Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

10/02/2026

[KP] Baby, angels like you can't fly down hell with me



Tanner Morgan Dodatkowe zdjęcie Tanner Morgan

Tanner Morgan

Lawyer · Jeweler
Może nazwiesz go wyrachowanym gnojkiem, gdy dowiesz się, że nigdy nie interesowała go cała ta prawnicza farsa i opasłe tomiszcza z łamiącymi język formułkami, a na koniec stwierdzisz, że totalnie perfidny z niego drań, skoro przeszedł tą długą drogę tylko po to, żeby w odpowiednim momencie teatralnie tym pieprznąć, ale on jest tylko doskonałym przykładem człowieka, który zjadł ciastko i dalej ma ciastko. Prawda bywa najkosztowniejszym ze złudzeń, a w rodzinie, która może zaoferować człowiekowi tak wiele, głupotą byłoby zostanie buntownikiem z wyboru. Zaspokoił ambicje wszystkich wokół, przez jakiś czas będąc marionetką w ich rękach i chodząc dla nich jak szwajcarski zegarek, ale kiedy przyszła odpowiednia pora, kiedy odhaczył punkty z ich listy i dostał w zamian obiecane granty, sprawnie odciął sznureczki, strzepnął z ramion kurz i wreszcie zajął się własnymi ambicjami. Bo jeżeli rodzina tak szczerze czegoś go nauczyła, to grać w pozory prawie do perfekcji i myśleć przede wszystkim o sobie. Pomyślał więc o tym dość wcześnie, bo już jako nastolatek, gdy po raz pierwszy zetknął się z maleńkimi kamieniami i na kolanach dziadka złapał jubilerskiego bakcyla. Wiedział wtedy, jaka droga została mu narzucona, ale wiedział też, jaka jest mu pisana. Realizując plan rodziców, zadbał o to, żeby zaspokoić ich widzimisię i zdobyć zaplecze finansowe, a potem odpowiednio je wykorzystać wraz z koneksjami, które w kopercie z jadeitem w spadku pozostawił mu dziadek. Bez wahania odstawił to, co narzucone i zajął się tym, co do dnia dzisiejszego daje mu autentyczną przyjemność i co wyzwala go z sideł pozorów, którymi przez te lata do szpiku kości przesiąkł. Ale podobno wewnątrz każdej bryły węgla tkwi diament, który czeka, żeby się wydostać, a piękno jest doskonałością z defektami. Nie da się być ideałem dla każdego, ale można postarać się być nim dla siebie, a przede wszystkim dla tych, którzy będą potrafili nas docenić jeszcze w tej nieoszlifowanej formie.
Imiona i nazwisko
Tanner John Morgan-Miller
Data urodzenia
10 grudzień 1988 r.
Miejsce urodzenia
Nowy Jork, NY, USA
Zawód
adwokat
Specjalizacja
prawo karne,
prawo korporacyjne
Miejsce pracy
Dodatkowe zajęcie
jubiler
gemmolog
Miejsce zamieszkania
76th Central Park Tower,
Midtown Manhattan
Organizacja
Innocence Project
Uczelnie
LL.M. in Taxation, Yale Law School
J.D., Columbia Law School
B.A. in Sociology, Columbia University
Graduate Gemologist, GIA
Wzrost
188 cm
Hobby
Sport: pływanie
Żeglarstwo regatowe
Rysunek realistyczny
fortepian
szachy
Motto
„Znacznie trudniej jest sądzić siebie niż bliźniego. Jeśli potrafisz dobrze siebie osądzić, będziesz naprawdę mądry.”
Szczegółowe informacje

Zgodnie z planem adwokat, który ze swoją gorszą stroną dość dobrze zakotwiczył się w obronie karnej, a także w prawie korporacyjnym. Studia licencjackie z socjologii ukończone na Columbia University. Praktykuje pod szyldem rodzinnej kancelarii Morgan & Miller, która wcześniej mieściła się przy 60 Wall Street, a aktualnie w nowo powstałym budynku przy 270 Park Avenue na 33 piętrze. Przejęcie tej prawniczej spuścizny pozostawia swojemu młodszemu o dziesięć lat bratu, który na razie korzysta z życia i nie śpieszy się do roli zarządcy.

Specjalista od kamieni szlachetnych, który już lata świetlne temu, za sprawą dziadka, odnalazł prawdziwą przyjemność w kolekcjonowaniu kamieni szlachetnych i projektowaniu biżuterii. Dyplomowany gemmolog i jubiler po Gemological Institute of America. W spółce z wieloletnim przyjacielem w 2018 roku założył mieszczący się przy Madison Avenue, między 60th a 80th Street, salon jubilerski M&G Jewellery. Laureat nagrody Jewelers of America CASE Awards 2024, wystawiający swoje prace w Museum of Arts and Design na Manhattanie, gdzie na stałe eksponowane są prace jego dziadka, Johna Paula Millera.

Od 2019 roku papierowy mąż kobiety, z którą interesy połączyły go mocniej niż miłość. Od 2024 roku pozostaje w separacji sądowej, objętej ścisłą umową ugodową, która nakłada na obie strony bezwzględną klauzulę poufności oraz zobowiązanie do wzajemnego poszanowania w przestrzeni publicznej i prywatnej. Ojciec, który cały czas stara się sprostać bez pozorów tej trudnej roli. Opuścił rodzinną rezydencję w Kings Point i zamieszkuje apartament w Central Park Tower na 76 piętrze. Prywatne auto Mercedes-Maybach S680.

Członek organizacji The Innocence Project, która zajmuje się uniewinnianiem osób niesłusznie skazanych oraz trader kamieni szlachetnych zrzeszony w International Gem Society. Zamknął sprawę Briana Bolesa i Charlesa Collinsa – dwóch mężczyzn, którzy po trzydziestu i dwudziestu dwóch latach odsiadki za zabójstwo zostali oczyszczeni z zarzutów, a ich wyroki unieważniono. Esteta, który w każdym aspekcie życia – od idealnie skrojonego garnituru po szlif brylantu – szuka harmonii, równowagi i piękna. Nie znosi bylejakości, bo wierzy, że forma jest odbiciem treści, a szczegóły mówią o człowieku więcej niż słowa. Bez pamięci oczarowany turmalinami.

W czasach szkolnych reprezentował uczelnie w zawodach pływackich, a na studiach nabierał doświadczenia pod czujnym okiem licencjonowanych prawników działających dla Criminal Defense Clinic. Posiadacz patentów motorowodnych i właściciel jachtu. Dodatkowy język: francuski. Zapach: Clive Christian No. 1.

Dla jednych dupek, dla drugich dupek do zniesienia, a dla tych, którzy naprawdę go znają, człowiek pełen optymizmu i determinacji. Nie udzieli nikomu złotej rady, ale udzieli takiej, która przyniesie pozytywny skutek, choćby wiązała się z pójściem okrężną drogą.

Relacje
Relacja 1
Amber Morgan-Miller
01.10.2019 · JEDYNA CÓRKA
Uczennica, wierna kopia ojca ze swoim własnym zdaniem.
Relacja 2
Jared Morgan-Miller
20.06.1998 · MŁODSZY BRAT
Radca prawny w rodzinnej kancelarii. Lekkoduch i dusza towarzystwa.
Relacja 3
Dakota Morgan
03.08.1988 · ŻONA
Radca prawny w rodzinnej kancelarii, mediatorka w sprawach rodzinnych.
Relacja 4
Walter Goodwin
14.02.1988 · WSPÓLNIK
Dobry przyjaciel, gemmolog i wspólnik M&G Jewellery
Relacja 5
Joseph Morgan
05.11.1960 · OJCIEC
Arbiter rządowego departamentu prawnego, prawo międzynarodowe. Despotyczny tradycjonalista.
Relacja 6
Harriet Miller
25.09.1960 · MATKA
Adwokatka w stanie spoczynku, prawo administracyjne. Elegancka obserwatorka.
cześć, damy się zjeść, zdaniezlozone@gmail.com
I, II

37 komentarzy:

  1. Rei przez moment patrzyła w jego stronę znad wyspy kuchennej, z palcami wciąż opartymi o jedną ze szklanek. Reilynn. Rei. Nie było już oficjalnej formy ani oficjalnego tonu. Jej imię w jego ustach zabrzmiało inaczej, niż się spodziewała. Pełna wersja była miękka, długa, prawie zbyt osobista, a krótsza jeszcze gorsza, bo prostsza, jak coś, co można wypowiedzieć szybko, naturalnie i bez namysłu.
    — Tanner — odezwała się, tym razem wypowiadając jego imię, trochę po to, aby przyzwyczaić się do tego, że pozwolił jej tak mówić, że to Morgan zdecydował o tym, żeby porzucić dystans. Jego imię za to było dla niej dziwnie proste, jakby doskonale wiedziała, jak je wypowiedzieć bez żadnego formalnego tonu. — Tanner… — powtórzyła, a potem dodała szybko: — Czy Tan też będzie okej, czy to już przesada?
    Posłała mu delikatny, nieco zaczepny uśmiech, a potem wbiła wzrok w szklankę, kiedy zagrał paznokciami o szkło. Rei nie znała się na szkle ołowiowym, ale podobało jej się to, jak o tym wszystkim mówił Tanner. Dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, że zawsze rzucał czymś ciekawym, czego wcześniej nie wiedziała – podobnie było w salonie, gdy pokazywał jej kamienie. Jardin. Pamiętała to słowo, oczywiście, że pamiętała. Nie powinna. Nie było przecież potrzebne do życia, a jednak zostało głęboko w niej. Jardin. Ogród. Wewnętrzny świat kamienia, te maleńkie inkluzje, które nie czyniły go gorszym, tylko bardziej prawdziwym, bardziej własnym, bardziej niemożliwym do pomylenia z czymś innym. Wtedy mówił o kamieniach, teraz o szkle. Rei pomyślała nagle, że jeśli skaza mogła być ogrodem, jeśli ciężar szkła mógł być zaletą, jeśli coś nieidealnego mogło stać się przez to bardziej własne, bardziej prawdziwe, to Tanner Morgan składał się z wielu różnych elementów, które dopiero teraz pokazały jej całość albo przynajmniej jej część. I chciała dowiedzieć się więcej.
    — Jeśli miałeś jakieś plany, to… — zaczęła, niemal gotowa, żeby spakować wszystko i przyjść tutaj innym razem, być może po tym, jak zapytałaby, czy w ogóle ma ochotę się spotkać. Rei zdecydowanie nie przemyślała tej wizyty i tak naprawdę znalazła się tutaj tylko dlatego, że tego chciała, a to chciejstwo było bardzo kluczowe.
    Zacisnęła usta w wąską linię, słysząc jego kolejne słowa. Wyglądasz w tej sukni naprawdę pięknie – Rei przez moment nie wiedziała, czy to zignorować, przyjąć i zaakceptować czy może jakoś zareagować. I nie chodziło o to, że ma jakiś wyjątkowy problem z komplementami, tylko że akurat w tym momencie ani trochę nie czuła się pięknie. Miała wrażenie, jakby przyszła tutaj po walce ze smokiem, a po drodze została skopana przez kilka goblinów.
    — Przygarnę jakąś koszulkę, dziękuję. — Uśmiechnęła się lekko, bo faktycznie lepiej było się przebrać, niż tkwić w przemoczonej sukience. Poza tym chętnie skorzystałaby z toalety i ogarnęła twarz, bo zdawała sobie sprawę, że przypomina pobojowisko rozmazanego tuszu, rozlanego cienia do powiek i zebranego w zmarszczkach mimicznych podkładu. Cudownie.
    Więc kiedy Tanner oddał jej jedną ze swoich koszulek, Rei zamknęła się w łazience. Odetchnęła cicho i od razu zdjęła sukienkę, co było trudne, bo materiał przykleił się do jej skóry. Zsunęła kreację z ramion, a ostatecznie przewiesiła ubranie przez poręcz wanny, aby nieco przyschło. Potem włożyła koszulkę Tannera, która była za duża; opadła jej prawie do połowy ud, a kołnierzyk lekko się zsuwał, pokazując ramię. Cóż, spodziewała się tego, więc to nie było aż tak przerażające. Bardziej obawiała się tego, że tym razem nie będzie w stanie ukryć protezy – koszulka, owszem, mogła robić za sukienkę, ale zdecydowanie bardzo krótką. Umyła twarz, rozczesała włosy palcami i przez moment stała przed lustrem, jakby próbowała przekonać samą siebie, że nie powinna czuć się głupio w tej sytuacji. Gdyby Tanner jej tutaj nie chciał, pewnie kazałby jej wyjść – i tego postanowiła się trzymać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedy w końcu opuściła łazienkę, w mieszkaniu było ciszej niż chwilę wcześniej. Rei zatrzymała się w korytarzu, nasłuchując.
      — Tanner? — zawołała ostrożnie.
      Nic. Pewnie poszedł się przebrać albo robił coś na górze, ale skoro go nie było, a ona miała do wyboru albo stać w korytarzu jak duch w cudzej koszulce, albo zrobić coś praktycznego, wybrała praktyczność. Czyli, w swoim wykonaniu, małe przemeblowanie cudzego salonu. Najpierw zgarnęła z kanapy kilka poduszek, a potem znalazła koc przewieszony przez oparcie fotela i uznała, że jeśli Tanner trzymał go na widoku, to nie jest jakimś kluczowym elementem wystroju, tylko czymś użytkowym. Przeniosła wszystko pod wielkie okno, trochę niezgrabnie, z laską opartą chwilowo o kanapę i koszulką zsuwającą się z ramienia. Ułożyła każdą z poduszek tak, aby móc się wygodnie oprzeć i patrzeć w stronę miasta. Korzystając z tego, że Tannera jeszcze nie było, przygotowała ucztę, rozkładając wszystko po talerzykach, które ułożyła wokół – nikomu raczej nie chciałoby się wstawać po to, żeby sięgnąć po krakersa albo piankę. Zajęła miejsce, wtulając plecy w poduszkę, usadowiła się wygodnie i spojrzała przed siebie, obserwując Nowy Jork. Deszcz spływał po szybie cienkimi smugami, rozciągając światła ulic w coś miękkiego, rozmazanego i nierealnego. Z tej wysokości miasto wyglądało tak, jakby Rei znalazła się w wysokiej wieży i obserwowała wszystko, co się działo na dole.

      Rei Bothwell 🌃♜

      Usuń
  2. Gdy Tamsin przyznała się starszemu lekarzowi, co zrobiła ze swoją koleżanką, swojej dłoni, ten stwierdził, że kiedyś faktycznie tak robiono, ale kiedyś też wierzono w lewatywy tytoniowe, więcej on by na tym więcej nie polegał. Oczywiście metoda miała wielu przeciwników, bo najczęściej wystarczyło zaczekać, pozwolić, by wszystko samo się zagoiło, często zapominając o tej przygodzie i nie mając z nią już nic wspólnego do końca życia. Ale Tamsin nie mogła czekać. Nie mogła czekać wtedy, nie mogłaby czekać i teraz, bo terminy goniły, a alternatywą dla ciężkiej książki było spotkanie ze skalpelem i chirurgiem – to już zupełnie nie wchodziło w grę. To był jeden z wielu przypadków, kiedy Tamsin miała więcej szczęścia niż rozumu, bo gdyby coś poszło nie tak, mogłaby już nigdy nie zagrać.
    Na całe szczęście nie było to imię byłego faceta. Nie był to też klucz wiolinowy. Nie dlatego, że jako wiolonczelistka grała głównie w kluczu basowym, ale zwyczajnie jej pijanej głowie wydało się to zbyt oczywiste. Połowa jej znajomych miała albo wytatuowane zgrabne ósemki, albo pauzę o długości półnuty; była też moda na minimalistyczne rysunki instrumentów, naszkicowane jak podpis składany bez odrywania pióra – jedną linią, z licznymi, miękkimi zawijasami. Tamsin miała coś innego. A właściwie dwa inne cosie, ale ten drugi tatuaż nie był aż tak głupi, bo został zrobiony już na trzeźwo przez jej kolegę z kursów muzycznych, który wybrał tatuowanie jako alternatywny zawód. Dobrze zrobił, bo po tych kursach złamał rękę, wypadł z obiegu i zrozumiał, że życie od kontraktu do kontraktu nie jest dla niego. No i grał na fagocie. Mało fagocistów jest potrzebnych w orkiestrach.
    Obserwowała z lekkim rozbawieniem, jak chowa spinki. Nie dlatego, że się z niego nabijała – bardziej ze stereotypowości tej sytuacji. Faceci i ich hobby przeszło jej przez myśl, ale nie widziała w tym niczego złego. Dobrze było mieć pasje i zainteresowania; coś swojego, co czyniło nas w jakiś sposób wyjątkowymi dla samych siebie i stanowiło przyjemną odskocznię od codzienności. Tamsin miała wiolonczelę i chociaż stanowiła ona zarówno jej zainteresowanie, jak i zawód, nie ograniczała się tylko do niej. Lubiła wiedzieć, jak zrobione są rzeczy – jeśli cokolwiek psuło się jej w domu, starała się najpierw to naprawić, zanim spisywała daną rzecz na straty. Dłubała więc przy chwiejącym się krześle, czytała o rodzajach klejów do drewna, ściskach, szpachlówkach i innych rzeczach potrzebnych do renowacji, a później zwyczajnie się tym zajmowała. Zawsze ostrożnie, często przypominając przy tym kurę siedzącą na grzędzie, gdy trzymała dłonie tuż przy sobie, jakby brzuchem miała nadzieję je osłonić. Może jej zainteresowanie nie wynikało z tak czystych pobudek jak to Tannera, bo bardziej zmusiły ją do tego okoliczności, w jakich dorastała, ale nie czuła, by było to zainteresowanie w jakiś sposób gorsze.
    A spinek rzeczywiście byłoby szkoda, bo były faktycznie śliczne i pomijając ich cenę, miały też pewnie jakąś wartość sentymentalną.
    — Tooo… To chyba tędy — wskazała palcem rząd budynków, z których wcześniej wyszedł mężczyzna wręczający im ulotki. Okulary VR też prawdopodobnie znajdowały się właśnie tam.
    — Chodziło mi o teraz, a nie o to, że musi być tutaj konkretnie — wywróciła oczami, jakby mówiła oczywistą oczywistość. Nie sądziła, że gdyby Tanner źle się bawił, to kontynuowałby spotkanie – może z grzeczności, ale gdyby coś było do zmiany, przecież łatwo byłoby to zrealizować. — Przecież wiem, że jestem dobrym towarzystwem i łatwo się ze mną dobrze bawić, więc co ty miałbyś tu i teraz zmieniać, Tan… Proszę cię — zaśmiała się, odpowiadając mu spojrzeniem.
    Nie chciała wracać do tematów dotyczących przeszłości. Nie teraz, kiedy czuła, jak niedawno dostarczona organizmowi adrenalina wciąż krążyła w jej krwi, a euforia, chociaż mniejsza niż zaraz po zejściu z kolejki, wciąż dotrzymywała jej towarzystwa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Była przygotowana na pytanie o tatuaż. Gdyby Tanner przyznał jej się do czegoś podobnego, prawdopodobnie nie dałaby mu żyć, dopóki nie pokazałby jej tego dzieła albo chociaż nie opisał go na tyle obrazowo, by bez większych problemów mogła je sobie wyobrazić. Unikała jego wzroku, trochę speszona, a trochę zła na to, jaką głupotą wykazała się najpierw, zdobiąc ciało, a później, nie tak dawno, gdy o nim wspomniała. Zarumieniła się mimowolnie, gdy Tanner próbował zgadnąć, i z uśmiechem zdradzającym lekkie zawstydzenie westchnęła cicho.
      — Dobra, dobra! — podniosła ręce w geście kapitulacji. — Rozumiem, nie wykpię się… Nie mogę ci go pokazać w miejscu, gdzie jest tyle dzieci… — nie patrzyła na niego, ledwo powstrzymując głupkowaty uśmiech. Wzniosła wzrok do nieba, jakby w błagalnym geście prosiła nie tyle o cierpliwość, co o powstrzymanie nerwowego śmiechu, który czuła, jak rodzi się gdzieś między płucami a przeponą.
      — Mam czterolistną koniczynkę pod lewą piersią. Zamysł był taki, że chciałam mieć więcej szczęścia w życiu, a że płynęło to prosto z serca, to musiało być po lewej stronie… — o tym, że z wiekiem przewidywała, że biust jej kiedyś opadnie na tyle, by ten tatuaż zasłonić, już nie wspomniała. — Na udzie… Właściwie to nie na udzie, ale pod kością biodrową mam słoneczko. Takie małe. Zresztą koniczyna też jest mała, ale słoneczko niestety pozbawione jest zabawnej opowieści. Byłam wtedy trzeźwa, miałam jakieś szesnaście lat i zadawałam się z artystami — wzruszyła ramionami, jakby to wszystko tłumaczyło. Bo w sumie trochę tak było.
      — Jak widzisz… Odpowiedź pokazowa byłaby możliwa, bo nie są to miejsca aż tak szokujące, jednak nie widzi mi się paradowanie z biustem na wierzchu w lunaparku — zaśmiała się, nie dodając, że aby pokazać drugi rysunek, musiałaby dodatkowo pokazać tyłek.
      — Trzy rzeczy, które byś zrobił, gdyby później nie było żadnych przykrych konsekwencji? Na zasadzie… — zamyśliła się na chwilę, dopiero teraz odwracając w jego stronę głowę. Znajdowali się tuż przed wejściem do budynku, w którym można było dokonać demolki. — Włożyć mokre palce do kontaktu — to było coś, przed czym nagminnie ostrzegano dzieci, a Tamsin bardzo ciekawiło, jakie to musiało być wrażenie – być porażonym prądem – ale za bardzo bała się konsekwencji swojej ciekawości, żeby próbować, bo jednak lubiła to, że jedyne poparzenia, jakie miała to te od herbaty, czy przypadkowego spotkania z piekarnikiem.

      Tamsin Passalis🍀☀️

      Usuń
  3. Rei znieruchomiała, kiedy usiadł obok niej. Nie dlatego, że był za blisko, a przynajmniej nie tylko dlatego. Po prostu zrobił to tak po prostu, zwyczajnie, bez pytania, czy naprawdę przeniosła pół kanapy pod okno. Bez tego eleganckiego, uprzejmego zdziwienia, które zmusiłoby ją do natychmiastowego tłumaczenia się z poduszek, koca, talerzyków i żelków.
    Spojrzała w stronę okna, bo po jego słowach o Amber i Gwieździe Polarnej chciała też znaleźć jakąś gwiazdę. Poza tym potrafiła to sobie wyobrazić: Tanner siedzący na podłodze z małą Amber, wybierający z nią gwiazdę, której prawie nie było widać przez nowojorskie światła, ale która i tak wystarczała, bo dzieci potrafiły wierzyć w niewidoczne rzeczy z uporem naukowca. Nie było gwiazd, tylko deszcz, światła miasta i ciemność rozmazana wysoko nad budynkami. A jednak przez sekundę Rei też spróbowała jej poszukać. Tej jednej, która istniała niezależnie od tego, czy Nowy Jork pozwalał ją zobaczyć. Gwiazda Polarna.
    — Powinniście robić to też teraz — przyznała. — Pewnie odkąd przestaliście, gwiazdy nie wiedzą, co ze sobą zrobić i panuje tam niezły burdel. — Zerknęła w jego stronę. —Możecie wrócić do tego rytuału, nawet jeśli Amber jest starsza. Zwłaszcza jeśli jest starsza. Dzieci chyba też potrzebują dowodu, że niektóre rzeczy nie kończą się tylko dlatego, że człowiek urósł albo życie zrobiło się bardziej skomplikowane.
    Wzruszyła lekko ramieniem i uśmiechnęła się. Kiwnęła lekko głową, gdy wyznał, że cieszył się, że tutaj przyjechała. Nie spodziewała się, że to usłyszy, więc nie wiedziała za bardzo, jak zareagować. Wybierając drogę do mieszkania Tannera, nie zastanawiała się nad tym, co będzie, jeśli już stanie w jego drzwiach. Po prostu zrobiła to, co podpowiadało jej serce i czego nie zdążył ostudzić mózg. Może gdyby to przemyślała, uznałaby, że się wygłupiła i że pojawiając się tutaj, zostanie największą kretynką w Nowym Jorku.
    — To dobrze — mruknęła. — Bo byłoby strasznie niezręcznie, gdybyś się nie cieszył. — Posłała mu krótkie spojrzenie. — Ja też… — zaczęła i urwała, bo słowa zrobiły się nagle za ciasne w gardle. Przesunęła palcem po brzegu koca. — Ja też się cieszę, że tutaj przyjechałam.
    Rei wzięła jedną piankę z talerzyka i przez moment obracała ją między palcami, a potem zjadła. Była okropnie słodka. Gdy Tanner zapytał ją o te trzy miesiące, wydała z siebie ciche hmm, jakby zadał jej bardzo, bardzo trudne pytanie, choć przecież nie było z kategorii pytań nierozwiązywalnych.
    — Nie wiem, trzy miesiące to dużo — odpowiedziała po chwili. Oparła się wygodniej o poduszkę. — Ale przez ten czas pisałam do ciebie… to znaczy… nie pisałam, a raczej pisałam, tylko niczego nigdy nie wysłałam.
    Zaśmiała się krótko, bez większego rozbawienia, raczej po to, żeby przepchnąć powietrze przez gardło.
    — Mam w telefonie kilka wersji roboczych. Jedna wiadomość zaczyna się chyba od „mam nadzieję, że żyjesz”. Inna była o Pumpkinie, bo uznałam, że kot jest bezpiecznym tematem, ale potem zrozumiałam, że używam kota jako pretekstu do tego, żeby zapytać, czy wszystko u ciebie w porządku, więc uznałam, że nie chcę tego robić — wyznała i zacisnęła usta, zdradzając się ze swoją bezradnością i lekkim wstydem. — Ostatecznie pomyślałam, że tak właściwie nie masz obowiązku mi odpisywać, że może jesteś zajęty, masz własne życie, problemy, rodzinę… a ja… po prostu nie chciałam się narzucać.
    To ostatnie kilka słów powiedziała ciszej, prawie do szyby.
    — Więc czy da się nadrobić trzy miesiąc? Pewnie nie, ale możemy zacząć od tego, że pokażę ci kilka wiadomości, których nie wysłałam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sięgnęła po telefon leżący obok koca i przysunęła się bliżej Tannera, żeby mógł zapoznać się z materiałem dowodowym jej trzymiesięcznego tchórzostwa. Pierwsza wiadomość brzmiała: Mam nadzieję, że pan żyje.. W kolejnej było zdjęcia małego, czarnego kotka bez połowy ogonka i komentarz: To Pumpkin. Znalazłam tego demona pod kontenerem, gdy wyszłam z domu… i postanowiłam, że ze mną zostanie. Może nieszczęścia się przyciągają?.
      Inne SMS-y dotyczyły książek i jedzenia, było też więcej zdjęć – jedzenia, kawy i nowojorskiego krajobrazu. Kolejna wiadomość brzmiała: To chyba najsłodsza kawa, jaką piłam, ale podano ją w ładnej filiżance! Pewnie by ją pan docenił i może dał się namówić, żeby napić się czegoś innego niż takiej zwykłej czarnej. To by pana nie zabiło….
      Potem przesunęła ekran dalej. Następne zdjęcie przedstawiało witrynę sklepu z książkami, a na środku stała Sól w koronie, a obok kilka innych nowości. W odbiciu szyby było widać kawałek jej twarzy, laskę i niewyraźny zarys ulicy. I kolejna wiadomość: Zobaczyłam dziś Sól w koronie i… wciąż nie mogę uwierzyć, że to naprawdę ja napisałam, chociaż nie piszę od wczoraj. Chciałam to panu pokazać, bo oboje pamiętamy wypadek z filmem dla dorosłych… może to jedna z lepszych scen, które napisałam? Jeśli kiedykolwiek przeczyta pan tę książkę, musi być pan ze mną szczery i powiedzieć, czy sobie z tym poradziłam.
      Następne zdjęcie przedstawiało inną książkę; okładka przedstawiała dziewczynkę siedzącą na grzbiecie mechanicznego kruka, z księżycem nad głową. I zaraz potem wiadomość: Znalazłam coś dla Amber. Proszę jej przekazać, że jeśli następnym razem się spotkamy, też coś napiszemy.
      — Były też głupsze rzeczy — odezwała się, pokazując mu kolejne SMS-y. — Zdjęcie świecy, która miała ciekawy zapach, trochę jak twoje perfumy, czy fotka Pumpkina z łapą w moich płatkach. — Opuściła nieco telefon. — Potem po prostu pisałam o wszystkim, bo i tak wiedziałam, że niczego nie wyślę

      Rei Bothwell ⭐📩

      Usuń
  4. To ubieranie zainteresowań w przymiotniki takie jak “męski” czy “damski” potrafiło bardzo Tamsin irytować. Sama grała na instrumencie, który przez wiele lat traktowany był jako typowo męski ze względu na swoje gabaryty i siłę, jaką należało włożyć nie tylko w grę, ale też w noszenie futerału z wiolonczelą w środku. Musiała przyznać, że nie było to najbardziej komfortowe i pewnie wyższemu od niej mężczyźnie mogłoby być z tym łatwiej, ale nie było to też coś, co nie pozwalało jej grać. W świecie muzyków klasycznych ważne były predyspozycje – chłopiec z drobną ręką nadawał się do fortepianu mniej niż dziewczynka z długimi palcami i najlepiej wysokimi rodzicami – to pozwalało nauczycielom zakładać, że i ona będzie wysoka na tyle, by palce rosły razem z nią, obejmując zakresem sporo ponad oktawę. Na wiolonczelę nie były kierowane najmniejsze z dzieci – im sugerowano wybór fletu albo skrzypiec, gdzie doceniana była filigranowość. Jednak dzieci miały własny rozum i nieraz było tak, że ktoś z drobną dłonią zapierał się i zostawał bardzo dobrym pianistą, chociaż nic na to nie wskazywało. Tak samo nic nie stało na przeszkodzie, by mistrzem fletu piccolo był dwumetrowy olbrzym. Tamsin nie lubiła podziału zainteresowań na damskie i męskie, ale wierzyła w predyspozycje i najwyraźniej Tanner miał swoje własne, skierowane gdzieś w stronę sztuki, skoro nie tylko projektował biżuterię, ale lubił też szkicować.
    Tamsin nigdy nie przyłapała go na tym zajęciu, ale gdyby tak było, pewnie zaczęłaby się w swojej próżności zastanawiać, czy zdarzyło mu się i ją naszkicować, skoro szkicował to, co zapadało mu w pamięć. Czy była jedną z takich osób?
    Nie wszystkie stereotypy były złe – niektóre pomagały w nawigowaniu rozumowaniem i jeśli ktoś nie brał ich za prawdę bezwzględną i oczywistą, to mogły stanowić zakotwiczenia, od których poznawało się prawdę. W końcu każdy, kto miał swoje zainteresowania, bez względu na to, czy była to oprawa szlachetnych kamieni, czy dzierganie na drutach ubranek dla zwierzaków, dbał o swoją twórczość i Tamsin całkowicie to rozumiała. Ona utwór mogła powtórzyć, tak jak i Tanner mógł zrobić ponownie takie spinki, oboje jednak wiedzieli, że ani utwór, ani spinki nigdy dwukrotnie nie wyjdą dokładnie takie same.
    Żartowała. Pod płaszczykiem pozornej pewności siebie w Tamsin siedziało wiele wątpliwości, ale nie chciała dać im się poddać. Nie chciała jęczeć o wadach, na które nie miała albo miała znikomy wpływ, czy o braku wiary we własną siłę i umiejętności, który towarzyszył jej na każdym kroku. Co by to zmieniło? Tan może powiedziałby, żeby się nie przejmowała, próbując poprawić jej tym humor, ona może odpowiedziałaby na to uśmiechem, ale czy to zmieniłoby sposób, w jaki siebie postrzega? Rozumiała, skąd w ludziach brała się niepewność, tak jak i rozumiała dobrze, czemu potrzebowali zapewnień innych o własnej wartości, ale sama była kiedyś w tym miejscu i wiedziała, że tylko ona wie, ile jest warta i ile jest w stanie wytrzymać. A Tamsin, mając mięciutki środek, musiała mieć bardzo grubą skórę.
    No i gdyby Tanner się z nią dobrze nie bawił, to odwiózłby ją do mieszkania, a nie szwendał się w garniturze po lunaparku.
    — Myślę, Tan, że znasz anatomię na tyle dobrze, że nic odkrywczego byś nie zobaczył — odpowiedziała na zaczepkę, bez wcześniejszego zawstydzenia, podłapując jego wzrok. Uśmiechała się przy tym z wyraźnym rozbawieniem, na jego następne słowa kiwając głową.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Bo jestem romantyczką, Tan! — stwierdziła coś, co w pewnym stopniu było dla niej oczywiste, chociaż nie krzyczała wszem i wobec, że wierzy w miłość od pierwszego wejrzenia, w tę wynikającą z przyjaźni. W miłość i szczęście ogólnie, bo bez tej wiary życie było jedynie klatkami zwykłej codzienności, a Tammy nie chciała takiego życia. Nie wierzyła w Boga, ale romantycznie wierzyła w przyszłość, uparcie karmiąc się nadzieją, że kiedyś i na jej prawdziwe szczęście przyjdzie pora. Teraz jednak żyła tu i teraz, nie chcąc tracić niczego z teraźniejszości, skoro to, co miało być, było niepewną mrzonką. Może nie nie było jej przez to łatwiej, ale było intensywniej i bardziej prawdziwie, a Tamsin uwielbiała uczucia i emocje. — Beznadziejną, ślepą, naiwną romantyczką, tylko umiem nieźle się ukrywać na trzeźwo, a później… No cóż. Później kończę z tatuażem… Mam nadzieję, że dzisiaj nas za bardzo nie poniesie i nie skończę z tatuażem, dla odmiany, na tyłku — zaśmiała się lekko, zatrzymując tuż obok niego. Spojrzała na pierwszy wyprostowany palec, później na drugi i już czekała na trzeci, gdy Tan opuścił rękę.
      — Opcje ucieczek ci się skończyły? — uniosła lekko brew, bo trochę tak to brzmiało. Zarówno wyjazd z kraju, jak i wypłynięcie jachtem w niepogodę brzmiały jej jak nie tylko coś, co mogło pobudzić organizm do adrenalinowego haju, ale też coś, co zwyczajnie pozwalało na odsunięcie od codzienności.
      Była ciekawa, co było trzecią opcją, ale swoją żądzę wiedzy zamierzała odłożyć na później – może przy drinkach wciąż będzie pamiętać o własnej dociekliwości?
      Rozejrzała się po miejscu jak urzeczona. Jej dusza zbieracza, z którą walczyła od dziecka, poczuła, że połowę tych rzeczy zamiast rozwalać wolałaby zabrać ze sobą do domu, ale nim zdążyła myśl ubrać w słowa, dostała od jednego z pracowników kombinezon i wskazanie, gdzie powinna się przebrać. Niewielki prysznic z zasłonką całkiem pasował do eklektycznego konceptu tego miejsca.
      — Jeden dzień? — spytała, a gdy Tanner potwierdził, pokiwała głową. — Wycieczkę do Hamptons — odpowiedziała krótko i zniknęła za nylonową płachtą, by przebrać się w kombinezon. Tan również dostał swój, który razem z resztą rzeczy mógł swobodnie założyć na swoje ubrania. Wyszła po chwili i ruszyła wprost do upatrzonego wcześniej wazonu, który wyglądał jak jeden z takich, które większość babć miała w domu i za którego zbicie potrafiła pogniewać się nawet na wnuka. Do niego dobrała kilka talerzy i już była gotowa do dzieła, gdy mężczyzna z obsługi wręczył jej rękawiczki i kask.
      Parka, która była przed nimi, wyszła uśmiechnięta, jakby ktoś z ich barków ściągnął kilkunastokilogramowy ciężar.
      — Zanim zaczniemy… Będziesz mieć czas się zastanowić… — nasunęła na dłonie rękawiczki i założyła kask z wmontowaną w niego szybką. — Czy kiedykolwiek się zbuntowałeś? I jeśli tak, to z którego buntu jesteś najbardziej dumny? — spytała, biorąc do ręki kij do baseballa i nim Tan zdążyłby cokolwiek powiedzieć, z impetem uderzyła w postawiony wazon, pozwalając sobie przy tym na krzyk złości. Odwróciła się w jego stronę z szerokim uśmiechem, nieco niepokojącym jak na to, co ją właśnie zachwyciło, ale szczerym do bólu.
      — Krzyk wspaniale dopełnia przeżycie — tym razem rzuciła talerzem, który rozbił się o ścianę z głuchym łoskotem.

      Tamsin Passalis🍽️

      Usuń
  5. Po wszystkich oparzeniach, jakie Tamsin zdobyła od otaczających ją ludzi, zwyczajnie nauczyła się, że musi być ostrożniejsza i mniej ufna, by na okrągło nie zdobywać kolejnych ran. Doszła do tego oczywiście zwykła dojrzałość, nieuchronnie towarzysząca dorosłości, która nie pozwalała na całkowite poddanie się zapomnieniu. A Tamsin umiała się zapomnieć. Może faktycznie na miłe słowa nie reagowała przesadnym entuzjazmem, nie wybierała w głowie sukni ślubnej i śpioszków dla dzieci, ale to też było częściowo spowodowane tym, że nie narzekała na brak zainteresowania. Była szczupła, wysoka, lubiła się dobrze ubrać i łatwo się z nią rozmawiało, więc w jakiś sposób „przywykła” do doceniania przez płeć przeciwną. Tyle że gładkie słówka nie zawracały jej w głowie, chociaż stanowiły przyjemny dodatek do zainteresowania.
    Tamsin lubiła rozmawiać. Lubiła też się śmiać i to właśnie poczucie humoru było czymś, przez co umiała zapomnieć o narzuconej sobie wstrzemięźliwości w uczuciach. Do serca wzięła sobie w końcu słowa babci, która w różny sposób zawsze powtarzała, że ważne jest mieć kogoś, z kim z największego nieszczęścia można wyjść z uśmiechem na ustach, zamiast płakać i jęczeć nad rozlanym mlekiem w złotym Mercedesie. Samochód w jej historiach był zawsze, bo dotyczył jej własnego wyboru, przed którym stanęła, będąc młodą dziewczyną mającą wybór między biednym, ale wesołym, a bogatym i smutnym. Śmieszek miał na nazwisko Passalis, więc łatwo było się domyślić, kogo babcia wybrała i kogo zawsze wspominała z szerokim uśmiechem na ustach.
    Czy po pijaku zdarzało jej się żartować, że w ledwo poznanym chłopaku widzi swojego przyszłego małżonka? Oczywiście, że tak, jeśli był zabawny – ale były to tylko żarty, bo Tamsin, jak twierdziła, pilnowała swojej niezależności, więc delikwent miał niewielkie szanse na cokolwiek więcej. Do serii najgłupszych rzeczy, jakie kiedykolwiek zrobiła, powinna była dopisać właśnie to, chociaż można było podciągnąć to pod rzeczy zwyczajnie podłe; dawała nadzieję, ale nie pozwalała się do siebie zbliżyć.
    Tamsin nigdy nie miała okazji być na żadnej żaglówce, więc nie miała pojęcia, jak to jest stawiać czoła sile natury. Jej jedyne doświadczenie z wodą to były lekcje pływania i dwumiesięczny kontrakt na wycieczkowcu, na który załapała się niedługo po śmierci Cartera. Ze swoim szczęściem jedyny wiatr, na jaki była wystawiona, to ten, który przyjemnie muska skórę i przynosi ochłodę w upalnym słońcu, gdy głodni pasażerowie zasiadali do obiadu, a ona do pracy. Granie do kotleta, chociaż nie było szczytem marzeń, pozwalało zarobić, zwiedzić ciekawe miejsca, a przede wszystkim oderwać się od rzeczywistości, która zwłaszcza wtedy była dla Passalis przytłaczająca. W przeciwieństwie do Tannera ona nie myślała o konsekwencjach tak głęboko, ale miała znacznie łatwiejszą sytuację, bo jej życie należało tylko do niej, bez rozbudowanej siatki zobowiązań i relacji. To, co czasami ją bolało – puste mieszkanie, poczucie głębokiej samotności przez nadszarpnięte więzy rodzinne – dawało jej swobodę do tego, że gdyby jutro chciała, mogłaby się spakować i wyjechać. Zniknąć, wysyłając najbliższym przyjaciołom jedynie informacje, aby się nie martwili, jednocześnie nie wpływając na ich życie do tego stopnia, by w większym stopniu odczuli jej nieobecność.
    W Hamptons była na wypadzie z rodzicami i babcią. Miała siedem lat, pół dnia spędzili na plaży, później zjedli rybę i wszyscy się nią struli, przez co razem spędzili następne kilka dni w mieszkaniu, w którym obecnie mieszkała. Może choroba nie była niczym miłym, ale miło leżało się na kanapie, gdy mama głaskała ją po głowie, tata gotował rosół, a babcia opowiadała o tym, jak jej własny dziadek wypływał przed wschodem słońca łowić ryby. Takie ryby były zawsze świeże, bez tych wszystkich panierek, zdrowe i pyszne, a nikt po nich nie wymiotował. Dzień w Hamptons był miły, ale prawdziwie miły był ten leniwy czas po nim, który spędzili razem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na jego uderzenie, a bardziej na sam jego dźwięk i wyobrażenie siły, Tammy mimowolnie podskoczyła, ale bez strachu – raczej z zaskoczeniem. Miała zamiar dalej rzucać talerzami, bo te cudownie, dynamicznie rozpadały się pod wpływem uderzenia, ale nie była w stanie się nad tym skupić, jednocześnie słuchając Tannera. A nie tylko chciała słuchać, chciała przede wszystkim rozumieć.
      Dorosłe dzieci wciąż szukały, jeśli nie aprobaty, to chociaż próby akceptacji u własnych rodziców. Mogłaby powiedzieć, że to w pewien sposób pocieszające, że kogoś takiego jak Tanner, czyli człowieka pozornie mającego wszystko, też to dotyka, ale wcale jej to nie pocieszało. Bo to było zwyczajnie przykre i przez chwilę Tamsin zrobiło się go zwyczajnie żal, bo wiedziała aż za dobrze, jak to jest. Mogła powiedzieć, że interesowały ją jego prace, ale o tym przecież wiedział. Miała też nadzieję, że miał świadomość, że bardzo chętnie zobaczy każdy jego projekt, wysłucha opowieści o planowanej lub już przebytej wyprawie czy posłucha o tym, jak beryl, chrom i wanad, które spotkały się w odpowiednich warunkach sprzyjających krystalizacji, tworzyły szmaragdy. Nie patrzyła na niego ze współczuciem, ale ze zrozumieniem, pod koniec uśmiechając się do niego ciepło.
      — I bardzo, kurwa, dobrze — stwierdziła, mówiąc każde słowo powoli, ale bez ukrywania entuzjazmu. Zdjęła kask i odłożyła kij na miejsce.
      — Lubię kolejki, ale teraz przydałaby się taka z shotów, a nie górska… Przebieramy się i idziemy na shoty, panie Morgan i… — zawiesiła głos, lekko mrużąc oczy. — I niech zostanie pan bez krawata, bo raczej nie będą to lokale, do których się w nim chodzi — mrugnęła do niego i nim dostała odpowiedź, ruszyła do prysznica, w którym miała zamiar ponownie ubrać się w sukienkę, która też nie nadawała się do takich miejsc. Jej jednak ciężej byłoby zostać bez niej.

      Tamsin Passalis🍹

      Usuń
  6. Rei wzięła jego telefon ostrożnie, jakby podawał jej nie urządzenie, tylko coś kruchego. Przez pierwszą sekundę nie zrozumiała zdjęcia. Zobaczyła namiot, chaos, sprzęt odłożony gdzieś z boku, a potem dostrzegła Tannera innego niż tutaj. Nie w garniturze, nie w swoim mieszkaniu, nie skrojony do ról, które wchodził. Tamten Tanner leżał w namiocie zmęczony, w świecie dalekim od marmuru, biur, sal bankietowych i eleganckich kieliszków. Sekundę później zobaczyła książkę, a jej palce delikatnie się zacisnęły. Sól w koronie. Jej książka. Gdzieś tam daleko, leżąca przy jego klatce piersiowej. Rei przez moment nie powiedziała nic. Nie dlatego, że zabrakło jej słów. Słów było aż za dużo, ale nie mogła wybrać żadnego z nich. Wszystkie przepychały się naraz, tworząc słowny wodospad. Chciała zapytać, dlaczego ją zabrał. Chciała jakoś zażartować, powiedzieć coś luźnego, ale tylko patrzyła. Uświadomiła sobie nagle, że kiedy ona siedziała po nocach z telefonem w ręce, nie wysyłając SMS-ów i przekonując samą siebie, że cisza po jego stronie oznacza może zwykły brak czasu czy chęci, on miał przy sobie jej świat.
    — Tanner… — powiedziała cicho, ale głos odmówił jej dalszej współpracy.
    Oddała mu telefon dopiero po chwili. Zrobiła to bardzo ostrożnie, jakby bała się, że jeśli będzie to zbyt szybkie, zdjęcie zniknie, a ona uzna, że coś jej się przywidziało. Kiwnęła lekko głową, słuchając, jak mówił, że nie przeczytał jeszcze lektury do końca, że nie chciał jej kończyć, że sobie poradziła, że dobrze, że ją napisała i że była nadal w jej stylu, ale odważniejsza. Nie tylko w scenach. W emocjach.
    Mimowolnie poczuła łzy w oczach. Coś w niej puściło, jak nitka, która w końcu pękła pod wpływem ciężaru. Przez ostatnie miesiące bała się tej książki. Bała się, że czytelnicy zobaczą za dużo albo za mało. Że pomyślą, że śmiałość jest tylko pozą. Że sceny, w których pragnienie miało ciało i konsekwencje, zdradzą jej brak doświadczenia. Że emocje będą zbyt nagie, a jednocześnie niewystarczająco prawdziwe. Że każdy fragment, który napisała, okaże się czymś, w co trudno będzie uwierzyć. A Tanner uwierzył i to nie dlatego, że był miły.
    I zanim w ogóle się zastanowiła lub przemyślała to wszystko, przysunęła się do niego. Nie zaplanowała tego, nie zapytała o zgodę. Po prostu zbliżyła się niezgrabnie i objęła Tannera za szyję. Mocno. Tak mocno, jakby dopiero teraz dotarło do niej, że przez trzy miesiące próbowała nie wyciągać rąk w jego stronę, a teraz ciało postanowiło nadrobić to za nią. Wtuliła twarz w bok jego szyi, w to ciepłe, prawdziwe, pachnące nim miejsce – pachniał... bezpieczeństwem. Palce splotła za jego karkiem, a przez moment jej oddech urwał się gdzieś między ulgą a zawstydzeniem. Zamknęła oczy. Było w tym coś przerażająco naturalnego, jakby jej ciało rozpoznało wcześniej niż głowa, że chce właśnie tego.
    — Myślałam, że jej nie przeczytasz — przyznała po chwili. — Albo że przeczytasz kiedyś. Z grzeczności. A ty zabrałeś moją książkę ze sobą… choć mogłeś wziąć cokolwiek innego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przełknęła ślinę. I właśnie to było w tym najgorsze. Nie to, że ją czytał, bo takich osób było sporo; ludzie zabierali jej książki do łóżek, pociągów, kawiarni czy na plaże, gdzie piasek wchodził między strony. To była pewna zależność, którą Rei akceptowała: autorka, czytelnik, książka – bezpieczny trójkąt z papieru. Ale Tanner nie był po prostu czytelnikiem. Nie po tym, jak widział ją chorą, zmęczoną, zawstydzoną i zaplątaną w pościel z laptopem pełnym bardzo nieprofesjonalnych materiałów badawczych. Nie po tym, jak poznała Amber. Nie po tym, jak wybrał dla niej naszyjnik tak dobrze dopasowany, że aż bolało. Nie po tym, jak siedział teraz obok niej na podłodze, z whisky i deszczem za oknem.
      — Ale to dobrze — szepnęła — że jej nie skończyłeś. To znaczy, jako autorka powinnam być oburzona. Ale… rozumiem. Czasem nie chce się kończyć czegoś, bo dopóki się tego nie skończy, to jeszcze to trwa, jeszcze można tam wrócić.
      Nie odsunęła się od niego, po prostu obejmowała jego szyję i odrzucała od siebie myśl, że nie powinna tego robić. Najwyżej później będzie za to przepraszać.
      — Dziękuję — powiedziała.— Za to zdjęcie. Za to, że czytasz moją książkę. Za to, że zobaczyłeś… że jest tam coś więcej.
      Nie powiedziała: mnie, sądziła, że Tanner to wywnioskuje.

      Rei Bothwell 🥹

      Usuń
  7. Rei nie szukała kontaktu fizycznego ot tak, czuła po prostu, że chce podziękować Tannerowi za to wszystko; za to, że tym jednym zdjęciem sprawił, że poczuła się dostrzeżona. Miał jej książkę, a to znaczyło więcej niż tysiące słów, przynajmniej dla niej. Do tej pory nigdy tak naprawdę nie zastanawiała się, co kryje się pod tym, że ktoś ma ze sobą coś, co napisała, ale teraz zrozumiała, że ta papierowa forma historii, które tworzyła, mogła być dla kogoś ważna; ktoś mógł mieć tę książkę przy sobie i po prostu o niej pomyśleć. I miała nadzieję, że Tanner to właśnie robił – historia bohaterów w książce nie skończyła się rozstaniem, żadne z nich nie zamilkło, choć pojawiły się mniejsze lub większe spięcia, kłopoty i wątpliwość we wszystko, co istnieje, a jednak pierwszy tom skończył się w momencie, w którym para zdecydowała się połączyć siły, aby przeciwstawić się swoim przeciwnikom.
    Trzymała się mocno jego szyi, nie chcąc, by się odsuwał, choć była świadoma, że może nie powinna tak otwarcie oczekiwać, że też będzie tego pragnął. Do tej pory Rei podchodziła do tej relacji bardzo zachowawczo, jakby starała się przepraszać za to, że w ogóle ośmieliła się oddychać zbyt blisko niego, a przecież Tanner nigdy nie dał jej ku temu żadnych powodów. Jej głowa jednak lubiła wszystko wyolbrzymiać i sprawiać, że Rei czuła się głupio z tym, że ktoś być może ją polubił, że może nie jest aż takim problemem i że choroba to coś, co wcale jej nie przekreśla.
    — Tanner… — wypowiedziała cicho jego imię, słysząc to, co mówił. Jej oczy znów zrobiły się mokre. Rei nie pamiętała już, kiedy ostatnio tyle płakała, bo tak ogólnie starała się tego nie robić. Nie spodziewała się jednak, że przyjdzie jej płakać ze wzruszenia, że łzy mogą być też dobre, a te właśnie tak by nazwała.
    Gdy stwierdził, że powinna pokazać się światu, poczuła, że łez jest jeszcze więcej. Rei wiedziała, że w jakiś sposób miał rację, że naprawdę powinna to zrobić, być bardziej Reilynn, a nie Rei lub Lynn, ale świat był dużo większy niż Tanner siedzący obok niej na podłodze. Świat nie miał jego cierpliwości, jego spojrzenia, jego rąk przy jej policzku. Świat miał komentarze, domysły i masę osób, które potrafiły pisać naprawdę ostre, mocne komentarze. Poza tym bała się, że przyjdzie jej się zmierzyć z łatką chorej, że nie będzie już pisarką, tylko tą chorą autorką i że wszyscy będą powtarzać, że jest taka biedna. Nienawidziła tego słowa najbardziej ze wszystkich. Ale kiedy Tanner mówił, że świat powinien ją zobaczyć, nie brzmiało to jak strategia, plan wydawniczy plan czy ładna kampania – Tanner w nią wierzył, w Reilynn, która siedziała teraz przy nim.
    I zupełnie nie spodziewała się tego, co przyjdzie później po tych wszystkich słowach, które sprawiały, że Rei zaczęła przekładać w swojej głowie puzzle, aby te ułożyły się w coś innego, nowego, lepszego. Poczuła jego usta w kąciku swoich warg i mimowolnie wstrzymała oddech, otwierając szerzej oczy – wpatrywała się teraz w przystojną twarz Tannera Morgana, w mężczyznę, którego poznała w kawiarence i któremu pobrudziła spodnie pistacjowym pączkiem, a teraz…?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Tanner, to… — odezwała się szeptem, próbując powiedzieć coś mądrego, coś, co nie byłoby kompromitujące. Mocniej objęła jego szyję, bo to, że cokolwiek z siebie wydusiła, nie oznaczało, że nie chciała tego słodkiego muśnięcia, wręcz przeciwnie. — Musisz wiedzieć, że ja… naprawdę chcę, żebyś mnie pocałował, tylko że… wcześniej, kilka lat temu, całowałam się tylko z jednym chłopakiem, a ten pocałunek był koszmarny… i nie mówię tego, żebyś przestał… — Wypuściła powietrze, bezradna wobec własnych słów. — Ja naprawdę tego chcę. Tylko nie wiem, czy będę umiała…
      Rei spojrzała mu oczy z całym swoim zawstydzeniem i czerwoną twarzą i nagle zrozumiała, że jeśli dłużej będzie gadać, to ta chwila zacznie przypominać jej walkę z samą sobą. Nie miała doświadczenia, wcześniej całowała tylko jednak chłopaka i raczej nie umiała się dobrze całować, więc zrobiła coś bardzo nierozsądnego i… bardzo swojego. Przestała mówić. Przysunęła się bliżej – ostrożnie i trochę niepewnie. Nie wiedziała, pod jakim kątem powinno się przechylić głowę. Nie wiedziała, jak oddychać. Nie wiedziała, czy jej serce naprawdę musiało bić tak głośno i szybko w klatce piersiowej, ale chciała tego. Delikatnie musnęła ustami jego usta, pytająco i tak krótko, że prawie w ogóle tego nie poczuła. Nie odsunęła się jednak, a zamknęła oczy i mocno splotła palce, obejmując jego kark, a potem zrobiła to jeszcze raz, odrobinę pewniej.

      Rei Bothwell 🫣

      Usuń
  8. Zupełnie nie spodziewała się, że do tego dojdzie. Owszem, Tanner zainteresował ją przede wszystkim dlatego, że był przystojny i osiągał sukcesy, a potem zobaczyła, jak pił kawę w kawiarence i uznała, że musiał być pewnym siebie facetem, który nie wycofuje się, gdy robiło się zbyt trudno. Zbudowała sobie jego obraz w głowie i pewnie trzymałaby się tego, gdyby nie to, że Tanner do niej podszedł, zauważając, że mu się przygląda i stuka coś w klawiaturę. Chyba wtedy zaczęło się to wszystko – cała ta przygoda w poznawanie siebie i układanie klocków z dwóch różnych światów. Rei nigdy nie przypuszczała, że będzie to czasem naprawdę trudne; nie chodziło już o wiek czy sytuację rodzinną ani nawet o raka, a o to, że Tanner był człowiekiem, który nie lubił nieporządku i chaosu, a ona tak właściwie była tym wszystkim, próbując żyć tak, jak się jej podobało, a to oznaczało, że robiła to, co konieczne, aby chronić samą siebie i innych przed bólem czy niepewnością. Nie spodziewała się jednak, że ktokolwiek rozpozna te mechanizmy i że będzie to Tanner – jak to się stało, że pozwoliła mu poznać się tak bardzo, że mógł zrozumieć jej zachowanie, że wiedział, co kryło się wśród słów, które wypowiadała? Gdyby to było fantasy, Rei uznałaby, że pomógł sobie magią.
    Nie miała relacji, które opierały się o czułość, bo to wymagało czegoś więcej. Owszem, posiadała przyjaciół czy znajomych i dało się ją lubić, ale ta fizyczna, intymna sfera zawsze pozostawała gdzieś daleko, choć Rei tak naprawdę nigdy nie twierdziła, że jej nie potrzebuje. Raczej próbowała o tym nie myśleć, bo było to mniej przytłaczające. Przez chorobę straciła szansę, aby doświadczyć tego, co powinna każda nastolatka, więc zamiast nadrabiać to w jakimś amoku, zaczęła pisać – pisała o pocałunkach, dotyku, palącym pragnieniu, kłótniach i seksie, który następował zaraz po tym. Poza tym bliskość w wersji książkowej była łatwiejsza; dało się w niej zatrzymać moment tuż przed pocałunkiem i przez pół strony opisywać rozsadzające napięcie albo zdecydować, czy bohaterka cofnie się, czy zostanie. Można było sprawić, że czyjeś dłonie zawsze trafiały tam, gdzie powinny, że nikt nie uderzał łokciem o zagłówek, nie plątał się w kołdrze i nie zastanawiał, co zrobić z nosem. Fikcja była uprzejma, ale zdecydowanie nie tak dobra jak rzeczywistość.
    Rei nie miała pojęcia, kiedy dokładnie przestała się bać, że mogłaby zrobić coś źle. Może wtedy, gdy ujął jej podbródek albo jego palce wsunęły się w jej włosy i nagle dotarło do niej, że nie musiała znać żadnej instrukcji bycia blisko. Wystarczyło reagować i wyjść naprzeciw temu, co dawał jej Tanner. Kiedy pocałunek stał się głębszy, spięła się tylko odrobinę. To było coś nowego, coś, co sprawiło, że w jej głowie zrobiło się całkowicie pusto, a ciepło rozlało się po całym szkielecie. Rei nie miała pojęcia, że może czuć się w ten sposób i że całowanie to nie moment, w którym myślało się o tym, jak to robić, tylko że tak naprawdę chodziło o samą bliskość, o to, że każde muśnięcie było słodsze od poprzedniego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przesunęła dłonie wyżej po jego karku, bardziej pewnie niż wcześniej, a jej palce wsunęły się w jego włosy. Tym razem nie zastanawiała się, czy wypada. Po prostu chciała go dotknąć, więc to zrobiła, a w momencie, w którym usłyszała jego ciche westchnięcie, coś przyjemnie ścisnęła ją w żołądku. Jego reakcja wydawała się bardziej oszałamiająca niż pocałunek. Przez tyle lat jej ciało było czymś, co wywoływało troskę czy ostrożność albo zmuszało do szybkiego odwrócenia wzroku, gdy ktoś zobaczył blizny czy ślady po wkłuciach – pomyślała o tym, że Tanner doskonale wiedział, jak wyglądała i że miał świadomość tego, że jest po przejściach, a mimo to teraz dostrzegał tylko ją, a nie pacjentkę czy problem. Po prostu ją. I chyba ta myśl sprawiła, że oddała jego pocałunek nieco śmielej, nadal trochę po omacku, ale kiedy znów odnalazł jej usta, rozchyliła własne i pozwoliła sobie rozpuścić się w tej pieszczocie.
      Gdy powiedział, że całuje lepiej niż jej bohaterowie, Rei oderwała się od niego, żeby zaczerpnąć powietrza i spojrzeć mu w twarz. Uśmiechnęła się delikatnie i ze zawstydzeniem; czuła ciepło przy policzkach, smak ust Tannera przy swoich, a kilka jeszcze mokrawych kosmyków wciąż włosów kleiło się do jej czoła.
      — Moi bohaterowie mają przewagę redakcji — wydusiła cicho, z ustami nadal blisko tych jego. — Mogę poprawiać ich pocałunki po piętnaście razy, ale ja… — Dopiero po sekundzie dotarło do niej, że właściwie to, co powiedział, było komplementem. Nie zdążyła powiedzieć nic więcej, bo jego usta znowu znalazły jej własne. Tym razem nie było już w niej zawahania. Zamknęła oczy i odpowiedziała natychmiast. Nie myślała już o tym, czy właściwie układa usta ani czy powinna zrobić coś inaczej. Tylko że po chwili pozycja, w której była, zaczęła jej przeszkadzać. Musiała pochylać się w jego stronę, skręcać tułów, a zmęczone plecy zaczęły protestować przeciwko temu całemu romantyzmowi i pocałunkom. Rei odsunęła usta i rzuciła szybkie:
      — Chwila.
      Podparła jedną dłoń o jego ramię i przesunęła się ostrożnie, uważając na protezę i koc zaplątany przy nodze. Najpierw uklękła bliżej niego, a potem, zanim zdążyła przeanalizować własny pomysł i natychmiast go odrzucić jako zdecydowanie zbyt śmiały, przełożyła nogę i usiadła Tannerowi na kolanach okrakiem. Znieruchomiała. Przez jedną absurdalną sekundę patrzyła mu w oczy, jakby spodziewała się, że zobaczy jakąś dezaprobatę, ale nic takiego nie dostrzegła.
      — Okej — wydusiła z siebie bardzo elokwentnie. Wybitna pisarka, bestsellerowa autorka. Okej. Czuła jego ciepło i odurzający zapach ciała oraz perfum; uświadomiła sobie, co właśnie zrobiła, jak blisko się znalazła, jak bardzo zniwelowała dystans, który być może chronił ją przed tym, żeby nie stracić głowy.
      — To… — zaczęła, a jej spojrzenie mimowolnie zsunęło się do jego ust. — Czy możemy wrócić do tego, że mnie całujesz? — spytała trochę zaczepnie, trochę z niewinnym zawstydzeniem, ale przede wszystkim z głodem, którego nie umiała już udawać przed samą sobą. Bo właśnie tym to było. Głodem. Nie gwałtownym, rozpaczliwym ani nie takim, który odbierał jej rozsądek. Raczej potrzebą czegoś, czego przez lata nie dostawała i o czym nauczyła się myśleć tylko cudzymi historiami.

      Rei Bothwell 💋🤭

      Usuń
  9. Rei nie zdążyła nawet zrozumieć, co właściwie Tanner zamierzał zrobić. Przez jedną chwilę zajmowała jego kolana, z ramionami wokół jego szyi, z ustami rozgrzanymi od pocałunków i głową coraz bardziej pozbawioną obaw, a sekundę później świat przechylił się razem z nią. Wydusiła z siebie krótkie, zaskoczone:
    — Tanner…
    I wylądowała miękko między poduszkami. Przez moment obserwowała to wszystko z szeroko otwartymi oczami, włosami rozsypanymi wokół twarzy, w jego za dużej koszulce i z sercem, które właśnie postanowiło opuścić wszystkie dotychczasowe normy bezpieczeństwa. Biło tak szybko i głośno, że Rei miała wrażenie, że Tanner doskonale je słyszy. To było inne. Wiszący nad nią Tanner sprawiał, że nagle stała się boleśnie świadoma pozycji własnego ciała, poduszek obok, koca zsuniętego gdzieś niżej… I zanim Rei zdążyła cokolwiek dodać, pocałował ją znowu. Jej dolna warga zapiekła lekko pod krótkim muśnięciem jego zębów, a cichy dźwięk, który wyrwał jej się z gardła, był tak bardzo niekontrolowany, że natychmiast poczuła gorąco przy policzkach.
    Potem usłyszała szept Tannera: Powiedz, żebym przestał, to przestanę. Rozumiała znaczenie tych słów i zdała sobie sprawę z tego, że to naprawdę od niej zależało to, co się stanie; nie musiała iść o krok dalej tylko dlatego, że zaczęli się całować, ale chciała, a chciała, bo w każdym momencie mogła powiedzieć stop, a Tanner by się zatrzymał. Ta pewność, zamiast ją wystraszyć, sprawiła, że Rei jedynie kiwnęła głową – ufała mu i nie chciała, żeby przestawał. Jej dłonie, które jeszcze przed chwilą spoczywały przy jego karku, zsunęły się po jego ramionach.
    — Nie — wyszeptała i przełknęła szybko ślinę. — To znaczy… nie przestawaj. Nie chcę, żebyś przestawał.
    Nie chcę, żebyś przestał. To był jej wybór i potrzeba. Kiedy Tanner odsunął usta od jej ust i przesunął się pocałunkami ku linii szczęki, Rei wypuściła powietrze tak gwałtownie, jakby dopiero teraz przypomniała sobie, że oddychanie nadal obowiązuje. Pierwszy pocałunek przy szczęce niósł ze sobą pewną miękkość, kolejny, przy uchu, sprawił, że jej palce odruchowo mocniej złapały się jego ramion, a przy trzecim Rei mimowolnie zadrżała. Nigdy wcześniej nikt jej tam nie całował. Ta świadomość przeszła przez nią prawie równie mocno jak dotyk. Nigdy.
    — Okej… — wyszeptała zupełnie bez sensu. Jej oczy same się zamknęły. Każdy kolejny pocałunek zostawiał po sobie ciepło, które utrzymywało się przez chwilę dłużej; Rei przechyliła głowę odruchowo, odsłaniając szyję bardziej, zanim w ogóle zorientowała się, co właśnie robiła. Kiedy to do niej dotarło, omal nie jęknęła z własnego zawstydzenia. Jej ciało najwyraźniej postanowiło przejąć kontrolę i miało tylko jedno do powiedzenia: więcej. Po prostu więcej tego; więcej pocałunków, gestów, ust przy skórze, a świadomość tego, że dotyka ją dlatego, że tego chciał, sprawiła, że Rei poczuła pieczenie pod powiekami, zupełnie absurdalne i kompletnie niepasujące do chwili. Nie chciała płakać. Boże, tylko nie teraz. Łzy nie pojawiły się jednak dlatego, że coś było źle, wręcz przeciwnie, wszystko było dobrze. Tak potwornie, nieznośnie dobrze, że jakaś część jej zaczynała rozumieć, dlaczego bliskość potrafiła uzależniać.
    Otworzyła oczy i spojrzała gdzieś ponad jego ramieniem, w stronę deszczowych świateł za oknem. Jeszcze chwilę wcześniej rozmawiali o gwiazdach, książkach i o trzech miesiącach ciszy, a teraz Tanner całował jej szyję, a ona leżała pod nim i próbowała nie umrzeć od samego faktu, że rzeczywistość okazała się dużo bardziej intensywna niż wszystko, co dotąd umiała napisać. Jedna z jej rąk przesunęła się z jego ramienia do karku, a palce wsunęły się lekko w jego włosy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Tanner… — wydusiła cicho. Nie było w tym ostrzeżenia, bardziej coś pomiędzy prośbą a zdumieniem. Jej głowa przechyliła się jeszcze odrobinę, zanim zdążyła powstrzymać ten ruch. — Nie wiedziałam, że… — zaczęła, ale urwała.
      Że co? Że całowanie się jest przyjemne? Że jego usta były ciepłe i mokre jednocześnie? Rozchyliła lekko usta, łapiąc oddech, który zdążył już zrobić się chaotyczny. I wtedy przyszła do niej kolejna myśl, znacznie mniej przyjemna. Blizny. Wiedziała, że Tanner je zobaczy; jeśli miała pozwolić mu być bliżej, prędzej czy później musiałby je dostrzec. Tę po operacji bliżej żeber i inne, starsze, które czasem się pokrywały. Rei zesztywniała lekko. Mogła nic nie robić, po prostu akceptować to, co się działo. Tanner nie prosił, nie naciskał, nawet nie przesuwał granic szybciej, niż byłaby gotowa. Była świadoma tego, że mogłaby zatrzymać ten wieczór dokładnie tutaj i nadal byłby dobry. Ale nie chciała. Jeśli ktokolwiek mógł ją zobaczyć w ten konkretny sposób, to tylko Tanner. Jej dłonie przesunęły się z jego karku w dół, a potem Rei zdjęła z siebie koszulkę – nadał miała bieliznę, a mimo to jej serce zabiło niespokojnie. To było absurdalne. Lekarze widzieli ją półnagą setki razy, a pielęgniarki pomagały jej zmieniać opatrunki, więc nie powinno być w tym nic dziwnego, ale tam nagość nie była nagością, a dostępem. Teraz chodziło o bycie zobaczoną.
      — Chciałam, żebyś… — zaczęła, ale głos ugrzązł jej w gardle. Spróbowała jeszcze raz. — Chciałam, żebyś je zobaczył. — Palcami dotknęła jednej z blizn, tej nowszej, biegnącej przy żebrach, jakby wskazywała mu punkt na mapie. — Nikt mnie nigdy tak nie widział — powiedziała w bardzo cicho. — Znaczy… lekarze tak, ale nigdy żaden mężczyzna i nie w takim momencie.
      Samo wypowiedzenie tego sprawiło, że zaczerwieniła się jeszcze mocniej. Przygryzła lekko dolną wargę i spojrzała Tannerowi w oczy.
      — Chciałam po raz pierwszy pokazać komuś moje ciało bez poczucia, że zaraz usłyszę pytanie o ból w skali od jednego do dziesięciu — wyznała szeptem. — I chciałam, żebyś tym kimś był ty.
      Oczywiście brała pod uwagę to, że Tanner może się przestraszyć i uznać, że to wszystkie blizny są obrzydliwe. Dlatego wolała pokazać mu je teraz.

      Rei Bothwell 🩹🥺

      Usuń
  10. Tamsin od czterech lat żyła tak, jak chciała, chociaż nie oznaczało to wcale, że nie uciekała. Uciekała przed pustym mieszkaniem w pracę, próbując zająć sobie niemal każdą wolną chwilę, wmawiając sobie przy tym, że długi prysznic jest wystarczającym odpoczynkiem dla ciała i głowy, a podróż metrem to idealny czas na wyciszenie myśli. Jeśli nie grała i nie udzielała lekcji, próbowała spotykać się ze znajomymi i to z nimi spędzać czas, nie zawsze dlatego, że czuła potrzebę wyjścia, a po to, by nie mieć czasu. Bo gdyby w końcu usiadła i tak prawdziwie, głęboko zastanowiła się nad dotychczasowym życiem i tym, dokąd właściwie chciałaby dojść, mogłaby sobie uświadomić, że nie ma celu.
    Nie było szans, by została solową wiolonczelistką, bo ten pociąg odjechał już dawno i nie mógł zawrócić – może gdyby wyszła daleko poza strefę komfortu i postawiła na social media, których zwyczajnie nie lubiła, okazałoby się, że jest jeszcze jakaś furtka. Tylko że nie chciała grać sama. Nie marzyła o podróżach, których, czuła, że w życiu miała już wystarczająco dużo – przynajmniej tych zarobkowych. Pozyskanie stałego zatrudnienia w orkiestrze było kwestią czasu, gdy któryś z jej kolegów przejdzie na emeryturę i zwyczajnie zwolni się miejsce, bo innej drogi nie było. Nie można było grać lepiej, gdy wszyscy się starali i dostarczali to, czego oczekiwał dyrygent, więc nawet gdyby bardziej się postarała, nie mogła przyspieszyć pewnych rzeczy.
    Chciała mieć kiedyś rodzinę, ale nie chciała, by był to cel sam w sobie. Znała siebie za dobrze – swoją porywczość i zawzięcie, gdy w końcu wiedziała, czego chce. Przyjmując, że mąż, dzieci i dom z białym płotkiem są czymś, co powinna osiągnąć w określonym czasie, zgodziłaby się na wszelkie kompromisy, byle to osiągnąć. Nie chciała się tak zatracać, bo bała się utraty niedawno odzyskanej kontroli, którą dobrowolnie oddała, nim właściwie w pełni przejęła ją w swoje ręce.
    Nie wiedziała, jako jaką osobę powinna siebie postrzegać i jak chciała być postrzegana, bo i na to brakowało jej czasu. Każdy miał jakieś wyobrażenie siebie w oczach innych i Tammy też je miała, szczerze wierząc, że to, jak ją widzą, nie jest dalekie od tego, jaka była w rzeczywistości. Raczej nie udawała. Raczej, bo starych nawyków trudno było się pozbyć, szczególnie gdy te były częścią ponurej codzienności, której nie chciała do siebie dopuścić, dlatego nawet w najgorsze dni potrafiła się uśmiechać. Nie płakała tak często jak kiedyś, pozwalając sobie na to rzadziej, ale tak odreagowywała – albo krzykiem zduszonym przez poduszkę. Rzadko kiedy pozwalała się wyprowadzić z równowagi, właściwie nie pamiętała, kiedy ostatni raz na kogokolwiek by krzyczała, co nie oznaczało, że się nie kłóciła wcale. Potrzeba nieokazywania słabości była wpojona w niej zwyczajnie tak głęboko, tak mocno zakorzeniona, że Tamsin mogła wydawać się wiecznie uśmiechnięta, a jeśli akurat się nie uśmiechała, to przynajmniej była spokojna. Pozornie.
    Była jednak typem ogarniacza. Może gdyby Tanner z jakiegoś powodu potrzebował części do radzieckiego czołgu, potrzebowałaby sporo czasu, żeby to zorganizować, ale gdyby od tego zależało coś ważnego w jego życiu, w końcu i to by ogarnęła. Nie wiedziała, skąd to się w niej bierze, czy to dzieło przypadku, czy tego, że łatwo nawiązywała znajomości, ale zawsze znała kogoś, kto znał kogoś, kto akurat wiedział o czymś czy o kimś i był w stanie pomóc. O pomoc co prawda prosiła niechętnie, starając się raczej wszystko robić siłą własnej głowy i dłoni, a jednak budowanie sieci powiązań przychodziło jej całkowicie naturalnie.
    Tak jak choćby teraz, gdy zmierzali do baru, o którego istnieniu wiedziała, bo z głównym barmanem, a zarazem właścicielem, była kiedyś na przyjęciu u siostry przyjaciółki chłopaka, z którym grywała chałtury, i traf chciał, że z jakiegoś powodu ją zapamiętał, a ona zapamiętała jego. Przez to od dwóch lat, przynajmniej co kilka miesięcy, do niego wpadała zamienić chociaż kilka słów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Jeszcze wiele o mnie nie wiesz, Tannerze Morganie — uśmiechnęła się, lekko unosząc przy tym brwi w niemym wyzwaniu, jakby prowokowała go, by pytał dalej. Cebula ma warstwy, ogry mają warstwy i właściwie każdy człowiek, którego Tamsin w swoim życiu poznała, łącznie z nią, też miał warstwy. Ile warstw było przed Tannerem? Tego sama Passalis nie wiedziała.
      Szła przez chwilę w ciszy, myśląc nad zadanym pytaniem. To było jedno z tych, których się bała – przez które nie lubiła siedzieć sama w mieszkaniu, przez które lgnęła do ludzi, byle z nimi rozmawiać, najchętniej o nich i ich życiu. Większość lubiła opowiadać o sobie, więc nie było to trudne, tak samo jak znalezienie takich, którzy nie dopytywali, nie chcieli jej poznawać bardziej. Tym razem jednak sama strzeliła sobie w kolano – zaproponowała grę, w której oboje się poznawali.
      — Gruby portfel, wysoki, najlepiej bez przeszłości, świeżo wyjęty spod kamienia albo z jakiegoś taniego romansidła — zaśmiała się, z trudem nie dodając wspominki o odpowiednim rozmiarze przyrodzenia. Zmarszczyła przy tym nos, śmiejąc się nieco dłużej, zastanawiając się, jak mogłaby brzmieć prawdziwa odpowiedź, nie napędzana skrzywionym poczuciem humoru. — Chyba nie wiem, Tan. Nie myślałam o tym… Chyba musiałabym zwyczajnie poczuć to coś, przez co tę głowę zwyczajnie tracisz. Już raz straciłam głowę dla kogoś, o kim w życiu nie pomyślałabym, że mogłabym ją stracić, więc nie ma na to jednoznacznego przepisu — wzruszyła lekko ramionami. Miała piętnaście lat i prawie czterdziestoletni mężczyźni nie byli wcale, a wcale, w jej typie w tamtym czasie, a jednak się zakochała. A przynajmniej bardzo chciała w to wierzyć, bo dzięki temu łatwiej było jej iść przez życie dalej. Z wiarą, że jest zdolna do miłości.
      — A ty? Jaka ta kobieta musiałaby być, żebyś się totalnie zatracił? — spytała, poprawiając torbę na ramieniu, gdy wyszli z terenu lunaparku. Noc była przyjemnie ciepła, chociaż dało się wyczuć nieco chłodniejszy wiatr, zdradzający, że lato dobiega końca.

      Tamsin Passalis💗🕶️

      Usuń
  11. Gdy pochylił się do blizny, wstrzymała nieco oddech, a potem poczuła usta Tannera, które były delikatne i miękkie. Obserwowała każdy jego ruch, jakby spodziewała się, że zobaczy obrzydzenie, ale nic takiego nie dostrzegła – była tylko czułość, której nigdy wcześniej nie doświadczyła w ten sposób. Jasne, jej ojciec ją kochał i dawał jej tyle, że Rei czuła czasem wyrzuty sumienia, ale to było coś innego niż to, co działo się teraz. Tanner nie był z nią związany krwią i nie musiał robić tych wszystkich rzeczy, a jednak coś sprawiło, że chciał.
    Słysząc jego szept, w jej oczach znów pojawiły się łzy. I ponownie nie były to złe łzy, tylko te dobre, odpowiedzialne za wzruszenia, które ściskało jej serce. Zawsze bała się momentu, w którym będzie musiała zdjąć przed kimś koszulkę, bo nie była w stanie przewidzieć reakcji. Ktoś by jej współczuł? Czułby obrzydzenie? A może wyśmiałby ją za to, że jest tak chuda? Rei jako nastolatka czytała sporo takich wpisów w Internecie, poznając historie innych dziewczyn, tylko że one dotyczyły nastoletnich romansów i rozterek. To jednak nie sprawiało, że Rei bała się mniej – kompleksy nie były czymś, co ot tak znikało, ale teraz przynajmniej miała pewność, że nie wyglądała aż tak źle. Tanner nie uciekł, więc może jej głowa po prostu to wszystko wyolbrzymiała.
    Uśmiechnęła się miękko, gdy wyznał, że była najbardziej wyjątkowym szmaragdem, jaki kiedykolwiek miał okazję zobaczyć. Wstrzymywane dotąd łzy spłynęły po jej policzkach, a Rei pociągnęła cicho nosem. Nie była pewna, czy kiedykolwiek ktoś użył słowa wyjątkowa wobec niej w ten sposób. Może słyszała je wcześniej w recenzjach, wiadomościach od czytelników albo od Maeve, która potrafiła powiedzieć, że Rei jest „wyjątkowo niemożliwa”, co technicznie również było komplementem. Ludzie mówili jej, że jest utalentowana, zabawna, odważna, silna, ale te słowa zawsze miały gdzieś z tyłu głowy dopisek: pomimo. Tanner nic więcej nie dodał, nie było żadnego „pomimo blizn” albo „mimo choroby”. Po prostu… była wyjątkowa. Jak szmaragd. I nagle Rei zrozumiała, dlaczego tak bardzo chciała, żeby to właśnie on ją taką zobaczył. Znał wartość rzeczy, których nie dało się zmierzyć prostą skalą. Wiedział, że inkluzje nie musiały odbierać kamieniowi piękna, a mimo to ona przez lata próbowała je ukrywać, jakby były dowodem, że jest gorsza od innych.
    Ujęła jego twarz w dłonie, głaszcząc kciukami skórę przy policzkach. Nie przejmowała się teraz własnymi łzami, bo nie one były teraz ważne. Ważny był Tanner i to, że naprawdę tutaj był. Że patrzył w jej stronę tak, jakby wszystkie te blizny, wszystkie straty, cała ta skomplikowana historia jej ciała nie odbierały jej prawa do bycia chcianą. Rei uśmiechnęła się przez łzy, a potem wyciągnęła się nieco i najpierw musnęła ustami jego czoło, potem skroń, nos i miejsce pod dolną powieką. Obdarowywała go krótkimi, wdzięcznymi muśnięciami, a ostatecznie zainicjowała czuły pocałunek. Nie był to pocałunek z tych, które można później poprawić czy zredagować. Nie miała przygotowanej lepszej wersji, odpowiedniego kąta ani żadnego romantycznego planu awaryjnego. Pocałunek był prosty, trochę niepewny i całkowicie prawdziwy. Przymknęła oczy, chcąc zapamiętać tę chwilę dokładnie taką, jaka była. Tylko ona, Reilynn, i Tanner. Przez jej głowę pierwszy raz od bardzo, bardzo dawna przebiegła myśl, że może to ten moment, w którym wcale nie musiała przepraszać za to, że chciała być blisko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Jeśli ja jestem szmaragdem, to ty powinieneś być jego oprawą — szepnęła mu w usta i odnalazła spojrzeniem oczy Tannera. — Nie po to, żeby mnie zamknąć… ale żeby otoczyć mnie czymś, co pozwoliłoby mi lśnić jeszcze mocniej. Czymś, co nie przytłacza kamienia, tylko sprawia, że staje się jeszcze bardziej widoczny.
      Nawiązywała teraz do momentu, w którym kupiła od niego naszyjnik. Tamten szmaragd był w swoim pięknie wystarczający, aby się wyróżniać, jednak złoto ładnie podkreślało jego niezwykłość i nie próbowało konkurować z kamieniem, wydobywało jego głębię i sprawiało, że światło zatrzymywało się odrobinę dłużej. Może właśnie tego chciała dla siebie. Nie kogoś, kto miałby ją zmieniać, naprawiać czy przykrywać wszystkie niedoskonałe rzeczy czymś bardziej efektownym. Chciała kogoś, kto potrafiłby dostrzec to, co już w niej było, i zostać wystarczająco blisko, żeby podkreślić jej blask, zamiast próbować świecić za nią. Szmaragd nadal pozostawał szmaragdem, ale dopiero otoczony złotem mógł pokazać pełnię swojego piękna. Jej dłonie mimowolnie objęły jego kark, przyciągając go bliżej. Pocałowała go mocniej, z całą odwagą, której jeszcze kilka chwil temu w ogóle nie było. Rei już się nie wahała; po prostu chciała, żeby jeszcze przez moment zostać właśnie tutaj, tak blisko niego.

      Rei Bothwell 💚💚💚

      Usuń
  12. Rei znała sporo ładnych słów, metafor i umiała zazwyczaj układać zdania tak, aby przekazywały to, co myślała. Czasem jednak jej mózg nie współpracował, szczególnie gdy musiała powiedzieć coś głośno, ale teraz mówiła to, bo tak czuła i chciała, żeby Tanner o tym wiedział. Nawiązywała do tego, czym się zajmował i co lubił, ale także do momentu, w którym po raz pierwszy dystans przestał mieć znaczenie. Wtedy Rei pomyślała, że może jednak będą w stanie się zaprzyjaźnić i że Tanner Morgan nie jest jedynie poważnym korpoelfem.
    Westchnęła cicho przez nos, gdy naparł mocniej ustami o te jej – Rei nie wiedziała, że całowanie może być takie przyjemne, że to wcale nie chodziło o to, żeby umieć to robić, bo nauka była dość łatwa, kiedy miało się naprzeciwko kogoś doświadczonego. I to nie w tym złym sensie, Rei nie myślała o innych kobietach czy o tej konkretnej – Dakocie – gdy całowała Tannera, bo teraz nie liczyło się tak naprawdę nic, nawet to później, do którego musiało w końcu dojść.
    — Czyżby? — spytała zaczepnie, uśmiechając się lekko, gdy wyznał, że lubił, kiedy była tak blisko. Ona też zdążyła to polubić. — Wiesz, to całkiem zaskakujące, że jeszcze niczego nie popsułam ani nic sobie nie zrobiłam — dodała z rozbawieniem, bo wcześniej, widząc się z Tannerem, albo lądowała pod stołem, albo łamała sobie nos. To spotkanie należało do tych mniej bolesnych, ale zdecydowanie przyjemniejszych.
    Odchyliła nieco szyję, czując jego usta w tym wrażliwym miejscu. Przymknęła oczy i zadrżała mimowolnie, nie umiejąc tego zatrzymać, choć tak naprawdę wcale tego nie chciała. Było jej po prostu dobrze; bliskość Tannera, jego dotyk, ciepło, które rozlewało się po jej skórze i uciekało gdzieś w dół, sprawiając, że miała ochotę zacisnąć uda. Wiedziała, co to oznaczało – pisała o tym, i chyba wolałaby nie być tego świadoma, tyle że Tanner nie był ślepy i zapewne to zauważył. Cóż, czy to znaczyło, że będąc chorą dwudziestosześciolatką była całkiem zdrowa, jeśli chodziło o te sprawy?
    Rei zamarła chwilowo, czując jego usta przy swoim obojczyku. Nie dlatego, że chciała się odsunąć, wręcz przeciwnie. Jej serce zabiło mocniej. Przyzwyczaić. Słowo było niewinne, a jednak zabrzmiało w jej głowie niemal jak obietnica. Przyzwyczajenie się do konkretnej osoby, do rąk, które nie sprawdzały, czy coś bolało, do ust, które nie pytały o chorobę, a ostatecznie przyzwyczajenie się do kogoś, kto nie był z nią związany przez szpital czy konieczność pomocy. Przyzwyczaić się do niego. Ta myśl była jednocześnie najpiękniejsza i najbardziej przerażająca. Bo przecież ona również mogłaby się przyzwyczaić; do tego, jak patrzył w jej stronę, do jego głosu, kiedy mówił jej imię, do tego, że przy nim nie musiała zastanawiać się, czy jest po prostu zbyt. I może właśnie dlatego rozumiała jego obawę aż za dobrze. Nie bała się samego jutra. Bała się tego, że jutro może okazać się wystarczająco dobre, żeby zaczęła czuć potrzebę, a potrzeba była dla niej czymś znacznie bardziej niebezpiecznym niż samotność. Znała samotność, umiała z nią żyć i potrafiła obudować ją książkami, żartami, pracą i światami, które tworzyła w głowie. Przesunęła delikatnie palcami po jego karku, jakby chciała upewnić się, że naprawdę tutaj był.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — To chyba mamy problem — stwierdziła cicho, tuż przy jego ustach, i uśmiechnęła się delikatnie. Wzruszyła lekko ramieniem, bo to, co miała powiedzieć, wydawało jej się oczywiste. — Bo ja też lubię, gdy jesteś blisko, i też mogłabym się do tego przyzwyczaić i być może boję się, że to się wszystko skończy, że albo ja okażę się niewystarczająca, albo, nie wiem, rzeczywistość stanie się nieznośna, ale wiesz? Pieprzyć to. To, że tutaj jesteśmy, to… to, co dzieje się teraz, to jest najważniejsze, prawda? Nikt nas do tego nie zmusza, nie był to plan jakiegoś szalonego boga, nie ma w tym czarnej magii ani klątwy.
      Wyciągnęła dłoń, aby przyłożyć palce w miejsce, gdzie znajdowało się jego serce. Zmarszczyła się lekko, bo domyślała się, że to, co powie, może być trudne, ale chciała to wyznać.
      — Nie wiem, jak długo będę żyć, może rok, może dziesięć lat, a może się zestarzeję… — dodała ostrożnie, bo chodziło przede wszystkim o to, że bliskość, którą teraz miała, którą chciała otrzymywać, ale i też dawać, mogła zniknąć nawet jutro, gdy jej ciało ugnie się pod chorobą. Wtedy nie zostanie nic, tylko pustka, Rei Bothwell będzie tylko trupem, który zostawił po sobie kilka książek i trochę wspomnień. — Ale nie chcę już podejmować decyzji za przyszłą mnie. Dzisiejsza ja chce tutaj być. Z tobą. A jeśli jutro będzie trudne, to będzie trudne jutro.
      Spojrzała mu w oczy i ujęła jego twarz w dłonie, aby docisnąć usta do jego ust, a potem jej ręce wolno przemknęły przez jego szyję i ramiona.

      Rei Bothwell 💚🌙

      Usuń
  13. Reilynn zdecydowanie brała pod uwagę to, że może jej nie być, szczególnie że kilka razy było już blisko, aby totalnie zniknęła. 2026 rok miał więc stać się czymś nowym, jakimś przełomem w jej życiu, które aż do tej pory wyglądało bardzo statycznie, mimo że wydawało się, że Rei ciągle trwała w jakimś chaosie. Tak naprawdę jednak zazwyczaj pisała i lawirowała pomiędzy mieszkaniem a szpitalem, czasem wychodząc gdzieś z Maeve lub samotnie, żeby napić się dobrej kawy i dokończyć rozdział. Było w tym trochę nudy, ale wcale jej to nie przeszkadzało. Nie potrzebowała wielkich emocji, tylko że te przyszły trochę niespodziewanie, a jej zainteresowanie Tannerem Morganem nie było nigdy tym, co sobie zaplanowała. Chciała po prostu stworzyć dobrego bohatera, ale nie do końca przemyślała to, że stanie się częścią jego historii. I zdecydowanie tego nie żałowała.
    Tanner dotykał jej tak, jak nikt nigdy wcześniej. Było to coś innego, nowego i przyjemnego. Jej zmysły szalały, a skóra uginała się miękko pod każdym muśnięciem. Rei starała się to wszystko zapamiętać. Nie wiedziała, czy Tanner będzie chciał to kiedykolwiek z nią powtórzyć – może jednak całowała tak źle, że wolałby całować się z rybą? Nie, nie mógłby tak dobrze udawać. Próbowała jednak wyłapać każde muśnięcie i drżenie, wiedząc, że będzie do tego wracać jeszcze kilkukrotnie, gdy Tanner będzie daleko.
    Poczuła jego palce przy staniku i przez moment naprawdę chciała, żeby wsunął tam palce i ją dotknął, ale Tanner się wycofał, a Rei pomyślała jedynie o tym, dlaczego to zrobił. Obawiał się? A może jednak nie chciał tego wszystkiego? W jej głowie powstało kilka scenariuszy, każdy kolejny gorszy od następnego. Nie chciała jednak analizować tego teraz, bo to nie był dobry moment, żeby się zamykać i nadinterpretować jego zachowanie.
    — I łatwiej uznać, że to wina czarnej magii? — Zaśmiała się mimowolnie, zasłaniając palcami usta, bo bardzo ją to rozbawiło. Jej twarz zrobiła się jeszcze bardziej czerwona niż chwilę temu, gdy dotarło do niej to, co powiedział. Posłała mu spojrzenie i patrzyła, jak całuje jej brzuch. Trochę ją to łaskotało, ale zdecydowanie było przyjemne. Nadal nie mogła uwierzyć, że naprawdę leżała pod Tannerem i pozwalała mu robić rzeczy, o których do tej pory wyłącznie pisała. W jej książkach każdy bohater był do tego doskonale przygotowany. Ich oddechy nie przyspieszały w niewłaściwym momencie, nie zastanawiali się, gdzie podziać ręce i zdecydowanie nie mieli ochoty schować się pod kocem ze wstydu, który mimo wszystko gdzieś się w niej tlił. Najdziwniejsze było chyba to, że nie czuła potrzeby analizowania każdego gestu. Nie zastanawiała się, czy robiła coś dobrze, czy wyglądała wystarczająco kusząco, czy jej blizny były widoczne za bardzo, czy powinna coś powiedzieć. Po prostu… czuła; ciepło jego ust, bliskość i to absurdalne poczucie bezpieczeństwa, które sprawiało, że nie chciała się odsuwać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oddała jego pocałunek, gdy zainicjował tę pieszczotę, a jej dłonie mimowolnie dotknęły jego ramion, a później obojczyków. Westchnęła cicho, czując, że rozpływa się coraz bardziej pod każdym muśnięciem, stając się gliną w jego rękach. Przymknęła oczy i poddała się temu, co teraz czuła; nie analizowała, nie myślała i nie próbowała niczego interpretować. Jedna z jej rąk ścisnęła mocno jego koszulkę, potrząsnęła lekko i pociągnęła, aby jej palce mogły dotknąć ciepłej skóry Tannera pod materiałem. Gdy jednak zdała sobie sprawę z tego, co zrobiła, odsunęła się nieco od jego ust, wzięła oddech i odezwała się cicho:
      — Czy to za dużo? — Odnalazła spojrzeniem jego oczy. Dyszała nieco ciężko i czuła, że pod wpływem kolejnych pieszczot jest coraz bardziej rozproszona, jakby jej ciało po raz pierwszy nie czuło w ogóle bólu. Nie chciała się odsuwać; pragnęła zostać dokładnie tutaj, choć nie do końca wiedziała jeszcze, co zrobić z tym dziwnym, przyjemnym drżeniem, które pojawiało się za każdym razem, gdy Tanner jej dotykał. Była przyzwyczajona do bólu, do nieprzyjemnego napięcia, ale tym razem wszystko wydawało się inne. Gdyby jednak Tanner uznał, że to za dużo, trzymałaby ręce przy sobie.
      — Ja… — zaczęła, przełykając ślinę. — Nigdy nikogo tak nie dotykałam — wyznała szczerze, sądząc jednak, że się tego spodziewał, a mimo to było jej trochę głupio, kiedy to głośno wybrzmiało. — I nikt nigdy nie dotykał mnie… czy… nauczysz mnie tego? — spytała nieco niepewnie. — Nie chcę tylko udawać, że wiem, co robić, bo napisałam o tym wystarczająco dużo książek. Chcę wiedzieć, jak to jest naprawdę… Z tobą.

      Rei Bothwell> 💚💚💚

      Usuń
  14. Zdecydowanie nie spodziewała się takiej reakcji ani tego, że powie tyle razy słowo nie. Skuliła się nieco w sobie, czując, że się wygłupiła, ale w tamtym momencie naprawdę tego chciała. Ufała Tannerowi, był kimś, kogo bliskość wydawała się ją otulać jak ciepły kocyk. To dlatego poprosiła, aby ją nauczył – chciała dawać mu tę samą przyjemność, którą od niego otrzymywała, a przy tym doświadczyć czegoś innego, mocniejszego.
    Patrzyła w ciszy, jak pokręcił głową, a potem cofnął się i usiadł obok, przykładając dłonie do twarzy. Czy powiedziała coś bardzo nie tak? Czy chcąc, aby pokazać jej intymność, poprosiła o zbyt wiele? Nie chciała, żeby czuł się niezręcznie albo do czegoś zobowiązany – sądziła, że też tego pragnął. Widziała przecież jego podniecenie, musiałaby być ślepa, gdyby nie zauważyła wybrzuszenia w jego spodniach, więc dlaczego się wycofywał?
    To niemożliwe, Reilynn. Otworzyła szerzej oczy, mając wrażenie, że trochę nie za bardzo rozumiała, co się właśnie działo. Dostrzegła jego pytające spojrzenie, a potem Tanner zaczął coś mówić, ale było w tym tyle chaosu, jakby próbował to wszystko jakoś połączyć i wysnuć wniosek. Sądziła, że wiedział o tym, że była dziewicą, szczególnie po incydencie z filmem dla dorosłych, ale może nie połączył do tej pory kropek?
    Chciała powiedzieć, że to możliwe, że nikt jej tak nie dotykał i że ona też nikogo tak nie dotykała; że nigdy nie pozwoliła sobie znaleźć się tak blisko drugiej osoby i zapewne też nigdy nie czuła tego co teraz. Nie wiedziała, czy największym problemem było teraz to, że była dziewicą, czy może fakt, że poprosiła o coś więcej. Usłyszała jego ciężkie westchnienie, a potem Tanner rozłożył ręce, patrząc w sufit. Reilynn przełknęła z trudem ślinę; jej mózg nie przewidział takiej reakcji, w ogóle nie brał jej pod uwagę, więc teraz czuła się nieco bezbronna i nieporadna, bo nie zdążyła się przygotować i unieść gardy.
    Gdy w końcu odwrócił do niej głowę, Rei szybko uciekła wzrokiem w bok. Objęła się lekko ramionami, wbijając nieco paznokcie w skórę. Kiwnęła lekko głową, kiedy wyznał, że nie mógł tego zrobić, a potem dotarły do niej kolejne słowa. Przez chwilę nic nie mówiła, ale zdążyła popatrzeć w jego stronę, próbując poukładać to wszystko w swojej głowie. Jeszcze przed chwilą była przekonana, że najbardziej przerażające będzie powiedzenie mu, czego chce, a teraz okazało się, że jeszcze trudniejsze jest usłyszenie, jak bardzo Tanner chce się upewnić, że nie będzie tego żałowała i że tak naprawdę obawiał się, że zepsuje jej pierwszy raz. Wzięła głębszy oddech. Komunikacja, Rei, nie uciekaj. Jeszcze parę miesięcy temu zapewne ubrałaby się i wyszła stąd, uznając, że to był błąd, że w ogóle się otworzyła, ale teraz, trochę dojrzalsza, umiała zapanować nad chęcią wycofania się i zapomnienia, choć przecież robiła to wiele razy.
    — Wiesz, co jest chyba najbardziej absurdalne? — odezwała się w końcu cicho. — Że przez większość życia ludzie decydowali za mnie, czego potrzebuję. — Wyciągnęła rękę i dotknęła delikatnie jego ramienia. — A teraz po raz pierwszy słyszę od kogoś, że mam się upewnić, czy naprawdę tego chcę.
    Uśmiechnęła się lekko, obserwując jego twarz, choć było to teraz nieco trudne i to nie dlatego, że ją zranił, a dlatego, że musiała walczyć z chęcią rzucenia prostego: Okej, zapomnijmy o tym. Nie chciała zapominać i z całą pewnością nie miała zamiaru uciekać, ale niemal czuła, jak mocno była spięta.
    — Więc tak. Jestem pewna. — Przez chwilę patrzyła mu prosto w oczy. — Ale nie chcę, żebyś myślał, że musisz zrobić wszystko idealnie. Chcę tylko, żebyś był ze mną.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naprawdę tego chciała. Ale to nie przez to, że bała się, że więcej taka okazja może się nie pojawić ani nie dlatego, że chciała nadrobić wszystkie lata, które ominęły ją, kiedy jej rówieśnicy odkrywali rzeczy, o których ona mogła najwyżej pisać. Nie chciała też, żeby ten moment stał się kolejnym punktem na liście rzeczy, których powinna była doświadczyć przed śmiercią. Chciała po prostu Tannera. Tego, jak potrafił być przy niej, nie traktując jej jak coś zepsutego. Nie potrzebowała nauczyciela, który przeprowadziłby ją przez wszystko krok po kroku, a kogoś, przy kim mogła powiedzieć, że czegoś nie wie, czegoś się boi albo czegoś pragnie, i nie poczuć się przez to mniej dorosła. Może właśnie dlatego jego słowa tak bardzo ją poruszyły. Bał się, że mógłby ją skrzywdzić, podczas gdy ona po raz pierwszy od dawna nie czuła się jak coś kruchego. Była po prostu Rei. I nie potrzebowała perfekcji. Potrzebowała jego.
      — A jeśli naprawdę boisz się, że zepsujesz mi pierwszy raz… — szepnęła z delikatnym uśmiechem. — To chyba możesz przestać myśleć o tym wszystkim jak o jakimś egzaminie, który musisz zdać. — Przysunęła się bliżej i przyłożyła czoło do jego czoła. — Bo ja nie szukam perfekcyjnego wspomnienia. Chcę po prostu mojego wspomnienia z tobą.
      Potarła czoło o jego czoło i musnęła krótko jego dolną wargę ustami.
      — Ale… jeżeli czujesz się przytłoczony tym dniem albo, no nie wiem, nie jesteś pewny lub chcesz się wycofać, to po prostu zostańmy przy całowaniu — dodała miękko i uśmiechnęła się nieco szerzej. — A do pierwszego razu wrócimy później. Jutro, za tydzień, kiedy nadal będziemy tego chcieć, chociaż wtedy mogę spodziewać się co najmniej stu róż i jedwabnych poduszek…
      Posłała mu spojrzenie, które było bardzo świadome, ale jednocześnie czułe i rozbrajające całą tę, jak wydawało się Rei, nieco napiętą atmosferę. Naprawdę nie chciała, żeby czuł, że skoro powiedziała „tak”, to teraz musiał za wszelką cenę zrobić kolejny krok. Nie chciała, żeby jej pragnienie stało się dla niego zobowiązaniem. Sama aż za dobrze znała to uczucie, kiedy człowiek zaczynał traktować własne słowa jak drogę bez powrotu. A przecież niczego nie musieli. Mogli zostać tutaj, całować się jeszcze godzinę, rozmawiać o zupełnie absurdalnych rzeczach i zjeść wszystkie żelki, które zostały w misce. I, ku jej własnemu zaskoczeniu, myśl o tym wcale nie wydawała jej się rozczarowująca. Bo chodziło jej o niego, a nie o jakiś punkt końcowy. Chciała być z nim tak jak teraz, bez scenariusza, bez oczekiwań i bez udowadniania czegokolwiek. Reszta mogła poczekać.

      Rei Bothwell 💚🥹

      Usuń
  15. Tamsin przez większość swojego życia nosiła w sobie tajemnice, które jak ciężki łańcuch wisiały jej u szyi, nie pozwalając się ruszać z lekkością osoby w wieku, w którym się znajdowała. Będąc dzieckiem, wielokrotnie przyglądała się pracy swojej mamy, która zawodowo opiekowała się seniorami wymagającymi pomocy w podstawowych czynnościach. Jej klientami byli z reguły ludzie zamożni i zbyt uparci, by można było ich umieścić w domu opieki, często zbyt świadomi, by można było to uczynić wbrew ich woli. Bystre umysły uwięzione w skorupach, które zdawały się zdradzać swoich właścicieli, wciąż chętnych do życia tak, jak przed chorobą rozlewającą się po ich ciele, powszechnie znaną jako starość. Passalis przez wiele lat miała wrażenie, że ona jest przypadkiem zgoła odwrotnym – starym duchem uwięzionym w ciele dziecka, zbyt małym, by samemu o sobie stanowić, ale też zbyt dojrzałym, żeby móc oddawać się lekkości bycia powszechnej wśród swoich rówieśników. Wtedy jeszcze nie nosiła ze sobą tajemnic, ale niedopowiedzenia, unikając mówienia wprost czegokolwiek, zbyt przestraszona wizją, w której za prawdą szła odpowiedzialność.
    Ciężar tajemnic, które przyszły później, i kłamstw z nich związanych był nieporównywalnie większy, ale i z nim jakoś sobie poradziła. Jak zwykle. Tamsin w końcu zawsze dawała sobie radę, mniej lub bardziej, ale nigdy nie pozwoliła, żeby cokolwiek przygniotło ją tak, aby nie mogła ruszyć dalej. Najpierw minuta po minucie, godzina po godzinie, dzień za dniem i w końcu te dni składały się na lata, ale szła do przodu, z każdym kolejnym doświadczeniem budując kolejną warstwę. Nie musiała przy tym kłamać – zwyczajnie wiele rzeczy przemilczała, ale też nikt raczej nie dopytywał. Może nikogo też tak blisko nie dopuściła?
    Z reguły była miła. Uśmiechała się dużo i szczerze, bo z natury była pogodnym człowiekiem, który wszelkie potwory trzymał skrzętnie zamknięte w szafie, nie pozwalając, by któryś przejął nad nią zbyt dużą kontrolę, ale to wcale nie znaczyło, że nie umiała warknąć. Przez pewien czas nie pamiętała, jak to jest mieć własne zdanie, ale gdy odzyskała głos, to z niego korzystała, w swojej radości będąc równie transparentną, co w złości, jedynie smutek ukrywając gdzieś głęboko.
    — Ja chyba chciałabym, żeby był szczerze dobrym człowiekiem z poczuciem humoru, bo pod koniec dnia… Wszyscy i tak będziemy kiedyś starzy i brzydcy, pieniądze raz są, a raz ich nie ma, a pod koniec dnia miło jest być z kimś, z kim można zwyczajnie pogadać i się trochę pośmiać, ale… Ale też nie można kogoś upraszczać w ten sposób — stwierdziła, poprawiając torebkę na ramieniu. — A autentyczność… No, to też. Ciężko tak podsumować to w kilku słowach — nie byli w podstawówce, a odpowiedzi na to pytanie nie dało się przecież wpasować w linijkę przygotowaną na odpowiedź w „złotych myślach”. Zawrócenie komuś w głowie nie było w końcu byle czym, bo i rozpatrywać można było to na wiele sposobów. Ktoś mógł zawrócić w głowie na wakacjach, stając się pięknym, wakacyjnym romansem, który nie miał prawa istnieć po wylądowaniu w domu. Mógł to być również niesamowity, niezapomniany weekend, do którego wracało się myślami, zmywając naczynia czy jadąc windą po zobaczeniu u kogoś takiego samego zegarka czy innej, charakterystycznej rzeczy kojarzącej się z tą przygodą. Mogło to być też to magiczne, mistyczne wręcz zagarnięcie serca na całe życie, miłość, którą odnajdywało się w drugiej osobie każdego dnia na nowo i Tamsin, pomimo swojej romantycznej natury, chyba o tym myślała najczęściej. Sama też nie potrzebowała kogoś, kto próbowałby być idealny, ba! Nie chciałaby być z kimś idealnym i to nie przez sam brak autentyczności tej osoby, ale przez to, że sama też miała wady – chciała, żeby taka osoba też je miała, bo to świadczyłoby o tym, że jest człowiekiem, takim prawdziwym, z krwi i kości, a ci nigdy nie są idealni.
    Z drugiej strony autentyczność, a raczej szczerość sama w sobie bywała trudna, bo nie było w niej miejsca na pozory i udawanie, odsłaniało się przez to miękki brzuch, w który nikt raczej nie chciał być trafiony.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szła przez chwilę w ciszy, dobrze wiedząc, że do pubu było zbyt daleko, by móc przeciągnąć odpowiedź aż do jego wejścia, a jednocześnie było zbyt blisko, by rozłożyć to swobodnie na czynniki pierwsze. Nie spieszyła się jednak z odpowiedzią, czując potrzebę podzielenia się nią z przyjacielem, a jednocześnie… Strach. Bo właśnie odsłaniała ten miękki brzuch i chociaż była pewna, że Tanner nie wykorzystałby tego nigdy przeciwko niej, to i tak czuła się w tym niepewna. Zerknęła na niego przelotnie, po czym wróciła do uważnego patrzenia to przed siebie, to znów pod nogi, by obcasem nie zahaczyć o nierówność chodnika i zwyczajnie nie legnąć na nim jak długa.
      — Zatracenia — wpuszczała do przedpokoju. Pozwalała rozgościć się w salonie, zwiedzić kuchnię i jadalnię. Przyjaźń w pewien sposób tego wymagała i była gotowa to dać, ale gdy tylko ktoś próbował wejść na schody, zaczynała czuć niepokój. Pozornie przepracowane traumy budowały następne stopnie, nie pozwalając od kilku lat nikomu wejść wyżej, ale prawda była też taka, że niespecjalnie ktokolwiek próbował, zniechęcony zazwyczaj już po kilku pierwszych krokach, i Tamsin to rozumiała. Sama nie wiedziała, czy byłaby gotowa wspinać się na cudzą drabinę, gdyby ktokolwiek jej nie trzymał, więc nie miała w sobie zbyt wiele żalu. Jeśli już miała kogoś za to winić, to mogła jedynie siebie, przeszłość, której nie mogła zmienić, i może te wszystkie okoliczności, przez które brakowało jej zwyczajnie odwagi, by dopuścić do siebie kogoś tak w pełni, tak całkowicie. Co, jeśli ktoś pokonałby tę drogę, ona całkowicie by się otworzyła, a ten ktoś wcale nie byłby zadowolony z tego, co zastał?
      — Tędy — skinęła głową w stronę drzwi prowadzących do podpiwniczenia jednego ze starszych, ale schludnie utrzymanych budynków, do którego doszli, skręcając z głównej alei. Powoli zeszła po schodach, sukienkę podciągając do góry, by przypadkiem jej nie przydepnąć, i weszła przez metalowe, niemal całkowicie obklejone najróżniejszymi wlepkami drzwi do pubu, który chyba nie mógł wyglądać bardziej stereotypowo, niż wyglądał.
      Brązowe, skórzane kanapy ustawione na wzór przedziałów w starych pociągach, rozdzielone stolikami na żeliwnych nogach, na których zasiadali powoli zbierający się klienci. Z głośników leciała rockowa muzyka, głośna na tyle, by nie dało się rozmawiać szeptem, ale jednocześnie na tyle cicha, by nie trzeba było do siebie krzyczeć. Kilka rodzajów szkła podwieszonego nad barem, złudnie dającego nadzieję na dostanie w tym miejscu czegoś innego niż shoty, piwo i alkohol na lodzie, ciemne drewno z podłogi wchodzące na ściany w formie boazerii sięgającej do połowy ściany w kolorze dojrzałych wiśni i rosły mężczyzna, z tatuażami prawdopodobnie na większości swojego ciała, stojący za barem.
      — Cześć, Rory — uśmiechnęła się szeroko do mężczyzny, podchodząc od frontu baru, po czym wymieniła się z mężczyzną wręcz teatralnymi buziakami powitania.
      — Tammy! Coś ty taka… Kolega, widzę, że z tej samej imprezy — nie dokończył, bo sugestywny wzrok na ich ubrania mówił wszystko. Wyciągnął w kierunku Tannera dłoń w geście powitania. — Rory. Czego się napijecie?
      Tamsin zajęła miejsce na jednym z wysokich hokerów przy barze, torebkę kładąc za swoimi plecami. Bez skrępowania wyciągnęła zza lady kawałek papierowego ręcznika i przetarła blat przed nimi, zachęcająco zerkając na miejsce obok siebie, dając tym samym Tannerowi znać, że to właśnie tu mieli usiąść. Przynajmniej na chwilę.
      — Proponuję, żebyśmy zaczęli od shota za spotkanie, później przeszli do tych karnych i wzięli sobie po szklaneczce czegoś miłego, żeby przenieść się na którąś z tych obłędnie wygodnych kanap, bo… — zwróciła się w stronę barmana i jednocześnie właściciela tego przybytku. — Nie obraź się, Rory, ale nogi mi od tych obcasów włażą w tyłek i tylko marzę, żeby wyciągnąć je na jednej z nich — uśmiechnęła się szeroko.

      Tamsin Passalis🥂

      Usuń
  16. Była pewna i chciała tego, nie robiąc nic wbrew sobie ani nie próbując udawać, że wie, dokąd to wszystko zmierza. Nie miała pojęcia, co przyniesie jutro, ale pragnęła tego, co miała tu i teraz, niezależnie od tego, czy Tanner Morgan był od niej starszy albo posiadał jakiś bagaż. Może było to nawet trochę egoistyczne, skoro chciała zbliżyć się w ten sposób do faceta, który miał żonę, ale nie robiła tego, bo była tą drugą. To nie był romans, który wyszedł ot tak, to nie była przelotna znajomość ani seks, który wynikał z potrzeby tego, aby coś przeżyć – Rei zdecydowała i chciała ponieść konsekwencje tej decyzji. Nie miała zamiaru obudzić się później z poczuciem, że pozwoliła strachowi podjąć ją za siebie. Zbyt wiele razy jej życie było zdominowane przez rzeczy, których nie była w stanie ujarzmić: choroba, operacje, decyzje lekarzy, cudze oczekiwania, ograniczenia własnego ciała. Tym razem wybór należał do niej. I może właśnie dlatego nie potrzebowała obietnicy, że będzie dobrze; liczyła się tylko pewność, że to, co robiła, było jej. Tanner nie był bezpieczną kartą. Miał przeszłość, zobowiązania, córkę, żonę, z którą wciąż łączyło go życie bardziej skomplikowane niż proste „razem” albo „osobno”. Rei doskonale o tym wiedziała. Nie zamierzała udawać, że tego wszystkiego nie ma tylko dlatego, że przy nim jej serce zachowywało się tak, jakby odkryło, że romantyczne historie być może jednak nie kłamały w kwestii mężczyzn. Może przyszłość rzeczywiście okaże się trudna, może któregoś dnia będą musieli podjąć jakąś trudną decyzję, a rzeczywistość okaże się mniej łaskawa niż ta jedna chwila, ale skoro Rei przeżyła amputację, chemię, szpital i kolejne operacje, to czy powinna się tego obawiać? Była w jakiś sposób zahartowana.
    Przyjęła jego dłoń przy policzku i uśmiechnęła się lekko, wtulając twarz w jego palce. Nie miała pojęcia, co powie i jak zareaguje, ale skoro zdecydowała się już być tą dojrzalszą wersją siebie, to chciała, żeby dobrze zrozumiał jej emocje w tym momencie. Przez te trzy miesiące, kiedy milczała, zupełnie jak Tanner, zmieniło się tyle, że Rei zrozumiała, że kończenie niektórych relacji nie zawsze oznacza, że przestaje się coś czuć. I chyba właśnie tego się nauczyła; że można za kimś tęsknić, nawet jeśli samemu wybrało się ciszę i że niektóre uczucia nie znikają tylko dlatego, że postanowiła być rozsądna. Długo próbowała wmówić sobie, że milczenie było dojrzałe, bezpieczne. Że skoro Tanner nie napisał, ona również nie powinna tego robić. Skoro życie było skomplikowane, należało pozwolić mu pozostać skomplikowanym bez dokładania kolejnych problemów, tylko że przez ten cały czas nie czuła się lekko. Teraz jednak wiedziała, że dojrzałość to nie zawsze wycofanie się i odejście, a zostanie i powiedzenie prawdy, nawet jeśli prawda nie miała gwarancji szczęśliwego zakończenia.
    — Róże są chyba dość oklepane… a co do poduszek, wielka szkoda… — mruknęła zaczepnie, patrząc mu w oczy. Wzięła głębszy oddech, gdy zapewnił, że jest z nią i że też tego wszystkiego chciał. To uderzało w nią mocniej, niż się spodziewała. Przymknęła oczy, czując jego dłoń przy swoim karku, i oddała pocałunek, który był wolniejszy i głębszy. Oddychała cicho przez nos, rozkoszując się każdym muśnięciem, drżąc przez tę bliskość, której nawet nie próbowała sobie wyobrazić – to było zbyt dobre, Tanner był zbyt dobry. Gdy usłyszała jego prośbę, zrobiła to, co jej kazał; ostrożnie więc usiadła na nim, uważając, aby niczego nie popsuć ani się nie zaplątać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Łaskocze… — wymamrotała drżącym głosem, kiedy jego palce dotknęły jej pleców, łopatek i miejsca, w którym jeszcze chwilę temu był stanik. Nie zasłoniła się, choć odruchowo nieco spięła ramiona. Jej twarz cały czas była czerwona, a oddech stawał się bardziej chaotyczny; rozumiała, co to oznaczało, i nie próbowała z tym walczyć, ale czując przyjemne ciepło w dole brzucha, mimowolnie docisnęła nieco biodra do bioder Tannera.
      — Powiedz mi — poprosiła, a jej dłonie dotknęły jego nagich ramion. Rei przesunęła palcami po skórze, chłonąc jej ciepło, a potem przemknęły one po szyi i obojczykach. Nie odrywała spojrzenia od męskiego ciała, które w tym momencie wydawało jej się niemożliwie piękne. Zerknęła do twarzy Tannera, a wiedząc, jak przymknął oczy, uśmiechnęła się delikatnie i pomyślała jedynie, że chciałaby zapamiętać tę twarz właśnie taką. Nieco niepewnie pochyliła się w jego stronę, spuszczając głowę do jego szyi.
      — Ładnie pachniesz… zawsze ładnie pachniesz — wyszeptała, pocierając nosem miejsce, w którym wyczuwała jego puls, i złożyła tam pocałunek, a potem następny i kolejny. Chciała poznawać jego ciało, dowiedzieć się, co lubił i jak reagował, gdy robiła konkretny gest. Przysunęła się bliżej, czując, jak musnął jej pierś, sprawiając, że cała zadrżała; przyjemne mrowienie przeszło przez jej kręgosłup, objawiło się twardymi sutkami, gęsią skórką i mocniejszym impulsem w dole brzucha. Rei znów próbowała coś z tym zrobić, mimowolnie wciskając się w ramiona Tannera.

      Rei Bothwell 💚

      Usuń
  17. [ Dzień dobry!
    Przytuptałam podziękować za powitanie mojej panny na blogu oraz ciepłe słowa <3 Cieszę się, że list wywołał drobne poruszenie, bo tej formy nigdy nie używałam w karcie.
    Raz jeszcze dziękuję i również życzę dalszej udanej zabawy ^^ ]

    Yena

    OdpowiedzUsuń
  18. Bała się zatracenia, bo kiedy już pozwalała sobie odpłynąć zbyt daleko, rozsądek zdawał się być jedną z rzeczy, które zostawiała na brzegu. Wystarczyło trochę uczuć, trochę przywiązania i nagle granica wytyczona przez własne przekonania oraz oczekiwania względem relacji zaczynała mięknąć, rozmywać się, aż w końcu trudno było powiedzieć, gdzie właściwie się kończyła. A to było o tyle niebezpieczne, że Tamsin najzwyczajniej w świecie potrafiła w tym utonąć. Nie miała w sobie tej konsekwencji, którą miał Tanner – potrafiła zmienić decyzję, przesunąć granicę, znaleźć pięć powodów, dla których jednak warto było dać komuś jeszcze jedną szansę, i kolejne pięć, żeby usprawiedliwić to, że poprzednie kilka zostało wykorzystanych. Kiedy na kimś jej zależało, potrafiła pozwolić wejść sobie na głowę z zadziwiającą wręcz uprzejmością.
    Nie tyczyło się to wyłącznie relacji romantycznych, chociaż w przypadku miłości Tamsin rzeczywiście stawała się niemal absurdalna w swoich pokładach szeroko pojętej akceptacji. Kiedyś uważała to za dowód tego, że potrafi kochać bezwarunkowo. Później nauczyła się, że bezwarunkowość nie zawsze była zaletą, a czasem stanowiła zwyczajnie bardzo elegancką nazwę dla braku granic, obojętne, czego by one dotyczyły.
    W zasadzie nikogo nie dopuszczała bliżej niż na ten bezpieczny, niemal sanitarny dystans i gdzieś w głębi duszy miała nadzieję, że przez ten czas nie tylko nauczyła się żyć z tym, co było, ale i sama zwyczajnie w pewien sposób dorosła. Wyewoluowała. Może nauczyła się wreszcie rozpoznawać moment, w którym należało powiedzieć „nie”, nawet jeśli każda inna część niej chciała powiedzieć „dobrze, spróbujmy jeszcze raz”. I jeśli kiedyś nadeszłaby pora i pojawiła się odpowiednia osoba, może byłaby już w stanie się otworzyć. Może nawet, wbrew całemu strachowi, pozwoliłaby sobie zatracić się, ale tym razem bez oddawania przy okazji całego rozsądku, godności i czasu, na który ktoś nie zasługiwał.
    Tego nie wiedziała i nie zapowiadało się, żeby miała się szybko dowiedzieć. Chociaż gdyby ktoś faktycznie zawrócił jej w głowie, prawdopodobnie opierałaby się temu przez jakieś trzy minuty, po czym zaczęłaby przekonywać samą siebie, że przecież od początku dokładnie tego chciała. Nie chciała utknąć w życiu postrzeganym jako zwykła chwila, którą należałoby jedynie przetrwać. Wierzyła, że było w nim coś więcej niż czekanie na kolejny dzień. Tylko żeby do tego doszło, musiałaby się choć trochę odsłonić, a to stanowiło wyzwanie, którego nie była pewna, czy była gotowa się podjąć,a z drugiej strony – nikt nie próbował, bo niespecjalnie też do tego zachęcała.
    Lokalnych zwyczajów pobudziło jednak dość szybko pomysłowość Tamsin, która konspiracyjnie nachyliła się do barmana, niemal zsuwając się z hokera.
    – Nie tak często, jak mogłoby się wydawać – odpowiedziała, wracając nogi założonej na nogę i łokcia nonszalancko opartego na wysokim blacie. – Partner Rory’ego jest altowiolistą, często razem gramy, więc… Częściej niż tutaj bywam u nich w mieszkaniu na próbach – wyjaśniła, rozglądając się po lokalu, jakby wzrokiem poszukiwała wspomnianego kolegi z branży. Był piątek, więc najpewniej albo padł po pracy, albo był w pracy, grając do sznycla po wiedeńsku albo wołowiny po burgundzku w jednej z drogich, eleganckich restauracji. Może nie było to spełnienie marzeń większości muzyków, ale sama Tamsin takie granie lubiła. Samemu wybierało się materiał, grało zazwyczaj z dobrymi znajomymi i w zasadzie całkiem przyjemnie spędzało czas, tworząc tło w ładnym, eleganckim miejscu.
    – Jeśli chcesz stąd iść… – zaczęła, bo przecież Tannerowi nie musiało przypaść to miejsce do gustu, ale nie zdążyła dokończyć, bo Rory postawił przed nimi dwa kieliszki Baileysa zwieńczone bitą śmietaną. Wymownie spojrzała na alkohol, jakby samym spojrzeniem próbowała mu przekazać, że jeśli cokolwiek mu nie odpowiada, to mogą się napić i wyjść, bez żalu, ale i bez robienia zbędnego zamieszania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – To nie jest lokalny zwyczaj, ale możemy uznać, że to… Niech będzie, że mój zwyczaj, jak już wychodzę na miasto – uśmiechnęła się do Tannera i palcem wskazała kieliszki. – To szot albo raczej zamysł na szota, który pierwszy raz próbowałam, jak miałam siedemnaście lat i byłam na kursach muzycznych w Colditz, gdzie… Właściwie było całkiem ładnie, ale to była zima, więc noce były długie i nie było zbyt wielu atrakcji… — urwała na moment, uświadamiając sobie, jak bardzo zaczyna odbiegać od tematu.
      – W każdym razie… — Odgarnęła włosy z twarzy, skrzyżowała ręce za plecami i pochyliła się nad kieliszkiem. Złapała go ustami, a potem przechyliła, odchylając się cała na hokerze. Odstawiła go w ten sam sposób, w jaki wcześniej go chwyciła, po czym otarła palcem kącik ust i spojrzała na Tannera z miną kogoś, kto właśnie przedstawił bardzo poważny argument w dyskusji. — Tak się go pije – powiedziała, patrząc na Tannera z oczekiwaniem, czy przyłączy się do zabawy.
      Później mogli napić się tequili, ale tak, jak należało – na słono i kwaśno, zlizując kryształki soli ze skóry.

      Tamsin Passalis🧂🍋‍🟩

      Usuń
  19. Rei poczuła, jak jego słowa niemal natychmiast wywołują ciepło przy jej policzkach, barwiąc je jeszcze bardziej. Słodka. Nie była przyzwyczajona do tego, że ktoś mówił o niej w ten sposób. Owszem, słyszała komplementy. Ludzie mówili jej, że jest utalentowana, inteligentna, zabawna, że dobrze pisze, a czasem nawet, że jest ładna. Ale „słodka” brzmiało zupełnie inaczej. Było bardziej… osobiste. A to, że jej dotyk sprawiał mu przyjemność, Rei potraktowała jak osobiste osiągnięcie. Przesunęła palcami po jego ramieniu raz jeszcze, tym razem wolniej, jakby sama chciała sprawdzić, czy rzeczywiście tak łatwo potrafiła wytrącić go z równowagi.
    — Naprawdę aż tak? — spytała cicho, a w jej głosie słychać było miękką satysfakcję. Spojrzała mu w oczy, jakby chciała mieć pewność, że mówił prawdę. W jej przypadku sprawa wyglądała bardzo podobnie. Przy nim także coraz trudniej było jej pamiętać o wszystkich powodach, dla których powinna zachowywać ostrożność. Jego bliskość sprawiała, że świat zwężał się do kilku prostych rzeczy: jego rąk, ciepła i zapachu skóry oraz budującego się napięcia i podniecenia, które Rei doświadczyła po raz pierwszy, a które mieszało w głowie.
    — A z tym zjedzeniem mnie… — mruknęła, a kącik jej ust drgnął. — Ostrzegam, jestem prawdopodobnie bardziej słodka niż zdrowa, więc konsekwencje mogą być poważne. — Musnęła kciukiem jego obojczyk. — Ale… lubię to, że uważasz mnie za słodką.
    Zapytała o to, bo naprawdę chciała wiedzieć, co się z nim działo, kiedy była blisko, i zyskać pewność, że nie tylko ona zgubiła gdzieś po drodze rozsądek i że jej dotyk nie był dla niego czymś, co należało znosić z cierpliwością. Była chciana. Chciał ją, dostrzegał, dotykał i nie widział w niej nic szpetnego. Nie musiała zasługiwać na jego dotyk ani być mniej skomplikowana, mniej poraniona ani bardziej „normalna”, żeby chciał być blisko.
    Zadrżała i cicho jęknęła, gdy poczuła jego usta przy szyi, którą najpierw pocałował, a później przygryzł skórę. Pieszczota była przyjemna i sprawiła, że Rei przysunęła się nieco bliżej. Uśmiechnęła się lekko, gdy usłyszała jego uwagę o świecach. Czy naprawdę tak pachniały, czy może tylko trochę przypominały zapach jego perfum? Rei nie miała pojęcia, ale miała już kilka sztuk w mieszkaniu i przez ostatnie miesiące zapalała je, pisząc, i sięgała też po nie, gdy źle się czuła. Ich zapach szybko stał się dla niej czymś znajomym, niemal uspokajającym. Towarzyszył jej podczas długich wieczorów spędzonych nad laptopem, kiedy kolejne akapity powstawały między kubkiem zimnej już kawy a bólem, którego nie zawsze potrafiła nazwać.
    — Mogę cię tam zabrać — odpowiedziała cicho. — Oprócz świec mają tam dużo świecidełek. — Była pewna, że Tanner by się tam odnalazł i pewnie mogliby jakoś miło spędzić czas, choć Rei nie chciała naciskać; może wcale nie lubił ezoterycznych miejsc, w których sporo się działo, a od zapachów bolała głowa. A przede wszystkim może wcale nie będzie chciał się spotkać?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedy przesunął jej ręce niżej i pozwolił im zatrzymać się na jego klatce piersiowej, zadrżała lekko pod wpływem tej niespodziewanej bliskości. Nie wycofała się jednak. Jej palce poruszyły się niemal nieświadomie, jakby chciała zapamiętać fakturę jego skóry i ciepło, które pod nimi wyczuwała. Przyglądała mu się przez chwilę w milczeniu. Uświadomiła sobie, że w tym wszystkim nie chodziło już tylko o to, że pozwalał jej być blisko. Tanner naprawdę tego chciał; kierował jej rękoma i pokazywał, gdzie chce poczuć jej dotyk. Nie musiała zgadywać, czy robiła coś dobrze, ani zastanawiać się, czy nie była zbyt nachalna. Jej palce nie miały żadnego scenariusza, a ona nie dostała instrukcji, wszystko, co robiła, wynikało z instynktu i pragnienia. Dlatego jej ręce przemknęły po jego bokach i żebrach – Rei obserwowała to wszystko, podążając wzrokiem za dotykiem, który inicjowała. Przysunęła się odrobinę bliżej i pochyliła głowę, składając delikatny pocałunek przy jego szyi. Zaraz potem nastąpiło kolejne muśnięcie, trochę bliżej szczęki. Czuła pod ustami ciepło i miękkość jego skóry; docisnęła nos do jego ramienia. Jedna z jej rąk zsunęła się niżej, do jego podbrzusza, a biodra docisnęły się do jego bioder. Rei doskonale czuła jego podniecenie i nie potrafiła tego zignorować, zresztą swojego podniecenia też już nie umiała – było to tak inne od wszystkiego, co znała, tak… uzależniające i ciepłe, a jednocześnie irytujące w tym, że domagało się czegoś, jakiejś reakcji. Jej oddech stał się płytszy, a w głowie pojawiła się pustka. Jeszcze niedawno próbowała wszystko analizować, szukać właściwych reakcji, jakby bliskość była kolejną sceną, którą można było dobrze napisać tylko po odpowiednim researchu. Teraz nie miała już ochoty niczego analizować, chciała po prostu być blisko niego. Druga ręka uciekała do karku Tannera, a tam lekko zacisnęła palce, a ona ponownie musnęła ustami jego szyję, tym razem z większą pewnością.

      Rei Bothwell 💚🤭

      Usuń