28 maja 2017

[KP] Z moich snów uciekasz nad ranem


Andromeda Roennfeldt
13 XII 1996, Franklin, Nowy Jork — studentka medycyny — od czwartego roku życia wychowywana przez samotnego ojca — jedynaczka — nieduże, wąskie mieszkanko na Brooklynie już przeszło dwa lata — opuszczona biblioteka nieopodal starego domu najbezpieczniejszym azylem — intensywne poszukiwania pracy — Lou nieodłącznym towarzyszem i opiekunem — trzy miesiące

– Co pani leży na sercu? – pyta mnie, a ja mówię, że nic. A po chwili, że wszystko. I przypominam sobie, że tobie też kiedyś odpowiedziałam w ten sposób; że byliśmy głupi, naiwni i bardzo, bardzo samotni. Myślę o tym, jakie szaleństwo wyzwoliła w nas niespodziewana wolność od problemów, kiedy uciekliśmy z przepełnionego pubu wprost na ulicę, tuż pod pędzące auto. I deszcz, który spadł nagle, zmył z nas resztki wszelkiego rodzaju trosk, a ty nie powiedziałeś nic, biegnąc przed siebie dzikim galopem i śmiejąc się jak dziecko. 
– Anno? – W jego głosie nie słyszę upomnienia, a jednak przywraca mnie do rzeczywistości; brzmi jak rozdarcie tkaniny moich wspomnień, pierwsza rysa na szkle, niezagojona rana. Wydaje mi się, że to ty najpierw powiedziałeś „Chodź do mnie”, a ja po prostu posłuchałam, ale nie jestem pewna. Wszystko, co wydarzyło się tych kilka tygodni wstecz, w magiczny sposób zaczyna blaknąć, co jest jednocześnie przekleństwem, ale i cudem. Chciałabym zapamiętać cię tylko przez moment, a w zamian za to zapomnieć całą, bolesną resztę. 
– Musi się pani teraz oszczędzać – mówi mi ze współczuciem, a ja tak bardzo nienawidzę współczucia. Poradzę sobie, odpowiadam machinalnie, bo przecież zawsze dawałam radę; dlaczego tym razem miałoby być inaczej? – To naprawdę ważne. Chodzi o pani zdrowie...
Wiem, myślę, chociaż tak naprawdę wcale nie jestem tego taka pewna. I myślę też o nas, o mnie i o tobie, zastanawiając się, co było później, a co mogłoby być, gdyby wszystko, cała nasza historia, potoczyła się zupełnie inaczej. Kiedy zaczynam się nad tym zastanawiać, sama już nie wiem czy jestem smutna, czy może raczej szczęśliwa. 
Pamiętam pęd wiatru w twoich rozwianych włosach. Ciągnąłeś mnie za sobą; musiałam iść naprawdę szybko, by cię dogonić. Mieszkałeś na parterze, ale zaprowadziłeś mnie na samą górę, na dach. „To jest miasto, które nigdy nie zasypia”, powiedziałeś mi wtedy, a ja pierwszy raz w życiu przekonałam się, że można stracić oddech również przez piękno, nie tylko przez strach. 
– Proszę pani... – naciska, i wówczas robię coś, czego nigdy bym się po sobie nie spodziewała: zabieram torbę i wychodzę, po prostu. Jest ciemno, niebo okryła gwiezdna kołdra czerni, zupełnie jak tamtej pamiętnej nocy, a ja wracam do domu na drżących nogach i zastanawiam się, czy warto było dla jednej takiej nocy poświęcić całe życie. 

Pan od „tamtej nocy” poszukiwany, a zdjęcia się zmieniają. No i cześć!