Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

30/09/2026

[KP] Znała język ptaków, ślady zwierząt i rytm przypływów. Tylko ludzkiego serca nigdy nie potrafiła odczytać

Love Iris Anderson
Love Iris Anderson
21 październik 2002   —   Karolina Północna   —   ilustratorka książek przyrodniczych

Urodziła się na mokradłach, z dala od miasta, hałasu i zgiełku. Wychowała się tam, gdzie poranki zaczynały się od mgły unoszącej się nad wodą, a wieczory od koncertów żab i nawoływań ptaków wracających do swoich gniazd. Zamiast ulic znała ścieżki wydeptywane przez jelenie, zamiast placów zabaw stare pomosty i brzegi rzeki, a zamiast kołysanek szelest trzcin poruszanych nocnym wiatrem.

Dorastała w miejscu, w którym każdy skrawek ziemi miał swoją historię. Znała drzewa po kształcie kory, rozpoznawała ptaki po głosach, a po śladach na błotnistym brzegu potrafiła powiedzieć, jakie zwierzę przechodziło tędy kilka godzin wcześniej.

Zbierała pióra, suszyła kwiaty między kartkami starych książek, kolekcjonowała muszle i kawałki kory, a wszystko, czego nie potrafiła nazwać, najpierw rysowała. Z czasem jej szkicowniki zapełniły się roślinami, owadami, rybami, ptakami i zwierzętami, które znała o wiele lepiej niż ludzi. Później zaczęła odtwarzać je z coraz większą dokładnością. Nie interesowało jej jednak samo piękno. Chciała uchwycić szczegóły — unerwienie liścia, ułożenie piór, budowę skrzydeł owada, sposób, w jaki światło przechodzi przez cienką łodygę.

Dorastała sama, choć przez pierwsze lata życia wcale nie była sama. Jej chatka na mokradłach przez pewien czas była domem dla kilku osób, lecz z biegiem lat każdy z członków rodziny opuszczał ją po kolei. Najpierw ktoś wyjechał, obiecując, że wróci, potem ktoś inny przestał przysyłać listy, aż w końcu pewnego dnia Love została tylko z pustymi pokojami, skrzypiącymi deskami podłogi i rzeczami należącymi do ludzi, których już nie było. Nikt nie zrobił tego nagle, jej rodzina rozpływała się powoli, niemal tak naturalnie jak woda znikająca z mokradeł po upalnym lecie.

Każde odejście uczyło ją, że ludzie mają swoje powody, których nie zawsze da się zrozumieć, i że obietnica powrotu nie jest tym samym co powrót. Z czasem przestała czekać. Nauczyła się rozpalać ogień, naprawiać przeciekający dach, zdobywać jedzenie i radzić sobie z samotnością. To właśnie wtedy natura stała się jej towarzyszem, nie próbowała jej pocieszać ani obiecywać, że zostanie. Po prostu była. Rosła, umierała i odradzała się w swoim własnym rytmie, niezależnie od tego, kto odchodził. Love nauczyła się więc żyć bez ludzi, zanim jeszcze nauczyła się, jak właściwie żyć z nimi.

Dziś jest dorosła i właściwie nie potrzebuje nikogo by żyć. Być może dlatego wyrosła na samotniczkę, z jednej strony tak bardzo zamkniętą w sobie, z drugiej zaś desperacko spragnionej miłości i ciepła drugiego człowieka obok, choć skrzętnie to ukrywa, nawet przed samą sobą. Zawodowo zajmuje się tym co kocha. Ilustruje książki przyrodnicze, jej prace można znaleźć w atlasach, przewodnikach terenowych i książkach poświęconych botanice oraz zoologii.

Ma niezwykłą wiedzę o roślinach, zwierzętach i zależnościach zachodzących pomiędzy nimi. Potrafi godzinami opowiadać o migracji ptaków, rozpoznawać gatunki grzybów, rozróżniać drzewa po liściach i korze, a także wyjaśnić, dlaczego pozornie martwe mokradło jest jednym z najbardziej tętniących życiem miejsc na ziemi. O ludziach, emocjach i uczuciach nie wie jednak nic.

Nowy Jork nigdy nie był jej marzeniem. Wręcz przeciwnie, przez większą część życia wszystko, co słyszała o mieście, tylko utwierdzało ją w przekonaniu, że nie jest to miejsce dla niej. Miasto było dla niej za głośne, zbyt wielkie i zbyt przepełnione ludźmi. Beton zamiast ziemi, światła zamiast gwiazd i budynki, które zasłaniają horyzont. Trafiła tu częściowo przypadkiem, motywowana poszukiwaniem rodziny. Kiedy dostała list od brata, postanowiła go odnaleźć. Jego i swoją ukochaną matkę, jednak jej poszukiwania do tego momentu okazały się bezowocne. Miała zostać tu tylko na chwilkę, przynajmniej taki był plan. Znaleźć rodzinę i zabrać ich tam, gdzie ich miejsce. Początkowo miasto ją przytłaczało. Hałas był wszędzie: syreny, klaksony, rozmowy obcych ludzi, muzyka dobiegająca z otwartych okien. Nawet noc nie była prawdziwą nocą. Love tęskniła za ciemnością tak głęboką, że można było słyszeć własne myśli.

25 komentarzy:

  1. [Dobry wieczór, witamy serdecznie w naszych progach ☺️ To, że Love zdecydowała się w nie zapuścić, niezmiernie mnie dziwi 😉 Jej motywacja do znalezienia rodziny musi być naprawdę silna, skoro wydaje mi się, ze miasto takie jak Nowy Jork musi być dla niej bardzo niewygodne. W związku z tym mam nadzieję, że te poszukiwania będą owocne, a jednocześnie obawiam się tego, co będzie, kiedy Love rodzinę znajdzie i okaże się, że rodzina wcale nie chce wracać tam, gdzie jej miejsce...?
    Życzę udanej zabawy na blogu 🧡]

    MAXINE RILEY & IAN HUNT

    OdpowiedzUsuń
  2. [Hej! Widzę inspiracje znanym tytułem zarówno w życiu Love, jak i mailu :) Przyszłam na widok oczu Effy, bo to ogromna nostalgia, eh.
    Powodzenia z pannica w tym wielkim mieście, oby się tu jakoś jednak odnalazła, a przy okazji znalazła też rodzinkę :)
    Baw się z nami dobrze!]

    Mathilde Stevenson

    OdpowiedzUsuń
  3. [Cześć! Ale nostalgia trip zafundowany przez te gify. :D Malownicza postać! Trochę masochistyczna chyba, skoro tak wiele wskazuje na niechęć do Nowego Jorku. Ale hej, to nie jest miasto tak całkowicie pozbawione zwierząt - przy śmietnikach biegają szczury, ba!, wczoraj widziano szopa pracza, który ukradł kolbę kukurydzy z przyulicznej budki. A gwiazdy? O, pani, o co drugą aspirującą lub aspirującego można potknąć się w metrze... No, ale to nie to, czego Love szuka, więc - oby znalazła wszystko, czego naprawdę potrzebuje!]

    Leif & Len

    OdpowiedzUsuń
  4. [A dziękuję i cieszę się, że karta się podoba 🥰 Tak też sobie teraz patrzę na wątki u Maxine i widzę, że nie mam u niej żadnego dziewczyńskiego wątku! Nie wiem, jak mogło do tego dojść, ale koniecznie muszę to zmienić, więc chętnie zrobię z Maxine i Love dobre koleżanki ☺️ Może mogłoby je połączyć rysowanie? Max bawi się w rysowanie fanartów, nic profesjonalnego, ale wychodzi jej to na tyle dobrze, żeby miała trochę obserwujących na Instagramie, gdzie publikuje swoje prace. Czasem zabawi się też w rysowanie czegoś innego. Może dziewczyny mogłyby wpaść na siebie gdzieś na mieście, gdzie i jedna, i druga pochylałaby się nad jakimś projektem?]

    MAXINE RILEY

    OdpowiedzUsuń
  5. [Na pewno nie mnie jedną ciekawi to, jak kobietka poradzi sobie w tej betonowej dżungli, ale myślę, że ma w sobie tą zdolność adaptowania się do warunków, więc chyba nie będzie tak źle. Gorzej z rodzinką, która faktycznie może nie chcieć wracać na stare śmieci, ale tak czy inaczej za to też trzymamy kciuki 🙂 Życzę dużo dobrej zabawy i długiego pobytu na blogu!]

    Brant Dawson
    & Tanner Morgan

    OdpowiedzUsuń
  6. [Przyznam szczerze, że Brant jeśli gdzieś tam wyjeżdża w dzicz, to właśnie po to, żeby nie mieć z ludźmi żadnej styczności. Bierze swoje survivalowe graty, bierze psa i zaszywa się wtedy jakimś górskim rejonie i sobie łazi samotnie przez kilka dni, bo to jest jego sposób na wyciszenie się. Zero innych ludzi wokół. Stara się jednak nie rozpalać ognia gdzie popadnie, więc jeżeli już to może faktycznie mogliby znaleźć się w tym samym miejscu, gdyby musiał przenocować na bardziej cywilizowanym polu namiotowym, żeby sobie takie ognisko móc bez przypału rozpalić. Tylko, że raczej nie szukałby tam znajomości, więc nie wiem za bardzo jak można to sensownie ugryźć. Jakąś pogawędkę może i by sobie z kimś uciął, gdyby ktoś zagadał, ale co dalej to nie wiem 🤷]

    Brant Dawson

    OdpowiedzUsuń
  7. Ach, Kaya, Kaya, Kaya... Mam do niej ogromną słabość, a do tych ogromnych, przenikliwych oczu już szczególnie. Widzę tu silną inspirację pewną panienką z mokradeł i mam cichą nadzieję, że nie wszystkie przykrości dziewczyny ze sobą dzielą.
    Witajcie na blogu! Wiem, że Love szuka w tej brzydkiej, betonowej dżungli rodziny, ale ja trzymam kciuki przede wszystkim za to, że może uda jej się tutaj przy okazji znaleźć siebie.
    Pysznej zabawy i pięknych wąteczków dla Was!


    MARCUS LOCKHART

    OdpowiedzUsuń
  8. [Niestety, scenariusz z psem musimy z marszu wykluczyć, bo psy policyjne nigdy nie oddalą się od swojego przewodnika, ani nigdy nie pozwolą oddalić się przewodnikowi w taki sposób, żeby spuścić go z oczu. Poza tym pies służbowy jest w amerykańskim prawie traktowany jak część wyposażenia funkcjonariusza, czyli między innymi tak samo jak broń, no więc można się domyślić, jakie mogą być konsekwencje za zgubienie broni, a co za tym idzie też psa. Brant nigdy nie dopuściłby do takiej sytuacji, Koda również, bo jest psem w stu procentach mu podporządkowanym. Także zostaje jedynie scenariusz z pomocą właśnie na zasadzie, że pomóc się skądś wydostać, czy opatrzyć ranę, albo coś w ten deseń. Można dorzucić też pogorszenie się pogody, albo założyć, że zbliża się wieczór i warto rozbić obóz, żeby dla bezpieczeństwa nie łazić nocą po szczerym lesie, gdzie grasują niedźwiadki i inne słodkie zwierzątka 😅]

    Brant Dawson

    OdpowiedzUsuń
  9. Słabość do Marcusa mieć można, jak najbardziej, choć przyznaję, że to dość niebezpieczne. Istnieje szansa, że on tę słabość najzwyczajniej w świecie wykorzysta, bo słodyczy jest w nim niewiele, a przynajmniej nie tej szczerej, więc z bliższym poznaniem może być ciężko. Chłopak jest kameleonem i sam siebie nie zna, co tu dopiero mówić o innych...
    Na wątek jednak chętnie się skuszę. Chodzi Ci coś konkretnego po głowie dla tej dwójki?


    MARCUS LOCKHART

    OdpowiedzUsuń
  10. [O, z tą wystawą, to bardzo dobry pomysł! Co prawda Maxine niekoniecznie mogłaby być zainteresowana taką tematyką, ale pomyślałam sobie, że mógłby to być jakiś lokalny artysta, a że ojciec Maxine jest radnym, to wypada mu wspierać podobne lokalne inicjatywy. Może mógłby to być przy okazji jakiś jego dalszy lub bliższy znajomy? Wtedy na pewno wzrośnie prawdopodobieństwo, że Maxine się na takiej wystawie pojawi, trochę z obowiązku, ale też na pewno z powodu własnej ciekawości.]

    MAXINE RILEY

    OdpowiedzUsuń
  11. [Istotą szkolenia takiego psa jest właśnie to, żeby nic nie mogło go rozproszyć, bo inaczej pewnie nie byłby w stanie działać w swojej pracy 😃 A burza jest spoko, także zostawiam zaczęcie 😃]

    Szedł przez las wąską ścieżynką, która wiła się między wysokimi świerkami i kamienistym podłożem, a Koda trzymał się tuż obok niego, co jakiś czas zbaczając kilka kroków na bok, żeby złapać w pysk jakiś większy patyk i zaraz znów wrócić na ścieżkę. Na ramionach niósł plecak, nieprzesadnie duży, ale wystarczająco pojemny, żeby pomieścić wszystko, czego potrzebowali na noc poza cywilizacją, czyli namiot, śpiwór, matę, zapas wody, prowiant, latarkę i kilka podstawowych rzeczy. Takie wyprawy organizowali sobie przynajmniej dwa razy w miesiącu, szczególnie gdy dopisywała pogoda, bo obaj dobrze czuli się z dala od miasta i wszystkiego, co zwykle składało się na ich codzienność, natomiast kilkanaście kilometrów marszu i towarzysząca temu świadomość, że przez najbliższe godziny nie czeka na nich nic poza kolejnym fragmentem szlaku, działały na Branta lepiej niż niejeden wolny wieczór w mieszkaniu. Tym razem wybrał Harriman State Park, gdzie zamiast zatrzymywać się na jednym z oficjalnych pól namiotowych mogli zrobić dłuższą pętlę po szlakach i znaleźć wyznaczone miejsce na nocleg poza głównym campingiem. Plan był prosty: zostawić auto na parkingu, iść kilka godzin przez górski las, oddalić się od bardziej uczęszczanych tras, rozbić namiot przed zmrokiem, a następnego dnia ruszyć dalej, zamykając całą trasę w jedną pętlę i wrócić na chatę. Oczywiście pogoda postanowiła pokrzyżować im nieco plany, bo od pewnego czasu niebo nad drzewami zaczynało ciemnieć, a gdzieś w oddali słychać było już głuche dudnienie burzy, którą zresztą zapowiadano od samego rana. Na razie deszcz jeszcze nie padał, a powietrze pozostawało przyjemnie chłodne, ale Brant co jakiś czas zerkał w stronę nieba, żeby ocenić, ile czasu zostało im do pierwszych kropli. Nie zamierzał jednak zawracać przy pierwszym grzmocie, bo zanim pogoda całkowicie się pogorszy oni bez większego problemu powinni zdążyć znaleźć odpowiednie miejsce i rozbić namiot.
    Ścieżka zwężała się jeszcze bardziej, gdy weszli między skały. Po jednej stronie zbocze opadało stromiej w dół, a po drugiej wyrastała ściana ciemnego lasu. Brant zwolnił odruchowo, spoglądając przed siebie. Daleko pomiędzy drzewami pojawił się jaśniejszy fragment nieba, a wraz z nim otwierająca się przestrzeń, z której można było zobaczyć dolinę. Koda nagle zatrzymał się kilka kroków przed nim i uniósł łeb, więc Brant również przystanął. Pies stał przez chwilę nieruchomo, wpatrując się w dół zbocza z postawionymi uszami i jedną łapą uniesioną nad ziemią, którą za moment opuścił. Zrobił kilka kroków w stronę stromego zbocza, na co Brant zmarszczył brwi.
    — Co tam masz? — zwrócił się do czworonożnego towarzysza, który poważnie się czymś zainteresował. Niechętnie zszedł za nim kilka metrów ze ścieżki, ostrożnie stawiając buty na wystających korzeniach i wilgotnych kamieniach. Koda nie zamierzał jednak odpuszczać, więc dreptał coraz niżej i co chwilę przystawał, żeby upewnić się, że Brant nadal za nim idzie, aż w końcu zniknął za większym głazem. Dopiero wtedy Brant dostrzegł, że kawałek niżej, u podnóża stromego zbocza, rzeczywiście ktoś był, choć początkowo zauważył tylko fragment sylwetki pomiędzy drzewami.
    — Koda, stój — rzucił odruchowo, gdy zrobiło się stromiej. Pies zatrzymał się grzecznie, choć jeszcze przez chwilę dreptał w miejscu i wpatrywał się w sylwetkę znajdującą się u podnóża zbocza. Brant zrobił jeszcze jeden ostrożny krok, próbując dostrzec więcej pomiędzy drzewami, a wtedy zauważył kobietę, która siedziała na ziemi, opierając się plecami o jeden z większych głazów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przez moment przyglądał jej się z zaskoczeniem, bo nie spodziewał się znaleźć kogokolwiek w tym miejscu. Ani to dobre miejsce na biwak przy nadchodzącym deszczu, ani na drogę na skróty. Przez chwilę zastanawiał się, czy może poszła tam za potrzebą, czy jednak przypadkiem nie stało się coś, przez co nie była w stanie wrócić na górę.
      Zdjął plecak z ramion, złapał się pnia pobliskiego drzewa i wychylił się na jednej nodze, żeby móc lepiej dostrzec ją z góry.
      — Halo, czy wszystko w porządku? Mogę wiedzieć, co robi pani tam na dole? — zapytał głośniej, a jego głos poniósł się po zboczu i odbił echem między drzewami. Wokół było naprawdę cicho, jeśli nie liczyć szumu gałęzi i odległego dudnienia burzy, które co jakiś czas przebijało się spośród drzew.

      Brant Dawson

      Usuń
  12. [Och, jakie tu zaszły zmiany w karcie, podoba mi się 🧡
    A pewnie, możemy założyć, że ten artysta to jakiś dalszy krewny jej i jej ojca, nie widzę przeszkód. To co, chyba mniej więcej mamy ustalony wątek, a reszta wyjdzie nam w praniu? Chętnie nam zacznę, ale pewnie będzie to kwestia kilku dni, nim uda mi się to zrobić :)]

    MAXINE RILEY

    OdpowiedzUsuń
  13. Maxine nie miała nic przeciwko wystawom, aczkolwiek bardzo rzadko chadzała na nie z własnej, nieprzymuszonej woli. Najczęściej potrzebowała po prostu specjalnego zaproszenia i tak było też tym razem, bo zaproszenie dostała od ojca, w dodatku z zastrzeżeniem, że byłoby mu bardzo miło, gdyby Maxine na tej konkretnej wystawie się pojawiła, mając stanowić swego rodzaju wsparcie dla dalszego członka ich rodziny. Co prawda Max nie wiedziała, jakiego niby rodzaju wsparcia miałaby udzielić mężczyźnie, którego dotąd nie widziała na oczy, a który był dalszym kuzynem jej ojca, ale że miała wolne popołudnie, to zamierzała sprawić przyjemność Kevinowi. Lucy, jej mama, a jego żona, nie mogła towarzyszyć mu tego dnia, ponieważ miała już swoje plany, których nie mogła przełożyć.
    Wystawa miała odbyć się na Brooklynie, w prywatnej galerii sztuki. Maxine nie uczestniczyła w przygotowaniach do niej, zdążyła jednak dowiedzieć się, że będzie to wystawa przyrodnicza, a przede wszystkim zdążyła poznać samego wystawcę. W wieczór poprzedzający wystawę Troy, rzeczony wystawca i kuzyn ojca, zjadł u nich kolację. Lucy szczególnie nie gimnastykowała się w kuchni, aby trafić ze smakami w podniebienie gościa, ale też nie musiała szczególnie się gimnastykować, żeby trafiać w większość podniebień, bo najzwyczajniej w świecie dobrze gotowała. Troy zajadał więc ze smakiem wszystko, co trafiało na jego talerz, wielokrotnie dziękował za wsparcie przy organizowaniu wystawy, a także opowiadał o swoich pracach. Troy był fotografem, który nie stronił od ołówka. Obok fotografii w skali makro, na ścianach galerii miały zawisnąć jego szkice. Troy fotografował zarówno faunę, jak i florę. Rysował takoż. Wielokrotnie startował w konkursach fotograficznych organizowanych przez National Geographic, z roku na rok plasując się coraz wyżej, a jego nazwisko stawało się coraz bardziej rozpoznawalne w branży. Tym bardziej zabawnym było dla samej Max, że nie znała dotąd tego człowieka, do którego jednak podczas wspólnej kolacji zapałała sympatią.
    Tak jak niekoniecznie zależało jej na pójściu na tę wystawę, tak po kolacji z Troyem stała się najzwyczajniej w świecie ciekawa jego prac, tym bardziej, że po skończonym posiłku mężczyzna pokazał jej część swojego portfolio, skrzętnie omijając te fotografie, które miały być częścią wystawy, by nie psuć Maxine czekającego ją kolejnego dnia doświadczenia.
    Tym sposobem młoda Riley stała teraz przed jedną z nich. Duży format przedstawiał złudzenie optyczne, którego bez odpowiedniego podpisu Maxine nie potrafiłaby rozłożyć na czynniki pierwsze. Max widywała już tego typu zdjęcia, bowiem te często rozchodziły się viralem po sieci, i za każdym razem nie potrafiła przestać się nimi zachwycać. Tak było także teraz. Stała przed fotografią już dobrych kilkanaście minut, nadal nie gotowa do tego, aby przejść dalej. Musiała przyznać, że Troy miał niesamowity talent, ale przy tym także niesamowite szczęście. Uchwycenie tak dobrego kadru nierzadko pozostawało kwestią sekund, jeśli nawet nie dziesiątych części sekundy. Czy ktokolwiek mógł mieć tak dobry refleks? Widać, jej krewnemu go nie brakowało.
    — Maxine! — Troy szedł ku niej z dalszej części sali. Zręcznie lawirował między zwiedzającymi, wymieniał z nimi uśmiechy, by finalnie przystanąć przy niej.
    — Chyba ci się podoba, co? Sterczysz tu już kwadrans, włączyłem stoper, żeby sprawdzić — zażartował, splótłszy dłonie nisko na plecach.
    — Bardzo — zgodziła się z entuzjazmem, ale i rozbawieniem.
    — W takim razie rusz się, bo dalej jest jeszcze lepiej — zachęcił, mrugnął do niej porozumiewawczo i przeszedłszy za nią, położył ręce na jej ramionach i delikatnie pokierował ją dalej. Max pokręciła głową, ale nie protestowała i w końcu ruszyła się spod fotografii, podczas gdy Troy popłynął dalej, ku kolejnym gościom i czekającym go obowiązkom.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Galeria składała się z trzech sal, mniejsza z nich została przeznaczona na szkice, często zestawione ze zdjęciami obiektów, które przedstawiały, jakby w ten sposób Troy chciał utworzyć kontrast pomiędzy tym, co potrafiło uchwycić ludzkie oko, a co obiektyw aparatu. Skoro dalej miało być tylko lepiej, to Max obrała na cel właśnie tę salę, gdzie też kręciło się mniej osób, niż w części głównej. Jeden rzut oka wystarczył, by dostrzegła między sobą i Troyem podobieństwo. Oboje prowadzili ołówek drobnymi, urwanymi pociągnięciami, przez co próżno byłoby szukać w ich pracach gładkich, pociągłych linii.

      [W takim razie cieszę się, ze mogłam w taki sposób pomóc z kodem ☺️ I przybywam z obiecanym rozpoczęciem! Mam nadzieję, ze jest w porządku ☺️]

      MAXINE RILEY

      Usuń
  14. Podniósł lekko brwi, słysząc jej odpowiedź, która brzmiała bardziej jak próba odprawienia go niż próba wyjaśnienia sytuacji. Mógł machnąć ręką i wrócić do swojego marszu przez las, bo przecież nie był od rozwiązywania problemów przypadkowych ludzi napotkanych po drodze, bynajmniej nie po godzinach pracy, a już tym bardziej, kiedy sytuacja nie zmuszała go do wcielania się w rolę policjanta. Przez piętnaście lat służby zdążył przyzwyczaić się do tego, że jego praca nie kończy się w momencie zrzucenia z siebie munduru i założenia dresów, bo każdego dnia przenosi się razem z nim do cywila, ale bez przesady. Po to jeździł w szczerą dzicz, żeby wyjść trochę z trybu tej policyjnej czujności i choć przez jedną dobę mieć święty spokój. Więc tak, pewnie machnąłby ręką, tylko że zbliżała się burza, to po pierwsze, a po drugie wiele wskazywało na to, że kobieta zleciała po tym stromym zboczu i to zmieniało postać rzeczy. W tej sytuacji rozsądek z automatu podpowiadał, że lepiej nie odwracać się plecami i nie udawać, że problem przestał istnieć tylko dlatego, że ktoś powiedział mu, żeby się nim nie interesował. Czy był na służbie, czy nie był, musiał mieć pewność, że kobieta nie potrzebuje faktycznej pomocy, a jej niechęć do rozmowy nie wynikała przypadkiem z tego, że coś sobie zrobiła i próbowała teraz za wszelką cenę wmówić mu, że wszystko jest w porządku. Sprawdzi to najpierw, a potem wróci na szlak.
    Nie odpowiedział jej w żaden sposób, bo nie wiedział w tym najmniejszego sensu, a nie był z tych, którzy strzepią sobie język na czczych dyskusjach. Skoro on jeszcze nie zaoferował pomocy, a ona już dała mu do zrozumienia, że poradzi sobie sama, to jasna sprawa, że była z tego rodzaju kobiet, które prędzej połamią sobie nogi, niż przyznają, że potrzebują pomocy. Dobrowolnie nie skorzysta z wyciągniętej dłoni, ale jeśli już znajdą się tam na dole we dwoje i oboje będą musieli stamtąd wyjść, przestanie być to kwestią proszenia jej o zgodę. Wtedy nie będzie to pomoc sama w sobie, tylko współpraca.
    Przez chwilę jeszcze oceniał zbocze, bo jego instynkt samozachowawczy działał bez zarzutów i nie zamierzał schodzić tam na ślepo. Rozejrzał się dookoła, szukając jakiegoś sensownego drzewa z nieco grubszym pniem, a potem podszedł do swojego plecaka, przy którym na chwilę kucnął. Z bocznej kieszeni wyciągnął zwiniętą linę statyczną, którą woził ze sobą na dłuższe wypady w góry. Normalnie przydawała się przy biwakowaniu i zabezpieczaniu sprzętu na trudniejszych fragmentach szlaku, ale tym razem znajdzie dla siebie zgoła inne zastosowanie. Z drugiej kieszeni wyciągnął niewielki trauma kit i przypiął go do szlufki spodni, żeby mieć go przy sobie na dole. Nie zamierzał schodzić z całym plecakiem, bo potrzebował obu rąk do asekuracji, a nie dodatkowego balastu.
    Podszedł zaraz do najbliższego, grubego drzewa, które rosło kilka metrów powyżej krawędzi stromizny. Owinął linę wokół pnia i zabezpieczył ją solidnym węzłem, a potem kilkukrotnie mocno szarpnął, sprawdzając, czy pień i sam punkt mocowania wytrzymają jego ciężar. Drugi koniec przewiesił przez ramię i zacisnął w dłoni, tak żeby podczas schodzenia móc utrzymywać stałe napięcie. Nie zamierzał zjeżdżać po zboczu, bo ta lina się do tego nie nadawała, chodziło o potraktowanie jej jako dodatkowego zabezpieczenia, gdyby któryś z kamieni albo korzeni puścił mu pod butem. Z tych kilku metrów dało się spektakularnie zjebać, więc wypadało schodzić ostrożnie.
    — Zostań. Tylko nie żryj trawy — rzucił Kodzie polecenie, na co towarzysz położył się przy krawędzi zbocza, obserwując z ekscytacją całe to zajście. Tak było bezpieczniej, bo gdyby coś poszło nie tak, to będzie miał przynajmniej pewność, że pies jest na górze i w razie konieczności będzie w stanie wrócić na szlak i zwrócić na siebie uwagę kogoś z przechodzących tamtędy ludzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Pozwoli pani, że sam ocenię widok z tej perspektywy. Jeszcze się okaże, że warto było tu zejść — powiedział, uśmiechając się pod nosem i zniżając się stopniowo po zboczu. Ostrożnie stawiał stopy na wystających fragmentach skał, za każdym razem sprawdzając, czy podeszwa ma pewne oparcie. Jedną ręką przytrzymywał napiętą linę, a drugą asekurował się na wystających korzeniach i skałach, schodząc powoli, ale bez większego wahania. Ćwiczył regularnie kilka razy w tygodniu, więc jego kondycja i koordynacja ruchowa były na bardzo wysokim poziomie. Lęku wysokości też nie miał, ekspozycja nie robiła na nim wrażenia. Wspinaczki wprawdzie nie uprawia, ale z policyjnymi ćwiczeniami na wysokości radził sobie całkiem nieźle, więc jakoś to będzie.
      — Wie pani, że zbliża się burza? — rzucił, rozglądając się za kolejnym miejscem, w którym mógłby postawić stopę. Musiał zrobić większy wykrok, więc mocniej chwycił linę i przeniósł na nią część ciężaru, gdy jego but na moment stracił pewne oparcie. Przez sekundę zwisał całym ciężarem na zabezpieczeniu, zanim znalazł stopą stabilny fragment skały i spokojnie przeniósł na niego ciężar.
      — To miejsce jest beznadziejne, żeby ją przeczekać, nawet pod namiotem — zauważył, a był już na tyle nisko, że w pewnym momencie złapał się liny oburącz i zeskoczył na lekko ugięte w kolanach nogi. — Jeśli zacznie lać deszcz, woda będzie spływać po zboczu i za chwilę całe podłoże będzie mokre. — Spojrzał na kobietę, podchodząc do niej jedynie na kilka kroków i pozostawiając między nimi bezpieczny dystans. Niczego o niej przecież nie wiedział. — Zapytałem, czy wszystko w porządku, ale chyba nic nie jest w porządku. Dobrze się pani czuje? — Zmarszczył brwi, taksując kobietę uważnym spojrzeniem. Była poobijana, nie dało się nie zauważyć, ale nie zamierzał robić niczego na siłę, szczególnie, że już raz mu dała do zrozumienia, że nie życzy sobie ingerencji.

      Brant Dawson

      Usuń
  15. Chyba nikt nie był. Wychodzi więc na to, że on jednak był nieodpowiedzialny i głupi, bo zszedł tu z własnej woli, choć mógł tak na dobrą sprawę wezwać tu zespół Forest Rangers i na ich rękach zostawić zabezpieczenie całej tej sytuacji. Nie był człowiekiem od wyciągania ludzi z trudno dostępnych miejsc, ale był policjantem, a w jego fachu również zdarzało się podejmować działania na miejscu, oceniać zagrożenie, czy udzielać pierwszej pomocy i zabezpieczać sytuację do czasu przyjazdu odpowiednich służb. Tym razem uznał jednak, że skoro znalazł się już tutaj, kobieta jest przytomna, a zejście na dół nie przekracza jego możliwości gimnastycznych, to szybciej będzie sprawdzić, co tak właściwie jej się stało, niż czekać na kogoś, kto zrobi dokładnie to samo. Ale wszystko będzie zależało też oczywiście od tego, co się wydarzyło, bo jeżeli upadek był poważny, to wezwie grupę ratowniczą bez względu na to, czy jej się to spodoba czy nie. Miał przy sobie podręczną apteczkę, ona jak widać też, ale oboje nie znajdą w nich niczego, co mogłoby rozwiązać problem ewentualnego wstrząśnienia mózgu. Mogli opatrzyć rany czy zabezpieczyć skręconą kostkę, ale przy urazie głowy najważniejsze pozostawało obserwowanie jej stanu i szybkie sprowadzenie tu profesjonalnej pomocy. Bo jeśli rzeczywiście zaczynała robić się senna i miała problemy z utrzymaniem koncentracji, to nie zamierzał ryzykować, że za kilka minut przestanie być z nią normalny kontakt. Nie był idiotą, żeby czekać, aż sytuacja zrobi się całkowicie beznadziejna.
    — Widoki są fantastyczne — zapewnił, patrząc na nią uważnie. — Tylko ich stan jest mocno niepokojący — dodał zaraz znacząco i podszedł kilka kroków po plecak, o który prosiła. Lornetki nie zamierzał teraz szukać, kiedy ona mówiła mu zawrotach głowy i bólu całego ciała, bo to zwiastowało znacznie większy problem niż jakieś zwykłe stłuczenia po niefortunnym upadku ze zbocza, czy zgubiony przedmiot. Gdyby obiła sobie tyłek i dumę, to może mogliby sobie trochę pożartować, ale w tej sytuacji to, co należało tak naprawdę zrobić, to wezwać odpowiedni zespół ratownictwa.
    Postawił przy niej plecak i kucnął obok, obrzucając uważnym spojrzeniem jej sylwetkę w poszukiwaniu jakichś widocznych urazów. Było kilka otarć i zadrapań, ale na pierwszy rzut oka nic nie wyglądało na masywne krwawienie czy złamanie. Największą uwagę zwrócił jednak na jej twarz, a dokładniej na sposób, w jaki utrzymywała kontakt wzrokowy, bo to niepokoiło go najbardziej. Staw skokowy zabezpieczą, ale to o głowę rozchodziło się jednak bardziej, bo ten uraz mógł być o wiele gorszy w skutkach.
    — Brant Dawson — przedstawił się również, lekko przechylając głowę. Popatrzył na jej czoło z bliska i zaraz odchylił się nieco w bok, żeby rzucić okiem na inne części jej głowy, choć pod burzą ciemnych włosów ciężko było coś dostrzec z tej odległości. Musiałby odsunąć kosmyki, ale tego nie chciał na razie robić, podobnie jak grzebać w jej rzeczach osobistych, dlatego po prostu przyniósł do niej plecak. — Uderzyłaś się w głowę? — dopytał, wracając spojrzeniem do jej oczu. Miała we włosach jakieś patyki i liście, ale te mogła zgarnąć ze sobą, lecąc w dół. Duże prawdopodobieństwo, że się uderzyła, ale chciał utrzymywać z nią kontakt, żeby mieć pewność, że tu zaraz nie odpłynie, więc każde pytanie było dobre.
    Odpiął swoją apteczkę, żeby dostać się do saszetki, w której miał telefon.
    — Zadzwonię po pomoc — oznajmił. — I nie ma sensu, żebyś protestowała. Możesz później powiedzieć ratownikom, że jestem nadgorliwy, czy coś.

    Brant Dawson

    OdpowiedzUsuń
  16. Riley nie znała się na sztuce. Nie na tej zamykanej w ramach obrazów, konturach rysunków czy kadrach aparatu. Interesowała się klasyką kina, a także dziełami współczesnych reżyserów i to pośród ruchomych obrazów poruszała się z niewymuszoną płynnością. Przy tym sama pozostawała na bezpiecznym, drugim planie – w przyszłości próżno byłoby szukać jej twarzy na wielkim ekranie, choć z powodzeniem mogło pojawić się tam jej imię i nazwisko. Scenarzysta zazwyczaj wymieniany był tuż po reżyserze, a jeszcze przed gorącymi nazwiskami głównej obsady. Jednak nim ktokolwiek miałby skojarzyć, kim jest Maxine Riley wymieniona w czołówce, miało minąć jeszcze trochę czasu. Max nie wiedziała, ile dokładnie. Dopiero co skończyła studia i jeszcze nigdzie się nie zaczepiła, choć rozesłała swoje CV do wytwórni, zarówno komercyjnych, jak i tych niezależnych. Chciała zacząć gdziekolwiek, po to, aby po prostu zacząć. W końcu wszystko miało swój początek, prawda? I ten początek nigdy nie przesądzał o końcu.
    Mimo tego, że wolała ruchome obrazy, rysowała. Zamykała ruch w pociągnięciach ołówka bądź rysika tabletu. Stawiała niedbałe kreski, które z dbałością oddawały istotę kształtu, bądź właśnie ruchu. Tworzyła historię, którą na swój sposób unieruchamiała – w didaskaliach scenariusza lub kreskach rysunku. Przez to dobrze wiedziała, jak trudno oddać jest fragment płynnego ruchu lub równie płynnej historii zaledwie w jej skrawku, zatrzymanym do jednego, krótkiego momentu. Troy robił to znakomicie.
    Uniosła brwi i powoli obróciła głowę ku stojącej obok dziewczynie. Szybko oceniła, że musiały być w podobnym wieku i uśmiechnęła się lekko.
    — Mi też — zgodziła się z nią od razu, spoglądając ponownie na szkic. — Lubię właśnie takie szkice. Nigdy nie mogę się nadziwić, że wystarczy ledwo kilka niby to niedbałych, ale tak naprawdę umiejętnych kresek, żeby złapać właściwy kształt. Chociaż — zaczęła i przesunęła się o krok w bok, oddalając się od czapli. — Tutaj nie jest ani trochę niedbale — zauważyła z lekkim rozbawieniem, skinieniem głowy wskazując na już nie szkic, a rysunek pałki wodnej, konkretnie jej kolby z fragmentem łodygi. — Nadawałby się do jakiegoś botanicznego albumu — oceniła, lekko przechyliwszy głowę i popatrzywszy na młodą kobietę, zaśmiała się cicho i krótko. Bynajmniej w ten sposób nie umniejszała podobnym albumom. Po prostu, szkic czapli ewidentnie był szybki, trochę chaotyczny. W tym drugim nie było miejsca na chaos.

    MAXINE RILEY

    OdpowiedzUsuń
  17. Nie przepadał za takimi zagrywkami, a już szczególnie za próbami odbierania mu rzeczy z ręki. Na służbie podobny odruch kończył się zazwyczaj tym, że zanim druga osoba zdążyła się zastanowić nad swoim zachowaniem, miała już unieruchomione ręce i niewiele do powiedzenia. Dobrze więc, że w porę się opamiętała i sama oddała mu telefon, bo w przeciwnym razie nie obchodziłoby go to, czy jest kobietą, osobą poszkodowaną czy kimkolwiek innym. Jego reakcja byłaby czysto odruchowa, a jej nadgarstki przekonałyby się o tym szybko i boleśnie.
    Podniósł komórkę bez słowa i wsunął z powrotem do kieszonki. Nie wiedział z czego wynikała jej reakcja, ale pierwsze, co przyszło mu do głowy, to że nie była ubezpieczona, albo że jej polisa była na tyle okrojona, że nie obejmowała górskich akcji. Przecież helikopter byłby tu w przeciągu piętnastu minut, bo lotnisko policji stanowej znajduje się jakieś dwadzieścia mil stąd, więc pomoc nadeszłaby błyskawicznie. Żadna to wymówka, żeby jej nie wzywać. Gorzej jednak, gdyby przyszło jej za to zapłacić, bo wtedy rachunek za tę imprezę byłby wysoki, więc jeśli ubezpieczenie miała ograniczone, to rzeczywiście mogła mieć powód do paniki. Nie wnikał. Skoro głowę miała całą, on nadal miał z nią kontakt, a ona wzywać specjalistów nie chciała, to przecież jemu też nie są tu oni do niczego potrzebni.
    — Jeśli będę chciał gdziekolwiek zadzwonić, to zadzwonię i twoje ostrzeżenia nie będą miały tu nic do rzeczy — odparł spokojnie, patrząc na nią z lekko uniesionymi brwiami i rozbawionym wyrazem twarzy. Nie miała takiej mocy, żeby cokolwiek mu dyktować. — Ale skoro mówisz, że wyjdziesz stąd sama, to chyba faktycznie nie jest z tobą tak źle.
    Nie zamierzał się z nią o to kłócić, bo równie dobrze mógłby teraz tłumaczyć niedźwiedziowi, że nie powinien jeść ludzi. Skoro była przytomna i odpowiadała logicznie, a dodatkowo przestała wyglądać tak, jakby za chwilę miała stracić kontakt z rzeczywistością, to mógł dać jej kilka minut na dojście do siebie. A potem koniecznie muszą się stąd wydostać, żeby zdążyć schronić się przed nadchodzącą burzą, bo niebawem pogoda się załamie i z nieba lunie deszcz.
    — Który to staw? Prawy, lewy? — zapytał, przenosząc wzrok do jej stóp. Chciała, żeby jej pomógł, więc wypadało się dowiedzieć, od czego należy w ogóle zacząć. Miał trochę doświadczenia w udzielaniu pierwszej pomocy, bo przeszedł kilka kursów z tym związanych, a kiedy został postrzelony to udzielił jej nawet samemu sobie, ale przy akcjach to zawsze była działka medyków. Nigdy nie pchał się w to specjalnie, jednak co innego, gdy rzeczywiście musiał. A to zdarzało się całkiem często, szczególnie, gdy w grę wchodziło oddawanie strzałów do napastnika.

    Brant Dawson

    OdpowiedzUsuń
  18. W jego przypadku wiele zależało od sytuacji. Przez piętnaście lat służby zdążył przerobić wystarczająco dużo, żeby nauczyć się trzymać nerwy na wodzy i nie reagować pod wpływem pierwszego impulsu. W pracy był zazwyczaj konkretny i bardzo trudny do wyprowadzenia z równowagi, ale nie oznaczało to, że zawsze miał anielską cierpliwość. Bywały sytuacje, w których jego lont nagle robił się zaskakująco krótki, a wtedy potrafił zrobić coś, czego nikt rozsądny nie spodziewałby się po nim jeszcze kilka sekund wcześniej. Doświadczenie nauczyło go kontrolować emocje, ale nie wypleniło z niego tej części charakteru, która czasami dochodziła do głosu szybciej niż zdrowy rozsądek, a była pokłosiem warunków, w jakich dorastał. Generalnie nie należał do ludzi, którzy lubili niepotrzebnie komplikować sobie życie, ale czy to w pracy, czy poza nią, nie pierdzielił się w tańcu. Jeśli coś wymagało działania, działał. Jeśli ktoś przekraczał granicę, szybko dowiadywał się, jakie są tego skutki. A jeśli sytuacja wymagała od niego czegoś nieoczywistego, zwykle nie tracił czasu na zastanawianie się, czy wypada. Trwanie u jego boku było intensywne, bo on sam był takim człowiekiem. Przy nim po prostu trudno było przejść przez życie na pół gwizdka.
    Podniósł na nią spojrzenie, a jego brew powędrowała do góry. Dość ciekawe było to, co powiedziała, biorąc pod uwagę fakt, że powierzała się facetowi, znając ledwie jego imię.
    — Masz chyba dość osobliwe kryteria zaufania — zauważył, przyglądając jej się uważnie. — Nigdy nie okazało się, że zaufałaś komuś odrobinę zbyt szybko?
    Tym razem trafiła na niego, ale przecież równie dobrze mógł być kimkolwiek innym, również kimś, kto bez wahania wykorzystałby tak idealną okazję. Byli z dala od cywilizacji, na uboczu szlaku, w miejscu, w którym jej krzyk nie przyciągnąłby nikogo, a co najwyżej spłoszył puszczyka kreskowanego siedzącego sobie gdzieś wysoko między drzewami. Wystarczyłoby więc, żeby trafiła na niewłaściwego człowieka, a fakt, że była sama, ranna i praktycznie odcięta od innych ludzi, mógłby obrócić się przeciwko niej. Nie zamierzał jej tego uświadamiać wprost, ale trudno było nie zauważyć, jak absurdalnie łatwo zaufała komuś, kogo znała od kilkunastu minut.
    Sięgnął do jej lewego buta, którego zdjął ostrożnie z jej stopy, starając się nie poruszać przy tym nadmiernie kostką. Najpierw obejrzał ją dokładniej, porównując obrzęk i ułożenie stawu z drugą nogą. Nie wyglądało to na oczywiste złamanie, ale bez badania i zdjęcia rentgenowskiego nie zamierzał zgadywać, czy ma do czynienia ze zwykłym skręceniem, czy czymś poważniejszym.
    — Muszę — odpowiedział na pytanie o udzielanie pierwszej pomocy. Otworzył przypięty do swojej szlufki trauma kit i wyciągnął z niego zwiniętą szynę SAM oraz bandaż elastyczny. Rozprostował szynę w dłoniach, po czym ostrożnie dopasował ją do kształtu jej podudzia i stopy, zostawiając staw w możliwie naturalnej pozycji. — Taki urok mojej pracy. Jestem policjantem — dodał dla wyjaśnienia, po czym przyłożył szynę po zewnętrznej stronie jej nogi i zabezpieczył ją bandażem, zaczynając nieco wyżej i stopniowo schodząc w dół. Każde owinięcie kontrolował pod kątem ucisku, żeby nie odciąć krążenia, a na koniec sprawdził palce jej stopy, delikatnie uciskając jeden z nich, żeby się upewnić, że czucie nadal jest prawidłowe.
    — Nie za ciasno? — Spojrzał na nią, zanim schował pozostałe manatki do podręcznej apteczki. Kostka była zabezpieczona na tyle, żeby nie pogarszać urazu, ale doskonale wiedział, że nie rozwiązywało to problemu. Tak będzie jednak bezpieczniej się poruszać, a ponieważ nie mieli zbyt wiele czasu, grunt, żeby zdołała wspiąć się po linie i żeby przed ulewą oboje zdążyli rozbić namioty w pobliskim zagajniku. Taki plus, że przynajmniej teren tam na górze sprzyjał znalezieniu schronienia, bo młody, gęsty las dawał im wystarczająco dużo osłony przed deszczem i nie musieli tracić czasu na szukanie odpowiedniego miejsca. Może jeszcze uda się namierzyć tę lornetkę.

    Brant Dawson

    OdpowiedzUsuń
  19. Nie odniósł się do kwestii dawania komuś szans, bo miał w tym temacie nieco inne podejście. W jego przypadku ludzie rzadko dostawali choćby pierwszą, a jeśli już na nią zasłużyli, bardzo często okazywała się jednocześnie ostatnią. Nie należał do tych, którzy bez końca wyciągali rękę w stronę kogoś, kto zdążył już udowodnić, że nie warto tego robić, a przekonanie to wynikało z doświadczeń, które zebrał na przestrzeni całego życia, nie tylko jako policjant, ale również jako młody człowiek, który wychował się na ulicy. A może przede wszystkim, bo największą szkołę życia przeszedł właśnie wtedy, kiedy był jeszcze gówniarzem zdanym na samego siebie i nie miał przy tym luksusu popełniania tych samych błędów, czy błędów jakichkolwiek tak w ogóle.
    — Koda jest psem służbowym, pójdzie za mną nawet jeśli zrobię coś złego — powiedział, pakując manatki do swojej apteczki. Nie skorzystał z tej, którą ona miała w swoim plecaku, bo raz, że nie chciał grzebać w jej osobistych rzeczach, a dwa, że dokładnie wiedział, co posiada we własnej i czego może z niej użyć, żeby sprawnie się z tym uporać.
    — A najciemniej bywa pod latarnią. Siedzę w tym od lat, dobrze wiem, jak tuszować ślady — dodał, poruszając brwiami. Nie mówił serio, choć w tym, że wiedział jak tuszować ślady było akurat sporo prawdy, a samo to, że ktoś był policjantem, nie oznaczało z automatu, że można czuć się bezpiecznie. Policjanci też sporo mają za uszami, tyle że na co dzień nie słyszy się o ich przewinieniach, ale to już temat na inną rozmowę. Teraz nie mieli na to czasu, bo zbliżała się burza, więc wypadało zacząć się stąd wydostawać, natomiast on faktycznie nie miał w planach jej wykorzystać ani zrobić niczego złego.
    Zapiął trauma kit na swojej szlufce, gdy Love odpowiedziała, że jest dobrze i wyprostował się, pomagając jej wstać i utrzymać równowagę. Przyniósł plecak dosłownie chwilę temu, więc teraz po prostu go przy niej podniósł i wręczył do rąk.
    — Pójdę pierwszy, bo wtedy będę mógł podać ci rękę, gdyby okazało się, że gdzieś po drodze jest jakiś problem — oznajmił, przenosząc spojrzenie na zbocze i oceniając trasę, którą sam pokonał przed kilkunastoma minutami. Teraz czekało go to samo, tyle że w drugą stronę. Ruszył do liny, jednak zatrzymał się po chwili i rozejrzał dookoła.
    — A co z tą lornetką? — Zerknął na Love. — Wiesz może, w którą stronę się potoczyła?
    Pomyślał, że szkoda byłoby ją tu zostawić, jeśli może się okazać, że leży gdzieś w trawie dosłownie przed ich oczami. Chmury zaczynały kłębić się na niebie, ale mieli jeszcze chwilę, żeby to sprawdzić i przynajmniej spróbować tę lornetkę namierzyć.

    Brant Dawson

    OdpowiedzUsuń
  20. Skinął głową twierdząco w odpowiedzi na jej pytanie. Co prawda, jego zaufanie było ograniczone nawet wtedy, gdy tym policjantem nie był, ale najłatwiej było zrzucić to na karb służbowych nawyków, więc takie założenie mu odpowiadało. Ostrzeżenia jej matki też miały w sobie sporo sensu, szczególnie że sam nie uważał się za człowieka, który powinien służyć komukolwiek za wzór cnót. Zresztą uroda była wyjątkowo kiepskim wyznacznikiem charakteru, a on przez piętnaście lat służby widział wystarczająco wielu ludzi, którzy na pierwszy rzut oka nie wzbudziliby najmniejszych podejrzeń. Niektórzy potrafili nawet sprawiać całkiem sympatyczne wrażenie, dopóki nie przychodziło do sprawdzania, co tak naprawdę mają za uszami, więc momentami psychologia przestępców bywała zaskakująca.
    Rozejrzał się za lornetką, ruszając wolnym krokiem wzdłuż zbocza i omiatając wzrokiem trawę. Kiedy usłyszał, że Love ją znalazła, odwrócił się w jej stronę. W teorii wymiana samego elementu optycznego była możliwa, ale najwięcej zależało chyba od tego, czy uszkodzeniu uległa soczewka, czy również jej mocowanie i wewnętrzny układ optyczny. Jeśli oberwała cała konstrukcja, to naprawa mogła okazać się po prostu nieopłacalna, chyba że lornetka miała dla niej jakąś wartość sentymentalną, którą ciężko było przeliczyć na pieniądze. Wtedy koszty mogło nie mieć zbyt dużego znaczenia.
    Skoro Love była gotowa, ruszył pierwszy w stronę zbocza, po czym złapał linę obiema rękami i zaczął wspinać się w górę, ostrożnie stawiając stopy na wystających korzeniach i kamiennych nierównościach. Nie mógł polegać wyłącznie na zabezpieczeniu, dlatego przed każdym kolejnym ruchem upewniał się, że ma stabilne oparcie, a wolną ręką szukał dodatkowego punktu podparcia. Miał jednak tę przewagę, że wcześniej schodził tędy na dół i zdążył zorientować się, które fragmenty zbocza zapewniają pewniejszy chwyt, a których lepiej unikać, więc poszło mu całkiem sprawnie. Kiedy w końcu stanął na górze, wyprostował się i otrzepał dłonie, po czym poklepał Kodę po boku, nagradzając go za to, że cierpliwie czekał na niego przy drzewie. Zaraz potem przeniósł spojrzenie na Love, która właśnie zaczynała wspinaczkę. Z nogą usztywnioną szyną miała nieco utrudnione zadanie, ale mimo to radziła sobie zaskakująco dobrze. Brant obserwował jej poczynania w gotowości, żeby w razie potrzeby ruszyć jej na pomoc, ale ta przydała się dopiero pod koniec, gdy przy szczycie wyciągnął do niej rękę, chwycił pewnie za przedramię i wciągnął na trawę.
    — Przyznaję, spodziewałem się więcej narzekania — powiedział z uśmiechem i podszedł zaraz do drzewa, które dzielnie trzymało ich ciężar, gdy się wspinali. Odwiązał linę i zwinął sprawnie w kłębek, a potem schował w do przegródki w swoim plecaku. Spojrzał w niebo, gdy poczuł pierwsze krople deszczu. — Czas nam ucieka — zauważył. — Zejdziemy trochę w dół szlaku. Widziałem tam całkiem sensowne miejsce do rozstawienia się z namiotami i przeczekania burzy — oznajmił, zarzucając plecak na ramię. Gwizdnął do Kody, na co ten ruszył przodem, a on w ślad za nim. — Zakładam, że masz namiot? — Zerknął na jej plecak. — Gdy dojdziemy, oszacujemy czy będzie czas na to żeby rozstawiać dwa oddzielne, czy słuszniej i szybciej będzie rozstawić jeden wspólny — zapowiedział, przenosząc spojrzenie na Love. Jeśli mimo wszystko wolała rozstawiać swój, niezależnie od tego, czy zdąży przed burzą, czy nie, to on jej oczywiście nie zabroni, ale sam zamierzał skupić się przede wszystkim na własnym schronieniu. Akurat on nie miał żadnych oporów przeczekać z nią burzy w jednej małej przestrzeni, w pakiecie z psem, ale każdy dba o swój komfort po swojemu.

    Brant Dawson

    OdpowiedzUsuń
  21. Powoli, z wyraźnym namysłem pokiwała głową, kiedy nieznajoma jej dziewczyna mówiła o rozumieniu niedbałości. Skrzyżowała też ręce pod biustem i oparła ciężar ciała na lewej nodze, prawą trochę wysuwając do przodu. Słuchała, jednocześnie nie odrywając wzroku od rysunku, któremu razem się przyglądały i popatrzyła na brunetkę dopiero, kiedy ta skończyła mówić.
    — Fascynujące jest też to, że jesteśmy w tym doskonale subiektywni — zauważyła z lekkim, nienachalnym uśmiechem, wyrażającym zadowolenie, jakie odczuwała w związku z prowadzoną rozmową. — Zarówno w tworzeniu, jak i odbieraniu tego, co ktoś stworzył — uściśliła, ponieważ dla niej właśnie na tym polegała szeroko rozumiana sztuka. Oczywiście twórcy mogli opowiadać o tym, co kierowało nimi podczas tworzenia danego dzieła i jaki był ich zamysł, odbiorcy natomiast mogli dzielić się swoimi odczuciami, niemniej pozostawało w tym niesamowicie dużo dowolności. Sama Maxine lubiła niedopowiedzenia, czy to pozostające w zdjęciach lub rysunkach, czy chociażby w filmach. Nie lubiła być tym widzem, który miał wszystko podane na tacy i pewnych rzeczy lubiła domyślać się sama, nawet jeśli jej rozumowanie miało pozostawać błędne. W końcu także w ten sposób człowiek się rozwijał, prawda?
    — Też rysujesz? — podchwyciła poniewczasie, na wzmiankę o tym, że dziewczyna miała zupełnie inną kreskę od Troya. Łatwo było wywnioskować to po jej wypowiedzi, zresztą, nie minęło wiele czasu, kiedy nieznajoma sama przyznała się do tego, że rysowała. Kiedy zaś wypłynęło to, że odniosła w tym obszarze niemały sukces, najpierw brwi Riley powędrowały ku górze w wyrazie uznania, a potem jej piegowatą buzię rozjaśnił szeroki, ciepły uśmiech.
    — W takim razie gratuluję. Myślę, że od albumów i podręczników jest już niedaleka droga do galerii sztuki. — Mrugnęła do niej porozumiewawczo, po czym uścisnęła pewnie wyciągniętą ku niej dłoń. — Maxine Riley — przedstawiła się.
    W momencie, w którym puszczała dłoń Love, w polu widzenia mignęła jej sylwetka Troya. Max była zdania, że na takich wydarzeniach jak to, niezbędna była umiejętność przebywania w co najmniej dwóch miejscach na raz i choć żaden człowiek jej nie posiadł, Troy musiał być bardzo blisko.
    Wykorzystując okazję, machnęła na krewnego ręką. Ten, dostrzegłszy nagły ruch, przystanął, a spostrzegłszy, kto tym razem próbuje zwrócić jego uwagę, zdecydowanym krokiem podszedł do Maxine i Love.
    — Tak myślałem, że w tej części będzie kręcić się mniej osób — zauważył, jednak z uśmiechem, zupełnie nie będąc zrażonym swoją obserwacją. Popatrzył najpierw na Maxine, później na Love. — Jak się wam podoba?
    — Bardzo nam się podoba, prawda, Love? — rzuciła swobodnie, z uśmiechem zerkając na swoją nową koleżankę. — Tak się składa, że Love też rysuje — sprzedała ją bez zająknięcia, nawet pomimo tego, że poznały się dosłownie przed pięcioma minutami. — Rzekomo nawet podobną tematykę — kontynuowała. — Pewnie to ona cię tu przyciągnęła, prawda? W każdym razie, poznaj Troya. To on jest autorem całego tego zamieszania — przedstawiła ich sobie, czyniąc to z pełną premedytacją, choć przecież nie miała w tym żadnego interesu. Uznała po prostu, że ta dwójka bez wątpienia będzie miała o czym ze sobą rozmawiać. I nie pomyliła się. Troy, po całym tym wstępie wygłoszonym przez Maxine, wyraźnie się rozpromienił.
    — Naprawdę? I ja niczego nie słyszałem o żadnej Love? Niemożliwe! — Troy z entuzjazmem zwrócił się ku brunetce, patrząc na nią w sposób, który wyraźnie sugerował, że liczy na więcej informacji. Max zaśmiała się przez to cicho, ale jednocześnie uważniej popatrzyła na dziewczynę. Miała nadzieję, że ta sytuacja, w którą ją wpędziła, nie będzie dla niej zbyt kłopotliwa. W razie czego, gotowa była interweniować.

    MAXINE RILEY

    OdpowiedzUsuń
  22. [Hej, dobry wieczór,
    Serdecznie dziękuję za powitanie Iskandera. Cóż, gdybyś zapytała o to jego samego, zapewne wzruszyłby po prostu ramionami, może wypalił papierosa (rzadko, ale czasem się zdarza) i stwierdził, że tak czasami bywa. Przy okazji dorzuciłby też najprawdopodobniej, że ma nadzieję, iż Allach przebaczy jego rodzicom tę nietolerancję.
    PS. Chęci na wspólny wątek są. Z pomysłami nieco gorzej, bo po głowie chodzą mi póki co dopiero zalążki, ale może uda nam się coś z tego stworzyć na mailu. Już go podsyłam.]

    OdpowiedzUsuń