Milo Hathaway
Matka od zawsze mu powtarza, że albo ma być numerem jeden, albo dać sobie z tym wszystkim spokój i wrócić na rodzinną farmę. Może Milo nie jest najlepszym artystą ani nie jeździ ze swoimi ilustracjami i fotografiami na światowe wystawy, ale nie odpuścił. Zamiast tego projektuje okładki i składa książki. Tak że poniekąd jest pierwszy – pierwsze spojrzenie, i cyk, książka kupiona, pierwsze wrażenie, i pyk, książka przeczytana, pierwsze przesunięcie palcami po grzbiecie, i siup, książka dumnie wyeksponowana na regale, bo czasem bliżej jej do stylowej dekoracji niż do arcydzieła literackiego. O ironio, cyferki są więc ważne w jego życiu. Dwa piksele w górę sprawiają, że tytuł nabiera zadziorności, marginesy boczne szersze o pięć milimetrów dają nieco więcej przestrzeni na myśli (lub miejsca na paluchy), a osiem wartości RGB może zmienić kolorystykę – z ciepłej tonacji healing fiction w chłodną stylistykę romantasy. (Co z tego, że nikt inny tego nie zauważa, on to widzi). Ponadto stał się mistrzem w wytłumaczeniu w stu słowach (a nie krótkim „nie”, nawet napisanym Caps Lockiem, choć czasem musi zawzięcie ze sobą walczyć, aby mu się bezczelnie nie wymksnęło), że dana pozycja nie powinna mieć złotego tłoczenia, wielkiego nazwiska, barwionych brzegów, grafiki wygenerowanej przez AI, gołego torsu czy kobiety patrzącej w dal. Czasami się nie udaje, więc jak to mówią: grafik płakał, jak projektował. Dosłownie.
Matka zatem ciągle mu powtarza, że albo ma być numerem jeden, albo dać sobie z tym wszystkim spokój i wrócić na rodzinną farmę. Milo jednak nie odpuścił, bo uparty z niego człowiek (ma to po ojcu; stary piernik wciąż czeka na syna marnotrawnego, choć w domu ma czterech). Zamiast więc wrócić na farmę, po godzinach robi plakaty – maluje, wykleja i photoshopuje. Wystawia je na Etsy (po dogadaniu czasem sam robi za kuriera na rowerze) oraz sprzedaje je w kawiarni przyjaciółki swojej byłej dziewczyny. Teorytycznie już bardziej jego przyjaciółki niż jego byłej. A z byłą dziewczyną nie jest już od roku, choć nadal pamięta jej datę urodzenia (nawet godzinę) i to, że w poniedziałki piła co najmniej trzy kawy w trzech różnych kubkach, i wszystkie te trzy kubki Milo wciąż ma u siebie w mieszkaniu. Po prostu nie lubi wyrzucać rzeczy, skoro jeszcze mogą się przydać. Sam chodzi po śmietnikach i targach staroci szukać mebli, ramek czy innych mniej przydatnych dupereli. Im więcej, tym lepiej. W ten sposób zdobył vintage lampę, dwa drewniane krzesła, trzy rośliny, które dało się odratować, cztery talerze z ozdobnymi rantami oraz pięć wazonów w różnych kolorach, kształtach i wzorach. O ironio, cyferki rządzą jego życiem.