nieszablonowego podejścia.
      — No świetnie... — mruknęła Vera i obejrzała najpierw swoją sukienkę, a później wbiła wzrok w Sallow.
      — Wiem, przepraszam. — Mina pokręciła głową ze skruszoną miną, a potem dodała luźno, żeby jakoś rozładować atmosferę: — To był zdecydowanie mój najlepszy drink.
      — Widzę. — Parsknęła cicho, choć najwyraźniej nie było jej szczególnie do śmiechu, i zanim Mina podała jej kolejną serwetkę, po prostu oddaliła się nerwowo, zdecydowanie poirytowana niezdarnością Sallow, choć zaraz potem wytłumaczyła to sobie wypitym przez Minę alkoholem.
      Przez moment patrzyła za Verą, po czym westchnęła cicho i zabrała się za sprzątanie. Sięgnęła po ręcznik papierowy, starannie wycierając blat i kilka czerwonych kropelek, które pobrudziły podłogę. Robiła to z przesadną dokładnością, czekając, że całe zamieszanie nieco się uspokoi. Kucając, spojrzała w stronę Branta, a kącik jej ust drgnął ledwie zauważalnie. Nie powiedziała ani słowa. Nie musiała. W końcu byłoby wyjątkowo nieprofesjonalne komentować własne... dzieło przed zakończeniem oględzin. Poza tym czuła, że za to małe wykroczenie Brant nie użyłby kajdanek, przynajmniej nie w sposób, w który zakuwa się przestępców.

      Wilhelmina Sallow 🩸😈

      Usuń
  28. Mathilde doskonale zdawała sobie, że nie była typem kobiety, która przyciągałaby męskie spojrzenia i ich uwagę. Nie miała wyjątkowej figury ani urody. Nie stroiła się też prowokacyjnie, ani nadto nie pracowała nad makijażem i fryzurą, by te powodowały skupienie na jej osobie. Tilly byla przeciętna, na pewno szczupła, ani niska, ani wysoka, również słabo obdarzona przez matkę naturę pod względem najbardziej pociągających płeć przeciwną aspektów, z czym też nie miała najmniejszego problemu. Podobała się sobie taką, jaką była, a jedyne do czego mogła dążyć to wzrastanie w siłę fizyczną i wydolność. Nigdy wygląd, który był gdzieś na drugim planie, co nie znaczy, że o siebie nie dbała. Lubiła dobrze wyglądać, ale w kontekście kobiecego piękna, chciała to robić możliwie najmniejszym nakładem wysiłku. Szybki makijaż, wygodne, luźne i często sportowe ubrania, w których niknęła jej chudość. Sukienki zakładała od wielkiego dzwonu. Wyglądała co do zasady zawsze dobrze, ale nie ponadprzeciętnie. Chyba, że jakimś wyjątkowym zbiegiem okoliczności naprawdę chciała.
    Szczerze mówiąc była wdzięczna za taki stan rzeczy. Nie chciała atencji, nie znosiła sprośnych komentarzy, ani co do zasady nie walczyła o uwagę mężczyzn, którzy na co dzień raczej ją irytowali. Na pewno nie desperacko. Potrafiła jednak być hipnotyzująca i intrygująca niczym kadry Sorrentino.
    Pierwsze, z czym każdy chętny do jej poznania delikwent spotykał się z jej strony, było ostre i gniewne spojrzenie, które łagodniało tylko dla wybranych. Wolała być z góry ostrożna i odstraszać. Chyba, że sama chciała inaczej, jak w tym wypadku, ale z drugiej strony Branta zdążyła już poznać. Bardzo pobieżnie i mało wyjątkowo, choć mogła się poszczycić rzadką wiedzą o parametrach jego zdrowia, do których miała przecież dostęp w szpitalnym systemie. O takich aspektach jego osoby raczej mało kto z kręgu jego najbliższych wiedział, prawda?
    — Czyli mówisz, że mam szansę… — uśmiechnęła się lekko, poprawiając swój kucyk i w międzyczasie przeczesując mokre od wysiłku włosy, a swojemu rozmówcy posyłając pełne zalotnych chochlików spojrzenie. — Tylko ocenić muszę sama… — zyskując na czasie powtarzała jego słowa nie spuszczając z niego wzroku. Musiała w końcu podjąć dość ciężką decyzję, a w międzyczasie zastanowić się czy faktycznie gra jest warta świeczki.
    Czy funkcjonariusz naprzeciwko niej był w jej typie czy jednak sprawiał wrażenie zbyt grzecznego i ułożonego? Czy ktoś z jego kolegów mógł robić lepsze wrażenie? Czy warto było ryzykować?
    Zerknęła przez ramię w stronę z której jeszcze niedawno dobiegły wystrzały aby przeanalizować sytuację. Musiała się zastanowić, co robiła przez delikatne przygryzanie naprzemiennie dwóch stron dolnej wargi, zupełnie tak jakby się nią nerwowo bawiła.
    Szansa na spotkanie niemłodego i w nienajlepszej kondycji mężczyzny była wysoka. Pytanie tylko czy było to ryzyko na które gotowa była przystać, zwłaszcza, że na ten moment miała przed sobą towarzystwo. W najgorszym razie wróci do domu sama i weźmie upragniony prysznic, a następnie pójdzie spać. Może mało ekscytujące, ale dla niej też zupełnie dobre rozwiązanie.
    — Uh, też nie jestem stąd. Do domu mam kilka kilometrów, a wypadałoby się gdzieś schronić, gdyby jednak to było coś poważniejszego. — zauważyła tym razem już bardziej sensownie niż w dwuznacznym kontekście, choć gdyby przyszło im się schować w jakimś ciemnym i ciasnym miejscu, to mogłoby być ciekawie. Albo przeciwnie, duża, otwarta przestrzeń gdzieś wysoko. Pełno tu było wieżowców.
    Uśmiechnęła się półgębkiem do własnych myśli nie spuszczając z niego wzroku choćby na chwilę.
    Lubiła wprowadzać napięcie i czekać na moment, aż druga strona tego nie wytrzyma.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, że flirtowała z nim otwarcie. Nie lubiła tracić czasu na długie i zawiłe podchody, zwłaszcza jeśli cel był oczywisty i wcale nie górnolotny. A Mattie lubiła działać sprawnie i szybko, co do zasady dostając to, na co miała ochotę. To przecież nie były miłosne zaloty, nie walczyła o nic naprawdę cennego w życiu, co mogłoby zaważyć nad jego dalszym przebiegiem. To tylko próba znalezienia rozrywki na wieczór, może nawet kilka. Nic więcej. Ceniła sobie swoją niezależność i nie potrzebowała by ktoś jej niepotrzebnie mącił w jej małym, dobrze ułożonym świecie. Lubiła być sama. Swobodna i bezpieczna. Nie bawiła się w randki, przytulania, nocowanki, wspólne śniadania czy czułe gesty. Brała pełnymi garściami to na co miała ochotę, a potem znikała do prozy własnego życia. Tak było najwygodniej.
      — Prywatne lekcje… — zastanowiła się poważnie. — Rozumiem, że Ty takich nie udzielasz? — zlustrowała go uważnie, zmniejszając dystans między nimi tylko o pół kroku, by następnie przeciągnąć się mocno niczym kotka. Tak po prostu.
      — Umiem się odwdzięczyć. — dodała z uśmiechem.
      Czy faktycznie kajdanki ją tak podniecały? Raczej nie. Co do zasady nie lubiła być całkiem zdominowana, zdecydowanie nie akceptowała bycia poniżaną, natomiast nigdy nie zamykała się na nowe doświadczenia, bo nigdy nie wiadomo co mogłoby zaskoczyć. Lubiła próbować i mieć otwartą głowę. Ale zabawnie było prowokować i z równie wielką frajdą gotowa była spróbować.

      Mathilde Stevenson

      Usuń
  29. Mina uniosła lekko brew, nadal trzymając w ręku pomięty ręcznik papierowy. Była pewna, że wiedział, że to żaden przypadek, ale nie skomentował tego w żaden sposób. I może lepiej, bo tak właściwie nie zamierzała się do niczego przyznawać, a jej niewinna mina sugerowała tylko, że absolutnie nie chciała, żeby to się stało. Gdy Brant się roześmiał, zacisnęła usta w wąską linię, żeby również tego nie zrobić – wiedziała, że taka zagrywka była godna zachowania nastoletniej Miny, która w tamtym okresie bardzo nie lubiła być ignorowana. Było to, oczywiście, niedojrzałe i nie powinno mieć miejsca, ale nikt nie ucierpiał jakoś bardzo, więc nie czuła wyrzutów sumienia. Poza tym ten wypadek był tak subtelny, że nikt by jej nie zarzucił, że zrobiła to specjalnie.
    — Pomóc? — powtórzyła i przewróciła oczami. — Oczywiście. To byłoby bardzo... rycerskie z twojej strony. — Wyprostowała się wolno, a kącik jej ust drgnął. — Chociaż nie sądzę, żeby twoja koszula była tym, czego potrzebuje Vera. — Zmierzyła jego sylwetkę wzrokiem, niejako dopowiadając w ten sposób, że dziewczyna bardziej ucieszyłaby się z czegoś innego.
    — Jake pewnie znajdzie jej coś do przebrania — dodała, bo kątem oka widziała, jak solenizant pobiegł za Verą. Odwróciła głowę w stronę Branta, gdy wspomniał o tym, żeby poprosić Liama o wsparcie dla poszkodowanej, i parsknęła cicho śmiechem, zasłaniając usta palcami. — Cieszę się, że w tym momencie mamy tylko takie problemy — rzuciła z rozbawieniem i wzruszyła ramieniem. — Ale jak widać, czasem jedna mała katastrofa wystarczy, żeby rozwiązać kilka innych problemów.
    Posłała mu znaczące spojrzenie i uśmiechnęła się szeroko. Oprócz tego, że Brant ewidentnie ją pociągał, lubiła też jego poczucie humoru i to, że często dawał się wplątać w jej pomysły, które czasem niekoniecznie były w porządku. Tak jak kiedyś, podczas Halloween, Mina zdecydowała się obrzucić jeden z domów jajkami, bo z Tate dostały od starego pryka przeterminowane słodycze, więc mała zemsta była wskazana, szczególnie że dziad rzucał jeszcze niezbyt ciekawymi komentarzami, sugerując, że by je schrupał. Mina niczego tak bardzo nienawidziła jak starych oblechów.
    Zanim jednak zdążyła dodać coś jeszcze, Jake zawołał głośno:
    — Pizza!
    Kilka osób niemal natychmiast ruszyło w jego stronę. Po chwili stół ugiął się nieco pod kilkoma kartonami gorącej pizzy, a po mieszkaniu rozszedł się zapach roztopionego sera, pomidorowego sosu i oregano. Była klasyczna margherita, pepperoni, jedna z kurczakiem i ostrymi papryczkami oraz hawajska. Rozmowy przez moment skupiły się wokół jedzenia. Ktoś narzekał, że dostał za mały kawałek, ktoś inny bez pytania sięgnął po kolejny, a Jake próbował przekonać wszystkich, że zamówił idealną ilość, choć puste kartony zaczynały świadczyć przeciwko niemu. Pizza zdążyła już niemal zniknąć, zanim solenizant przypomniał sobie o jeszcze jednej rzeczy.
    — Dobra, dobra. To teraz najważniejsze! — stwierdził i zniknął, by chwilę później wrócić z tortem. Kilka osób zaczęło klaskać, a ktoś zagwizdał i zaczął skandować jego imię. Tate przejęła od Jake’a zapalniczkę, nie pozwalając, aby zrobił to samodzielnie, bo to podobno przynosiło pecha, a potem rozmowy ucichły i wszyscy zaczęli śpiewać sto lat. Mina dołączyła do śpiewania, obserwując, jak solenizant zdmuchuje każdą ze świeczek. Chwilę później Jake zaczął kroić tort – ciasto miało smakować wanilią, przełożone było lekkim kremem mascarpone i kwaśnymi owocami, które całkiem nieźle równoważyły jego słodycz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mina zajęła miejsce obok Branta, robiąc to tak, jak wcześniej, czyli niemal wciśnięta w jego bok. Nikt się tym jednak nie przejął – każdy był zajęty albo tortem, albo rozmową. Oparła się wygodniej o jego ramię, a potem sięgnęła po widelec i odkroiła kawałek ciasta. Przez chwilę po prostu jadła, zupełnie jakby siedzenie tak blisko niego było czymś całkowicie naturalnym. I właściwie dla niej było, może tylko odrobinę zbyt przyjemnym.
      — Przez ten tort będę musiała zrobić dłuższe cardio — mruknęła z buzią pełną ciasta. Zazwyczaj nie liczyła kalorii i rzadko odmawiała sobie rzeczy, bo, mimo że tego nie lubiła, to ćwiczyła, odwiedzając siłownię raz w tygodniu. Robiła to nie dlatego, żeby dobrze wyglądać, ale przede wszystkim po to, aby o siebie zadbać; jej praca była zazwyczaj siedząca i dużo się pochylała, a że nie robiła się coraz młodsza, plecy niekiedy dawały jej w kość. Musiała więc się ruszyć.
      — Może zrobimy w następnym tygodniu wspólny trening? — spytała, zerkając w jego stronę. — Chociaż po ostatnim razie ledwo mogłam chodzić — wytknęła, marszcząc lekko nos, bo Brant jej nie odpuszczał, a Mina chciała sobie udowodnić, że może wykonać powtórzenie więcej niż zazwyczaj.

      Wilhelmina Sallow 🎂🎉

      Usuń
  30. Mina zazwyczaj używała perfum zgodnie z pogodą za oknem. Jesienią zawsze to były zapachy cynamonowe lub rozgrzewające, które dało się wyczuć. Nie pryskała się mocno, ale zdecydowanie lubiła ładnie pachnieć, i to nie miało nic wspólnego z jej pracą, która bywała dość wymagająca pod tym względem, bo nie dało się ot tak zamaskować smrodu rozkładu. Tak naprawdę pomagał wtedy tylko prysznic.
    Wciśnięcie się w bok Branta nie było jakoś spektakularne, po prostu tam pasowała – znalazła sobie to miejsce pięć lat temu i jeszcze nigdy nie musiała ustępować. Uśmiechnęła się lekko, gdy przełożył rękę za jej plecami. Lubiła tę niewymuszoną bliskość. W przypadku tej relacji, przynajmniej według Miny, istniała zarówno bliskość związana ze znajomością trwającą już od pięciu lat, a więc czymś czułym, jak np. odgarnianie włosów, dotknięcie ramienia, jak i bliskość nieco mniej grzeczna, taka, która powodowała przyjemnie ciepło w podbrzuszu.
    — Oczywiście, że nie — mruknęła z rozbawieniem, bo doskonale o tym wiedziała. Ćwiczenia z Brantem zawsze wyciskały z niej resztę sił, ale po wszystkim była z siebie całkiem zadowolona, bo zazwyczaj wtedy osiągała kilka powtórzeń więcej. I to było dla Miny jej osobiste osiągnięcie. Raczej nie należała do umięśnionych kobiet czy takich, które mogłyby się pochwalić idealnie płaskim brzuchem, ale kto powiedział, że sport jest tylko dla takich osób?
    Zjadła jeszcze trochę tortu i podniosła wzrok, gdy Tate się odezwała. Mina już wiedziała, że to nie będzie coś, co spodoba się Brantowi, ale była też świadoma tego, że nie potrafiłby odmówić młodszej siostrze. Zresztą ona również by tego nie umiała. Zerknęła w stronę Jake’a, który pochwycił propozycję Tate z zagraniem czegoś dla solenizanta. Mina milczała, tak właściwie też chciała usłyszeć, jak Brant gra – lubiła, gdy to robił, wyglądał wtedy bardziej jak gwiazda rocka niż policjant. Poza tym jednak wtedy bezkarnie mogła przyglądać się jego twarzy i palcom.
    Wolny taniec w kółeczku brzmiał jak horror, więc Mina próbowała się nieco ukryć za ramieniem Branta, co pewnie by się jej udało, bo Dawson był wielkim gościem, ale Jake’a wyciągnął do niej rękę, więc wstała. Był solenizantem, więc chyba nie wypadało mu odmówić. Zerknęła w stronę Dawsona, gdy zaczął grać – uśmiechnęła się mimowolnie, rozpoznając piosenkę, a potem zaczęła poruszać się w rytm, w głowie przywołując tekst. Właśnie w takich chwilach przypominała sobie, że pod mundurem i policyjną odznaką kryje się jeszcze całkiem sporo rzeczy, których nie dało się zobaczyć ot tak. Dawson nie był tylko przystojnym dupkiem, który zawsze wiedział, co powiedzieć; był przede wszystkim facetem, który był po prostu obok, gdy naprawdę tego potrzebowała. Nie robił z tego wielkiej sceny ani nie oczekiwał za to orderu. Czasem wystarczyło jedno spojrzenie, krótka wiadomość albo to, że pojawiał się w odpowiednim momencie. Chyba właśnie to ceniła w nim najbardziej: obecność. Może dlatego tak łatwo było jej zapominać, że powinna uważać, bo przy Brancie wszystko wydawało się dziwnie naturalne. Jego obecność, jego głos, ten charakterystyczny uśmiech, którym doprowadzał ją do szału, a także sposób, w który jednym spojrzeniem potrafił sprawić, że nagle przestawała myśleć o czymkolwiek innym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piosenka w końcu dobiegła końca, taniec również, a kiedy wybrzmiał ostateczny akord, rozległy się brawa i kilka głośniejszych okrzyków. Mina również klaskała, posyłając przy tym Brantowi wesoły uśmiech. Po chwili muzyka z głośników wróciła, rozmowy znów zaczęły się mieszać, a impreza wróciła do swojego wcześniejszego rytmu. Była to jedna z tych urodzinowych imprez, gdzie nikt specjalnie nie pilnował czasu. Trochę jedzenia, zdecydowanie za dużo alkoholu, głośna muzyka i grupa osób, które najwyraźniej bardzo dobrze umiały się bawić. Jake co chwilę znikał gdzieś w tłumie, Tate zdążyła porozmawiać chyba ze wszystkimi, a Mina miała wrażenie, że jeszcze długo nikt nie zamierzał się stąd ruszać, ale w końcu nadszedł ten czas.
      Jake stał w korytarzu, uśmiechnięty i trochę pijany, ale wydawał się szczęśliwy.
      — Dzięki, że przyszliście — powiedział i klasnął w dłonie. — Brant twój występ… no, stary, jeśli cię kiedyś pogonią z tej policji, to możesz zacząć grać, serio. — Pokiwał przy tym głową. — Dziewczyny, jesteście nieocenione!
      — Jeszcze raz wszystkiego najlepszego — odezwała się Mina i uśmiechnęła się lekko, zakładając swoją marynarkę. Odrzuciła włosy do tyłu, a zawieruszony kosmyk przy policzku zawinęła za ucho.
      Trochę niespodziewanie do rozmowy wtrącił się Liam, który też najwidoczniej zbierał się do domu. Wymienił się z solenizantem uściskiem rąk, a potem przesunął spojrzeniem po reszcie, ostatecznie wbijając wzrok w twarz Miny.
      — Hej. — Zrobił krok w jej stronę. — Możemy wrócić razem, odprowadzę cię. Jest już późno, a ja będę spokojniejszy, jeśli będę wiedział, że dotarłaś bezpiecznie.
      Jake zagwizdał cicho, mamrocząc coś o tym, że Liam nie próżnuje, a Mina przez moment nie wiedziała, jak zareagować, a ostatecznie rzuciła tylko:
      — Nie musisz.
      — Ale chcę — odparł od razu i uśmiechnął się, przechylając lekko głowę, jakby sądził, że jego urok będzie w stanie zmusić Minę do zmiany zdania.

      Wilhelmina Sallow 🏠🌙

      Usuń
  31. Być może Louis, wstępując w szeregi policji, miał motywację podobną do Branta? Tego Ian miał się nie dowiedzieć. Bracia Hunt nie rozmawiali ze sobą na tak głębokie tematy, a w zasadzie rozmawiali ze sobą tyle, co nic. Z kolei odkąd Ian zaczął spotykać się z Debbie, praktycznie przestali ze sobą rozmawiać. Ian nie roztrząsał tego ani nie zastanawiał się nad tym często, ale kiedy już jego myśli wędrowały w tym kierunku, nabierał przekonania, że Lou miał mu za złe, że wciągnął w to Grayson. Starszy Hunt tak w pracy, jak i w życiu prywatnym mógł być gburem i mógł być szorstki, nie oznaczało to jednak, że nie troszczył się o swoją partnerkę z pracy i że nie zależało mu na jej bezpieczeństwie. Przeciwnie, choć Louis traktował Debbie jak kompletnego żółtodzioba, bo poniekąd ta przecież wciąż nim była, mając prac staży krótszy, niż on, jednocześnie miał o niej jak najlepsze zdanie. Dlatego Louis przestrzegł Debbie przed Ianem, a Ianowi powiedział, żeby przestał myśleć kutasem, a zaczął głową i żeby się wycofał, bo zniszczy Debbie karierę, nim ta na dobre się rozpoczęła.
    Od tego czasu minął ponad rok, sposób myślenia Iana zmienił się diametralnie i był on tak daleki od wycofania się, jak tylko było to możliwe. Tylko jedno się nie zmieniło – kariera Debbie, która zdążyła się rozkręcić, wciąż mogła zawisnąć na włosku właśnie przez Iana. To był kolejny temat, na który Ian i Louis nie rozmawiali, ale tak jak Ian podejrzewał, że Louis miał mu za złe kwestię Debbie, tak podejrzewał, że także nad nią otworzył swój ochronny parasol. Nie miał co prawda dużych możliwości, nie oznaczało to jednak, że nie miał ich wcale. Młodszy Hunt mógł jedynie domyślać się, co robił ten starszy. Nigdy – cóż za zaskoczenie – go o to nie zapytał. Nigdy też nie poprosił go o to, żeby przestał, za to regularnie mówił mu, aby spierdalał, w ten czuły sposób wyrażając, że wolałby, aby Lou przestał robić to, co robi. Raz, że Ian tego nie potrzebował. Dwa, że Lou wiele tym ryzykował.
    Ian spodziewał się, że Brant będzie zaskoczony jego małym wyznaniem i jednocześnie spodziewał się, że uraczenie go tekstem w stylu stary, no weź, ze mną się nie napijesz? nawet nie przyjdzie mu na myśl. Być może dlatego dodał od siebie więcej, niż wymagało tego pytanie, na które udzielał odpowiedzi. Teraz z lekkim rozbawieniem przyglądał się reakcji znajomego z siłowni, a kiedy ten powiedział, że Hunt nie wyglądał na takiego, co by wpadał w ciągi, pochylił lekko głowę i zacisnął usta w ten charakterystyczny sposób, jak ktoś, kto może nie za wszelką cenę, ale jednak próbował uśmiech powstrzymać, co z powodzeniem mogło przypominać grymas tłumionego zawstydzenia otrzymanym… komplementem? Pochwałą?
    — Trochę eksperymentowałem jakieś… — urwał, przymrużył oczy i pokiwał głową, przeprowadzając odpowiednie obliczenia. — Dziewięć, dziesięć lat temu? — oszacował, spoglądając na Branta. — Byłem młody, ale nie na tyle głupi, by nie zorientować się, że to eksperymentowanie coś za bardzo mi się podoba i za dobrze mi wychodzi — przyznał, wzruszył ramionami i pociągnął kolejny łyk swojego bezalkoholowego piwa, swoją drogą całkiem dobrego. Wiele osób było zdania, że bezalkoholowe piwo było ohydne w smaku i może kiedyś rzeczywiście tak było, ale odpowiadając na potrzeby dzisiejszego rynku, przemysł browarniczy odrobił zadanie domowe i tworzył naprawdę dobre trunki bez procentów.
    — Tak — przytaknął na wzmiankę o Cadillacu, nieznacznie przeciągając samogłoskę. — Znakomicie — odparł i mimowolnie rozparł się na barowym stołku tak, jakby rozpierał się w fotelu swojego samochodu. Oczywiście barowy stołek nie był w ułamku tak komfortowy jak rzeczony fotel, ale zmiana tematu na ten, który Ian lubił odpowiednio na niego podziałała, przez co Hunt tak rozluźnił się, jak i trochę ożywił.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Ma manualną skrzynię biegów — podkreślił. — Większość wypuścili w automacie, więc tym trudniej było go dorwać. Co prawda w nowojorskich korkach automat ma rację bytu, ale ja jednak wolę i lubię czuć swój samochód — rozgadał się, bo należało podkreślić, że Ian Hunt rzadko kiedy wypowiadał więcej, niż pięć słów pod rząd. Brant, zważywszy na czas trwania ich znajomości, może już to zauważył. Ian nie mówił dużo, budował krótkie zdania, a jeśli odpowiedź na zadawane mu pytania sprowadzała się do tak lub nie, to nawet jej nie artykułował tylko w odpowiedni sposób poruszał głową.
      Były jednak takie tematy, kiedy Hunt kompletnie zapominał o swojej małomówności. Brant właśnie trafił na jeden z nich. Drugim była chociażby siłownia i po części bieganie, choć w tym konkretnym przypadku należało więcej robić, niż gadać i zarówno Ian, jak i Brant podzielali to zdanie. W końcu przy tym barze, wystrojeni w koszule, przyciągali spojrzenia, a choć w zasadzie dziś zakrywali więcej, niż na co dzień pokazywali w THE GYM, nie można było nie zauważyć, że byli stałymi, a w dodatku zaangażowanym klientami tej siłowni.
      Siłowni, która, jak się okazywało, miała tych klientów całkiem sporo.
      — Nie zakładałem, że przyjdzie aż tyle osób — zauważył, kiedy przestrzeń wokół nich wyraźnie zgęstniała, wypełniając się ludźmi. Zajmowane były kolejne stoliki i loże, także bar przyciągał zainteresowanie, bo praktycznie każdy chciał zamówić coś do picia. Zrobiło się cieplej, ale też nieco duszno, przez co Ian zdecydował się na ściągnięcie marynarki i rzucenie jej na sąsiedni, wolny stołek. Oczywiście, gdyby ktoś zechciał go zająć, przełożył by marynarkę na własne uda, a w ostateczności pewnie odszukałby jakiś wieszak. Chyba widział takowy w pobliżu wejścia.

      IAN HUNT

      Usuń
  32. Mina nie zamierzała iść z Liamem, bo po pierwsze, miała wracać z Brantem i Tate, a po drugie, obiecała Tate, że będzie dzisiaj u nich nocować, co nie byłoby pierwszym razem. Sallow miała tam kilka swoich ubrań, piżamę czy szczoteczkę do zębów, a nawet ulubiony żel pod prysznic. Spała wtedy z Tate w jej łóżku, a podczas tych nocowanek zazwyczaj długo ze sobą rozmawiały i plotkowały. Mina naprawdę to lubiła; te szepty, chichoty i snucie wielkich planów, które czasem były zbyt optymistyczne, ale za marzenia nie karano, więc robiły to dość często.
    Spojrzała w stronę Branta, gdy się wtrącił, mówiąc o rodzinnym transporcie. To powinno załatwić sprawę, ale… tak się nie stało. Liam spróbował zaznaczyć teren, a jej starszy brat uznał, że to dobry moment, żeby przypomnieć chłopakowi, że nie znaczyło nie. Zanim ktokolwiek zareagował, Brant złapał Liama za koszulę i mocno zacisnął pięść. To było tak szybkie, że Mina musiała najpierw przetrawić, co się właśnie stało – czy Liam w ogóle wiedział, że naprzeciwko siebie ma faceta, który zapewne mógłby złamać mu szczękę?
    — Brant… — Mina złapała za jego ramię, nie chcąc, aby doszło do czegokolwiek poważnego, bo była niemal pewna, że jeśli chłopak by się postawił, nie skończyłoby się to dobrze, a po co Dawsonowi były jakieś kłopoty? Myślała więc przede wszystkim o tym, żeby nie brudził sobie rąk.
    Liam uniósł dłonie w obronnym geście, łamiąc się nieco pod naporem słów, które miały w sobie pewną zapowiedź tego, co się stanie, jeśli będzie dalej próbował namawiać Minę, aby ta dała się odprowadzić do domu.
    — Okej, dobra — mruknął chłopak, odsuwając się o kilka kroków. Przyjrzał się też Brantowi, jakby nie do końca rozumiał jego reakcję, ale nie zamierzał tego komentować. Chyba spodziewał się, że ten wieczór skończyłby się wtedy niezbyt miło. Poza tym lepiej było zagadać do Miny, gdy jej brat będzie daleko, najlepiej bardzo daleko.
    — Chodźmy. — Wilhelmina pociągnęła lekko za ramię Branta, a potem objęła Tate, która nie do końca wiedziała, co się stało, zdecydowanie nieco zbyt pijana, choć w ten uroczy sposób, a potem dopytywała, dlaczego atmosfera stała się taka napięta.
    Pożegnanie się z resztą było krótkie, a Mina słyszała tylko, jak Jake pyta Liama, czy ten zwariował. W drodze do domu starała się za bardzo nie myśleć o tej sprzeczce; wiedziała, że Brant był opiekuńczy, tylko że chyba tym razem nie chodziło tylko o troskę. Spojrzała w stronę Dawsona, nagle żałując, że nie może dowiedzieć się, co siedziało w jego głowę. Zaraz potem odwróciła głowę do Tate, która siedziała obok i najwyraźniej zdążyła już przejść z etapu analizowania sytuacji do bardzo poważnego zastanawiania się, czy księżyc zawsze wygląda tak samo. Westchnęła cicho i uśmiechnęła się lekko. Alkohol potrafił czasem skutecznie wyłączyć mózg, ale w przypadku Tate było do gadanie o pierdołach.
    — Zajmę się nią — odezwała się, gdy tylko przekroczyli próg domu, a kiedy Brant skinął głową, Mina pomogła Tate dotrzeć do łazienki. Posadziła ją na zamkniętej desce toalety i pierwsze, co zrobiła, to zmyła jej makijaż. Palmer co chwilę zamykała oczy, a potem otwierała je tylko po to, żeby sprawdzić, czy Mina nadal tam jest.
    — Nie ruszaj się — rzuciła Wilhelmina.
    — Nie ruszam — jęknęła z oburzeniem, choć zdecydowanie się ruszała. Marszczyła nos, przechylała głowę i uśmiechała się.
    Po kilku minutach jej twarz była już czysta i umyta wodą – Mina asekurowała Tate nad umywalką, gdy ta opłukiwała się zimną wodą. Potem pomogła jej przebrać się w piżamę i zaprowadziła do pokoju, który zajmowała, i odchyliła kołdrę, aby ta zajęła łóżko. Tate od razu wtuliła się w poduszkę.
    — Mina? — wymamrotała cicho.
    — Hmm? — Odgarnęła włosy z jej czoła.
    — Nic się nie stało, prawda?
    Mina stanęła obok łóżka i poprawiła kołdrę, aby Tate była dobrze przykryta, a potem rzuciła luźno:
    — Wszyscy żyją. I wszystko jest w porządku, jesteś w domu. Możesz spać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dopiero kiedy upewniła się, że Tate naprawdę zasnęła, wzięła swoją piżamę i zamknęła się w łazience. Zmyła makijaż i weszła pod prysznic, sięgając po swój kokosowy płyn do mycia ciała, ale butelka była prawie pusta. I wiedziała, że to sprawka jej młodszej siostry. Uśmiechnęła się pod nosem z rozbawieniem, potrząsnęła głową i dokończyła prysznic, myjąc też włosy. Przebrała się w piżamę, która składała się ze zwykłych spodenek i przylegającej bluzeczki z koronką przy dekolcie. Opuszczając łazienkę, wzięła ze sobą ręcznik, aby po drodze wysuszyć nim włosy.
      Przechodząc obok pokoju Branta, zwolniła kroku. Drzwi były uchylone, więc zerknęła do środka, chcąc tylko rzucić krótkie „dobranoc”, choć chyba próbowała oszukać samą siebie, myśląc o tym w ten sposób. Weszła do środka bezszelestnie, boso, z jeszcze mokrymi włosami i skórą pachnącą kokosem i żelem, który należał do Branta, bo ten jej już się skończył.
      — Chciałam tylko powiedzieć dobranoc — odezwała się i uśmiechnęła niewinnie. Zrobiła jeszcze kilka kroków, aż dotarła do jego łóżka i przysiadła lekko, wbijając wzrok w ścianę naprzeciwko. — Chcesz porozmawiać o Liamie? — spytała, ostatecznie zerkając w jego stronę z ukosa

      Wilhelmina Sallow 🚿

      Usuń
  33. To, że coś było łatwe nie znaczyło z automatu, że było złe. Tilly co do zasady wolała proste rozwiązania, od męczenia się i użerania z kimkolwiek. Nie wynikało to z desperacji, raczej z braku posiadania chęci do długich podchodów i czarowania drugiej osoby, skoro cel sam w sobie nie był wzniosły. Szukała rozrywki, co prawda dobrej oraz satysfakcjonującej, ale niczego więcej. Od zawiłych i egzystencjalnych problemów oraz rozmów na ich temat byli przyjaciele, w najgorszym razie psycholog, w żadnym wypadku osoba poznana przypadkiem i z którą spędziła upojną noc, nawet jeśli mogła ich powtórzyć parę pod rząd. W to za żadne skarby Stevenson nie chciała się pakować. Dla niej taka sytuacja wiązała się tylko z większą ilością problemów i ograniczeń. A ona nie marzyła o miłości, pragnęła wolności.
    Co prawda, pociągały ją rzeczy w pewien sposób niebezpieczne, sprawiając wrażenie lepszych w takim wydaniu, tak czuła gdzieś głęboko w środku, choć rozum starał się przeczyć tym absurdalnym pomysłom. A jednak po nie sięgała, nie potrafiąc całkiem nad nimi zapanować. Miała swoje potrzeby i zwykłe, ludzkie rządze, które czasem nią kierowały. W końcu była tylko człowiekiem.
    Mimo to od potencjalnego towarzysza nocnych harcy niechętniej dostałaby przy pierwszym spotkaniu wykaz badań o profilu wenerycznym, żeby upewnić się o swoim bezpieczeństwie, niestety nie działało to tak pięknie w rzeczywistości. Musiała zawsze dać komuś pewien kredyt zaufania, nigdy jednak nie bawiła się w seks bez zabezpieczeń, bo to mogło się źle skończyć. Mathilde bała się wszelkiego typu chorób przenoszonych drogą płciową, natomiast mocno wystrzegała się przed jakąkolwiek wpadką w tym temacie. Miała jasno postawione granice, na co się nie zgadza i co jest dopuszczalne, bo były choroby, które przyprawiały ją o ciarki. W takich momentach zawsze stawiała siebie na piedestale potrzeb, zarówno pod względem bezpieczeństwa, jak i zadowolenia z sytuacji.
    — Na przykład… — zastanowiła się dłuższą chwilę uśmiechając się pomału, coraz bardziej zalotnie, a może po prostu powoli coraz bardziej zaczynała ją bawić ta sytuacja, która nie wiadomo w jaką stronę zmierzała. Mattie nie bała się jednak głupich rzeczy, ryzykowania czy ośmieszenia się. Z tego typu sytuacji zawsze łatwo było wyjść obronną ręką. — Najpierw pozwolę Ci poczuć, że jesteś w dobrych rękach… Odwdzięczę się pomału, subtelnie, tak, żebyś chciał jeszcze jednej pomocy z mojej strony, a potem, kto wie, może zrobi się jeszcze przyjemniej… I będę musiała odwdzięczyć się jeszcze raz. — wzruszyła niewinnie ramionami, jakby sugerowane przez nią działania, były zupełnie pozbawionym podtekstów sposobem radzenia sobie z sytuacją wymagającą podziękowania za udzieloną pomoc. Cóż, tego typu zachowanie na pewno mogło by się skończyć happy endem.
    Mathilde przede wszystkim nie była typem desperatki, raczej chłodno ważącej kalkulację osoby, która chciała po prostu zjeść ciastko, nie mylić z jego posiadaniem. Nie interesowały ją związki, głębsze relacje i bawienie się w dom, chciała mieć spokojną głowę i kogoś kto czasem wyrwie ją z wiru codziennego życia w coś bardziej urozmaicającego zmysły. Oczywiście, oczekując przy tym pełnej satysfakcji, w końcu nie oddawała się komuś bezinteresownie. Największy biznes miała w tym celu ona sama.
    — Jesteś bardzo porządny i grzeczny, Brant.
    Skwitowała z uśmiechem po dłuższej chwili ciszy, nie robiąc mu pretensji ani nie przedrzeźniając. Taki się po prostu wydawał, przynajmniej teraz w parku. Czy to przez wzgląd na odgłosy strzałów sprzed kilku minut czy może jej nietrafioną ocenę, której dokonała przy ich drugim spotkaniu dzisiaj. Sprawiał wrażenie zdystansowanego i niechętnego do słownych przepychanek w ramach niezobowiązującego flirtu. Na pewno nie w tempie, które Mattie uznałaby za ciekawe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Dziewczyna musi być z Ciebie bardzo dumna. — skwitowała spokojnie, obserwując go bacznie, tym razem bardziej ciekawa jak zareaguje na jej słowa. Nie miała przecież najmniejszego pojęcia czy kogoś miał, czy jego ostrożność wynikała z czegoś innego, a tym samym sprawdzała na ile jego męskie ego nie pozwoli być stłamszone takimi pomówieniami.
      Była to jednak informacja ważna, poniewaz pewnych granic, nawet ona nigdy nie przekraczała. Nie sięgała po rozwiązania w postaci zajętych mężczyzn, bo nie w jej interesie było zaraz użerać się nie z jednym, a z dwójką ludzi, plus co do zasady nie widziała siebie w roli niszczycielki związków. Ani w przypadku małżeństw, ani wcześniejszych etapów relacji. Przede wszystkim nie chciała ranić kobiety po drugiej stronie historii, której zwyczajnie było jej szkoda, nigdy w drugą stronę. Zdawała sobie jednak sprawę, że puszczalski mąż zrobi to pewnie z kimś innym. Mimo wszystko, to nie ona będzie musiała dźwigać to brzemię. Nie po jej myśli boli komplikowanie sobie życia.
      Przestąpiła z nogi na nogę i z ciekawości przechyliła głowę, niczym pies przyglądający się nowemu osobnikowi na jego drodze z wyraźnym zaciekawieniem, gdy w ich pobliżu pojawiła się dwójka funkcjonariuszy.
      — Czy słyszałam głosy? Znaczy strzały… Tak, a i owszem, mocno wytrąciły mnie z równowagi. Na szczęście kolega Dawson był w pobliżu i poinformował kogo trzeba. — puściła do niego oczko, jednocześnie przyglądając się uważnie i zalotnie obydwu nowo przybyłym policjantom. Przygryzła delikatnie język, niby w geście zapomnienia się w słowach i zabłądzeniu we własnych zeznaniach, ale była szczerze podekscytowana całą tą sytuacją, jakkolwiek mogła przecież przerodzić się w coś niebezpiecznego.
      Noc jednak była jeszcze młoda.
      Wtem, miejski zgiełk, tłumiony otoczeniem parku przeszył odgłos kolejnych wystrzałów, tym razem już nie dwóch, a czterech. Tilly mimowolnie skuliła się w sobie na ich dźwięk, tak niespodziewany i przeszywający. Może jednak nie było to aż tak zabawne jak jej się pierwotnie wydawało. Pomału zaczynała się szczerze niepokoić.
      Zwłaszcza, że robiło się coraz ciemniej i chłodniej, w związku z czym jeszcze trochę, a zapewne zacznie trząść się jak osika na wietrze w swoich sportowych, krótkich ciuchach. Wypadałoby pomyśleć nad schronieniem, nie wspominając o prysznicu.

      Mathilde Stevenson

      Usuń
  34. Wiedziała, że pytanie o Liama było nieco ryzykowne i z całą pewnością istniały teraz o wiele ciekawsze tematy, jednak chciała się upewnić, że wszystko w porządku. I nie chodziło o to, że wątpiła, że Brant umiał sobie poradzić sobie z emocjami, a o to, że po prostu się martwiła. Ot, zwykła, ludzka troska – zresztą zawsze mimowolnie to robiła. Troszczyła się zarówno o niego, jak i Tate, czasem podrzucając gotowy obiad, aby móc zjeść wspólnie, gdy wiedziała, że oboje są w domu, a w okresie jesienno-zimowym dbała o to, żeby żadne nie wydmuchało sobie mózgu przez katar. Robiła wtedy pikantną, rozgrzewającą zupę i syrop z cebuli, który śmierdział w całym domu, ale potrafił zdziałać cuda. Nie potrzebowała do tego jakiegoś specjalnego powodu – po prostu to robiła. Tym razem też tak było i wcale nie chodziło o Liama.
    Podążyła za męską sylwetką wzrokiem, gdy Brant wstał i zamknął drzwi. Dopiero wtedy pozwoliła sobie spojrzeć w jego stronę bez udawania, że interesuje ją powiedzenie mu grzecznego dobranoc. Brant był wysportowany. Nie w ten przesadnie napompowany sposób, który sugerowałby, że całe jego życie kręciło się wokół ciężarów, ale wystarczająco, żeby każdy ruch zdradzał wypracowaną sylwetkę. Szerokie ramiona, mocne plecy, wyraźnie zarysowana klatka piersiowa i brzuch. Mina przesunęła spojrzeniem po jego torsie, nie czując, że robiła coś złego, choć jej zdrowy rozsądek próbował jej przypomnieć, że powinna gapić się nieco mniej.
    Podniosła wzrok do jego twarzy, kiedy do niej podszedł i położył dłonie po obu stronach jej bioder. Nie spodziewała się, że znajdzie się tak blisko, ale wcale jej to nie przeszkadzało. Czuła zapach jego żelu pod prysznic, którym teraz też pachniała. Przechyliła lekko głowę, przesuwając spojrzeniem po jego czole, nosie i ustach, korzystając z okazji, że nie było tutaj nikogo, kto mógłby to odnotować, oprócz Branta.
    — Nie — odpowiedziała niemal od razu, czując jego wzrok przy sobie. Nie odsunęła się ani nie zrobiła nic, aby się zdystansować. Przez chwilę milczała, posyłając mu rozbawione spojrzenie. Oczywiście, że musiał znaleźć sposób, żeby odwrócić sytuację i zasugerować, że przejmuje się Liamem, choć dobrze wiedział, że wcale tak nie było.
    — Po prostu chciałam sprawdzić, czy następnym razem, jak go spotkasz, nie wlepisz mu mandatu za to, że za głośno oddycha. — Uśmiechnęła się pod nosem i wyciągnęła rękę, aby dotknąć chłodnymi palcami męskiego policzka. Zawsze miała zimne dłonie. — I to nie tak, żebym się tym przejęła.
    Liam nie był facetem, który w jakikolwiek sposób zawrócił jej w głowie. Był sympatyczny, całkiem przystojny i zdecydowanie potrafił pięknie mówić. Taniec był przyjemny, jego flirt nawet zabawny, jednak nie czuła tego charakterystycznego napięcia, które pojawiało się przy kimś, kto naprawdę ją interesował, a już z pewnością nie tego, które czuła teraz. Jej palce nadal spoczywały przy policzku Branta, a Mina nagle uświadomiła sobie, że właśnie porównuje obu mężczyzn. I wynik tego porównania był niemal irytująco oczywisty. 1:0 dla Dawsona. Nie chodziło nawet o wygląd, choć i tutaj Brant zdecydowanie nie miał powodów do kompleksów, a o coś znacznie bardziej problematycznego. Znała jego głos, sposób, w który się śmiał, jego poczucie humoru, drobne przyzwyczajenia i te wszystkie szczegóły, które przez lata zdążyły stać się jej dziwnie bliskie. Wiedziała, kiedy naprawdę coś go bawiło, a kiedy tylko udawał rozbawienie. Wiedziała, gdy był zmęczony, nawet jeśli twierdził, że wszystko jest w porządku. Wiedziała też, jak wyglądał chwilę po prysznicu, co tak właściwie było wiedzą absolutnie zbędną, a mimo to wyjątkowo przyjemną.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Opuściła dłoń z jego policzka do czerwonego śladu, który zostawiła mu przy obojczyku. Przesunęła po nim opuszkami, jakby chciała sprawdzić, czy rzeczywiście nadal tam był. Był. Wyraźny i zdecydowanie zbyt łatwy do zauważenia, jeśli tylko ktoś wiedział, gdzie patrzeć. Nie czuła wyrzutów sumienia, że to zrobiła; właściwie miała z tego małą satysfakcję.
      — Wspomniałeś, że jesteś przekonany o tym, że jest wiele ciekawszych tematów do poruszenia — odezwała się, spoglądając Brantowi w oczy. Jej ręka podążyła do jego karku, a chwilę później dołączyła do niej druga; Mina objęła jego szyję, kciukami drażniąco przesuwając po linii włosów — Więc może rzeczywiście powinniśmy porozmawiać o czymś… innym — dodała ciszej i wyciągnęła się tak, aby trącić nosem jego nos.

      Wilhelmina Sallow 😏

      Usuń
  35. Oboje wykonywali zawody społecznie ważne, cieszące się dużym zaufaniem i poważaniem, co nie znaczyło, że którekolwiek z nich musiało prowadzić się nieskazitelnie po godzinach pracy. Tilly była zdania, że będąc poza budynkiem szpitala odzyskiwała zupełnie anonimowe życie, z którym mogła robić co jej się żywnie podobało i nikt nie powinien wsadzać do tego swojego nosa. Tak samo Dawson miał prawo do tego by czas po służbie przeznaczać na rzeczy, które jego interesowały. Cokolwiek by to było, choć nie brzmiało jakby faktycznie mieściły się tutaj kajdanki i podporządkowanie drugiej osoby. Co tym bardziej budziło ciekawość w kontekście, jakim był mężczyzną pod fasadą porządnego i odpowiedzialnego funkcjonariusza, z czego ewidentnie był dumny.
    Musiał jej jednak wybaczyć, ale aż prosił się o to, by mogła go testować i badać granice. Choć sam dawał zdawkowe odpowiedzi, czasami w sposób pełen rezerwy, czasami odrobinę bardziej figlarny, to ciekawie było go odkrywać warstwa po warstwie, właśnie w ten sposób. Być może nie dowiedziała się o nim niczego konkretnego, ale podobał jej się ten styl bycia, którym emanował. Czuła się przy nim bezpiecznie, tak jakby mogła się między nimi nawiązać nić większego zrozumienia, w kontekście podejścia do wielu życiowych aspektów. To dawało Tilly jakieś poczucie spokoju, pewność że Dawson nie wyskoczy z żadnym głupim pomysłem, że mimo tych wszystkich prób i sztuczek z jej strony, dalej ją szanuje. To było ważne. Nawet jeśli chwilowe próby podrywania Branta miały zejść na dalszy plan. Przynajmniej tymczasowo, w tej wyjątkowej sytuacji, gdy znaleźli się w pośrednim niebezpieczeństwie.
    Nie ręczyła jednak za siebie w kontekście dalszej ich znajomości i tego wieczoru. Wiele zależało tutaj od niego.
    Pewnie gdyby wiedziała więcej o jego wcale nie tak nieskazitelnej przeszłości byłaby nim podwójnie zainteresowana. Niegrzeczni chłopcy niezdrowo ją podniecali. Może dlatego, że życie zawsze miała tak nieskazitelnie poprawne. A może to był jakiś jej defekt. Miała niestety ten niezdrowy nawyk wypakowywania się w przelotne znajomości z podejrzanymi osobnikami. Czy wynikało to z potrzeby mocnych wrażeń, czy było po prostu czymś nowym i nieznanym, trudno było stwierdzić. Lubiła jednak tego typu relacje. Proste, dynamiczne, pełne ostrego seksu i kończące się dość szybko. Wiązały się z pewnego rodzaju ryzykiem i stąpaniem po niepewnym gruncie. Strasznie to jednak było kuszące.
    Oczywiście, że niewiele o niej wiedział, ale czy w zasadzie musiał? Czy nie było czegoś pociągającego w pewnej nieświadomości i byciu tylko przelotną znajomością? Mathilde nie miałaby problemu z tym by kiedyś wpadli na siebie ponownie. Przecież nie odmówiła by mu pomocy w warunkach szpitalnych. Z resztą czemu niby miała? Traktowałaby go zawsze przyjaźnie, w końcu niczym jej w życiu nie zaszkodził, a nie zanosiło się na to żeby miał. Zdecydowanie mógł być bardzo miłym, życiowym wspomnieniem.
    Jasne, mogła mu zaproponować coś konkretnego, nawet to rozważała, ale nie wyczuła od niego realnej chęci usłyszenia pruderyjnej formy odwdzięczania się. Gdyby była pewna, że może sobie na to pozwolić, pewnie sypnęłaby kilkoma propozycjami, gdzie i jak mogłaby się mu odwdzięczyć. Albo raczej, jak mógłby ją wziąć z największą przyjemnością. Kto pierwszy padłby na kolana?
    Uśmiechnęła się z satysfakcją, gdy z jego ust padły mocne, beznamiętne słowa. Zbyt łatwo było go podejść. Doskonale wyczuła sarkazm w tej wypowiedzi, ale nie chciała dawać mu od razu satysfakcji z tego tytułu. Co nieco wolała zachować dla siebie.
    Czy był już na nią zły w tym momencie?
    — Czyli słowem szczęściara. — skwitowała wypowiedź Branta na temat dziewczyny, która była aż nadto szczegółowa i konkretna, by mogła w nią uwierzyć. Zabawne było jednak, że nie pominął żadnego elementu z ich dzisiejszych przekomarzanek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Zazdroszczę. — dodała ciszej i z uśmiechem, najchętniej by go pewnie jeszcze poklepała po ramieniu, w końcu kto by nie chciał takiej dziewczyny; ale ostatecznie skończyło się na potulnym skinieniu głową i podążaniu wraz z nim oraz Kodą w kierunku stadionu.
      — Myślisz, że długo to potrwa? — zapytała go już zwyczajnie, z zainteresowaniem rozglądając się po pomieszczeniu do, którego weszli, żeby się schować. Wnęka pod trybunami nie była specjalnie ciekawym miejscem, w dodatku dość chłodnym, co skłoniło Tilly do objęcia się za ramiona i żywszego marszu wzdłuż betonowej konstrukcji. Zdecydowanie wolała być tutaj niż być teraz zmuszoną do biegu do domu.
      — Nigdy nie byłam w takim miejscu. — przyznała całkiem szczerze, po obejściu fragmentu przestrzeni, by stanąć bliżej Branta i jego pupila. Uśmiechnęła się ciepło do Kody, a następnie spojrzała na Dawsona. — A Ty, Brant? Często się chowasz pod trybunami? — zagadnęła zaczepnie.
      Po chwili namysłu wpadła jednak na pewien pomysł.
      — Myślisz, że jest tu jakaś szatnia do której moglibyśmy się włamać? — zagadnęła. Być może głupio było pytać funkcjonariusza bezpośrednio o łamanie prawa, ale w tej chwili zupełnie o tym nie myślała, traktując go jak zwykłego człowieka, który też mógł lubić trochę nabroić, jak i ona. Ostatecznie skorzystanie z szatni, poza nabiciem potencjalnych rachunków dla przestrzeni użytku publicznego, nie wiązało się z bardzo groźnym wykroczeniem. A Tilly wiele by teraz dała za szybki, ciepły prysznic i możliwość skorzystania z toalety. Chyba, że istniały alternatywne sposoby podgrzania atmosfery w pomieszczeniu.

      Mathilde Stevenson

      Usuń
  36. Mina nie do końca wiedziała, kto to wszystko zaczął, ale zanim się obejrzała, zaczęła czuć się w tej relacji dość swobodnie, a potem przyszła cała reszta. To kuszenie i przeciąganie liny do tej pory opierało się raczej o pewne granice; nigdy do niczego wielkiego nie doszło, bo wtedy skomplikowałoby się kilka rzeczy. Tate zapewne nie byłaby zbyt zadowolona, szczególnie że stałoby się to za jej plecami i być może czułaby się nawet zraniona, że została wykluczona z tego chaosu, ale Mina nie miała pojęcia, co to wszystko właściwie oznaczało. Brant był jej rodziną i trzymała się tego, wiedząc, że ta więź jest po prostu silna, bo nie dało się z tego wypisać albo zupełnie odciąć. I to było jednocześnie najlepsze, bo wiedziała, że Dawson nie chciał jej skrzywdzić, i najgorsze, bo gdyby coś się za bardzo skomplikowało, raczej trudno by było się nie spotykać czy nawet siebie unikać. Ostatecznie wszystko zależało od tego, czy chcieliby coś z tym robić. Mina nie była dziewczyną, która sypiała z facetami ot tak, nawet jeśli czasem po prostu brakowało jej seksu. Lubiła mieć poczucie, że to wszystko to nie jest jakiś mechaniczny akt, po którym wstydziłaby się spojrzeć w lustro. Nie zniosłaby też tego, gdyby ktoś miał ją za łatwą, dlatego swoje relacje z facetami budowała raczej wolno, ale dbała o jakieś fundamenty, żeby czuć, że naprawdę chce iść z kimś do łóżka, a nie ulegać presji.
    — Mhm. To przez Tate, najwyraźniej polubiła się z moim żelem — odparła, uśmiechając się lekko. Nie zrobiła tego specjalnie, choć jej też nie przeszkadzało, że pachniała nim. Spojrzała w dół, gdy przeniósł swoje ręce i dotknął jej ud, a potem je rozsunął i wsunął między nie swoje udo. Zanim się spostrzegła, jej plecy dotknęły materaca, a dłonie Branta oparły się po jej bokach. Przez krótką chwilę po prostu obserwowała jego twarz, jakby jej mózg potrzebował dodatkowych kilku sekund, żeby nadążyć za tym, co właśnie się wydarzyło. Jej serce przyspieszyło, a ciepło rozlało się po jej ciele znacznie szybciej niż powinno. To zdecydowanie nie był już temat niewinnej rozmowy. Czuła, że Brant odebrał jej możliwość odsunięcia się, gdy zbliżył się do niej jeszcze bardziej – miała wrażenie, że jego skóra bucha żarem, które dotyka jej policzków, a te delikatnie się zaczerwieniły. Wciągnęła gwałtownie powietrze, kiedy jego usta dotknęły jej szyi. Przez chwilę patrzyła w jego stronę bez słowa, próbując nie odpłynąć, gdy zaczął pieścić jej skórę. Nie miała pojęcia, jakim cudem trafił idealnie w czuły punkt, ale jej ciało kompletnie to zdradziło; pojawiła się gęsia skórka, a gdyby Brant zerknął teraz w dół, dostrzegłby zarys jej sutków.
    — Zaskoczyć cię? — powtórzyła cicho i mimowolnie przechyliła lekko głowę, aby miał lepszy dostęp do jej szyi. Była jak kot, który ustawiał się odpowiednio, aby człowiek drapał dokładnie tam, gdzie lubił najbardziej. Spojrzała mu w oczy, łapiąc głębszy oddech przez lekko rozchylone usta, a potem, zamiast cokolwiek powiedzieć, wysunęła dłoń i ujęła jego podbródek. Jej kciuk przesunął się wolno po jego dolnej wardze. Przez moment trzymała tam palec, przyglądając się twarzy Dawsona z uważnością niemal taką samą, z jaką zwykle przyglądała się dowodom, które badała i opisywała, tyle że tym razem nie szukała śladów przestępstwa. Chyba że przestępstwem można było nazwać całą tę sytuację, w której się właśnie znalazła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Myślałam, że ta noc już jest dobra — wytknęła, sunąc wzrokiem po jego twarzy. — Ale najwyraźniej nie tak dobra, jak chciałby Brant Dawson… — Uśmiechnęła się do niego zaczepnie, mocniej dociskając kciuk do jego ust, poznając fakturę warg, które były teraz tak kusząco blisko niej. Cofnęła jednak dłoń, a potem wyciągnęła szyję tak, aby móc szepnąć do jego ucha: — Pocałuj mnie w końcu.
      Odchyliła głowę tylko nieznacznie, żeby sprawdzić jego reakcję. Przez chwilę obserwowała jego twarz, wiedząc, że miała przed sobą człowieka, którego znała od lat, a który wciąż potrafił wybić ją z rytmu jednym spojrzeniem. I właśnie dlatego postanowiła zostawić mu wybór. Jej dłoń delikatnie oparła się o jego ramię, ale Mina nie przyciągnęła go do siebie. Cała jej praca nauczyła ją, że najważniejsze w dobrej analizie było oddzielenie obserwacji od założeń. I to nie tak, że się wycofała – powiedziała coś, czego naprawdę chciała, ale to jej chciejstwo nie było żądaniem ani oczekiwaniem. Było jedynie informacją, którą właśnie mu przekazała. Reszta należała do niego. Jej kciuk przesunął się leniwie po jego ramieniu, a spojrzenie pozostało utkwione w jego oczach.

      Wilhelmina Sallow 🔥👄

      Usuń
  37. Mogła się spodziewać, że Brant złapie ją za słówko i wytknie jej niedoprecyzowanie. Pocałuj mnie w końcu było dość obszerne i mógł docisnąć usta gdziekolwiek – chciała jednak, żeby miał wybór, bo może i ta relacja wydawała się intensywna, może momentami Mina nie nadążała za tym, jak szybko przesuwały się między granice, to zawsze istniała szansa, że któreś powie stop, cofając się w stronę zdrowego rozsądku, choć była niemal pewna, że w tym momencie nie było w ogóle takiej opcji.
    Sapnęła cicho, gdy jednym zdecydowanym ruchem przerzucił ją bliżej środka łóżka, jakby nic nie ważyła. Zerknęła w jego stronę i zanim odzyskała oddech, jej ręce zostały uziemione. Zadrżała mimowolnie. Przez krótką chwilę po prostu patrzyła w jego stronę spod przymrużonych powiek – długie rzęsy łaskotały nieco jej skórę i rzucały cień po policzkach, podkreślając tylko to, jak cudownie były teraz zaczerwienione. Czuła, jak jej przez jej ciało przemknął kolejny dreszcz, schodząc w dół i zmieniając się w przyjemne pulsowanie, które sprawiało, że Minie coraz trudniej było ignorować własne podniecenie. Wzięła głębszy oddech, patrząc Brantowi prosto w oczy. Jeszcze przed momentem to ona rozdawała karty, świadomie zostawiając mu wybór, mówiąc, żeby ją pocałował, a teraz to Dawson miał całkowitą kontrolę i… cholernie jej się to podobało.
    Przygryzła lekko dolną wargę, patrząc, jak pochylił twarz w stronę jej dekoltu. Najpierw poczuła jego gorący oddech, który jeszcze dodatkowo podrażnił delikatną skórę, a jej ciało znów ją zdradziło, stając się bardziej rozgrzane. Mina wiedziała, że nie będzie w stanie nad tym zapanować; była zbyt wrażliwa, a poza tym wcale nie chciała walczyć z własną reakcją, bo jeśli Brant miał kiedykolwiek zobaczyć, jak bardzo pragnęła, żeby zniknęły wszystkie granice, to właśnie teraz. Nie było też nikogo, kto mógłby dostrzec, jak bardzo zaczynała robić się dla niego mokra.
    Wstrzymała oddech, czując, jak jego usta dociskają się do jej sutka, a potem pojawiły się zęby. Mina wydała z siebie ciche jęknięcie i poruszyła nieco rękoma pod naciskiem palców Branta, choć nie dlatego, że chciała się wyrwać i uciec, zrobiła to zupełnie mimowolnie, jakby szukała jakiegoś dodatkowego oparcia. Czuła gorąco rozlewające się po skórze i przyjemne mrowienie w miejscu, w którym przed chwilą były jego zęby. Przełknęła ślinę, próbując złapać spokojniejszy oddech. Bezskutecznie.
    Mogłaby poprosić, aby pocałował ją w usta, że naprawdę tego chciała, ale przypomniała sobie, że Brant mówił wcześniej o tym, żeby go zaskoczyła. Nie była pewna, czy jest w stanie to zrobić, ale dmuchnęła sobie w twarz, by odgarnąć z policzków zawieruszone włosy, i złapała jego spojrzenie w swoje oczy. Te jego były intensywne, ciemne i miały w sobie przyciąganie dwóch wielkich czarnych dziur. Czuła, że wystarczyłoby zrobić jeszcze jeden krok, żeby przekroczyć tę niewidzialną granicę, ten własny horyzont zdarzeń, zza którego nie byłoby już odwrotu.
    Uniosła wolno nogę, przesuwając kolano po jego boku, aż znalazła wygodniejszą pozycję. Wiedziała, że nie byłaby w stanie teraz objąć Branta udami, bo ten trzymał ją mocno, a poza tym zdominował ją totalnie – był wielkim facetem, a już z pewnością wydawał się olbrzymem przy jej metrze pięćdziesięciu dziewięciu. Jego ciało zasłaniało jej niemal całe pole widzenia, ale to akurat wcale jej nie przeszkadzało. Było jej dobrze, tu chciała być, ale wiedziała, że może być jeszcze lepiej, że to tylko wstęp.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Brant… — wymamrotała jego imię, przełykając ślinę i przechylając głowę w bok. Miała lekko rozchylone usta, czerwień przy policzkach i przez chwilę wahała się, czy powinna to powiedzieć. Zaskocz mnie, Wilhelmino. Przygryzła dolną wargę tak, aby to dostrzegł, a potem zwilżyła ją językiem. — Zrób mi dobrze ustami — poprosiła nieco już drżącym głosem, formułując konkretne pragnienie i czując gwałtowny dreszcz wzdłuż kręgosłupa, gdy powiedziała to głośno. Doskonale umiała sobie wyobrazić moment, w którym użyłby języka, aby dać jej orgazm, a ona mogłaby się temu przyglądać i dojść od samego patrzenia. Brant Dawson między jej udami i jego silne palce przy jej jasnej, piegowatej skórze? Ile razy wyobrażała sobie właśnie to? Była cholernie niepoprawna, bezkarnie myśląc o tym, gdy był zbyt blisko, ale do tej pory nie miała okazji, by spełnić tę małą fantazję. Wiedziała jednak, że tego chciała, że była mokra i jeśli Brant jej tam nie dotknie, chyba oszaleje. Potrzebowała czegoś więcej – chciała, aby miał świadomość, co z nią robił, jak jej ciało uginało się pod jego ustami, bliskością i ciepłem. Mina przestała myśleć o granicach, o byciu siostrą, o Tate, rodzinie czy o tym, że była poważną prawie panią doktor. Teraz chciała tylko poczuć język i usta Brana, a potem i jego w sobie, aż do samego końca, aż zgarnie dla siebie wszystko, nie zostawiając niczego i nie biorąc żadnych jeńców.

      Wilhelmina Sallow 😈😈😈

      Usuń
  38. Brant mógł chłodno ważyć kalkulację i cenę swojej osoby, tudzież ocenę strat i zysków z potencjalnej znajomości, podczas gdy Tilly szła na żywioł i korzystała z okazji jaka się natrafiała, chwytając los za nogi. Czy miała plan? Absolutnie nie. Nie miała jednak również oczekiwań, więc tak długo, jak było przyjemnie i bezpiecznie, uważała dyskusje za wartą swojej uwagi i zainteresowania. Poza tym lubiła się bawić, a dzisiaj zdecydowanie chciała się odstresować. Z nim czas mijał jej naprawdę dobrze, czy tego chciał, czy nie.
    Gdyby wiedziała, co się w nim kryje, najpewniej pokiwałaby ze zrozumiem głową, odnajdując w jego rezerwie niejako siebie, chociaż oczywiście nie miała zakorzenionych w sobie żadnych ciężkich doświadczeń. Nie ścigały ją demony przeszłości, raczej pragmatyczne, może nawet egoistyczne podejście do życia, co swoją drogą uznawała za prawo każdego człowieka. Dlatego żadne z nich nie musiało się nikomu tłumaczyć z własnych potrzeb i pomysłów na siebie. A życie w pojedynkę też potrafiło być przyjemne.
    Pytanie zatem, czy istniała jakakolwiek szczęściara, skoro Dawson ewidentnie nie kwapił się do dłuższych relacji. A skoro coś go przed nimi wstrzymywało, to czy potrafiłby komuś przychylić nieba? Tak naprawdę i tak jak dana osoba by tego potrzebowała, jeśli sam miał z czym walczyć? Czasami życie w pojedynkę było bezpieczniejsze i na pewno mniej raniące dla innych. Stevenson nawet się nie łudziła, że miłość i związek wchodzi w rachubę na jakimś etapie jej życia, prędzej kupiłaby sobie kota. Wciąż sporo problemów, ale mniej niż w relacji.
    Wierząc jakkolwiek w wyjątkowość uczuć, w tym przede wszystkim miłość, nie należało jednak się łudzić, że ona sama jest rozwiązaniem wszelkich problemów. Mając po trzydzieści lat na karku, raczej oboje zdawali sobie sprawę z faktu, że to czas, praca nad sobą i swoimi emocjami, niewykluczone zatem że i terapia, leczyły głęboko ukryte rany. Czasami robili to też przypadkowo spotkani ludzie.
    — Nie będziemy tu siedzieć pięciu godzin, wykluczone. — pokręciła głową, nie dopuszczając do siebie takiego scenariusza. Zrobiła kółko po pustej przestrzeni ukrytej pod trybunami, by finalnie stanąć przy drzwiach i ostrożnie przez nie wyjrzeć, tylko na krótką chwilę. Park w którym się spotkali wyludnił się do nienaturalnego stanu, na co tym dziwniej było patrzeć, gdy wieczorową porą nie było w nim widać żywej duszy. Wychodzenie z pomieszczenia celem poszukiwania szatni wydawało się zatem mało odpowiedzialne, choć jeśli faktycznie będą musieli tu spędzić kilka godzin, niestety w jej przypadku było nieuniknione. Może i pracowała w stresujących warunkach, ale nie potrafiła wstrzymywać potrzeb fizjologicznych w nieskończoność. Pod tym względem Dawson miał o wiele łatwiejszą sytuację.
    Myśl jednak o tym, że mogłaby się przy nim rozebrać i wejść pod prysznic była w jakiś sposób pociągająca. Czy wtedy też byłyby niezainteresowany?
    — Miejmy nadzieję, że to będzie tylko pół godziny… — westchnęła, a następnie znowu nerwowo zaczęła bawić się dolną wargą przygryzając ją naprzemiennie raz z jednej, raz z drugiej strony. — A potem sprawdzę czy szatnia nie jest otwarta.
    Na jego sugestie o sprawdzaniu drzwi, czy przypadkiem nie będą otwarte, jedyne jak mogła zareagować to przewrócić oczami. I gdyby tylko był to słyszalny gest, rozniósłby się echem po całej przestrzeni ukrytej pod trybunami. Za kogo niby ją miał? Po co się włamywać gdzieś, gdzie droga jest otwarta, a wręcz zapraszająca do środka? Nie była tak napalona na łamanie prawa, by utrudniać sobie życie.
    — Dobrze jednak żeby ktoś mnie osłaniał, chyba, że się boisz?
    Skoro nie chciał robić głupot w obawie przed kamerami i czując się na tyle odpowiedzialnym profesjonalistą, Tilly mogła posunąć się tylko do tak niskich lotów argumentów, jak męski strach, który godził co do zasady okrutnie w męskie ego. Było to może bardzo banalne zagranie, ale na poziomie włamywania się przez otwarte drzwi, więc chyba byli kwita.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mathilde ściągnęła z siebie koszulkę, zostając tylko w staniku sportowym i szortach, a następnie usiadła na niej po turecku. Nie będzie w końcu siadać na ziemnej nawierzchni bezpośrednio, nie chcialaby nabawić się problemów z pęcherzem, bo tylko tego w całym tym dziwnym obrazku do szczęścia jej brakowało. Korzystając z okazji, że Koda kręci się po pomieszczeniu, wykorzystała moment gdy był najbliżej niej i obdarowała go szczodrą gamą słodkich pieszczot.
      — Ok, a więc ciemne, zimne, schowane i nietypowe pomieszczenia to twój kink. Zapamiętam. — uśmiechnęła się figlarnie do Branta. Niech nie myśli, że o tym zapomni. Wyciągnie to w którymś momencie, tak jak on kwestę kajdanek i grzecznie podporządkowanej dziewczyny. A kto wie, może rzeczona ciemna i skryta kitka znajdzie się jeszcze na trasie ich wieczornego spaceru, kiedy w końcu stąd wyjdą?
      Gdyby zapytał ją o jej własne guilty pleasure, najpewniej odpowiedziałaby mu, że to cała rozmowa z nim. To spotkanie i droczenie się od kiedy tylko rozpoznał ją biegająca po parku dawało jej wiele frajdy i bardzo jej się podobało. Choć póki co, wydawało się że była jedyną osobą z ich dwójki, która czerpie z tego taką satysfakcję.
      — Uh, skoro mamy tu już trochę czasu spędzić, to spędźmy go jakoś kreatywnie. Pokażesz mi swoją bliznę? — wskazała brodą w kierunku jego uda, skąd spod materiału spodenek i owłosionej kończyny dolnej mogła zobaczyć jedynie skrawek linii, która była jego pamiątką po sławetnym postrzale. Pamiętając jednak ich rozmowę na oddziale ratunkowym, wiedziała, że blizna musi być o wiele dłuższa. A poniewaz mieli teraz chwilę, perfidnie chciała ją wykorzystać i zaspokoić swój głód ciekawości. Poza tym, skoro ona częściowo się rozebrała, nic nie stało na przeszkodzie, żeby i on pokazał trochę więcej swojego ciała. Tak było zawsze ciekawiej.
      — Jak myślisz, jak szybko dałbyś radę mnie obezwładnić? — zadała zaraz drugie pytanie, ponownie próbując wciągnąć go w grę, tym razem być może już z pokazywaniem, w formie bardziej fizycznej, zmuszającą do bezpośredniego kontaktu.

      Mathilde Stevenson

      Usuń
  39. Ian miał do swojego dzieciństwa ambiwalentny stosunek, a jedyną żywą emocją powiązaną z tamtym okresem jego życia był żal żywiony wobec Louisa. Żal, którego Ian obawiał się porzucić, jakoby dziś, w dorosłym życiu była to jedyna rzecz, która z Louisem go łączyła. Nie była to jednak konkluzja, do której mógłby dojść sam. Pozostawała raczej taką, którą mógłby wskazać mu odpowiedni specjalista, a do takowego Hunt nie planował się wybrać. Ian nie negował tego, że z powodu wychowania przez dwójkę ćpunów, którzy bardziej interesowali się tym, by mieć co wziąć, niż własnymi, spłodzonymi mimochodem dziećmi, posiadał pewne rażące braki tak w osobowości, jak i w umiejętnościach społecznych, ale nigdy nie stanowiło to dla niego problemu, który mógłby zechcieć rozwiązać. Pozostawał w tym wyjątkowo samoświadomy i o ile mógł mieć sobie wiele do zarzucenia, zazwyczaj tego nie robił.
    Jego pogląd w tej kwestii zaczął się zmieniać, odkąd poznał Debbie. Mógł obserwować, że relacja z nim była dla niej trudna, bynajmniej nie dlatego, że Ian był dilerem, choć to przecież nie pozostawało bez znaczenia. Oprócz tego jednakże Ian najczęściej nie komunikował tego, co myślał i nie dzielił się tym, co czuł, ponieważ w zasadzie czuł niewiele, a kiedy już zdarzało mu się czuć więcej, najczęściej tego nie rozumiał, by następnie niezrozumienie przekuć w złość, ponieważ to było proste. Na co dzień jednak pozostawał spokojnym człowiekiem i niektórych ten jego spokój potrafił wkurwiać.
    I o ile w relacji Debbie starał się, aby koncertowo tego nie spierdolić, ponieważ kochał Debbie i zależało mu na niej, o tyle w większości przypadków po prostu się nie przejmował. Miał jeszcze kilka wyjątków od tej reguły i jednym na swój sposób był Louis, a drugim Zane, ale ten ostatni zachowywał się jak nie do końca normalna ex, odkąd dowiedział się, że Ian jest z Debbie i że chce przestać handlować.
    Tym razem to Ian pokiwał głową, uśmiechając się przy tym lekko, ale zaraz skrył ten uśmiech za szyjką butelki piwa, którą przytknął do ust. Lubił, a wręcz uwielbiał jeździć samochodem i nie bez powodu był kierowcą Ubera, to właśnie to zajęcie wybierając jako przykrywkę dla swojej prawdziwej działalności. W posiadaniu Cadillaca był dopiero od kilku lat, wcześniej rozbijał się przypadkowymi gruchotami, bo przecież nie od razu było go stać na takie cacko. Kiedy zaczynał, musiał stawać na głowie, żeby sprzedać wszystko, co miał do sprzedania Marcus i jeszcze mieć z tego coś dla siebie. Po ośmiu latach w branży nic podobnego nie spędzało mu snu z powiek. W zasadzie, Ian sypiał bardzo dobrze, zdecydowanie lepiej, niż przeciętny, ustatkowany Smith, który w przeciwieństwie do Hunta raczej nie martwił się tym, że z dnia na dzień może okazać się, że spędzi kilka lub kilkanaście najbliższych lat w więzieniu. Nie, żeby Ian się tym przejmował.
    — Może — zgodził się, odruchowo rozglądając się po wnętrzu. — Ale trzeba też przyznać, że Garett robi dobrą robotę.
    Ian przepadał za tym gościem. Nie byli w zażyłych stosunkach, bo Ian z mało kim był w zażyłych stosunkach, ale nie mógł powiedzieć o Garecie złego słowa. Właściciel THE GYM każdego witał uśmiechem, dla każdego miał dobre słowo, każdemu był gotów pomóc, a przy tym pozostawał zupełnie zwyczajnym gościem. Był tak bardzo w porządku, jak tylko było to możliwe, a przy tym świecił przykładem. Był lekko po czterdziestce, ale formy i przerzucanych ciężarów mógł mu pozazdrościć niejeden dwudziestolatek.
    Dlatego Ian uśmiechnął się, kiedy Garett wyszedł na środek. Do tej pory siedział zwrócony bokiem do baru, a przodem do Branta, ale teraz obrócił się jeszcze bardziej i podparł łokciem o kontuar za sobą tak, by mieć dobry widok na Garetta i nie przegapić nic z tego małego widowiska.
    — Słuchajcie — zaczął Garett, kiedy na Sali trochę przycichło. — Chciałbym coś powiedzieć.
    — Byle nie za długo! — krzyknął ktoś z tłumu, co spotkało się z cichymi śmiechami, w tym samego Garetta.
    — Nie, spokojnie. Dobrze wiecie, że słaby ze mnie mówca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tym sposobem zupełnie spontaniczna mowa właściciela THE GYM trwała niecałe pięć minut. Ian wiedział, bo pozwolił sobie zerknąć na zegarek. Garett opowiedział krótko o tym, jak to wszystko się zaczęło, że cieszy się, że siłownia funkcjonuje już tak długo i że to oczywiście zasługa jej klientów. Mniej więcej w tym momencie to Barbara przejęła pałeczkę, bezczelnie, acz z charakterystycznym dla niej urokiem wychodząc przed męża, by zmienić jego narrację. Teraz to Garett był chwalony i to Garettowi dziękowano, ktoś nawet postarał się o kwiaty, a bukiet był tak duży, że nie stracił na wielkości nawet w kontraście z sylwetką tak rosłego faceta, jak Garett. Uhonorowany, raz jeszcze podziękował za tych dziesięć wspólnych lat, bo to właśnie z okazji dziesięciolecia istnienia THE GYM została zorganizowana impreza, po czym zachęcił gości do picia i jedzenia, bo jak zapowiedział, niedługo miały pojawić się jeszcze przekąski, co przyjęto z powszechnym entuzjazmem.
      — No ładnie — skomentował Ian, kiedy pomieszczenie ponownie wypełnił gwar rozmów. — Fajnie, że pośród sieciówek są jeszcze takie perełki. — Okręcił się na stołku, żeby przyjąć wcześniejszą pozycję, kiedy w oczy rzucił mu się Jason. Stał po ich prawej, za zakrętem kontuaru, nonszalancko o niego oparty i bajerował zwróconą do nich tyłem Karlę.
      — Myślisz, że coś z tego będzie? — spytał, nachylając się nieco ku Brantowi, podczas gdy oszczędnym ruchem dyskretnie wskazał szyjką butelki na rozmawiającą parę. Ciężko było mu ocenić, jaki Karla miała stosunek do Jasona. Kiedy miał okazję obserwować ich na siłowni, kobieta wydawała się być zaangażowana w rozmowę z Jasonem w ten uprzejmy, ale nie obiecujący wiele więcej sposób.

      IAN HUNT

      Usuń
  40. Być może było to odważne, nawet zbyt odważne, ale Mina przestała o tym myśleć, gdy zobaczyła jego spojrzenie. Chciał, aby go zaskoczyła, więc być może to zrobiła, choć teraz bardziej chodziło o to, że naprawdę tego pragnęła i potrzebowała – musiał jej coś dać, zanim zupełnie oszaleje, bo napięcie stawało się nie do zniesienia, a Mina nie mogła już tego zignorować. Wydała z siebie mruknięcie, gdy schwycił za jej bluzkę i odrzucił gdzieś w bok. Jej klatka piersiowa, brzuch, a nawet piersi były pokryte mniejszymi i większymi piegami, które wydawały się jeszcze bardziej widoczne w kontraście z jasną skórą. Mina przestała się już tego wstydzić, taka była po prostu jej uroda. Chciała poruszyć rękoma, wyciągnąć dłonie do Branta i dotknąć jego szyi i ramion, ale był szybszy i unieruchomił jej ręce nad głową. Szarpnęła się lekko, bardziej po to, aby dać sobie i Brantowi fun z tego, że w ogóle próbowała, bo wiedziała, że raczej miała marne szanse, żeby ot tak się wyrwać. Z jej ust wyrwał się jęk, który zdusiła, gdy zassał jej pierś, zostawiając po sobie ciepło i wilgoć języka, odwracając gwałtownie głowę i wbijając zęby w ramię – powinna być cicho, Tate może i twardo spała, ale lepiej nie kusić losu. Jak niby miałaby się wytłumaczyć z tego, co się teraz działo? I że ani trochę nie żałowała, że do tego doszło?
    Wstrzymała oddech, kiedy zsunął dłoń w dół, a gdy docisnął palce do jej spodenek, idealnie w miejsce, które teraz potrzebowało go najbardziej, Mina wydusiła z siebie ciche kurwa. Czując jego palce, zrobiła się jeszcze bardziej mokra, jeśli to w ogóle było możliwe. Poruszyła lekko biodrami, jakby to miało zmusić Branta do kolejnego kroku. W tym momencie naprawdę nie potrzebowała tych spodenek i nie miałaby nic przeciwko temu, gdyby zostały ściągnięte i rzucone gdzieś w kąt. Nie była w stanie odpowiedzieć, bo Brant wsunął dłoń pod jej piżamę, a potem jego palce znalazły się tam, gdzie powinny być jego usta. To odebrało jej oddech – spięła się słodko, ściskając mocno uda, jakby broniąc się przed własną reakcją. Kiedy ostatnio była tak blisko z jakimś facetem? Od rozstania z Charlesem z nikim nie randkowała ani nie zaangażowała się w nic poważnego, a teraz? Teraz czuła palce Branta przy swoim wrażliwym, mokrym przez niego i dla niego miejscu, które drżało tak jak Mina – miała tego świadomość; tego, że jej ciało wyłapuje najmniejszy gest, oddech czy czułość, sprawiając, że jej cały układ nerwowy rozbłyskiwał jak supernowa. Oddychała niespokojnie, próbując jakoś zapanować nad tym wszystkim, tylko jak miała to zrobić, gdy Brant tak bez trudu sprawiał, że się rozpływała? W codziennym życiu była raczej przyzwyczajona do tego, aby kontrolować emocje. Jako antropolożka potrafiła godzinami oglądać ludzkie szczątki, analizować najdrobniejsze ślady, zrekonstruować historię czyjejś śmierci i zachowywać przy tym chłodny, niemal beznamiętny profesjonalizm. Wiedziała, jak oddzielić fakty od emocji, jak nie pozwolić, by to, co widziała i czuła, przeszkodziło jej w pracy. Przy Brancie ta umiejętność najwyraźniej przestawała działać. Wystarczył delikatny, niewinny dotyk, jedno spojrzenie, bliskość, a cała ta pieczołowicie wypracowana kontrola rozpadała się w jednej chwili.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przygryzła usta, gdy poczuła, jak zwiększył intensywność pieszczot, a jej ciało, zupełnie zdradziecko, się temu poddało. Wzięła głębszy wdech przez nos i odwróciła głowę, jakby to miało jej w czymś pomóc. Spojrzała jednak w jego stronę, gdy usłyszała głos, w którym dało się wyczuć coś wyzywającego. Powiedz mi jeszcze raz, czego tak bardzo ode mnie chcesz. Przesunęła ciężkim od pożądania wzrokiem po jego przystojnej twarzy i rozchyliła nieco usta – jej dolna warga lśniła od śliny, była zaczerwieniona od gryzienia i delikatnie drżała. Była pewna, że Brant doskonale wiedział, co z nią robił, że przeciągał to wszystko i czerpał satysfakcję z jej reakcji. I właśnie to doprowadzało ją do szaleństwa.
      — Zrób. Mi. Dobrze. Ustami — powtórzyła, cedząc nieco słowa, które przeciskały się przez jej zaciśnięte gardło. Przełknęła szybko ślinę i zerknęła w dół, aby zobaczyć jego dłoń pod jej piżamą, a potem przerzuciła wzrok do jego twarzy. Widząc tę jego pewność siebie w tych ładnych oczach, które miały jej ulubiony czekoladowy odcień, Mina jęknęła niemal niemo: — Brant…

      Wilhelmina Sallow 🔞💦

      Usuń
  41. Ciekawe, że w Dawsonie była taka rezerwa i strach, głęboko ukryte i zaszyte pod maską pewności oraz rozsądnych kalkulacji. Tego Mathilde nie mogła powiedzieć o sobie. Czy była to ułomność charakteru czy też pewnego rodzaju spektrum nie wykryte zawczasu przez mamę psycholog, tego nie wiedziała, ale ludzi w swoim życiu traktowała w zależności od potrzeb. Potrafiła być zupełnie swobodna i kochana dla bliskich przyjaciół, pełna ciepłych uczuć i chęci wsparcia, nigdy jednak nie doświadczając podobnie wysokich emocji w towarzystwie płci przeciwnej - mężczyzn traktowała bardzo przedmiotowo, chyba że wkradał się tam cień sympatii, a więc nie można było wtedy już mówić o harcach i swawolach. Rozróżniała bardzo konkretnie, kto i w jakim celu był w jej życiu. Nigdy jednak w nim nie pojawiła się miłość, na pewno nie ta romantyczna. Co zabawniejsze, nigdy też jej nie chciała, ani się nad nią nie zastanawiała. Generalnie nie sądziła by była kiedykolwiek zdolna do silniejszych uczuć, a z biegiem lat zupełnie jej na tym nie zależało.
    Nie rozumiała tej pogoni za miłością, facetem czy poczuciem przynależności. Nic z tych aspektów życia jej nie pociągało. Lubiła swoją niezależność, a ewentualne potrzeby seksualne załatwiać w sposób dla niej wygodny, tak żeby sama miała kontrolę nad całą sytuacją, nigdy na odwrót.
    Zależało jej na tym, aby jako kobieta była w stanie się obronić, nie być w położeniu bez wyjścia, przygnieciona ciężarem traumy bądź nieszczęść. Dlatego zależało jej tak nie tylko na własnym wyemancypowaniu, ale również wszystkich kobiet, o co zaciekle walczyła przy każdej możliwej okazji. Brant jako posiadacz sióstr, a dodatkowo funkcjonariusz policji tym bardziej powinien być świadom niebezpieczeństw czających się na kobiety z każdego zakamarka tego bardzo wyjątkowego kraju.
    Stevenson nie raz, nie dwa wzywała policję w sprawie przestępstw na tle seksualnym i przemocy domowej na ER. Dobijające było to jak niewielkie było egzekwowanie tego typu spraw. To chyba w tym wszystkim irytowało ją najmocniej. Brak opieki nad ofiarą, bezsilność i pozostawienie jej samej sobie. Gdyby tylko mogła być postacią z kreskówki z przyjemnością brałaby prawo w swoje ręce. Brutalność życia niestety na tym nie polegała i ona też miała ograniczone możliwości. Mogła co najwyżej pokłócić się z organami ścigania.
    Oho! Nie chciał jej osłaniać, chociaż przecież na zewnątrz wcale mogło nie być bezpiecznie. Lubiła ryzyko, ale niekoniecznie takie, kiedy miała dostać kulką w ważną życiowo część ciała i wracać do domu z raną postrzałową. Przynajmniej nie we własnym mieście i w tak abstrakcyjnych warunkach. Co innego w odległym kraju z toczącą się wojną domową, to chociaż jakiś element egzotyczny i poczucie bycia częścią walki o coś, tutaj to głupota nieszczelnego systemu albo raczej prawa pozwalającego zbyt łatwo na posiadanie broni. Choć i tak większość sytuacji miała miejsce raczej przy użyciu nierejestrowanych maszyn.
    — Nie? A widzisz, mógłbyś. — stwierdziła bez cienia zmieszania, spoglądając na niego z uśmiechem. Zdecydowanie nadawałby się na prywatnego ochroniarza. A choć poziom adrenaliny i ekscytacji z wykonywanej pracy byłby zupełnie inny, powinien rozważyć kiedyś tą opcję. Dobrze by wyglądał w garniturze i ciemnych okularach. — Myślę, że byłby z Ciebie niezły prywatny ochroniarz. Tylko ze mnie marna osoba do ochraniania. Nie jestem mafijnym bossem ani nikim ważnym… Konto też mam o wiele szczuplejsze, zwłaszcza przy spłacaniu kredytu. — westchnęła z rozczarowaniem opuszczająca z impetem ręce wzdłuż ciała.— A Ty? Dorobiłeś się już własnego mieszkania? — zagadnęła, ot tak, żeby jakoś pociągnąć rozmowę, skoro nie chciał bawić się w żadne przepychanki, ani robić z nią innych rzeczy w oczekiwaniu na uspokojenie się sytuacji na zewnątrz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Ok, ok. — uniosła do góry ręce w geście kapitulacji, dając tym samym jasny komunikat, że dotarło do niej co mówi mężczyzna i nie ma zamiaru dłużej go już prowokować. Przynajmniej przez jakiś czas, na ile jej niewyparzony język jej na to pozwoli.
      I choć w pomieszczeniu robiło się coraz chłodniej, tym samym przyozdabiając jej ciało w gęsią skórkę, za żadne skarby nie chciała pokazać, że robi jej się zimno, ani tym bardziej nie miała zamiaru jeszcze się ubierać. Raz, że dobrze jej się tu siedziało, dwa nie mogła już teraz pokazać mu za żadne skarby swojej ułomności w tym względzie. Jej uparta natura na to nie pozwalała. Nie chciała być zależna od jakiegokolwiek mężczyzny i to w jakikolwiek sposób. Szczególnie Dawsonowi nie mogła dać tej satysfakcji.
      Najważniejsze tylko, żeby szczęka mimowolnie nie zaczęła jej chodzić, a zęby dzwonić o siebie. Resztę jakoś przetrzyma.
      — Jednak jesteś bardzo porządnym funkcjonariuszem. — skwitowała z figlarnym uśmiechem. Ciężko było go wziąć za gbura, sprawiał zupełnie inne wrażenie, chociaż na nudziarza zdecydowanie już się nadawał. Po tym względem Tilly się przeliczyła, ale nic to, każdy miał prawo do błędów. — Trochę szkoda. — zacmokała z widocznym rozczarowaniem, choć wcale nie z gorszym nastrojem. Wzruszyła obojętnie ramionami, bo przecież nie miała już na tą sytuację najmniejszego wpływu.
      Czy się myliła względem niego? Najwidoczniej. Każdy jednak miał prawo do pomyłek. A może czas i miejsce nie grały na jej korzyść? Cóż, nie było to już istotne.
      — To naprawdę ładna blizna. Wcale jej tak mocno nie widać. Musiałeś mieć dużo szczęścia. — skwitowała po uważniejszych oględzinach blizny, której kolor i faktura wcale znacząco nie wyróżniały się na tle owłosionej skóry. Powstrzymała się też szybko przed pierwszym odruchem w swoim wykonaniu, czyli wyciągnięciu rąk w jego stronę i chęci dotknięcia miejsca. Miała być w końcu grzeczna, jeszcze znowu zrobiłby się markotny.
      Ktoś zrobił tutaj kawał porządnej roboty, Dawson swoje pewnie też, ponieważ rehabilitacja musiała trwać miesiącami, a noga wydawało się, że odbudowała się w znaczącym stopniu, a on nawet nie kulał. Nie było śladu po infekcji czy bliznowcu, co też wskazywało na ogrom powodzenia.
      Pokiwała na to z uznaniem głową.
      — Rozważałeś jakieś alternatywy, gdyby uraz był na tyle poważny, że nie dałbyś rady wrócić do służby? — zapytała przez zwykłą ciekawość, podnosząc się powoli z ziemi. Musiało mu to przemknąć przez myśl.

      Mathilde Stevenson

      Usuń
  42. Nie zgodziłaby się z nim raczej czy faktycznie było to przedmiotowe traktowanie. Uważała to raczej za jasne i przejrzyste reguły działania, choć patrząc na to z innej strony, mógł mieć trochę racji. Nie uważała siebie za łatwą, raczej świadomą, tego czego chce i w jakim celu. Nie interesowały ją też długie podchody, ani słodki czas razem. Na samą myśl o takich rzeczach ją skręcało. Lubiła stawiać sprawy jasno od samego początku. Nigdy też nie działała w desperacji.
    Zabawne, że łatka „łatwej” mogła jednakowo przylgnąć tylko do kobiety, nigdy nie na odwrót. A to przecież co do zasady, nie ta strona była prowodyrem całego zamieszania. Kto inny z reguły nie umiał utrzymać pewnych części ciała w spodniach.
    — Działa, nie działa, schlebia, nie schlebia. Ok. — wzruszyła ramionami, na ten moment nie było to już istotne, skoro jasno dał jej do zrozumienia, co myśli na jej temat. A mimo to, oczy jej się zaświeciły i uśmiechnęła się figlarnie. — Zawsze wiesz, że są alternatywy. — mrugnęła do niego sugestywnie, naprawdę już ostatni raz, dając ostatecznie za wygraną.
    Trzeba przyznać, że jakkolwiek nie zainteresowany nią Dawson, przynajmniej był szczery, co należało docenić.
    — Masz ziemię? — powtórzyła za nim zaskoczona, mierząc jego postawę od góry do dołu i doszukując się w nim odpowiedzi na to skąd miał takie pokłady kapitału. — Widzę, że z nas dwojga, to ja powinnam być twoim ochroniarzem…
    Westchnęła z lekkim uśmiechem, szczerze zaskoczona takim obrotem spraw. Być może jednak nie był takim nudziarzem jakkolwiek bardzo chciał jej to udowodnić, może skrywał naprawdę warte odkopania tajemnice? Wypadało to zgłębić.
    — Gdzie masz ten swój kawałek ziemi? — zainteresowała się żywo, ciekawa czy to jeszcze ten stan, czy coś bardziej odleglejszego. A może się okaże, że tak naprawdę Brant jest potentatem naftowym albo posiada własną wyspę? Nie mogła przecież tego wykluczać. Kawałek ziemi to bardzo szerokie pojęcie.
    Musiał jej wybaczyć, ale Mathilde przywykła do zadawania pytań. Miała to wyrobione zarówno przez nawyk pracowniczy, jak i wrodzoną dociekliwość, która kiedyś potrafiła wpakować ją w tarapaty. Teraz jednak była lekko zaskoczona faktem, że jakieś z pytań zostało skierowane do niej. Musiała się chwilę zastanowić nad odpowiedzią.
    — Pielęgniarstwo? Nie… To nie był mój wybór od zawsze, miałam wiele pomysłów na siebie od dziecka. Chciałam po prostu zrobić coś dobrego dla świata, kiedyś myślałam nawet o jeżdżeniu na misje, ale życie szybko mnie zweryfikowało. — wykrzywiła usta w poprzecznym uśmiechu, wyrażającym grymas bezsilności wobec realiów świata. — Miałam różne plany, od zostania astronautką, strażakiem, zabawą w politykę, policja chyba też wchodziła w grę… Bycie lekarzem rozważałam tylko przez krótką chwilę. Stwierdziłam jednak, że to zbyt spektakularne. Chciałam dobrą pracę, ale jednocześnie taką brudną, prawdziwą, blisko ludzi. Wiele się przez to nauczyłam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zrobiła krótką przerwę w swojej opowieści, przeszła parę kroków przed siebie, by za chwilę obrócić się na pięcie i wrócić na wcześniej zajmowane miejsce. Skoro już zaczęła, zamierzała kontynuować mu tę krótką opowieść o sobie, kiedy wykazał zainteresowanie jej osobą. Była gotowa uszczknąć mu rąbka tajemnicy o własnej osobie.
      — Głód świata równoważę sobie w wolnych chwilach, lubię jeździć w mniej popularne, niekoniecznie bezpieczne rejony. Można powiedzieć, lubię po prostu oglądać prawdziwe życie, nie kurortowe wakacje i wędrowanie po utartych szlakach. Chcę żyć pełnią życia, ale po swojemu. Śmierci naoglądam się na codzień. Z czasem robi to na Tobie coraz mniejsze wrażenie. — zerknęła na niego w przelocie, sprawdzając czy w jego mimice znajdzie potwierdzenie, że też ma podobnie.
      — A poza tym, staram się udzielać na rzecz aborcji. Straszne cyrki są z nią związane w tym kraju. A osobiście uważam to za prawo każdej kobiety. — zakończyła swoją opowieść lekkim westchnieniem, łapiąc się pod boki i marszcząc czoło. Niekoniecznie było to zaproszenie do dyskusji, raczej wyrzucenie z siebie frustracji związanej z tym tematem, a dodatkowo pełne podsumowanie najważniejszych informacji z jej bardziej prywatnego CV.

      Mathilde Stevenson

      Usuń
  43. [Ponoć człowiek może przyzwyczaić się do wszystkiego, ale czy to wyjdzie jej na dobre? Sama jestem ciekawa, jak szybko będzie chciała uciec z miasta. A jeśli o uciekaniu mowa, to może ona i Brant spotkaliby się na jakimś campingu? W jakiejś głuszy, z dala od miasta, gdzie moja panna mogłaby szukać wytchnienia i inspiracji. Jeśli masz ochotę ich połączyć w jakimś wątku, to ślicznie zapraszam. Twój Pan jest cudny i chętnie poznamy go bliżej. I wow, ta karta, podziwiam Twoje umiejętności. :D]

    Love Iris Anderson

    OdpowiedzUsuń
  44. [Jasne, jak najbardziej rozumiem tą perspektywę. Wpadło mi jeszcze do głowy, że pies Branta mógłby zaginąć i on szukając go, trafiłby na nią. Może jakieś wspólne poszukiwania, kilka godzin wspólnej wędrówki, rozmowy, wzajemne poznawanie się? Ewentualnie Love mogłaby się wspinać gdzieś w górach i spaść z jakiegoś niskiego urwiska, a on by ją znalazł i pomógł? Któryś z tych scenariuszy Ci odpowiada?]

    Love Anderson

    OdpowiedzUsuń
  45. Akurat w tym momencie ani trochę nie przeszkadzało jej to, że nazwał ją grzeczną dziewczynką. Zrobiła to, czego chciał, jednocześnie dobrze się bawiąc, bo właśnie o to chodziło. Grała w tę grę, chcąc o wiele więcej. Poza tym jednak podobało jej się, jak Brant się rządził, jak potrafił to wszystko przeciągać, pozwalając jej poczuć, jak bardzo pragnęła, aby wykonał kolejny gest. To oczekiwanie rodziło zniecierpliwienie, które objawiało się uporczywym pulsowaniem w dole brzucha i potrzebą, żeby zostało ono zauważone. Krótkie muśnięcie w kącik ust było urocze i delikatne, tak inne od tego, co teraz działo się z Miną, niemal niewinne; pomyślała jednak o tym, że chciałaby, żeby ją pocałował. Tak naprawdę pocałował, odbierając jej oddech i niszcząc jej wizję o smaku swoich warg. Była pewna, że smakował dobrze.
    Gdy się od niej odsunął, jej oczy przesunęły się po jego sylwetce, sięgając spojrzeniem do miejsca, które teraz bardzo się odznaczało. Mimowolnie przełknęła ślinę, przez moment żałując, że w ogóle Brant miał jeszcze spodnie – chciała zobaczyć jego nagie ciało, zobaczyć to, co do tej pory mogła sobie tylko wyobrazić, a przynajmniej tę konkretną część jego ciała. Nie zdążyła jednak pomyśleć nic więcej, bo została pozbawiona spodenek. Mimowolnie zacisnęła uda, nie próbując się jednak zakryć ani udawać, że jest zawstydzona. Owszem, trochę była, bo Brant po raz pierwszy widział ją w takiej wersji, jednak nie martwiła się tym, co mógł sobie pomyśleć – wiedziała, że podobało mu się to, co widział, gdyby było inaczej, nie leżałaby w jego łóżku. Sapnęła cicho, gdy przyciągnął ją bliżej siebie. Obserwowała, jak oparł się kolanem o materac i zniżył się do jej brzucha. Pierwsze, co poczuła, to jego ciepły oddech przy skórze, a potem usta. Przymknęła nieco oczy, mimowolnie drżąc – nie umiała tego opanować. Przygryzła lekko dolną wargę, kiedy zniżył usta do jej uda, a gdy zassał skórę, syknęła lekko, choć zdecydowanie nie z bólu.
    Wzięła głębszy oddech, czując jednocześnie ulgę, a z drugiej strony większe oczekiwanie, gdy Brant w końcu docisnął język do jej czułego miejsca, bo chciała, aby całkowicie ją pożar, by dał jej to, czego chciała od dość dawna, choć nigdy nie było okazji, żeby spełnić tę fantazję. Tylko czy mogłaby to tak nazwać? Nie, to było coś innego, bardziej… skomplikowanego, czego nie dałoby się zamknąć w żadnych ramach, bo znajdowało się w tym zbyt wiele zmiennych, by móc to opisać; zbyt wiele niewypowiedzianych słów, spojrzeń, gestów i niebezpiecznego napięcia, które pojawiało się za każdym razem, gdy znajdowali się zbyt blisko siebie. Minie to nie przeszkadzało, choć może powinno. Była antropolożką, przywykła do obserwowania, analizowania i wyciągania wniosków z najdrobniejszych szczegółów. Potrafiła dostrzec to, czego nikt inny nie zauważał, odtworzyć historię człowieka z fragmentu kości, z układu obrażeń, z niemal niewidocznych śladów. A przy Brancie nagle przestawało to wszystko działać. Nie potrafiła przewidzieć jego następnego ruchu ani tego, czy bardziej bała się tego, że ją dotknie, czy tego, że jednak by tego nie zrobił. Przysunęła się nieco do niego, aby znaleźć wygodną pozycję i czuć jego pieszczoty w idealnym punkcie. Jego język robił to jednak idealnie, sprawiając, że traciła zmysły – jej ciało wydawało się teraz napięte do wszelkich granic, a klatka piersiowa unosiła się chaotycznie, a i tak z każdym kolejnym oddechem brakowało jej tlenu. Mógł wziąć od niej wszystko, bo chętnie mu to dawała; każdy spięcie, każdy dreszcz i stłumiony jęk.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odchyliła nieco głowę, próbując nad tym zapanować, ale ani trochę się to nie udawało. Zerknęła w dół zamglonym spojrzeniem, ale widok Branta robiącego jej dobrze ustami wywołał w niej tak gwałtowną falę, która rozbiła się o każde zakończenie nerwowe w jej ciele, że z jej ust uciekł głośniejszy jęk. Kolejny spazm sprawił, że Mina mimowolnie próbowała zacisnąć uda, ale nie udało jej się tego zrobić – Brant unieruchomił jej talię, zatrzymując ją w miejscu, a potem? Potem poczuła w sobie jego palec. Wydała z siebie ciche, zawodzące kurwa i zacisnęła się na nim niemal od razu, co zdradzało tylko to, jak bardzo była spragniona. Wyciągnęła się lekko, aby musnąć palcami włosy Branta i rozchylić się przed nim jeszcze bardziej. Gdyby noc nie miała w sobie tych kilku godzin, najchętniej zostałaby tak przez wieczność, z Brantem między swoimi udami, z jego ciepłym, idealnym językiem, miękkimi ustami i dłońmi, które wydawały się doskonale znać jej ciało. Nie potrzebowała też długich pieszczot, by dojść, więc gdy pojawił się moment, w którym Mina doskonale czuła, że jest blisko, wydusiła z siebie:
      — Nie przestawaj…
      Zupełnie jakby obawiała się, że Brant zaraz się odsunie, że zabierze jej to, na co czekała od tak dawna, i zakończy wszystko dokładnie w momencie, gdy przestawała nad sobą panować. Przymknęła oczy, ale po chwili znów je otworzyła, przechylając głowę. Była blisko, naprawdę blisko; potrzebowała tylko jednego bodźca, jednego gestu, aby dojść. Sięgnęła dłonią do swoich ust, opierając o dolną wargę palce, żeby móc się uciszyć, choć najchętniej pokazałaby Brantowi, jak dobrze jej było.

      Wilhelmina Sallow 😏🔞

      Usuń
  46. [Tak właśnie czułam, że Koda może być mu stuprocentowo posłuszna, ale myślałam, że mógłby być cień szansy, że puściła się za jakimś dzikim zwierzem. Ale drugi scenariusz też mi jak najbardziej pasuje. Możemy założyć, że Love utknęła noga pośród skał, albo nie wiem, wpadłaby do jakiegoś dołu, a Brant pomógłby jej się wydostać? Może połączymy wieczór z pogorszeniem pogody? Czy zgotowanie im burzy to jest too much? :D]

    Love Anderson

    OdpowiedzUsuń