19 marca 2017

[KP] Can you carry it with no regrets...


christine reyes
4 lipca 1991 / córka neurochirurga / idealistka / gorzkie rozczarowanie  

Wyznacza granice i zbyt często je przekracza. Nieznośnie szczera, nigdy dwulicowa. Zostawia ślady czerwonej szminki na kołnierzykach męskich koszul, kreując wizerunek niepokornej ekscentryczki. Nie potrafi przyznać się do błędu, o ile w ogóle jakiś popełni. Kiedyś żyła nadzieją i sentymentalnymi nawykami, teraz drażni ją ludzka ustępliwość i przewidywalność. Podkrążone oczy po nieprzespanej nocy i staż w redakcji New York Timesa, kiedy jedyne, czego chce, to zatracenie się w sennych marzeniach, upragnionych chwilach i oderwanie się od męczącej rzeczywistości. Mdleje na widok krwi i często wpada w nieodpowiednie towarzystwo, by później pozwolić słonym łzom na zdobienie jej policzków, wpatrując się w rozgwieżdżone niebo, starając się po cichu zwalczyć wszystkie swoje słabości. Co ty właściwie wyprawiasz? Reyes, może z tobą naprawdę jest coś nie tak?
p o w i ą z a n i a  w i ę c e j 

→ odautorsko

10 komentarzy:

  1. [Kogóż to moje piękne oczęta widzą. Pani detektyw! ♥ Już miałam zabierać się za odpisywanie, ale po prostu musiałam pojawić się najpierw u Ciebie. Cześć!
    Christine absolutnie mnie oczarowała i porwała moje serducho. A niech tam, wcale nie musi go oddawać. Babeczka z pazurem, ale czasami tym pazurem zmęczona. Czyli to, co daje chyba najwięcej możliwości do rozwoju postaci. I to, co zawsze mnie intryguje.
    Życzę Ci samych wspaniałości w wątkach i wielu niezapomnianych historii. Chodź, zrobimy jakiś dramat i fajerwerki!]

    Gerald

    OdpowiedzUsuń
  2. [I ja dziękuję za miłe słowo, bo gorszego pożeracza czasu niż Gerald to chyba świat nie widział. Przynajmniej było warto c:
    Hym hym... Myślę, że możemy od tego zacząć i nawet świta mi w głowie pewien pomysł na to, co mogło dziać się później. Bo na przykład któryś z redakcyjnych kolegów Christie nie był zadowolony faktem, że to ona zamiast niego zajmuje się tematem lekarzy i z zawiści narobił bałaganu w jej notatkach. Takiego bałaganu, który zmieniał kompletnie sens wielu wypowiedzi i wina za te kontrowersje, o których wspomniałaś, spadła na niewłaściwego człowieka. Gerald pomoże jej w naprostowaniu sprawy. A potem zrobią pidżama party i będą planować zemstę na koledze - redaktorku. Jeśli oczywiście nie będą skakać sobie do gardeł, bo tego czy się polubią, na razie nie przewidzimy. Co o tym myślisz? c:]

    Gerald

    OdpowiedzUsuń
  3. [Cześć! Ja od razu przejdę do konkretów :D William ma do zaoferowania tej uroczej blondyneczce, miłość bez wzajemności lub po prostu ramię do wypłakania się i zrozumienie :D Baw się z nami dobrze! Życzę wielu ciekawych wątków oraz weny! :)]

    William/Felicity/Andrew

    OdpowiedzUsuń
  4. [Z chęcią pogłaszcze ją po główce, podzieli się kocem, wesprze, ale i też porządnie opieprzy, gdy będzie trzeba! :D]

    Will

    OdpowiedzUsuń
  5. (Przybijam piątkę - widok krwi podobnie na mnie wpływa. Oczywiście w większych ilościach niż palec zacięty papierem. Przyszłam się przywitać i pochwalić za wizerunek, tymczasowo nie ogarniam wątków, które już tutaj mam, ale jak tylko je uporządkuje to z chęcią zaproszę do siebie, bo aż szkoda taka postać zostawić. :)
    Baw się dobrze i długiego pobytu życzę!;) )

    Carmen & Tyler

    OdpowiedzUsuń
  6. Starsza kobieta z ustami pomalowanymi krwistoczerwoną szminką opuściła jego gabinet wyraźnie niezadowolona. Przychodziła tu każdego ranka i każdego ranka skarżyła się na dolegliwości, których objawów dziwnym trafem nie potrafiła doprecyzować. Ból kolana miewał związek z wieczornym kaszlem, a gwizdanie w prawym uchu zwiastowało niechybnie poważną i niemożliwą do wyleczenia chorobę. Po miesiącu wsłuchiwania się w jej monotownny głos doszedł do wniosku, że jedyną pomocą, jakiej naprawdę potrzebuje, jest pomoc psychiatryczna, a ta nie leżała w zasięgu jego kompetencji. Sumienie nie pozwalało mu jednak potraktować staruszki w taki sposób, bo wydawała się osobą samotną, dla której wizyta u lekarza była jedyną okazją w ciągu dnia do zamienienia z kimkolwiek paru słów. Uprzejmych czy też nie, chodziło o kontakt z drugim człowiekiem, a tego nie potrafił jej odmówić.
    Po jej wyjściu Gerald zamknął ostrożnie swojego laptopa i odsunął go na krawędź biurka, bo tylko tam znajdowała się dla niego odrobina wolnego miejsca. Miejsca niezasłanego stertami dokumentów i liczonymi w dziesiątki długopisów, z których znakomita część już dawno przestała pisać, a reszta przydawała się sporadycznie do sporządzenia krótkiej notatki. Oparł się skrzyżowanymi ramionami pośrodku tego chaosu i na nich ułożył swoją pulsującą bólem głowę. Ludzi, którzy pojawili się dzisiaj u progu tego niewielkiego pokoiku, przestał liczyć w momencie, gdy atmosfera wewnątrz zaczęła przypominać niewielki bar na skraju miasta, do którego zaglądały najgorsze odmęty społeczeństwa. Powietrze przesyciło się zapachem perfum i taniej wody kolońskiej, z którym poradziło sobie dopiero otwarte na oścież okno. Wślizgujące się przez nie podmuchy wiosennego wiatru byłyby wyjątkowo ożywcze gdyby nie fakt, że niewiele już mogło pomóc trupowi. A tak się czuł. Jakby życie uchodziło z niego z każdym opuszczającym to miejsce pacjentem. Kiedyś pijał tam dużo kawy. Jedną filiżankę za drugą, aż pewnego dnia kofeina przestała spełniać swoje zadanie i zamiast go pobudzać, ścinała z nóg jeszcze bardziej. Osiągał ten nieprzyjemny stan, kiedy kołatało się wszystko wewnątrz ciała, natomiast mięśnie i świadomość odmawiały mu posłuszeństwa. Tak jakby wszystko się w nim gotowało i para nie potrafiła znaleźć dla siebie drogi ucieczki. Od tamtej chwili pozwalał sobie na krótkie drzemki, gdy tylko nadarzała się ku temu okazja. Tak jak wtedy, chociaż wrażenie okazało się złudne. Ktoś zapukał do drzwi. Przetarł więc swoją twarz, by nadać jej na powrót nieco bardziej ludzki wygląd i ospale wstał od biurka.
    — Tego jeszcze dzisiaj nie było — stwierdził, gdy przedstawiła mu się nieznajoma kobieta. Była drobnej budowy i charakterystyczne, ostre rysy jej twarzy z pewnością nie pozwalały pomylić jej z nikim innym, jednak jego pamięć zawodziła w tym względzie. Prawdopodobnie widział ją po raz pierwszy w życiu. Pytała, ale nie liczyła się ze słowem sprzeciwu. Spojrzenie jej stalowoniebieskich oczu było nieugięte — Jeśli to nie może zaczekać... Jasne, oczywiście. Tylko o co chodzi?
    Była dziennikarką, a miał wrażenie jakby naszedł go funkcjonariusz policji. Kto wie, może nie było pomiędzy nimi dużej różnicy. Oboje zadawali niewygodne pytania i jeśli otrzymywali odpowiedź niezgodną ze swoimi oczekiwaniami, nadawali jej nieco więcej kolorów. Zakopał swoją niechęć głęboko pod nikłym uśmiechem i przesunął się na bok, by wpuścić kobietę do środka. Dłonią wskazał jej fotel przy swoim biurku.

    Gerald

    OdpowiedzUsuń
  7. Gorący prysznic, był idealnym dopełnieniem, męczącego dnia. Dla Williama, nie istniały wolne weekendy, urlopy na żądanie, czy wszelakiego rodzaju zwolnienia. Stale musiał być pod telefonem, stale musiał sprawdzać skrzynkę z meilami, ciążyła na nim niemała odpowiedzialność, którą wziął na swe barki, będąc zupełnie świadomym tego co go czeka. Nigdy nie narzekał, jednak już od dłuższego czasu, myślał nad urlopem, którzy był potrzebny każdemu. Nikt nie był maszyną, która mogła pracować dzień w dzień. Wszyscy potrzebują kiedyś przerwy, by móc naładować baterię do lepszej pracy. Opuściwszy łazienkę, która swoimi rozmiarami, naprawdę zaskakiwała gości Duńczyka, owinął biały ręcznik, wokół bioder i udał się do garderoby, która dorównywała swoimi rozmiarami do jego sypialni. Postawił na wygodę. Chwycił ulubione, dresowe spodnie wraz z czystą bielizną zaś ręcznik, wrzucił do kosza na brudne ubrania. Miał nadzieję, że nic, ani nikt z szeregów pracy, nie będzie miał czelności przerwać mu tak miłego wieczoru, których było naprawdę niewiele. Odetchnął z ulgą, gdy tylko tanecznym krokiem, w rytm ulubionej muzyki, która wybrzmiewała w jego mieszkaniu, dotarł do lodówki, z której wyjął, dwa idealnie schłodzone piwa. Nie pozwalał sobie na częste picie takich trunków, ani na zbyt niezdrowe jedzenie. Jego codzienny tryb życia, wymagał regularnych, pełnowartościowych posiłków, dlatego też jadał w restauracjach, lub zamawiał u nich jedzenie jadąc do pracy, które spakowane, zabierał ze sobą do kliniki. Jednak teraz, gdy miał naprawdę chwilę wolnego, skusił się na małego browkarka, którego stale zagryzał miseczką pełną bekonowych chipsów, zaś jego wzrok był wlepiony w sporych rozmiarów telewizor, wodząc za spoconymi facetami, którzy ganiali za piłką. Może William nie był fanatykiem piłki nożnej, nie jarał się wszelakimi sportami, to podczas tak wolnych wieczorów, lubił obejrzeć jedną z powtórek. Rzadko kiedy korzystał z wypożyczalni filmowej, mało go interesowało kino. W zasadzie, to przed telewizorem spędzał tak mało czasu, że spokojnie mógłby go sprzedać. Nieco wytrącony ze swojej małej sielanki, zmuszony został do wstania z kanapy, aby nakarmić swoją wygłodniałą po całym dniu kotkę, która stęskniona za właścicielem, uparcie ocierała się o jego nogi zaś pies, spał spokojnie na swoim posłaniu, obok miski z wodą, lejąc kompletnie na to co dzieje się wokół niego. Duńczyk zmarszczył czoło w momencie, gdy usłyszał pukanie do drzwi. Nie miał zielonego pojęcia kto to może być. Miał, jedynie nadzieję, że nie przywiało nikogo z klinki w sprawach służbowych. Z cichym westchnieniem na ustach skierował się w stronę drzwi, które chwilę później otworzył.
    — Czyś Ty do reszty zdurniała? — wydukał na wstępie, przyglądając się jej marnej i przemarzniętej postawie. Od razu wciągnął ją do mieszkania, nie chcąc już dłużej wywodzić się nad jej głupotą, gdyż i tak nie miało to najmniejszego sensu.
    — Ściągaj to, dziewczyno — ponaglił ją, chwytając za jej płaszcz, z którego nadal ociekała woda. Objął ją opiekuńczo ramieniem, a następnie zaprowadził do salonu. Przyniósł jej ubrania w postaci legginsów oraz bluzy, należących do jej siostry, która już raczej z nich nie skorzysta i wygonił pod prysznic. Musiała jak najszybciej, porządnie się rozgrzać. Sam zaś udał się do kuchni, gdzie odgrzał dla niej zupę krem z pomidorów z bazylią. Naprawdę dziwił się, że miała ochotę i to jeszcze w taką pogodę fatygować się aż taki kawał.

    William

    OdpowiedzUsuń
  8. Uniósł wzrok znad kuchenki, stale mieszając zupę drewnianą łyżką, gdy usłyszał głos przyjaciółki. Uśmiechnął się nieco. Wyglądała zdecydowanie lepiej, a lekkie rumieńce dodawały jej kobiecego uroku. Podał jej kubek z gorącą herbatą, którą delikatnie dosłodził, niewielką łyżeczką miodu. Parsknął śmiechem i pokręcił przy tym głową.
    — Po prostu jedz, Christie i nie rób już więcej razy takich głupot — wydukał nim czule ucałował ją w czoło i gestem zaprosił do stołu. Nigdy nie mógł się wyzbyć niepokojących go myśli, dotyczących blondynki. Znał ją na tyle dobrze, że po prostu nie umiał uwierzyć w to, że nie wpadnie jej do głowy kolejny, głupi pomysł, chociażby nawet ten podobny do dzisiejszego. Przeczesał palcami swoje kosmyki włosów otwierając usta, by coś powiedzieć, gdy kątem oka dostrzegł drobną osóbkę, przyglądającą im się szeroko otwartymi oczkami. Duńczyk przekręcił się na krześle w stronę drzwi, by chwilę później mała blondyneczka wylądowała w jego ramionach. Czule odgarnął jej z drobnej twarzyczki poplątane kosmyki włosów i opiekuńczo przytulił, jakby chciał ochronić ją przed całym złem, jakie czekało na nią w przyszłym, dorosłym życiu. William tak nagle stał się ojcem, dosłownie z dnia na dzień, ale nawet przez chwilę w jego głowie nie zrodziły się myśli, które podpowiadałyby mu, że popełnił błąd. Mała Caroline zasługiwała na prawdziwy dom, pełen ciepła oraz miłości. Skoro jego własna siostra nie umiała się zająć swoim dzieckiem, to William czuł się w obowiązku podjąć się rodzicielskiego zadania, co wcale nie było dla niego łatwe, zważywszy również na napięty tryb pracy, wieczna nieobecność w domu, wyjazdy, szkolenia i rażący brak wiedzy na temat tak maleńkich istot, choć wiele osób twierdziło, że radzi sobie świetnie. Will czuł, że ta powoli zasypia, więc wstał z krzesła i powolnym krokiem zaniósł ją do jej pokoju i ułożył w łóżku z nadzieją, że prześpi już resztę nocy. Dla pewności przeczytał jej bajkę, a gdy wrócił do kuchni, niestety jego zupa była już zimna, więc odstawił ją do lodówki, tracąc ochotę na jedzenie, ale za to w salonie pojawiła się miska z chipsami oraz orzechowe ciastka, a to wszystko świetnie dopełniło gorące kakao. Duńczyk może i był zbyt natarczywy, ale zaatakował Christie kolejną warstwą ubrań w postaci różowych skarpetek w białe kropki oraz własnym, nieco za dużym swetrem, co oznaczało, że aż do rana niestety jest na niego skazana czy to jej się podobało czy też nie.
    — A teraz się tłumacz — nakazał z poważną miną, by chwilę później nieco przycisnąć ją swoim ciałem do kanapy i łaskotać w ramach zemsty. — Ładnie to tak? Hm? Ile razy mi obiecałaś, że będziesz o siebie dbać i nic głupiego nie strzeli Ci do głowy, mały uparciuchu?


    William

    OdpowiedzUsuń
  9. Z odrobiną rezerwy spoglądał na naręcze notatek przerzucane przez panią Reyes, ale nie udało mu się dojrzeć w nich żadnego szczegółu. Zaglądanie do cudzej własności wydało mu się wreszcie dalece nietaktowne i zrezygnował z ponownych prób, koncentrując się w zupełności na zadawanych mu pytaniach. Bezpośrednie i takie, jakich się spodziewał. Nie mające jednej właściwej odpowiedzi. Bo i cała sprawa nie była jednoznaczna. Wielokrotnie dochodziły go słuchy o doktorze Robertsie i wiele z tych opowieści można było uznać za prawdopodobne, kiedy już poznało się człowieka, jakim był prywatnie. Przebiegłym i piekielnie inteligentnym. Wydawało się, że niczego w swoim życiu nie osiągnął ciężką pracą, a jedynie podstępami i manipulacjami. W tym był mistrzem. Każdą sytuację potrafił przechylić na swoją korzyść, nieważne jak bardzo beznadziejna była z jego punktu widzenia. Ale czy takim był też tutaj, zakładając swój poplamiony tuszem fartuch? Żadna plotka nie pojawiała się w eterze znikąd, ale na tym etapie pozostawała jedynie plotką. A tematu plotek nie zamierzał poruszać przy kobiecie, która, zdawać by się mogło, tylko na to czekała. New York Times nie był pierwszym lepszym brukowcem, ale też sprawa nie dotyczyła pierwszego lepszego celebryty staczającego się po równi pochyłej. Mówiono źle o jednym. A to źle świadczyło o nich wszystkich.
    — Nie patrzę mu na ręce, kiedy pracuje i nie zaglądam mu do łóżka, kiedy wraca do domu, jeśli o to pani pyta — dobieranie odpowiednich słów jeszcze nigdy nie sprawiło mu takiej trudności. Miał wrażenie, że wszystko co powie, zostanie wyrwane z kontekstu lub zrozumiane w niewłaściwy sposób, a wtedy nie dość, że pogrąży kolegę po fachu, to jeszcze zwróci uwagę na samego siebie. Co prawda nie miał nic do ukrycia, ale zważywszy na mechanikę ostatnich wydarzeń w jego życiu, mógł spodziewać się dosłownie wszystkiego. Tylko że przed wszystkim nie umiał się jeszcze bronić — Ale to czarujący człowiek, bardzo charyzmatyczny. Z nim na pewno dogadałaby się pani lepiej, niż ze mną.
    Odsunął się na krześle bliżej szafki za swoimi plecami, na której stał mały elektryczny czajnik. Włączył go, a ponieważ woda nie sięgała w nim nawet środkowego pułapu, szybko złapała temperaturę i zaczęła bulgotać. W tym czasie przygotował dwie porcelanowe filiżanki, które zasypał kawą. Były prezentem od matki, ozdobione nieprzemyślanym wzorem w mdłym, bladoróżowym kolorze, z którymi mimo całego żywionego wobec nich wstrętu nie umiał się rozstać. Gdy napój był gotowy, przeniósł je wraz z malutkimi podstawkami na biurko, przysuwając jedną z nich bliżej swojego gościa.
    — Przepraszam, nie mam cukru — zauważył, zgarniając łyżeczką fusy z krawędzi naczynia. Nie pił kawy od tak dawna, że niemal zapomniał, jak cudowny może mieć ona aromat. Przywodził na myśl poranki spędzane w rodzinnym domu, gdzie jedynym zmartwieniem była kłótnia o oblizanie łyżek robota kuchennego z resztek polewy do ciasta — A wracając do doktora Robertsa to nie jestem pewien, czy słusznie podejrzewają go o te wszystkie przekręty. Z resztą pani nigdy nie pomogła sobie paroma dolarami przekazanymi pod stołem?

    Gerald

    OdpowiedzUsuń
  10. Ludzie tacy jak doktor Roberts mogli mieć na sumieniu niejedno i być przy tym zupełnie nietykalni. Chowali się za plecami najlepszych prawników, którzy mieli coś w zanadrzu tak długo, jak długo byli uczciwie i sowicie opłacani. A chowali się, bo sami w pewnym momencie gubili się we własnym bałaganie. Nic więc dziwnego, że pani Reyes nie miała możliwości porozmawiać z doktorem osobiście. Nawet jeśli zamiatał pod dywan ledwo okruchy swojego życia, w palcach sprawnego dziennikarza te okruchy mogły złożyć się w niecodzienną całość.
    — Widzę, że nie zamierza pani bawić się w podchody — uśmiechnął się znad parującej filiżanki, z której upił malutki łyk czarnego niczym smoła napoju. Poczuł się nieco pewniej. Gdyby otoczyła go pytaniami istotnymi z jej punktu widzenia, ale krążącymi wokół głównego tematu i tylko w nieznacznym stopniu o niego zahaczającymi, prędzej czy później dałby złapać się w pułapkę. Byłby znudzony albo nazbyt zrelaksowany, by uważać na swoje słowa i wreszcie straciłby czujność. A na to nie mógł sobie pozwolić. Doktora Robersta znał od początków swojej pracy w tamtym miejscu. Często myślał o nim jak o swoim mentorze, który wprowadził go w niektóre tajniki sztuki lekarskiej zdobyte na drodze wieloletniego doświadczenia, czego nie mogła zastąpić mu żadna uczelnia, ani żaden produkujący się na niej profesor. Nieważne, jak poważany i wysoko stojący w hierarchii on był. Ich rozmowy nabrały z czasem bardziej osobistego ale i swobodnego charakteru, wykraczającego daleko poza stopę zawodową i wtedy miał okazję zobaczyć go w zupełnie innym świetle. Czy chował coś za uszami? O, chował z pewnością! Ale wszystkie padające pomiędzy nimi słowa tam właśnie pozostawały i aż po tamten dzień nie wzbudzały niczyjego niepokoju. W obliczu pytań stawianych mu przez dziennikarkę sam jednak począł nabierać wątpliwości. Czyje dobro było dla niego ważniejsze? Przyjaciela, czy bogu ducha winnych pacjentów, których zdawał się oskubywać na każdym kroku? A może wreszcie bał się o własną skórę, bo wiedział coś, czego wiedzieć nie powinien i w dodatku zachował to zupełnie dla siebie? Obserwował uważnie twarz kobiety i wszystkie emocje, które miały w niej swoje odbicie. Nawet te ledwo zauważalne drgania skóry wokół oczu i ust, które świadczyły o poddenerwowaniu. Zapragnął w jednej chwili wystawić na próbę cały jej warsztat i potraktować to jako formę relaksu po męczącym dniu pracy. Dla własnej satysfakcji, co było z jego strony nieco sadystyczne, ale też zastanawiał się, gdzie położona jest granica cierpliwości dla takich ludzi jak on.
    — Załóżmy hipotetycznie, że wiem o tych wszystkich strasznych rzeczach, o które go podejrzewają — odezwał się wreszcie, dopijając swoją kawę do końca. Zrobił to nieco łapczywie i ostatni łyk przedostał się do jego ust razem z zalegającymi na dnie fusami, które jeszcze przez chwilę strzelały pomiędzy jego zębami niczym ziarna piasku. Nieprzyjemne uczucie — Dlaczego miałbym opowiadać o tym akurat pani? Myślę, że to niezły materiał dla policji.
    Wątpił w działanie systemu i kierowany nim wymiar sprawiedliwości, wtedy bardziej niż kiedykolwiek. Rzadko liczyły się fakty, częściej natomiast czas i możliwość awansu zawodowego po wiarygodnym rozwiązaniu sprawy i całym tym cyrku z sędziami i ławą przysięgłych. Gdyby doktor Roberts z jakiegoś powodu znalazł się w ich rękach, zapewne udowodniliby mu coś, z czym w ogóle nie miał styczności.

    Gerald

    OdpowiedzUsuń