25 marca 2017

[KP] Butterflies


Trixie June Bickett
Beatrice; 25 lat, 29 grudnia. stażystka na oddziale psychiatrii dziecięcej. mieszkanko na Brooklynie, 56 Leonard Street. Teddy&Co.

Uwielbia kawę i leniwe poranki, choć takowe zdarzają się już tylko w drodze wyjątku, z całą otoczką pewności, że dziś nie musi nigdzie pędzić. W przeciwieństwie do chwil, kiedy zapada zmrok – te napawają ją strachem i uciskiem w żołądku – nowy dzień zawsze wita tak, jak gdyby była najbardziej niepoprawną z optymistek. Rozgarniający ciemność świt przynosi jej niejaką ulgę w tych okolicach wnętrza ciała, gdzie czai się zalążek niepewności i wymęczenia; może to dlatego tak bardzo lubi wstawać wcześnie i obserwować budzące się do życia miasto. Nieustannie przywodzi jej to na myśl świeży start – całkiem jakby można było zacząć wszystko od początku, iluzyjna pewność, że da się zapomnieć o przeszłości. 
Tylko jeden raz ścięła włosy: w dzieciństwie, za namową matki, i wciąż jeszcze pamięta żal, który zagościł wówczas w jej sercu; od tamtej pory odczuwa paniczny, acz irracjonalny strach przed utratą swoich długich kosmyków, których nie pozwoliła już nigdy nikomu ruszyć. Nie lubi zmian – powodują swoisty niepokój – od czasów, gdy zrozumiała, że poza tymi "na lepsze" mogą zadziałać również w drugą stronę. Więc nauczyła się akceptować istniejący stan rzeczy: bo przecież zawsze mogło być gorzej. Wciąż ma zbyt mało czasu, by zrobić wszystko to, co lubi; i nawet nie dlatego, że grozi jej nadmiar zainteresowań – po prostu całym swoim sercem i uwagą potrafi obdarzyć jedną czynność naraz. 
Przedtem chciała zostać zawodową łyżwiarką, ale po t a m t y m wypadku ograniczyła się do amatorskiego jeżdżenia dla zabawy – i mimo, że wciąż pamięta wiele figur, zawstydzona opuszcza głowę, słysząc komplementy. Przede wszystkim koncentruje się jednak na swojej pracy, raz po raz zastanawiając się czy o wyborze zawodu zdecydowało powołanie, czy niemożność podążania wcześniejszą ścieżką. 
Po śmierci rodziców osiemnaście lat temu, pod swoje skrzydła wzięła ją babcia – ciepła i kochająca, lecz mimo to nie potrafiła zagłuszyć szalejącego w dziewczynce bólu. Więc zastanawia się czasem, czy pomaganie innym w cierpieniu nie jest przypadkiem rekompensatą dla tamtej siedmiolatki, którą niegdyś była. Po prawdzie niewiele się zmieniło – nikt, patrząc na jej drobną buzię i chudą sylwetkę nie dałby jej dwudziestu pięciu lat – ale rany zdążyły się już zabliźnić i nawet ona przestała rozpamiętywać, jak (dlaczego) to wszystko się stało.
Choć nie jest tą optymistką, za którą stara się uchodzić, nie potrafi wstrzymać wypełzającego na twarz uśmiechu, gdy któremuś z jej małych podopiecznych wyraźnie się poprawia. Zwykłe dzieciaki wzbudzają w niej jedynie niechęć; do swoich coś jakby ją ciągnęło, niewidzialny, ogromny magnes i dzikość satysfakcji na mecie. I nauczyła się już nie zwracać uwagi na docinki, jakoby ciągnął swój do swego – bo nawet jeśli, czy to coś w ogóle znaczy?

Kto pragnie kontynuacji – zapraszam!