Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

04/10/2026

[KP] Prawda nie zawsze jest ukryta. Czasem po prostu nikt nie chce jej zobaczyć

Lucien GIAN Valmont
17 LISTOPADA 1992, GENEWA - SPECJALISTA DO SPRAW SKRADZIONYCH DZIEŁ SZTUKI - EKSPERT SĄDOWY - W NOWYM JORKU OD 9 LAT - 126 BELLMONT STREET, APT. 3C, FOREST HILLS, NY 11375 - ŚWIEŻO ROZWIEDZIONY - W PRACY KIERUJE SIĘ ZASADĄ: JEŚLI NIE DA SIĘ UDOWODNIĆ POCHODZENIA, NIE DA SIĘ UDOWODNIĆ WŁASNOŚCI - KOLEKCJONER BILETÓW LOTNICZYCH - WSPÓŁUDZIAŁOWIEC W FIRMIE ZAJMUJĄCEJ SIĘ CYFROWĄ DOKUMENTACJĄ DZIEŁ SZTUKI - ZAWSZE WYBIERA SCHODY - SREBRNY SYGNET NA PRAWEJ DŁONI - PROGRAMY KULINARNE JAKO GŁĘBOKO SKRYWANE GUILTY PLEASURE - SYN KURATORKI SZTUKI EUROPEJSKIEJ W MUSÉE D'ART ET D'HISTOIRE W GENEWIE I CZŁONKA ZARZĄDU SZWAJCARSKIEGO BANKU PRYWATNEGO

Lucien odkąd pamiętał dorastał pomiędzy ciszą muzealnych sal a rozmowami, które prowadzono za zamkniętymi drzwiami. Właśnie dlatego nauczył się patrzeć na ludzi i przedmioty w sposób inny niż zakładały codzienne normy. Nigdy nie fascynował się tym, co było oczywiste. Interesował się tym, co było niewidoczne na pierwszy rzut oka i ciężkie do odnalezienia. Pierwsze lata nauki upłynęły mu pośród kamiennych murów szkockiego uniwersytetu, gdzie zdobył licencjat z historii sztuki. Z czasem samo dzieło przestało mu wystarczać. Ruszył do Anglii, by zgłębić kryminologię i zrozumieć, co dzieje się ze sztuką, kiedy przestaje być jedynie przedmiotem zachwytu, a staje się przedmiotem pożądania, kradzieży i oszustwa. Edukację zakończył w Genewie, poświęcając się prawu dziedzictwa kulturowego. W końcu jego naziwsko zaczęło pojawiać się przy sprawach, których inni eksperci nie chcieli przyjmować, uznając je za stracone. Niektórzy zaczęli nawet uważać, że Lucien posiada wiele informacji ze źródeł, które nigdy nie powinny do niego trafić. Prywatnie można nazwać go chodzącą sprzecznością w starciu ze światem zawodowym. Nie kolekcjonuje obrazów, lubi nocne spacery i muzykę odtwarzaną ze starych winyli. Potrafi długimi godzinami rozmawiać o historii sztuki bez wspominania o żadnych osobistych szczegółach. Czyta książki rozpoczynając je od ostatniej strony, nim przejdzie do pierwszego rozdziału, zupełnie, jakby już na samym początku chciał mieć świadomość końca historii. Nigdy nie opowiada o swoich planach na przyszłość, nie przyznaje się do tego, co wzbudza w nim największy strach. Nawet w relacji z byłą żoną cechował się głęboką uwagą, nie pozwalając sobie na przekroczenie pewnych granic. Ludzie zapamiętują go jako spokojnego, nie mając najmniejszej świadomości, że zawsze podczas rozmowy Lucien siada plecami do ściany i zapamiętuje, w ktorym kierunku udać się do wyjścia, co wcale nie ma związku z brakiem zainteresowania i kultury.

Posiada bardzo szeroko rozwniętą umiejętność zapamiętywania ludzkich twarzy, wszelkich kodów, czy dat. Można wręcz odnieść wrażenie, że ciągi cyfr szybciej gnieżdżą się w jego pamięci niż ludzkie imiona. Nigdy się nie śpieszy, na miejsce spotkań przybywa punktualnie, nie tolerując najmniejszych spóźnień. Kompletnie nie potrafi gotować, poza trzema potrawami, które najczęściej goszczą w jego kuchni. Uparcie twierdzi, że trzy potrawy w zupełności wystarczają człowiekowi do przeżycia. Unika wiadomości tekstowych na prywatnym telefonie zawierających naprawdę istotne dane. Wierzy, że wysłana wiadomość przestaje należeć bezpożrednio do nadawcy, zwiększając ryzyko przechwycenia treści przez niepowołane ręce. Największą słabością Luciena jest jego własna siostra, wobec której jego codzienna rezerwa w pełni rozmywa się w powietrzu. Pozwala jej na więcej niż komukolwiek innemu, miękknąc pod wpływem jej słodkiego uśmiechu. Nigdy nie powiedział tego wprost, dla Luciena młodsza siostra pozostaje jedną z niewielu osób, dla których bez wahania złamałby własne zasady. Ma też jedną cechę, której sam w sobie nie lubi — bardzo trudno przychodzi mu odpuszczanie. Jeśli coś nie zostało wyjaśnione, Lucien będzie do tego wracał, nawet po latach. Nie dlatego, że nie potrafi pogodzić się z porażką. Po prostu nie znosi historii z brakującym zakończeniem.



Moje delulu było silniejsze ode mnie i właśnie o to powstał Lucien. Szukamy wszystkiego, łącznie z nowym partnerem :) Przygarniemy też uroczą sąsiadkę dokarmiającą go w obawie przed tym, że puści własną kuchnię z dymem XD Zapraszamy!

17 komentarzy:

  1. [Mrużyłam oczy i mrużyłam, ale w końcu chyba odkryłam, co takiego znajomego w tej twarzy, a potem mnie ugryzło, że powiązanie to mam nawet w imieniu własnej postaci. Bardzo ciekawą ma robotę, chociaż z pewnością nie dla każdego. Myślę sobie, że to musi być strasznie ciężkie tak nie móc odpuścić, oby mu to na dłuższą metę nie zaszkodziło. Bardzo przyjemnie czytało mi się kartę postaci.
    Samych przyjemności, a w razie chęci na wątek albo jakieś powiązanie, zapraszamy!]
    Magnus/Philip

    OdpowiedzUsuń
  2. [Dobry wieczór. 🤎
    Od zawsze mi się podobało, że potrafisz dobierać nietypowe i ciekawe zawody dla swoich postaci. Lucien pod tym względem wcale nie odbiega od reszty. Coś też tak czułam, że Twoja nowa obsesja zmieni się w postać na blogu i bardzo mnie to cieszy! Interesujący wyszedł Ci ten pan, to trzeba przyznać. Jakbym miała kogo mu podesłać na sąsiadkę to z pewnością bym to zrobiła, a póki co zostaje mi życzyć, abyś dobrze się z nim tutaj bawiła i pisała same wciągające wąteczki! 🤎]

    Bestie 🤎

    OdpowiedzUsuń
  3. [Może są jakieś zawirowania gmailowe, ale żadnej wiadomości nie dostałam, będziemy wyczekiwać.]
    Magnus Valtersson

    OdpowiedzUsuń
  4. [Cześć, hej! Ale intrygujący pan, z bardzo oryginalnym zawodem! Zazdroszczę mu tej pamięci do przeróżnych kodów i dat. Czytając Twoją kartę wpadł mi do głowy pewien pomysł, więc jeśli masz ochotę, to odezwij się do mnie na maila: czywieszgdziespiewajaraki@gmail.com
    Życzę wspaniałej zabawy na blogu i mnóstwa wciągających wątków!]

    Love Iris Anderson

    OdpowiedzUsuń
  5. [Dobry wieczór ☺️ Widzę, że stworzyłaś nam tutaj bardzo ciekawego pana ☺️ Od razu pomyślałam sobie, że jeśli chodzi o gotowanie, Lucien jest całkowitym przeciwieństwem Leonadra xD On na pewno nie zgodziłby się, że trzy potrawy są człowiekowi wystarczające do przeżycia.
    Życzę udanej zabawy z nową postacią 🧡]

    IAN HUNT & MAXINE RILEY

    OdpowiedzUsuń
  6. Kończy pracę o dwudziestej pierwszej, przebiera się z uniformu w swoje ubrania i znajduje zgrabną wymówkę, żeby uniknąć wyprawy na piwo z chłopakami. Aby nie wyjść na kompletnego buraka, obiecuje, że następnym razem na pewno dołączy – nauczył się bowiem, że nie wolno mówić nie chce mi się, bo przeciętny Amerykanin potrafi wziąć do siebie nawet cudze chęci czy zmęczenie, jakby te wycelowane było bezpośrednio w niego. Nawet więc jeśli Valtersson najchętniej powiedziałby, że po dwunastu godzinach roboty naprawdę dosyć ma oglądania ich przemęczonych facjat, stawia na taktyczne rozwiązanie: zmyślanie. Poza tym, wysłuchał tego dnia trzech nowych żartów z serii wchodzi gej do baru… i tylko jeden był zabawny.
    Żegna się więc z towarzystwem pod magazynem, odpina zabezpieczenie i wskakuje na rower może odrobinę zbyt żywiołowo by wymówka o tym, że pada na ryj nie zaczęła wyglądać podejrzanie. To problem na następną zmianę. Na razie interesuje go jedynie, by jak najszybciej znaleźć się w mieszkaniu, wziąć prysznic, zjeść coś i wyjść. Nie ma szczególnych planów, oprócz może dobrego drinka i rozmowy z ładnym facetem, który potrafił będzie złożyć ze sobą słowa w sensowne zdania. Właściwie nie muszą być nawet sensowne.
    W słuchawce słyszy dźwięk informujący, że bateria jest na wykończeniu i przyspiesza, nie mając najmniejszego zamiaru jechać bez muzyki. Przy okazji rozwiązuje się dylemat wyboru drogi powrotnej i kiedy dojeżdża do skrętu na parking, którego używa jako skrótu, wjeżdża w niego na pełnej prędkości. Ta szybko spada do zera, gdy rower brutalnie zatrzymuje się na masce samochodu. Nie ma w tym starciu żadnych szans. Siła uderzenia wyrzuca go na chodnik i Magnus ma na tyle ograniczony czas reakcji, że jedyne, co udaje mu się osiągnąć to przewrócenie głowy na bok, by nie zaryć centralną częścią twarzy w krawężnik.
    Impet wyciąga z płuc urwane sapnięcie i Valtersson przewraca się na plecy z niemałym trudem. Właściwie od razu wie, że jest w tarapatach i wina za wypadek leży po jego stronie, dlatego też zamiast skupiać się na pulsującym bólu w przedramieniu, podnosi się na łokciach, żeby spojrzeć czy przypadkiem nie wyrządził jakiejś szkody. W tym samym czasie słyszy głos kierowcy i zauważa rysę na karoserii. Stęka przeciągle, kładąc głowę ponownie na chodniku.
    — Jezu, błagam, wjedź we mnie drugi raz, żebym nie musiał tego słuchać… — mamrocze pod nosem, wciskając śródręcze obu dłoni w oczodoły. Magnus, w teorii, wie że nie wszystkie myśli powinny zostać wypowiedziane na głos, ale czasami rozsądek nie ma żadnej mocy w starciu z językiem. Facet ewidentnie nie należy do tych, którzy odpuściliby zniszczenia, jednak jako że zamiast zapytać czy jest w jednym kawałku, martwi się o metalową puszkę, nie dostaje prawa do uprzejmości i grzecznego kajania się.
    Przeciera twarz dłońmi i w końcu podnosi się do siadu, wzrok przenosząc na właściciela pojazdu. Usłyszany przed momentem głos nagle brzmi znajomo. O ile nie ma wstrząśnienia mózgu, doskonale wie do kogo należą te uważne oczy i surowe oblicze.
    — Lucien — mówi miękko, głoski odnajdują swoje miejsce w pamięci i Magnus rozciąga usta w łagodnym, szczerym uśmiechu. Podpiera się dłonią o chodnik, przygarniając mężczyznę do uścisku. Właściwie w tym samym momencie dostrzega, że skóra na ręce, którą go obejmuje, od łokcia aż do nadgarstka, jest w całości zdarta. Odsuwa się w obawie, że go ubrudzi, co najpewniej byłoby już przesadą, skoro zdążył zarysować mu auto.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaraz jednak spogląda po sobie, oceniając szkody. Oprócz kolan, które spotkał los podobny do ręki, czuje szczypanie po lewej stronie żuchwy i kiedy dotyka jej opuszkami palców, na tych również zostaje krew. Nie zakłada tragedii, jest jej niewiele, więc najpewniej to tylko kolejna powierzchowna rana. Zdaje się, że najbardziej oberwał lewy bok, bo nieprzyjemne kłucie w żebrach i pieczenie spójne są z upadkiem i obiciem. Nic więc nie sprawia, że ma ochotę panikować; za największą szkodę uznaje tę na twarzy, ale nawet ona wypada akurat w tygodniu, w którym nie ma żadnych występów, więc gotów jest przymknąć oko na niedogodność.
      Kiedy już stwierdza, że mogło być dużo gorzej, wraca wzrokiem do przystojnej twarzy, orientując się, że nie widzieli się z Lucienem blisko dziesięć lat i o ile w kiepskim świetle może ktoś zarzuciłby mu, że nic się przez ten czas nie zmienił, Magnus nie jest naiwny na tyle by w to uwierzyć.
      — Musisz wyobrazić mnie sobie bez ubrań, jeśli nie pamiętasz imienia — mówi więc, a wesoły uśmiech wciąż błąka się w kącikach ust.

      Magnus

      Usuń
  7. — Niestety? — pyta lekko rozbawiony, unosząc brwi.
    Magnusowi ciężko sobie wyobrazić do czego dokładnie mężczyzna pije, ale też nie zależy mu zupełnie by temat ciągnąć. Tym szczególniej, że surrealizm spotkania wywiera na nim dużo większe wrażenie niż słowa. Własne imię na cudzych ustach brzmi jednak obco, jakby Lucien wymawiał je po raz pierwszy.
    Przygląda mu się uważniej, nieszczególnie przejęty ostentacyjnością spojrzenia; dziesięć lat bez kontaktu rości prawo do bezpardonowego zawieszania wzroku na przystojnej twarzy choćby po to żeby porównać ją z obrazem w głowie. Kiedy się poznali, Lucien był bardzo przystojnym chłopakiem, miał sporo uroku osobistego i sprawiał, że Magnusowi miękły kolana. Valtersson nie może jednak obejść się wrażeniu, że kucająca przy nim wersja podoba mu się dużo bardziej, nawet jeśli radość z przypadkowego spotkania ewidentnie jest jednostronna. Nie może mu się szczególnie dziwić: gdyby był w związku małżeńskim, pewnie nie czułby zachwytu, spotykając swoich byłych kochanków. Magnus tego problemu nie ma i łatwo stwierdza, że to dobry dzień, żeby mieć oczy. Przesuwa wzrokiem po całej sylwetce stającego przed nim mężczyzny, każdą widzianą rzecz poddając kontrastowi do tego, co pamiętał. Nietrudno zauważyć różnice, bo dekadę wcześniej Lucien z pewnością nie woził się lśniącymi samochodami i nie chadzał w dobrze skrojonych garniturach.
    Chwyta dłoń mężczyzny i podnosi się do pionu, a uwadze nie uchodzi fakt, że uścisk trwa może odrobinę zbyt długo. Ignoruje jednak tę myśl, otrzepuje się ze żwiru i brudu, co na niewiele się zdaje, nadal nie wygląda najlepiej. Przesuwa spojrzenie na rower, gdy tylko słyszy o złomie, zaraz unosząc oczy ku niebu, bo ostatnie czego potrzebuje to kolejny wydatek. Szybko jednak wraca nimi do Luciena, bo o ile nie miałby nic przeciwko podwózce, destynacja nie pasuje mu wcale.
    — Daj spokój, to kilka draśnięć — mówi lekceważąco. — Śmialiby się ze mnie, gdybym im chciał głowę zawracać takimi głupotami — dodaje z typową zadziornością w głosie, raz jeszcze spoglądając w stronę roweru. Zaraz jednak wzrokiem przesuwa po chodniku i kawałku parkingu obok nich. Jedną słuchawkę znajduje kilka metrów dalej, doskakuje do niej odrobinę za prędko żeby nie odczuć tego przy schylaniu. Drugą zauważa dopiero z nowej perspektywy, tuż przy stopie Luciena. Sięga po nią, spojrzenie kierując ku górze, co by upewnić się, że głupie pomysły o szpitalu opuściły głowę towarzysza. — Za to straciłem transport, więc jeśli w imię starych, bardzo dobrych czasów chciałbyś mnie podrzucić to na pewno nie odmówię — wyrzuca z siebie, wracając do pionu. Obdarza go pełnym uśmiechem, którego zazwyczaj używał na przystojnych barmanach, gdy liczył na darmowego drinka.

    Magnus

    OdpowiedzUsuń
  8. Wzrusza ramionami, uznając temat za zamknięty. Nie uderzył się w głowę, wszystkie jego zranienia wydawały się być powierzchowne i nawet grzmotnięcie w bok choć bolesne, raczej nie należało do kategorii zagrażających życiu. Magnus nie przyjmuje więc do głowy podobnego scenariusza. Przyjmuje więc z ulgą, że Lucien nie walczy i nie próbuje wmówić mu, że wie lepiej. Wykorzystuje zaproszenie zanim mężczyzna zdążyłby się rozmyślić i wsiada do auta, pobieżnie rozglądając się po jego wnętrzu. Przygarnia rękę bliżej torsu, co by nie zakrwawić tapicerki jeszcze zanim mężczyzna w ogóle wsiadłby za kierownicę.
    — Nie mieszaj do tego mojej godności, Valmont — mówi, odbierając od niego telefon i zanim ma okazję dokończyć, że godność najpewniej nigdy szczególnie się go nie trzymała, żart grzęźnie w gardle, bo wolną dłoń wsuwa do kieszeni, w której powinny znajdować się portfel i klucze. Pośpiesznie dokańcza wpisywanie, co by uwolnić drugą rękę i sprawdza resztę możliwych miejsc, a słysząc uszczypliwy ton Luciena, spogląda na niego kątem oka.
    — Od ciebie nie wymagam niczego, wyluzuj — stwierdza luźno, otwierając drzwi. Opiera dłoń na klamce i unosi się, żeby wyjść z auta. Ostatnie czego w tej sytuacji potrzebuje to kąśliwe uwagi i zdecydowanie woli sam bawić się w szukanie przeklętych kluczy niż kajać za to, że w trakcie wypadku te mogły wylecieć z kieszeni.
    Nie takiego Luciena pamięta i może nie powinno go to wcale dziwić; minęło dziesięć lat i ewidentnie poza zyskaniem nowego auta, ktoś wręczył mu order buca.
    Wyciąga z kieszeni telefon i prawie parska śmiechem, widząc zbitą szybkę. Pociera skroń, tym razem już szczerze rozbawiony nieprzychylnościami wieczoru. Zagląda z powrotem do samochodu, chwyta cudzy telefon zostawiony na fotelu i znów wychyla się na zewnątrz, włączając latarkę. Rozgląda się dookoła. Gdzieś przecież muszą leżeć. Nie rozpłynęły się. Schyla się nawet żeby zobaczyć pod samochodem, tylko po to żeby się rozczarować.
    Coś odbija światło, kiedy przechodzi nad studzienką kanalizacyjną i wie, co tam zobaczy zanim jeszcze decyduje się poświęcić do środka. Nie ma już siły na więcej złośliwości losu, te wręcz przestają go dziwić, bo w natężeniu nie robią już takiego wrażenia. Wraca do samochodu, wsiada do środka i odrzuca telefon na cudze kolana, szczypiąc nasadę nosa.
    — Moje kluczyki są na dnie studzienki i zanim zdecydujesz się jakkolwiek to skomentować, uprzedzam, że jestem bardzo blisko, żeby cię zdzielić — mówi, opierając się o zagłówek. Wypuszcza powietrze z płuc, szukając rozwiązania, które byłoby dogodne dla nich obu. Póki co, pewien jest, że dla Luciena dogodne byłoby jedynie, gdyby rozpłynął się w powietrzu i przestał być problemem. — Dobra, słuchaj, jesteś zwolniony z całej odpowiedzialności, blablabla, miło było cię zobaczyć, ale chyba zamówię sobie po prostu ubera.
    Nie bardzo wie gdzie, ale jest gotów uciąć sobie rękę – najlepiej tę zdartą – że kierowca ubera będzie patrzył na niego chociaż odrobinę przychylniej.

    OdpowiedzUsuń
  9. O tej porze budynek NYPD pachniał kawą, środkiem dezynfekującym i czymś, czego Mina nigdy nie potrafiła nazwać, ale co chyba było stałym elementem każdego miejsca, w którym krążyła śmierć. Pracowała tu dopiero od niedawna, choć miała wrażenie, jakby znała te korytarze od lat. Jako specjalistka od identyfikacji i rekonstrukcji twarzy dołączyła do zespołu NYPD, zostawiając za sobą pracę w laboratorium antropologii sądowej. Przyjmując tę posadę, myślała o tym, że będzie mogła robić więcej i że zajmie się sprawami, które już dawno obrosły kurzem. Stała przy metalowym stole sekcyjnym, pochylona nad fragmentami ludzkich szczątków rozłożonymi przed nią w określonym porządku. Kości zostały oczyszczone i zabezpieczone, ale wciąż nosiły ślady tego, co wydarzyło się wcześniej. Ziemia tkwiła w drobnych zagłębieniach, a przy jednym z fragmentów widoczne były przebarwienia, których nie dało się już pomylić z naturalnymi zmianami pośmiertnymi. Poprawiła okulary i przesunęła lampę, kierując światło dokładnie na leżącą przed nią kość. Złamanie było wyraźne; kąt, przebieg pęknięcia i charakter uszkodzenia wskazywały na działanie dużej siły. Nie było wątpliwości, że uraz powstał przed śmiercią. Przesunęła wzrok na pozostałe części.
    — Kobieta — powiedziała spokojnie. — Około trzydziestu lat. Może dwadzieścia osiem do trzydziestu pięciu.
    Technik, który stał po drugiej stronie stołu, uniósł głowę znad formularza, jakby spodziewał się, że ustalenie tych rzeczy zajmie o wiele dłużej. Cóż, słyszał, że nowa rekonstruktorka jest dobra, ale chyba nie wierzył, że aż tak.
    Mina przesunęła palcem wzdłuż kości udowej.
    — Uraz powstał przed śmiercią. Widoczna reakcja tkanki kostnej nie pozostawia większych wątpliwości — dodała. Sięgnęła po czaszkę i obróciła czaszkę tak, aby światło padło na lewą stronę. — Mocne uderzenie tępym narzędziem. Punkt kontaktu znajduje się tutaj. Pęknięcie promieniste odchodzi od miejsca uderzenia… najprawdopodobniej jedno silne uderzenie.
    — Najprawdopodobniej? — dopytał technik.
    — Nie wykluczam drugiego, ale pierwsze było wystarczające. — Przesunęła czaszkę z powrotem na podkładkę. — Obrażenia żeber też powstały za życia. Trzy złamania po lewej stronie. Jedno z nich mogło spowodować odmę albo krwawienie do jamy opłucnej. W połączeniu z urazem głowy nie miała zbyt wielkiej szansy, aby to przeżyć.
    — Więc co zabiło ofiarę? — mruknął mężczyzna.
    — Ciężki uraz czaszkowo-mózgowy. Obrażenia klatki piersiowej mogły się przyczynić do zgonu, ale to uraz głowy był bezpośrednią przyczyną śmierci.
    Mina zapisała ostatnie zdanie w raporcie, sprawdziła jeszcze raz numery fotografii i porównała je z oznaczeniami szczątków. Wszystko się zgadzało. Zabezpieczyła czaszkę, zapakowała kości do oznaczonych pojemników i przekazała technikowi dokumentację. Podpisała protokół, wpisała godzinę zakończenia badania i zamknęła sprawę w systemie. Dopiero wtedy zdjęła rękawiczki. Wyrzuciła je do pojemnika, umyła ręce i wróciła do swojego biurka. Kiedy sięgnęła po telefon, zobaczyła nieodebrane połączenie z CUNY. Oddzwoniła.
    — Sallow — rzuciła.
    — Wilhelmina? — Usłyszała męski głos. — Mówi doktor Reynolds z Graduate Center. Mam dla pani wiadomość dotyczącą wniosku grantowego.
    — Tak?
    — Komitet zaakceptował finansowanie pani projektu.
    — Całego? — dopytała.
    — Całego. Otrzyma pani pełną kwotę przewidzianą we wniosku. Oficjalne potwierdzenie dostanie pani jeszcze dzisiaj.
    Grant oznaczał pieniądze na badania, dostęp do materiałów, czas i przede wszystkim możliwość przeprowadzenia projektu dokładnie tak, jak planowała. Przez ostatnie miesiące poprawiała wniosek tyle razy, że zaczynała podejrzewać, iż komisja przyzna jej finansowanie wyłącznie po to, żeby przestała go wysyłać. A jednak się udało. Mina uśmiechnęła się pod nosem.
    — Dziękuję za dobrą wiadomość, doktorze Reynolds — odpowiedziała, a gdy połączenie się zakończyło, napisała krótką wiadomość do June: Dostałam grant. Musimy to opić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kilka godzin później siedziała przy barze z pierwszym kolorowym drinkiem przed sobą. Była ubrana niezbyt wow; zwykłe jeansy, czarny top i ciemna marynarka. Nie przyszła tutaj, żeby znosić męskie podrywy, a po to, aby uczcić swój sukces, więc dzisiaj akurat ani trochę nie starała się wyglądać atrakcyjnie</i. Po prostu miała zamiar dobrze się bawić i opić ten sukces ze znajomymi, w tym z Lucienem, który ani trochę nie pasował do barowego picia, ale odpisał, że po nią przyjdzie. To musiało jej wystarczyć. Świętowanie z rodziną przesunęła o jeden dzień, aby wszystkim pasowało; Tate miała swoje projekty, a Brant pracę, więc trzeba było wybrać dogodny termin, choć i tak posypały się już gratulacje, a jej młodsza siostra nagrała dla niej filmik, który śmiało mógłby zastąpić wszelkie motywacyjne przemówienia.
      Miała lekko zaczerwienioną twarz, ale nie była pijana. Nigdy nie doprowadzała się do takiego stanu, gdy przebywała poza domem, bo zwyczajnie obawiała się tego, co może się stać, a dziwnych typów kręcących się po Nowym Jorku nie brakowało. Poza tym znała wiele spraw morderstw, które mroziły krew w żyłach, i z całą pewnością nie chciała skończyć jako sprawa, którą ktoś musiałby się zająć. Wyszła z baru i odetchnęła głęboko, czując zimny powiew powietrza. Chwilę później dostrzegła Luciena – jak zwykle punktualny. Uniosła rękę, żeby dać o sobie znać, a kiedy podszedł bliżej, uśmiechnęła się szeroko.
      — Mhm, wyjątkowo udany — przyznała bez najmniejszego zawahania. Objęła go krótko, odwzajemniając ciepłe powitanie. Odsunęła się chwilę potem, robiąc krok w tył i wypięła dumnie pierś. — Dostałam grant — oznajmiła, a jej twarz wykrzywił grymas satysfakcji. Ten, kto znał Minę, wiedział doskonale, jak ambitna i pracowita była; praca znaczyła dla niej niemal wszystko. — Mój projekt. Ten, nad którym siedziałam wieczorami i przeklinałam komisję.
      Odsunęła się jeszcze o krok, żeby nie czuć smrodu papierosa. Nie lubiła, gdy ktoś obok niej palił, ale też nie robiła z tego powodu afery. Po prostu używała zbyt ładnych i drogich perfum, żeby prześmierdnąć tytoniem.
      — Tak więc dostałam świetną wiadomość, wypiłam zdecydowanie za dużo i uznałam, że najlepszą decyzją będzie nie sprawdzać, czy potrafię jeszcze samodzielnie wrócić do domu. — Uśmiechnęła się niewinnie. — Dlatego zadzwoniłam po ciebie. Jesteś moim planem awaryjnym.
      Przechyliła lekko głowę, przyglądając mu się z rozbawieniem.
      — Poza tym... Skoro twój dzień też był tak cudowny, możemy uznać, że oboje mamy co świętować, prawda? — skwitowała i wskazała ręką budynek. — Chcesz się ze wszystkimi przywitać, czy od razu jedziemy?

      Usuń
  10. Los ewidentnie zrobił swoje, bo Magnus nigdy nie wyobraziłby sobie podobnego scenariusza. Gdzieś z tyłu głowy pojawia się myśl, że to szansa jedna na milion i musi to znaczyć coś, ale póki co myśli tej nie tyka. Skupia się natomiast na narastających problemach. Jest w stanie je rozwiązać – wychodził z gorszych opresji niż zgubione klucze czy zniszczony rower.
    Nie spodziewa się żadnego sprzeciwu ze strony Luciena. Ten od pierwszej sekundy spotkania jawnie daje znać, że nie jest mu ono na rękę i Magnus nie słyszy nic, co sugerować mogłoby, że w mężczyźnie pojawia się choćby cień sympatii podyktowany wspólnie spędzonym czasem. Valterssonowi przechodzi przez myśl, że może czegoś nie pamięta. Może wcale nie rozstali się w przyjaznej atmosferze. Może jego wersja pożegnania różni się od cudzej.
    Pamięta dokładnie tamten dzień. Słońce świeciło wysoko na niebie i Magnus założył okulary przeciwsłoneczne, trochę żeby chronić się przed promieniami, a trochę gdyby przytłoczyć miały go emocje. To nie było poważne, nie było stałe, ale coś się w nim poruszało, jakby mógł nagle oddychać pełną piersią. Gdy wracał do Malmö uczucie znikało, łatwo było więc łączyć to z Lucienem. Nie powiedział mu wielu rzeczy. Nie powiedział właściwie nic. Pocałował go czule, rzucił kliszowym tekstem o tym, że może kiedyś się złapią i tyle. Koniec.
    Oferta przespania się na kanapie dziwi go z wielu powodów. Przede wszystkim jednak zupełnie nie pasuje do bucowatej postaci, którą poznał w ostatnich minutach. Może więc jednak coś w nim siedzi, coś się odzywa. Oczywiście, że mógłby znaleźć alternatywne rozwiązanie. Mógłby pojechać do pracy właściciela mieszkania i poprosić go o zapasowy klucz. Mógłby wybić okno. Mógłby liczyć, że któraś z tajemniczych osób zajmujących inne pokoje wpuści go do budynku, a potem martwiłby się jedynie o wejście do pokoju. Nie są to szczególnie wymyślne rozwiązania, ale istnieją i Valtersson gotowy byłby wykonać każdą z nich. Zamiast tego dłoń z klamki przenosi na kolano i przytakuje.
    — Dzięki — mówi więc jedynie, pewien że wchodzenie w dyskusję skończyłoby się kolejną, niepotrzebną pyskówką.
    Jest dziwnie. Czuje to w całym ciele. Lucien włącza muzykę, ewidentnie odcinając chęć jakiejkolwiek konwersacji. Magnus zaś przymyka powieki, starając się ignorować chłód bijący od mężczyzny, który kiedyś do zaoferowania miał jedynie ciepło. Minęło dziesięć lat, Valmont, którego znał najpewniej przepadł w czeluściach nieubłaganego czasu.
    Otwiera oczy, dopiero gdy mężczyzna parkuje i podąża za nim do mieszkania, decydując że najlepszym rozwiązaniem będzie zachowanie spokoju w napiętej, niezrozumiałej dla niego atmosferze. Przekracza próg, przekonany, że absolutnie nie powinno go tu być.
    — Dzięki — powtarza, gdy dostaje od Luciena czystą koszulkę i ręcznik.
    Zamyka za sobą drzwi do łazienki i wypuszcza głośno powietrze z płuc, starając się dać upust emocjom, które się w nim tlą. Na sam przód wybija się nieprzychylność i bezwzględność gospodarza. Wchodzi pod prysznic, próbując zgadnąć czy Lucien jest wobec niego chłodny przez coś, co faktycznie może kontrolować, czy jednak odzywa się w nim emocja, z którą Magnus nie ma tak naprawdę nic do czynienia. I niby nie ma prawa wiedzieć, ale własne wspomnienia sugerują, że ich spędzony razem czas wypełniony był błogością, spokojem i zabawą, a skoro tak, ciężko doszukiwać się w nim powodów do ataku. Zostaje więc druga opcją, na którą nie ma żadnego wpływu.
    Dba o to, żeby dokładnie wypłukać i przeczyścić każde draśnięcie. Przykleja opatrunek jedynie na przedramię, żeby przypadkiem płytka rana nie zaczęła się sączyć na podłogę Luciena, reszcie pozwala oddychać. Przez moment przypatruje się otarciu na twarzy. Pozbył się skrzepniętej krwi z brody i to właściwie wystarcza, żeby nie wyglądać jak poturbowany menel.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pachnie jego żelem pod prysznic. Jego szamponem. Myje zęby palcem jego pastą. Kiedy więc ponownie staje przed lustrem, w koszulce, która też jest jego, odzywa się to coś, co drgnęło również, gdy go rozpoznał. Wtedy oznaki czułości wcisnął w jego imię. Teraz po prostu wypuszcza miarowo powietrze nosem.
      Pasuje tutaj. Jego zapach mu pasuje. Coś jednak nie; rozgląda się dookoła, próbując zrozumieć, co tak gryzie się z wyobrażeniem, które Magnus długi czas miał na temat Luciena i dopiero po kilku minutach kawałki układają się w zgrabną całość. Oczywiście nie ma potwierdzenia; zauważa po prostu jedną szczoteczkę do zębów i brak kosmetyków, absolutnie każda rzecz w pomieszczeniu jest Valmonta. Może żona wyjechała? Może wyjechała i zabrała całą zawartość łazienki? Magnus nie zakłada nic. To temat na później.
      Wychodzi z pomieszczenia w cudzej koszulce i bokserkach, spogląda na Luciena i uśmiecha się łagodnie, podchodząc do kanapy. Siada na jej brzegu, w punkcie najbliższym do fotela, na którym rozłożony jest mężczyzna. Dłonie opiera po obu stronach, wychyla się lekko do tyłu i rozciąga spięte plecy.
      — Dzięki — mówi po raz trzeci, tym razem uśmiechając się łobuzersko. W końcu pochyla się do przodu, opiera przedramiona na udach i przekręca głowę na bok, spoglądając na Luciena niczym zaciekawione zwierzę. Przez moment myśli nawet, że krążące po głowie pytanie po prostu zignoruje i zapyta go może o pogodę, ale to wyrywa się samo, wypowiedziane konspiracyjnym tonem. — Gdzie żona?

      Usuń
  11. Odruchowo, chwytając szklankę, przesunął opuszkami palców po cudzych. Mechaniczny gest, którego wyzbyć powinien się lata temu, ale ewidentnie bliskość byłego kochanka wyciąga na wierzch nie tylko wspomnienia, ale i bezwarunkowe odruchy. Magnus karci się właściwie od razu; mimo dowodów, ostatnia pewna informacja jaką posiada to, że kilka lat wcześniej Lucien wziął ślub. Nie ma okazji zastanowić się nad moralnością gestu w obliczu dowodów, które znalazł, bo właściwie od razu dostaje odpowiedź.
    Nie do końca wie, co właściwie mówi się w takich momentach. Przykro mi? Gratuluję? Dla Magnusa oznaczało to jedynie tyle, że Lucien nie był dłużej niczyim mężem. Do tej pory nawet nie pomyślał czy interesuje go to, czy nie: obraz w głowie jasno pokazywał go z kobietą, o której nie wiedział nic i nie towarzyszyła tej wizji żadna refleksja, oprócz oczywistej: Lucien był zajęty. Finalnie, zamiast mówić cokolwiek, unosi jedynie szklankę z trunkiem do góry. Mogą wypić toast za cokolwiek: nowy początek, zamknięcie rozdziału, spotkanie, brak złamanych kości. Opcji jest wiele.
    — Łazienka. I sam jesteś gratem — burczy pod nosem z teatralnym oburzeniem. Magnus nie był nawet pewien czy kiedykolwiek rozmawiał z Lucienem o dragu. Może nie. Kiedy się poznali, owszem, próbował różnych stylizacji, ale nie występował w klubach, nie miał nawet imienia. Istnieje więc spore prawdopodobieństwo, że mężczyźnie nigdy o swojej największej pasji nie wspomniał. Nie każdy facet dobrze to przyjmował i Magnus szczerze wątpił by narażał relację z Lucienem zbędnymi informacjami. I tak mieli się nie zobaczyć.
    Teraz jednak się widzą, Valmont siedzi na przeciwko niego, niemal się uśmiecha. A w tym niemal uśmiechu Magnus w końcu dostrzega cień chłopaka, którego znał dziesięć lat temu. Mógłby mu opowiedzieć jak dobrze wygląda w kosmetykach i innych gratach. Zamiast tego sięga po sushi, nie odrywając wzroku od Luciena. Wsuwa kawałek do ust, prawie od razu zapijając alkoholem.
    — Musisz wiedzieć… — mówi nisko, niemalże konspiracyjnym tonem, przesuwając kciukiem po wilgotnej ścianie szkła. — …że piję to tylko z grzeczności.
    Rozciąga usta w leniwym uśmiechu, zastanawiając się, co jeszcze jest w stanie z mężczyzny wyciągnąć, poza tym drgnięciem ust, ledwo widoczną oznaką, że za bucowatą maską kryje się coś więcej.
    — Lojalnie cię ostrzegam, że będę pijany po dwóch drinkach — mówi, a drobny uśmiech wciąż błąka się w kącikach ust, kiedy prostuje się, mechanicznie przeczesując mokre kosmyki włosów opadające na twarz. — Póki jednak kontaktuję to tak. To było pierwsze pytanie jakie przyszło mi do głowy. Ale mam drugie. — Głos zniża prawie do szeptu, jakby czekała na nich ogromna tajemnica. — Czego potrzebuje facet trzy dni po rozwodzie?
    Zaraz po wypowiedzeniu słów, podnosi alkohol do ust i ostentacyjnie wypija resztę jednym haustem. Może lepiej, żeby był pijany?

    OdpowiedzUsuń
  12. Przygryza dolną wargę, powstrzymując śmiech i ściska nasadę nosa, licząc że rozbawienie zniknie. To jednak trzyma się go uparcie, pomimo że sytuacja ewidentnie schodzi na zupełnie inne tory.
    — Jesteś strasznie niecierpliwy — zarzuca Lucienowi z odrobinę udawaną pretensją. Odchyla się na kanapie, plecami w końcu dotykając oparcia. Siada wygodnie, luźno, z pustą szklanką w dłoni. — Deklarujesz, że nie chcesz zgadywać, a sam nic nie mówisz wprost. To zazwyczaj działa?
    Unosi pytająco brwi, nie tracąc rozbawienia. Oczywiście, że wyczuwa napięcie. Iskrzenie, które mobilizowało Magnusa by wsiąść w samolot i przylecieć do innego kraju, żeby przez kilka dni pobyć blisko tego chłopaka wcale nie zniknęło. Wyciszyło się, schowało głęboko, ale nie mogło się rozpłynąć. Teraz, mając go przed sobą, wyczuwa je na nowo, budzące się do życia.
    Pytanie, które zadał było w gruncie rzeczy niewinne. Nie zakładało grzeszności, nie było nawet flirtem. Było jednak wystarczająco otwarte by pozwolić odpowiadającemu wybrać kierunek, w którym chce pójść. Lucien zdawał się zahaczyć o każdy. Wspomina o spokoju i pracy i Magnus spodziewa się, że na tym skończą, ale mężczyzna kontynuuje, mówi o kimś.
    Przygląda się przez moment przystojnej twarzy, po czym wstaje z zamiarem dolania sobie alkoholu. Jako że wcale nie żartował z tempem w jakim wysokoprocentowe trunki na niego działają, ma zamiar trochę pokombinować. Może Lucien ma jakiś sok. Może Lucien zabije go za profanację whisky.
    Zanim jednak rusza w stronę kuchni, opiera dłoń o oparcie fotela, na którym siedzi mężczyzna i pochyla się na tyle, by znaleźć się przy jego uchu.
    — Mógłbym powiedzieć tobie, że za moment będę miał w ustach twojego kutasa, ale gdzie w tym zabawa? — mruczy nisko. — Cierpliwości — dodaje jeszcze, powracając do słów, które padły chwilę wcześniej.
    Prostuje się i wchodzi za kuchenną wyspę. Chwyta stojącą na blacie butelkę i nalewa alkohol do szklanki. Lód też nie jest problemem, bo miejsce przechowywania jest raczej oczywiste.
    — Masz jakiś sok? Albo red bulla? — pyta, zupełnie jakby wymruczane przed momentem słowa wcale nie zostały wypowiedziane. Jest jednak człowiekiem na misji, nie może rozpraszać się kutasami.
    Dziesięć lat temu nie był osobą nieśmiałą, ale też nie kwapił się do tego, żeby testować swoje czy cudze granice, często wycofywał się, bojąc odrzucenia albo negatywnej reakcji. I prędzej spaliłby się ze wstydu niż zasugerował komukolwiek, że chce przed nim klęczeć. Z nieznanych powodów wydawało się to degradujące – Magnus próbował lata później zrozumieć, co właściwie trzymało go wtedy w ryzach, dlaczego mówienie wprost o swoich chęciach miałoby być złe. Jedyny wniosek do jakiego doszedł to, że nauczył się być gejem z telewizji, a kiedy dorastał, ta prezentowała dwie opcje: twój najlepszy przyjaciel gej albo chorujący na aids. Nic pomiędzy. Starał się więc manewrować na granicy grzeczności, żeby przypadkiem nie wypaść z ram akceptowalnych przez społeczeństwo. Teraz zupełnie się tym nie przejmuje: robi co chce, robi to, co kocha nie żałuje porażek i próbuje właściwie wszystkiego, co wydaje się warte uwagi.
    Na przykład Lucien.
    Jego mógłby spróbować.
    — W ogóle nie pytałem o alkohol i sushi — zauważa chwilę później, wracając do dialogu przerwanego robieniem drinka. Nie ma najmniejszego zamiaru odpuścić, tym szczególniej, że Lucien zdaje się utkany ze słów, które mają go obronić. Magnus nie wie tylko przed czym. — Pytałem o to, co chcesz teraz robić, skoro jesteś wolnym człowiekiem, Lucien.
    Lubi wymawiać jego imię. Lubi robić to zaraz po tym, gdy słyszy swoje padające z cudzych. Magnus nie brzmi ostro, jego ton właściwie przez cały czas jest miękki. Podobnie zresztą twarz: nie przebiega przez nią grymas, nie ma złości czy zniecierpliwienia, jest tylko nuta familiarnej wesołości, a poza nią zwyczajowy spokój.


    OdpowiedzUsuń
  13. Wzrusza luźno ramionami.
    — Pewnie, że jestem niecierpliwy — mówi całkiem otwarcie, odkładając butelkę bliżej krawędzi blatu, żeby i Lucien mógł do niej dosięgnąć. — Moja pewność siebie sprawi, że będziesz dzisiaj bardzo zajęty — dodaje już całkiem wprost.
    Zaskakuje go odrobinę sposób w jaki Lucien podchodzi do chęci – do faktu, że te zdają się być niemal nieosiągalne. Dla Magnusa to całkowicie niewyobrażalne. Nie ma pojęcia za czym innym miałby iść, co miałoby go inspirować i wznosić.
    Otwiera lodówkę, wyjmuje sok i wlewa go do whisky, bardzo teatralnie przewracając oczami. Dyskusja o jego poczuciu humoru musi poczekać; Magnus póki co zajęty jest czymś innym. Nie kłopocze się nawet z zabieraniem swojego drinka.
    — Co jest rozsądne? — powtarza z niedowierzaniem, bo to ostatnia rzecz, którą chciałby usłyszeć. Oczywiście, podstawy należy sobie zapewnić, ale cała reszta zdaje się w pełni otwarta do interpretacji: czemu więc ktokolwiek miałby się ograniczać tak wąską kategorią jak rozsądek?
    Dzieli ich może kilka kroków, które Magnus pokonuje leniwie, choć zamiast wrócić na kanapę, staje przed mężczyzną. Nie spieszy mu się. Mogą przecież niecierpliwić się do rana. Wsuwa jednak kolano między cudze, rozwierając je wystarczająco by zrobić sobie miejsce. Jednocześnie wykonuje ruch, który w tym momencie zdaje się zwyczajnie naturalny. Chwyta go za szczękę, wystarczająco by zyskać kontrolę nad kierunkiem obrotu głowy, ale nie robiąc mu przy tym krzywdy.
    — A więc czego chcesz? — pyta, głos zniżając prawie do szeptu. Pochyla się wystarczająco by drugą ręką podeprzeć się o podłokietnik, głowę Luciena odchylając do tyłu. Ich twarze dzieli teraz zaledwie kilka centymetrów, ale Magnus tej odległości nie zmniejsza. Jeśli zaś mężczyźnie brakowało mówienia o swoich chęciach, Valtersson zamierza podarować mu to z nawiązką. Przesuwa palce z fotela na udo; gładzi je jedynie opuszkami palców i mruży lekko oczy, w kącikach ust błąka się ten sam, łobuzerski uśmiech. — Chcesz żebym ci obciągnął, hm? Czy chciałbyś żebym wziął cię na kanapie za stare, dobre czasy? — pyta całkiem luźno, choć zachrypnięty szept zdecydowani sugeruje, że wcale nie żartuje. — Czego chcesz, Lucien? Zmienić zdanie?

    OdpowiedzUsuń
  14. Nie ma nic przeciwko temu, że Lucien w końcu pozwala sobie na odrobinę więcej swobody. Ewidentnie wciąż trzyma mury wysoko, ale Magnus dostrzega te drobne elementy, świadczące o tym, że gdzieś za nimi znajduje się człowiek, którego pamiętał. Albo po prostu człowiek, który posiada większy zakres emocjonalny niż burknięcia i kąśliwości.
    Nie mówi nic. Pozwala mu działać – nie po to zapytał czego chce, by teraz wycofywać się z oferowanego pokazu. Uśmiecha się za to zawadiacko, gdy mężczyzna wstaje i w żaden sposób nie oponuje podczas kolejnych manewrów, bo przecież nie musi. Lucien zdaje się potrzebować natychmiast uzupełniać luki w kontroli, które spowodował Magnus. I może powinien z tym walczyć, ale nie widzi najmniejszego powodu, by robić sobie pod górę. Wszystko co robi jest zwyczajnie przyjemne.
    Przymyka na moment powieki, pozwalając by inne bodźce zintensyfikowały się. Pierwszy dreszcz przyjemności przemyka wzdłuż kręgosłupa do lędźwi, gdy mężczyzna dotyka go pierwszy raz, budząc do życia dziesiątki wspomnień. Zdaje się, że i w Lucienie ożywają, bo słysząc jego kolejne słowa, prawie parska śmiechem.
    — Pewnie, bo dziesięć lat temu mogłem potrzeć kutasem o kanapę i pewnie bym się spuścił — odpowiada faktycznie rozbawiony. Nie ma pojęcia jak wyglądało życie Luciena w ostatnich dziesięciu latach, wie natomiast, że jego własne pełne było najróżniejszych przygód, ludzi i spotkań. Jest otwarty, chętny i bezczelny – doświadczenie to zbierał skrupulatnie przez ostatnią dekadę i pewien jest, że porównywanie go do dziewiętnastoletniej wersji, która najpewniej nie wiedziała, gdzie znajduje się prostata, jest dużym niedomówieniem. — Powiedz mi, czemu miałbym tobie przerywać, hm? Spytałem czego chcesz i widocznie chcesz mi zwalić. Bardzo ładnie sobie radzisz — kończy niemal protekcjonalnym tonem, ale ma ogromną ochotę wyprowadzić go z równowagi, zobaczyć, co dzieje się, gdy maska opada. Potem zaś może bawić się w odbieranie kontroli, do której Lucien tak bardzo jest przytulony.
    Jakby na potwierdzenie swoich słów unosi rękę i wsuwa palce we włosy mężczyzny, przytrzymując go przy sobie. Czuje się robi się twardy i zupełnie mu to nie przeszkadza, daje temu upust cichym sapnięciem.

    OdpowiedzUsuń