And I still want to believe
anything can happen in this world,
for an ordinary girl
Dorastała w domu, w którym wszystko miało swój porządek, a od najmłodszych lat uczono ją, że każdy powinien znać swoje miejsce i wiedzieć, czego się od niego oczekuje. Niedziela była więc od kościoła, rodzina od wspólnych obiadów, a przyszłość należało zaplanować sobie jeszcze przed skończeniem szkoły. Jej ojciec był szanowanym pastorem lokalnego kościoła, a matka prowadziła dom i angażowała się w życie parafii, dlatego w ich świecie istniało sporo rzeczy, których się nie robiło, a jeszcze więcej takich, o których nie warto było nawet dyskutować. Nie można powiedzieć, że dzieciństwo miała złe, ale było ono pełne zasad i oczekiwań, a także przekonania, że bezpieczeństwo jest ważniejsze od marzeń. Od zawsze miała jednak jedną cechę, która niezbyt pasowała do rodzinnego świata – potrzebowała wiedzieć dlaczego. Dlaczego wujek ciągle narzekał, że firma przynosiła straty, skoro miał klientów? Dlaczego sklepik należący do znajomej rodziny musiał zostać zamknięty? Dlaczego niektóre przedsiębiorstwa potrafiły przetrwać lata, podczas gdy inne bankrutowały po kilku miesiącach? Liczby szybko przyciągnęły jej uwagę, bo można było interesować się nimi bez pytania rodziców o pozwolenie, czego nie dało się powiedzieć o ludziach. Tych należało poznawać ostrożnie i to wyłącznie w granicach wyznaczonych przez rodzinę. W szkole była tą osobą, która potrafiła godzinami siedzieć nad arkuszem kalkulacyjnym, ale dopiero studiując rachunkowość i finanse, odkryła, że księgowość wcale nie musi oznaczać nudnego przepisywania cyfr. Uczyła się pilnie i bez większych problemów, bo ambicji nigdy jej nie brakowało, a nauczyciele zawsze mogli na nią liczyć. Na pierwszy rzut oka była więc dokładnie taką córką, jakiej można było po niej oczekiwać – spokojną, dobrze wychowaną i znającą swoje miejsce. Tyle tylko, że nigdy nie była tak posłuszna, jak chcieliby tego jej rodzice.
Decyzja o wyjeździe do Nowego Jorku nie była długo planowaną rodzinną rewolucją. Pewnego dnia po prostu uznała, że jeśli zostanie, za dziesięć lat nadal będzie siedzieć przy tym samym stole i słuchać tych samych historii, a potem zastanawiać się, jak wyglądałoby jej życie, gdyby kiedyś odważyła się spróbować. Spakowała kilka walizek, powiedziała rodzinie, że dostała pracę, i pojechała, choć w rzeczywistości nie miała ani pracy, ani konkretnego planu, a na Nowy Jork nie była przygotowana nawet trochę. Miała za to odwagę, której chyba sama po sobie się nie spodziewała, trochę oszczędności i głowę pełną planów, które do tej pory odkładała na kiedyś. Nie wiedziała jeszcze, gdzie będzie pracować, jak długo wystarczy jej pieniędzy ani czy w ogóle sobie poradzi. Wiedziała tylko, że jeśli kiedyś ma żałować, wolałaby żałować tego, że spróbowała, niż tego, że nigdy nie spróbowała. Do Nowego Jorku nie przyjechała więc po gotowe życie, ale po szansę, żeby zbudować je na własnych zasadach, na które w rodzinnym domu nigdy nie było miejsca.
Decyzja o wyjeździe do Nowego Jorku nie była długo planowaną rodzinną rewolucją. Pewnego dnia po prostu uznała, że jeśli zostanie, za dziesięć lat nadal będzie siedzieć przy tym samym stole i słuchać tych samych historii, a potem zastanawiać się, jak wyglądałoby jej życie, gdyby kiedyś odważyła się spróbować. Spakowała kilka walizek, powiedziała rodzinie, że dostała pracę, i pojechała, choć w rzeczywistości nie miała ani pracy, ani konkretnego planu, a na Nowy Jork nie była przygotowana nawet trochę. Miała za to odwagę, której chyba sama po sobie się nie spodziewała, trochę oszczędności i głowę pełną planów, które do tej pory odkładała na kiedyś. Nie wiedziała jeszcze, gdzie będzie pracować, jak długo wystarczy jej pieniędzy ani czy w ogóle sobie poradzi. Wiedziała tylko, że jeśli kiedyś ma żałować, wolałaby żałować tego, że spróbowała, niż tego, że nigdy nie spróbowała. Do Nowego Jorku nie przyjechała więc po gotowe życie, ale po szansę, żeby zbudować je na własnych zasadach, na które w rodzinnym domu nigdy nie było miejsca.
GINA ROBERTS
Genevieve Roberts — 28 lat temu w Mystic, Connecticut — absolwentka rachunkowości UConn poszukująca pracy — przez cztery lata pracowała jako analityczka finansowa, pomagając firmom zwiększać zyski — aktualnie łapie się dorywczych zajęć — wynajmuje poddasze townhouseu od starszej wdowy, płacąc niewielki czynsz i odwdzięczając się pomocą przy domu — uwielbia ogrodnictwo i fotografię uliczną, więc po godzinach pielęgnuje mały ogród albo z aparatem przewieszonym przez ramię odkrywa zakamarki Nowego Jorku — kolekcjonuje stare aparaty fotograficzne i marzy o wystawie własnych prac — odkryła w sobie słabość do kawiarni, chopped cheese i małych, zapomnianych miejsc
cześć i czołem! Gina to małomiesteczkowa dziewczyna, która zechciała popróbować wielkiego świata, dlatego piszemy się na wszystko. Nie pogardzimy żadną ofertą pracy, niekoniecznie nawet legalną. Na wizerunku jest Lisa-Marielle Tjeng, a w karcie i w tytule słowa z piosenki Ordinary Girl. Zapraszamy! save1your1tears@gmail.com
[Ależ ona jest urocza! Słodziak - to pierwsze słowo, które przyszło mi na myśl podczas sprawdzania karty. ♥
OdpowiedzUsuńW dodatku budzi przyjemne skojarzenia z moją jedną postacią, która też przyjechała do Nowego Jorku z małego miasteczka. Uwielbiam takie kreacje!
Mam nadzieję, że Gina odnajdzie w Nowym Jorku swoje miejsce. Bawcie się u nas dobrze, zostańcie jak najdłużej! ♥]
Andrea Wilson, Debbie Grayson & Evan Roth
Od zdjęcia bije słodkość maksymalna! ^^ Chcesz mi powiedzieć, że w domu Giny nie było szans na ominięcie niedzieli w kościele i bycie na obiedzie gdzieś poza domem rodzinnym? Lipne podejście, bo Bóg jest wszędzie, a często obcy ludzie są zdolni do tego, żeby stworzyć nam namiastkę rodziny! Niech dalej zadaje często pytanie rozpoczynające się od słowa dlaczego, a z kolei liczby oby były cały czas dla niej jak najbardziej zrozumiałe. Może i Gina nie była gotowa na Nowy Jork, ale za to jestem przekonana, że NYC było gotowe na jej przybycie ^^
OdpowiedzUsuńSukcesów na blogu ;D]
Jonatan Barlett
[Pomyślałam sobie, że kujonki są naprawdę seksi, a Gina jest dodatkowo śliczna i taka autentyczna, że ciężko przejść obok niej obojętnie :D Rzucić wszystko i ruszyć w nieznane, to jest duże wyzwanie, więc można mówić śmiało, że Gina była odważna z tą decyzją. Tym bardziej, że jak zakładam, ona raczej nie miała wsparcia w rodzinie. Ale skoro tak ogarnia finanse i tabeleczki, może faktycznie warto poratować dziewczynę jakąś fuchą, hm... Zapraszam w swoje progi, na pewno coś wymyślimy! Tymczasem życzę Ci dużo dobrej zabawy na blogu <3]
OdpowiedzUsuńTanner Morgan
& Gert Brenann
[Witamy na pokładzie! Miło znaleźć w sobie odwagę, już w ogóle jak się człowiek jej nie spodziewa - cieszę się, że Gina zaskoczyła więc samą siebie i pojawiła się w Nowym Jorku. Wydaje się bardzo przyjazna i nie można jej odmówić uroku. A skoro w ogóle w tytule jest Hannah Montana to musisz wiedzieć, że Seth właśnie został właścicielem owiec i wszystkie owce są właśnie w temacie, ba, dwie to faktycznie Hannah i Montana. Ale jest też Dolly. I Ray. I Cyrus.
OdpowiedzUsuńW każdym razie, już tak poza owcami, w razie chęci zapraszamy do siebie!]
Seth Weston
[Dlaczego ta karta ma 525 słów, nie licząc tytułu, cytatu i odautorskiego dopisku? Dlaczego cztery lata doświadczenia? Dlaczego daje nam to średnio 131 wyrazów karty na każdy rok pracy w finansach? Dlaczego, dlaczego, dlaczego?
OdpowiedzUsuńDalej nie umiem, chociaż nie chodzi o zadawanie pytań - to akurat bez problemu - tylko te cyferki; ja to jednak człowiek alfabetu, więc jeśli jest chęć na wspólne pisanie liter, to zapraszam. Gina, jak już się wypowiedziały poprzedniczki, przeurocza jest! Hej, dzień dobry.
(Te owce to też Lena btw., do tego jedna koza).]
Leif & Len
[Hej! Witamy Cię cieplutko z Twoją panienką i życzymy szczęścia oraz sukcesów w NYC!
OdpowiedzUsuńGdyby Gina potrzebowała pomocnej sąsiadki, chętnie się podkładamy, bo niestety nie wiem jak inaczej dałoby się te dwie panie połączyć, zwłaszcza że wiele je dzieli.
Owocnych i fajnych wątków życzymy! :)]
Mathilde Stevenson
[ Zgodzę się z przedmówczyniami - Gina jest naprawdę urocza! I wow, posiada umiejętność tak odległą dla mnie, czyli obliczenia xD Zazdroszczę jej! I super, że znalazła w sobie tą odwagę na tak ogromny krok jak wyprowadzka do nowego miejsca! Oby Nowy Jork okazał się dla niej łaskawy!
OdpowiedzUsuńBędziemy trzymać za was kciuki! Dużo ciekawych wątków, czasu na pisanie i weny! A w razie chęci zapraszam do siebie. Myślę, że z Nathanielem udałoby nam się coś fajnego wymyślić ;) ]
Nathaniel Park & Caleb Williams
[ KSIĘGOWA POSZUKIWANA, PROSIMY O ZAAPLIKOWANIE. POWAŻNA I ODPOWIEDZIALNA FIRMA SZUKA KSIĘGOWEJ, TO NIE SCAM xD ]
OdpowiedzUsuńPawełek Wysocki
[ Aktualny ich pomysł to kalendarz erotyczny z Pawłem w roli głównej, więc myślę, że wręcz będą w niebo wzięci :) idę na @ ]
OdpowiedzUsuńPawełek
[Odezwałam się na emaila!]
OdpowiedzUsuńSeth Weston
[ Tulasy chętnie przyjmiemy! Nate to optymista, mimo wszystko, więc nadal wierzy, że kiedyś się z tymi swoimi rodzicami dogada. Pewnie, możemy zacząć w taki sposób i zobaczyć gdzie nas to zaprowadzi. Nathaniel często swoje nocne wędrówki odbywa z psiakiem swoich, więc go też chętnie dorzucimy do wątku! Chciałabyś jeszcze coś ustalić czy zaczynamy? ]
OdpowiedzUsuńNathaniel
[Podpisuję się pod moimi poprzednikami, jest zdecydowanie urocza, a kartę czytało się z ogromną lekkością. Dobrze, że postawiła na Nowy Jork, będzie z pewnością mogła się tutaj rozwijać, a przy okazji nie zabraknie też ciekawych miejsc, ludzi, zjawisk itp. do fotografowania. Zostaje trzymać kciuki, aby udało się znaleźć jej fajną, wymarzoną pracę. Bawcie się dobrze, a w razie chęci zapraszam do siebie ❤️]
OdpowiedzUsuńTheodore Lannister
Uwielbiał chodzić wieczorami po Nowym Jorku i odkrywać go właśnie w ten sposób. Mieszkał tutaj już tyle lat, a jednak miasto nadal potrafiło go czymś zaskoczyć. Nowe miejsce, nieznana wcześniej kawiarnia, niewielka i urocza uliczka, której wcześniej jakoś nie zauważył. Nowy Jork był ogromny i chyba właśnie to najbardziej mu się w nim podobało, nigdy nie miał poczucia, że zna go już w całości.
OdpowiedzUsuńBaram dzielnie mu w tym towarzyszył, z wyraźnym zainteresowaniem poznając nowe tereny. Nowe parki, zapachy, mijane psy i wszystkie te drobne rzeczy, które dla człowieka mogły nie mieć większego znaczenia, dla niego stanowiły prawdziwą atrakcję. Czasami robili naprawdę długie trasy, a Nathaniel pozwalał sobie na zwyczajne zagubienie się w tej miejskiej dżungli. Bez konkretnego celu, bez pośpiechu. Po prostu szedł przed siebie i sprawdzał, dokąd zaprowadzi ich kolejna ulica.
Zawsze miał przy sobie telefon, więc nie musiał również przejmować się tym, jak wróci do domu, gdyby przesadził z długością spaceru. Nie był typem osoby, która z chęcią trwoniła pieniądze na lewo i prawo, ale sama świadomość, że w każdej chwili mógł złapać taksówkę, dawała mu pewnego rodzaju komfort. Mógł zwyczajnie zatrzymać samochód, podać kierowcy adres i wrócić do mieszkania, bez konieczności zastanawiania się nad tym, ile będzie kosztowała taka przyjemność.
Wieczory zaczynały robić się już chłodniejsze, toteż koszulkę z krótkim rękawem zamienił na cieplejszą bluzę z kapturem. Nie przeszkadzało mu to jednak w dalszym spacerowaniu. Wręcz przeciwnie. Rozkoszował się widokiem miasta skąpanego w ciepłym świetle latarni i budynków, które powoli rozświetlały się wraz z zapadającym zmrokiem.
Lubił ten klimat. Ten krótki etap przejściowy między gorącym latem a mglistą, chłodniejszą jesienią miał w sobie coś przyjemnego. Powietrze nie było jeszcze naprawdę zimne, ale czuć było nadchodzącą zmianę. Miasto również wydawało się wtedy nieco inne.
Kiedy zaczepiła go pewna młoda kobieta, Nathaniel przystanął i posłał jej delikatny uśmiech. Od razu nakazał Baramowi usiąść obok siebie. Wiedział, że niektórzy ludzie bali się większych ras, a doberman zdecydowanie się do nich zaliczał. Choć jego towarzysz, głównie przez te charakterystycznie oklapnięte uszy, wyglądał zdecydowanie przyjaźniej, niż mógłby sugerować jego rozmiar.
— Metro? — mruknął, zbierając przez chwilę myśli. — Powinno być kawałek stąd, ale to w drugą stronę — stwierdził, zerkając na mapę w telefonie.
Mimo że teoretycznie była to okolica, do której dość często zaglądał, nie był stuprocentowym nowojorczykiem pod kątem korzystania ze środków transportu. Rzadko zdarzało mu się korzystać z metra. Zdecydowanie częściej wybierał samochód albo po prostu szedł pieszo, jeśli miał wystarczająco dużo czasu. Nie chciał jednak zostawić jej samej z problemem.
— Mogę ci pomóc — zaproponował z delikatnym uśmiechem, a Baram zamerdał ogonkiem. — I tak idę w tamtym kierunku — dodał, chcąc od razu zaznaczyć, że nie robi tego z poczucia obowiązku.
Zdawał sobie sprawę, że nocny spacer z obcym mężczyzną mógł nie być dla niej szczególnie komfortowy. Dlatego też nie chciał wywierać żadnej presji. Jeśli zdecyduje się skorzystać z jego pomocy, po prostu ją odprowadzi.
— Nathaniel — przedstawił się, głaszcząc psa po pysku. — A to Baram. Jest przyjazny. Pies delikatnie uniósł swój tyłek, nieco przebierając łapkami, jakby był już w pełnej gotowości, by po otrzymaniu pozwolenia móc przywitać się z nową osobą. Nathaniel zerknął na niego z rozbawieniem, doskonale znając ten charakterystyczny entuzjazm.
— I jak ci się miasto podoba? — zagadnął po chwili. — Z czasem powinno wydać się mniej skomplikowane. — Uśmiechnął się szerzej. — Choć... ja też nadal się gubię — dodał, śmiejąc się cicho.
Nathaniel
— Dobra, panowie. Słuchać mnie przez dwie minuty i ani jednego durnego komentarza.
OdpowiedzUsuńPaweł powiedział to tonem, który wskazywał, że bardzo chciał wierzyć, że wciąż posiada jakikolwiek autorytet. Stał pośrodku niewielkiego biura PW Constructions z kubkiem kawy w jednej ręce i telefonem w drugiej, omiatając wzrokiem zgromadzoną przed nim ekipę. Marek siedział na rogu biurka i jadł coś zawiniętego w folię aluminiową, mimo że było dopiero chwilę po ósmej. Jarek opierał się o framugę drzwi z miną, jakby był niewinnie oskarżony o przestępstwo, którego jeszcze nawet nie zdążył popełnić. Samir przeglądał telefon, a Luis z Diego prowadzili przyciszoną dyskusję po hiszpańsku, która ucichła dokładnie w momencie, kiedy Paweł na nich spojrzał. Pozostała czwórka pracowników przynajmniej sprawiała wrażenie, że słucha.
— Za godzinę przychodzi dziewczyna na rozmowę o pracę…
— Ładna? — Marek uniósł głowę zaciekawiony, na chwilę zapominając o istnieniu aluminiowego zawiniątka w jego dziobie. Paweł zacisnął powieki wzdychając. — No co? Pytam organizacyjnie.
— A jakie znaczenie dla organizacji pracy ma to, czy jest ładna?
— Morale. — Marek zastanowił się przez moment.
Luis parsknął śmiechem, a Paweł wskazał na niego palcem.
— Ty też się nie śmiej. Dotyczy wszystkich.
— Ale co mamy zrobić? — odezwał się Diego. — Normalnie pracować?
— To byłby piękny początek.
Jarek odsunął się od framugi.
— A na jakie stanowisko?
— Księgowa.
Zapadła cisza, tym razem prawdziwa. Samir powoli opuścił telefon zaciekawiony.
— Dorotka umarła?
— Nie.
— Szkoda.
— Samir!
— No co?
Paweł przesunął językiem po wewnętrznej stronie policzka. Dorotka nie umarła. Dorotka miała się wręcz bardzo dobrze. Szczególnie sądząc po jej nowych stawkach. Przez ostatnie kilka miesięcy Paweł coraz częściej miał wrażenie, że nie prowadzi firmy budowlanej, tylko sponsoruje rozwój osobisty swojej księgowej. Każda faktura kosztowała więcej, każde pytanie kosztowało więcej. Telefon po siedemnastej prawdopodobnie również kosztował więcej, choć jeszcze nie odważył się sprawdzić nowego cennika. Kiedy dostał ostatnie rozliczenie, przez dobre pięć minut siedział przy biurku, patrząc na kwotę, a potem wpisał w Google: how hard is accounting really. Tak właśnie zaczęła się rekrutacja na nowe stanowisko w jego firmie.
— Dorotka uznała, że jest Goldman Sachs księgowości — wyjaśnił. — A ja uznałem, że wolę zatrudnić człowieka na miejscu, zanim będę musiał sprzedać nerkę, żeby zapłacić za wysłanie jej maila. — chłopaki zaczęli się głośno zastanawia czy można sprzeda nerkę legalnie, Samir oskarżył Jarka o rasizm, Luis poparł Jarka, Diego Samira. A Paweł uderzył dłonią o blat, tak że kilka par oczu ponownie skierowało się w jego stronę. — Chodzi mi tylko o jedno. Gina Roberts przychodzi tutaj na rozmowę i z CV wygląda na zdecydowanie bardziej kompetentną od wszystkich znajdujących się aktualnie w tym pomieszczeniu…
Usuń— Łącznie z tobą? — zapytał Marek.
Paweł spojrzał na niego.
— Szczególnie z tobą. Więc kiedy przyjdzie, macie się zachowywać jak normalni ludzie. — Jarek zmarszczył brwi. — Nie przeklinać, chociaż przez godzinę, nie opowiadać historii z roboty. ŻADNYCH, Diego, ŻADNYCH. — Luis skrzywił się, Diego odchrząknął, próbując ukryć śmiech. — Nie wolno jej też mówić, że Marek raz podpisał fakturę flamastrem permanentnym na monitorze — kontynuował Paweł.
— To był ekran dotykowy.
— Nie był.
— I żadnych tekstów o tym, że szukamy księgowej, bo urząd skarbowy już nas namierzył. — Samir spojrzał na niego z niewinną miną. — I najważniejsze. — Paweł rozejrzał się po całej ekipie. — Nie straszcie jej.
— My?
— Tak. Wy.
Paweł wypuścił powietrze nosem i zerknął na zegarek. Do rozmowy zostało pięćdziesiąt sześć minut. Musiał jeszcze uprzątnąć biurko, znaleźć gdzieś umowę, którą wydrukował poprzedniego wieczoru i upewnić się, że z małej lodówki w kuchni nikt nie wyjął sześciopaku piwa zostawionego tam po piątkowej robocie.
Ekipa zaczęła się rozchodzić, wciąż komentując coś między sobą, kiedy Marek zatrzymał się jeszcze przy drzwiach. Paweł kulturalnie pokazał mu międzynarodowy znak pokoju i ten wyszedł za kolegami kręcąc głową.
— Idioci — mruknął Paweł pod nosem, pokręcił głową, ale kącik ust i tak drgnął mu lekko do góry.
Potem spojrzał na swoje biuro. Stos faktur leżących na biurku, kubek po kawie i tablicę, na której Marek nabazgrolił kilka zdań na temat wczorajszej budowy. Gina na pewno nie znała polskiego, ale najlepiej będzie jeżeli zmaże te słowa.
Dokładnie w tym momencie zza ściany dobiegł huk, po którym ktoś krzyknął:
— WSZYSTKO JEST POD KONTROLĄ!
Chwilę później przez drzwi wejściowe do ich BIURA, weszła młoda kobieta i Paweł od razu zaczął się modlić żeby zza rogu nie wyłonił się żaden z chłopaków. Tak, była ładna, a nawet bardziej niż ładna. Ale dla Pawła liczyło się czy była kompetentna jak Dorota. Bo jak była bardziej to cennik też może by BARDZIEJ. Przez sekundę patrzył na nią trochę dłużej, chyba w całym swoim genialnym planie przygotowania firmy na przyjście kandydatki nie przewidział jednego dość istotnego szczegółu: że kandydatka faktycznie przyjdzie. I że będzie stała teraz dwa metry od niego, z lekkim uśmiechem na ustach, jakby jeszcze nie zdążyła pożałować swojej decyzji.
Usuń— Tak. Tak, dobrze — odpowiedział w końcu, odkładając telefon na biurko. — PW Constructions. Czyli… niestety trafiła pani idealnie. — Pierwsze zdanie i już zabrzmiał, jakby próbował ją ostrzec. — To znaczy dobrze — poprawił się. — Dobrze pani trafiła. Nie niestety.
Z korytarza dobiegło ciche parsknięcie, Paweł nawet nie musiał się odwracać, żeby wiedzieć kto czai się w ich pobliżu.
— Marek, przysięgam na Boga.
Zapadła cisza, gdy ponownie spojrzał na Ginę, przez moment miał wrażenie, że w jej oczach pojawiło się rozbawienie, a to akurat trochę go uspokoiło.
— Paweł Wysocki. Właściciel. — Wyciągnął rękę w jej stronę. Dodał to ostatnie odruchowo, bo jej wcześniejsze spojrzenie zdążył już zinterpretować: nie był pewien, za kogo go wzięła, ale z całą pewnością nie za człowieka, który miał za chwilę przeprowadzać z nią rozmowę kwalifikacyjną. — I nie, nie jestem sekretarką — dodał. Sekundę później uznał, że może jednak nie powinien był tego mówić. — Chociaż patrząc na strukturę tej firmy, czasami wykonuję też obowiązki sekretarki. I HR-u. I działu zakupów. Ostatnio nawet informatyka, ale skończyło się restartem routera, więc nie wiem, czy to się liczy. — Wskazał jej krzesło stojące przed biurkiem. — Zapraszam. Proszę usiąść.
Sam usiadł po drugiej stronie biurka i przesunął w swoją stronę wydrukowane CV. Genevieve Roberts, ukończony UConn. Cztery lata doświadczenia jako analityczka finansowa. Przeglądał to już poprzedniego wieczoru, nawet dwa razy. Za pierwszym razem, żeby sprawdzić kwalifikacje. Za drugim dlatego, że zaczął się zastanawiać, czemu ktoś z takim doświadczeniem aplikował do firmy, której największym osiągnięciem organizacyjnym ostatniego miesiąca było znalezienie człowieka odpowiedzialnego za znikające ładowarki do wkrętarek. Spojrzał na nią znad kartki.
— Gina, tak? — Skoro sama tak powiedziała, nie zamierzał męczyć jej Genevieve przez następne pół godziny. — Możemy sobie darować panią i pana, jeśli nie masz nic przeciwko. Mam trzydzieści pięć lat, nie prowadzę banku i trochę dziwnie się czuję, kiedy ktoś mówi do mnie „panie Wysocki”. Chyba że wolisz formalnie, wtedy potrafię być bardzo poważny. Uprzedzam tylko, że to może wyglądać trochę… inaczej niż standardowa rozmowa. — Oparł przedramiona o blat. — Nie mam działu HR. Nie mam rekrutera. Nie przygotowałem też pytań o to, gdzie widzisz siebie za pięć lat, bo sam nie wiem, gdzie będę za pięć lat. — w Polsce — Ale przeczytałem twoje CV i powiem od razu, żebyśmy nie tracili czasu na korporacyjne gierki: wygląda bardzo dobrze. Właściwie aż za dobrze jak na nas…
W tym samym momencie zza zamkniętych drzwi dobiegł głuchy stuk. Potem drugi, a potem szept:
— Przesuń się, nic nie słyszę.
Paweł zamknął oczy, westchnął, po czym bardzo powoli wstał i otworzył drzwi gwałtownie. Marek i Jarek niemal wpadli do środka. Za nimi stał Samir z kubkiem kawy, najwyraźniej tylko po to, żeby obserwować rozwój sytuacji. Paweł popatrzył na nich bez słowa.
— My tylko… — zaczął Marek.
— Nie.
— Chcieliśmy…
— Nie.
— Pablo…
— Budowa. Teraz. Natychmiast.
Zamknął drzwi ponownie. Tym razem przez kilka sekund trzymał dłoń na klamce, jakby poważnie zastanawiał się czy nie dosuną do drzwi szafy.
— To była część testu. Sprawdzamy odporność na stres. — Kącik jego ust drgnął. — Jak na razie idzie ci bardzo dobrze.
Pawełek
Ależ z niej urocza istota! <3 Przychodzę późno i pozostaje mi się jedynie podpisać pod tym, co padło już w powitaniach, ale pomału budzę się z drzemki. Może uda nam się zmajstrować jakiś fajny wątek? :D
OdpowiedzUsuńMARCUS LOCKHART
[Dzień dobry, cześć i czołem ☺️ Powoli wygrzebuję się z odpisowych zaległości, więc postanowiłam wygrzebać się także z zaległości w powitaniach.
OdpowiedzUsuńFajna ta Gina! Podoba mi się, że zdecydowała się wziąć sprawy w swoje ręce i po prostu spróbować. Czytając o takich postaciach, zawsze zastanawiam się, czy ja miałabym na coś podobnego odwagę, gdybym czuła, że w tym życiu, które mam na co dzień, jest mi niewygodnie i martwię się, że mogłoby mi jej zabraknąć. Dlatego tym bardziej brawa dla Giny ☺️
Mam nadzieję, że dziewczyna na tyle zadomowi nam się w Nowym Jorku, że zostanie w nim na długo, Tobie natomiast życzę udanej zabawy z wątkami, które nie dają spać po nocach 🧡]
MAXINE RILEY & IAN HUNT